Zuza Lewandowska. Sygnet Świętego Mikołaja - Jacek Ostrowski


Reflow text when sidebars are open.
Płock, wieczór, ulicą Okrzei szła starsza kobieta. Włosy miała długie, kruczoczarne, sylwetkę przygarbioną, ciemny wełniany płaszcz narzucony na ramiona, czarne trzewiki i dużą skórzaną torbę w ręce. Wracała z fary, z wieczornej mszy. Kilka metrów za nią niczym cień podążał mężczyzna. Był w zbliżonym do niej wieku. Również przygarbiony, chudy, w grubej ciemnej kurtce. W pewnym momencie mężczyzna przyspieszył. Kobieta nerwowo obejrzała się za siebie. Nagle zaczęła biec, ale po kilku krokach pośliznęła się i przewróciła. Zanim wstała, mężczyzna był tuż przy niej.
- Janina Kopeć? - spytał.
- Nie znam takiej. Pomylił mnie pan z kimś innym. Nazywam się Grabowska.
Podniosła się i otrzepała płaszcz z błota. Nieznajomy cały czas nachalnie jej się przypatrywał.
- Zmieniła pani nazwisko i kolor włosów, ale wszędzie bym panią poznał. Pani mnie nie pamięta? Jestem Beniamin Goldberg. Mieszkała pani niedaleko nas, pani młodszy brat Andrzej przed wojną był moim najlepszym kumplem. Często bywałem w pani domu.
- Nie wiem, o co panu chodzi. Nie znam pana i powtarzam: nazywam się Grabowska, nie Kopeć. Proszę dać mi spokój, bo wezwę milicję.
Ostentacyjnie rozejrzała się dokoła, ale na ulicy byli tylko oni.
- Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty, wrzesień - zaczął mężczyzna. - Byłem młodym chłopakiem. Moją rodzinę zamknęli w getcie. Mnie udało się uciec przed niemieckim patrolem i wtedy ukryła mnie rodzina Jóźwiaków. Pani odmówiła mi pomocy, ale wszystko widziała i następnego dnia zadenuncjowała ich do gestapo. Później się dowiedziałem, że zostali rozstrzelani. Przez pani donos zginęło młode małżeństwo i ich dwoje dzieci.
Kobieta zbladła.
- To nie ja. Jeszcze raz powtarzam, że myli mnie pan z kimś innym - rzekła drżącym głosem.
Mężczyzna zaśmiał się ponuro.
- Pani bezczelnie kłamie. Do samego końca wojny współpracowała pani z hitlerowcami. Wiele razy widziałem panią roześmianą w Mercedesie gruppenführera Keitla. Ile osób zginęło przez panią? Ma pani ich wykaz? Nie śnią się pani po nocach?
- Nikt mi się nie śni. Nikomu krzywdy nie chciałam zrobić. - Podniosła głos. - Czy pan nie rozumie, że mnie z kimś pomylił? Proszę dać mi spokój.
- Nie dam pani spokoju. Długo panią śledziłem, upewniałem się co do pani tożsamości, bo przeszła pani w wyglądzie ogromną metamorfozę. Ostatecznie o identyfikacji przesądziło pani spotkanie z Andrzejem, bratem, który przyjechał do pani w odwiedziny z Australii.
Kobieta spojrzała na niego pogardliwie i chciała iść dalej, ale mężczyzna chwycił ją za lewą ręką i przyciągnął do siebie. W prawej trzymał nóż z długim ostrzem, który chwilę potem zagłębił w jej ciele. Kobieta cicho jęknęła.
Zatkał jej usta dłonią i ponownie go wbił, tak dla pewności. Janina Kopeć bez życia osunęła się na trotuar. W końcu po latach dokonał się akt zemsty za rodzinę Jóźwiaków. Mężczyzna rozejrzał się po ulicy, było pusto, jedynie gdzieś z oddali dolatywało szczekanie psa. Postawił kołnierz płaszcza, po czym pospiesznie się oddalił.
Zuza opuściła mieszkanie, trzymając w zaciśniętej dłoni sygnet z czaszką. Była zdesperowana, miarka się przebrała, ojciec musi w końcu jej wszystko wyznać. Nie będzie się więcej od tego wymigiwał. Kilka dni wcześniej rozwiązała zagadkę zabójstwa sędziego Waszczaka i teraz chciała zakończyć temat Petera i jego pierścienia.
- Pani Zuzo! Proszę poczekać! - Usłyszała zza pleców znajomy męski głos. Zerknęła przez ramię. Tak jak myślała, to przecież Józef Trocki, ma warsztat wulkanizacyjny przy Sienkiewicza, a właściwie miał, bo niedawno przeszedł na emeryturę. Zbliżał się do niej szybkim krokiem. Czego mógł od niej chcieć? To nie jest odpowiednia chwila na pogaduszki, bo jej się spieszy.
W końcu mężczyzna ją dogonił, cały zdyszany. No cóż, miał swoje lata.
- Słyszałem, że szuka pani samochodu. Mam taki jeden na sprzedaż, a właściwie znam właściciela, to jest prawdziwa okazja, w sam raz dla pani.
- To chyba nienajlepszy moment - mruknęła.
- Później to już go nie będzie. Sporo chętnych się przy nim kręci, a i cena przystępna.
- Co to za samochód, no i ile kosztuje, bo może mnie na niego nie stać?
- To Petka, czyli P siedemdziesiąt pięć.
- Co to za dziwoląg? - zdziwiła się. Pierwszy raz słyszała taką nazwę.
- To niemiecki samochód, był produkowany przed Trabantem, właściwie to jest to samo, ale cena rewelacyjna.
- To znaczy ile? Konkretnie? Wie pan, dla mnie cena rewelacyjna to pięć tysięcy złotych - rzuciła zupełnie bez namysłu.
- No wie pani?! - żachnął się. - Za pięć tysięcy to pani motorower kupi, a nie prawdziwe auto. Zaznaczam, że stan techniczny tego cacka jest jak nowy. To własność doktora Mamrockiego, tego od dzieci. Kupiony wiele lat temu i właściwie cały czas stał w garażu, bo doktor nie lubi jeździć. Teraz postanowił go sprzedać. Nowy taki to kosztuje pewnie z sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych.
Faktycznie od jakiegoś czasu myślała o kupnie jakiegoś samochodu, tym bardziej że już otrzymała prawo jazdy. Wprawdzie jej ojciec miał Wartburga, ale to była świętość. Ambroży co kilka dni chodził do garażu i godzinami cieszył nim wzrok. Zuza nie miała odwagi go prosić o wypożyczanie, bo wiedziała, że to chyba jedna z nielicznych jego radości. Chwilami łapała się na tym, że jest wręcz trochę zazdrosna o uczucie, jakim go darzył.
Ona się zupełnie nie znała na samochodach, więc nieuczciwy sprzedający mógł jej bez problemu wcisnąć nawet najgorszego grata. O doktorze Mamrockim słyszała same dobre rzeczy, więc pewnie jej nie oszuka.
- To jaka jest cena?
- Dwadzieścia pięć tysięcy złotych.
Zafrasowała się, bo to była jak na nią spora kwota.
- Nie mam tyle - wyznała. - Musiałabym wziąć pożyczkę w PKO albo uśmiechnąć się o nią do ojca.
- Spokojnie, na pewno doktor poczeka na pieniądze, przecież świetnie zna pana mecenasa, chyba się nawet przyjaźnią. Zresztą kto go nie zna?
No właśnie, chyba najwyższy czas, żeby i ją poznali. Do tej pory dużo już zrobiła w tej materii, ale wciąż za mało. Sprawa zabójców sędziego Waszczaka, to było coś wielkiego, bo wszyscy ci, co znaczyli coś w tym mieście, o niej usłyszeli. W lokalnej społeczności Zuza wzbudziła spory szacunek i podziw, ale teraz nie może spocząć na laurach, musi iść za ciosem, czyli ugruntować swoją pozycję. Potrzebowała następnego sukcesu niczym wilk świeżej krwi.
- Najpierw musiałabym obejrzeć ten samochód - wróciła do rozmowy. - Przecież nie kupię kota w worku.
- Oczywiście, dziś pogadam z panem doktorem i umówię oglądanie. Dam pani znać albo zostawię wiadomość w kancelarii.
Tylko nie to! - spanikowała. Ojca musi najpierw odpowiednio przygotować, porozmawiać z nim. Przecież jeszcze mu nie oddała pieniędzy, które wydała na fałszerza testamentu sędziego Waszczaka.
- Lepiej niech pan da mi znać bezpośrednio. Nie mieszajmy do tego ojca. Czy ma pan numer telefonu do kancelarii?
- Oczywiście, przecież mam kontakt z mecenasem, co roku wymieniam olej w jego Wartburgu. Mogę mieć pytanie? Takie z ciekawości.
Spojrzała na niego czujnie, choć domyślała się, o co ją zaraz zapyta.
- Pewnie chodzi panu o tego Wartburga? Czemu go mi nie da, skoro sam nim nie jeździ?
- Ano tak. Widzę, że kilometrów na liczniku nie przybywa, a lata lecą, wartość samochodu spada.
- Panie Trocki, bo samochód to dla niego takie przedłużenie męskości i to jest wszystko, co mogę powiedzieć na ten temat. Proszę dać znać, kiedy i gdzie mam się udać, a teraz przepraszam, ale się spieszę.
- Oczywiście, jeszcze dziś będę to wiedzieć, ale chyba doktor garażuje auto przy domu, a mieszka przy Kochanowskiego.
- A zatem czeka mnie długi spacer - skomentowała krótko i poszła dalej.
W sekretariacie kancelarii było pusto. Sekretarka pewnie udała się na pocztę wysłać i odebrać korespondencję, to był jej codzienny rytuał. Nieraz nic nie zabrała ze sobą i nic nie przyniosła, bo się zagapiła, ale o zakupie wiktuałów, i to pełnych siat, zawsze pamiętała. Każdemu może się to przytrafić, a zakupy to przecież po drodze, tak się tłumaczyła naiwnie Ambrożemu, a ten jej wyjaśnienia potulnie przyjmował do wiadomości, co Zuzie w ogóle nie mieściło się w głowie. Ojciec coraz częściej ją zaskakiwał, raz pozytywnie, a innym razem negatywnie.
Usiadła na krześle i czekała, ponieważ z jego gabinetu dochodziły odgłosy głośnej rozmowy. Pewnie miał klienta, i to bardzo impulsywnego, bo co rusz ten ktoś podnosił głos. Nagle drzwi otworzyły się z impetem, jakiś postawny mężczyzna wybiegł przez nie, a zaraz potem z kancelarii.
W progu stanął Ambroży. Uśmiechnął się na widok Zuzy.
- Co to za raptus? Chyba straciłeś klienta? - spytała z troską.
- Czemu tak sądzisz? - zdziwił się.
- No jak to czemu? Ten facet wyleciał stąd niczym ruska rakieta, a na koniec trzasnął drzwiami, że aż się tynk posypał.
- W domu sobie wszystko przemyśli i za dwa dni wróci. Od siedmiu lat zawsze tak samo reaguje na wieść, że jego sprawa jeszcze nie będzie rozstrzygnięta. Powinien mieć pretensje do sędziego, ale jak zawsze to adwokat obrywa - odparł ze śmiechem. - Może napijemy się herbaty?
- Najpierw musimy porozmawiać, i to pilnie. To dłużej nie może czekać.
Spojrzał na nią z niepokojem, bo zobaczył prawdziwą determinację w jej oczach, a po chwili też sygnet w jej dłoni. Chyba domyślił się, co ją sprowadza.
- Widzę, że nie mam innego wyjścia. Miejmy to już za sobą. Chodź się przejść na Tumy - zaproponował, zdejmując marynarkę z wieszaka. - Mam nadzieję, że Helena wzięła ze sobą klucze, inaczej dopóki nie wrócę, będzie niczym pies warować pod drzwiami.
A niech czeka, pomyślała Zuza. Nie cierpiała tego babska.
Zamknęli kancelarię i spacerowym krokiem ruszyli w stronę katedry.
- O co chcesz spytać? Wal prosto z mostu, miejmy to jak najszybciej za sobą - rzekł Lewandowski, jednocześnie z uśmiechem kłaniając się jakiejś kobiecie. Ta odwzajemniła uśmiech. Zuzie od razu przypomniały się prostytutki z Petropolu barwnie opowiadające o chuci jej ojca. Staruszek mimo swojego wieku wciąż podobał się płci przeciwnej.
- Sprawa sygnetu wciąż nie daje mi spokoju.
- Widzę - odparł, ostentacyjnie głośno wzdychając.
- Tym razem nie wywiniesz się od odpowiedzi. Powiem ci najpierw, co wiem lub czego się domyślam.
- Mów, zamieniam się w słuch - rzucił z nieskrywaną ironią.
- Kilka lat po wojnie ty i kilku twoich kolegów dorwaliście zbrodniarza wojennego, niejakiego gruppenführera Keitla, i na własną rękę wymierzyliście mu sprawiedliwość. To jest ta tajemnica. Zabójstwo ulega przedawnieniu po trzydziestu latach, więc solidarnie trzymacie języki za zębami. Mam rację?
Ambroży rozejrzał się wokół, sprawdzając, czy nikt ich nie słyszy.
- Mylisz się. Nie zabiliśmy Johanna Keitla, choć żałujemy do dziś tego, że go nie dorwaliśmy, bo to była prawdziwa bestia. On odpowiadał między innymi za likwidację płockiego getta żydowskiego. Sukinsyn zwiał, dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Do dziś nie wiemy, jak mu się udało, bo Ruscy go dorwali, a oni nie patyczkowali się z hitlerowcami, kulka w łeb i do piachu. Podejrzewam, że kogoś przekupił.
- Co ty mi tu za kit wciskasz? Po wojnie przez jakiś czas przebywał w ośrodku w Murzynowie.
Ambroży, słysząc to, roześmiał się w głos.
- To nie był on. To był jego bliski kuzyn, a jednocześnie przez ostatnie dwa lata wojny jego adiutant. Byli do siebie bardzo podobni i nosili to samo nazwisko, ale inne imię.
- Ale ten sygnet. Patrz. - Z torebki wyjęła zdjęcie, które dostała z Wiednia. - Na tej fotografii widać go wyraźnie na jego palcu.
Ambroży chwycił odbitkę, z kieszeni marynarki wydobył okulary i założył je na nos, po czym zaczął się zdjęciu uważnie przypatrywać.
- Zgadza się. Tak, to jest Johann Keitel i jego sygnet, tyle że chyba od czterdziestego roku nosił go nie on, ale jego kuzyn. On sobie zamówił inny, z głową Świętego Mikołaja zamiast oczka.
- Z głową Świętego Mikołaja? - zdziwiła się. - Ale pojeb! Czemu akurat taki?
- Chodził po getcie i zaczepiał dzieci. Mówił, że jest Świętym Mikołajem, i kazał im całować pierścień. Te, które nie chciały tego czynić, zabierał ze sobą. One nigdy już nie wracały. Z naszych informacji wynikało, że je zabijał, ale niektórzy twierdzili, że dołączał je do transportów jadących do obozów koncentracyjnych. Do dziś nie wiem, co było prawdą. W sumie wychodziło na jedno, prawdopodobnie wszystkie zginęły, bo żadne z nich nie wróciło po wojnie do Płocka.
- Nigdy mi o tym nie opowiadałeś. Straszne.
- Najpierw byłaś za mała na takie opowieści, a potem jakoś tak wyszło. Skąd masz to zdjęcie?
- Od Żydów. Napisałam do Sary i prosiłam o nie.
- Jak już powiedziałem, nie zabiliśmy gruppenführera Keitla - wyszeptał Ambroży. - Dorwaliśmy jego kuzyna, Petera. Sukinsyn zasłużył na to, co dostał. Zaraz po wojnie zmienił nazwisko, a wcześniej zlikwidował tatuaż SS. Nikt go nie rozpoznał, bo ci, co mogli to zrobić, już dawno nie żyli. Udawał wariata i po kilku latach odsiadki go zwolnili. Przyjechał do Płocka, a konkretnie do ośrodka w Murzynowie. Czemu tu wrócił? Nie mam pojęcia. To była dla nas wielka zagadka. Próbowaliśmy na wszelkie sposoby zmusić go, żeby nam to zdradził, ale milczał. Do końca udawał wariata. Przeliczył się, zapewne myślał, że jako niespełna rozumu pozostanie bezkarny.
- A może faktycznie zwariował?
- Nie, tego jestem pewny. To był cwaniak kuty na cztery nogi. Wszystkich oszukał, tylko z nami mu się nie udało, bo za dobrze go znaliśmy z czasów wojny. Wiedzieliśmy, co ma na sumieniu, a było tego cholernie dużo.
- Czemu tego nie zgłosiliście? Przecież ścigano przestępców wojennych.
- Nie mogliśmy tego uczynić, bo on też znał naszą przeszłość wojenną. Gdyby zaczął mówić, to wsadziliby nas za przynależność do Armii Krajowej. Mogliśmy nawet dostać czapę. Takie to wtedy były czasy, więc wymierzenie sprawiedliwości wzięliśmy w swoje ręce.
- To znaczy kto? Kto brał w tym udział? Domyślam się, że sędzia Waszczak i Matusiak. Pewnie też ten dziwny typ, co przyjechał z Warszawy, chyba nazywał się Boniecki. Jest jeszcze ktoś, ten, z którym rozmawiał przez telefon, no i ty. Czy o kimś nie wiem?
- Tak, uczestniczyli w tym Maciek Waszczak, Matusiak, Boniecki, proboszcz od Świętego Jana, to ten od rozmowy telefonicznej, i notariusz Stefański.
- Aż tylu? Jakim cudem do tej pory nikt się z tym nie wysypał? To jest prawie niemożliwe.
- Każdy z nas go zabił, każdy z nas wziął nóż w rękę i wbił mu go w pierś. Każdy ma identyczny wkład w to zabójstwo. Tylko to daje jakąś gwarancję, że tajemnica pozostanie tajemnicą.
- Kto był pierwszy? Kto pierwszy wbił mu nóż?
Ambroży podszedł do ławki i na niej usiadł. Zuza zaraz poszła w jego ślady. Zobaczyła, że twarz ojca nagle się zmieniła, szczęki się zacisnęły, brwi zmarszczyły. Jego mina mówiła wszystko.
- Dobra, nie musisz odpowiadać. Powiedz mi tylko, czy gdybyś mógł cofnąć czas, też byś to zrobił?
Spojrzał na nią, wyraźnie zaskoczony pytaniem.
- Czemu o to pytasz? Chcesz wiedzieć, czy po latach przemyśleń żałuję tego? Od razu zaznaczę, że nie. Dziś postąpiłbym tak samo i myślę, że inni też nie żałują. Ten skurwiel zasłużył na śmierć.
- A o co chodzi z tym sygnetem? Czemu jest tak ważny?
- Nie wiem. Stefan Rolicki ubzdurał sobie, że Peter został w Płocku, żeby pilnować złota zrabowanego Żydom i ukrytego przez Keitla. Według niego ten sygnet miał być znakiem rozpoznawczym.
Zuza słuchała tej opowieści i już nic nie rozumiała.
- Znak rozpoznawczy dla kogo? Gubię się już w tym.
- Stefan twierdzi, że ktoś miał przyjechać, żeby wywieźć te skarby. Być może miał się okazać takim samym sygnetem. Wiem, że to bzdura, ale kolega zawsze miał bujną wyobraźnię i marzył o pisaniu książek, no i je pisze.
Teraz Zuzę oświeciło. Nazwisko Rolicki wydało się jej znajome.
- Ach, to ten Rolicki, autor kryminałów! Słyszałam o jego książkach, ale nic nie czytałam.
- Ja też nie. Mam w biurku kilka jego pozycji, bo mi je kiedyś przysłał, ale nie miałem czasu do nich zajrzeć. Wciąż mi coś wypada, a wieczorem jestem wykończony. Biorę książkę w rękę, a w chwilę potem powieki mi opadają i zasypiam. Jak chcesz, to ci je dam.
- No nie wiem... - Zawahała się. - Znając treść jego rozmowy z Bonieckim, raczej nie pałam do niego zbytnią sympatią. Wracając jednak do sprawy skarbu... A jeśli to jest prawda?
- Niemożliwe. A choćby nawet, to Peter zabrał tajemnicę ze sobą do grobu i temat jest zamknięty.
- Ale sam powiedziałeś, że Keitel zniknął. A jak się tu pojawi, ba, być może już był i zabrał złoto?
Ambroży spojrzał na nią z nieskrywaną ironią.
- Nie rozśmieszaj mnie. Naprawdę uwierzyłaś w te bajki? Po pierwsze, od wojny minęło już blisko trzydzieści lat, więc teraz miałby gdzieś koło siedemdziesięciu. Prócz tego ryzykowałby bardzo dużo, bo własne życie. O ile mi wiadomo, to zaocznie skazano go na karę śmierci.
- No nie wiem, jakoś mnie nie przekonałeś. Jego kuzyn był podobny do niego i nikt go nie skojarzył?
- No nie przesadzaj, różnili się. Faktycznie nieraz na zdjęciach wyglądali identycznie, ale tylko na zdjęciach. Nosili inne fryzury, mieli inną posturę, no i kolor włosów. Gruppenführer był ryżym blondynem, a Peter szatynem.
- Czyli jego kuzyn nie był poszukiwany jako zbrodniarz wojenny?
- Był jedynie adiutantem, niczego nie podpisywał i wszystko, co robił szło na konto gruppenführera. A robił sporo, wierz mi. Nawet nie wiesz, ile jest wokół Płocka masowych grobów. Mordowali wszystkich: Polaków, Żydów, Cyganów, nawet Tatarów, którzy tu mieszkali od pokoleń. Każdy z nas przez tego skurwysyna stracił kogoś bliskiego. To było zupełnie przypadkowe spotkanie. Notariusz Stefański pojechał do Murzynowa w jakiejś służbowej sprawie. Natknął się na tamtego w parku. W pierwszej chwili myślał, że mu się przywidziało, ale myśl, że to może być Peter, na tyle nie dawała mu spokoju, że po kilku dniach tam wrócił razem z Matusiakiem. Teraz obydwaj go rozpoznali, a więc nie mogło być pomyłki. Skontaktowali się ze mną, a ja z resztą.
- Z resztą? Byliście jakąś podwórkową paczką?
- Nie, razem działaliśmy w strukturach Armii Krajowej. Znaliśmy się jeszcze przed wojną, chodziliśmy do tej samej szkoły. Wracając do tamtych wydarzeń, porwaliśmy go w biały dzień. Maciek wywabił go w okolice bramy ośrodka, a potem poszło jak z płatka. Dostał w łeb i nieprzytomnego wrzuciliśmy do DKW-ki. Wywieźliśmy go na drugą stronę Wisły, do Grabiny, bo tam rodzice Andrzeja Bonieckiego mieli ziemię i jakąś szopę. Trzymaliśmy go w niej bodajże tydzień, bo nikt nie miał odwagi pierwszy go dźgnąć. On w czasie wojny miał odwagę posłać na śmierć setki, a może tysiące niewinnych ludzi, a my po prostu nie byliśmy tacy jak on, nie byliśmy urodzonymi zabójcami. Przez te dni Andrzej razem ze Stefanem go przesłuchiwali. Tamten udawał wariata i trzeba powiedzieć, że grał go genialnie. Ja nie dałem się nabrać, ale niektórzy z nas tak. Nie znali go tak jak ja i to dlatego.
- Lepiej go znałeś? Miałeś z nim do czynienia?
- Tak. Kiedyś Niemcy zgarnęli mnie z ulicy w takiej ulicznej łapance. Peter mnie przesłuchiwał. To były najtrudniejsze trzy dni w moim życiu. Sam nie wiem, czemu mnie wypuścili. Może Petera ruszyło sumienie, bo już drugiego dnia z wyglądu bardziej przypominałem kawał surowego mięsa aniżeli człowieka, a może myśleli, że i tak skonam. Potem ponad miesiąc nie miałem siły dźwignąć się z łóżka, dochodziłem do siebie i w końcu jakoś się z tego wygrzebałem. Stąd mam tę bliznę na lewym policzku, o którą jako dziecko wciąż mnie pytałaś. To widoczny ślad po jego przeklętym sygnecie, mam ich jeszcze kilka, ale skrywam je pod ubraniem. Po tym wszystkim poprzysiągłem sukinsynowi, że się zemszczę, no i po latach nadarzyła się okazja. Teraz był w moich rękach, a mimo to wciąż brakowało mi odwagi. Ruszyło mnie dopiero, kiedy w okolicach Łącka doszło do ekshumacji części jego ofiar. Pojechałem na miejsce i stałem kilka godzin nad tymi grobami. Sterczałem tam jak sparaliżowany, bo w tym głębokim dole wśród innych zwłok spoczywały szczątki mojej dziewczyny. Nie wiem, na co wtedy liczyłem. Przecież one były nie do zidentyfikowania. Kiedy się jakoś z tego otrząsnąłem, od razu pojechałem do Grabiny, do szopy, gdzie przetrzymywaliśmy Petera, po drodze zabierając resztę kolegów. Tam na miejscu oznajmiłem im, że nadszedł czas, żeby z nim skończyć. Andrzej ze Stefanem byli temu przeciwni, bo nic z niego jeszcze nie wydusili. To był impuls. Chwyciłem ze stolika stary poniemiecki bagnet, podszedłem do więźnia i go dźgnąłem. Potem Andrzej uczynił to samo i tak wszyscy po kolei. Do dziś mam wciąż w pamięci wyraz twarzy Petera, był kompletnie zaskoczony, nie spodziewał się, że ktoś podniesie na niego rękę, przecież miał nas w szachu, bo karmił nas bajeczką na temat skarbu. Wierz mi, nawet jeśli on istnieje, to mi na nim nigdy nie zależało. Chciałem jedynie pomścić Martę, nic więcej się nie liczyło.
Zuza nie słyszała o tej dziewczynie. W ogóle nic prawie nie wiedziała o wojennej przeszłości ojca, bo nigdy o tym nie mówił, zawsze starannie omijał te tematy, a ona się nie dopytywała.
- Kim była Marta? Opowiedz mi o niej.
Ambroży z kieszeni marynarki wyjął cygaro, oryginalne kubańskie, i to z tak zwanej górnej półki. Zuza nieraz się zastanawiała, gdzie on je kupuje, bo nawet w Peweksie były niedostępne. Widziała, jak mu dłoń drży, kiedy je przypalał. To był znak, że po tylu latach jeszcze silnie przeżywał tamte zdarzenia, że wciąż tkwiło to w nim niczym zadra.
- Spotykaliśmy się, teraz to się nazywa chodzenie ze sobą. Była córką rejenta Boguckiego. To byli bardzo porządni ludzie. Kiedy Niemcy weszli do Płocka, to już trzeciego dnia przyszli po całą ich rodzinę. Mówiono, że mieli żydowskie pochodzenie. Nawet o tym nie wiedziałem, zresztą to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Byliśmy w sobie szaleńczo zakochani. Robiliśmy plany na przyszłość i tego jednego dnia wszystko runęło. Wywieźli ich jak wielu innych Płocczan do lasu i rozstrzelali. Egzekucją dowodził Peter. To on wydał rozkaz. No i koniec tej historii.
- Smutne. Nie dziwię ci się, że tego sukinsyna ukatrupiłeś.
Nic na to nie odparł, tylko smętnie pokiwał głową. Zuza po raz pierwszy zobaczyła łezkę w kąciku oka ojca.
- Wracając do sygnetu. Czemu twoim kolegom aż tak na nim zależy? Przecież do dziś nic nie znaleźli.
- To głównie Stefan. On sobie ubzdurał, że sygnet jest kluczem do odnalezienia skarbu. Kiedy zabiliśmy Petera, w tym całym rozgardiaszu sygnet zaginął. Wszyscy się zaczęli wzajemnie oskarżać o to, że ktoś go sobie przywłaszczył. Dopiero niedawno zupełnie przypadkowo odnaleziono go w grobie Petera. Co ciekawe, jego zwłok w nim nie było. Widocznie ktoś je stamtąd przeniósł w inne miejsce.
- Ale po co by to uczynił?
- Nie mam pojęcia, na co komu truchło zbrodniarza. Podejrzewam, że zrobił to ktoś z naszego grona, bo nikt inny nie znał tego miejsca.
- Zupełnie powariowaliście z tym skarbem. Jak ciebie słucham, to jakbym słuchała opowieści o poszukiwaczach skarbów. Teraz widzę, jak gorączka złota naprawdę odbiera ludziom rozum.
- Tu się z tobą zgadzam. Ja nie szukałem złota. Wielokrotnie im tłumaczyłem, żeby odpuścili, że nie ma żadnego skarbu, ale oni mnie nie słuchali, oni wciąż wierzyli, że kiedyś go odnajdą. W końcu po latach wszyscy prócz Stefana chyba wreszcie mnie posłuchali, ale na sto procent tego nie wiem, bo jak się widzimy, to unikamy tego tematu.
- Dokładnie oglądałam sygnet, nie ma na nim żadnych wskazówek prócz kilku cyfr po wewnętrznej stronie, co może znaczyć wszystko lub nic.
- Według Rolickiego trzeba czekać, aż ktoś od Keitla zgłosi się po złoto. Stefan uważa, że ten ktoś może mieć informacje, które pomogą ustalić miejsce jego ukrycia. Od kilkunastu lat opłaca kogoś w Płocku, kto ma oko na wszystkich podejrzanych przyjezdnych.
- Co proszę? On zupełnie zwariował! - wykrzyknęła Zuza. - Przecież to jakiś absurd. Do płockiej Petrochemii przyjeżdża mnóstwo obcokrajowców, bo przypuszczam, że o kogoś takiego mu chodzi. Jak tu z nich wszystkich wyłuskać tego konkretnego?
- Też tak myślę. Ale to jego pieniądze, jego zabawa.
- A co na to reszta twojego koleżeństwa?
- Nic. Początkowo chciał, żeby wszyscy w tym partycypowali, ale większość się zbuntowała.
- Większość? Kto nie?
- Stefański był chętny, ale go przegłosowaliśmy i się pospiesznie wycofał.
- Dasz mi namiary na tego Rolickiego? Chciałabym z nim porozmawiać.
Ambroży zerknął na nią niespokojnie. Najwyraźniej ten pomysł mu się nie spodobał.
- O czym chcesz z nim rozmawiać? Przed chwilą mówiłaś, że ten skarb to jakieś szaleństwo.
- Owszem, ale chcę się temu przyjrzeć bliżej.
- Dawno się z nim nie widziałem, ale Boniecki twierdzi, że bardzo się zmienił i nie da się z nim normalnie rozmawiać. Mówi tylko o skarbie, a wtedy ma istny obłęd w oczach. Chyba lepiej, żebyś się z nim nie spotkała. Wierz mi, to zły pomysł.
- Będę się przy nim upierać.
Chwilę to przetrawiał.
- Dobrze, ale pojedziemy do niego we dwoje.
Zuza się roześmiała. Ojciec jako jej ochroniarz chyba by się nie sprawdził. Prędzej odwrotny układ, to już miałoby sens z racji jej szkolenia w karate i judo.
- A nie boisz się, że się na ciebie wścieknie, że zdradziłeś mi waszą tajemnicę? Krąg waszego wieloletniego milczenia właśnie pękł.
- Pękł już dawno, więc tego się nie obawiam. Za trzy dni mam wolne, bo nie mam żadnej sprawy w sądzie, więc możemy się przejechać do Warszawy.
- Twoim Wartburgiem czy autobusem PKS? - spytała prowokacyjnie, bo ojciec chyba już od roku nigdzie nie wyjeżdżał autem.
- Autobusem. Nie czuję się na siłach jechać samochodem tak daleko - wyznał jej z rozbrajającą szczerością.
- Nie ma sprawy, ja poprowadzę - zadeklarowała.
Zdumiał się.
- Przecież nie masz uprawnień, nie możesz łamać prawa, tym bardziej że jesteś prawnikiem.
- Mam prawo jazdy, przepraszam, że ci o tym nic nie wspomniałam, ale jakoś nie było kiedy.
- Kto ci je załatwił? Pewnie jeszcze Tomczak. Wiem, że miał w wydziale kumpla. Mam rację?
Zaskoczył Zuzę. Trzeba powiedzieć, że rozmowy z Ambrożym nieraz były bardzo trudne, a to przez jego wielką wiedzę o tym, co się działo w mieście, jak i przez jego bystrość umysłu oraz wyjątkową zdolność kojarzenia faktów. W tym był prawdziwym mistrzem.
- Zaraz tam załatwił. Nie wierzysz w moje umiejętności? Ważne, że je mam. A więc? - Spojrzała pytająco na ojca.
Chwilę się wahał.
- Dobrze - odparł w końcu ku jej zdziwieniu. - Powierzę ci swoje cenne życie - dodał, uśmiechając się do niej.
Wrócili do kancelarii, ale Zuza się tylko chwilę w niej pokręciła i zaraz wyszła. To wszystko, co usłyszała przed momentem, musiała sobie teraz jakoś poukładać. Już wcześniej czuła, że ojciec jest zamieszany w jakąś grubszą sprawę, ale to, czego się dowiedziała, było zupełnie zaskakujące. Dopiero po powrocie do Płocka tak naprawdę zaczynała poznawać swojego rodziciela. Idąc w stronę domu, zobaczyła dwie grupy dzieci w mundurkach harcerskich zmierzających w stronę katedry. Ona nigdy nie była harcerką, choć próbowała swoich sił w zuchach. Była raz na koloniach, ale kiedy podbiła oko i wybiła ząb pewnemu koledze, który non stop za nią łaził, opiekunowie zadzwonili do Ambrożego i kazali mu natychmiast ją zabrać. Do dziś dobrze pamiętała tę burdę, sukinsynowi łomot się należał jak psu buda i na to wspomnienie aż uśmiechnęła się sama do siebie.
Skręciła do budki z lodami stojącej przy gmachu sądu. Akurat wychodził z niego sędzia Jakubczyk, a zaraz potem wybiegł za nim woźny sądowy, trzymając w ręku skórzaną teczkę. Podał ją sędziemu i wrócił do środka. Woźny był niemy, ponoć stracił mowę w wyniku niemieckich eksperymentów medycznych. Na dodatek był łysy i pomarszczony na twarzy niczym suszona śliwka. Co do sędziego, zdążyła już go dobrze poznać, obrzydliwy czerwony padalec. Uczciwość w orzekaniu to było dla tej zwykłej komunistycznej szui zupełnie nieznane pojęcie. Ostentacyjnie splunęła z obrzydzeniem na chodnik. Usłyszała klakson jakiegoś auta, spojrzała w tamtym kierunku. To Nowak, jechał radiowozem i machał do niej ręką. Odmachnęła mu. Kupiła lody Calypso i poszła w stronę Tumów. W dole, w amfiteatrze nad Wisłą, odbywały się próby jakiegoś zespołu folklorystycznego. Pewnie na występy w niedzielę. Jeśli będzie mieć czas, to na pewno tu zajrzy. Nie lubi folkloru, ale zawsze można spotkać kogoś znajomego. Idąc przez Stary Rynek, prawie wpadła na Teresę z jej chłopakiem. Szli w czułych objęciach. Chyba im ciut pozazdrościła. Ona jak dotąd nie miała szczęścia w miłości, co najwyżej mogła liczyć na względy płockiego patologa, ale on zupełnie nie był w jej guście, a wręcz się nim brzydziła.
W domu zastała wielką mokrą plamę na środku pokoju i Homera udającego, że śpi. To już było jego standardowe zachowanie w takiej sytuacji. Chwyciła go za kark, na kilka sekund wsadziła mu nos w siki i pogroziła palcem.
- Moja cierpliwość się kończy! - ryknęła na niego i poszła do łazienki po ścierę, a przy okazji po drodze do kuchni zaparzyć sobie herbatę. Wtedy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszała głos Ambrożego.
- Czy masz pod ręką kartkę i długopis? - spytał.
- Moment.
Sięgnęła do torebki po notatnik.
- Podam ci zaraz adres pewnego człowieka. Odwiedź go, pogadaj z nim o płockim getcie, o jego likwidacji. On sporo wie i o tym, i o gruppenführerze Johannie Keitlu. Uprzedzę go o twojej wizycie, inaczej nie będzie chciał z tobą gadać na ten temat.
- Czy to jest zakazane? - zdziwiła się.
- Nie jest zakazane, ale źle widziane. Część Polaków ma dużo na sumieniu. W czasie wojny działy się różne rzeczy, nie zawsze przynosiły chlubę naszym rodakom.
- Domyślam się, że jest Żydem? Mam rację?
- Tak, ale się z tym ukrywa. Chce po prostu zwyczajnie żyć, a nie skończyć jak Sara, która musiała uciekać z Polski przed prześladowaniami komunistów i teraz tam, w dalekiej Ameryce, wylewa łzy tęsknoty. Zapisz sobie jego nazwisko: Franciszek Zakrzewski. Mieszka przy Kwiatka sześć.
- To niedaleko. Zaraz tam pójdę.
- Teraz on jest w pracy, idź po piętnastej. Franek jest trochę głuchy, więc dzwoniąc do drzwi, uzbrój się w cierpliwość.
- Dobrze, będę o tym pamiętać.
Było kwadrans po piątej. Zuza stanęła przed starą kamienicą obdrapaną z tynku.
- Pani mecenas. - Usłyszała męski głos. Od razu poznała, że to Grosik. Stał może z metr od niej w towarzystwie jakiegoś typa.
- Co tam? - burknęła z niechęcią, bo od kilku dni notorycznie ją nachodził, żebrząc o papierosy.
- Pani mecenas, to jest Zdzichu, mój szwagier, potrzebuje pilnie papugi.
- To niech idzie do zoo. Tam ich pełno. Spieszę się.
- On potrzebuje pani mecenas. Psy go dopadły i bez dobrej papugi pójdzie do mamra, tym bardziej że ma wyrok w zawiasach.
- Nie pracuję za darmo - odparła, łudząc się, że to zadziała odstraszająco. Nie może wszystkich bronić za darmochę, musi z czegoś żyć.
- Spoko, Zdzichu ma nagraną robotę. Jutro będzie mieć kupę szmalu.
- Nawet nie chcę wiedzieć, co to za robota. Niech przyjdzie w piątek o dwunastej do kancelarii, tylko niech się nie spóźni, bo nie cierpię czekać.
- Jasne, pani mecenas. - Grosik nie krył zadowolenia. Spojrzał na szwagra. - Widzisz, załatwiłem ci najlepszego mecenasa w Płocku. Teraz możesz mi za to postawić flaszkę.
Zuza nie chciała słuchać tego więcej, więc szybko weszła w bramę podwórza. Brud i smród, tak mogłaby scharakteryzować to, na co się natknęła. Przy śmietniku biegały szczury, nie przeszkadzało im, że to jeszcze dzień, że ludzie się kręcą. W kilku mieszkaniach w oknach zamiast szyb zamontowano dyktę, no i ten przeraźliwy odór wydobywający się ze studzienki kanalizacyjnej. Jak można tu w ogóle mieszkać? Na drewnianej ławce, zapewne ukradzionej z Tumów, bo takie tam Zuza widziała, siedziało kilku żuli i piło jakiś wynalazek, podając sobie butelkę z ust do ust.
- Gdzie mieszka pan Zakrzewski? - spytała Lewandowska.
- Ten urzędas? - zakpił jeden z pijaków.
- Może i urzędas. Nie wiem, gdzie pracuje.
- Na pierwszym piętrze, ale, laluniu, wal pięścią w drzwi, bo w pień głuchy.
- Tylko nie laluniu, wiem, że głuchy - odparła, po czym weszła do budynku. Tu nie było nawet jednego okna, tu nie dochodziło światło słoneczne, tu panowała ciemnica. Zuza z trudem dojrzała schody. Były drewniane, skrzypiące, stopnie uginały się pod naciskiem stóp. Powoli, ostrożnie wdrapała się nimi na pierwsze piętro. Tam dwoje drzwi, podeszła do tych świeżo pomalowanych. Na futrynie był przycisk dzwonkowy, ale wybrała rozwiązanie podpowiedziane jej przez pijaka i pięścią zabębniła w drzwi. Po chwili powtórzyła. Tym razem skutecznie, bo usłyszała odgłos przekręcanego klucza w zamku. Zaskrzypiały zawiasy, skrzydło się uchyliło. W szparze zobaczyła twarz starszego mężczyzny. Spojrzał na nią niespokojnie.
- O co chodzi? - spytał. W jego głosie wyczuła lęk, bardzo nieudolnie skrywany. Czego się boi? Może komunistów, że przyjdą po niego i go wydalą do Izraela? - przemknęło jej przez głowę.
- Nazywam się Zuzanna Lewandowska, jestem córką Ambrożego.
- Czego pani chce?
- Ojciec nie uprzedzał pana, że przyjdę?
- Tak, ale ja nie mam żadnych informacji. Nie pomogę pani - odrzekł szorstko.
- Chodzi mi o okres wojny, o płockie getto.
Drzwi się raptownie otworzyły. W progu stał niewysoki, przygarbiony mężczyzna o szczupłej sylwetce. Twarz mizerna, oczy głęboko osadzone, nos długi, garbaty, usta małe, włosy siwe, mocno przerzedzone, zarost kilkudniowy. Zakrzewski był ubrany w pasiasty szlafrok. Zuzie to się źle kojarzyło, ale jemu widocznie to nie przeszkadzało. Mężczyzna chwycił ją za rękę i wciągnął do mieszkania, po czym wychylił się na korytarz, nerwowo się rozglądając.
- Nikogo tam nie było - oznajmiła Zuza.
- Nigdy nic nie wiadomo, licho nie śpi. Chodźmy do pokoju.
Gospodarz poprowadził ją przez mieszkanie. Było tu skromnie, ale czysto, wręcz sterylnie. Meble chyba pamiętały marszałka Piłsudskiego - stare kredensy, w przedpokoju śmieszny starodawny stojak na parasole. Rozkład pomieszczeń był w amfiladzie, z jednego pokoju przechodziło się do następnego. Lokal był zaskakująco duży. Zuza naliczyła cztery pokoje. Ostatni z nich umeblowano zupełnie inaczej. Przy ścianach stały regały zapełnione książkami. Były ich tysiące.
- Kocham książki, wszystkie je przeczytałem. Niektóre po kilka razy - odezwał się Zakrzewski, widząc minę Zuzy.
- Zazdroszczę, ja też nie wyobrażam sobie życia bez literatury, ale nie mam na nią zbyt dużo czasu.
- Proszę usiąść. - Wskazał jej krzesło przy małym stoliku przy oknie. - Napije się pani herbaty?
- Chyba nie - odparła z wahaniem.
- Proszę nie odmawiać. Nie chwaląc się, parzę najlepszą herbatę w Płocku. Takiej jak tu nigdzie się pani nie napije.
- Skoro tak - posłała mu uśmiech - to poproszę.
Mężczyzna zniknął w kuchni. Długo trwało, nim się znowu pojawił. Na tacy, którą trzymał w ręku, niósł dwie wiekowe porcelanowe filiżanki i srebrny czajniczek.
Chwilę potem filiżanki zapełniły się aromatycznym płynem.
- Cukru nie podałem, bo to byłaby profanacja.
- Zgadzam się z panem.
Upiła łyk, faktycznie, gospodarz nie kłamał, nie pamiętała, kiedy piła równie wspaniałą herbatę.
Zakrzewski usiadł naprzeciwko niej na drugim krzesełku.
- Co panią do mnie sprowadza? O co się pani chce spytać?
- Prowadzę śledztwo, które być może ma związek z pewnymi wydarzeniami z czasów wojny. Chodzi mi o dwóch zbrodniarzy hitlerowskich, a konkretnie o gruppenführera Johanna Keitla i jego kuzyna, a jednocześnie adiutanta, Petera Keitla.
Mężczyzna zbladł. Z kieszeni szlafroka wyjął paczkę Carmenów. Widziała, jak mu się trzęsą ręce, kiedy przypalał papierosa. Kiedy usłyszał to nazwisko, to mimo upływu tylu lat zaczęły targać nim silne emocje.
- Pamiętam, i to dobrze, tych sukinsynów - przemówił po dłuższej chwili. - Wciąż mi się śnią, to są moje nocne koszmary. Żaden z nich nie poniósł kary za swoje zbrodnie i bardzo nad tym boleję. Obydwaj mają na rękach krew mojej rodziny, znajomych, sąsiadów i co najmniej kilku tysięcy Żydów. To nie jest sprawiedliwe, że takim zbrodniarzom udało się zbiec.
Zakrzewski nie wiedział, że Peter nie żyje, że jego krewni po części zostali pomszczeni, a więc Ambroży nie pisnął mu nic na ten temat.
- Zgadzam się z panem. Tacy ludzie powinni być sądzeni, nie powinno im to ujść płazem.
- Obydwaj rządzili niepodzielnie w płockim getcie. Ono miało bardzo krótką krwawą historię, bo utworzono je we wrześniu czterdziestego roku, a zlikwidowano w marcu następnego. Uwięziono tam około dziesięciu tysięcy ludzi. Obejmowało ulice Kwiatka, Synagogalną, Jerozolimską, Niecałą i fragment Bielskiej. Skupienie mnóstwa ludzi na tak małym obszarze skutkowało głodem, chorobami i dużą śmiertelnością.
- I tym wszystkim rządzili Keitlowie?
- Tak i, co jest okropne, robili to przy pomocy policji żydowskiej.
- Chodzą słuchy, że gruppenführer ograbił pańskich ziomków ze złota i innych kosztowności.
- Bo to prawda. Pamiętam, że Keitel miał sygnet z głową Świętego Mikołaja, chodził po getcie i kazał dzieciom go całować. Mówił im, że jest wysłannikiem Świętego Mikołaja i weźmie je do jego królestwa. Kiedy któreś z nich nie chciało tego zrobić, to je zabierał i wszelki ślad po nim ginął.
- Lubił małe dzieci?
- Lubił się nad nimi znęcać. To był sadysta. Zresztą jego kuzyn miał podobne upodobania. Nie wiem, który z nich był gorszy. Prawdziwą rzeźnię urządzili dwudziestego czwartego grudnia. Gruppenführer włożył czerwoną czapkę oraz płaszcz w tym samym kolorze i ruszył na obchód getta. Chodził po domach i wywlekał z nich małe dzieci. Te opierające się zabijał, często na oczach ich rodziców. Najmniejsze chwytał za nóżki i rzucał nimi o ścianę.
Mężczyzna na chwilę zamilkł, po czym dyskretnie przetarł oczy.
Zuza z przerażeniem słuchała tej opowieści. Różne rzeczy wiedziała o zbrodniach faszystów, ale wynaturzenie tych oprawców przekroczyło wszelkie granice jej wyobraźni.
- Wracając do tego złota - kontynuował mężczyzna - prócz małych dzieci interesowało ich wszystko, co przedstawiało sporą wartość. Za obietnicę uwolnienia z getta kazali sobie płacić w drogocennych obrazach, biżuterii i złocie.
- Pewnie obietnic nie dotrzymywali?
- Oczywiście, że nie. Tych, co zapłacili, zapakowano na ciężarówki i wywieziono w nieznanym kierunku. Jedni uważali, że pojechali ku wolności, ale większość domyślała się prawdy. Owszem, to była forma wolności, bo skończyła się ich męka. Pojechali w transporcie do obozu w Działdowie, a później do Oświęcimia czy innego obozu koncentracyjnego.
- Co stało się z tymi dobrami? Myśli pan, że Keitel wywiózł je na zachód Europy?
- Trudno mi powiedzieć. Widziałem go w Płocku kilka dni przed wejściem Ruskich. To było zastanawiające, bo ryzykował, że wpadnie w ich ręce, a to było przy jego dokonaniach równoznaczne z kulką w łeb. Moja znajoma widziała też jego kuzyna, Petera. Ponoć jakieś skrzynie pakowali na ciężarówkę.
- Czyli wszystko wywieźli - skwitowała Zuza.
- Nie jestem tego pewien. Wiem, że na rogatkach Płocka doszło do strzelaniny między Niemcami, a później widziano jakąś ciężarówkę ze śladami po kulach błąkającą się po mieście.
- Czy sugeruje pan, że łupy nie opuściły Płocka?
- Nie wiem i nie mam pojęcia, co było w tych skrzyniach. Może chcieli wywieźć jedynie jakieś dokumenty? Czemu pani o to pyta? Czy chce pani je odnaleźć? A jeśli to się pani uda, to co dalej? Odda to pani komunistom, którzy kilka lat temu wygonili moich pobratymców z Polski?
- Nie ma mowy - zaoponowała Zuza stanowczo. - Zresztą ja nie szukam tego złota.
- To czego pani szuka? Tyle lat minęło od tamtych wydarzeń. Jeśli chce pani złapać gruppenführera Keitla, to niech pani leci do Argentyny, Brazylii czy Urugwaju. Tam się oni wszyscy ukryli.
- Wiem i wiem też, że to dzięki Watykanowi, to jego urzędnicy wyrobili paszporty tym zbrodniarzom. Szczególnie był w tym aktywny biskup Alois Hudal. Ta sprawa mnie wciąż szokuje.
- Mnie już przestała. Kościół bardziej niż Boga kocha pieniądze, a tamci mieli ich w bród. Opłacili wyjazdy złotem, na którym była krew ich ofiar. Watykańskim dostojnikom wcale to nie przeszkadzało. Wracając do celu pani wizyty, nie odpowiedziała mi pani na pytanie, czego pani szuka.
- Informacji o gruppenführerze Keitlu, o jego zbrodniach i o tym, co się nim stało.
- Już pani powiedziałem, gdzie trzeba go szukać. Czemu nie interesuje pani los jego kuzyna? Czyżby pani coś o nim wiedziała? Jeśli tak, proszę mi to wyjawić. - Wbił w Zuzę natarczywe spojrzenie.
Zaczęła bić się z myślami. Z jednej strony musiała chronić tajemnicę ojca, a z drugiej ten mężczyzna zasłużył na poznanie prawdy.
- Widzę po pani minie, że pani coś wie. - Gospodarz nie ustępował. - Błagam o informacje. Jeśli to jest tajemnica, to daję słowo, że to nie wyjdzie poza ten pokój.
- Słyszałam, że Peter Keitel już poniósł karę za swoje zbrodnie - odrzekła, cedząc słowa i czujnie obserwując twarz rozmówcy.
Zakrzewski był wyraźnie poruszony tą informacją.
- Czy zdradzi mi pani coś więcej? Skąd pani to wie? I jak zginęła ta hitlerowska bestia? Chcę poznać szczegóły.
- Nic więcej nie powiem. Przykro mi.
- Nic więcej pani nie powie czy nie wie?
- Przykro mi, ale nic więcej nie mam do powiedzenia w tej sprawie - odparła sucho.
Mężczyzna nie krył rozczarowania. Zapalił następnego papierosa.
- Jest pani pewna, że on nie żyje? Ktoś go ukatrupił?
- Zadaje pan mnóstwo pytań i jest ich dużo za dużo. Jak wcześniej wspomniałam, jedynie co nieco słyszałam w tej sprawie, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy. - Widząc reakcję gospodarza, zaczęła się wycofywać.
- A mogę wiedzieć od kogo pani to usłyszała?
- Chyba pan żartuje? - warknęła, podnosząc się z krzesła.
Zakrzewski chwycił ją za rękę.
- Niech pani poczeka. Nie będzie więcej pytań. Odnośnie do gruppenführera Keitla i jego kuzyna przez wiele lat próbowałem coś ustalić w ich sprawie. Ponoć Peter przez jakiś czas przebywał w ośrodku w Murzynowie. Niestety, kiedy się tam zjawiłem, już go nie było. Ponoć zaginął, i to w dziwnych okolicznościach. Teraz połączyłem to, co przed chwilą usłyszałem, z jego zniknięciem i domyślam się, że ktoś go porwał, żeby wymierzyć mu sprawiedliwość. Szkoda, że nie wiem, kto to jest, bo bym mu podziękował. Skoro jednak się tym nie pochwalił, to znaczy, że ma swoje powody. Mam rację?
Wbił w Zuzę natarczywe spojrzenie.
- Być może ma pan rację - odpowiedziała wymijająco.
- A co co drugiego z Keitlów - kontynuował - to wiem, że udało mu się uciec do Argentyny. Wiem też, że po wojnie szukał przez kogoś kontaktów w Płocku.
- Szukał kontaktów? - zdumiała się. - Przecież był tu znienawidzony. Kto chciałby z nim gadać?
- Nie przez wszystkich, byli Polacy, którzy z nim współpracowali. Niektórym zapewne udało się ukryć swoją wojenną przeszłość. Zmienili nazwiska, a ludzie, którym uczynili krzywdę i którzy mogliby ich zdemaskować, nie żyją.
- Czy chce pan powiedzieć, że tu, w Płocku, żyją sobie spokojnie ludzie z mroczną okupacyjną przeszłością? Podejrzewa pan kogoś? Może kogoś pan rozpoznał?
- Nie, ale ja nie za dużo spaceruję po mieście, raczej unikam ludzi.
- A skąd pan wie, że Keitel szukał kontaktów?
- Jedna ze znajomych opowiadała mi, że dostała dziwny list pisany po niemiecku. Był nadany w Argentynie. Poprosiłem ją, żeby mi go pokazała. Po jego treści od razu zorientowałem się, że autor szuka jakichś wojennych kontaktów. Skoro mieszkał w Argentynie, to sugerowało, że ma sporo za uszami. Znajoma przeprowadziła się do Płocka kilka lat temu, a więc to nie o nią chodziło. Nadawca szukał kobiety o tym samym nazwisku.
Zuza sięgnęła do torebki po notatnik.
- Proszę mi podać jej personalia.
- Mirosława Kopeć. Jednak nie sądzę, że ją pani znajdzie. Ci ludzie dobrze się zakamuflowali.
- Coś w rodzaju piątej kolumny?
- No niezupełnie, tamci mieli dokonywać sabotaży, a ci się jedynie poukrywali.
- Czemu nie uciekli z Płocka? O ile wiem, to tuż przed końcem wojny można było czmychnąć na Zachód.
- Może nie zdążyli, bo Ruscy posuwali się bardzo szybko.
- Jak pan myśli, jeśli to faktycznie gruppenführer Keitel, to czemu szukał kontaktów? Chyba musiał mieć jakiś ważny powód?
- Chodzi pani o złoto zrabowane moim ziomkom? Nie sądzę. Przecież wcześniej miał mnóstwo czasu, żeby je wywieźć.
- No tak, ale pan wspomniał o ciężarówce, która nie mogła opuścić miasta. W takim razie co w niej było tak ważnego?
Mężczyzna ostentacyjnie wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Też chciałbym to wiedzieć. Być może była to jakaś dokumentacja. Wtedy krążyła po Płocku plotka, że na jakiś czas w mieście zatrzymał się jakiś bardzo ważny niemiecki naukowiec. Ponoć chciał się dogadać z Ruskimi. Wykupić się za jakieś tajemnice wojenne.
- To ma sens. Czemu jednak nie uciekał do Amerykanów?
- Może był ruskim szpiegiem? Oni mieli wszędzie swoich ludzi. Do dziś podejrzewają, że Borman pracował dla nich.
- A zatem wszystko było możliwe. Tak samo Keitel mógł uwięzić naukowca, żeby go później przehandlować Ruskim za swoją wolność.
- Być może, ale oni nie dotrzymywali umów i sądzę, że on o tym dobrze wiedział. Był zbrodniarzem, ale nie tępakiem. Wiem, że był bardzo oczytany.
- I słuchał Wagnera? - wtrąciła.
- Jak oni wszyscy. Na pewno kombinował coś spektakularnego.
- Skoro Keitel szukał kontaktu, to można przypuszczać, że ciężarówka nie opuściła miasta.
- Owszem, jest to możliwe, ale to nie oznacza, że zawartość tych skrzyń przetrwała do dziś. Jeśli to były papiery, to mogły ulec zniszczeniu lub ich treść znacząco straciła na wartości. To jest nawet bardzo prawdopodobne.
- Kto jeszcze ma jakąś wiedzę o tamtych czasach? Do kogo mogłabym się udać?
Zakrzewski zamyślił się, wyraźnie chciał pomóc.
- Niestety nie znam nikogo takiego. Ci, którzy coś wiedzieli, to albo uciekli, albo zostali zamordowani.
Zuza podniosła się z krzesła. Schowała notatnik do torebki i podała rękę Zakrzewskiemu.
- Bardzo panu dziękuję za te informacje.
- Przykro mi, że nie wiem nic więcej - bąknął.
- I tak wiem dużo więcej niż przed przyjściem.
Zuza wyszła na ulicę, stanęła na chodniku i rozejrzała się po ulicy.
- Gdzie jesteś, Mirosławo Kopeć? Jak się teraz nazywasz i co masz na sumieniu? - szepnęła.
Ruszyła w stronę kancelarii. Po drodze w sklepie monopolowym kupiła Stocka. Dobrze, że miała torebkę sporych rozmiarów i mogła butelkę ukryć na samym jej spodzie, bo nie chciała, żeby zobaczył ją jej ojciec, a tym bardziej teraz, kiedy dwa dni wcześniej zrobił jej wykład o szkodliwości picia alkoholu. Szkoda, że sam tego nie przestrzegał, bo alkoholu za kołnierz to on nie wylewał, a szczególnie za życia jego wieloletniego przyjaciela, poety Władysława Broniewskiego. Lubiła wujka Władysława, ale to był opój, jakich mało.
Na ulicy Tumskiej natknęła się na panią Giedroyć, znaną płocką położną, która była pierwszym świadkiem jej przyjścia na świat. Tamta jak zwykle elegancko ubrana w ciemną garsonkę i w kapeluszu z dużym rondem na głowie szła pod rękę z jakąś inną starszą kobietą. Wymieniły ukłony, uśmiechnęły się do siebie i poszły dalej.
W kancelarii zastała ciszę jak makiem zasiał. Sekretarki nie było, pewnie znów poszła na pocztę po korespondencję, czyli na zakupy. Chyba zacznie ją śledzić. Udowodni ojcu, że tamta to oszustka i nierób. Może w końcu ją wywali na zbity pysk, bo przecież tak naprawdę to nie ma z niej żadnego pożytku. Nie umiała pisać na maszynie, a w pisaniu odręcznym waliła błąd za błędem. Jedyne, co potrafiła, to zrobić herbatę, ale to chyba było stanowczo za mało na jej pensję. Był moment, że Zuza nawet podejrzewała ojca o romans z tą jędzą, ale kiedy zobaczyła go na randce z prokurator Szczawińską, doszła do wniosku, że to było totalnie durne podejrzenie. To nie ta liga.
Ojciec był w swoim pokoju. Siedział przy biurku i czytał jakieś akta. Odłożył je na widok córki.
- I co? Byłaś u Franka?
- Właśnie od niego wracam.
Ambroży sięgnął ręką do drewnianego pudełka stojącego na blacie biurka i wyjął z niego cygaro. Zuza dobrze pamiętała to pudełko, przywiozła mu je z Zakopanego, będąc w szóstej klasie na klasowej wycieczce. To miłe, że go wciąż używał.
- No to opowiadaj.
Pokrótce streściła swoją rozmowę z Zakrzewskim.
- No i co o tym myślisz? - spytała na koniec.
- O tych skrzyniach na ciężarówce to nic nie wiedziałem. Bardzo ciekawe. Być może zawierały jakieś dokumenty, ale nie sądzę, że przetrwały do dziś. Zresztą jaka by teraz była ich wartość? Śmiem twierdzić, że tylko historyczna. Nie wydaje mi się, żeby Keitel ryzykował dekonspirację dla jakieś starej makulatury.
- Dekonspirację? - zdziwiła się. - Przecież on przypuszczalnie jest w Argentynie.
- I co z tego? Nieważne, gdzie jest. Wszędzie go można dopaść. Eichmann też się ukrywał w Argentynie, ale to go nie uchroniło przez Mosadem. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym porwano go i sprowadzono do Izraela, a potem powieszono.
- No tak, uczyli mnie tego w szkole. Wracając do tematu, wszystko wskazuje na to, że chodzi o złoto. Ono może być ukryte gdzieś na terenie miasta lub było ukryte, no bo przecież nie wiemy, jaki jest stan faktyczny. Może Keitlowi udało się już je wywieźć.
Ambroży się zasępił. Wyraźnie coś go mocno gryzło.
- O co chodzi? - spytała Zuza.
- Wiem, że to jest ciekawa sprawa, że ukryte złoto za silnie działa na ludzką wyobraźnię. Świadczy o tym choćby słynna kalifornijska "gorączka złota" z lat czterdzieści osiem-pięćdziesiąt pięć dziewiętnastego wieku, kiedy zjechało tam blisko trzysta tysięcy poszukiwaczy, wszyscy z obłędem w oczach, czy późniejsza nad rzeką Klondike. Obawiam się, że ta sprawa może zagrozić naszej tajemnicy. Wiesz, o czym mówię?
Oczywiście, że wiedziała. Od momentu, kiedy Ambroży jej to wszystko opowiedział, nie przestawała o tym myśleć.
- Nie obawiaj się. Jeśli sprawy zaczną przybierać zły obrót to się wycofam.
- Wiesz, że nie zawsze jest to możliwe. Nieraz na pewne sprawy nie mamy wpływu. Maszyna rusza i nic nie jest w stanie zatrzymać jej trybów.
- To włożę między nie przysłowiowy drewniak. Daję słowo, że cały czas będę mieć nad tym kontrolę.
- Widzę, że mojej córki nic i nikt nie jest w stanie zawrócić. Dobrze, a więc działaj.
Zuza po wyjściu z kancelarii spotkała na schodach sekretarkę. Tamta jak zwykle była objuczona torbami wypchanymi zakupami. Z jednej z nich wystawały szpony kurczaka, a więc dziś kobieta także i rynku nie ominęła.
- Widzę, że zakupy udane - wbiła jej szpilę Zuza.
- To tylko po drodze. Byłam na poczcie po korespondencję - odburknęła sekretarka, czerwieniąc się.
- O ile wiem, to rynek nie jest po drodze na pocztę, no chyba że kurczaka złapałaś na ulicy, i to od razu oskubanego - zakpiła.
Idąc Tumską, Zuza natknęła się na Ząbkowską, swoją nauczycielkę od polskiego z podstawówki. Nie cierpiała babska, bo zamiast rozwijać, zabijała w uczniach zainteresowanie literaturą. Ale co się dziwić, jeśli ledwie umordowała studium nauczycielskie. Tak w każdym razie twierdziła Jankowska, stara znajoma Ambrożego.
- Zuza Lewandowska? Jak się cieszę, że cię widzę. Ledwie cię poznałam.
- Mnie tam na tytułach nie zależy, ale jeśli już, to magister Zuza Lewandowska - sprostowała pani mecenas ze zjadliwym uśmiechem na twarzy.
- No tak, słyszałam, że skończyłaś prawo, gratuluję!
- Dziękuję, proszę wybaczyć, ale się spieszę - odparła oschle i poszła dalej.
Może przeszła z dziesięć kroków, kiedy nagle się zatrzymała. Spotkanie z Ząbkowską przypomniało jej woźnego ze szkoły. Pamiętała, że stracił pracę, kiedy wyszła na jaw jego przeszłość wojenna. Co miał za uszami, tego nie wiedziała, ale mógł być dla niej kopalnią wiedzy o tamtych czasach. Warto by było z nim porozmawiać. Był ojcem Marcina, kolegi z klasy. Chłopak ciągnął się w ogonie i po podstawówce ledwie skończył zawodówkę. Teraz był hydraulikiem, nieraz jak przyjeżdżała do Płocka, to spotykała go na ulicy. Kilka razy nawet porozmawiali. Gdzieś w domu powinna mieć adres zakładu, w którym pracował. Dał jej na wypadek awarii, obiecał szybką reakcję oraz duże zniżki. Przyspieszyła kroku.
Do domu wpadła jak bomba i zaczęła przeglądać swoje rzeczy, a konkretnie stare notatniki i kieszonkowe kalendarze. W tym czasie Homer zdążył się zsikać na dywan.
- Sukinsynu, jeszcze jedna wpadka, a utnę ci siusiaka, i to sekatorem, a na dodatek tępym - warknęła na niego i pobiegła do łazienki po szmatę.
Drzwi były zamknięte od środka. Walnęła w nie pięścią.
- Szybciej! - ryknęła.
Drzwi się otwarły na szeroko. Sublokatorka ubrana w brudną podomkę i z wałkami na głowie opuściła łazienkę.
- Wolne, jaśnie pani - rzekła kpiąco.
- Zrobię ci wychodek w podwórzu. Doigrasz się, szmato - rzekła Zuza, po czym chwyciła stary ręcznik leżący na pralce i pobiegła na powrót do pokoju.
Po długich poszukiwaniach w końcu znalazła notatkę z adresem zakładu, w którym pracował Marcin. Cholera, za żadne skarby nie mogła sobie przypomnieć jego nazwiska. Oby nie było tam dwóch lub więcej pracowników o tym samym imieniu. Zakład mieścił się przy ulicy Królewieckiej. Zdziwiło ją, bo to był Świt, spółdzielnia inwalidów, a Marcin, kiedy się ostatnio widzieli, na kogoś takiego nie wyglądał. Jutro z rana tam się uda.
W nocy obudziły ją krzyki dochodzące z ulicy. Wyjrzała przez okno. Szła grupa pijanych mężczyzn. Krzyczeli, śpiewali. Kilku z nich miało zarzucone na siebie wielkie kolorowe chusty. Teraz wszystko było jasne, świętowano wyjście z wojska do cywila. Zamknęła okno i poszła spać.