Rozdział 1 - Czy jesteś ze mną? - czym jest intymność
Znać kogoś intymnie i łączyć się z nim w głęboki sposób - to zawsze wymaga przekroczenia granic i zawsze oznacza napięcie, nawet jeśli jesteś z tą osobą w związku małżeńskim od pięćdziesięciu lat.
AMY BLOOM
Dawno, dawno temu na przedmieściach za siedmioma górami i za siedmioma lasami sądziłem, że będę najlepszym mężem na świecie.
A potem wziąłem ślub.
Wówczas sądziłem, że wiem wszystko, co człowiek może wiedzieć na temat intymności. Nie miałem jednak pojęcia, jak bardzo jestem niedojrzały emocjonalnie. Wierzyłem, że intymność to poczucie bliskości, w które popadnę na dźwięk słów pastora: "Możesz teraz pocałować pannę młodą". Od tego momentu wszystko będzie przypominało musicalową sielankę rodem z Hollywood. Pomysł, że intymność jest czymś, nad czym muszę pracować, nawet nie przychodził mi do głowy. Jak możecie się spodziewać, przysporzyło mi to kilku problemów.
Kiedy Nancy i ja zaczęliśmy randkować, zdarzało jej się powiedzieć lub zrobić coś, co mi się nie podobało. Być może nazbyt stanowczo wyraziła swoją niezgodę z czymś, co powiedziałem w gronie innych osób, albo powiedziała coś, co brzmiało, jakby się rządziła albo była zawzięta. Jak na ironię, jedną z rzeczy, która mnie do niej przyciągnęła, było właśnie to, że uwielbiała mówić i miała bardzo stanowcze poglądy. Była taka od zawsze. Oceniając jej zachowanie w przedszkolu, jej nauczyciel powiedział: "Nancy dobrze się zaaklimatyzowała, ale ma tendencje do prowadzenia rozmów w porze drzemki". A zatem, choć pociągała mnie jej otwartość i ekspresja, z jakiegoś powodu jej osobowość nieco mnie jednak niepokoiła.
Nie potrafiłem sobie z tym radzić zbyt dobrze.
Ilekroć nie zgadzaliśmy się, zamiast rozmawiać o tym z Nancy, coś we mnie stygło i zaczynałem się dąsać. Bardzo się dąsać. To był mój dar duchowy. Pewnie gdybym był superbohaterem, dąsanie byłoby moją supermocą. Doprowadziłbym swoim dąsaniem złoczyńców do takiego poczucia winy i do takich wyrzutów sumienia, że od razu oddawaliby się w ręce policji.
Dąsanie może być wspaniałą, choć oczywiście niekonwencjonalną supermocą. Jest ono także zabójcą intymności.
W wieczór, gdy urządzaliśmy próbną kolację weselną, byłem o coś zły na Nancy - nie pamiętam, o co chodziło. Jednak zamiast powiedzieć jej, co mnie trapi, żebyśmy mogli to przepracować (jak to robią dorośli), stałem się uprzejmie wycofany i odległy. Oczywiście ona to zauważyła i czas, który powinien być czasem radości, stał się dość bolesnym doświadczeniem.
Kolejnego dnia bez wyjaśnienia zaistniałego nieporozumienia pojechaliśmy do kościoła, pobraliśmy się i wyjechaliśmy na miesiąc miodowy.
Często słyszy się, że miesiąc miodowy to doskonały czas - a ja, mąż doskonały, miałem na niego równie doskonały plan. Nancy to typowa dziewczyna z Kalifornii. Zawsze uwielbiała ocean i ciepły klimat wybrzeża, więc oczywiście w podróż poślubną zabrałem ją do... Wisconsin3.
Pomyślałem: To doda dreszczyku emocji!
Jakoś nie wyszło. Kto by pomyślał.
Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że nasz miesiąc miodowy był emocjonalną kolejką górską. Ilekroć Nancy zrobiła coś, co mi się nie podobało, zamiast z nią rozmawiać, wycofywałem się i trzymałem to w sobie. Pewnego popołudnia siedzieliśmy przy basenie (to był idealny dzień na dąsanie), a ja czytałem książkę, aby zdystansować się od mojej świeżo poślubionej żony. (Tak jest - nie tylko zabrałem na miesiąc miodowy książkę, ale w dodatku czytałem ją przy basenie). Całe życie czekałem na miesiąc miodowy. Od czasów dojrzewania żyłem dla miesiąca miodowego. A teraz oto siedzę w pięknym kurorcie w Wisconsin i zamiast budować intymność z moją żoną, czytam książkę. I to nie byle jaką - biografię Zygmunta Freuda. (Nie, nie zmyślam). Jak być może wiecie, Freud pisał głównie o seksie. Więc mogłem uprawiać seks, ale zamiast tego - czytałem o nim.
Co powiedziałby na to Freud?
Co powiedziałby na to Jezus?
Oto co powiedziała Nancy: "Odłóż tę książkę!".
Choć to właściwie ocenzurowana wersja. W oryginale użyła jeszcze przymiotnika na opisanie książki. Było to słowo, jakiego być może użyłbyś, gdybyś uderzył się w palec młotkiem. Bardzo niebaptystyczne słowo.
O kurczę - pomyślałem. Jesteśmy w podróży poślubnej, a ona już używa takich słów.
Widzicie, jak to rozegrałem? Zamiast odnieść się do frustracji Nancy, zwyczajnie skrytykowałem jej formę wyrazu. Innymi słowy, zupełnie nie zrozumiałem.
Mówiąc mi, żebym odłożył książkę i zwrócił na nią uwagę, Nancy zapraszała mnie do intymności (w swój własny niebaptystyczny sposób). A mnie to umknęło. Z racji mojego wykształcenia psychologa klinicznego oraz kaznodziei myślałem o sobie jak o ekspercie w dziedzinie intymności. W rzeczywistości jednak moje poczucie intymności było poważnie zaburzone.
ZROZUMIEĆ INTYMNOŚĆ
W umysłach wielu osób w naszej kulturze słowo intymność zostało trwale związane z seksem. Jednak choć istnieje związek pomiędzy tymi dwoma słowami, nie można ich używać zamiennie, a jedno od drugiego nie zależy. Nie musimy uprawiać seksu, by budować z kimś intymność. Nie musimy też posiadać intymnej relacji z kimś, by uprawiać z tą osobę seks. W zasadzie wiele naszych intymnych relacji nie ma nic wspólnego z seksem. Intymność może być obecna w relacjach z dziećmi, rodzicami, przyjaciółmi czy współpracownikami - a nawet w naszej relacji z Bogiem.
Intymność to nie jest uczucie. To nie mistyczne doświadczenie, które jedni mogą przeżywać z powodu wrodzonej wrażliwości, podczas gdy inni są skazani na jego nieodczuwanie. Nie jest ona właściwa jedynie dla osób o określonych temperamentach czy tych, które w psychometrycznym teście MBTI wypadają na "uczuciowych". Intymność nie pojawia się też w jakiś czarodziejski sposób, gdy dwie osoby mówią sobie "tak".
Najlepsza definicja intymności, jaką znam, pochodzi od mojego przyjaciela Dallasa Willarda.
Dallas był szefem katedry filozofii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Jest takie powiedzenie, że jeśli jesteś najmądrzejszą osobą w pomieszczeniu, to jesteś w niewłaściwym pomieszczeniu. Dallas zawsze był w niewłaściwym pomieszczeniu. Znał też Biblię lepiej niż ktokolwiek inny, kogo miałem okazję spotkać. Ludzie chcieli przebywać w jego otoczeniu, bo nieustannie mówił niezapomniane rzeczy, które nie mogły wyjść z ust kogoś innego. Na przykład takie:
-Królestwo Boże nigdy nie ma kłopotów, podobnie jak ludzie, którzy w nim przebywają.
-Rzeczywistość to coś, z czym się zderzasz, kiedy nie masz racji.
-Chrześcijanie to osoby, które lepiej wychodzą na tym, że umierają.
Jednak ważniejsza niż jego zdolność do snucia niezwykle mądrych przemyśleń, była jego zdolność do odbierania życia jako niespiesznego daru - i do dzielenia się tym doświadczeniem z innymi.
Pewnego razu mój przyjaciel pracował jako pomocnik naukowy dla Dallasa podczas intensywnych dwutygodniowych warsztatów dla kaznodziejów. Przebywali razem w tym samym domu, gdzie wieczorami Dallas ściągał swoje formalne ubranie i odziewał krótkie spodenki i T-shirt, ale pozostawał w brązowych skarpetach i eleganckich skórzanych butach.
Któregoś wieczoru skakali po kanałach i trafili na hiszpańskojęzyczny program, w którym ludzie uczyli się tańczyć salsę. Dallas powiedział: "To wygląda na dobrą zabawę, powinienem spróbować tych ruchów".
Już sama myśl o tym, że Dallas Willard - urodzony i wychowany w baptystycznej rodzinie na wiejskich obszarach Missouri ekspert od fenomenologii husserlowskiej w średnim wieku - ubrany w T-shirt, bermudy i eleganckie brązowe buty, wykonuje ruchy salsy, jest bezcenna i równie niezapomniana, jak jego nauczanie.
Tak czy owak, pewnego razu powiedział mi: "Jesteś nieprzerwanym przepływem doświadczeń. Żyć to posiadać zdolność do doświadczania rzeczywistości".
To brzmi zwodniczo prosto, jednak to stwierdzenie pomogło mi nazwać najgłębsze pragnienia mojej duszy. Uwielbiam przeżywać doświadczenia, które wzbogacają moje życie - pierwszy płacz nowo narodzonego dziecka; surfing na plaży Cowell's Beach; piękno piosenki Jean Valjean wykonującej "Bring Him Home" (Przyprowadź Go do domu) głębokie rozmowy w środku nocy przy świetle trzaskającego ogniska z kimś, kogo kocham; oglądanie deszczu meteorów na dachu z moimi dziećmi, podczas gdy leżymy w śpiworach i słuchamy piosenki Dona McLeana "Starry, starry night..." (Gwiaździsta noc...).
Dallas wyjaśniał: "Intymność to nic innego jak doświadczenie, które z kimś dzielisz".
Pomyśl tylko. Jeśli życie składa się z doświadczeń, to do pewnego stopnia jakość naszego życia wyrażona jest jakością naszych doświadczeń. Doświadczenia kształtują perspektywę względem życia i pomagają lepiej rozumieć świat. Jeśli zatrzymasz się, by rozważyć, co sprawiło, że jesteś osobą, którą obecnie jesteś, łatwo dostrzeżesz rolę własnych doświadczeń.
Czasem używamy telefonów, by robić zdjęcia tego, jak dobrze się bawimy, ponieważ chcemy utrwalić i zachować dobre czasy. Oczywiście nie utrwalamy momentów, o których wolelibyśmy zapomnieć. Nikt nie robi sobie zdjęcia nad oblanym testem, kiedy dostał kosza, został wyrzucony z pracy albo został wystawiony do wiatru na pierwszej randce. Robimy sobie selfie na meczu, na wyprawie w góry, na koncercie albo podczas prowadzenia auta (chociaż to lekko przerażające).
Oto ciekawy fakt, jaki odkryłem po drodze: w 2015 roku więcej osób zmarło, robiąc sobie zdjęcie, niż od ataku rekina4. To nieco zaskakujące, że podczas ataku rekina nikt nie robi sobie selfie.
Nie tylko świętujemy nasze doświadczenia, ale mamy też potrzebę dzielenia się nimi. Kiedy dzielimy się doświadczeniami z innymi ludźmi - tymi dobrymi, tymi złymi oraz tymi codziennymi chwilami, które wypełniają nasze dni - dzielimy z nimi także nasze życie. I to tworzy więzi, które stanowią kolejny nieodzowny element intymności.
Podczas naszego miesiąca miodowego Nancy chciała stworzyć ze mną więź. Była zła, ponieważ nie skupiałem się na niej. Była zła, bo nie byłem dla niej emocjonalnie dostępny. Była zła, ponieważ zawlokłem ją do Wisconsin na naszą podróż poślubną. Jednak była najbardziej zła z tego powodu, że nie dzieliłem z nią doświadczenia naszej podróży poślubnej. To, czego nie potrafiłem sobie uświadomić w tak krytycznym momencie naszego związku, to to, że współdzielone doświadczenia stanowią fundament intymności.
Ilekroć łączymy się z kimś poprzez wspólne doświadczenie, stwarzamy potencjał do budowania intymności. Jeśli nie potrafisz planować albo nie jesteś osobą przesadnie sentymentalną, możesz pomyśleć, że stracisz sposobność do budowania intymności. Tak jednak nie jest. Intymność nie powstaje w oparciu o wielkie wymowne gesty. To nie musi być coś głębokiego i dramatycznego - wyszukany romantyczny wyjazd, dramatyczne wyznania czy sentymentalne słowa. Na intymność składają się raczej tysiące małych codziennych interakcji.
To pytanie dzieci, jak minął im dzień. To pytanie i przykładanie wagi do tego, w co ubrała się twoja żona, wychodząc na spotkanie. To wysłuchanie dowcipu. To zapamiętanie, jakie kto lubi wino, książkę czy serial w telewizji. To tryknięcie głową w kask podczas rozgrywki futbolowej. To dostrzeganie przygnębienia na twarzy i kilka słów zachęty. To mrugnięcie okiem do kolegi podczas trudnego spotkania, co znaczy: "Damy sobie z tym radę". To odłożenie książki Freuda i wysłuchanie zawiedzionej żony podczas podróży poślubnej do Wisconsin.
Pojedyncza nuta w muzyce nie znaczy wiele. Jednak jeśli zbierzesz ich odpowiednią liczbę i uporządkujesz we właściwy sposób, otrzymasz IX Symfonię Beethovena. Podobnie jest z dzieleniem wspólnych doświadczeń. Pojedyncze spotkanie może nie znaczyć wiele, jednak jeśli przejdziemy wspólnie wiele doświadczeń... Tak buduje się intymność.
INTYMNOŚĆ WYMAGA CZASU I OBECNOŚCI
Jeśli mój miesiąc miodowy może czegokolwiek dowodzić (poza tym, że Freud raczej rzadko poprawia nastrój), to właśnie tego, że intymność nie jest automatycznym skutkiem bycia w tym samym miejscu i w tym samym czasie. Możemy być w tym samym miejscu, ale niekoniecznie dzielić ze sobą doświadczenie.
Nie istnieje coś takiego, jak jednostronna, samodzielnie zbudowana intymność. Z natury intymność musi być obustronna. Dlatego podstawowym budulcem intymności - czy to z Bogiem, czy z ludźmi - są wspólne doświadczenia, które tworzą znaczące więzi. Zwykle intymność pojawia się, kiedy jedna osoba zaprasza drugą do dzielenia wielu zwyczajnych (a czasem nadzwyczajnych) chwil codziennego życia, a zaproszenie to jest nie tylko przyjęte, ale też odwzajemnione.
Aby móc naprawdę dzielić ze sobą doświadczenie, musimy być obecni, musimy zainteresować się innymi. Musimy rozmawiać o tym, o czym myślimy, co czujemy, czego doświadczamy, i musimy aktywnie słuchać, kiedy druga osoba robi to samo. W przeciwnym razie jesteśmy jedynie dwojgiem ludzi, których połączyło to samo miejsce i czas. Jeśli moje ciało jest tutaj, ale mój umysł jest rozproszony, jeśli moje myśli dryfują w stronę notowań giełdy albo problemów w pracy, kiedy ty opowiadasz o swoim dniu, tak naprawdę nie dzielimy tego doświadczenia.
Dwoje ludzi może siedzieć przy posiłku, oglądać film, wybrać się do sklepu, a nawet przeżywać tragedię utraty dziecka, a mimo to zamiast pogłębiać intymność, mogą w rezultacie oddalać się od siebie.
Całkiem niedawno siedzieliśmy z Nancy przy kolacji, ale moja uwaga skupiona była na ekranie telefonu. Kilka minut po tym, jak zaczęliśmy jeść, dostałem wiadomość - od Nancy - w której przeczytałem: "Ja tu siedzę". Ekrany są przydatne, ale zdarza nam się zapomnieć, gdzie jest ich miejsce. Ekrany są dla ludzi, a nie ludzie dla ekranów.
Czy wymiana wiadomości to dobrze spędzony czas? Nie. A może sprawdzanie e-maili? Nie. A oglądanie telewizji? Cóż, to zależy, co akurat grają. Dramat na żywo podczas meczu piłki nożnej, kiedy doświadczacie wspólnie wzlotów i upadków - naturalnie tak. Jeśli leci akurat "Kawaler do wzięcia" - to niebiblijne, więc używaj mądrości i zdrowego rozsądku.
Niesamowitym wymiarem miłości Jezusa była Jego zdolność do bycia w pełni obecnym dla ludzi. W całej Biblii nie znajdziemy nawet wzmianki o tym, by Jezus powiedział do kogoś: "Przepraszam, co powiedziałeś? Nie słuchałem. Rozproszyła mnie cała ta praca Mesjasza". Jezus bez ustanku był świadomy tego, co robią Jego przyjaciele.
Oczywiście bycie obecnym wymaga wydzielenia czasu.
Czas jest cenny, ponieważ jest bardzo ograniczonym zasobem. Możemy zarobić więcej pieniędzy, ale nie możemy dostać więcej czasu. Z tego względu ofiarowanie komuś daru naszego czasu jest tak intymnym aktem. To coś, czego nie odzyskamy.
Zabieganie o intymność w najważniejszych relacjach powinno stać się dla nas najwyższym priorytetem w zarządzaniu czasem.
Mieliśmy kiedyś z Nancy rozmowę na temat naszych relacji i tego, jak spędzamy czas. Spytałem ją: "Czy ja za dużo pracuję?".
Jej natychmiastowa odpowiedź brzmiała: "Nie jest tragicznie".
Fakt, to zawsze lepiej niż tragicznie, ale na skali nie wypada za wysoko. Jezus nie powiedział: "Wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami przez to, że wasze relacje nie będą tragiczne".
Oto największe wyzwanie, jeśli chodzi o czas: zawsze jest coś innego, czym mógłbyś się zająć. Zawsze jest więcej e-maili czekających na odpowiedź, więcej spraw do załatwienia i projektów do skończenia. Jednak dzieci raczej rzadko proszą: "Mamo, tato, idźcie sobie do biura i popracujcie przez resztę wieczoru".
Jeśli chodzi o czas, nie ma możliwości, żebyś kogoś w końcu nie rozczarował. Nie pozwól, by byli to ludzie, których kochasz najbardziej. Bo ostatecznie nasze relacje - nasze wspólne doświadczenia - są tym, co się liczy.
Nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś na łożu śmierci powiedział: "Przynieście moje CV, żebym mógł je jeszcze raz przeczytać. Muszę przejrzeć też mój portfel inwestycyjny. I poodhaczać wszystkie moje osiągnięcia z listy".
Czas i obecność. To właśnie składniki doświadczeń, które dzielimy ze sobą. Bez nich nie jesteśmy w stanie doświadczyć prawdziwej intymności. Nie ma też większego daru, jaki możemy dać tym, których kochamy.
Skoro już jesteśmy przy darach... Wiele lat temu wziąłem żonę i dzieci - wówczas w wieku przedszkolnym - by zrobić sobie wspólne zdjęcie. Chciałem, żebyśmy mieli rodzinny portret do rozsyłania na Boże Narodzenie, żeby każdy mógł zobaczyć, jaka intymność łączy naszą rodzinę.
Nie wiem, kto zarządzał tym zakładem fotograficznym, ale ktokolwiek to był, powinno się go zamknąć za to paskudne doświadczenie. Facet za aparatem wyciągał różne dziwne rzeczy i pokazywał je, strasząc moje dzieci, aż zaczęły płakać.
Żaden ze mnie ekspert, ale jestem przekonany, że jeśli wysyłasz kartkę świąteczną z trójką płaczących dzieci, to raczej nie jest to dobre zdjęcie. Szczególnie jeśli jesteś pastorem. Przeszliśmy więc wiele, żeby dzieci w końcu uśmiechały się do zdjęcia.
Najpierw była "faza szczęścia", w której radosnym głosem mówiłem: "Dzieci, to będzie dobra zabawa! Będzie wam się podobało!".
To jednak nie przyniosło efektu i przeszliśmy do drugiej fazy - przekupstwa.
"Dzieciaki, na dole jest cukiernia pani Fields. Jeśli zrobimy ładne zdjęcia z uśmiechniętymi buziami, pójdziemy tam i będziecie mogli wybrać sobie największe czekoladowe ciastko, jakie znajdziecie. Tylko się uśmiechnijcie".
Nie pomogło. Przeszliśmy zatem do fazy trzeciej, czyli gróźb.
"Mówię, żebyście się uśmiechnęli! Będziecie mi tu płakać? Dobrze, zaraz dam wam powód do płaczu".
Jakbyście nie wiedzieli - jest to sprawdzona metoda, by spowodować uśmiech u małych dzieci. Spędziłem na wyższej uczelni wiele lat, by posiąść wiedzę dotyczącą tej szczególnej techniki. A jednak - ku mojemu zaskoczeniu - nie zadziałała. Było coraz gorzej.
W tym czasie zakład fotograficzny wypełniały kolejne rodziny, które również przyszły z dziećmi, by zrobić sobie wspólne zdjęcia. Teraz także te dzieci płakały, widząc, co spotyka naszą rodzinę.
Byłem zdesperowany. Wziąłem na bok nasze środkowe dziecko - trzyletnią wówczas Mallory - która płakała najbardziej. Jej małym ciałkiem miotał spazmatyczny płacz, więc powiedziałem: "Nie jesteś szczęśliwa, prawda?". (To się nazywa empatia - kolejna porcja wiedzy z lat spędzonych na studiach). "Założę się, że wiem, czego byś teraz chciała..."
Mallory zawsze uwielbiała małe lalki, pluszowe zwierzaki i inne zabawki, a jej ulubioną w tym czasie była lalka, którą nazywała Dzidzia Szczypczyki. To była pierwsza lalka, której nadała, imię i nie mamy pojęcia, jak Mallory na nie wpadła. Lekarze nie musieli używać szczypców przy porodzie, a jednak Mallory tak właśnie postanowiła nazwać swoją lalkę.
W tej chwili wiedziałem, że jeśli jest coś, co może przynieść mojej córce pociechę, to właśnie myśl o jej małej lalce, którą tak kochała. Powiedziałem więc: "Mal, założę się, że gdybyś mogła poprosić o cokolwiek na świecie w tym momencie, to chciałabyś, żeby twoja Dzidzia Szczypczyki była tu z tobą. Mam rację?".
Do jej oczu napłynęła nowa fala łez, a dolną wargę wydęła tak, że ptak mógłby sobie na niej przysiąść. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Kiwnęła tylko głową.
Bardzo łagodnym głosem powiedziałem: "Jeśli chcesz jeszcze zobaczyć swoją Dzidzię...".
Przechodząc do sedna: byłem z moimi dziećmi w tym samym miejscu, ale nie dzieliłem z nimi tego, czego doświadczały. Spieszyło mi się. Martwiłem się, że ludzie, którzy nam się przyglądali, mogliby uznać, że nie kontroluję swojej rodziny (jakby to w ogóle mogło być możliwe). Byłem pochłonięty tym, żeby zająć się kolejną rzeczą w moim grafiku. Przejmowałem się, że będę musiał zapłacić za zdjęcia płaczących dzieci, które rozesłane jako świąteczne kartki ściągnęłyby nam na głowę opiekę społeczną.
Sam fakt "bycia z kimś" wymaga cierpliwości i poświęcenia. To oznacza przedłożenie tego, czego pragnie i potrzebuje inna osoba, przed naszymi potrzebami i bycie gotowym na zainwestowanie tyle czasu, ile potrzeba, żeby ta osoba poczuła się doceniona i kochana.
MISTRZ WSPÓŁDZIELONYCH DOŚWIADCZEŃ
Jezus był mistrzem kultywowania intymności poprzez czas i uwagę. Widzimy to szczególnie w kręgach ludzi, z którymi był najbliżej - Jego przyjaciołach, którzy poniekąd stali się rodziną.
Ewangelia Marka podkreśla intencje Jezusa, kiedy wybierał swoich uczniów: "Wybrał ich po to, by Mu towarzyszyli" (Mk 3,14).
Powód był prosty: chciał, by z Nim byli. Kiedy? Okazuje się, że spędzali ze sobą sporo czasu, gdy ich uczył, gdy podróżowali, gdy razem jedli, gdy odpoczywali, kiedy uwielbiały Go tłumy, a potem, gdy Go opuszczały.
Czasem oddalał się od apostołów, żeby się modlić i odświeżyć, ale poświęcił znaczną część swojego życia, po prostu z nimi będąc. Nie zawsze był z nich zadowolony - właściwie to oni często utrudniali mu pracę - nie próbował też ich uszczęśliwiać. Ale oto czego w Biblii nie znajdziesz: nigdy nie zobaczysz, jak któryś z apostołów przychodzi do Jezusa i mówi: "Jezu, jak to jest, że nie masz już dla nas czasu? Teraz jesteś sławny, tłumy przychodzą Cię oglądać, każdy mówi do Ciebie Mesjaszu... Przez te wszystkie prośby o wygłoszenie przemówienia, kampanie spotkań z modlitwą o uzdrowienie -praktycznie już Cię nie widujemy". Od samego początku, gdy całą służbę pełnili oni, poprzez intensywność uwagi całego narodu zwróconej na Jezusa i ciężaru, jaki spoczywał na barkach Jezusa, Jego przyjaciele mogli być pewni jednego: On zawsze miał dla nich czas.
Przez trzy lata zapraszał swoich przyjaciół do wspólnego doświadczenia wydarzeń ze swojego życia. Niedawno poświęciłem trochę czasu, by spojrzeć na doświadczenia, jakie Jezus dzielił ze swymi uczniami i byłem zaskoczony tym, ile ich znalazłem.
Razem chodzili
Najczęstszą rzeczą, jaką razem robili, było chodzenie. Było to pierwsze wspólne doświadczenie, jakie połączyło ich z Jezusem: "Gdy przechodził brzegiem Jeziora Galilejskiego, zobaczył Szymona i jego brata Andrzeja [...]. Jezus zwrócił się do nich: Chodźcie za Mną" (Mk 1,16-17).
Chodźcie za Mną. To może być najwspanialsze i najbardziej zmieniające życie zaproszenie do intymności, jakie kiedykolwiek wypowiedziano. Jezus nie powiedział: "Bądźcie mi posłuszni", choć posłuszeństwo jest składową pójścia za Nim. Nie powiedział też: "Wierzcie we właściwe rzeczy na mój temat", a jednak gdy bliskość między nimi rosła, Jego naśladowcy uwierzyli. Nie powiedział: "Służcie mi", choć później stało się to wyższym celem. On zaprosił ich na przechadzkę. Okazało się, że przechadzka ta zajęła trzy lata.
Wspólne chodzenie - od tego wszystko się zaczęło i nawet po zmartwychwstaniu Jezus poszedł na kilkukilometrowy spacer do Emaus z dwoma swoimi uczniami.
Pójście na przechadzkę jest proste. Nie wymaga nakładów finansowych. Nie wymaga szczególnych umiejętności. Bardzo mocno łączy ludzi. Jezus tak bardzo wykorzystywał chodzenie, że "droga" oraz "chodzenie z Jezusem" stało się synonimem bycia Jego uczniem w Nowym Testamencie. Znać Jezusa oznaczało chodzić z Nim. Nadal tak jest.
Jedli razem
Kolejna prosta rzecz. Każdy musi jeść. Nie potrzeba do tego szczególnych kompetencji. Ani wielu pieniędzy. Kiedy Jezus nie był akurat na przechadzce z ludźmi, zasiadał z nimi przy stole. "Potem, przy stole w domu Mateusza, do Jezusa i Jego uczniów przyłączało się wielu celników i grzeszników" (Mt 9,10).
W opisie najbardziej znanego posiłku w całej Biblii - ostatniej wieczerzy - padają słowa, że Jezus gorąco pragnął spożyć tę Paschę z uczniami, choć wiedział, że umrze (por. Łk 22,15). To dopiero akt intymności.
Uczyli się razem
Jezus spędzał wiele czasu, ucząc swoich uczniów. W Biblii wielokrotnie czytamy, że gdy "rozłożyli się przy Nim Jego uczniowie, wtedy zaczął do nich przemawiać" (Mt 5,1-2; zobacz też Mt 13,36; Mt 15,15; Mt 16,21; Mk 4,34; Mk 8,31; Mk 9,30-31; Łk 24,27).
Coś niezwykłego dzieje się w relacji, kiedy uczysz się, poszerzasz swoje zrozumienie i wzrastasz razem z kimś. Pomyśl tylko, o ile bogatsze jest doświadczenie książki, którą czytasz, jeśli możesz wdać się w ożywioną dyskusję na jej temat ze swoimi przyjaciółmi.
Wyświadczali sobie przysługi
"Jeśli zatem Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, wy również powinniście sobie nawzajem to czynić" (J 13,14).
Załatwienie czegoś za kogoś i robienie przysług innym nie przeszkadza w pracy na rzecz Bożego Królestwa - to stanowi pracę na rzecz Królestwa, ponieważ jest to Królestwo oparte na miłości. Jeśli nie masz czasu na okazywanie miłości, to jesteś zbyt zajęty. Kropka.
Wspólnie odpoczywali
"Niech teraz każdy z was uda się samotnie5 na odludne miejsce i tam trochę odpocznie. Wiele bowiem osób przychodziło i odchodziło, tak że nie mieli nawet czasu na posiłek" (Mk 6,31). Pływali razem łodzią.
"Odpłynęli więc łodzią na odludzie, aby pobyć w samotności" (Mk 6,32).
Chodzili na górskie wyprawy
"Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz Jana i tylko z nimi samymi wszedł na wysoką górę, z dala od ludzi" (Mk 9,2).
Modlili się razem
"Kiedyś Jezus modlił się w pewnym miejscu, a gdy skończył, jeden z Jego uczniów zwrócił się do Niego z prośbą: Panie, naucz nas modlić się, tak jak Jan nauczył swoich uczniów" (Łk 11,1).
Łowili ryby
"Gdy przestał mówić, zwrócił się do Szymona: Wypłyń na głęboką wodę. Zarzućcie tam sieci na połów" (Łk 5,4).
Razem jedli lody
"Rozpuść lód. Niech ludzie idą do wiosek i kupią coś do zjedzenia" (parafraza Mt 14,15)6.
To, co istotne w postępowaniu Jezusa, to bycie obecnym, które nie stawiało efektywności ponad intymność. Jezus był gotowy wykonać swoje działania wolniej, jeśli to oznaczało przebywanie z przyjaciółmi w głębszych relacjach.
ZASADA 10 000 GODZIN
Jak bardzo Jezus był oddany swoim najbliższym przyjaciołom? Na tyle, na ile możemy to stwierdzić, Biblia wskazuje, że spędzili z Nim około trzech lat. Przyjmijmy, że byli ze sobą dziesięć godzin dziennie i na potrzeby naszych dywagacji załóżmy, że co miesiąc mieli dwa dni wolnego. To dawałoby około 340 dni uczniostwa każdego roku.
10 godzin dziennie * 340 dni roku * 3 lata służby = 10 200godzin uczniostwa z Jezusem
Dziennikarz Malcolm Gladwell w swojej książce "Poza schematem" pisze o tzw. zasadzie 10 000 godzin. Stojąca u podłoża tego pomysłu idea mówi, że aby w mistrzowski sposób opanować jakąś umiejętność, potrzebne jest około 10 000 godzin. Nieważne, czy mowa jest o programowaniu, czy nauce gry na skrzypcach, o operacjach na otwartym sercu, czy odbijaniu podkręconej piłki w baseballu7.
Gdybyśmy mieli odnieść tę zasadę do uczniów Jezusa, to jakiego "rzemiosła" starali się nauczyć podczas ponad 10 000 godzin spędzonych z Jezusem? Mniej więcej kiedy dochodzili do 10 000 godzin, Jezus powiedział im: "Daję wam nowe przykazanie: Kochajcie się wzajemnie; kochajcie jedni drugich tak, jak Ja was ukochałem. Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli jedni drugich darzyć będziecie miłością" (J 13,34-35).
Można więc powiedzieć, że czas, który spędzili razem, i wspólne doświadczenia stanowią klucz do opanowania sztuki życia w intymnej relacji z Jezusem i sobą nawzajem, oraz że miłość jest tym, co definiuje nasz sukces.
Największy dar
Tak jak czynili to apostołowie, te same zasady dotyczą nas, niezależnie czy szukamy intymności z Bogiem, czy ze sobą nawzajem. Dziel doświadczenia. Poświęcaj czas. Bądź obecny.
Ponieważ Bóg jest zawsze obecny, intymność z Nim jest możliwa w każdej chwili naszego życia. On już tu jest. Musimy się tylko pojawić i spędzić z Nim czas.
Jeśli potrzebujesz pomocy, powiedz Mu o tym. A potem skup swoją uwagę i spodziewaj się siły, mądrości czy właściwego pomysłu, który pomoże ci iść dalej. Kiedy jesteś radosny, rozpoznaj w tym Jego dobroć i oddaj Mu chwałę. Kiedy dostrzegasz w czymś piękno, dostrzeż w tym rękę Artysty i podziękuj Mu za to. Poproś Go, by otworzył twoje oczy, abyś mógł jeszcze lepiej widzieć świat z Jego perspektywy. Poproś Boga, by dzielił z tobą swoje doświadczenia. Powiedz: "Ojcze, co czujesz, gdy patrzysz na tę osobę? Co było w Twoim sercu, gdy stwarzałeś to drzewo? Jakiej radości doświadczasz, patrząc na ogrom piękna Twojego stworzenia?".
Ludzie, którzy pragną związać się z Bogiem, mają zdolność do znajdowania Go w najbardziej zwyczajnych miejscach. Święty Ignacy mówił o znajdowaniu Boga we wszystkim8. Misjonarz Frank Laubach nazwał to "grą minut", w której celem jest "pomyślenie o Bogu podczas co najmniej jednej sekundy na każde sześćdziesiąt"9. Brat Wawrzyniec, siedemnastowieczny karmelita, opisał to w ten sposób:
W trakcie mojej pracy nieprzerwanie mówiłem do Pana tak, jakby był tuż przy mnie, ofiarując Mu swoje usługi i dziękując za Jego wsparcie. Zaś na koniec pracy sprawdzałem ją dokładnie. Jeśli znalazłem w niej dobro, dziękowałem Bogu. Jeśli zauważyłem wady, prosiłem Go o wybaczenie bez zniechęcenia, po czym przystępowałem znów do pracy, wciąż przebywając z Nim10.
Spróbuj. Być może odkryjesz, że zwykły dzień - taki jak dziś - stanie się najbardziej intymnym dniem, jaki spędziłeś z Bogiem.
Ale zaraz - jest tego więcej.
Jeśli intymność to wspólne doświadczenia, to być może najważniejszym przykładem zaproszenia do intymności jest wcielenie - ten mistyczny, cudowny moment, w którym Bóg postanowił upodobnić się do nas: przyjść na ziemię, przyjąć ciało i żyć, przeżywając radości, smutki, pokusy i zwycięstwa, tak jak my, byśmy zrozumieli, jak możemy stać się podobni do Niego.
Mógł kochać nas na dystans. Jednak On pragnął czegoś więcej niż kochać nas. Chciał intymności z nami. Dlatego Bóg stał się w pełni człowiekiem, aby w pełni dzielić doświadczenia ludzkości. Poprzez Jezusa Bóg doświadczył poczucia osamotnienia, zmęczenia, niepewności, cierpienia. Dzielił z nami radość i ból. Dzielił otuchę bycia przyjętym i żal odrzucenia.
Wcielenie pokazuje, że historia świata to historia Bożego pragnienia intymności. Jego bólu spowodowanego przez stratę, wynikającą z naszego upadku, Jego determinacji, aby nas odzyskać i radości płynącej z Jego odkupienia. Jeśli to prawda, to może już jesteśmy bliżej Boga, niż nam się wydaje. Może intymność z Nim to nie tylko coś, co możemy zrobić, ale też coś, co możemy przyjąć.
I być może, być może możemy nieco w niej odpocząć.