część pierwsza
Stalowe słupy w pokojach dzieciństwa
Tytuły poszczególnych części są cytatami z twórczości lub wypowiedzi Andrzeja Żuławskiego.
"Na pytanie: coś byś zmienił, gdybyś miał żyć jeszcze raz, odpowiedziałbym - chciałbym mieć innych rodziców i żyć w innych czasach"
(Andrzej Żuławski, Nocnik)
1. W kręgu najbliższych
Rok 1940 to nie jest dobry czas na rodzenie dzieci? Czesława z Mirosławem uważają, że wprost przeciwnie: mieszkają u jej matki w jednym z dwóch pokoi, więc zawsze będzie komu zaopiekować się dzieckiem.
Czesława pracuje w domu opieki dla inwalidów, co jest o tyle korzystne, że czasem przynosi warzywa z ich ogródka. Mirosław ma przyzwoitą pod względem dokumentów posadę agenta ubezpieczeniowego. Chodzi po odległych dzielnicach Lwowa - Zniesieniu i Zamarstynowie - i namawia mieszkańców do ubezpieczenia domów przed pożarem. Ale kto przy zdrowych zmysłach zdecyduje się zawrzeć taką umowę, gdy wokół domy płoną jak zapałki, lecz od bomb? Zarabia więc grosze. Kolejna praca okazuje się nie mniej abstrakcyjna, ale najważniejsze, że jest - Mirosław znajduje ją u kupca obrządku starozakonnego, dla którego będzie wyszukiwać perskie dywany.
Dziecko ma się pojawić na gwiazdkę. Czesława jest już umówiona z mieszkającą w pobliżu akuszerką, są pieluchy, smoczek i maleńkie łóżeczko - dla lalek - oraz wybrane imiona, dla chłopaka i dziewczyny, bo przecież nie wiadomo, kto się urodzi.
Do gwiazdki jeszcze daleko, a dziecko już pcha się na świat! Niespodziewanie 22 listopada 1940 roku w mieszkaniu przy ulicy Świętego Jacka 5 rodzi się obywatel sowiecki Andriej Mirosławowicz Żuławski.
Mirosław tego dnia wcześnie wraca z pracy, w domu jest już przed drugą, a teściowa wita go od progu zagadką: ma synka czy córeczkę? Co za żarty, przecież Mirosław widzi, że łóżeczko dla lalek stoi puste. Niespodzianka czeka na poduszce obok leżącej w łóżku żony. Syn!
Listopad we Lwowie był piękny, ale szybko nadchodzi ostra zima i euforia zamienia się w rozpacz, gdy trzeba ogrzać dom i nakarmić rodzinę. Im dłużej trwają działania wojenne, tym trudniej zarobić byle grosz. Któregoś dnia, gdy Mirosław wraca z pustymi rękami, może liczyć tylko na cud. I cud się zdarza: na ulicy spod śniegu wyziera coś czerwonego. Nie do wiary! Trzyrublowy banknot! Natychmiast w pobliskim sklepie zostaje zamieniony na żywność. Ale z czasem i półki pustoszeją. Gdyby pieniądze znalazły się miesiąc później, na nic by się nie zdały.
Żuławscy nie tracą nadziei. Wieczorami wpada do nich poeta Tadeusz Hollender, znajomy Mirosława z pisma "Sygnały". Czesława usiłuje spać, przytulona do dziecka, a mężczyźni przy wódce wspominają dawne czasy.
Ojciec
Dla Andrzeja najważniejszy.
Urodził się w 1913 roku w Nisku na Podkarpaciu, w domu "długim, pobielanym, parterowym", i tam z rodzicami oraz młodszym bratem Zbigniewem spędził pierwsze sześć lat życia. Obu synów ojciec Sławomir, radca prawny, wychowywał w "męskim rygorze", wpajając im dobre obyczaje zapamiętane z własnego dzieciństwa. "Przy stole nie wolno było grymasić ani mówić "nie lubię", a kiedy to się komuś z nas wymknęło, ojciec nakazywał surowo: daj gębę psu oblizać i marsz do pokoju. A pies domowy, potężny Nero, zawsze leżał pod stołem i chętnie wykonywał swoją powinność długim, mokrym jęzorem"[13] - wspominał Mirosław.
Rodzinne perypetie sprawiły, że uczęszczał do kilku gimnazjów: w Bochni ("proletariackie"), Dobromilu ("urzędniczo-drobnomieszczańskie"), Zakopanem ("arystokratyczne") i Katowicach (pierwsze polskie gimnazjum na Górnym Śląsku). Mieszkał w internatach lub na stancji. Gdy ojciec Mirosława, Sławomir, został służbowo przeniesiony do Tarnowskich Gór, jego synowie zamieszkali u niemieckiej rodziny i doskonale nauczyli się jej języka. Ostatnie dwa lata przed maturą Mirosław spędził w Zakopanem z matką i bratem, któremu po przebytej gruźlicy kości górskie powietrze miało pomóc w odzyskaniu zdrowia. Wyjazd był dla Żuławskich wyzwaniem finansowym, bo Sławomira w wieku czterdziestu paru lat wysłano na emeryturę. Aby związać koniec z końcem, wyruszył do Warszawy i dorabiał na jakiejś posadce. Zakopane odwiedzał jedynie w Boże Narodzenie. Maria opiekowała się chłopcami, przy okazji wpajając im miłość do literatury. Andrzej po latach z podziwem będzie się wypowiadać o intelektualnych ambicjach babki, zaczytującej się Norwidem, Przybyszewskim i Weiningerem. Czego nie można powiedzieć o dziadku, nawet w czasach, gdy nie musiał się martwić o pieniądze: "(...) ona, przyjaciółka z młodości pierwszej pani Piłsudskiej, rewolucyjnie niepodległościowa socjalistka wywieziona na zakutą wieś przez mojego aliterackiego Dziadka, co wieczór czytającego jedną i tę samą stronę Colas Breugnon, pierwszą, by zasnąć sprawiedliwym snem człowieka znojonego włóczeniem się po krajobrazie z psem i flintą (oraz jurnym dosiadaniem miejscowych żon notabli, pań kupcowych i Żydówek...)"[14].
Sławomir Żuławski z synami Mirosławem i Zbigniewem
Ale zła passa minęła, Sławomir dostał wreszcie dobrą pracę w Turce i ściągnął tam rodzinę - tyle że bez Mirosława, który został na stancji w Zakopanem do matury, a potem zdał na prawo na lwowskim Uniwersytecie Jana Kazimierza. Lwów okazał się jego miejscem na ziemi - spędził tam całych dwanaście lat, nawet nie przypuszczając, jak ważnych w jego życiu.
Na początku lat trzydziestych jest beztrosko. Są tu obaj ze Zbyszkiem, który również podejmuje studia. Ojciec w czasie swoich wizyt zabiera chłopców na obiady do dobrej restauracji Musiałowicza i uczy sztuki życia, wszystkiego, o czym kulturalny mężczyzna wiedzieć powinien. Na przykład po czym poznać dobre wino i w jakiej kolejności podawać trunki. Mirosław w przyszłości z tej wiedzy skorzysta.
We Lwowie chłopcy nie czują się obco - mają tu sporo rodziny.
Słomiana
Sławomir, dziadek Andrzeja, ojciec Mirosława, wywodzi się z nie byle jakiego rodu: najstarszy z jego braci, Jerzy, zdobył sławę pisarską, kolejny - Witold - szukał przygód w Brazylii; Zygmunt został znanym politykiem, Bohdan[15] - inżynierem naftowym, a beliniak[16] Janusz - dyrektorem lwowskiego radia. Siostra Jadwiga była profesorką historii w gimnazjum.
Na rodzinny majątek składa się trzysta mórg gruntu ornego wraz z lasem. Żuławscy mieszkają na Podkarpaciu, w ówczesnej Galicji. Zajmują skromny drewniany dworek w Młynnem pod Limanową, nazywany "Słomianą". Luksusów tam nie ma, tylko cztery pokoje - niewiele jak na osiem osób.
"Dworek nasz w Słomianej, otoczony starymi lipami, stał wśród gór w małej kotlince, poprzez którą, u południowego jej krańca, tuż u stóp góry porośniętej czarnym świerkowym i jodłowym lasem, płynęła rzeka Łososina" - opisuje Zygmunt Żuławski[17].
Żuławscy nie dysponowali wielkimi majątkami, przynależeli do ziemiaństwa i drobnej szlachty, a tym, co ich wyróżniało, jest godna podziwu dbałość o kształcenie dzieci i wzajemne wsparcie, jakiego sobie udzielali.
Juliusz Żuławski: "Dziadek - dobry gospodarz, hodowca koni, które wszyscy synowie z obowiązku ujeżdżali od najwcześniejszych lat - zdecydował się na rzecz całkiem z punktu widzenia perspektyw historycznych rozsądną, chociaż podówczas na pozór szaloną: zaczął sprzedawać ziemię po kawałku, aby pomóc synom i córce w studiach i podróżach zagranicznych, aż wreszcie wyzbył się wszystkiego"[18].
Każdy z braci, jak wspominał później Mirosław, syn Sławomira, po skończeniu czternastego roku życia dostaje od rodziców na drogę "ryńskiego" (w Galicji odpowiadał czterem złotym polskim), osełkę sera i idzie w świat, żeby się dalej kształcić.
Rodzinne więzy się rozluźniają i choć wzajemna serdeczność pozostaje, wiele kontaktów po prostu zanika, szczególnie że rodzeństwo dzieli duża różnica wieku. Bracia podróżują po świecie, żenią się, angażują w różne działalności.
Witold w listach do rodziców i Jerzego, Zygmunta oraz Bohdana, słanych na przełomie wieku XIX i XX, dopytuje o młodszych braci: "Janek i Sławek chyba w Bochni, o ile się nie mylę, to coś już do 7 czy 8 klasy chodzić muszą. O ile ich pamiętam, to zawsze dziećmi, i dziś nie jestem w stanie ich dorosłymi przedstawić. Zawsze przypominam ich sobie, Sławka stawiającego koziołki, a Janka płaczącego". W 1904 roku zaprasza brata Jerzego wraz z ojcem do Brazylii, gdzie osiadł, i przy okazji konstatuje rodzinne sukcesy: "Tyś sławny literat, Zygmunt sławny agitator, Bogdan sławny bałamut, Jadzia sławna emancypantka, Sławek i Janek poczwarki, z których się na pewno także sławni ludzie wylęgną (...)".
W rodzinnym kręgu
"W naszej rodzinie przywiązywało się wielką wagę do związków pokrewieństwa" - pisze ojciec Andrzeja. "Stryjowie i wujowie byli dla nas autorytetem, a ciotki miały władzę na równi z rodzicami. Wszyscy się do wszystkich wiecznie mieszali i każdemu wychodziło to na dobre. Miałem jedenaścioro rodzeństwa stryjecznego i dwoje ciotecznego, pięciu stryjów, dwóch wujów i dwie ciotki, nie licząc (...) dwóch babek i dwóch dziadków"[19].
Gdy Mirosław studiuje we Lwowie, mieszka tam troje rodzeństwa jego ojca, zawsze więc ma do kogo się zwrócić w trudnej sytuacji. Szczególnie chętnie odwiedza w banku stryja, który zazwyczaj daje bratankowi srebrną dwuzłotówkę z wizerunkiem Marszałka. Mirosław chadza też do ciotki Jadwigi i do Hali Bohdanowej, baronówny z domu, która zawsze częstuje go obiadem.
Za to wakacje lubi spędzać u dziadków ze strony matki, Wiśniowskich w Dobromilu. Jeździ tam zewsząd, gdziekolwiek jest - ze Śląska, Zakopanego, Lwowa. To wyjątkowe miasteczko, mieszkają tam Polacy, Ukraińcy, Żydzi i Niemcy, a tolerancja wobec odmiennej kultury jest normą. Wiśniowscy podsuwają wnukowi co lepsze kąski, dziadek zaś tylko jemu pozwala ostrzyc sobie włosy maszynką. Jako piętnastolatek Mirosław przez rok chodzi tam nawet do gimnazjum - koedukacyjnego, co jest dla niego nowością.
A jednak mimo sentymentu, już po studiach, jako praktykant w starostwie, nie pojedzie na pogrzeb dziadka. Nie odwiedzi też babki, gdy ta pozostanie sama, a on podczas służbowej podróży będzie przejeżdżał obok jej domu. Nigdy więcej Joanny Wiśniowskiej nie zobaczy, mimo że ona będzie pamiętać o nim zawsze, przesyłać mu orzechy z sadu i konfitury własnej roboty.
Poeta marzy o podróżach
Mirosław pierwsze próby poetyckie podejmuje jeszcze w szkole. Jeden z wierszy krąży po klasie z powodu refrenu: "miłość jest piękna, lecz ma smutne oczy". Inny powstaje na zamówienie kolegi dla jego wybranki: "O pani, jam ci swego serca krzyk dał / W dniu owym, gdy ci wycinano migdał"[20]. Prawdziwie debiutuje na początku studiów na łamach lwowskich "Sygnałów" (1933-1939), niezależnego lewicowego pisma o charakterze społeczno-kulturalnym. Nie stroni też od ugrupowania literackiego "Rybałtów", skupionego wokół profesora Juliusza Kleinera. Jego wiersze drukuje "Dziennik Polski". Lwów w owym czasie to zagłębie talentów, działają tam m.in.: Erwin Axer, Aleksander Baumgardten, Stanisław Jerzy Lec, Teodor Parnicki. Mirosław w każdą niedzielę spotyka się z "Rybałtami" we włoskiej winiarni Carlo Perantoniego przy Sykstuskiej. Młodzi czytają swoje utwory i zawzięcie dyskutują o nowych prądach poetyckich w Europie. Ale ojciec Andrzeja nie zyskuje sławy jako poeta i za swoją twórczość nie otrzymuje choćby niewielkiego honorarium. Stanie się to dopiero później, gdy w 1974 roku jego dwa wiersze z czasów wojny trafią do antologii poezji walczącej wydanej przez PIW.
Najważniejsze dla Mirosława są jednak nie wiersze, lecz wykształcenie. W 1935 roku, już jako prawnik, kończy trzyletnie Studium Dyplomatyczne Uniwersytetu Jana Kazimierza. Nie na wiele się mu ono na razie zda, gdyż rok później w ramach praktyki administracyjnej zostaje służbowo przeniesiony do starostwa w Żółkwi. Odbycie stażu jest niezbędnym krokiem przed egzaminem referendarskim, gwarantującym rozwój kariery zawodowej. Rozstanie ze Lwowem mocno przeżywa - zostawia tam nie tylko kolegów, lecz także dziewczynę, Czesławę, którą poznał u dziadków w Dobromilu, gdy oboje byli jeszcze dziećmi.
W Żółkwi młody prawnik utkwi na dwa lata. Mieszka w starym zamczysku Żółkiewskich i Sobieskich, a po pracy prócz lektur czas wypełniają mu kolacje w oficerskim kasynie i gra w brydża z miejscową elitą. Na szczęście spotyka tam Zygmunta Haupta, "Rybałta" i malarza. Zygmunt nie pisze jednak wierszy - jako jedyny z "Rybałtów" tworzy prozę. Po wojnie z powodzeniem będzie publikował w paryskiej "Kulturze". Z Żuławskim łączą go marzenia - obaj pragną podróżować. W Żółkwi Mirosław kieruje referatem karno-administracyjnym z pensją sto dwadzieścia złotych miesięcznie, z czego dziesięć złotych co miesiąc uiszcza krawcowi we Lwowie za dokonywanie przeróbek i szycie garderoby. W 1937 roku "zsyłka" dobiega końca i po zdaniu egzaminu Żuławski dostaje upragnioną nominację na referendarza. Obawia się jednak, że takie życie - urzędnicza rzeczywistość na prowincji - stanie się jego chlebem powszednim. "Pozłacana nędza", jak mówi jego matka. Cóż jednak może zrobić, stara się jak najlepiej wywiązywać z obowiązków i przygotowuje szczegółowe raporty ze stanu spraw w referacie. Pedanterią zaskakuje wojewodę lwowskiego, który przyjeżdża do Żółkwi na kontrolę. Tydzień później zaprasza on Mirosława do Lwowa - za taką pracę należy się awans: młody referendarz zostaje osobistym sekretarzem wojewody. Tym samym jego zapotrzebowanie na eleganckie stroje wzrasta - starego klienta traci krawiec, a nowego zyskuje modny sklep Gabriela Starka na placu Mariackim.
W wymarzoną, trwającą miesiąc podróż po Europie, dwudziestopięcioletni Mirosław wyruszy na rok przed wybuchem wojny. Wykupuje okrężny bilet kolejowy trzeciej klasy na trasie Warszawa-Berlin-Kolonia-Paryż-Marsylia-Nicea-Mediolan-Wenecja-Wiedeń-Praga-Lwów. W każdym z tych miast zatrzymuje się na jakiś czas. W Paryżu postanawia odwiedzić polską ambasadę, a w niej Leszka Serafinowicza, czyli Jana Lechonia, który pełni tam funkcję attaché kulturalnego. Zna jego twórczość, wiersz Piłsudski potrafi wyrecytować o każdej porze dnia i nocy. Rozmowa się jednak nie klei, Lechoń nie rozumie, czego od niego oczekuje ten przystojny młodzieniec. Ożywia się, kiedy pada pytanie o organizację pracy, i opowiada, jak to dzieli pocztę na trzy kategorie: sprawy ważne i niecierpiące zwłoki; ważne, ale mogące trochę poczekać oraz takie, którymi nie warto się w ogóle zajmować. Każda z kategorii to jedna z szuflad w biurku.
Żaden z nich nie podejrzewa, że za kilka lat przy tym samym biurku zasiądzie Mirosław.
Wojna
Wybuchła w piątek 1 września 1939 roku. W sobotę Mirosław nie idzie więc, jak planował, do kina z Czesławą, a w niedzielę na spacer do parku Stryjskiego. W pierwsze wrześniowe dni jeszcze pracuje, choć zewsząd dochodzą odgłosy sypiącego się gruzu i tłuczonych szyb. W sklepach z dnia na dzień zaczyna brakować podstawowych produktów, a w eleganckim hotelu George podają już tylko grochówkę. W nocy 12 września 1939 roku pocisk wystrzelony z czołgu burzy ścianę w biurze Mirosława. Są pierwsi polegli w obronie Lwowa. Wojewoda z przewieszonym przez ramię sztucerem opuszcza miasto, prosząc, by Mirosław przekazał je prezydentowi Lwowa. Na parterze gmachu poniewierają się banknoty, za które nic już nie można kupić.
Oblężenie Lwowa przez Niemców trwa dziesięć dni. Mirosław wraz z Teodorem Parnickim chcą się zaciągnąć do wojska. W Komendzie Uzupełnień spotykają się jednak z odmową - dwa stopnie przysposobienia wojskowego, którym obaj mogą się wylegitymować, to za mało. Podobną opinię otrzymują w oddziałach ochotniczych. Pozostaje im jedynie czekać na wezwanie.
Czesława i Mirosław Żuławscy, 1939
22 września na ulicach pojawiają się sowieckie czołgi - do Lwowa weszli Rosjanie, opuszczą miasto dopiero dwa lata później. "I to był kres naszego świata, jedynego, jaki dotąd znaliśmy", zanotuje Żuławski[21].
Zamieszkują z Czesławą u jej matki. Rodzice Mirosława, a zwłaszcza Maria, nie są zachwyceni związkiem syna. Czesława nie dość, że jest od niego o trzy lata starsza, to jeszcze utyka. No i ta rodzina: matka - wiejska nauczycielka, ale z pochodzenia chłopka - i ojciec, co z tego, że notariusz, skoro alkoholik. Mógłby wejść do lepszej...
Ale jest wojna. Mirosław, który w magistracie nie ma już czego szukać, ima się różnych zajęć: jest pośrednikiem mieszkaniowym, pomaga ludziom przekraczać granicę i fałszować dokumenty, nazywa siebie nawet "cinkciarzem", choć nie precyzuje, co to miałoby znaczyć.
23 stycznia 1940 roku umawiają się z Czesławą, że spędzą wieczór u Parnickich przy Świętej Zofii 15. Teodor zdobył alkohol, jego żona coś ugotowała, miło rozmawiają, gdy nagle Czesława zrywa się do wyjścia. Zasiedzieli się, jest jej zimno, a w ogóle to pora iść do domu, za pół godziny wybije północ. Mirosław niechętnie ulega żonie, która w domu przyznaje, że po prostu nie mogła tam zostać ani chwili dłużej.
Rano Mirosław wraca do przyjaciół po ciepły szalik. Zastaje żonę Parnickiego na środku pobojowiska, jakie o północy z ich mieszkania zrobiło NKWD. Teodor został aresztowany. Mirosław swoje cudowne ocalenie zawdzięcza Czesławie. Rosjanie wywiozą Parnickiego w głąb Rosji, wyjdzie stamtąd z armią Andersa, dotrze do Teheranu, a potem Jerozolimy i Meksyku. Przyjaciele spotkają się dopiero ćwierć wieku później.
Lwów to jedno z najgorszych miejsc do życia w czasie drugiej wojny, oceni potem Mirosław. Koleje losu miasta są dramatyczne: "Ruscy, potem Niemcy, potem znów Ruscy, Ukraińcy z Niemcami na Polaków, Żydzi z Ruskimi na Polaków i Ukraińców, Polacy i Ukraińcy na Żydów, Polska i AK, Ukraińcy i Zachodnia Ukraina, General Gouvernement i UPA (...)"[22]. Nigdy nie wiadomo, z której strony czeka cię atak.
Ale jednocześnie Mirosław czas wojny uważa za najlepsze lata życia, bo nigdy nie miał wątpliwości, po której stronie stanąć, jak się zachować i co robić. "Nigdy w życiu nie byłem tak pogodzony z sobą samym jak wtedy"[23] - przyzna już jako emeryt.
Pierwsza bomba - mit pierwszy
Andrzej Żuławski, wspominając swoje dzieciństwo, nierzadko tworzy mity. Ubarwiają, dramatyzują przeszłość. Jego i ojca. Jeden z nich opowiada o bombie.
Andrzej Żuławski: "(...) pierwsza bomba zrzucona na Lwów spadła akurat na nasz dom. Miałem wtedy pół roku i urwało mi pół twarzy. Przestałem widzieć na jedno oko, tak całkowicie. Dopiero gdy miałem cztery i pół roku, zaklejono mi widzące oko, żeby tamto niewidzące zmusić do pracy"[24].
Pierwsza bomba w 1941 roku? Historia mówi co innego, co innego także wynika ze wspomnień Mirosława.
"Już od pierwszego dnia wojny samoloty niemieckie bombardowały Lwów" - zauważa Artur Leinwand w tekście Obrona Lwowa we wrześniu 1939 roku[25]. Andrzej Seweryn, swego czasu przyjaciel Żuławskiego, mówi mi tu o przedziwnej koincydencji: jedna z pierwszych bomb we Lwowie spadła na nieukończony jeszcze dom rodziców Wojciecha Pszoniaka, który po latach zagra główną rolę w filmie Andrzeja Diabeł.
Równie wątpliwa jak pierwsza bomba w 1941 roku jest "urwana połowa twarzy", po czym nie ma najmniejszego śladu na żadnym ze zdjęć Andrzeja z okresu dzieciństwa. W innych wywiadach Żuławski mówi, że bomba spadła na dom, ale nie wybuchła, natomiast jej uderzenie wywołało u niego tak wielki wstrząs, że "jedno oko zaczęło patrzeć do środka głowy"[26].
W prozie, do czego ma prawo, wybuch bomby przedstawia jeszcze inaczej. Bomba spada na dom nie na początku wojny, lecz w czasie powstania warszawskiego: "I tak całe życie mogłem posługiwać się, że tak powiem, wyraźnie tylko jednym, prawym okiem. Bo na dom, w którego piwnicy siedziałem, będąc małych chłopcem, spadła podczas Powstania Warszawskiego bomba. Tyle że nie wybuchła, bo nie byłoby o czym gadać, za to podmuch był tak potężny, że urwał framugi, okienka, kawał ściany, mnie. Urwało mi co najsłabsze po lewej stronie twarzy, oko pobiegło w głąb czaszki, spozierać. Delikatne tkanki za późno naprawiano po okupacji, nosiłem okulary. Zaślepiano mi oko zdrowe, prawe, by zmusić kontuzjowane lewe oko do patrzenia. Co udało się tylko częściowo"[27].
Młodszy o sześć lat od Andrzeja Łukasz ostrzega mnie przed przyjmowaniem zbyt serio opowieści jego brata: - Andrzej łgał jak pies - mówi bez ogródek.
- Na każdy temat? - pytam.
- Przeważnie.
Domu bezpiecznego już nie ma
Andrzejek kończy cztery miesiące, gdy jego ojciec, jedyny buchalter spółdzielni mieszkaniowej Kolonia na Górnym Łyczakowie, zapisuje się na trzymiesięczny kurs w języku ukraińskim, aby wreszcie nauczyć się prawidłowo sporządzać bilans. Zdaje egzamin z sowieckiej księgowości, ale dyplomu nigdy nie odbierze, gdyż wojna znów przybiera inny obrót - nad Lwowem roi się od niemieckich bombowców. Niemcy przegonili Rosjan i zaczęła się niemiecka okupacja. W październiku Żuławskich odwiedza były wicestarosta z Turki, Władysław Grzędzielski. Wizyta wywraca do góry nogami świat Mirosława: "W ten sposób zostałem wciągnięty do ZWZ[28] - późniejszej AK. I nie jest to żaden epizod w moim życiorysie, lecz fakt, który zaważył na całym moim życiu i nadal waży" - napisze[29].
Jego pierwszym szefem zostaje Lech Sadowski, założyciel i organizator BIP-u[30] Komendy Obszaru. Mirosław ma redagować serwis nasłuchów. Codziennie rano dostaje zwitek bibułek z zapisem nocnych nasłuchów radiowych. Na tej podstawie sporządza zwarty komunikat. Potem jedzie wypełniać obowiązki księgowego owej spółdzielni, która nie nazywa się już Uprawdom, tylko z niemiecka Treuhander.
Wraz z nowym okupantem zmienia się kolorystyka miasta - z czerwonej na czarno-czerwoną; zamiast flag z sierpem i młotem powiewają symbole swastyk.
Żuławscy wraz z matką Czesławy, wysiedleni z zajmowanego mieszkania, przenoszą się do niewielkiej willi na Filipówce przy Lubeckiego 9, naprzeciw Cmentarza Orląt Lwowskich. Dołączają do nich rodzice Mirosława i jego brat. Dom jest własnością ukraińsko-polskiego małżeństwa Prokopowiczów.
Żyje im się ciężko. Zdobycie pożywienia graniczy z cudem. Zbliża się Boże Narodzenie, Sławomir wynosi z domu elegancki płaszcz z aksamitnym kołnierzem, który jeszcze nie tak dawno nosił Mirosław, i zamienia go na krowi łeb. Radość z uczty, jaką rodzina sobie sprawia, szybko przeradza się w dramat. Mirosław z teczką pełną konspiracyjnej bibuły zamiast do punktu kontaktowego trafia do szpitala ze skrętem kiszek. Ratuje go żydowski chirurg. Podejrzewając zapalenie otrzewnej, bierze Żuławskiego na stół operacyjny. Ojciec Andrzeja jest jedną nogą na tamtym świecie, drugą kurczowo trzyma się życia. W domu przecież czekają żona i dziecko. Dochodzi do tego strach, po szpitalu bowiem kręcą się niemieccy policjanci, a w szafce przy jego łóżku leży trefna teczka. Szczęśliwie nikomu nie przychodzi do głowy, by do niej zajrzeć.
Powrót do domu po ciężkiej chorobie nie zwalnia Mirosława od odpowiedzialności za życie rodziny, a urzędowe przydziały na kartki wyglądają na szyderstwo z ludzkich potrzeb. Nie ma czym napalić w piecu, zima zaś surowa. Przymierają więc głodem zziębnięci na kość. "Nieraz nie mieliśmy niczego w ustach przez dwa dni, zajęci oboje tylko tym, żeby dziecko miało swoją papkę ukręconą z mleka, mąki i cukru"[31] - wspomina.
Dramatyczne sceny ze Lwowa, niczym filmowe kadry, będą towarzyszyć Andrzejowi przez całe życie. Na przykład ta, w której niemiecki oficer ratuje jego i matkę podczas łapanki: "Miałem wtedy rok, może półtora, a matka schowała w moich pieluchach bibułę AK, którą redagował mój ojciec. Gdyby Niemiec to odkrył, byłoby już po nas. Ale ten oficer wepchnął nas do jakiegoś składziku, może to był nawet klozet, i przykrył swoim płaszczem. Strasznie się bałem, matka też potwornie drżała, ale oboje siedzieliśmy cicho, czekając, aż minie niebezpieczeństwo"[32] - opowie po latach.
Czy półtoraroczne dziecko może zapamiętać taką scenę? Powątpiewał w to nawet Mirosław. Bardziej prawdopodobne, że syn znał tę historię z opowieści rodziców. Podobnie jak kolejną, opisaną przez Mirosława: "Któregoś dnia ojciec siedział w kuchni i coś sobie smażył, kiedy nasz Andrzejek, który właśnie skończył roczek, począł się okropnie wydzierać w jakimś niezrozumiałym języku. Usiłowaliśmy dojść, o co mu chodzi, ale nie dało rady, bo on wrzeszczał jak oszalały, wyciągając rączki: Pagadyło da! PAGADYŁO da!"[33].
"Pagadyło", jak się później okaże, to wypiekane przez dziadka placuszki.
Mleko dostarcza Żuławskim kobieta z podlwowskiej wsi, na papkę dla Andrzejka zużywają cały przydziałowy cukier - ćwierć kilograma na osobę. Mąkę nauczyli się otrzymywać sami, mieląc ziarna pszenicy młynkiem domowej konstrukcji.
W 2008 roku, gdy pytam Andrzeja o to, który z domów, w jakich kiedykolwiek mieszkał, wrył mu się najmocniej w pamięć, wskazuje na dworek Wiśniowskich w Dobromilu, gdzie w 1942 roku zamieszkali Sławomir i Maria Żuławscy:
- Dwór dziadków pamiętam bardzo dokładnie z dwóch scen. Ojciec mówił, że to niemożliwe, bym to zapamiętał w wieku dwóch lat. Byłem strasznie głodny, a nie było nic do jedzenia. Ojciec biegał przez cały dzień i szukał. Znalazł jakieś fusy czy otręby i matka z tego piekła placek. Bardzo chciałem go zjeść. Pamiętam też dziadka, pachnącego lawendą i angielskim tytoniem, którego resztki wypalał w fajce. Nosił zawsze tweedowe marynarki, do których zamiłowanie przejął mój ojciec. Pamiętam też ogród, duży, pachnący, sad, rzeczkę za nim i łąki. I balkon, z którego obserwowałem świat, czekając na powrót rodziców z pracy. Reszta tych wspomnień jest okropna, okupacyjna. Pamiętam rzeczy, których żadne dziecko świata nigdy nie powinno oglądać.
Andrzej miesza tu wspomnienia ze Lwowa z tymi z domu dziadków w Dobromilu, gdzie był tylko raz. Placki z fusów po kawie zbożowej na oleju rycynowym wypiekała nie matka, lecz dziadek Sławomir w wynajmowanym piętrze willi.
Karmiciel
Mirosław przez swoją chorobę traci posadę w spółdzielni mieszkaniowej. Działa w konspiracji, redaguje biuletyny. Wiosną 1942 roku zostaje wysłany na kilkutygodniowe przeszkolenie do Warszawy - zdumiewa go dostępność żywności, wystarczy tylko mieć pieniądze, gdy tymczasem we Lwowie nie mają one większego znaczenia.
Melduje się w Komendzie Głównej AK u szefa BIP-u Jana Rzepeckiego. Odbywa spotkania ze specami od informacji, konspiracji i propagandy. Kierownictwo AK uważa, że Mirosław powinien mieć dobrą pracę, czyli taką, która uchroni go przed aresztowaniami. Po powrocie do Lwowa ma się zgłosić do doktora Mossinga, zastępcy profesora Weigla w instytucie wyrabiającym szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu, na który na rozległych frontach niemieckich powszechnie zapadają żołnierze.
Instytut ma strukturę piramidy: "Podstawę stanowili hodowcy. To oni hodowali z jajeczek wszy, dbali o ich rozwój i czystość klatek, bo wesz nie znosi brudu. Następną część piramidy wypełniali karmiciele, dzielący się na dwie kategorie: tę wyższą arystokrację karmiącą wszy zarażone już zarazkami Ricketsia prowazeki, oraz plebs, oddający krew wszom zdrowym. Wszami zakażonymi, które poznawało się po tym, że miały w przezroczystych odwłokach bardzo czerwone jelitka, zajmowali się preparatorzy. Pod binokularem wyjmowali na szkiełku za pomocą igły i nożyka cieniutkie jelitka i umieszczali je w pojemniczkach. Preparator musiał osiągnąć normę tysiąca ośmiuset jelitek dziennie. Karmiciel karmił osiem tysięcy wszy między siódmą a ósmą rano. Dlatego ta "praca" była tak cenna dla akowskiej konspiracji: pozostawiała potem cały dzień wolny. Na szczycie piramidy stał sam profesor - wielki kapłan tyfusowej magii"- opisuje Mirosław Żuławski[34].
Ojciec Andrzeja pomyślnie przechodzi zlecone badania - nie ma przeszkód, by został karmicielem. Odtąd każdego ranka wyrusza do instytutu, a tam gumowymi paskami przymocowuje sobie do łydek po dwa rzędy klatek wypełnionych wszami i przez godzinę siedzi nieruchomo, by owady mogły się pożywić jego krwią. Wieczorem łydki swędzą niemiłosiernie, ale drapać się nie wolno, bo można spowodować zakażenie, wskutek którego zachorują kolejne wszy, a karmiciel straci pracę.
Czesława i Mirosław z dwuipółletnim Andrzejem
W gronie karmicieli i preparatorów jest niemal całe kierownictwo konspiracji, a także pisarze i naukowcy, m.in. Zbigniew Herbert, Adam Holland, Stefan Kryński - filar polskiej mikrobiologii, literaturoznawczyni Stefania Skwarczyńska oraz Stanisława Grabska, córka byłego ministra. Wszyscy chronieni "glejtem" z pieczęcią instytutu - Niemcy panicznie boją się zarażenia tyfusem i nawet podczas ulicznej kontroli dokumentów do minimum ograniczają kontakt z potencjalnym nosicielem tej choroby. Dzięki pracy w instytucie Weigla poprawia się sytuacja bytowa rodziny - Mirosław dostaje dodatkowy przydział kiełbasy. Pogorszeniu za to ulega atmosfera w domu. Mały Andrzej wciąż słyszy matkę pokrzykującą na ojca, że naraża życie najbliższych. Cała rodzina co trzy miesiące musi się poddawać bolesnym szczepieniom ochronnym.
Któregoś dnia okazuje się, że Mirosław musi porzucić to zajęcie - wskutek zatrucia białkiem wszowym dostaje ostrego kłębuszkowego zapalenia nerek. Po wyjściu ze szpitala awansuje na preparatora, ale na krótko, gdyż Niemcy wobec klęski frontu wschodniego, przed ponownym wejściem do Lwowa Rosjan przenoszą instytut do Krakowa.
Wspomnienia Mirosława z tego okresu znajdą wyraz na ekranie - po latach na prośbę syna napisze nowelę wyjściową[35], na której podstawie powstanie scenariusz i Andrzej wyreżyseruje swój fabularny debiut.
Andrzejku, trzymaj się krzesła
Zdaniem psychologów rodzaj relacji ze światem dorosłych wyuczony w pierwszych dwóch latach życia dziecko przenosi do swojego dorosłego świata, pierwsze cztery lata zaś mają fundamentalne znaczenie dla kształtowania się jego osobowości.
"Może nie wszystko widział, wiedział i rozumiał, ale musiał odczuwać niedostatek, zimno i niepokój rodziców o każdą chwilę - pisze o synu Mirosław. - Musiały mu zapadać w podświadomość strzępy rozmów, jakie starsi prowadzili, kiedy zasypiał. Były noce, które spędzał w piwnicy zawinięty w kocyk, kiedy na zewnątrz wybuchały bomby. Otaczaliśmy go wielką miłością, ale czy mogła ona zrównoważyć okropność świata, w którym nie było miejsca dla jego dzieciństwa?"[36].
Andrzej zapytany u schyłku życia o wymarzone prezenty, mówi, że jako dziecko nie nauczył się ich przyjmować. "Nigdy nie miałem swoich zabawek, książeczek, pierwsze ubranko mama uszyła mi z kotary okiennej, bo we Lwowie nie było z czego, i to się tak jakoś utarło, że nie dostawałem prezentów. Matka nie przygotowywała ich na święta. Dlatego każda forma prezentu, dana ze szczerego serca, do dzisiaj sprawia mi kolosalną przyjemność. Podobno robię się czerwony jak burak i się chowam, bo się wzruszam"[37].
- Myślę, że przeżycia z wczesnego dzieciństwa wywarły na niego wielki wpływ. Rodzice musieli zarabiać na życie, więc wychodzili z domu. Czasem z Andrzejem zostawała babcia, ale zdarzało się, że był sam, a obok domu spadały bomby. Jak już potrafił chodzić, stawiali na środku pokoju krzesło, wołali go i przykazywali: "Andrzejku, chodź, złap się krzesła. Masz się go trzymać i nie puścić, dopóki nie wrócimy". A on stał tak godzinę, dwie, trzy, zsiusiał się na podłogę, ale krzesła nie puścił. Jaki to wywiera wpływ na psychikę? Strach gdzieś zostaje. I niepewność siebie. Niepewność jutra. Andrzej strach przed życiem zagłuszał alkoholem. Powiedziała to Zosia, jak się rozstawali - mówi Mateusz.
Inna sytuacja: Andrzej stoi w oknie i ogląda świat. Z jednej strony domu widok jest sielski: sady, działki, ogródki; z drugiej bardziej przyziemny: ulica, przy której stoi inny dom, a na jej końcu usypany z ziemi wał i drzewa. Na tę "przyziemną" stronę wychodzą okna balkonowe mieszkania Żuławskich. Wystarczy wyjść na balkon, żeby zobaczyć horror - pod wałem Niemcy przeprowadzają egzekucje miejscowej ludności.
Któregoś dnia Andrzej w budynku naprzeciw spostrzega dziewczynkę bawiącą się lalką.
"I myśmy zaczęli wymieniać się spojrzeniami, okrzykami, śmiechami, bo było nudno. Mogliśmy mieć, nie wiem, po trzy lata, trzy i pół? I pamiętam, jak ona pewnego dnia wrzasnęła coś do mnie w języku, którego nie rozumiałem. Pewnie odkrzyknąłem, nie pamiętam co. Ona krzyknęła to samo jeszcze głośniej, a dołem przechodzili Niemcy. Pamiętam takiego pana oficera w czarnym mundurze, on się tak obejrzał na nią i coś tam powiedział. Niemcy weszli do jej domu od dołu, ja się schowałem i nigdy więcej już jej nie zobaczyłem"[38].
Zima 1942 roku nie okazuje się dla rodziny łaskawa - w Dobromilu umiera babcia Mirosława ze strony matki, Joanna Wiśniowska. Jego rodzice, Maria i Sławomir, decydują się na objęcie gospodarstwa. Szczególnie prze do tego Sławomir, który nie znosi miasta. W Dobromilu znów ma przed sobą pola i lasy, przy okazji ożywa jego zmysł praktyczny - zaczyna hodować króliki. Paczki z króliczymi tuszkami zasilą wkrótce spiżarnię Czesławy i Mirosława, którzy dla konspiracyjnych towarzyszy wydadzą nawet kilka "bankietów".
Mirosław z sentymentem wspomina Dobromil: "To był nasz dom i nigdy nie mieliśmy innego, a te wszystkie inne to były tylko mieszkania"[39]. W połowie sierpnia 1943 roku zdąży tam jeszcze zawieźć żonę i synka, żeby pooddychali świeżym powietrzem. Urzeka go panujący w Dobromilu spokój. Wokół wojna, a w miasteczku błoga cisza. Chodzą z dzieckiem na spacery, potem Andrzejek biega po podwórku z królikami. Lubi też oglądać świat z wysoka - ojciec sadza go na gałęzi gruszy, na której sam w dzieciństwie chętnie przesiadywał. Dom stoi na wzgórzu, w dole widać tłum pielgrzymów zmierzających do Kalwarii Pacławskiej. Piękny czas.
Filipówka
Tymczasem w miejsce rodziców Mirosława do willi na Filipówce przydział z urzędu dostaje młode małżeństwo. Ona, Bolka, nauczy Czesławę gotować, on, Marian, utrzymujący się z handlu obwoźnego, będzie im umilał wieczory grą na wiolonczeli.
Co jakiś czas przychodzi do domu niemiecki oficer lub cywil z nakazem rekwizycji pokoju lub dwóch. Gdy dowiaduje się, że ma do czynienia z karmicielem wszy, natychmiast się wycofuje. Ale to już przeszłość. Po likwidacji instytutu Weigla Mirosław oficjalnie pracuje w Polskim Komitecie Opiekuńczym[40], a w rzeczywistości całymi dniami przesiaduje w domu, tłukąc w maszynę do pisania. Redaguje "Biuletyn Ziemi Czerwińskiej" do którego materiały dostarczają łączniczki. Prócz tego przygotowuje wydawnictwa okolicznościowe, dodatki w formie zbiorów wierszy. Tomik Śpiew wojny opracowuje ze Stefanią Skwarczyńską. Wszystko, co potrzebne do pisania - papier, przebitki, kalki i małe radio ze zrzutów - chowają z Czesławą a to w wydrążonej stołowej nodze, podstawie ozdobnej lampy, a to we wnętrzu wałka do ciasta. Maszyna do pisania, remington, ląduje przykryta czymś w kącie. Mirosław wtajemnicza żonę w swoje sprawy: "Skoro nasz dom zamienił się w tajną redakcję, wciągnąłem żonę do AK, gdzie była na zmianę maszynistką i łączniczką"[41].
Wokół tego faktu Andrzej buduje legendę: w wywiadach opowiada, jak to rodzice znaleźli się w AK, wzajemnie o swojej działalności nie wiedząc, aż któregoś dnia, ku obopólnemu zdziwieniu, spotykają się na jednym z tajnych zebrań[42]. Ładna scena, filmowa, bez dwóch zdań. Tyle że nieprawdziwa.
Tymczasem wojna odciska piętno na lwowskim odłamie rodu Żuławskich. W czasie klęski wrześniowej umiera stryj Bohdan. Jego syn Leszek z frontu trafia do oflagu. Piękną Halę, jego matkę, któregoś dnia NKWD wywozi w głąb Rosji. O mały włos podobny los spotkałby akurat nocujących u nich Sławomira z Mirosławem. Ojca Andrzeja uratowała legitymacja przedwojennego Związku Zawodowego Literatów Polskich - enkawudziści postanowili pokazać, jak dobrze w Kraju Rad traktuje się ludzi kultury. Sławomirowi zaś przysłużyła się teczka, w której miał brzytwę do golenia. Wzięty za "fryzjera", nie był cennym kandydatem do wywózki. Hala wyszła z Rosji z armią Andersa, ale do Polski nie dotarła - zmarła w Stambule na tyfus. Sławomir aresztowany w końcu przez enkawudzistów w Dobromilu - "Bóg wie dlaczego", jak pisał Mirosław[43] - i wsadzony wraz z innymi Polakami do bydlęcego wagonu, którym miał dojechać na Syberię, nie wytrzymał podróży. Jego ciało gdzieś po drodze wyrzucono z pociągu.
Wuj Kazik Wiśniowski, brat matki Mirosława, który jako osiemnastolatek zamiast studiować w Akademii Sztuk Pięknych, poszedł do Legionów, ma piękną kartę. W kampanii wrześniowej walczył u boku Sosnkowskiego, przeżył więzienie na Łubiance, a później pełnił odpowiedzialne funkcje w Polskich Siłach Zbrojnych i walczył pod Monte Cassino. Służbę zakończył w stopniu generała. Po wojnie osiadł w Londynie, poślubił byłą agentkę wywiadu, Halinę Szymańską, i zajął się renowacją starej porcelany.
Andrzej na wakacjach w Dobromilu, 1943
Marzenie Mirosława, żeby po wojnie choć na chwilę pojechać do Dobromila, nigdy się nie spełniło. Miasteczko znalazło się poza granicami Polski, a on mógł jedynie przy dobrej pogodzie patrzeć na dworek z wieży polskiego kościoła w Kalwarii Pacławskiej.
Z perspektywy piwnicy - mit drugi
Obrazy ze Lwowa zostają Andrzejowi w pamięci na całe życie.
Oto ojciec stoi przy piwnicznym oknie i trzyma na rękach syna. Jest rok 1944, do miasta ponownie wkroczyli Rosjanie. Wycofujący się Niemcy w pośpiechu likwidują społeczność Lwowa. Potem opisze to Andrzej: "(...) zaczęli od zabijania wariatów w szpitalach, potem byli Cyganie, których akurat było we Lwowie mało, Żydzi, potem księża, a jeszcze później inteligencja polska. Nie wiedząc czego, strasznie się bałem tego, co widzę na ulicach. Bałem się również strachu swoich rodziców"[44].
Scenę w piwnicy zapamiętała również zaprzyjaźniona z Czesławą i Mirosławem Wilhelmina Skulska-Kruczkowska (Lea Horowitz, żona Andrzeja Kruczkowskiego, matka Anny Bikont i Marii Kruczkowskiej): "W piwnicy lwowskiej kamieniczki, służącej jako schron, przykucnął obok mnie malutki, nie ma co ukrywać - prześliczny chłopczyk i patrzył błagalnie, jak gdyby wierzył, że potrafię uciszyć ten piekielny łomot atakujących samolotów"[45].
Wilhelmina, na którą mówiono Ludka, jest jedną z trzech osób pochodzenia żydowskiego, którym - wedle relacji Andrzeja Żuławskiego - podczas niemieckiej okupacji we Lwowie jego rodzice udzielali schronienia. W autobiograficznym Zaułku pokory konkretyzuje, że "na strychu naszego domu we Lwowie", w wywiadzie-rzece zaś mówi o dwóch osobach: "Rodzice ukrywali dwóch przyjaciół Żydów na strychu, ale ja o tym nie wiedziałem, bo oni mi nie powiedzieli. Dowiedziałem się po fakcie"[46].
Tyle że Żuławscy nigdy domu we Lwowie nie posiadali. Przeszukuję spis przedwojennych właścicieli lwowskich nieruchomości, ale ani nazwisko "Janiak" (teściowej Mirosława), ani "Żuławski" w nich nie figuruje[47]. Na Filipówce nie mogli nikogo ukrywać bez wiedzy właścicieli, a z zajmowanego wcześniej mieszkania przy Żyżyńskiej[48] zostali wysiedleni przez Niemców w 1941 roku wraz z innymi lokatorami budynku.
Dwie pozostałe osoby pochodzenia żydowskiego, którym mieli rzekomo pomóc rodzice Andrzeja, to Luc Gelberg, lwowski adwokat, po wojnie oddany partii marksista[49], oraz Ewa Fiszer, poetka i tłumaczka, do końca życia przyjaciółka domu Żuławskich[50].
Ale Ewa Fiszer urodziła się w Warszawie i przeżyła tu całą okupację. Potwierdzone jest też jej uczestnictwo w powstaniu warszawskim jako łączniczki AK[51].
- Przede wszystkim Ewa nie była Żydówką - tłumaczy Józef Hen.
Zwracam się do Andrzeja Gelberga (jego ojciec już nie żyje) z prośbą o wyjaśnienie tego tragicznego momentu z przeszłości. Odpisuje mi tego samego dnia:
Szanowna Pani,
prawdą jest, że w okresie międzywojennym, a także w latach 1939-1940 oraz po wojnie mój ojciec przyjaźnił się z rodziną Żuławskich - Mirosławem i jego żoną. W latach 50. jako kilkuletni chłopak bywałem w domu Żuławskich i tam poznałem trójkę ich synów, starszego ode mnie Andrzeja i młodszych - Mateusza i Łukasza.
Nie jest natomiast prawdą, że mój ojciec był w czasie niemieckiej okupacji Lwowa ukrywany przez żonę M. Żuławskiego, gdyż jeszcze przed napaścią Niemców na Związek Sowiecki, w czerwcu 1941, został wywieziony do Kazachstanu, skąd wrócił do Polski w roku 1947. Informacja jakoby matka Andrzeja przechowywała mojego ojca jest zwykłą konfabulacją, nie pierwszą w twórczości prozatorskiej wybitnego reżysera.
Z wyrazami szacunku
Andrzej Gelberg
Anna Bikont pisze krótko: "To nie jest prawda". Potem jeszcze rozmawiamy: jej mama w czasie wojny miała dobre papiery nieżyjącej Polki i nie było potrzeby jej ukrywać.
Zatem wątek ten należy traktować jako literacki - podobnych historii było w owym czasie wiele. Nierzadko kończyły się one tak samo tragicznie, jak to opisuje Żuławski: "Przyjaciel Żyd, którego moi rodzice na strychu ukrywali, nie wytrzymał tej ciemności, w biały dzień wyszedł na ulicę i przeszedł pięćdziesiąt metrów, zanim mu SS-man strzelił w tył głowy z pistoletu, każąc mu uprzednio klęknąć"[52].
Cudownych ocaleń ciąg dalszy
W 1944 roku Czesława spodziewa się drugiego dziecka. Marzy o córce.
Mirosław działa w konspiracji. Robi się gorąco. AK zalicza kilka niezależnych od siebie fatalnych wpadek - szefa sztabu, szefa BIP-u, kierownika drukarni i dowódcy grupy do likwidacji konfidentów.
Żuławscy starają się wieść w miarę normalne życie i wieczory chętnie spędzają u przyjaciół, Adama i Alicji Ostrowskich. A tam w większym gronie toczą rozmowy o literaturze - taki nocny salon literacki. Nocny, bo do domów wraca się rano. Adam jest Delegatem Rządu na Obszar Południowo-Wschodni, z Mirosławem znają się jeszcze ze Studium Dyplomatycznego. Inny uczestnik spotkań, Zygmunt Łanowski, działa w AK i jest w Delegaturze Rządu. Bywa tam także Kazimierz Żygulski, przyszły socjolog. Literaci czytają swoje opowiadania, omawiają książki Witkacego, Spenglera, Hegla.
Wraz z wejściem Sowietów do Lwowa Mirosław otrzymuje rozkaz: ma się ujawnić jako adiutant Komendanta AK. Dostaje mundur, ulega jednak prośbom Łanowskiego, by to jemu odstąpić ten honor. Mundur pasuje na obu, komendant wyraża zgodę. Adiutantem generała Filipkowskiego zostaje Łanowski. Ze Lwowa wyjedzie w chwale, cztery lata później wróci jako cień człowieka - aresztowany przez NKWD, w sowieckich łagrach nabawi się gruźlicy. Przeżyje dzięki szwedzkiemu programowi pomocy.
Mirosław jest tłumaczem dla obcokrajowców zbiegłych ze stalagu. Ma też inne ważne zadanie: opracowuje odezwy komendanta obszaru o akcji "Burza". Ma ona na celu atak na straże tylne wycofujących się Niemców i wsparcie Armii Czerwonej, gdy ta przekroczy wschodnią granicę II Rzeczypospolitej.
Żuławscy nadal mieszkają na Filipówce, tyle że dla bezpieczeństwa częściej przebywają w suterenach domu niż na swoim piętrze. Chodzą tam tylko się ogrzać lub coś zjeść. Ale i na dole nie jest bezpiecznie - przez wybite okna wpadają odłamki pocisków. Krytyczna noc, kiedy Niemcy decydują się na odwrót, przypada na 21-22 lipca 1944 roku. Przyjaciele Mirosława z AK, żołnierze z oddziałów leśnych, włącznie z komendantem obszaru, zostają aresztowani przez Rosjan i wywiezieni na wschód. Tam są wcielani do armii Berlinga.
NKWD w końcu przypomina sobie o Mirosławie i w listopadzie 1944 roku funkcjonariusze przychodzą po niego na Filipówkę. Nie zastają go w domu - jest w pracy, w Teatrze Polskim. Dostał bowiem kolejną posadę - asystenta reżysera, Aleksandra Bardiniego. (Historia lubi zataczać koło. Po latach do Bardiniego zwróci się pianista Janusz Olejniczak z prośbą o radę, czy ma zagrać Chopina w filmie Andrzeja Żuławskiego).
Wiadomość o odwiedzinach NKWD szybko dociera do teatru. Dyrektor na piśmie udziela Mirosławowi urlopu i radzi jak najszybciej zniknąć. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat do Lwowa przyleciał znajomy Żuławskiego, Karol Kuryluk[53], który "miał jakimś cudem jeszcze jeden bilet na samolot do Lublina"[54]. Żuławski chętnie z niego korzysta i zostaje w Lublinie trzy tygodnie. Zatrzymuje się u Ostrowskich, którzy już wcześniej przeprowadzili się tam całą rodziną i zdążyli zadomowić.
Ani Mirosław, ani jego najbliżsi koledzy z AK nie wiedzą o planowanych zmianach wschodnich i zachodnich granic Polski, o czym oficjalnie zadecyduje później konferencja w Jałcie. Nie wiedzą, mimo że emisariusz Jan Karski już 28 lipca 1943 roku przekazał tę - zasłyszaną od Roosevelta - wiadomość polskim władzom podziemnym. Powodu milczenia Mirosław nie zrozumie nigdy. Do ostatnich swoich dni będzie się zastanawiał, "dlaczego nie doszły one do nas, cośmy tę beznadziejną robotę musieli wykonać i do samego końca z ogromnymi stratami w ludziach i spustoszeniami w duszach i umysłach?"[55].
Siostra umiera "na naszych rękach", budowanie mitu
Jest po upadku powstania warszawskiego, w Lublinie czuje się powiew polskości. Mirosław marzy, by jego córka przyszła na świat już w wolnej Polsce. Na ile jednak wolnej?
Sytuacja polityczna okazuje się skomplikowana. Po odkryciu grobów ofiar zbrodni katyńskiej w 1943 roku Moskwa zerwała stosunki dyplomatyczne z Rządem RP na uchodźstwie i zaczęła tworzyć nowy ośrodek polityczny, który po wojnie obejmie władzę w Polsce. I tak na terenach ZSRR w maju 1943 roku zawiązuje się Związek Patriotów Polskich, a w Sielcach nad Oką rozpoczyna formowanie 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Zgodnie z przygotowaną przez Władysława Gomułkę deklaracją O co walczymy? rząd na uchodźstwie "wyłoniony przez przypadkowo zebrane na emigracji elementy, opierający się na antydemokratycznej, nielegalnej (...) konstytucji z 23 kwietnia 1935 r. nie może być powołany do realizowania ustroju demokratycznego w odrodzonej Polsce" - to zadanie dla Rządu Tymczasowego, który powinien powstać w kraju "na płaszczyźnie porozumienia się wszystkich antyfaszystowskich i antyreakcyjnych sił społecznych tworzących Antyfaszystowski Front Narodowy". 21 lipca 1944 roku w Chełmie formuje się komunistyczny Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), tymczasowy organ władzy wykonawczej.
Kiedy Mirosław przybywa do Lublina, wszystkie te zdarzenia są już faktem, a Lublin "z etapowego - po Chełmie - miasta PKWN-u począł stawać się stolicą ocalałych od śmierci i zagłady"[56]. Przyjeżdżają tu artyści, literaci, uczeni. Co chwila ktoś komuś wpada w ramiona z okrzykiem radości. Ocaleli! Żyją! Mirosław chciałby tu sprowadzić najbliższych. Nadarza się okazja: Sowieci zgodzili się uwolnić z więzień akowców i z Lublina pojadą po nich dwie ciężarówki, można spróbować się z nimi zabrać. Ministerstwo Kultury daje mu stosowne papiery: wyjazd ma klauzulę "służbowy" - w związku z planowanym wystawieniem Wesela w Teatrze Wojska Polskiego w Lublinie[57] konieczne jest nawiązanie stosunków z Teatrem Polskim we Lwowie. Tyle że teraz potrzeba wizy radzieckiej, a Mirosław przybył do Lublina bez takowej. Jednocześnie polskie ministerstwo nie może delegować rosyjskiego obywatela... I znów Żuławski ma szczęście: spotyka dawnego znajomego Władysława Wolskiego, który pełni teraz funkcję pełnomocnika do spraw repatriacji. Dzięki niemu Mirosław może nie tylko wrócić do Lwowa, lecz także z niego wyjechać razem z rodziną.
W domu zastaje tylko synka. "Ledwie wszedłem do naszego mieszkania, mały Andrzejek - właśnie ukończył cztery lata - powiedział poważnie, nie przerywając jakoś za bardzo mechanicznego układania klocków: - Mamusia jest już w szpitaliku... Nazajutrz miałem się dowiedzieć o utracie córeczki (...). Odebrałem Izabelę ze szpitala i jak tylko zaczęła przychodzić do siebie, zabraliśmy się do pakowania; było tego wszystkiego dwie walizy i dwa tłumoki - jeden z pościelą, drugi z książkami"[58] - opisuje, zmieniając przy okazji imię żony na bardziej literackie.
Mirosław nigdy więcej o nowo narodzonym dziecku nie wspomina, nie ma też mowy o pogrzebie. Za to Andrzej często przywołuje - w wywiadach i swoich autopowieściach - postać siostry, która zmarła "z chłodu, głodu i tyfusu".
Komu wierzyć? Ojcu, który stara się wiernie oddać ducha tamtych czasów; czy Andrzejowi, który wraz z upływem lat coraz bardziej dramatyzuje rodzinną stratę?
"Innym ważnym obrazem jest śmierć mojej siostry, chociaż znam tę historię tyko z opowieści matki. Obudziła się w nocy, bo było strasznie zimno, i tknięta jakimś przeczuciem zajrzała do małej Marty. Kiedy zabierała ją do szpitala, właściwie było już przesądzone, że siostra umrze. Rzeczywiście, matka wróciła do domu sama. To była śmierć z niedożywienia, bo matka nie miała mleka. Nie pamiętam pogrzebu, nie wiem, gdzie jest grób mojej siostry, nigdy się w domu o tym nie rozmawiało"[59].
Kiedy indziej tę historię przedstawia tak: "Matka zabrała ją do szpitala, kiedy już właściwie wszystko było przesądzone. (...) A z opowieści matki wiem, że się zbudziła i było strasznie zimno, potwornie zimno, to było nieogrzewane w ogóle gmaszydło, i tknięta czymś, zlazła po schodach, i widziała jak na dole zawijają tę małą Martę w gazetę"[60].
W rozmowie dla miesięcznika "Kino" w 1992 roku mówi wręcz: "Moja siostra umarła na naszych rękach z głodu i zimna"[61].
W istocie dziecko zmarło w trakcie porodu albo tuż po nim w szpitalu, o czym wiedział również Andrzej: "(...) teraz nagle matka powiedziała, że ojciec uciekł, zostawiając ją w ciąży, i moja siostra umarła po połogu w szpitalu, czyli dopiero wtedy w czterdziestym czwartym" - pisze w powieści Kikimora[62]. Nie przeszkadza mu to w 2000 roku dedykować "Mojej siostrze Marcie" kolejnej książki - Zaułku pokory - i budować legendy jej śmierci: "Moja młodsza siostra umarła, mając parę miesięcy, bardziej przez życie okupacyjne, które było w tak wielkiej mierze śmiercią, niż z zimna czy głodu"[63]. Legenda idzie w świat, także za pośrednictwem wywiadu udzielonego Włochowi Sergiowi Naitzy do wydanego w 2004 roku katalogu Opętanie: "(...) ja miałem więcej szczęścia, bo byłem silniejszy, moja siostra przeżyła tylko kilka miesięcy"[64].
Czesława Żuławska w wywiadzie udzielonym prasie w marcu 1995 roku[65], już po śmierci męża, zwierza się m.in. z utraty dziecka. Mówi, że pierwsza - podczas okupacji rosyjskiej, a przed ponownym wejściem Niemców do Lwowa - była dziewczynka.
Dziewczynka, nie Andrzej? Trzeba jednak wziąć pod uwagę wiek Czesławy, gdy udziela tego wywiadu: ma osiemdziesiąt pięć lat i prawo do niepamięci.
Repatriacja - Lublin
Szczęśliwie NKWD odpuszcza Mirosławowi i nie robi mu problemów z załatwieniem formalności wyjazdowych. "NKWD najwyraźniej przestał się mną interesować", pisze ojciec Andrzeja[66]. Skąd ta zmiana? Przyczyn Mirosław nigdy nie tłumaczy. Do uratowania mu głowy przyzna się później mimochodem jego kolejny szef, Jerzy Borejsza, ale dlaczego miałby to zrobić, również pozostaje w sferze spekulacji.
Żuławscy całą rodziną szykują się na samolot do Lublina. Przy trzaskającym mrozie trzy razy z rzędu jadą na lotnisko ciężarówką wojskową, którą organizuje im sąsiad, sowiecki kapitan, ale samolot nie przylatuje. Zostaje pociąg. Lwów od Przemyśla dzieli zaledwie sto kilometrów. Tymczasem pociąg na ich pokonanie potrzebuje aż dwudziestu czterech godzin! Jadą w straszliwym tłoku. Mirosław ubolewa, że nie ma wiadomości o losie matki ani brata, którego NKWD za działalność w AK wsadziło do lwowskich Brygidek. Oboje odnajdą się dopiero po wojnie - w jakich okolicznościach, nie wiadomo. Nie piszą o tym ani Mirosław, ani Andrzej, a młodsi bracia, Mateusz i Łukasz, nie wiedzą. Z bratem Mirosława, Zbyszkiem, który po przyjeździe do Polski osiedli się w Gdańsku, spotkają się jedynie przelotnie, może dwa razy w życiu.
W Przemyślu Żuławscy zatrzymują się w marnym hoteliku. Samochodem wojskowym, który Czesława załatwia u oficera słowackiej jednostki, codziennie jeżdżą na lotnisko w oczekiwaniu na samolot do Lublina. Trudne warunki dają się we znaki Andrzejkowi, chłopiec zaziębia się w nieopalanym hotelu. Są bez grosza, na szczęście przyjaciel Adam Ostrowski, jakby wyczuwając sytuację, przesyła Mirosławowi trochę pieniędzy. Rodzina przenosi się do lepszego, ciepłego lokum. Opatrzność nad nimi czuwa.
Wreszcie samolot wzbija się w powietrze, a po półgodzinie ląduje... we Lwowie, z którego z takim trudem wyjechali dziesięć dni wcześniej. Wysadza jakiegoś pasażera, po chwili wznawia lot i kolejne lądowanie odbywa się już w Lublinie.
Do Ostrowskich Żuławscy przyjeżdżają w nocy. Śpią razem z gospodarzami oraz ich dzieckiem w małżeńskim łożu: czworo dorosłych i dwoje dzieci. Następną noc spędzą już w skromnym hotelu.
Mirosław dostaje kilka dni później pracę w redakcji gazety "Rzeczpospolita" - naczelnym organie PKWN - należącej do wydawnictwa Czytelnik, które właśnie powołał do życia wspomniany już Jerzy Borejsza (Beniamin Goldberg). To działacz komunistyczny o bogatym życiorysie, były student budownictwa w Tuluzie oraz iberystyki na Sorbonie, dyrektor Ossolineum w okupowanym przez Rosjan Lwowie, redaktor podręczników szkolnych w Wydawnictwie Mniejszości Narodowych USRR, od 1940 roku członek Związku Radzieckich Pisarzy na Ukrainie, pomysłodawca i inicjator lwowskich obchodów 85. rocznicy śmierci Adama Mickiewicza, założyciel kilku pism, współorganizator Związku Patriotów Polskich w Moskwie. Stefan Kisielewski w 1945 roku pisze o nim: "(...) dyrektor chlubnie znanego wydawnictwa "Czytelnik", niekwestionowany król naszej prasy, osobistość niezwykle dobrze poinformowana, wpływowa, słowem - nie byle kto (...)"[67]. Naczelny zna przeszłość Mirosława Żuławskiego: sekretarz wojewody, akowiec, szef BIP-u. "Chcieli was zamknąć, ale zaręczyłem głową" - mówi do niego[68]. Jest bratem trzęsącego bezpieką Józefa Różańskiego, wielce zasłużonego dla Moskwy - Różański w lwowskich czasach był w NKWD oficerem polityczno-wychowawczym dla polskich jeńców, w 1941 roku w Starobielsku brał udział w rozstrzeliwaniu polskich oficerów.
Z hoteliku żona Juliana Przybosia zabiera Czesławę i Andrzejka do dworu w Ciechankach, gdzie z pomocą lubelskich władz prowadzi przytulisko dla rozbitków ze świata kultury.
Dwór stoi samotnie na wielkiej równinie, nikt go nie strzeże, a sami artyści nie mają w zwyczaju posługiwać się bronią, toteż nic dziwnego, że w nocy napada na nich banda dezerterów. Spędzają wszystkich do piwnicy i grabią, co się da. Nawet brudną bieliznę Mirosława, którą Przybosiowa wzięła do prania.
Napastnicy pozwalają pozostać dzieciom w pokojach. Andrzejek u Parandowskich bawi się akurat z ich córką Romą (przyszła żona Andrzeja Szczepkowskiego, matka aktorki Joanny Szczepkowskiej). Kiedy wchodzą tam "partyzanci" i zaczynają opróżniać szafy, czterolatek, reaguje dość niezwykle. Nie przerywając zabawy, przytomnie zauważa: "Panowie mówili, że szukają tylko broni. Ale czy to jest broń?"[69] - pyta, wskazując na upchane w workach ubrania.
Prawdziwość tej sytuacji zaświadczył nieobecnemu tam Mirosławowi poeta Tadeusz Peiper. Zawartość szaf w pokoju Parandowskich ocalała, ale Żuławscy stracili wszystko.
Mirosław w związku z tym zwraca się na piśmie o pomoc do premiera Rządu Tymczasowego, Edwarda Osóbki-Morawskiego. Z przydziału dostaje dwie koszule i dwie pary kalesonów. Trzeba działać dalej: przedwojenną legitymację Związku Zawodowego Literatów Polskich zamienia na legitymację Związku Literatów Polskich. Może teraz korzystać ze stołówki, a co więcej - starać się o przydział na mieszkanie.
W tym czasie - od lutego do maja 1945 roku[70] - na ulicach Lublina i innych polskich miast pojawiają się plakaty Olbrzym i zapluty karzeł reakcji autorstwa Włodzimierza Zakrzewskiego. Między nogami wielkiej postaci - żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, który biegnie z bronią gotową do strzału, plącze się karłowaty człowieczek z zawieszką "AK" na szyi. Członkowie Armii Krajowej, którzy słuchali rozkazów z Londynu, czyli "nie tego co trzeba rządu", powoli zapełniają więzienia. Józef Różański funduje byłym akowcom tortury - wyrywanie paznokci i bicie do krwi uchodzą za łagodne.
W marcu 1945 roku zapada decyzja o przeniesieniu redakcji "Rzeczpospolitej" do Łodzi. Ewakuacja odbywa się ciężarówkami. Andrzejek z mamą pokonują tę trasę luksusowo, samochodem prezesa Borejszy. Skąd ten honor? Zdaniem Zbigniewa Herberta: "Ekipa agentów potrzebowała na gwałt inteligenckiej elity, czegoś, co było w tej sferze odpowiednikiem nomenklatury. Co oferowała ta władza? Boską rangę, rolę demiurga"[71].
Koledzy widzą w Mirosławie przyszłego zastępcę szefa gazety. Nie mylą się.
Temat: "Przeszłość"
Po latach Andrzej Żuławski w swoich książkach poświęci sporo miejsca wojennej i tuż powojennej przeszłości ojca. Będzie dociekał motywów jego postępowania, starał się wyjaśniać ciemne punkty. Ma ojcu za złe, że nie mówi mu o przeszłości, nie objaśnia świata. "Kiedy chodziłem do szkoły, a były to czasy Stalina, ojciec o niczym mi nie opowiadał. Słowo "Lwów" w ogóle nie istniało, pan profesor Weigel nie istniał, a Armia Krajowa to był zapluty karzeł reakcji"[72]. Wewnętrzną dyskusję toczy z ojcem przez całe życie, także po jego śmierci: był bohaterem czy tchórzem? Działającym z narażeniem życia członkiem AK czy może - na co nie ma żelaznych dowodów - współpracownikiem NKWD i bezpieki? Ojciec to życiowy wzorzec czy antybohater? "Ojciec już w tej ucieczce do Lublina, do komuchów, armii, "Rzeczpospolitej", do Borejszy dyktatora propagandowego. Uciekał przed czym? NKWD czy własną kolaboracją z NKWD, by go wypuścili. Za cenę czego? Milczenie..."[73] - dywaguje narrator Nocnika.
- Nie mogłem zrozumieć - mówi mi w 1996 roku - dlaczego mój ojciec był w partii komunistycznej i służył temu ustrojowi. Nie pojmowałem, co było w tym człowieku, dlaczego w naszym domu na temat prawdy o życiu i społeczeństwie panowało głębokie milczenie. Dlaczego sam musiałem się przez to przebić. To był wielki konflikt. Bardzo późno zacząłem rozumieć, z jakich nici zostało to utkane. Bezpośrednio patrząc - do dzisiaj tak myślę - było to chyba głęboko nie w porządku[74].
Zygmunt Żuławski (z lewej) z posłem Stanisławem Posnerem, 1930
"Choć poszedł na daleko idącą kolaborację, tak powiedział stryjowi Zygmuntowi, i pisał panegiryki zbrodniarzy, i mówi się o nim, że sypał, w pierwszym okresie sypał, czy inaczej zostałby ambasadorem w Paryżu, taki mam obraz w głowie, obraz stalowych słupów powbijanych w pokoje naszego dzieciństwa, i jak uciec od nich, zamieniając wszystko na miękką niepoważną wojnę, i tak stałem się reżyserem"[75] - tłumaczy w powieści Perseidy.
Być może to na tym tle rośnie w oczach Andrzeja postać stryjecznego dziadka Zygmunta, przedwojennego działacza Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), który w czerwcu 1945 roku bierze udział w moskiewskiej konferencji w sprawie utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, ale - inaczej niż Mirosław - szybko ustawia się w opozycji do nowego systemu. Zofia Nałkowska w Dziennikach pisze, że zapamiętała jego gorzkie wystąpienie w parlamencie w lutym 1947 roku. Zygmunt Żuławski mówi wprost o "przemocy nad wyborcą i jego sumieniem", o fikcji demokracji "ludowej" i cenzurze, która ma się nijak do cenzury sanacji, gdy wszyscy na nią narzekali, a która była "niczym w porównaniu do obecnego skrępowania słowa i pracy. Że tak jest we wszystkich totalitarnych państwach bez względu na nazwę, dla mnie nie było żadną niespodzianką. Ale ogarnęło mnie największe zdziwienie, gdy usłyszałem, jak polski literat wygłosił prelekcję przez radio, sławiąc obecną wolność (...). Nie wiem, jak długo mi jeszcze żyć wypadnie, ale póki będę żył, będę siekł... oszustów i gwałcicieli wyborczych, karierowiczów, pasożytów, waletów, co się dorwali... do władzy... rozpaczą ogromnej większości pracującego ludu w Polsce"[76].
Zygmunta ze wszystkich braci swego dziadka Andrzej ceni najbardziej: "Najświetniejszym może z braci był Zygmunt Żuławski, który właściwie stworzył w Polsce związki zawodowe, mówiło się, że Stalin upatrzył go sobie na pierwszego prezydenta PRL-u. Ale jak Zygmunt zobaczył na własne oczy, co to jest ten cały realsocjalizm, to oczywiście odmówił. Wygłosił ostatnie przemówienie w Sejmie, a potem go posadzili w areszcie domowym. Bardzo prędko umarł na serce z boleści, widząc, co się dzieje"[77].
Tymczasem przeszłość Mirosława, jego nieustająca ucieczka - "on przez całe życie uciekał, nie wiadomo w sumie przed czym"[78] - staje się tematem życia syna. "Mam takie świadectwa z Paryża, gdzie ojciec potem politrukował po prostu, wygłaszał wykłady z marksizmu-leninizmu dla przerażonych w większości eks-pepeesiaków, bo tam jeszcze była mieszana ambasada"[79] - powie w Przewodniku Krytyki Politycznej.
Podskórny strach Mirosława wyczuwała również dalsza rodzina. Ewa Żuławska-Bogacka, córka jego stryjecznego brata, pisarza Juliusza: - Stryj Mirosław przez całe życie wyraźnie się czegoś bał i może dlatego obrał taką, a nie inną drogę. Czego się bał, nie mam pojęcia. Rodzina miała wiele znaków zapytania w związku z jego osobą. Jednak nawet w latach podeszłych, w rozmowach z moim ojcem, nigdy tego tematu nie poruszali. Ojciec nie pytał, bo skończyłaby się znajomość. Kiedyś obiło mi się o uszy, że Mirek cytował Franciszka Białasa: "Jakby cię trzymali dwadzieścia cztery godziny w lodowatej przerębli, to też byś się zapisał do partii". Więc albo to zrobił ze strachu, albo naprawdę go w tej przerębli trzymali. A może to ciocia Czesia pchnęła stryja Mirka w tamtą stronę? Mogła go namawiać, żeby wybrał wygodne życie za granicą z korzyścią dla synów, niech się kształcą. I wyszło im to na dobre.
Niech żyje Wojsko Polskie!
W Łodzi mieszkanie dla Żuławskich jeszcze niegotowe - to obiecane w Domu Literatów na Bandurskiego (dziś Mickiewicza 8) nadal zajmują poprzedni lokatorzy. Rodzina wyczekuje w samochodzie na uprzątnięcie choć jednego pokoju.
- Najpierw mieszkaliśmy w baraku w Łodzi, wraz z innymi czekając na możliwość wyjazdu do Warszawy - wspomina Andrzej, kiedy rozmawiamy w sierpniu 2008 roku.
W baraku? Mieszkający w owym Domu Literatów w 1945 roku pisarz i felietonista Jan Koprowski zaświadcza, iż była to okazała kamienica, którą tuż po zakończeniu działań wojennych zarekwirowali oficerowie I Armii WP, Adam Ważyk i Leon Pasternak "z naganami u pasa" na kwatery literackie[80].
W budynku obowiązuje swoista hierarchia: znani pisarze, jak Władysław Broniewski, mieszkają na parterze, a im kto mniej dla nowej władzy znaczy, na tym wyższe piętro musi się wspinać po schodach.
Który poziom zajął Mirosław Żuławski, trudno dziś ustalić, ale mieszkał na tyle nisko - co oznacza, iż był dobrze notowany przez władzę - że stojący w otwartym oknie Andrzejek był doskonale widoczny z ulicy. Skąd to wiadomo?
Oto któregoś kwietniowego dnia 1945 roku Mirosława zaczepia na ulicy działaczka PPS Maryna Fiderer: "Lepiej idź do domu, bo twój syn Andrzej stoi w oknie i na widok każdego cywila krzyczy: "Niech żyje Rząd Jedności Narodowej!", a na widok wojskowego: "Niech żyje Wojsko Polskie!""[81].
W Domu Literatów znajduje schronienie także Jan Brzechwa. Autor cudownych wierszy dla dzieci rozmawia z małym Żuławskim, a nawet daje mu prezent. Dość szczególny, o czym mówił mi sam Andrzej: - Jan Brzechwa, straszny komuch, żeby mnie rozbawić - miałem cztery lata - przyniósł mi w prezencie hełm niemiecki i ja zemdlałem. Opowiadała mi o tym matka[82].
Hełm w Zaułku pokory przybiera formę czarnej czapki oficerskiej "z trupimi piszczelami w dość dobrym stanie", którą Andrzej z innymi dziećmi znajduje w 1946 roku w krzakach na wycieczce w Szklarskiej Porębie. Jej widok powoduje nie omdlenie, lecz atak histerii "nieuleczalnej przez wiele tygodni"[83].
W innej wypowiedzi wojskowa niemiecka czapka pojawia się rok później: "to, co się działo z moją rodziną w czasie okupacji, było, jakby powiedział Freud, traumatyczne. Wryło się raz na zawsze w mój charakter, w sposób postrzegania świata, a przede wszystkim w wielki strach, który mnie nie opuszcza do dziś. (...) W 1947 roku, byliśmy, my, dzieci, w Szklarskiej Porębie na wakacjach i któregoś dnia znaleźliśmy czapkę oficera niemieckiego w dobrym stanie. I ja wtedy zemdlałem. Nie wiem dlaczego, widać dzieci nie powinny przeżywać złych i zbrodniczych rzeczy"[84].
Motyw czapki, tym razem już nie "w dobrym stanie", lecz "do połowy zjedzonej przez zwierzęta", pojawia się również we francuskim filmie dokumentalnym Marca Guidoniego Varsovie, la for?t forteresse de Andrzej Zulawski. Żuławski mówi: "W czterdziestym siódmym albo ósmym, pamiętam, gdy podczas wakacji, w lesie na południu Polski, z kolegami znaleźliśmy rodzaj oficerskiej czapki niemieckiej, do połowy zjedzonej przez zwierzęta, ale w połowie całej, to... zemdlałem".
Trauma związana z wojennymi koszmarami sprawia, że Andrzej do szesnastego roku życia ma problem z przespaniem "na sucho" nocy, "bo nachodziły mnie koszmary stale te same, tak we mnie wżyte, że gdy w dorosłości zobaczyłem film Felliniego Giulietta od duchów, i w nim dwu oficerów SS, przechadzających się nocną mokrą i wybłyszczoną ulicą (...), musiałem wyjść z kina"[85].
Strach wyniesiony z wojny pozostanie w nim na zawsze. Pisze o nim "paraliżujący", ale i dający "siłę, żeby nie liczyć się z nikim i z niczym". Bo skoro przeszedł przez najgorsze, nic bardziej przerażającego nie może go już spotkać: "To jest myślenie typu: no co mi zrobicie, rozstrzelacie mnie? Dlatego robię to, co mi strzeli do głowy. Stąd potrafię być arogancki, przykry dla innych"[86].
Zniewolony
Na losach rodziny Żuławskich po raz kolejny zaważy Jerzy Borejsza. Któregoś czerwcowego dnia 1945 roku zaprosi na wódkę Mirosława, by ostrzec go przed nadciągającymi na akowców czarnymi chmurami. Tyle że nagonka na nich trwa już od kilku miesięcy, trudno jej nie dostrzec. W lipcu 1944 roku, jeszcze przed wybuchem powstania warszawskiego, NKWD aresztowało dowódców AK we Lwowie. Kwestią czasu było podjęcie podobnych działań przez polskie władze podległe Moskwie.
A tu Borejsza szepcze Mirosławowi, że ambasada w Paryżu szuka attaché prasowego. "Wiesz, idą ciężkie czasy. Będzie rozprawa z Mikołajczykiem, z Londynem, z AK... Wolałbym, żeby cię tutaj nie było. Zgłoś się" - radzi szef Czytelnika. Czemu Mirosław miałby się nie zgłosić? Czyni to nazajutrz. Odpowiedź jest pozytywna - w końcu rekomendacji udzielił mu nie byle kto.
W 1945 roku Mirosław wstępuje do tworzonej na polskich terenach Polskiej Partii Socjalistycznej, w której z wielkim zaangażowaniem działa jego stryj Zygmunt. Kiedy w grudniu 1948 roku władza połączy PPS z Polską Partią Robotniczą w "jedynie słuszną" Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, Mirosław automatycznie zostanie jej członkiem.
Zanim na dobrych kilka lat wyruszy do Paryża, by rozpocząć nowy rozdział życia, redakcja gazety wysyła go do Berlina na podpisanie kapitulacji Niemiec. Dostaje wojskowy mundur, płaszcz, czapkę, buty i onuce. Na rękawach ma naszywki w trzech językach "korespondent wojenny". Podobnie jak Jan Osmańczyk i Marian Brandys, których tam spotyka. Razem z innymi 8 maja przed północą strzelają na wiwat: koniec wojny - kapitulacja podpisana! "Moja berlińska wyprawa była też po to, aby zdobyć materiał na książkę, dlatego Borejsza przystał na mój wyjazd...". Ale kiedy po powrocie opowiedział szefowi, co widział, tamten uciął krótko: "Ty lepiej niczego nie pisz"[87] - przyznaje ojciec. Syn natomiast w ramach budowania mitu kompensacyjnego przypisze mu zdobywanie Berlina "z polską armią"[88] ewentualnie "berlińskiego ZOO"[89].
W 1945 roku Łódź, prawie nienaruszona wojną, przez chwilę pełni funkcję kulturalnej stolicy kraju - działa Dom Literata, otwierają się redakcje czasopism - prócz codziennej "Rzeczpospolitej" wychodzi tygodnik "Kuźnica", formuje się wydawnictwo Czytelnik. Nic dziwnego, że trafia tam również stryjeczny brat Mirosława, Juliusz Żuławski - recenzuje sztuki teatralne w "Kuźnicy", której redaktorem naczelnym jest Stefan Żółkiewski. Juliusz okupację niemiecką przeżył w obozie jenieckim, jest szczęśliwy, że koszmar wojny się skończył, ale z niepokojem obserwuje nowe porządki, kiedy "ludzie nagle aresztowani znikają bez wieści - śmietanka artystyczno-towarzyska zabawia się nieprzytomnie - wielotysięczna rzesza łódzkich pepeesowców[90] z nieufnością i odrazą ugina się pod presją kilkudziesięciu pepeerowców, za którymi stoi potęga Czerwonej Armii - niektórzy w kraju wznawiają ruch oporu, a inni, jak i ja, uważają, że wszystko się jakoś ułoży - a jednocześnie propaganda polityczna, kokietowanie, przekupywanie, bicie, przesłuchania pod reflektorem, barwne i śpiewne tańce uliczne. Wszystko to wygląda surrealistycznie"[91]. Łódź, Kraków i Warszawę Zbigniew Herbert nazwie "akwariami", które nowa władza tworzy dla elity kulturalnej, by ta, broń Boże, nie poczuła się zjednoczona z szarym tłumem.
Tak więc obaj stryjeczni bracia nieoczekiwanie znajdują się w tym samym mieście. Co więcej, Juliusz sprowadza tam odnalezionych w Piotrkowie Trybunalskim najbliższych - matkę Kazimierę i brata Wawrzyńca. Ale we wspomnieniach żadnego ze stryjecznych braci nie ma słowa o wzajemnych kontaktach. Nie będą ich utrzymywać - z woli Juliusza - także i później, kiedy obaj zamieszkają w Warszawie.
W 1957 roku Juliusz wraz z kilkoma pisarzami, m.in. Mieczysławem Jastrunem i Adamem Ważykiem, rzuci legitymację partyjną; Mirosław nie uczyni tego nigdy. Bliższe relacje stryjeczni bracia nawiążą dopiero pod koniec życia.
Juliusz Żuławski, lata czterdzieste
Pytam Ewę Żuławską-Bogacką, córkę Juliusza, o powody ochłodzenia stosunków. Czy wpłynął na to fakt, że Mirosław Żuławski związał się z komunistami?
- Tak, to był powód, dla którego rzadko się widywaliśmy - potwierdza. - Podczas gdy on był dyplomatą, moja rodzina była represjonowana. Tata często nie miał pracy, długo miał zakaz drukowania. Mamę, która była artystką i pracowała w Spółdzielni Pracy Artystów "Wzór", oskarżono o nadużycia finansowe. Spółdzielnia działała w ramach Cepelii, której prezesami byli jacyś partyjniacy. Tata uważał, że represje wobec mamy były faktycznie wymierzone w niego, że chciano go zniszczyć. I pewnie tak było.
Tymczasem dla Mirosława los jest łaskawy. Będzie mógł dotrzymać obietnicy, którą we Lwowie złożył Czesławie, że po wojnie zabierze ją do Paryża.
Syn ten nowy etap życia podsumuje krytycznie. Ojcu zarzuci oportunizm: "Mój Ojciec wysłany do Paryża z pierwszą placówką, daje się połączyć - PPS-iak - wraz z innymi, którym późniejszy stalinowski premier, Cyrankiewicz (też wychowanek Auschwitzu) obiecuje, że to się nie stanie. Ze Lwowa ścigany przez NKWD, jak cała góra AK. Wysłany pod Berlin przez dyktatora Borejszę, którego brat wyrywa paznokcie pacyfikowanym... Stale kryty - mój Ojciec - pisarskim talentem i urodą, które powodują, że mocni mężczyźni, jak i herod-baby się nim opiekują: pierwszą korektę pierwszej książki robi mu sama Nałkowska, a Brystygierowa (Luna[92]), ochmistrzyni więzień i procesów, super-glina, kat i morderczyni (później pisuje kryminały jako Julia Preiss, Price, Cena: cena Księżyca, Luny) pozwala go wysłać do Paryża po raz drugi, z falą odwilży, w pięćdziesiątym piątym... Trzymającego cały czas język za zębami. Z tego wszystkiego ja rozumiem, że robi to także, by nic się nie stało rodzinie, braciom jego i żony, matkom, i robi to też, bo ja mam, mam się stać, ja wybieram kino jako zawód, a robię to, bo wydaje mi się ono najbliższe absurdalnej bańce, jaką utożsamiam z polskim życiorysem"[93].