Zrozumienie - C. Wanebelle

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Rano o 8:00 już umyta i ubrana pojawiłam się w kuchni, aby zrobić śniadanie. Lodówka była pełna, więc nakryłam stół i rozstawiłam ładnie wszystko to, co jest potrzebne do zrobienia kanapki. Po parunastu minutach Colin zszedł na dół do jadalni, już wyszykowany i w pełni przytomny, jakby wstał co najmniej godzinę wcześniej.

- Dzień dobry - uśmiechnęłam się pogodnie, przyglądając mu się uważnie.

- Dzień dobry. Dobrze ci się spało? - zapytał, siadając przy stole.

- Tak. Dzięki, że pytasz. To ja już może pójdę zabrać się za sprzątanie - wskazałam drzwi.

- Nie zjesz ze mną?

- Zjem coś później - odparłam, przeskakując z nogi na nogę.

- Byłoby mi miło gdybyś jednak zdecydowała się mi towarzyszyć - rzekł zachęcająco.

- W porządku - westchnęłam cicho i usiadłam po drugiej stronie stołu.

Gdy szykując sobie kanapkę co chwilę spoglądał mi głęboko w oczy czułam się mocno skrępowana. Nie byłam w stanie skupić się na jedzeniu, ponieważ obserwował każdy mój najdrobniejszy ruch.

- Nie lubisz, gdy ktoś na ciebie patrzy zbyt długo, prawda? - uśmiechnął się pod nosem, jakby moje skrępowanie go cieszyło.

- Tak. Nie czuję się wtedy zbyt komfortowo - odpowiedziałam.

Colin, jak na złość jeszcze bardziej zaczął świdrować mnie spojrzeniem. Czułam się tak, jakby próbował się przewiercić do tych najbardziej prywatnych zakątków mojego umysłu.

- Wczoraj pytałaś się mnie, jacy byli moi rodzice. Teraz nadeszła pora, abyś powiedziała mi jacy są twoi - zagadnął, biorąc kęsa kanapki.

- Mój ojciec dużo pracuje, więc rzadko pojawia się w domu. Za to moja mama zawsze się o mnie troszczyła i dbała o wszystkie moje potrzeby, lecz niedawno wykryto u niej raka i od tego momentu robię wszystko, aby jej pomóc. Jest możliwość leczenia, lecz wciąż brakuje nam pieniędzy - powiedziałam ponuro, kończąc szykować swoją kanapkę.

- To dlatego tu pracujesz. Chcesz uzbierać pieniądze na leczenie matki - rzekł, jakby sam do siebie, popadając w chwilowe zastanowienie.

- Nie czujesz się samotny w tym domu? - w końcu zmieniłam temat, rozglądając się po pokoju.

- Przywykłem już do samotności. To nie ma znaczenia, gdzie się znajduję. Nawet, gdyby otaczali mnie ludzie i tak byłbym samotny. Nikt by nie chciał ze mną spędzać czasu. Nawet ty - rzucił w moją stronę spokojnym głosem i dokończył jeść śniadanie.

- Nieprawda. Przecież jestem tu teraz z tobą i rozmawiam - upierałam się.

- Robisz to tylko dla pieniędzy. Gdybyś ich nie potrzebowała już byś odeszła, tak jak wszystkie inne gosposie - odrzekł z irytacją.

- Nie mam pojęcia, co im wszystkim zrobiłeś, ale z pewnością nie odeszły bez powodu - odszczeknęłam się, patrząc na niego spod byka.

- Jeżeli okażesz się być taka, jak one wszystkie to się z czasem przekonasz - warknął.

W końcu nie wytrzymałam i wstałam od stołu, sprzątając puste talerze po śniadaniu.

- Ja tylko wykonuję swoją pracę, bo po to tu jestem - podkreśliłam ostatnie słowa, udając opanowanie i wyniosłam brudne talerze do kuchni.

Ku mojemu zaskoczeniu Colin podążył tuż za mną i gdy zatrzymałam się przy zlewozmywaku, zaszedł mnie od tyłu i oparł się dłońmi o blat po obu moich stronach, blokując mi drogę.

- To ja decyduję, co jest twoją pracą - wyszeptał mi do ucha swoim słodkim głosem.

Odstawiłam talerz z powrotem do zlewozmywaka z rezygnacją. Colin nachylał się tak blisko mnie, że czułam wyraźnie jego ciepły oddech na swoim uchu, pomimo to byłam spokojna.

- A więc co mam zrobić? - zapytałam zmęczonym głosem, będąc wciąż tyłem do niego.

- Spójrz mi w oczy na tak długo, jak ja tego chcę - rzekł zdecydowanym tonem.

Westchnęłam cicho, poruszając przy tym ramionami i odwróciłam się przodem do niego. Kiedy nasze oczy się spotkały znów pojawił się we mnie niepokój. Spojrzenie Colina było takie samo co poprzedniego dnia, gdy próbował mnie zahipnotyzować. Chłopak pochwycił mnie delikatnie za podbródek i pogładził mnie kciukiem po policzku w uspokajającym geście.

- A teraz zaczniesz się powoli rozluźniać - zaczął mówić wyższym, jeszcze bardziej melodyjnym głosem - Rozluźnij się. Czujesz jak całe twoje ciało się rozluźnia tak bardzo, bardzo, bardzo, że aż tracisz w nim czucie - zaczął kołysać się lekko na boki w spokojnym, specyficznym tańcu, przybliżając się do mnie, a ja nie mogłam przestać wodzić spojrzeniem za jego oczami - Zapomnij o wszystkim, co miałaś przed chwilą zrobić. Wyłącz się, skosztuj wewnętrznego spokoju - Próbowałam przestać się go słuchać, lecz jego słowa bezlitośnie wrzynały mi się w mózg. Poczułam się niezwykle zrelaksowana i senna, lecz nie traciłam jeszcze świadomości - Wyłącz się. Nie myśl o tym co cię otacza. Teraz jesteś tylko ty i twój umysł - mówił, lecz po chwili zamilkł i pomachał powoli dłonią przed moimi oczami. Gdy zobaczył, że na nią reaguję przeklął pod nosem cicho - Niemożliwe! Nie działa! Przecież to zawsze działało! - powiedział sam do siebie, chwytając się za głowę.

Poruszyłam delikatnie dłońmi i stopami, aby wróciło mi do nich czucie i spojrzałam na Colina z brakiem zrozumienia.

- Może powinieneś spróbować czegoś innego? - poradziłam mu, uśmiechając się z satysfakcją.

- Nic nie rozumiesz. Mój talent nie polega na odpowiedniej technice, tylko na odpowiednim tonie głosu. Mój głos w pewnym, konkretnym tonie wpływa na mózgi ludzi, a odpowiednio dobrane słowa są tylko dodatkiem - wytłumaczył lekko zdenerwowany swoim pierwszym niepowodzeniem.

- Pierwszy raz słyszę o tak dziwnych właściwościach ludzkiego głosu - prychnęłam, nie chcąc mu uwierzyć na słowo.

- Lekarze badali mój wpływ na innych ludzi i dowiedli temu, że mój głos ma takie właściwości, tylko wciąż nie są w stanie tego wyjaśnić - odparł, ignorując moje niedowierzanie.

- No cóż... Teraz masz o jedną zabawkę mniej - wyplułam mając siebie na myśli i zabrałam się za zmywanie talerzy.

Zapadła długa, krępująca chwila milczenia. Colin przyglądał mi się uważnie w zastanowieniu, gdy wykonywałam swoją pracę, aż w końcu westchnął z rezygnacją i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie samą. Najwidoczniej już mu się znudziło granie ze mną tego dnia. Próbowałam sobie wyobrazić jego poprzednie gosposie i to, jak bawił się nimi hipnotyzując je i zmuszając do wielu brudnych rzeczy. Aż mi ciarki przeszły po plecach, kiedy przeszło mi przez myśl pytanie, co zrobiłby ze mną, gdyby nade mną również miał kontrolę. Niby jego hipnoza na mnie nie działała, ale nie zdradziłam mu tego, że jego głos wpływa na mnie bardzo relaksująco. Może się okazać, że wcale nie jestem odporna na jego hipnozę, tylko po prostu mniej podatna, lecz nie zamierzałam mu o tym mówić. Niech myśli, że nie ma nade mną żadnej kontroli.

Tego dnia gdy wykonywałam prace domowe w pełnym skupieniu, Colin chwilami mnie obserwował w milczeniu. Starałam się go ignorować, lecz czasem uciekałam w inne miejsce, aby zrzucić w końcu z siebie jego natarczywe spojrzenie. Wieczorem, w wolnym czasie udałam się do swojego pokoju, wypakowałam z torby laptopa i przejrzałam internet w poszukiwaniu informacji o Colinie White. Oprócz reklamy cyrku, w którym czasem pracował wyświetlił mi się artykuł o tym, że jako 14-latek znęcał się psychicznie nad jedną ze swoich rówieśnic - Abigail i hipnotyzował ją, doprowadzając do wielu poniżających sytuacji. Nikt przez długi czas nie wiedział, że Colin miał nad nią kontrolę. Dopiero po jej śmierci odkryto na starych nagraniach z monitoringu szkolnego scenę, gdzie widać wyraźnie, że Colin ją hipnotyzuje. Niedługo po tym, jak dziewczyna rzuciła się pod pociąg, wdał się w bójkę z jej byłym chłopakiem i próbował go udusić.

- Jak minął ci pierwszy dzień pracy? - nagle rozległ się aksamitny głos Colina. Aż podskoczyłam w miejscu lekko wystraszona. Stał w wejściu do mojego pokoju, opierając się ramieniem o framugę drzwi. Nie słyszałam w ogóle jego kroków.

- Dobrze - odpowiedziałam, zamykając natychmiast laptopa.

- Gdybyś czegoś potrzebowała to mów - rzekł spokojnie i odszedł.

Zamknęłam drzwi od pokoju i położyłam się na łóżku, czując ogromną ulgę. Niespodziewanie zasnęłam.

- Abigail... - usłyszałam cichy, delikatny, melodyjny szept przy swoim uchu - Teraz już ciebie nie ma. Jestem tylko ja i twój pusty umysł - nie widziałam niczego, poza głęboką czernią otaczającą mnie ze wszystkich stron - Twoje ciało będzie teraz poruszało się w rytm mego głosu, który je popycha, steruje nim, kontroluje je - mówił to takim tonem, jakby właśnie mnie hipnotyzował - Wejdziesz teraz na tamte tory - nagle z ciemności wyłoniły się tory, o których była mowa. Niespodziewanie moje nogi zaprowadziły mnie do nich, choć wcale tego nie chciałam - Położysz się na nich - Moje ciało wykonało polecenie. Próbowałam je powstrzymać, lecz straciłam nad nim kontrolę - I poczekasz na swoją śmierć - przy tych słowach popadłam w wewnętrzną panikę, lecz nie byłam w stanie się poruszyć, jakby moje ciało było sparaliżowane. Nagle w oddali dostrzegłam nadjeżdżający pociąg. Pędził z niesamowitą prędkością przed siebie i gdy jego koła znajdywały się z każdą sekundą coraz bliżej mojej twarzy w końcu otworzyłam szeroko usta i wydałam z siebie głośny, przeraźliwy krzyk, gdy tymczasem Colin obserwował wszystko z boku i śmiał się psychopatycznie.

Gwałtownie otworzyłam oczy, podrywając się do góry. Mój oddech był szybki i płytki, a serce waliło mi tak mocno, jakbym naprawdę była bliska śmierci. Spojrzałam na zegar - była druga w nocy. Wstałam powoli z łóżka i wyszłam po cichu na korytarz do toalety. Kiedy byłam już przy jej drzwiach poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciłam się niepewnie i wstrzymałam oddech z zaskoczenia, gdy ujrzałam ciemną postać Colina, obserwującą mnie w grobowej ciszy na drugim końcu korytarza. Szybko czmychnęłam do toalety i się w niej zamknęłam na klucz. Dotknął mnie ogromny strach.

- Spokojnie, Rebecco - mówiłam cicho sama do siebie - To, że on we śnie był mordercą nie znaczy, że jest nim naprawdę. Nie bądź wariatką - oparłam sobie czoło na dłoni.

W końcu powoli wyszłam z toalety, a gdy odwróciłam się za siebie, aby sprawdzić, czy Colin dalej mnie obserwuje wpadłam prosto na jego klatkę piersiową. Chłopak przytrzymał mnie za oba ramiona, żebym nie upadła i przeszył mnie tajemniczym spojrzeniem.

- Stało się coś? Słyszałem krzyk - rzekł z powagą.

- Nie. Miałam po prostu koszmar - spuściłam wzrok na podłogę.

- Jaki? - zapytał zaciekawiony.

- Po prostu śniło mi się, że chciałam popełnić samobójstwo - częściowo skłamałam.

- Mam nadzieję, że nie przeze mnie - powiedział żartobliwie, chichocząc cicho.

- Oczywiście, że nie - prychnęłam, uśmiechając się z fałszywym rozbawieniem - Dlaczego miałabym chcieć się zabić przez ciebie? - zapytałam, nie oczekując odpowiedzi.

Nawet nie wiedział, że przez swój "żart" idealnie odgadnął co mi się śniło.

- Cóż... Mam nadzieję, że nie będziesz miała już więcej koszmarów. Krzyczałaś tak przeraźliwie, jakby ktoś co najmniej ciął ciebie na kawałki - parsknął ze śmiechu - Dobranoc - rzucił w moją stronę i wrócił do swojej sypialni.

Dopiero wtedy zauważyłam jego niebieską, długą, pasiastą piżamę z rozpinaną koszulą. Dziwnie było go po raz pierwszy widzieć ubranego w coś mniej eleganckiego. Wróciłam do swojego pokoju, lecz przez resztę nocy czytałam książkę. Nie miałam zamiaru spać bojąc się, że zobaczę tragiczną kontynuację tamtego koszmaru.