Przedmowa
Pierwszym psem, do którego w jakimś sensie byłem przywiązany, choć nigdy
go nie poznałem, był Ginger, terier należący do mojego dziadka. Był
typowym długonogim cairn terrierem z początków dwudziestego wieku. Od
jego pracujących przodków dzieliło go zaledwie kilka pokoleń. Ginger
zdechł na długo przed moim przyjściem na świat, a ja wychowywałem się w domu bez zwierząt. Opowieści o Gingerze były dla mnie przez jakiś czas
namiastką posiadania własnego psa.
Mój dziadek, architekt, lubił spacerować. Chodził pieszo do swego biura
w przemysłowym Bradford; odwiedzał także kościoły i młyny, w których
architekturze się specjalizował. Przede wszystkim jednak spacerował dla
rekreacji, czy to po wrzosowiskach Yorkshire, czy też po Lake
District1 (i Parku Narodowym Snowdonia2). Gdy tylko
mógł, zabierał ze sobą Gingera. Rodzina utrzymywała, że Ginger, który
był wyższy niż przeciętny pies jego rasy, miał przez te spacery dłuższe
nogi. Na zdjęciu, które mam, wygląda w zasadzie jak typowy cairn,
całkiem podobny do tego, którego w 1939 roku wybrano do roli Toto w Czarnoksiężniku z krainy Oz. Dopiero znacznie później, kiedy już
zawodowo interesowałem się psami rodowodowymi, uderzyło mnie, jak bardzo
zmieniła się ta rasa w ciągu minionych kilku dekad, włączając w to
znaczne skrócenie nóg. Wątpię, by jakikolwiek współczesny cairn lubił
tyle ruchu, ile serwował Gingerowi ewidentnie gustujący w nim mój
dziadek, chociaż dzisiejsi przedstawiciele tej rasy są mniej podatni na
dziedziczne choroby niż jakiekolwiek inne psy.
Ginger był prawdziwym typkiem z Yorkshire. W rodzinie krążyło wiele
zabawnych historii z jego życia, ale najbardziej zadziwiało mnie to, ile
swobody mu dawano, biorąc pod uwagę, że mieszkał w centrum miasta.
Zawsze w porze lunchu, kiedy dziadek był w pracy, Gingerowi pozwalano na
spacer w okolicy. Najwyraźniej miał stałą trasę. Najpierw przechodził
przez jezdnię do Lister Park, gdzie obwąchiwał latarnie i inne psy, a latem próbował przekonać ludzi siedzących na ławkach, by podzielili się
z nim swoimi kanapkami. Potem przechodził przez tory tramwajowe na
Manningham Lane i spokojnym krokiem udawał się na tyły sklepiku z rybami
i frytkami, gdzie drapał w drzwi i zwykle dostawał garstkę panierki i parę frytek. Następnie kierował się prosto do domu, co wiązało się z przejściem przez ruchliwe skrzyżowanie. Tu, jak głosi rodzinna legenda,
w porze lunchu przeważnie kierował ruchem policjant, który uroczystym
gestem zatrzymywał samochody, by umożliwić Gingerowi bezpieczne dotarcie
do domu.
Nie byłem w Bradford od wielu lat, ale jeśli jest podobne do innych
miast, to pewnie wokół Lister Park znajduje się pełno koszy na psie
kupy, a psy chodzą na smyczy. Jeśli zaś zdarzy się jakiś biegający po
parku, nie mówiąc już o pobliskich uliczkach, natychmiastwzywana jest
bradfordzka straż dla zwierząt.Oczywiście tramwajów dawno już niema, a policjantów na skrzyżowaniu zastąpiły światła. I tak nie sądzę, by
którykolwiek z nich -?nawet gdyby miał ochotę to zrobić -?ośmielił się
zatrzymać samochód, aby mały brązowy terierek mógł przejść przez
jezdnię.
Jakieś siedemdziesiąt lat minęło od czasów, gdy Gingerowi wolno było
przemierzać ulice i podbijać serca wszystkich, których spotykał, nawet
lokalnych stróżów prawa.Wtrakcie tych samych dziesiątków lat dokonały
się olbrzymie zmiany w stosunku społeczeństwa do najlepszego przyjaciela
człowieka.
Ten stosunek był nadal dość luźny, kiedy dorastałem w Wielkiej Brytanii
lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mój pierwszy pies, mieszaniec
labradora z jack russell terrierem o imieniu Alexis, także był
włóczykijem, tylko bardziej zainteresowanym płcią przeciwną niż
przekąskami. Pomimo naszych ogromnych starań, by mieć go na oku, raz na
jakiś czas udawało mu się uciec i -?w przeciwieństwie do Gingera -
kilkakrotnie wylądował w policyjnym schronisku dla psów (w tamtych
czasach brytyjska policja nadal jeszcze była odpowiedzialna za
bezpańskie psy). W dzisiejszych czasach takiej tolerancji dla psów i ich
zwyczajów prawie się nie spotyka, zwłaszcza w mieście, a zwyczaj
posiadania psa zdaje się powracać do swych korzeni, czyli na wieś. Po
wielu tysiącach lat, kiedy to psy były najbliższymi towarzyszami
człowieka, w wielu krajach, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi,
najpopularniejszymi zwierzętami domowymi stają się obecnie koty.
Dlaczego tak się dzieje?
Po pierwsze, oczekuje się, że psy będą znacznie lepiej kontrolowane.
Nigdy nie brakowało ekspertów mówiących właścicielom psów, jak się nimi
zajmować. Kiedy wziąłem mojego drugiego z kolei psa, mieszańca labradora
z airedale terrierem o imieniu Ivan, stanowczo chciałem, by zachowywał
się lepiej niż Alexis. Zdecydowałem, że muszę się dowiedzieć czegoś na
temat tresury. Niestety, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem, iż
treserzy w tamtych czasach, tacy jak Barbara Woodhouse, postrzegali psy
jako stworzenia wymagające nieustannej dominacji. Dla mnie to nie miało
sensu -?cała przyjemność z posiadania psa to wychowanie go na
przyjaciela, a nie niewolnika. Badając tę kwestię, odkryłem, że takie
podejście do tresury zapoczątkował ponad sto lat temu pułkownik Konrad
Most, oficer policji i pionier w szkoleniu psów. Doszedł do wniosku, że
człowiek tylko wtedy może w pełni kontrolować psa, kiedy ten jest
absolutnie przekonany, iż człowiek ma nad nim przewagę fizyczną.
Zaczerpnął ten pomysł z relacji współczesnych sobie biologów badających
stada wilków, w których -?jak wówczas sądzono -?rządził jeden osobnik,
za pomocą strachu trzymający w szachu pozostałe zwierzęta. Biologia,
którą zajmowałem się w tamtych czasach zawodowo, nie zgadzała się z tym,
co moja intuicja mówiła mi na temat kształtowania relacji z psem.
Ku mej ogromnej uldze ów dylemat sam się rozwiązał w ciągu ostatniej
dekady. Stado wilków, będące wzorcem do interpretowania zachowań psów,
zgodnie z naszą aktualną wiedzą stanowi harmonijną rodzinę, chyba że
ingerencja człowieka uczyni ją dysfunkcyjną. W konsekwencji większość
mądrych treserów psich porzuciła karanie i skoncentrowała się na
metodach opartych na systemie nagradzania, który ma korzenie w psychologii komparatywnej (porównawczej). Jednak z jakiegoś powodu stara
szkoła nadal zdaje się dominować w mediach. Jak mi się wydaje, dzieje
się tak głównie dlatego, że ich konfrontacyjne metody czynią cały ten
spektakl bardziej emocjonującym.
To prawda, że w szkoleniu psów zaczynamy (choć jeszcze nieco
nieskładnie) stosować bardziej przyjazne rozumienie ich psychiki, lecz
ich zdrowie fizyczne cały czas się pogarsza. Coraz więcej wymaga się od
domowych psów zarówno pod względem higieny, jak i zachowania, a tymczasem hodowlę osobników mogących sprostać tym ciągle rosnącym
wymaganiom pozostawiono w rękach ludzi, których głównym celem jest
piękny wygląd zwierzęcia. Gingera, chociaż miał rodowód, dzieliło od
jego przodków -?szkockich i irlandzkich łapaczy szczurów -?jedynie
jakieś dziesięć pokoleń. W tym czasie nie dokonywano jakichś
szczególnych zabiegów hodowlanych. W konsekwencji mógł żyć długo bez
specjalnych problemów zdrowotnych. Teraz cairn terrierowi grozi ponad
tuzin dziedzicznych dolegliwości, takich jak choroba
Legga-Calvego-Perthesa o egzotycznie brzmiącej nazwie, lecz nieznośnie
bolesna.
Biolodzy wiedzą teraz znacznie więcej o zdrowiu psa niż jeszcze dekadę
wstecz, ale ta wiedza bardzo wolno dociera do właścicieli psów. Tak
naprawdę nie wpłynęła dotąd w istotny sposób na życie tych zwierząt.
Spędziwszy na badaniu zachowań psów ponad dwadzieścia lat, w trakcie
których czerpałem ogromną przyjemność z ich towarzystwa, doszedłem do
wniosku, że już najwyższy czas, aby ktoś stanął w ich w obronie. W obronie nie tej karykaturalnej wersji psa-wilka, czyhającego, by przejąć
władzę nad swym niczego niepodejrzewającym właścicielem, kiedy tylko
okaże słabość. Ani też pieska trofeum zdobywającego dla swego hodowcy
medale i prestiż, lecz tego prawdziwego psa, który pragnie jedynie być
traktowany jak członek rodziny i wspólnie z nią cieszyć się życiem.
Wstęp
Pies jest naszym wiernym towarzyszem od dziesiątków tysięcy lat. W dzisiejszych czasach często stanowi integralną część rodziny. Dla wielu
ludzi świat bez niego jest nie do pomyślenia.
A jednak, w sposób zupełnie niezamierzony, psy znalazły się na granicy
wielkiego kryzysu. Walczą, by nadążyć za ciągle rosnącym tempem życia
społeczności ludzkiej. Jeszcze niewiele ponad sto lat temu większość
psów pracowała na swoje utrzymanie. Każda rasa czy typ psa przez tysiące
lat i odpowiednią liczbę pokoleń dobrze się przystosowały do zadań, dla
których je hodowano. Przede wszystkim psy były narzędziami. Ich
zwinność, szybkość reagowania, wyostrzone zmysły oraz niezrównana
zdolność komunikowania się z ludźmi sprawiły, że nadawały się do
licznych zadań: polowania, pasterstwa, obrony i wielu innych. Każde z nich to ważny komponent gospodarki. Krótko mówiąc, psy -?poza niewielką
liczbą kanapowców będących zabawkami bogaczy -?musiały zarobić na własne
utrzymanie. Towarzystwo, którego nam dostarczały, było sprawą uboczną;
owszem, dawało satysfakcję, lecz nie stanowiło powodu, dla którego je
trzymano. Później, kilkadziesiąt pokoleń wstecz, wszystko zaczęło się
zmieniać i tempo tych zmian stale rośnie.
Od coraz większej liczby psów nie oczekuje się żadnej pracy. Ich jedyną
rolą jest być ulubieńcem rodziny. I chociaż wiele niegdyś pracujących
ras przystosowało się do tej sytuacji, inne mają z tym problem. Co
dziwne, żadna z tych, które są najbardziej popularne jako nasi pupile,
nie była przystosowana specjalnie do tego celu. Psy robiły co w ich
mocy, by przyzwyczaić się do licznych zmian i nakładanych na nie
ograniczeń, a zwłaszcza do oczekiwania, iż będą towarzyskie wtedy, kiedy
sobie tego życzymy, i będą nam schodzić z oczu, kiedy ich nie
potrzebujemy. Jednak pęknięcia nierozerwalnie związane z tym kompromisem
zaczynają się pogłębiać. Społeczność ludzka cały czas się zmienia, a nasza planeta staje się coraz bardziej zatłoczona. Dają się zauważyć
pewne oznaki, że psia populacja osiągnęła już swój szczyt i jej
adaptacja do jeszcze innego stylu życia, zwłaszcza w środowisku
miejskim, może być bardzo trudna. Przecież psy, będące żywymi istotami,
nie mogą być poddawane przemodelowaniu co dekadę, jak to się dzieje z komputerami czy też samochodami. W dawnych czasach, kiedy były związane
głównie ze środowiskiem wiejskim, ludzie akceptowali to, że ich
posiadanie wiąże się z pewnym nieładem i wymagają one opieki zgodnej z ich naturą. Z kolei dziś wiele z nich żyje w ograniczonym środowisku
miejskim i oczekuje się, iż będą grzeczniejsze od przeciętnego dziecka,
a jednocześnie bardziej samodzielne niż dorośli. Jakby tego było mało,
wiele psów nadal ma cechy niezbędne do zadań, które w przeszłości
spełniały, a teraz wymagamy, by się ich wyzbyły, tak jakby nigdy nie
istniały. Owczarek collie, który zagania owce, jest najlepszym
przyjacielem pasterza. Ten sam collie, który próbuje zaganiać dzieci czy
ścigać rowery, jest zmorą swego pana. Nowe, nierealistyczne oczekiwania
ludzi wobec psów biorą się z wielu błędnych pojęć na temat tego, czym są
psy i do czego zostały stworzone. Musimy zacząć lepiej rozumieć ich
naturę i potrzeby, jeśli ta nisza, którą zajmują w społeczności
ludzkiej, ma pozostać.
Nasze szybko zmieniające się oczekiwania nie są jedynym wyzwaniem,
jakiemu psy muszą dziś stawić czoło; kolejnym, równie poważnym, jest
sposób, w jaki je mnożymy. Od tysięcy lat psy hodowano tak, by
wypełniały zadania stawiane im przez ludzi. Bez względu na to, czy ich
zadaniem było pasterstwo, aportowanie, stróżowanie, czy też praca w psim
zaprzęgu, niezawodność i użyteczność psów były uważane za znacznie
ważniejsze niż rasa czy wygląd. Jednak pod koniec dziewiętnastego wieku
pogrupowano je w odrębne rasy, wyselekcjonowane w procesie reprodukcji.
Każdej rasie towarzystwa hodowców przydzieliły idealny wygląd, czyli
standard. Wielu psom ta sztywna kategoryzacja nie wyszła na dobre. Była
przeszkodą w ich adaptacji do nowej podstawowej roli jako towarzysza
człowieka. Każdy hodowca stara się je rozmnażać tak, by uzyskać nie tyle
perfekcyjnego ulubieńca, ile perfekcyjnie wyglądającego osobnika, który
odniesie sukces na wystawie. Zdobywcy nagród na wystawach są uważani za
najwspanialsze osobniki i używa się ich do rozmnażania częściej niż inne
psy. To sprawia, że mamy "czystą" rasę, której idealny wygląd maskuje
słabsze zdrowie. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku większość ras
miała jeszcze "zdrową" ilość genetycznego zróżnicowania. Pod koniec
stulecia, czyli jakieś dwadzieścia do dwudziestu pięciu pokoleń później,
wiele osobników tej samej rasy było już tak blisko spokrewnionych, iż
powodowało to setki genetycznych ułomności i chorób, potencjalnie
zagrażających każdemu psu czystej rasy. W Wielkiej Brytanii stale
narastający rozdźwięk pomiędzy hodowcami psów i ludźmi autentycznie
zainteresowanymi ich dobrem w końcu został upubliczniony w 2008 roku. W rezultacie kilka organizacji charytatywnych, a później także telewizja
BBC (transmitująca tę wystawę), wycofało się z Crufts -?narodowej
wystawy psów. I chociaż można uznać, że to już coś, psy jako takie nie
odczują żadnych korzyści, dopóki nie uda się rozwiązać problemów
wynikających z nadmiernego rozmnażania wsobnego. A to będzie możliwe,
gdy znów zaczniemy hodować psy, mając na uwadze ich zdrowie i rolę w społeczeństwie.
Ostatecznie, jeśli los psów ma się poprawić, ludzie będą musieli zmienić
swój stosunek do nich. Jednak do tej pory ani eksperci, ani właściciele
psów nie mieli jeszcze szansy skonfrontować utartych sądów z ogromem
nowej wiedzy na temat psów. Jak dotąd gros debaty publicznej na temat
rozmnażania wsobnego czy też metod szkolenia psów sprowadzało się do
zwykłego stwierdzenia, a potem przeformułowania jakiejś głęboko
zakorzenionej opinii. I właśnie tu potrzebne jest wsparcie nauki, gdyż
tylko ona może nam powiedzieć, jakimi zwierzętami są psy i jakie są ich
potrzeby.
Nauka stanowi podstawowe narzędzie zrozumienia psów, jednak, niestety,
jej wkład w ich dobro był nieco niejednoznaczny. Nauka o psach, której
początki sięgają lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, zamierzała
dostarczyć nam racjonalnego spojrzenia na to, "jak to jest być psem".
Perspektywa ta jest pozornie bardziej obiektywna niż tradycyjna, której
centrum stanowił człowiek czy też antropomorficzny pogląd na naturę
psów. Jednak mimo iż naukowcy starali się być obiektywni, czasem,
badając psy, źle rozumieli ich zachowania, przez co dawali innym prawo
do szkodzenia im.
Tak więc nauka niechcący wyrządziła wielką krzywdę psom, stosując w badaniu psich zachowań podejście zoologii porównawczej. Ogólnie rzecz
biorąc, nauka ta jest cennym narzędziem dla zrozumienia zachowań jednego
gatunku przez porównanie z zachowaniami innych. Gatunki blisko
spokrewnione, ale o odmiennym stylu życia, mogą być lepiej rozumiane
dzięki zoologii porównawczej, ponieważ różnice w wyglądzie i zachowaniu
są odzwierciedlone w ich stylu życia. Dotyczy to również gatunków, które
żyją w podobny sposób, ale nie są genetycznie spokrewnione. Metoda ta
jest bardzo pomocna w rozwikłaniu ogólnych mechanizmów ewolucji,
zwłaszcza teraz, kiedy podobieństwa i różnice w zachowaniu można
porównać z różnicami kodów genetycznych każdego gatunku, aby sprecyzować
genetyczne podstawy zachowań.
Jednak pomimo iż stosowanie zoologii porównawczej jest zwykle niegroźne,
w przypadku psów wyrządziło ono wielką szkodę, ponieważ liczni eksperci
interpretowali zachowania psów tak, jakby niewiele się one różniły od
zachowań ich przodków, wilków. Wilki, które zwykle opisywano jako
okrutne zwierzęta bezustannie dążące do dominacji nad każdym osobnikiem
własnego gatunku, były uważane za jedyny wiarygodny model dla
zrozumienia zachowań psów3. Takie założenie nieuchronnie prowadzi
do błędnego mniemania, iż każdy pies ciągle próbuje kontrolować swego
właściciela, chyba że ten bezwzględnie poskramia owe dążenia. To
łączenie zachowań psów i wilków nadal jest często rozpowszechniane w książkach i programach telewizyjnych, mimo iż wyniki najnowszych badań
nad zachowaniem zarówno wilków, jak i psów pokazują, że jest to
całkowicie nieuzasadnione. Psy, które wchodzą w konflikt ze swym
właścicielem, są zwykle powodowane niepokojem, a nie nadmierną ambicją.
Ponieważ to podstawowe nieporozumienie wkradło się niemal do każdej
teorii na temat psich zachowań, będzie ono pierwszym problemem, do
którego odniosę się w tej książce.
Pomimo szkód wyrządzonych przez zoologię porównawczą najnowsze odkrycia
mogą być bardzo korzystne dla psów, jeśli posłużymy się nimi we właściwy
sposób. I chociaż nauka o psach przeżyła zmierzch w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, lata
dziewięćdziesiąte przyniosły jej trwające do dziś odrodzenie. Ten
niezwykły powrót zainteresowania naukowców psem domowym po prawie
pięćdziesięciu latach niemal całkowitego zapomnienia został po części
spowodowany coraz większą rolą, jaką psy odgrywają w wykrywaniu
materiałów wybuchowych, narkotyków i innych nielegalnych substancji
(nadal są w stanie wykryć je bardziej skutecznie niż jakiekolwiek
urządzenie), oraz towarzyszącą temu świadomością, że ludzie muszą
dokładniej zrozumieć, jak psy wykonują te zadania. Stało się to również
za sprawą przesunięcia uwagi z szympansa na psa domowego przez kilku
badaczy naczelnych, próbujących zdobyć wiedzę na temat pracy mózgu ludzi
i zwierząt. Swój wkład wnieśli też lekarze weterynarii i inni
klinicyści, którzy pragną poprawić metody leczenia psów z zaburzeniami
zachowań. Nie należy też zapominać, że wielu biologów jest również
miłośnikami psów. Ponadto, kiedy biolodzy już zrozumieli, że badania
zachowań psów wcale nie są mniej ważne niż analiza zachowań wilków,
chętnie zaczęli użyczać swej wiedzy, by przyczynić się do poprawy ich
losu.
Dzięki nowym badaniom dalsze odsłanianie zasłony spowijającej wewnętrzne
życie psów pozwoli wszystkim właścicielom spojrzeć na te zwierzęta z innej perspektywy i odnieść się do nich w inny sposób. To właśnie
wysiłki tej nowej społeczności naukowców spowodowały, że mamy teraz
znacznie lepsze pojęcie o działaniu psiego mózgu, a zwłaszcza o tym, jak
psy zbierają i interpretują informacje o otaczającym je świecie i jak
emocjonalnie reagują na różne sytuacje. Niektóre z tych badań ujawniły
zdumiewające różnice pomiędzy ludźmi i psami. Sugerują one, iż byłoby
zarówno pożądane, jak i możliwe, by właściciel psa starał się zrozumieć
jego psychikę, zamiast po prostu zakładać, że jego pies jest w stanie
czuć i myśleć identycznie jak on.
I chociaż wyniki nowych badań nad zachowaniem psów mogłyby pomóc
przywrócić ich dawne role w społeczności ludzkiej, jak dotąd jedynie
niewielka część rezultatów tych badań jest dostępna w postaci innej niż
hermetyczne teksty akademickie. W niniejszej książce spróbuję
przetłumaczyć te nowe osiągnięcia naukowe na język zrozumiały dla
każdego czytelnika i miłośnika psów. W tym celu będę musiał obalić wiele
stereotypów na temat psów i tego, jak powinniśmy układać nasze relacje z nimi. W pierwszej części pracy pokażę, że choć najnowsze badania
potwierdzają, iż wilk jest jedynym przodkiem psa, to jednak ukazują
naturę psa w zupełnie innym świetle, niż to miało miejsce jeszcze
dwadzieścia lat temu. Fakt, że psy dzielą z wilkami kod DNA, nie oznacza
wcale, że muszą one myśleć czy zachowywać się tak jak ich protoplaści. W istocie udomowienie zmieniło psi umysł i zachowanie do tego stopnia, że
tego rodzaju porównania mogą być przeszkodą, a nie pomocą w prawdziwym
zrozumieniu naszych ulubieńców.
Nowe odkrycia naukowe na temat psich zachowań mają dramatyczne
konsekwencje dla nas i naszego wyboru najbardziej humanitarnych metod
szkolenia psów. Chociaż może należy w tym miejscu zrobić małe
zastrzeżenie -?ta książka nie jest podręcznikiem tresury. Jej cel
stanowi raczej pokazanie, skąd pochodzą nowoczesne pomysły dotyczące
szkolenia psów, tak by właściciele mogli sami skutecznie ocenić, czy
książki, z których korzystają, lub treserzy, których wybrali, naprawdę
wiedzą, o co w tym chodzi.
Po omówieniu początków psa zajmę się czymś, co można by luźno określić
jako "psia inteligencja". Naukowcy zwrócili ostatnio uwagę na to, jak
właściciele interpretują emocjonalny i intelektualny potencjał swych
pupili. Odkrywają, jak precyzyjne, ale też błędne mogą być te poglądy.
Integralną częścią natury ludzkiej jest przypisywanie uczuć nie tylko
zwierzętom, lecz także rzeczom i zjawiskom. Mówimy na przykład o "gniewnym niebie" czy "okrutnym morzu". Mimo to jeszcze kilkadziesiąt
lat temu nikt nie wiedział, jakie emocje mogą odczuwać różne zwierzęta.
Ponadto wcześniej wielu naukowców sądziło, że emocje są zbyt
subiektywne, aby w ogóle mogły być badane. I choć inteligencję zwierząt
badamy od ponad stu lat, aż do końca dwudziestego wieku niewielu ludzi
uważało, że psy zasługują na poważne badania. Od tamej pory rezultaty
prac badaczy znacznie zmieniły nasz sposób myślenia o umysłowości psa.
Nowe odkrycia pokazują, że psy są jednocześnie mądrzejsze i głupsze, niż
sądzimy. Na przykład mają niesamowitą zdolność zgadywania, co człowiek
zamierza zrobić. Dzieje się tak, ponieważ są niezwykle wrażliwe na język
naszego ciała. Ale zarazem psy nie potrafią przewidywać konsekwencji
własnych czynów, czy to przyszłych, czy też przeszłych -?są "uwięzione"
w chwili bieżącej. Gdyby właściciele potrafili ocenić prawdziwą
inteligencję i emocjonalne życie swoich psów, zamiast opierać się na
własnych o nich wyobrażeniach, zwierzęta te byłyby nie tylko lepiej
rozumiane, lecz także lepiej traktowane.
Badacze psów mogą nie tylko dostarczyć nam wiedzy o umysłowości psa,
lecz także uzmysłowić, jak psy doświadczają otaczającego je świata i interpretują go. Realia są następujące: pies i jego właściciel mieszkają
w tym samym domu, chodzą na spacer do tego samego parku, jeżdżą tym
samym samochodem, spotykają tych samych znajomych i przyjaciół. Jednak
typy informacji dochodzące do mózgu psa i jego właściciela jako reakcja
na każdą z tych sytuacji są całkowicie różne. My jesteśmy przeważnie
wzrokowcami. Psy polegają głównie na swoim powonieniu. Wysokie dźwięki,
których nie jesteśmy w stanie usłyszeć (np. pisk nietoperzy), określamy
jako ultradźwięki. Psy, gdyby mogły, wydrwiłyby naszą niezdolność
słyszenia dźwięków, które one wychwytują perfekcyjnie. By w pełni
zrozumieć świat naszych psów, potrzebujemy badań, które powiedziałyby
nam, co psy potrafią wykryć, a czego nie, co lubią, a przeciwko czemu
protestowałyby, gdyby mogły. Na przykład nie sądzę, by twój pies
zawracał sobie głowę kolorami, które wybrałeś do dekoracji domu. Ale
jego delikatne powonienie zostało prawdopodobnie znieważone zapachem
schnącej farby.
Chociaż nasz brak zrozumienia psiej natury często naraża na szwank dobro
psów, jest on niczym w porównaniu z problemami, jakie stworzyliśmy psom
rasowym przez nadmierne rozmnażanie wsobne. Sztywne hodowlane standardy
zachęcają hodowców do eliminowania wszelkich cech niepasujących do
idealnego wzorca. Teoretycznie biorąc, pozwalałoby to hodowcom wybierać
te przymioty, które pozwalają hodować zdrowe, dobrze przystosowane,
jednakie osobniki. Jednak w praktyce doprowadziło do wystąpienia szeregu
dziedzicznych defektów groźnych dla wielu psów różnych ras. Na szczęście
nauka potrafi przywrócić hodowlę psów na właściwe tory. I chociaż
przedstawienie szczegółowych informacji dotyczących psiej genetyki
wykracza poza zakres tej książki, jej przedostatni rozdział zajmuje się
podstawowymi zasadami, których hodowcy powinni przestrzegać.
Jednocześnie podkreśla te kwestie dotyczące hodowli psów rasowych, które
bezpośrednio wpływają na ich dobro.
W ostatnich rozdziałach książki zastanawiam się, w jaki sposób nauka
mogłaby pomóc psom przystosować się do życia w dwudziestym pierwszym
wieku. Obecnie większość uwagi hodowców skupia się na wyposażaniu psów w cechy związane raczej z ich urodą niż przydatnością. Wielu naszych
ulubieńców to w zasadzie odrzuty z hodowli, czyli osobniki, które według
hodowców nie osiągną oczekiwanych standardów hodowlanych. Naszymi
domowymi pieskami zostają te szczenięta, które nie rokują zostania
czempionami na wystawach. Z całą pewnością ich potrzeby wymagają więcej
uwagi! My, jako właściciele i miłośnicy psów, musimy konstruktywnie
myśleć, jak hodować psy, których podstawowym zadaniem nie jest
pasterstwo, aportowanie na polowaniach czy zdobywanie nagród na
wystawach. Powinniśmy się raczej skupić na tym, by były zdrowe,
posłuszne i wesołe, dzięki czemu dadzą nam wiele satysfakcji.
Pisząc tę książkę, mam nadzieję przyczynić się do lepszego zrozumienia i docenienia szczególnego miejsca, jakie psy zajmują w ludzkiej
społeczności. Jeśli uda się osiągnąć te cele, pomoże to nam w umocnieniu
relacji z naszymi ukochanymi towarzyszami w następnych dekadach.
Rozdział 1
Skąd się wzięły psy
"Wilk w twoim salonie" -?to przemożna wizja przypominająca właścicielom
psów, że ich zaufany towarzysz jest w istocie dzikim zwierzęciem, a nie
osobą. Psy rzeczywiście są wilkami, przynajmniej jeśli chodzi o DNA.
Dzielą z nimi 96,96 procent genów. Trzymając się tej samej logiki,
moglibyśmy powiedzieć, że wilki są psami, chociaż nikt tak nigdy nie
twierdzi. O wilku mówi się ogólnie jako o pierwotnym zwierzęciu, podczas
gdy psa skłonni jesteśmy postrzegać jako jego sztuczną, uległą pochodną.
A jednak jeśli chodzi o liczebność populacji, psom bardziej się powiodło
we współczesnym świecie niż wilkom. Co zatem nam daje wiedza, że wilk i pies mają wspólnego przodka? W wielu książkach, artykułach i programach
telewizyjnych stwierdzano, że kluczem do zrozumienia domowego psa jest
zrozumienie wilka. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że kluczem do
zrozumienia psa domowego jest przede wszystkim zrozumienie psa. Pogląd
ten podziela coraz większa liczba naukowców na całym świecie. Analizując
psa jako odrębne stworzenie, a nie jako gorszą wersję wilka, mamy teraz,
jak nigdy dotąd, sposobność zrozumienia go i udoskonalenia naszych z nim
relacji.
Jest niezaprzeczalnym faktem, że psy dzielą wiele podstawowych cech z innymi przedstawicielami rodziny psowatych, do której należą też wilki.
Psy ewoluowały od psowatych i zawdzięczają im takie cechy, jak budowa
anatomiczna, niesłychanie wrażliwe powonienie, zdolność tropienia i tworzenia trwałych związków społecznych. Porównywanie psów do ich
dzikich przodków może być do pewnego stopnia pouczające. Jednak jeśli
traktujemy wilka jako jedyny punkt odniesienia, zubożamy nasze
rozumienie psów.
Najogólniej mówiąc, psy różnią się od wilków i innych przedstawicieli
rodziny psowatych tym, że w przeciwieństwie do nich przystosowały się do
życia z człowiekiem w rezultacie procesu udomowienia. Psy zmieniły się w toku tego procesu, tracąc wiele charakterystycznych zachowań wilka.
Pozostało zwierzę, które nadal jest podobne do innych psowatych, ale nie
jest już wilkiem. Udomowienie znacznie zmieniło psa, bardziej niż
jakikolwiek inny gatunek. Wiemy, jak bardzo psy różnią się między sobą
kształtem i wielkością. Istnieje więcej rozbieżności w rozmiarach psów
domowych niż wśród całej pozostałej rodziny psowatych razem wziętej. A jednak nie jest to w żadnym razie jedyny istotny rezultat udomowienia.
Być może najważniejszy, zarówno dla nas, jak i dla psów, stanowi ich
zdolność tworzenia z nami więzi i rozumienia nas, w czym nie dorównuje
im żadne inne zwierzę. Dlatego zrozumienie tego, co zaszło w procesie
udomowienia, jest kluczem do zrozumienia psa.
Aby w pełni zrozumieć psa domowego, należy wykroczyć poza proces
udomowienia, nawet poza etap wilka, trzeba zbadać całą historię psa.
Musimy wiedzieć, skąd pochodzi i jacy byli wszyscy jego przodkowie. Nie
tylko jego najbliższy żyjący krewny -?wilk. Naturalnie nie jest możliwe
stwierdzenie, jak dokładnie zachowywali się protoplaści psa. I to bez
względu na to, czy mówimy o przodkach bezpośrednich (wilkach, które żyły
ponad dziesięć tysięcy lat temu), czy też bardziej odległych
(społecznych psowatych, prekursorów wilka z epoki pliocenu, kilka
milionów lat temu). Wszystkie te gatunki już wymarły. Możemy jednak
zdobyć pewną wiedzę o tym, jak mogły się zachowywać, poprzez badanie
zachowań charakterystycznych dla społecznych psowatych żyjących
współcześnie. Dokładne badania nad zachowaniem tych zwierząt rzuciłyby
światło nie tylko na pierwotnych przodków psa, lecz także na powody, dla
których żaden z psowatych poza wilkiem nie został skutecznie udomowiony.
Analiza DNA nie pozostawia wątpliwości, że pies pochodzi wyłącznie (lub
przynajmniej prawie wyłącznie) od wilka szarego, Canis lupus. Pierwsze
dokładniejsza praca sekwencjonująca matczyne DNA psów, wilków, kojotów i szakali ukazała się w 1997 roku. Nie przedstawiono w niej dowodów, że
psy miały przodków w jakimkolwiek innym gatunku poza szarym
wilkiem4. Żadne z tuzina badań przeprowadzonych od tamtej pory
temu nie zaprzeczyło, lecz wciąż brakuje części ojcowskiego DNA, które
jest trudniejsze do przeanalizowania. Tak więc nadal istnieje możliwość,
że niektóre rasy psów mogą w linii ojcowskiej pochodzić od innych
psowatych.
Pod względem genetycznym psy i wilki mają wiele wspólnego. Jednak sam
fakt, że DNA obydwu gatunków pokrywa się w znacznym stopniu, nie oznacza
wcale, że ich zachowanie będzie identyczne. Jest bezspornym faktem, że
wiele zwierząt o podobnym DNA różni się bardzo od siebie, zwłaszcza pod
względem zachowania. Wiemy to dzięki rewolucji w badaniach DNA, która
doprowadziła do opracowania genomu ludzi, rodziny psów, kotów i coraz
większej liczby innych gatunków. Wiele z tych sekwencji wykazuje
znaczące podobieństwa. Dla przykładu DNA twoje i twego psa pokrywają się
w 25 procentach, co nie jest zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę, że
jesteście ssakami. Mniej więcej tyle samo procent DNA dzielimy z myszami. Pozostałe 75 procent tłumaczy, dlaczego psy, myszy i ludzie
wyglądają i zachowują się zdecydowanie inaczej.
Gatunki, które są ze sobą spokrewnione bliżej niż my z psami, mogą mieć
prawie cały łańcuch DNA identyczny i można by się pokusić o stwierdzenie, że ich typy zachowań też będą bardzo zbliżone. Jednak kod
DNA nie kontroluje zachowania w sposób bezpośredni. Określa jedynie
strukturę białek i innych składników komórek, tak więc maleńka zmiana w DNA może prowadzić do ogromnej zmiany w zachowaniu. Na przykład nie
istnieje coś takiego jak szczegółowy schemat mózgu. Każda komórka
nerwowa mózgu wyłania się jako wynik interakcji pomiędzy tysiącami
sekwencji DNA. Zmiana jednej "literki" w tych sekwencjach może mieć
ogromny wpływ na funkcjonowanie mózgu albo nie mieć żadnego -?po prostu
nie wiemy jeszcze dostatecznie dużo na temat oddziaływania DNA na
zachowanie. Weźmy dwie blisko spokrewnione małpy człekokształtne:
szympansa i szympansa karłowatego (bonobo). Zwyczajne szympansy dzielą
99,6 procent DNA z szympansami karłowatymi, a jednak społeczne
zachowania tych dwóch rodzajów małp człekokształtnych są całkowicie
różne. Zwyczajne szympansy są zwierzętami wszystkożernymi, często polują
na inne rodzaje małp, a ich społeczności opierają się na koalicji
samców, bardzo agresywnych wobec obcych. Potrafią ich nawet mordować,
jeśli nadarzy się okazja. Z kolei szympansy karłowate są wegetarianami,
żyją w społecznościach, których centrum stanowią spokrewnione samice,
rzadko bywają agresywne i nigdy nie widziano, by mordowały. Genetycznie
te dwa gatunki są prawie identyczne, jednak bardzo różnią się
zachowaniem.
Podobnie jak szympansy i szympansy karłowate psy i wilki mają prawie
identyczne DNA. Nie jest to jednak przesłanką do wniosku, że muszą
tworzyć identyczne systemy społeczne. Wygląda raczej na to, że w procesie udomowienia zaniknęło u psa wiele specyficznych zachowań wilka.
Pozostało zwierzę z repertuarem behawioralnym mającym więcej wspólnego z nieco dalszymi krewniakami, takimi jak kojot (Canis latrans), czy
nawet bardziej odległymi przedstawicielami tej samej rodziny, jak szakal
złocisty (Canis aureus).
Różnice w zachowaniach psów i wilków były ewidentne nawet dla dawnych
biologów. Wiele z tych różnic dotyczy sfery społecznej. Na przykład psy
nie są zwierzętami stadnymi (choć czasem tworzą grupy), a także znacznie
lepiej niż wilki budują relacje z człowiekiem. Od lat wielu wybitnych
biologów, w tym zdobywcę Nagrody Nobla Konrada Lorenza, a nawet samego
Karola Darwina, zdumiewała elastyczność zachowań psów, jak również
ogromna różnica w wielkości pomiędzy największymi i najmniejszymi
rasami. Obydwaj sugerowali, że psy muszą być rodzajem hybrydy dwóch lub
nawet większej liczby gatunków z rodziny psowatych. W swej uroczej
książce I tak człowiek trafił na psa Lorenz wyraził przekonanie, że
wilki są z natury o wiele zbyt niezależne, by pogodzić to z bezwarunkową
przyjacielskością charakteryzującą wiele psów. Wysunął hipotezę, że
większość ras europejskich pochodzi głównie od szakala. Później zresztą,
kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma dowodów na spontaniczne krzyżowanie
psów z szakalami (które często zdarza się między psami i wilkami),
wycofał się z tego pomysłu. Poza tym pewne szczegóły zachowania szakali
nie pokrywają się z zachowaniem psów (na przykład skowyt szakali jest
niepodobny do psiego).
Pomimo ogromnych wysiłków naukowców nie udało się ustalić, dlaczego psy
tak bardzo różnią się zachowaniem od wilków. Zagadka ta nie została
rozwiązana do dziś. Jeśli jednak sięgniemy jeszcze dalej pod prąd
ewolucji, myśląc o psie domowym nie jako pochodnej jednego gatunku,
szarego wilka, lecz całej rodziny Canidae (czyli psowatych -?i tego
terminu będziemy używać, by uniknąć mylenia z psem domowym), znajdziemy
kilka wskazówek. Wiele psowatych prowadzi skomplikowane życie społeczne
i jeśli pewne jego elementy pokrywają się z życiem psów, może to rzucić
światło na źródła ich zachowań. Na przykład kojoty, podobnie jak psy, są
znacznie bardziej swobodne pod względem seksualnym niż wilki. Chociaż
zachowania innych psowatych nie są tak dobrze poznane i opisane jak w przypadku wilka szarego, mogą nam wiele powiedzieć na temat źródeł
zachowań psów.
Śledząc wstecz dzieje rodziny psowatych, aż do jej początków, możemy
stwierdzić, że to inteligencja społeczna była prawdopodobnie jedną z pierwszych cech odróżniających wczesnych przodków psa od pozostałych
gatunków z tej rodziny. Psowate prawdopodobnie rozwinęły się około
sześciu milionów lat temu w Ameryce Północnej, gdzie później zastąpiły
inny rodzaj podobnego do psa ssaka zwanego psem-hieną (rodzina
Borophaginae). Było to duże zwierzę, podobne do hieny, padlinożerca o masywnych szczękach mogących miażdżyć kości. Właściwe psowate, które
wyglądały prawdopodobnie bardziej jak lisy niż jak psy, musiały być
małymi Dawidami dla owych cięższych, niezgrabnych Goliatów. Górowały nad
nimi szybkością, przebiegłością i inteligencją, przyczyniając się w końcu do ich wymarcia. Jeśli przewiniemy tę historię do przodu o jakieś
półtora miliona lat, odkryjemy, że te psowate, które przetrwały,
rozprzestrzeniły się po całym świecie i podzieliły na kilka odmian.
Jedną z nich był przodek dzisiejszych psów, wilków i szakali, zbiorczo
określany jako Canis5. Dalsza dywersyfikacja doprowadziła do
powstania trzech nurtów ewolucji, z których każdy potencjalnie mógł się
zakończyć powstaniem zwierzęcia domowego. W istocie jest prawdopodobne,
że przynajmniej dwa z tych nurtów podległy domestyfikacji -?wilk nie był
w swojej rodzinie jedynym gatunkiem, który miał zostać udomowiony.
Pierwszy ewolucyjny rozłam w ramach rodzaju Canis miał miejsce w Ameryce
Północnej i w końcu (około miliona lat temu) doprowadził do
ukształtowania się dzisiejszego kojota, który wtedy zamieszkiwał tylko
ten kontynent. Druga odmiana wyłoniła się w Ameryce Południowej, gdzie
żyje do dnia dzisiejszego i jest klasyfikowana jako Dusicyon, a nie
Canis. Jej przedstawiciele są określani, nieco myląco, jako lisy
południowoamerykańskie, choć są jedynie daleko spokrewnione ze znacznie
lepiej znanym nam z polowań lisem rudym. Pozostałych sześć gatunków
Canis rozwinęło się w Starym Świecie, najprawdopodobniej w Eurazji,
chociaż możliwe, że niektóre w Afryce. Cztery z nich to szakale -?jeden
z nich, szakal simien (Canis simensis), jest często mylnie nazywany
etiopskim wilkiem. Jest też wśród nich szakal złocisty, który -?jak
sądził Lorenz -?mógł zapoczątkować niektóre rasy psa. Innym psowatym
jest wilk szary, Canis lupus, przodek naszego psa domowego. Z euroazjatyckich psowatych tylko on dotarł do Ameryki Północnej, migrując
przez most lądowy Beringa sto tysięcy lat temu, w jednym z okresów, gdy
Alaska była połączona z Syberią.
Wydaje się, że niejeden z tych gatunków jest kandydatem do udomowienia
dzięki cechom społecznym, które dzieli z psem. Wszystkie potrafią w sprzyjających warunkach żyć w grupach rodzinnych czy stadach. Wszystkie
-?bez względu na to, czy żyją samotnie, czy też w małych lub dużych
grupach -?potrafią dostosowywać sposób życia do okoliczności, w jakich
się znajdą6. (Obecnie dla wszystkich dziko żyjących psowatych
najważniejszą z tych okoliczności są działania człowieka, czy to w postaci prześladowania, czy pozostawiania na wysypiskach śmieci resztek
żywności). Panuje zgoda co do tego, że genom psowatych przypomina
szwajcarski uniwersalny scyzoryk7 -?jest "podręcznym zestawem
społecznych narzędzi", który pozostaje odporny na zmiany ewolucyjne i bywa przydatny w różnorodnych okolicznościach, od samotnego życia w trudnych warunkach po bytowanie w złożonej społeczności, w której nie
brakuje pokarmu, a poziom zagrożenia jest niski. Być może więc sukces,
który odniósł pies, przystosowując się do życia z ludźmi, nie wynika z serii konkretnych zmian, które rozpoczęły się dopiero od etapu wilka
szarego. Być może jest to nowe zastosowanie owego "podręcznego zestawu
społecznych narzędzi" psowatych -?który pozwolił im nawiązać stosunki
towarzyskie nie tylko z przedstawicielami własnej grupy, lecz także z ludźmi.
I chociaż jesteśmy już pewni, że pies ma tylko jednego bezpośredniego
przodka, wilka szarego, to wcześniejszych antenatów ma wspólnych z wieloma nadal żyjącymi krewnymi, z których każdy może nam zaoferować
nowe spojrzenie na tych pradawnych przodków. Przecież rodowód psa jest
starszy niż szarego wilka -?sięga dawno wymarłych psowatych, które były
przodkami wszystkich żyjących dziś przedstawicieli tej rodziny. Każdy
współczesny psowaty mówi nam coś o mechanizmach adaptowania się do
różnych okoliczności -?czyli o funkcjonowaniu grup społecznych. Od
każdego zyskamy zatem inny zbiór wskazówek mówiących, jak taki
"podręczny zestaw narzędzi" mógł wyglądać, kiedy wykształcił się około
pięciu milionów lat temu. Ponieważ każde z tych zwierząt ma ten sam
zestaw, należy wyjaśnić, dlaczego żadnego z nich poza wilkiem nie udało
się udomowić.
Szakale złociste
Szakal złocisty, Canis aureus, to najbardziej towarzyski z krewniaków
psa i dlatego wydaje się idealnym kandydatem do udomowienia. Jest on
jedynym szakalem żyjącym w dolinie Eufratu i Tygrysu, w kolebce
cywilizacji, gdzie miało miejsce wiele innych udomowień (między innymi
owiec, kóz i bydła). Wszystkie pozostałe szakale żyją tylko w Afryce.
Podobnie jak wiele innych psowatych szakal złocisty cechuje się dużą
elastycznością w układach społecznych. Niektóre szakale żyją samotnie,
ale większość tworzy pary męsko-żeńskie, często trwające całe życie
(czyli od sześciu do ośmiu lat). Jeśli jedno z pary umiera, drugie
rzadko znajduje kolejnego partnera. Często część miotu pozostaje z rodzicami do narodzin nowego pokolenia i przez kilka miesięcy pomaga
wychowywać młode, zanim odejdzie, by znaleźć własnych partnerów. Starsze
potomstwo pilnuje małych w norze, gdy rodzice polują, a jeśli samo coś
znajdzie, często się z nimi dzieli. Młode mają większą szansę na
przetrwanie, jeśli starsi bracia i siostry zostają, by wesprzeć
rodziców, więc ich pomoc jest bardzo cenna. Szakale często polują
parami, dzięki czemu łatwiej radzą sobie z większą zdobyczą niż w pojedynkę. Zdarza się też, że polują z dodatkowymi pomocnikami, w trójkę
lub czwórkę. Członkowie rodziny mają, podobnie jak wilki, wiele sposobów
komunikowania się ze sobą. Jeśli dodamy do tego bogactwo umiejętności
towarzyskich, wydaje się, że nie ma powodu, by szakal złocisty nie mógł
być udomowiony tak samo jak wilk.
Ostatnie odkrycia archeologiczne sugerują, że szakal złocisty mógł być
udomowiony na terenie Azji Mniejszej. Göbekli Tepe, wczesnoneolityczne
stanowisko położone na szczycie wzgórza w południowo-wschodnim regionie
Turcji, jest przypuszczalnie dawną świątynią. Ten układ ogromnych głazów
został wzniesiony aż jedenaście tysięcy lat temu -?jest ponaddwukrotnie
starszy niż Stonehenge. Pokryte stylizowanymi rzeźbami ludzi, zwierząt i ptaków kamienie pochodzą z czasów, gdy nie istniało jeszcze rolnictwo i nie wytwarzano metalowych narzędzi. Niektóre mają kształt litery T, przy
czym jej górna część wyobraża głowę osoby, a pionowa ciało. Wiele z przedstawionych zwierząt to stworzenia groźne dla człowieka -?lwy, węże,
pająki, sępy, skorpiony. Nieobecność zwierząt domowych nie budzi
zdziwienia -?rzeźby są dziełem łowców-zbieraczy i wykonano je na długo
przed udomowieniem zwierząt hodowanych na pożywienie. Niektóre
wyobrażenia przedstawiają stworzenia podobne do psa, które archeolodzy
określają jako lisy, czyli również zwierzęta potencjalnie niebezpieczne.
A jednak na jednym z kamieni "lis" jest ukazany w zgięciu ludzkiego
ramienia -?to miejsce przeznaczone raczej dla przyjaciela niż wroga.
Wydaje się więc nieprawdopodobne, by rysunek przedstawiał rudego lisa,
który jest samotnikiem, a więc mało prawdopodobnym kandydatem do
udomowienia. I choć trudno tu o pewność, nie wydaje się, by rysunek
przedstawiał wilka. Cechy wyglądu przypominające lisa i puszysty ogon
upodabniają go do szakala, a jedyny szakal żyjący na tym terytorium to
szakal złocisty. Być może więc pomysł Lorenza, że pies pochodzi od
szakala, jest tylko częściowo nieprawdziwy. Możliwe, że szakale zostały
kiedyś, ponad dziesięć tysięcy lat temu, udomowione, ale ponieważ były
gorzej przystosowane do życia z człowiekiem niż wilki, wymarły lub
wtórnie zdziczały.
Kamienny słup w kształcie litery T w Göbekli Tepe (stanowisko
archeologiczne ma pograniczu Turcji i Syrii), przypuszczalnie
wyobrażający głowę i tułów człowieka. Ramię wyrzeżbione w pionowym bloku
zdaje się obejmować zwierzę z rodziny psowatych.
Aby znaleźć podobny udokumentowany przykład nieudanego udomowienia,
musimy pojechać do Ameryki Południowej. Zbiegiem okoliczności w tym
przykładzie również występuje "lis", jeden z kilku podobnych do lisa
psów, które żyły w Ameryce Południowej około trzech milionów lat temu.
Chodzi o lisoszakala andyjskiego (Dusicyon culpaeus), zwanego również
lisem andyjskim, który został udomowiony, a przynajmniej oswojony (żył z ludźmi, ale rozmnażał się wyłącznie w naturze). Był wówczas znany jako
pies aguara. Pod koniec osiemnastego wieku Charles Hamilton Smith,
angielski eks-żołnierz, który został naukowcem i badaczem, zanotował, że
owe psy można było spotkać w wioskach zamieszkanych przez
łowców-zbieraczy. Towarzyszyły mężczyznom w trakcie polowań, ale nie
były szczególnie użyteczne i często po kilku godzinach same wracały do
domu. We wsi starały się wygrzebać jakieś pożywienie albo wyruszały na
krótkie polowania, zdobywając, cokolwiek się nadarzyło: ryby, kraby,
pijawki, jaszczurki, ropuchy czy węże. Jednak do połowy dziewiętnastego
wieku pies aguara zniknął, zastąpiony przez znacznie bardziej
posłusznego i użytecznego psa domowego, którego na ten kontynent
przywieźli ze sobą Europejczycy. Trudno stwierdzić, dlaczego pies aguara
nie został w pełni udomowiony, ponieważ mamy bardzo niewielką wiedzę na
temat zwyczajów jego dzikiego przodka, lisoszakala andyjskiego. Wiemy
jednak, że żaden z południowoamerykańskich lisów nie tworzy grup
większych niż dwa osobniki, więc prawdopodobnie miały one po prostu nie
dość rozwinięte umiejętności społeczne, by przystosować się do relacji z ludźmi.
Lisoszakal andyjski
W Ameryce Północnej najbardziej prawdopodobnym kandydatem do udomowienia
poza przybyłym tam wilkiem szarym był kojot (Canis latrans).
Tradycyjny wizerunek tego członka psiej rodziny to samotny myśliwy, lecz
tak naprawdę kojot jest wielce towarzyskim zwierzęciem, którego apetyt
na zwierzęta hodowlane sprawił, że był przez ludzi tępiony. Zdane na
własną pomysłowość, kojoty żyją w parach i podobnie jak to się dzieje w przypadku szakala złocistego, często para przekształca się w małą grupę,
kiedy potomstwo z jednego roku zostaje z rodzicami, by pomóc w opiece
nad kolejnym miotem. Staje się to bardziej prawdopodobne, gdy jest
szansa na większą zdobycz, jak łoś czy jeleń, co stwarza zarówno
konieczność, jak i sposobność polowania w grupie. Tak więc kojoty
rywalizują z wilkiem w dziedzinie złożoności więzów społecznych.
Niemniej jednak ani one, ani -?jak się wydaje -?wilki nigdy nie zostały
udomowione w Ameryce Północnej. Powód jest banalnie prosty -?w czasie
gdy ludzie zasiedlali ten kontynent, dysponowali już psami i nie
potrzebowali żadnej alternatywy. Jednak istnieje możliwość, że nieco
genów kojota wzbogaciło amerykańskie psy. I na odwrót -?około 10 procent
dzikich kojotów ma w sobie geny domowego psa. Chociaż teoretycznie jest
możliwe, że stanowią one potomstwo samic kojota z psami, jednak wydaje
się mało prawdopodobne, by pies domowy miał dość odwagi, by pokryć dziką
sukę kojota. Prędzej jest to rezultat gwałtów samców kojota na sukach
psa domowego. Niektóre szczenięta następnie uciekały, przyłączając się
do lokalnej populacji kojotów, natomiast te bardziej uległe wychowywały
się z psami, wprowadzając na stałe geny kojotów do psiej populacji.
I w końcu nasza podróż prowadzi do Afryki, kolebki ludzkiego gatunku, a tym samym obszaru, gdzie udomowienie wydaje się wielce prawdopodobne.
Żyje tu wiele psowatych, w tym cztery gatunki szakala (wśród nich szakal
złocisty), jak również dziki pies afrykański, dorównujący wilkowi
szaremu w umiejętności nawiązywania kontaktów społecznych. Stada dzikich
psów afrykańskich są liczniejsze niż stada wilków. Widywano do
pięćdziesięciu osobników polujących razem, choć w typowym stadzie jest
ośmioro dorosłych. Na otwartych obszarach trawiastych, które dziki pies
afrykański szczególnie sobie upodobał, współpraca podczas polowania
stanowi warunek przetrwania. Tylko stado może obronić zdobycz przez
innymi wielkimi drapieżnikami, takimi jak lwy czy hieny. (Nie żeby
dzikie psy afrykańskie były szczególnie małe -?są wielkości niewielkiego
owczarka niemieckiego, lecz w odróżnieniu od niego mają cętkowane futro
i duże, stojące uszy). Po uśmierceniu ofiary dzielą się pożywieniem.
Jeśli w norze są szczeniaki, wszystkie psy jedzą więcej niż zwykle, po
czym po powrocie do domu zwracają pokarm, by nakarmić młode.
Rodzina kojotów
Przez większość roku relacje między członkami stada dzikich psów
afrykańskich są przyjacielskie. Każdego ranka i wieczora zwierzęta
odbywają rytuał powitalny. Biegają wokół siebie podekscytowane,
szturchając się nosami (naśladując swe zachowania z czasów szczenięcych)
i wydając piszczące dźwięki, co sprawia, że brzmią bardziej jak stado
małp niż psów. Gdy już się dostatecznie pobudzą tymi karesami, biegną
razem na polowanie. Od czasu do czasu zdarzają się konflikty między
członkami stada, ale do poważnych walk dochodzi rzadko, dopóki jedna z samic nie dostanie cieczki. Kiedy dominująca samica jest gotowa do
pokrycia, staje się agresywna wobec innych samic i potrafi je poważnie
poranić. W rezultacie jest zwykle jedyną samicą w stadzie, która co roku
rodzi młode. Jeśli któraś z pozostałych samic także ma szczenięta,
samica dominująca może próbować je zabić. Czasem jednak wszystkie
szczenięta wychowują się razem i obydwie matki sprawują nad nimi opiekę.
Zgraja dzikich psów afrykańskich
Wysoki stopień współdziałania wśród członków stad dzikich psów
afrykańskich (jeśli pominiemy rzadkie przypadki agresji) sugeruje, że
zwierzęta te powinny być łatwe do udomowienia. Porozumiewają się one za
pomocą wielu dźwięków. Potrafią wydawać błagalne jęki, bulgotać,
skowyczeć, skamleć, piszczeć, wyć, jęczeć, warczeć, szczekać. Wydawałoby
się, że wręcz idealnie pasują do człowieka, gatunku posługującego się
głosem. Z całą pewnością znacznie lepiej niż milczący wilk. A jednak nie
dysponujemy żadnymi dowodami, by kiedykolwiek podjęto próbę ich
udomowienia. Aczkolwiek jeśli rozważymy proces udomowienia całościowo, w szerszym kontekście, niepowodzenie to wydaje się mniej dziwne. To
prawda, że choć kolebką ludzkości jest Afryka i historia człowieka na
tym kontynencie jest znacznie dłuższa niż na innych, wszystkie ważne
udomowienia zwierząt miały miejsce poza Afryką. Sugerowano, że ludzkość
musiała wyjść poza swą ewolucyjną strefę komfortu, aby zdobyć
dostateczną motywację do udomowiania zwierząt (jak również roślin).
Przypuszczalnie dziki pies afrykański po prostu nie znalazł się we
właściwym miejscu, by stać się częścią naszego świata.
Chociaż historie psowatych różnią się w zależności od miejsca i gatunku,
dwaj spośród dalekich kuzynów psa, szakal złocisty i południowoamerykański lisoszakal andyjski, dostarczają interesującego
wglądu w kwestię udomowienia, które najwyraźniej zostało rozpoczęte,
lecz nigdy się nie zakończyło. Każdy z tych przypadków wydarzył się na
innym kontynencie -?pierwszy w Eurazji, drugi w Ameryce Południowej -?i w bardzo różnych społeczeństwach. I znów wracamy do mającego pięć
milionów lat "podręcznego zestawu narzędzi" psowatych -?ich
elastyczności i towarzyskości, świetnego nosa, biegłości w polowaniu -
jako klucza, który zdecydował o tym, że nadawały się one do udomowienia.
A mimo to żaden z tych dwóch eksperymentów na dłuższą metę się nie
powiódł.
Udomowienie może mieć miejsce tylko wtedy, gdy ludzka potrzeba spotyka
się z odpowiednim gatunkiem zwierzęcia, przy założeniu, że jest poparta
dostatecznymi zasobami. Wydaje się, że takie warunki występują niezwykle
rzadko, o czym świadczy mała liczba gatunków ssaków, które ludzie w pełni udomowili -?niewiele ponad dziesięć. Jest w pełni możliwe, że
wszystkie gatunki, o których dotąd mówiliśmy, uległyby udomowieniu,
gdyby warunki dla jego przeprowadzenia były równie korzystne i trwały
równie długo, jak w przypadku psa domowego.
Ostatecznie musimy się skupić na wilku szarym jako jedynym z rodziny
psowatych, który został pomyślnie udomowiony -?jeśli przez "pomyślnie"
rozumiemy przetrwanie w nowoczesnym świecie. Psu się naprawdę udało -
liczba mniej więcej czterystu milionów psów ponadtysiąckrotnie
przewyższa liczbę wilków. Jeszcze kilkaset lat temu na ziemi żyło około
pięciu milionów wilków; dziś jest ich zaledwie sto pięćdziesiąt do
trzystu tysięcy. Gdybyśmy na moment odłożyli na bok sztuczny wyróżnik
udomowienia, moglibyśmy stwierdzić, że wilk przeszedł ewolucję i stał
się psem, pozbywając się kilku archaicznych cech z przeszłości. Niektóre
wilki były w stanie wykorzystać dominację człowieka i stały się psami.
Inne nie potrafiły i pozostały wilkami.
Żaden opis zachowania psa nie może się obejść bez odwołania do wilka. I to nie tylko dlatego, że wiele prac kładzie nacisk na podobieństwa
natury tych zwierząt, lecz także dlatego, że -?jak się okazuje -?wilki
też były w przeszłości źle rozumiane. Dużo napisano na temat wilka
szarego, ale znaczna część tych danych jest źle interpretowana albo
wydaje się mało przydatna dla zrozumienia zachowań współczesnego psa
domowego. W przeszłości opisywano wilka jako typowe zwierzę stadne, a jego stada jako despotycznie, surowo i agresywnie kontrolowane przez
parę alfa. Podążając za tą logiką, psa jako potomka wilka uważano za
zwierzę o podobnej psychice. Owszem, bez wątpienia o mniej agresywnej
naturze, niemniej z wrodzoną skłonnością do dominacji nad otoczeniem,
ludźmi czy innymi psami. Jednakże miniona dekada przyniosła ponowną,
gruntowną analizę organizacji stada wilków, uwzględniającą zarówno
kwestię jego powstawania, jak i ewolucyjne siły, które je napędzają. Tak
więc nasza koncepcja psa od jakiegoś czasu wymaga korekty. Jeśli wilki
nie są despotami, co już teraz wiemy, dlaczego nadal mamy zakładać, że
psy domowe dążą do dominacji nad swymi właścicielami?
Podobnie jak wiele innych psowatych, wilki szare są zwierzętami
towarzyskimi i wolą żyć w grupie. To nie znaczy, że pewne osobniki nie
bytują niekiedy w pojedynkę, ale zwykle nie jest to ich wybór. Samotny
wilk mógł zostać wyrzucony ze stada lub zmuszony do poszukiwania
jedzenia na własną rękę, gdy nie było go dość dla całej grupy. Jednak
kiedy to tylko możliwe, wilki starają się tworzyć sforę. Nawet te, które
wygrzebują jedzenie na wysypiskach śmieci, robią to w grupach
składających się zwykle z trzech do pięciu osobników (dziki kot, przodek
kota domowego, także czasem żywił się resztkami, ale zawsze zdobywał je
samotnie). Bez wątpienia to pragnienie towarzystwa, poza innymi
czynnikami, umożliwiło udomowienie wilka.
Rodzina szarych wilków
I chociaż wilki są zasadniczo zwierzętami towarzyskimi, mają też
niezwykłą łatwość przystosowywania się do różnych życiowych układów.
Jest to kolejna cecha, która może nawet bardziej niż sama towarzyskość
czyni z nich dobrych kandydatów do udomowienia. Wilki tworzą grupy, gdy
pozwalają na to lokalne warunki, a w trudniejszych czasach radzą sobie w pojedynkę. Mogą żyć samotnie lub w małych grupach; w odpowiednich
okolicznościach potrafią zbierać się w większe stada, obejmujące od
sześciu do ośmiu osobników. Jest regułą, że takie stada powstają jedynie
wówczas, gdy główną zdobycz stanowi duża zwierzyna -?karibu, łoś czy
bizon. Prawdopodobnie nawet samotny wilk byłby w stanie upolować karibu,
zwłaszcza sztukę starą, młodą lub chorą. Ryzykowałby jednak wtedy, że
sam zostanie ranny, więc pojedyncze wilki są raczej skłonne szukać
mniejszych, a tym samym mniej niebezpiecznych ofiar. Polowanie w grupie
jest z pewnością bezpieczniejszą i bardziej skuteczną metodą polowania
na duże zwierzęta, ale nie stanowi zasadniczej przyczyny powstawania
stad. Ważniejszym, decydującym czynnikiem jest fakt, że zabicie dużej
sztuki dostarcza więcej pożywienia, niż mógłby zjeść samotny wilk.
Latem, kiedy łatwiej o drobną zwierzynę, wilki dzielą się na mniejsze
grupki, prawdopodobnie powracając do poprzedniego układu jesienią. To
właśnie tego rodzaju elastyczność jest obecnie uważana za drugi
podstawowy czynnik pozwalający wilkom, przynajmniej niektórym z nich, na
przystosowanie się do życia z ludźmi.
Organizacja stada jest kluczem do zrozumienia społecznych zachowań
wilków, a co za tym idzie, behawioralnego dziedzictwa psów domowych. Do
niedawna mylnie uważano, że sfory wilków są obszarem ostrej rywalizacji.
Teraz już wiemy, że ogromna ich większość to po prostu grupy rodzinne.
Zwykle samotny wilk znajduje samotną samicę (prawdopodobnie albo jedno z nich, albo oboje niedawno opuścili macierzyste stado) i razem wychowują
potomstwo. U wielu gatunków zwierząt młode odchodzą lub są porzucane,
gdy tylko staną się dostatecznie dorosłe, by mogły sobie poradzić w samodzielnym życiu. U wilków tak się nie dzieje. Szczeniaki mogą zostać
z rodzicami, dopóki nie są w pełni dorosłe (chyba że panuje głód). Gdy
już zdobędą doświadczenie, zaczynają w pełni uczestniczyć w polowaniu i tak powstaje stado. Często jego młodsi członkowie żyją w nim nadal,
kiedy rodzi się kolejny miot. Pomagają rodzicom wychować swych braci i siostry, przynoszą im jedzenie lub sprawują nad nimi opiekę, gdy inni
członkowie stada polują. W przeciwieństwie do wcześniejszych opinii na
temat zachowań wilków to współdziałanie, a nie dominacja wydaje się
podstawą funkcjonowania stada.
Nowoczesna biologia domaga się wyjaśnienia tego najwyraźniej
bezinteresownego zachowania młodych dorosłych wilków żyjących w stadzie.
Logicznie rzecz biorąc, gen powodujący, że zwierzę pomaga innemu
wychowywać jego małe, powinien ulec wyeliminowaniu, gdyż więcej
potomstwa pozostawiają te osobniki, które nie posiadają "genu
altruizmu". Stąd wniosek, że wspólne wychowywanie młodych musi przynosić
jakieś długoterminowe korzyści, które przeważają nad jego wadami. Przez
ostatnie pięćdziesiąt lat biolodzy spierali się, jakie to są korzyści i w czym się przejawiają. Jednak dopiero teoria selekcji rodowej (theory
of kin selection), po raz pierwszy sformułowana w latach
sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wyjaśniła, dlaczego wspólne
wychowywanie młodych jest znaczniej bardziej prawdopodobne w grupie
rodzinnej niż w przypadkowym zbiorze osobników.
Uznanie współpracy zaobserwowanej wewnątrz stada wilków za działanie
przynoszące długoterminowe korzyści pozwoliło naukowcom wykorzystać
teorię selekcji rodowej do wyjaśnienia zachowań, które inaczej byłyby
niezrozumiałe. Oferowanie pomocy osobnikowi niespokrewnionemu niesie ze
sobą ryzyko nawet w przypadku tak inteligentnych istot jak wilki.
Przecież przysługa może pozostać nieodwzajemniona. Natomiast pomoc
udzielona bliskiemu krewnemu, powiedzmy -?synowi czy córce, niesie ze
sobą genetyczną korzyść, nawet jeśli nie spotka się z wzajemnością.
Osobnik pomagający ułatwia w ten sposób przetrwanie części własnych
genów -?tych, które ma identyczne z krewnym. (W przypadku syna czy córki
część wspólna to 50 procent, drugie 50 pochodzi od drugiego rodzica).
Taka korzyść nie wydaje się wystarczająca, by powstrzymać się na zawsze
od posiadania własnego potomstwa. Jedyny ssak, który jest zdolny do
takiej abstynencji, to golec żyjący w norach na obszarach pustynnych,
gdzie jedna para z potomstwem nie ma dużych szans na przetrwanie nawet z wydatną pomocą innych osobników. Niemniej jednak selekcja rodowa wydaje
się dostatecznie silnym bodźcem, by powstrzymać się od rozmnażania na
jakiś czas -?potomstwu opłaca się pomagać rodzicom, dopóki grupa
rodzinna nie stanie się zbyt duża, by się utrzymać. Wówczas opuszczają
ją i zakładają własne rodziny.
Zgodnie z teorią selekcji rodowej, kiedy młodsi członkowie stada
świadomie zawieszają swoje prawo do rozmnażania, w zasadzie działają we
własnym interesie, ale korzyści z tego płynące nie są czysto rodzinne.
Prócz zysków, które przynosi selekcja rodowa, jest też faktem, że dla
młodych wilków bezpieczniej jest nie opuszczać stada zbyt wcześnie. Brak
doświadczenia sprawia, że szanse na stworzenie własnej sfory są
niewielkie. To wyjaśnia rzadkie przypadki, kiedy nieskoligacone wilki
przyłączają się do już istniejącego stada; wydaje się, że są werbowane,
by zastąpić bardziej doświadczonych członków stada, kiedy ci odchodzą
lub umierają.
Stada tworzone w naturze są zwykle harmonijnymi strukturami, w których
agresja jest raczej wyjątkiem niż normą. Jak w każdej rodzinie, zdarzają
się czasem konflikty, lecz ogólnie biorąc, rodzice nie muszą się wiele
natrudzić, by utrzymać kontrolę nad swymi dorosłymi dziećmi. Młode
zwykle dobrowolnie pozostają w grupie rodzinnej. Mogłyby odejść i założyć własne rodziny, ale wolą żyć bezpiecznie w dawnym stadzie,
dopóki nie zdobędą więcej doświadczenia. Wówczas mają większą szansę na
przetrwanie ryzykownego okresu szukania partnera i nowego terenu łowów.
Poprzez specjalny rytuał regularnie umacniają więź z rodzicami,
jednocześnie dając im do zrozumienia, że są pomocnikami, nie rywalami.
Młode lekko się kulą, gdy zbliżają się do rodzica, kładą uszy po sobie i merdają nisko opuszczonym ogonem. Potem szturchają rodzica w pysk, co
imituje nagabywanie o pokarm z czasów szczenięcych. (Bardzo przypomina
to powitalny rytuał dzikiego psa afrykańskiego, czyli pewne bardzo stare
zachowania rodziny psowatych, poprzedzające ewolucyjnie powstanie
zarówno wilka, jak i psa).
Opis takiego harmonijnego stada wilków jest rzadkością w książkach
poświęconych zachowaniu psów. W dawnych czasach badacze wilków tworzyli
swe koncepcje na podstawie obserwacji grup żyjących w niewoli, gdyż było
to stosunkowo łatwe. Niektóre z nich składały się z przypadkowych,
niespokrewnionych ze sobą osobników, inne zaś były częścią stada
rodzinnego, zwykle pozbawioną jednego lub obojga rodziców. Na ogół
trzymano razem jakiekolwiek zwierzęta, które udało się schwytać, by je
pokazać w zoo. Struktura tych grup była nieodwracalnie zaburzona przez
niewolę, tak więc wchodzące w ich skład wilki żyły w chaosie i konflikcie. Ponadto żadne zwierzę nie miało szansy odejść, chyba że
ludzie trzymający je w niewoli zdecydowali się je rozdzielić. W rezultatcie ich relacje były oparte nie na głębokim zaufaniu, lecz na
rywalizacji i agresji.
Prawdziwy obraz stada wilków poznano dopiero wtedy, kiedy wilki znalazły
się pod ochroną, co pozwoliło im na tworzenie sfor i życie w nich przez
wiele lat bez obawy prześladowania. Mniej więcej w tym samym czasie
pojawiły się środki techniczne umożliwiające obserwację dziko żyjących
wilków. Mowa tu o systemie GPS i miniaturowych radionadajnikach o bateriach tak silnych, że wystarczały na śledzenie zwierząt przez cały
sezon. W ciągu dekady naukowy obraz społeczności wilków zmienił się z dawnego hierarchicznego stada rządzonego przez dwoje tyranów -?samca i samicę -?w harmonijną grupę rodzinną, w której -?jeśli nie wydarzy się
nic nieprzewidzianego -?młode dorosłe osobniki dobrowolnie pomagają
rodzicom w wychowaniu młodszych braci i sióstr. Przymus zastąpiła
współpraca jako podstawowa zasada.
Ta radykalna zmiana koncepcji zachowania stada wymaga też ponownego
przeanalizowania towarzyskich sygnałów używanych przez wilki. W warunkach ogrodu zoologicznego sygnały, których należąca do dziko
żyjącego stada para rodziców używałaby, aby przypomnieć potomstwu o konieczności współpracy, stały się oznaką otwartej agresji i oznaką
dominacji. Podobnie przymilne zachowania młodych dorosłych wilków
służące zademonstrowaniu więzi z rodzicami są używane w zoo w desperackich próbach uniknięcia konfliktu i opisuje się je jako wyraz
podporządkowania.
Wbrew dawnym teoriom na temat zachowań wilków uważa się obecnie, że
zachowanie, które jakoby sygnalizuje podporządkowanie, może mieć
zupełnie inny sens. Skuteczne okazanie uległości powinno z definicji dać
napastnikowi do zrozumienia, że atak nie ma sensu. I rzeczywiście, gdy
się zdarzy, że spotkają się dwa wilki z różnych stad, mniejszy z nich
będzie próbował uniknąć ataku poprzez takie zachowanie. Jednak rzadko
przynosi to pożądany skutek i jeśli słabszemu nie uda się uciec,
zostanie zaatakowany i może zostać nawet uśmiercony. Wilki z różnych
stad nie mają wspólnych interesów. Rywalizują o pożywienie i są
prawdopodobnie jedynie daleko spokrewnione ze sobą. Ale gdyby
zachowanie, o którym mowa, naprawdę wyrażało uległość, to powinno być
zawsze skuteczne, bo przecież wilk atakujący także ryzykuje odniesienie
ran, nawet w przypadku zwycięstwa. Fakt, że tak nie jest, wskazuje, że
nie chodzi w ogóle o manifestację podporządkowania. Ponadto kiedy do
takiego zachowania dochodzi między członkami tej samej rodziny, w większości przypadków nie poprzedza go jakakolwiek groźba ze strony
odbiorcy. Zwykle pojawia się spontanicznie, wzmacniając więź między
członkami stada. Jedynie w sztucznie stworzonych grupach w ogrodach
zoologicznych manifestacja podporządkowania staje się standardową
odpowiedzią na groźbę. Przypuszczalnie młodsze i słabsze wilki uczą się
metodą prób i błędów, że w tych nienaturalnych okolicznościach, gdy
lojalność stada nie istnieje i nie ma możliwości ucieczki, tego rodzaju
zachowanie może być przydatne.
Dwa sygnały przekazywane przez wilki za pomocą mowy ciała były kiedyś
opisywane jako wyraz podporządkowania -?czynnego i biernego. Psy domowe
wykazują bardzo podobne zachowania, które też są określane jako czynne i bierne podporządkowanie. Można by się spodziewać, że nowa interpretacja
tych sygnałów u wilków szybko pociągnie za sobą ponowną ocenę tych
samych zachowań u psów. Dokonuje się to jednak bardzo powoli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki