Przedmowa
Książka, którą Państwo trzymają w dłoniach, jest dziełem rzadkim i pod wieloma względami bezprecedensowym. W dobie, gdy literatura popularnonaukowa coraz częściej ulega pokusie uproszczeń, gdy złożone problemy etyki biologicznej sprowadza się do dydaktycznych schematów, a doświadczenie opowiada się w sposób pozbawiony literackiej ambicji - oto mamy do czynienia z tekstem, który odrzuca te kompromisy. To książka, która nie boi się pytań niewygodnych, która nie ucieka przed paradoksem, która nie szuka pocieszenia tam, gdzie pocieszenie byłoby kłamstwem. Jest to jednocześnie rzecz głęboko naukowa i głęboko literacka - co w dzisiejszym krajobrazie intelektualnym wydaje się właściwie cudem.
Autor zabiera nas w podróż, której trasa wyznaczona jest przez najstarszy z filozoficznych niepokojów: jak to jest być kimś innym? Pytanie to, postawione po raz pierwszy z całą mocą przez myślicieli starożytnych, a następnie podjęte przez fenomenologów, psychologów i neurobiologów, zyskuje w tej książce wymiar dotąd niespotykany. Nie chodzi tu bowiem o spekulatywne dociekania na temat tego, co czuje zwierzę, nie o konstruowanie hipotetycznych modeli świadomości ani o projektowanie laboratoryjnych eksperymentów, w których badany pozostaje w bezpiecznej odległości od przedmiotu swoich dociekań. Chodzi o coś radykalnie odmiennego - o doświadczenie, które jest jednocześnie fizyczne, psychiczne i etyczne. Ochotnicy projektu, którego losami autor oprowadza nas z reporterską precyzją i literackim wyczuciem, nie pytają o to, jak to jest być śledziem, bocianem czy motylem. Oni stają się nimi. I w tym "stawaniu się" - zawsze niepełnym, zawsze naznaczonym granicami ludzkiego ciała i ludzkiej świadomości - rozgrywa się drama, której stawką jest nasze rozumienie tego, co oddziela człowieka od zwierzęcia, a także tego, co nas z nim łączy.
Jako filozof od lat zajmujący się problematyką antropologiczną, z nieustającym zdumieniem obserwuję, jak wiele współczesnych dyskusji na temat relacji człowiek-zwierzę toczy się wokół fałszywych dychotomii. Z jednej strony mamy stanowisko, które - w imię naukowego rygoru - sprowadza zwierzęta do poziomu złożonych automatyzmów, odmawiając im nie tylko świadomości, ale jakiegokolwiek wewnętrznego doświadczenia. Z drugiej - stanowisko, które w równie redukcjonistyczny sposób przypisuje zwierzętom emocje i zdolności poznawcze wiernie kopiujące ludzkie, przenosząc na nie nasze własne wyobrażenia o cierpieniu, miłości czy wolności. Książka ta, na szczęście, nie ulega żadnej z tych pokus. Jej siła leży w tym, że nieustannie utrzymuje czytelnika w stanie napięcia między tym, co poznawalne, a tym, co wymyka się poznaniu. Autor nie łudzi się, że tydzień spędzony w ławicy śledzi czyni z człowieka ichtiologa w sensie ontologicznym. Ale pokazuje, z niezwykłą drobiazgowością i wrażliwością, że granice tego poznania są ruchome, że można je przesuwać, a każdy centymetr tego przesunięcia kosztuje - kosztuje wysiłkiem, bólem, a często także rezygnacją z tego, co w naszej ludzkiej tożsamości wydawało się niepodważalne.
Szczególnie fascynująca z perspektywy socjologicznej jest analiza tego, jak badani - wyjęci ze swoich codziennych ról społecznych, pozbawieni imion, zawodów, historii - tworzą na nowo struktury społeczne w warunkach skrajnej presji. Obserwujemy tu procesy, które socjologia klasyczna opisywała w odniesieniu do sytuacji granicznych: powstawanie nieformalnych hierarchii, podział pracy, emergencję norm, ale także - co być może najciekawsze - zjawiska, które wykraczają poza utarte kategorie. Gdy uczestnicy eksperymentu, zmuszeni do współpracy w sytuacji zagrożenia, zaczynają działać w synchronii, która wykracza poza racjonalną koordynację, gdy ich ciała, a nie tylko umysły, dostrajają się do siebie nawzajem i do otoczenia - oto mamy do czynienia z tym, co można by nazwać socjologią ciała, socjologią, która wreszcie traktuje poważnie to, że jesteśmy istotami nie tylko myślącymi, ale także oddychającymi, drżącymi, pływającymi, stojącymi na wietrze piętnaście metrów nad ziemią z pustymi rękami i głodnymi pisklętami.
Biologia, która jest tu nieustannym punktem odniesienia, jawi się nie jako zbiór suchych faktów, lecz jako opowieść o niesłychanej złożoności życia. Autor - czy raczej autorzy, bo książka ta nosi w sobie ślad wielu głosów: naukowców, ochotników, obserwatorów - nie ulega pokusie antropomorfizacji, ale też nie ucieka w jałowy mechanicyzm. Kiedy czytamy o tym, jak ochotnicy uczą się czytać zmiany ciśnienia wody wywołane ruchem ławicy, jak ich mózgi przeprogramowują się, by przetwarzać bodźce w sposób dotąd im obcy, jak ich ciała - te tak bardzo ludzkie, tak bardzo przyzwyczajone do pionu, do suchości, do indywidualności - zaczynają funkcjonować w nowych reżimach percepcyjnych - oto doświadczamy biologii na żywo, biologii jako procesu, który nie tyle wyjaśniamy z zewnątrz, ile przeżywamy od środka.
A jednak - i to jest chyba największa wartość tej książki - w centrum uwagi nieustannie pozostaje człowiek. Nie człowiek jako miara wszechrzeczy, nie człowiek jako pan stworzenia, nie człowiek jako istota wyjątkowa, której przywileje są niepodważalne. Człowiek jako istota pytająca, wątpiąca, poszukująca. Człowiek, który potrafi zdjąć z siebie - dosłownie i w przenośni - swoją ludzką skórę, by na tydzień stać się kimś innym, a potem wrócić, i wrócić zmienionym. I tu dochodzimy do kwestii, która dla mnie, jako etyka, jest najistotniejsza. Książka ta nie poucza, nie wskazuje palcem, nie wygłasza moralitetów. Nie mówi czytelnikowi, co ma myśleć o jedzeniu ryb, o ochronie ptaków, o kolekcjonowaniu owadów. Ale w sposób tak głęboki, tak nieodparty, zmienia perspektywę, z której te pytania stają się nie abstrakcyjnymi dylematami, lecz konkretnymi, palącymi problemami. Gdy po lekturze rozdziału o śledziach próbujemy zjeść śledzia, gdy po lekturze rozdziału o bocianach patrzymy na gniazdo na słupie, gdy po lekturze rozdziału o motylach widzimy w szklanej gablocie nie piękny okaz, ale istotę, która drżała przed szpilką - oto etyka przestaje być dyscypliną akademicką, a staje się czymś, co dzieje się w nas, w naszym ciele, w naszym niepokoju.
Nie jest to książka łatwa. I nie powinna być. Prawda o relacjach międzygatunkowych, prawda o tym, jak bardzo nasze istnienie splątane jest ze śmiercią innych, prawda o tym, że każdy oddech, każdy posiłek, każda decyzja ma swoją cenę - ta prawda nie może być podana w formie lekkiej i przyjemnej. A jednak autor - i tu objawia się jego kunszt literacki - potrafi prowadzić czytelnika przez te trudne terytoria z humorem, który nie jest ucieczką przed powagą, ale jej dopełnieniem. Wisielczy humor, o którym mowa we wstępie, okazuje się nie zabiegiem stylistycznym, ale głęboko osadzoną postawą wobec świata - świadomością, że w obliczu rzeczy ostatecznych śmiech i płacz są sobie bliższe, niż nam się wydaje, i że dystans, ironia, autoironia są często jedynym sposobem, by nie ulec rozpaczy, ale też by nie popaść w sentymentalizm, który jest fałszem.
Jako profesor uniwersytetu, który przez lata prowadził seminaria z etyki środowiskowej, filozofii umysłu i socjologii wiedzy, z radością stwierdzam, że oto pojawiła się książka, którą będę mógł z czystym sumieniem polecić zarówno studentom, jak i kolegom z różnych dyscyplin. Jest to rzecz, która przekracza granice gatunków literackich - jest reportażem, jest esejem filozoficznym, jest dziennikiem naukowym, jest powieścią przygodową, jest traktatem etycznym. I ta hybrydyczność, która w mniej utalentowanych rękach mogłaby przerodzić się w chaos, tu staje się siłą. Bo problem, którym książka się zajmuje - problem miejsca człowieka w świecie przyrody, problem granic poznania, problem cierpienia i odpowiedzialności - jest z natury hybrydyczny. Nie da się go zamknąć w ramach jednej dyscypliny. Wymaga spojrzenia, które jest jednocześnie naukowe i literackie, analityczne i empatyczne, chłodne i zaangażowane.
I wreszcie - to, co dla mnie, jako czytelnika, było doświadczeniem najbardziej poruszającym. Książka ta, mimo całego swojego intelektualnego rygoru, mimo całej tej precyzji, z jaką opisuje mechanizmy fizjologiczne i społeczne, pozostawia miejsce na tajemnicę. Nie tajemnicę w sensie religijnym czy mistycznym - ale tajemnicę w sensie epistemologicznym. Autor nie udaje, że wie wszystko. Nie udaje, że eksperymenty, które opisuje, dały ostateczne odpowiedzi. Wręcz przeciwnie - każda odpowiedź, którą przynoszą uczestnicy projektu, rodzi nowe pytania. I to jest może największa lekcja, jaką ta książka oferuje: że poznanie nie polega na zamykaniu pytań, ale na ich otwieraniu. Że prawdziwa wiedza nie przynosi spokoju, ale niepokój. Że im więcej wiemy o tym, jak to jest być śledziem, bocianem, motylem - tym bardziej uświadamiamy sobie, jak bardzo pozostajemy poza tym, co wiemy.
Książkę tę czyta się z zapartym tchem, jak najlepsze powieści przygodowe. Ale przygoda, której jesteśmy świadkami, rozgrywa się nie tylko w egzotycznych krainach, lecz także w wodach Bałtyku, na łąkach Dolnego Śląska, w białej sali w Krakowie. I jej bohaterami nie są herosi z krwi i kości, lecz ludzie, którzy - jak my wszyscy - szukają odpowiedzi na pytanie, kim są i jakie jest ich miejsce wśród innych istot. To, co czyni ich wyjątkowymi, to gotowość, by to pytanie postawić nie tylko umysłem, ale całym ciałem. By zapłacić za odpowiedź dyskomfortem, bólem, strachem, a czasem - jak w przypadku niektórych uczestników - także czymś, co tylko ostrożnie można nazwać przemianą.
Nie jest to książka, którą czyta się obojętnie. I nie jest to książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę z poczuciem spełnionego obowiązku. To książka, która zostaje. Która wraca w najmniej spodziewanych momentach - gdy widzimy przelatującego bociana, gdy na targu wybieramy rybę, gdy w letni wieczór motyl uderza w lampę. Wraca nie jako natrętny wyrzut sumienia, ale jako pogłębiona świadomość. Świadomość, że żyjemy w świecie, który jest większy od naszych kategorii, że inni - ci zupełnie inni - mają swoje życie, swoje cierpienie, swoje pragnienia, które nie muszą być do naszych podobne, by były prawdziwe. I że odpowiedzialność, jaka z tego wynika, nie jest ciężarem, ale - jeśli potrafimy ją udźwignąć - szansą na głębsze, bogatsze, bardziej prawdziwe istnienie.
Polecam tę książkę każdemu, kto nie boi się pytań bez łatwych odpowiedzi. Każdemu, kto wierzy, że literatura może być nośnikiem wiedzy, a wiedza może być literacko porywająca. Każdemu, kto czuje, że coś w relacji między człowiekiem a zwierzęciem wymaga dziś nowego spojrzenia - spojrzenia, które nie ucieka ani w sentymentalizm, ani w cynizm. Autor daje nam to spojrzenie. I za to - jako czytelnik, jako nauczyciel, jako ktoś, kto od lat próbuje zrozumieć, co to znaczy być człowiekiem wśród innych istot - jestem głęboko wdzięczny.
Niech ta książka trafi do wielu rąk. I niech w każdym, kto ją przeczyta, pozostawi ślad taki, jaki pozostawiła we mnie - ślad, który nie pozwala spać spokojnie, ale który sprawia, że budzimy się bardziej przytomni, bardziej obecni, bardziej ludzcy. A może - paradoksalnie - także bardziej zwierzęcy. I to w najlepszym tego słowa znaczeniu.