Przedmowa
Czym jest kot? Odkąd koty pojawiły się wśród nas, zawsze nas
intrygowały. Według irlandzkiej legendy "kocie oczy to okno do innego
świata" -?jakiż to niezwykły świat! Większość właścicieli zwierząt
domowych przyzna, że psy są szczere i uczciwe, nie skrywają swoich
intencji przed człowiekiem, który poświęca im uwagę. Koty zaś są
nieuchwytne: akceptujemy je takimi, jakie są, lecz one nigdy nie
ujawniają, jakie są naprawdę. Winston Churchill nazywał swojego kota
Jocka "asystentem do zadań specjalnych". Znana jest jego uwaga o polityce Rosji: "Jest zagadkowa, okryta tajemnicą, pełna niejasności,
ale może da się znaleźć do niej klucz". To samo mógłby równie dobrze
powiedzieć o kotach.
Czy rzeczywiście istnieje klucz do zagadki kota? Jestem przekonany, że
tak i że klucza tego należy szukać w nauce. Dzieliłem dom z paroma
kotami i uświadomiłem sobie, że stwierdzenie "posiadam kota" nie oddaje
relacji z nimi zbyt trafnie. Byłem świadkiem narodzin kilku pokoleń
kociąt, opiekowałem się kotami, gdy żałośnie się starzały i niedołężniały. Pomagałem w ratowaniu bezpańskich kotów, które dosłownie
gotowe były kąsać karmiącą je rękę. A przecież nie mam poczucia, by to
osobiste zaangażowanie samo w sobie wiele mi pomogło w zrozumieniu, czym
koty są naprawdę. Dopiero prace naukowców -?biologów, archeologów,
specjalistów od psychologii zwierząt i procesów rozwojowych, badaczy DNA
i antropozoologów, jak ja sam -?przyniosły mi odłamki wiedzy, z których
połączenia zaczął wyłaniać się prawdziwy obraz kociej natury. Wciąż
brakuje nam kilku elementów, lecz ostateczny wynik już się rysuje. To
dobry moment na podsumowanie: co już wiemy, co jeszcze musimy zbadać, a przede wszystkim -?jak możemy użyć naszej wiedzy w celu poprawienia
codziennego bytu kotów.
Wyrobienie sobie wyobrażenia o tym, co kot sobie myśli, nie powinno
umniejszać przyjemności płynącej z "posiadania" go. Według jednej teorii
możemy się cieszyć towarzystwem zwierząt jedynie wówczas, gdy traktujemy
je jak "małych ludzi" -?czyli trzymamy je w domu po prostu po to, by
rzutować na nie swoje myśli i potrzeby, bez obawy, że pewnego dnia
powiedzą nam, jak bardzo się mylimy. Z tego poglądu wynika logiczny
wniosek: gdybyśmy byli zmuszeni pogodzić się z tym, że nasi ulubieńcy
ani nie rozumieją tego, co do nich mówimy, ani się tym nie przejmują,
mogłoby się nagle okazać, że już ich nie kochamy. Nie podpiszę się pod
tym. Ludzki umysł jest w pełni zdolny do równoległego pielęgnowania
dwóch na pozór niezgodnych ze sobą wyobrażeń o zwierzętach bez
odrzucania któregokolwiek z nich. Niezliczone rysunki humorystyczne i kartki z życzeniami żywią się myślą, że zwierzęta są pod pewnymi
względami podobne, pod innymi zaś zupełnie niepodobne do ludzi. Nie
byłyby zabawne, gdyby jedna z tych koncepcji wykluczała drugą. W gruncie
rzeczy jest wręcz przeciwnie. Im więcej dowiaduję się o kotach, zarówno
z własnych, jak i cudzych badań, w tym większym stopniu cenię możliwość
dzielenia z nimi życia.
Koty fascynowały mnie od dzieciństwa. Nie było ich wtedy ani w moim
domu, ani u sąsiadów. Jedyne, jakie znałem, żyły na farmie na końcu
ulicy i nie były to zwierzęta domowe, tylko podwórzowe myszołapy. Gdy
przechodziliśmy tamtędy z bratem, nieraz któryś z nich w drodze z lamusa
do stodoły rzucał nam intrygujące spojrzenie, lecz były to zwierzęta
bardzo zaaferowane i niespecjalnie przyjazne dla ludzi, zwłaszcza małych
chłopców. Kiedyś farmer pokazał nam gniazdo z kociętami ukryte w stogu
siana. Nie starał się jednak zbytnio oswajać swoich kotów, były dla
niego tylko ochroną przez szkodnikami. W tamtym czasie sądziłem, że kot
to po prostu jeszcze jedno wiejskie zwierzę, takie jak kurczaki
biegające po podwórku lub krowy spędzane co wieczór do obory na udój.
Pierwszym domowym kotem, którego poznałem, był neurotyczny burmańczyk o imieniu Kelly, dokładne przeciwieństwo tamtych kotów z farmy. Kelly
należał do przyjaciółki mojej matki, która cierpiała na nawroty choroby
i nie miała żadnego sąsiada, który mógłby zaopiekować się kotem podczas
jej pobytu w szpitalu. Braliśmy go więc na przechowanie. Nie można go
było wypuszczać na dwór, gdyż mógłby wtedy uciec do swojego domu.
Nieustannie miauczał, jadł tylko gotowanego dorsza i najwyraźniej był
przyzwyczajony, że stanowi wyłączny przedmiot zainteresowania swojej
zwariowanej właścicielki. Podczas pobytu u nas spędzał większość czasu
ukryty za kanapą, ale gdy dzwonił telefon, w kilka sekund wyskakiwał z kryjówki, upewniał się, że moja matka jest zajęta rozmową, po czym
zatapiał swe długie, burmańskie kły w jej łydce. Osoby często do nas
telefonujące wiedziały, że najpóźniej po dwudziestu sekundach rozmowę
przerwie okrzyk bólu i wymamrotane pod nosem przekleństwo. Co
zrozumiałe, nikt z nas nie lubił specjalnie Kelly'ego i zawsze czuliśmy
ulgę, gdy wracał do własnego domu.
Dopiero gdy zacząłem hodować własne zwierzęta, doceniłem przyjemność
płynącą z towarzystwa normalnego kota -?to znaczy kota, który mruczy,
kiedy się go głaszcze, i wita człowieka, ocierając się o jego nogi.
Doceniali to zapewne również pierwsi ludzie, którzy przed tysiącami lat
wpuścili koty za swój próg. Tego rodzaju oznaki przyjaźni są również
właściwe oswojonym egzemplarzom afrykańskiego żbika -?odległego przodka
kota domowego. Waga przywiązywana do tych cech stopniowo zwiększała się
na przestrzeni wieków. Podczas gdy współcześni właściciele kotów cenią
je nade wszystko za ich przymilność, przez większą część historii koty
musiały zapracować na utrzymanie, zwalczając myszy i szczury.
Wraz z rosnącą wiedzą o kotach coraz bardziej doceniałem ich utylitarną
przeszłość. Splodge, puszysty czarno-biały kociak, którego kupiliśmy
naszej córce w charakterze rekompensaty za konieczność przeprowadzki,
szybko wyrósł na dużego, kudłatego i dość humorzastego łowcę. W przeciwieństwie do wielu innych kotów nie czuł lęku przed szczurami,
nawet dorosłymi. Wkrótce nauczył się, że zostawianie nieżywego gryzonia
na środku kuchni, żebyśmy mogli go zobaczyć, gdy zejdziemy na śniadanie,
nie spotyka się z aprobatą, więc zaczął zachowywać szczegóły swojej
myśliwskiej działalności dla siebie -?choć sądzę, że dla szczurów nadal
nie miał litości.
Śmiały wobec szczurów Splodge zwykle stronił od innych kotów. Nieraz
słyszeliśmy trzask kociej klapki wejściowej, kiedy w szalonym pośpiechu
wpadał do domu, i jeśli się wówczas zerknęło przez okno, zwykle można
było zobaczyć jednego ze starszych kotów z sąsiedztwa wpatrującego się w nasze ogrodowe drzwi. Splodge miał ulubiony teren łowiecki w pobliskim
parku, ale przemykał się tam i z powrotem niezauważalnie. Jego
nieśmiałość wobec przedstawicieli własnego gatunku, zwłaszcza samców -
cecha często występująca u kotów -?była przejawem niskich umiejętności
społecznych, co jest może najważniejszą różnicą między kotami a psami.
Większość psów bez trudu "dogaduje się" ze swymi pobratymcami; dla kota
inny kot na ogół jest zagrożeniem. Mimo to wielu dzisiejszych
właścicieli spodziewa się, że ich pupil bez zastrzeżeń zaakceptuje
takiego intruza -?bez skrupułów biorą dodatkowego kota na wychowanie
albo zmieniają mieszkanie, przenosząc swoje niczego niepodejrzewające
zwierzę do nowego środowiska, które jakiś inny kot uważa za swoje
terytorium.
Kotu nie wystarcza stabilne środowisko społeczne. Spodziewa się, że
właściciele zapewnią mu również trwałe środowisko fizyczne. Kot jest z natury zwierzęciem terytorialnym, które mocno zapuszcza korzenie w swoim
otoczeniu. Niektórym wystarcza dom właściciela. Kolejna moja kotka,
Lucy, nie przejawiała zainteresowania polowaniem, chociaż była cioteczną
wnuczką Splodge'a. Rzadko oddalała się dalej niż o kilkanaście metrów od
domu -?tylko kiedy miała okres, znikała nawet na całe godziny za murem
naszego ogrodu. Za to Libby, urodzona w naszym domu córka Lucy, była
równie dzielnym myśliwym jak Splodge, lecz wolała przywoływać do siebie
kocury, zamiast ich szukać. Chociaż wszystkie trzy koty, Splodge, Lucy i Libby, były spokrewnione i wszystkie spędziły w tym samym domu większość
życia, każdy z nich miał odrębną osobowość, i jeśli, obserwując je,
nauczyłem się czegoś, to tego, że nie istnieje coś takiego, jak "typowy
kot": koty różnią się charakterem tak samo jak ludzie. Ta obserwacja
zainspirowała mnie do badań nad przyczynami tych różnic.
Transformacja kota z tępiciela gryzoni w zwierzę do towarzystwa
nastąpiła niedawno i w szybkim tempie, a ponadto -?zwłaszcza z punktu
widzenia kota -?nie dobiegła końca. Dzisiejsi właściciele oczekują od
swoich kotów zupełnie innych cech niż te, które były normą jeszcze przed
wiekiem. Pod wieloma względami koty opierają się swojej świeżo zyskanej
popularności. Wielu ludzi wolałoby, żeby nie mordowały bezbronnych,
małych ptaszków i myszek, a ci, którzy wyżej cenią dziką faunę niż
zwierzęta domowe, coraz mocniej podnoszą głos przeciwko łowieckim
skłonnościom kotów. Wydaje się, że koty budzą obecnie w ludziach więcej
wrogości niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich dwóch stuleci. Czy miałyby
szansę w ciągu kilku zaledwie pokoleń porzucić swoją naturę
najskuteczniejszego wroga gryzoni pozostającego na usługach człowieka?
Same koty obojętnie odnoszą się do kontrowersji, jakie budzi ich
drapieżna natura, lecz są aż nadto świadome problemów, na które
napotykają w kontaktach z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Ich
niezależność, dzięki której są zwierzętami wyjątkowo łatwymi do
utrzymania, wynika prawdopodobnie z samotniczej przeszłości. Są jednak z tego właśnie powodu słabo przygotowane do spełniania oczekiwań
właścicieli, którzy zakładają, że powinny być tak układne jak psy. Czy
koty mogą zdobyć się na większą elastyczność w kontaktach społecznych,
aby nie peszyła ich obecność innych kotów, a zarazem zachowały swój
jedyny w swoim rodzaju urok?
Jednym z powodów, dla których napisałem tę książkę, była chęć
postawienia prognozy: jak może prezentować się przeciętny kot domowy za
pięćdziesiąt lat. Chciałbym, żeby ludzie nadal cieszyli się towarzystwem
tego bez wątpienia cudownego zwierzęcia, ale nie jestem pewien, czy koty
jako gatunek zmierzają we właściwym kierunku. Im dłużej je badam,
zarówno zdziczałe "dachowce", jak rozpieszczone syjamy, tym bardziej
jestem przekonany, że nie powinniśmy traktować ich jako czegoś danego z góry. Jeśli mamy zapewnić kotom pomyślną przyszłość, musimy z większą
rozwagą podchodzić do ich hodowli i wychowania.
Podziękowania
Badania nad zachowaniem kotów rozpocząłem ponad trzydzieści lat temu,
najpierw w Waltham Centre for Pet Nutrition, następnie w Uniwersytecie w Southampton, a obecnie w Instytucie Antropozoologii Uniwersytetu
Bristolskiego. Większość wiedzy, którą zdobyłem, pochodzi ze
skrupulatnych obserwacji samych kotów -?moich własnych, należących do
sąsiadów, przebywających w schroniskach, kociej rodziny, która zalęgła
się w biurach Instytutu Antropozoologii, a także wielu kotów dziko
żyjących i wiejskich.
W porównaniu z ogromną rzeszą specjalistów zajmujących się psami
stosunkowo niewielu naukowców poświęciło się badaniom kotowatych, a dla
jeszcze mniejszej liczby głównym przedmiotem zainteresowania są koty
domowe. Wśród tych, z którymi miałem zaszczyt współpracować i którzy
pomogli mi w wyrobieniu sobie poglądu na koci sposób widzenia świata,
są: Christopher Thorne, David Macdonald, Ian Robinson, Sarah Brown,
Sarah Benge (z domu Lowe), Deborah Smith, Stuart Church, John Allen,
Ruud van den Bos, Charlotte Cameron-Beaumont, Peter Neville, Sarah Hall,
Diane Sawyer, Suzanne Hall, Giles Horsfield, Fiona Smart, Rhiann Lovett,
Rachel Casey, Kim Hawkins, Christine Bolster, Elizabeth Paul, Carri
Westgarth, Jenna Kiddie, Anne Seawright, Jane Murray, a także inni, zbyt
liczni, by ich wszystkich wymienić.
Wiele także nauczyłem się w toku dyskusji z kolegami po fachu w kraju i za granicą, takimi jak: śp. prof. Paul Leyhausen, Dennis Turner, Gillian
Kerby, Eugenia Natoli, Juliet Clutton-Brock, Sandra McCune, James
Serpell, Lee Zasloff, Margaret Roberts i jej koledzy z organizacji Cats
Protection, Diane Addie, Irene Rochlitz, Deborah Goodwin, Celia Haddon,
Sarah Heath, Graham Law, Claire Bessant, Patrick Pageat, Danielle
Gunn-Moore, Paul Morris, Kurt Kotrshal, Elly Hiby, Sarah Ellis, Britta
Osthaus, Carlos Driscoll, Alan Wilson i nieodżałowana śp. Penny
Bernstein. Dziękuję także pracownikom Wydziału Weterynarii Uniwersytetu
Bristolskiego, zwłaszcza profesorom Christine Nicol i Mike'owi Mendlowi
oraz doktorom Davidowi Mainowi i Becky Whay, za opiekę nad Instytutem
Antropozoologii i jego działaniami.
Moje badania opierały się na bezinteresownej współpracy wielu setek
właścicieli kotów (i ich zwierząt!), dla których zachowuję dozgonną
wdzięczność. Nasze prace nie byłyby też możliwe bez szczodrego wsparcia
brytyjskich organizacji dobroczynnych, takich jak Królewskie Towarzystwo
Zapobiegania Przemocy wobec Zwierząt, Niebieski Krzyż i St. Francis
Animal Welfare. Szczególną wdzięczność jestem winien organizacji Cats
Protection za dwa dziesięciolecia pomocy finansowej i praktycznej.
Podsumowanie blisko trzydziestu lat badań nad zachowaniem kotów w formie
przystępnej dla przeciętnego miłośnika tych zwierząt nie było łatwym
zadaniem. Mogłem przy tym korzystać z fachowej pomocy Lary Heimert i Toma Penna, moich redaktorów z wydawnictw Basic i Penguin, oraz mojego
niestrudzonego agenta Patricka Walsha. Dziękuję Wam za wszystko.
Podobnie jak w poprzednich książkach, poprosiłem mojego przyjaciela
Alana Petersa, by przywołał niektóre z opisywanych zwierząt do życia na
ilustracjach i, tak jak poprzednio, uczynił więcej, niż mogłem marzyć.
Na koniec muszę podziękować mojej rodzinie za wyrozumiałość dla jej
wymuszonej pracą nieobecności w miejscu, które moja wnuczka Beatrice
nazywa "biurem dziadunia".
Wprowadzenie
Kot jest dziś najpopularniejszym zwierzęciem domowym na świecie. W skali
całego globu koty niemal trzykrotnie przewyższają liczbą "najlepszych
przyjaciół człowieka", czyli psy1. Ponieważ
coraz liczniej zamieszkujemy duże miasta, które nie są najlepszym
środowiskiem dla psów, dla wielu osób wymarzonym towarzyszem staje się
kot. Więcej niż czwarta część brytyjskich rodzin trzyma w domu jednego
lub kilka kotów, można je także spotkać w co trzecim gospodarstwie
domowym w USA. Nawet w Australii, gdzie kot jest zwyczajowo demonizowany
jako okrutny zabójca niewinnych i nieszkodliwych torbaczy, hoduje go w przybliżeniu co piąta rodzina. Na całym świecie wizerunki kotów
towarzyszą reklamom wszelkiego rodzaju dóbr konsumpcyjnych -?perfum,
mebli, słodyczy. Grafika "Hello Kitty" widniała na ponad pięćdziesięciu
tysiącach markowych produktów wszelkiego rodzaju sprzedawanych w ponad
sześćdziesięciu krajach i przyniosła swoim twórcom miliardy dolarów
tantiem. Nawet jeśli znaczącą część populacji -?może jakąś jedną piątą -
stanowią ludzie nielubiący kotów, to pozostali nie stygną ani odrobinę w swoich gorących uczuciach dla tych zwierząt.
Koty w jakiś sposób potrafią być jednocześnie przymilne i niezależne. W porównaniu z psami wymagają znacznie mniej zachodu. Nie trzeba ich
tresować. Same dbają o czystość. Można je pozostawiać na cały dzień i nie będą cierpiały z powodu rozłąki, jak wiele psów, a zarazem witają
nas z radością, kiedy wracamy do domu (no dobrze -?nie wszystkie to
robią). Dzięki producentom karmy dla zwierząt karmienie kotów przestało
być uciążliwym obowiązkiem. Koty rzadko narzucają się człowiekowi, a jednocześnie są szczęśliwe, gdy poświęcamy im uwagę. Słowem -?są dla nas
wygodne.
Pomimo tej na pozór gładkiej przemiany w wyrafinowanego mieszkańca
miasta kot jest wciąż przynajmniej w trzech czwartych zakorzeniony w swojej dzikiej przeszłości. Umysł psa zmienił się radykalnie w porównaniu z jego przodkiem wilkiem, natomiast koty wciąż mają
mentalność dzikiego drapieżnika. Wystarczyłoby kilka pokoleń, by wróciły
do niezależnego sposobu życia ich antenatów sprzed dziesięciu tysięcy
lat. Zresztą nawet dzisiaj miliony kotów na całym świecie nie są
zwierzętami domowymi, lecz dzikimi "śmieciarzami" i łowcami, żyjącymi w otoczeniu ludzi, lecz zachowującymi wobec nich wrodzoną nieufność.
Dzięki zadziwiającej elastyczności, z jaką kocięta uczą się rozróżniać
między przyjaciółmi a wrogami, koty potrafią z pokolenia na pokolenie
radykalnie zmieniać sposób życia i potomek dzikich rodziców może stać
się zupełnie normalnym kotem domowym. Z drugiej strony, jeśli kot
zostanie porzucony przez właściciela i nie znajdzie sobie innego, to
może wrócić do grzebania w odpadkach, a po jednym lub dwóch pokoleniach
jego potomkowie będą nie do odróżnienia od tysięcy swoich pobratymców
egzystujących w ciemnych zakamarkach naszych miast.
W miarę jak koty stają się coraz bardziej popularne i coraz liczniejsze,
głos ich wrogów jest coraz lepiej słyszalny i jeszcze bardziej jadowity
niż kilka wieków temu. Kotom nigdy nie przyklejono etykietki zwierzęcia
"nieczystego", jak psom czy świniom2, ale
chociaż na pozór są powszechnie akceptowane, w każdej kulturze istnieje
mniejszość, która czuje do nich niechęć, a mniej więcej jedna na
dwadzieścia osób -?nawet odrazę. Niewielu ludzi Zachodu przyzna się
otwarcie, że nie lubi psów; ci, którzy to mówią, przeważnie okazują się
przeciwnikami wszelkich zwierząt3 albo
mieli jakieś nieprzyjemne przeżycia w dzieciństwie, na przykład zostali
pogryzieni. Fobia na koty4 jest głębiej
zakorzeniona i mniej rozpowszechniona niż pospolite fobie dotyczące
wężów lub pająków -?które mają pewne racjonalne podstawy z uwagi na
jadowitość niektórych gatunków -?lecz dla cierpiących na nią osób
stanowi równie silne doznanie. "Kotofobowie" byli zapewne w pierwszej
linii prześladowań na tle religijnym, które w średniowiecznej Europie
doprowadziły do wymordowania milionów kotów; według wszelkiego
prawdopodobieństwa ta przypadłość była wówczas równie rozpowszechniona
jak dzisiaj. Nie mamy więc żadnej gwarancji, że obecna popularność kotów
będzie trwała. Jeśli niczego nie zrobimy, dwudziesty wiek może okazać
się minionym Złotym Wiekiem tych zwierząt.
Obecnie zarzuty przeciwko kotom skupiają się głównie wokół tezy, iż
tępią one bez powodu i w bezsensowny sposób "niewinne" małe zwierzątka.
Głosy te są najdonośniejsze na południowej półkuli, ale rosną w siłę
także w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W skrajnych
przypadkach antykocie lobby domaga się, by kotom nie pozwalano polować,
by nie wypuszczano ich poza dom, by dzikie koty wyłapywać i usypiać.
Jeśli ktoś wypuszcza kota na dwór, oskarża się go o hodowanie zwierzęcia
niszczącego w otoczeniu dziką przyrodę. Weterynarze, którzy próbują
utrzymać dziko żyjące koty pod kontrolą, sterylizując je, szczepiąc i wypuszczając z powrotem na wolność, spotykają się z krytyką innych
przedstawicieli swojej profesji oraz niektórych ekspertów,
utrzymujących, że stwarza to warunki do (nielegalnego) porzucania
zwierząt domowych, co nie jest korzystne ani dla kotów, ani dla reszty
środowiska przyrodniczego5.
Obie strony sporu przyznają, że kot jest "z natury" łowcą, ale nie
zgadzają się co do tego, w jaki sposób kontrolować jego zachowania. W szczególności w Australii i Nowej Zelandii koty są uważane za "obcego"
drapieżnika rodem z półkuli północnej, więc z jednych prowincji są
usuwane, w innych przymusowo wszczepia się im mikrochipy lub w inny
sposób ogranicza ich swobodę. Nawet tam, gdzie koty od setek lat są
naturalną częścią dzikiej przyrody, jak w Wielkiej Brytanii i Stanach
Zjednoczonych, ich rosnąca popularność w roli zwierząt domowych skłania
głośną mniejszość do domagania się podobnych restrykcji. Właściciele
kotów wskazują natomiast, że nie ma naukowych dowodów, by koty domowe
znacząco zmniejszały populację jakiegokolwiek gatunku dzikiego ptaka lub
ssaka i że główną przyczyną takich zjawisk jest innego rodzaju zjawisko,
na przykład zniszczenie naturalnych siedlisk. Tak więc żadne
ograniczenia nakładane na koty nie przyczynią się do przywrócenia
liczebności gatunków, którym rzekomo zagrażają.
Same koty, rzecz jasna, nie zdają sobie sprawy z tego, że przestaliśmy
cenić ich sprawność łowiecką. Z ich subiektywnego punktu widzenia
największe zagrożenie stanowią nie ludzie, lecz inne koty. Kot nie ma
wrodzonej sympatii dla ludzi, lecz uczy się jej w młodości, i podobnie
nie rodzi się z przyjaznymi uczuciami dla innych przedstawicieli
własnego gatunku. Przeciwnie, jego naturalną reakcją na drugiego kota
jest nieufność, a nawet lęk. Inaczej niż wysoce uspołecznione wilki,
które były protoplastami współczesnych psów, przodkowie naszych kotów
domowych żyli samotnie, broniąc własnego terytorium. Kiedy przed mniej
więcej dziesięcioma tysiącami lat koty związały się z ludźmi, ich
wzajemna tolerancja musiała się poprawić, aby potrafiły żyć w większym
zagęszczeniu. Dzięki temu bowiem zdobywały od ludzi żywność -?najpierw
przypadkowo, później były świadomie karmione.
Koty nie wykształciły jednak dotąd takiej optymistycznej i przyjaznej
postawy wobec siebie nawzajem, jaka cechuje psy. W rezultacie wiele z nich przez całe życie stara się unikać kontaktu z własnym gatunkiem.
Tymczasem właściciele raz po raz nieumyślnie zmuszają je do obcowania z innymi kotami, którym nie mają powodu ufać -?czy będzie to kot sąsiada,
czy drugi kot w domu, sprowadzony "dla towarzystwa". W miarę wzrostu
popularności kotów nieuchronnie rośnie liczba takich kontaktów, co
zwiększa napięcie, jakiego zwierzę doznaje. Ponieważ unikanie konfliktów
staje się coraz trudniejsze, wiele kotów nie jest w stanie się odprężyć;
ciągły stres wpływa na ich zachowanie, a nawet na zdrowie.
Sytuacja wielu domowych kotów jest bardzo odległa od pożądanej, być może
dlatego, że przejawy ich złego samopoczucia nie są tak czytelne jak u psów -?koty cierpią w milczeniu. W 2011 roku brytyjska służba
weterynaryjna oceniła przeciętną fizyczną i społeczną kondycję kota
domowego na zaledwie 64 procent optimum, a jeszcze mniej w domach, w których żyje więcej niż jeden kot. Niewiele lepiej wypadł poziom
zrozumienia kocich zachowań przez właścicieli -?66 procent6. Nie ulega wątpliwości, że gdyby ludzie lepiej
wyczuwali, dlaczego ich koty zachowują się tak, a nie inaczej, kocie
życie byłoby znacznie szczęśliwsze.
Żyjące pod taką presją koty nie potrzebują naszych impulsywnych reakcji
emocjonalnych -?niezależnie od tego, czy są dla nich przyjemne, czy nie.
Powinniśmy raczej starać się lepiej zrozumieć, czego od nas oczekują.
Pies jest istotą pełną wyrazu: machanie ogonem i radosne podskoki nie
pozostawiają wątpliwości, że czuje się szczęśliwy; z równą łatwością da
nam do zrozumienia, że jest w obniżonym nastroju. Natomiast zachowania
kota nie są tak czytelne. Zachowuje swoje emocje dla siebie i rzadko
informuje nas, czego pragnie, jeśli nie liczyć prośby o jedzenie, kiedy
jest głodny. Nawet mruczenie, długo uważane za niedwuznaczny objaw
zadowolenia, okazuje się znacznie bardziej złożonym sygnałem. Wiedza o prawdziwej naturze psów, którą można uzyskać jedynie drogą badań
naukowych, przynosi tym zwierzętom wiele korzyści, ale w przypadku kotów
jest wręcz sprawą kluczową, gdyż rzadko potrafią nam one zakomunikować
swoje problemy, zanim będzie za późno na właściwą reakcję. Najważniejsza
jest dla nich nasza obecność w aż nazbyt częstej sytuacji, gdy życie
społeczne zwierzęcia wali się w gruzy.
Wielka szkoda, że koty -?w przeciwieństwie do psów -?nie stały się nigdy
przedmiotem dogłębnych badań. Niestety, nauka o kotach nie doczekała się
dotąd takiej eksplozji aktywności, jaka nastąpiła ostatnio w kynologii.
Koty nie przyciągnęły po prostu uwagi naukowców w takim stopniu jak psy.
Mimo to w minionych dwóch dekadach poczyniono znaczące postępy, które w poważnym stopniu zmieniły nasz obraz tego, w jaki sposób koty
postrzegają świat i jakie są źródła ich zachowań. Opis tych
fascynujących odkryć stanowi rdzeń niniejszej książki. Dostarczają nam
one pierwszych wskazówek mówiących, jak możemy pomóc kotom w dostosowaniu się do wymagań, które im stawiamy.
Koty przystosowały się do życia z ludźmi, zachowując jednocześnie w znacznym stopniu swoje pierwotne zwyczaje. Jeśli nie liczyć zewnętrznych
cech rasowych, współczesny kot nie jest tworem człowieka w takim
rozumieniu, w jakim jest nim pies. Można raczej powiedzieć, że koty
współewoluowały z nami, wpasowując się w dwie nisze ekologiczne, które
niechcący dla nich stworzyliśmy. Pierwsza z nich to rola tępiciela
szkodników. Jakieś dziesięć tysięcy lat temu dzikie koty pojawiły się w pierwszych spichrzach zbożowych, przyciągających liczne gryzonie. Wolały
polować tu niż na innych terenach. Kiedy ludzie uprzytomnili sobie
płynące stąd korzyści -?koty nie zjadały przecież ziarna ani roślin
uprawnych -?zaczęli zachęcać zwierzęta, by zostały z nimi na stałe,
oferując im nadwyżki pokarmów pochodzenia zwierzęcego, takie jak mleko i podroby. Drugą kocią rolą, która ukształtowała się bez wątpienia
znacznie później, ale jej początki też giną głęboko w starożytności,
była rola towarzysza ludzi. Pierwsze niewątpliwe świadectwa hodowania
kotów do towarzystwa pochodzą z Egiptu sprzed 4000 lat, ale możliwe, że
już znacznie wcześniej kocięta bywały traktowane jako przytulanki,
zwłaszcza przez kobiety i dzieci.
W ciągu ostatnich dziesięcioleci ta podwójna rola kotów nagle się
urwała. Chociaż jeszcze niedawno trzymaliśmy je dla ich zdolności
łowieckich, dziś mało kto wyraża zachwyt, znalazłszy na podłodze w kuchni upolowaną przez swego ulubieńca martwą mysz.
Za kotami ciągnie się dziedzictwo ich biologicznej przeszłości i wiele
ich zachowań wciąż jest odbiciem dzikich instynktów. Aby zrozumieć,
dlaczego kot zachowuje się tak, a nie inaczej, musimy dotrzeć do źródeł
i zbadać, jakie czynniki ukształtowały zwierzę, które znamy dzisiaj. W pierwszych trzech rozdziałach książki naszkicuję zatem przebieg ewolucji
kota od dzikiego, samotniczego myśliwego do wyrafinowanego mieszkańca
miejskich apartamentów. W przeciwieństwie do psów tylko znikoma
mniejszość kotów była kiedykolwiek świadomie hodowana przez ludzi -?a co
więcej, w tej hodowli zwracano uwagę wyłącznie na wygląd zewnętrzny.
Nikt nie próbował wyhodować specjalnej rasy kotów do strzeżenia
obejścia, do pilnowania owiec, do towarzystwa czy do pomocy myśliwemu.
Koty ewoluowały w taki sposób, by wypełnić niszę ekologiczną stworzoną w toku rozwoju rolnictwa, od jego początków, gdy polegało na zbieraniu i magazynowaniu dziko rosnących zbóż, po dzisiejszy wysoko zmechanizowaną
gospodarkę rolną.
Rzecz jasna, kiedy przed tysiącami lat koty po raz pierwszy zaczęły
zakradać się do ludzkich siedzib, nie mogły ujść uwagi ich uboczne
walory. Takie sympatyczne cechy, jak dziecinny wyraz pyszczka i oczu,
puszyste futerko, a przede wszystkim umiejętność przymilania się do
ludzi, sprzyjały adaptowaniu ich do roli zwierząt domowych. Z czasem
ludzka skłonność do mistycyzmu i kreowania symboli nadała kotu status
ikony. Takie skojarzenia głęboko zmieniły potoczny stosunek do kotów:
skrajne religijne poglądy na ich temat dotyczyły nie tylko tego, jak je
należy traktować, ale także samej ich biologii -?zachowania i wyglądu.
Koty zmieniły się, gdy zaczęły żyć wśród ludzi, ale ich i nasze sposoby
gromadzenia i interpretowania wiedzy o fizycznym świecie, który z nimi
dzielimy, są diametralnie odmienne. W rozdziałach 4-6 zajmiemy się tymi
różnicami: i my, i koty jesteśmy ssakami, ale nasze organy zmysłów i nasze mózgi działają w różny sposób. Właściciele kotów często lekceważą
te rozbieżności, gdyż mamy naturalną skłonność do postrzegania
otaczającego nas świata, jakby był jedyną obiektywną rzeczywistością.
Nawet dziś, w dobie racjonalizmu i nauki, wciąż traktujemy świat niczym
żywą istotę, potrafimy przypisywać intencje pogodzie, morzu i gwiazdom
na niebie. Jakże więc łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że koty -?takie
komunikatywne i przymilne -?są czymś w rodzaju małych, puszystych
człowieczków.
Badania naukowe ujawniają jednak, że koty niczym podobnym nie są.
Wychodząc od sposobu, w jaki mały kociak buduje swoją wizję świata,
która wpływa następnie na całe jego życie, opiszemy w tej części
książki, jak kot gromadzi informację o swoim otoczeniu, zwłaszcza za
pomocą swego szczególnie czułego węchu, jak jego mózg interpretuje te
informacje i jak doznawane emocje determinują jego reakcje na stające
przed nim wyzwania i sposobności. W kręgach naukowych dopiero niedawno
dopuszczono do głosu rozważania na temat emocji zwierząt. Część
specjalistów wciąż pozostaje przy opinii, że emocje są efektem ubocznym
świadomości, co oznaczałoby, że doznają ich jedynie ludzie i ewentualnie
nieliczne inne gatunki naczelnych. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że
skoro zwierzę posiadające taką samą jak my podstawową strukturę mózgową
i taki sam system hormonalny sprawia wrażenie przerażonego, to musi
doznawać czegoś zbliżonego do lęku -?być może nie takiego, jaki
przeżywamy my, ale jednak lęku.
Większość wiedzy o kotach, jaką udało się zdobyć biologom, potwierdza
(choć nie w pełni) koncepcję mówiącą, że wyewoluowały one przede
wszystkim jako drapieżniki. Kot jest jednak również zwierzęciem
społecznym, inaczej nie mógłby stać się domową maskotką. Warunki
udomowienia -?przede wszystkim konieczność współżycia z innymi kotami
bytującymi w ludzkich siedzibach, a następnie korzyści płynące z więzów
sympatii nawiązywanych z ludźmi -?poszerzyły repertuar społecznych
zachowań kota daleko poza ten, którym dysponowali jego dzicy przodkowie.
W rozdziałach 7-9 zbadamy szczegółowo te więzy społeczne. Zobaczymy, w jaki sposób kot postrzega inne koty i ludzi, w jakie relacje z nimi
wchodzi i dlaczego dwa różne koty mogą zupełnie inaczej reagować na tę
samą sytuację. Inaczej mówiąc, zajmiemy się zgłębianiem "kociej
osobowości".
Na zakończenie opiszemy sytuację kotów we współczesnym świecie i spróbujemy przewidzieć jej przemiany w nadchodzących dziesięcioleciach.
Koty są obecnie pod presją wielu różnych tendencji, zarówno przyjaznych,
jak i antagonistycznych. Rasowe pozostają wciąż w mniejszości, a ich
hodowcy skłonni są lekceważyć zasady, które w ostatnich
dziesięcioleciach tak radykalnie poprawiły położenie rasowych psów7. Rosnąca moda na krzyżówki kotów domowych z dziko żyjącymi przedstawicielami rodziny kotowatych, w wyniku czego
powstają takie "rasy" jak bengale, może przynieść nieoczekiwane
konsekwencje. Warto także postawić pytanie, czy koty nie ulegają
subtelnym, ale nieodwracalnym przemianom w wyniku zabiegów tych ludzi,
którym ich dobro leży na sercu. Dążenie do sterylizacji możliwie dużej
części bezpańskich kotów, choć w intencji zmierzające do zmniejszenia
liczby niechcianych i cierpiących kociąt, może paradoksalnie sprzyjać
stopniowej eliminacji tych właśnie cech, które usposabiają zwierzęta do
życia w harmonii z ludźmi: koty, które unikają sterylizacji, to często
osobniki najbardziej nieufne i najsprawniejsze w polowaniu. Przyjazne i uległe koty są dziś kastrowane, zanim zdążą pozostawić potomstwo, a najdzikszym i najbardziej niezależnym udaje się ujść uwagi miłośników
kotów i rozmnażają się do woli, posuwając ewolucję gatunku wstecz,
zamiast w kierunku lepszej integracji z człowiekiem.
Zachodzi obawa, że oczekujemy od naszych kotów więcej, niż są w stanie
nam dać. Chcielibyśmy, żeby zwierzę, które przez tysiące lat pomagało
nam w zwalczaniu szkodników, nagle porzuciło ten sposób życia, ponieważ
konsekwencje tego zwalczania zaczęliśmy uważać za nieapetyczne i trudne
do zaakceptowania. Chcielibyśmy także bez skrępowania wybierać naszemu
kotu towarzystwo lub sąsiedztwo innych kotów, nie biorąc pod uwagę jego
pochodzenia od zwierząt samotniczych i terytorialnych. Najwyraźniej
sądzimy, że koty, wzorem psów, tak elastycznych w kontaktach z innymi
przedstawicielami swojego gatunku, powinny wykazywać się tolerancją w relacjach, które im narzucamy jedynie dla własnej wygody.
Jeszcze dwadzieścia albo trzydzieści lat temu koty dotrzymywały kroku
oczekiwaniom człowieka, ale obecnie mają trudności z dostosowaniem się
do naszych żądań, żeby zaniechały polowania i nie tęskniły za
wychodzeniem na dwór. W przeciwieństwie do niemal wszystkich innych
domowych zwierząt, których hodowla od wielu pokoleń pozostawała pod
ścisłą kontrolą, przejście kotów od stanu dzikości do udomowienia
przebiegało -?jeśli pominąć koty rasowe -?drogą doboru naturalnego. Koty
ewoluowały tak, by wykorzystywać stwarzane przez nas możliwości.
Pozwalaliśmy im łączyć się według własnego uznania, ale największą
szansę osiągnięcia dojrzałości i wydania następnego pokolenia miały te
kocięta, które były najlepiej przystosowane do życia wśród ludzi,
cokolwiek to oznaczało w danym okresie.
Ewolucja nie zmierza do stworzenia kota pozbawionego instynktu
łowieckiego i równie tolerancyjnego społecznie jak pies -?w każdym razie
nie w perspektywie czasowej, która byłaby do przyjęcia dla przeciwników
kotów. Dziesięć tysięcy lat naturalnej selekcji nadało kotu
wystarczającą elastyczność, by dawał sobie radę, gdy sporadycznie jego
harmonia z człowiekiem się załamuje, ale za małą, by sprostać
wymaganiom, które ni stąd, ni zowąd pojawiły się w ostatnim czasie.
Nawet tak płodnemu zwierzęciu jak kot potrzeba wielu pokoleń, by uczynić
choćby niewielki krok w tym kierunku. Tylko świadoma i skrupulatnie
prowadzona hodowla może stworzyć koty pasujące do oczekiwań przyszłych
właścicieli i akceptowane przez tych, którzy kotów nie lubią.
Niezależnie od modyfikacji dziedzictwa genetycznego kotów możemy wiele
zrobić w kierunku "ulepszenia" już żyjących zwierząt. Bardziej sensowne
wychowanie kociąt, lepsze zrozumienie ich rzeczywistych potrzeb
środowiskowych, świadome uczenie kotów, jak mają radzić sobie w stresujących sytuacjach -?wszystko to pomoże im w dostosowaniu się do
naszych oczekiwań, a także może pogłębić więź zwierzęcia z jego
właścicielem.
Pod wieloma względami kot jest idealnym zwierzęciem domowym XXI wieku,
ale czy zdoła się adaptować do wymagań wieku XXII? Jeśli ma zachować
ludzką sympatię -?a prześladowania, jakim podlegały koty w przeszłości,
świadczą, że nie jest to oczywiste -?pomiędzy miłośnikami kotów,
działaczami ochrony przyrody i hodowcami musi ukształtować się konsensus
w sprawie pożądanego typu kota, który zadowoli ich wszystkich. Zmiany w tym kierunku muszą opierać się na badaniach naukowych. Pierwszym krokiem
powinno być lepsze zrozumienie przez właścicieli i ogół społeczeństwa, w jaki sposób koty się ukształtowały i dlaczego zachowują się w taki, a nie inny sposób. Jednocześnie właściciele kotów mogą poprawić ich
zaszarganą reputację, jeśli nauczą się wpływać na zachowanie swoich
zwierząt -?nie tylko uniemożliwiając im polowanie, lecz także
zapewniając im lepsze samopoczucie. W dłuższym okresie osiągnięcia
genetyki behawioralnej -?nauki zajmującej się mechanizmami dziedziczenia
zachowań i cech "osobowości" -?pozwolą nam wyhodować koty lepiej
dostosowane do coraz bardziej zatłoczonego świata.
Jak uczy doświadczenie historyczne, koty potrafią zadbać o siebie
rozmaitymi sposobami. Nie zdołają jednak bez naszej pomocy sprostać
wymaganiom, jakie dziś narzuca im społeczeństwo. Punktem wyjścia do
zrozumienia kota musi być rozumny szacunek dla jego zwierzęcej natury.
Rozdział 1
Kot pojawia się na progu
Hodowanie kotów do towarzystwa jest dzisiaj zjawiskiem powszechnym na
całym świecie, ale to, w jaki sposób przebiegało ich udomowienie, wciąż
pozostaje zagadką. Większość otaczających nas zwierząt udomowiono z praktycznych i prozaicznych powodów. Krowy, owce i kozy dostarczają
mleka, mięsa i skór. Ze świń mamy mięso, od kur -?mięso i jaja. Pies,
drugi z naszych ulubieńców, oferuje człowiekowi obok towarzystwa liczne
konkretne korzyści: pomaga w polowaniu i wypasie owiec, zapewnia obronę,
tropi po śladach -?to tylko kilka przykładów. Koty nie są nawet w przybliżeniu tak użyteczne jak wymienione wyżej zwierzęta; nawet ich
tradycyjna reputacja tępicieli szkodników może okazać się przesadzona,
choć to właśnie było od zarania ludzkości ich oczywistym zadaniem. Tak
więc, inaczej niż w przypadku psa, nie mamy prostego wyjaśnienia, w jaki
sposób kot tak skutecznie wpisał się w kulturę człowieka. Poszukiwanie
odpowiedzi musimy rozpocząć jakieś dziesięć tysiącleci temu, kiedy koty
po raz pierwszy pojawiły się w naszych progach.
Konwencjonalna teoria udomowienia kotów, oparta na wynikach badań
archeologicznych i źródłach historycznych, mówi, że najwcześniej
zwierzęta te żyły w ludzkich siedzibach w Egipcie około 3500 lat temu.
Została ona jednak ostatnio podważona za sprawą nowych faktów z obszaru
biologii molekularnej. Badania różnic pomiędzy DNA współcześnie żyjących
domowych i dzikich kotów wykazują, że ich drogi rozeszły się o wiele
wcześniej, od 10 do 15 tysięcy lat temu (8000-13000 lat p.n.e.).
Pierwszą datę udomowienia możemy bezpiecznie ulokować w tym przedziale.
Okres wcześniejszy nie wchodzi w rachubę z uwagi na ewolucję naszej
własnej kultury -?jest mało prawdopodobne, by myśliwi zbieracze epoki
kamiennej potrzebowali kotów i byli w stanie je utrzymywać. Dolna
granica, 10 tysięcy lat, wynika z założenia, że koty domowe pochodzą od
kilku różnych gatunków dzikich kotów wywodzących się z różnych obszarów
Bliskiego Wschodu. Inaczej mówiąc, do udomowienia kotów doszło
niezależnie od siebie w kilku miejscach i niekoniecznie w tym samym
czasie. Nawet jeśli przyjmiemy, że kot stał się zwierzęciem domowym
dopiero 8000 lat p.n.e., pozostaje około 6500 lat do czasów, z których
pochodzą pierwsze historyczne świadectwa obecności kotów w Egipcie.
Dotychczas tylko nieliczni uczeni z jakiejkolwiek dziedziny zajmowali
się tą najwcześniejszą -?i najdłużej trwającą -?fazą współżycia kotów z ludźmi.
Zgromadzone dotąd dane archeologiczne z tego okresu nie rzucają wiele
światła na to zagadnienie. Kocie zęby i fragmenty kości datowane na
7000-6000 lat p.n.e. odkopano w sąsiedztwie palestyńskiego miasta
Jerycho i w innych miejscach tzw. Żyznego Półksiężyca, "kolebki
cywilizacji" rozciągającej się od dzisiejszego Iraku, przez Jordanię i Syrię, po wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego i Egipt. Szczątki te nie
występują jednak powszechnie, a co więcej, mogą równie dobrze pochodzić
od dzikich kotów, być może zabijanych dla skór. W pochodzących z kolejnego tysiąclecia malowidłach skalnych i figurkach kotopodobnych
zwierząt odkrytych na terenie obecnego Izraela i Jordanii można by
dopatrywać się podobizn kotów domowych, lecz znaleziono je poza terenem
siedzib ludzkich, więc także mogą być wyobrażeniami dzikich kotów, być
może nawet wielkich przedstawicieli tej rodziny. Jeśli nawet przyjmiemy,
że te szczątkowe znaleziska odnoszą się do wczesnych form kota domowego,
niewyjaśniona pozostaje ich skrajna rzadkość. Do 8000 r. p.n.e. zażyłość
psów z ludźmi osiągnęła już taki poziom, że w wielu częściach Azji,
Europy i Ameryki Północnej grzebano je razem z ich właścicielami,
podczas gdy pochówki kotów rozpowszechniły się dopiero w Egipcie około
1000 r. p.n.e.1. Jeśli koty zostały
udomowione wcześniej, to powinniśmy dysponować znacznie bardziej
przekonującymi dowodami ich związków z człowiekiem.
Najwyraźniejszy trop początków współżycia kotów z ludźmi nie pochodzi z Żyznego Półksiężyca, lecz z Cypru. Jest to jedna z niewielu wysp Morza
Śródziemnego, które nigdy nie miały połączenia z lądem stałym, nawet w okresie, gdy poziom morza był najniższy, a zatem żyjące na niej
zwierzęta musiały tam dolecieć lub dopłynąć -?do czasu, gdy około 12
tysięcy lat temu ludzie nauczyli się pokonywać morze w pierwszych,
prymitywnych łodziach. Przed tą datą w basenie Morza Śródziemnego nie
było w ogóle zwierząt domowych, być może z wyjątkiem nielicznych
pierwotnych psów, więc te, które przybyły na Cypr z pierwszymi
osadnikami, musiały być albo doraźnie oswojonymi dzikimi okazami albo
"pasażerami na gapę". O ile zatem nie potrafimy rozstrzygnąć, czy
prehistoryczne pozostałości kotów odnalezione na stałym lądzie należały
do zwierząt dzikich, oswojonych czy udomowionych, o tyle na Cypr koty
mogły dotrzeć tylko świadomie przewiezione przez człowieka -?przy
niebudzącym zastrzeżeń założeniu, że również w tamtych czasach nie były
zdolne do pokonywania morza wpław, podobnie jak koty dzisiejsze.
Wszelkie ich szczątki znalezione na wyspie mogą więc pochodzić jedynie
od zwierząt na wpół udomowionych albo przynajmniej trzymanych w niewoli
oraz ich potomków.
Na Cyprze najstarsze szczątki kotów odnaleziono w pozostałościach
pierwszych stałych siedzib ludzkich; pochodzą z tego samego co one
okresu: około 7500 r. p.n.e. Jest zatem wysoce prawdopodobne, że koty
przewieziono na wyspę z rozmysłem. Kot to zwierzę zbyt duże i zbyt
nieufne, by przypadkowo zakradło się na ówczesną łódź. Niewiele wiemy o morskich statkach tamtych czasów, ale przypuszczalnie były na tyle małe,
że wykluczały podróż kotów na gapę. Co więcej, przez kolejne trzy
tysiące lat nie mamy żadnych świadectw występowania na Cyprze kotów poza
ludzkimi osiedlami. Najbardziej prawdopodobne jest więc, że pierwsi
osadnicy przywieźli ze sobą dzikie koty, które schwytali i oswoili
jeszcze na kontynencie. Trudno sądzić, że byli oni jedynymi ludźmi,
którzy wpadli na pomysł oswajania dzikich zwierząt, więc rozsądne wydaje
się założenie, że chwytanie i oswajanie kotów było już wówczas stałą
praktyką we wschodniej części basenu śródziemnomorskiego. Potwierdzają
to świadectwa prehistorycznej obecności oswojonych kotów pochodzące z innych wielkich wysp śródziemnomorskich: Krety, Sardynii i Majorki.
Na prawdopodobny cel oswajania dzikich kotów wskazują również odkrycia
dokonane w najstarszych siedzibach ludzkich na Cyprze. Od samego
początku osady te, podobnie jak położone na lądzie stałym, były nękane
przez plagę myszy domowych. Zapewne te niepożądane gryzonie dostały się
tam właśnie jako prawdziwi pasażerowie na gapę, przypadkowo przewiezieni
przez morze w worach z żywnością lub ziarnem siewnym. Najbardziej
przekonujący scenariusz wygląda więc tak, że kiedy tylko myszy zalęgły
się na Cyprze, koloniści sprowadzili oswojone lub na wpół udomowione
koty w celu ich zwalczania. Mogło się to zdarzyć dziesięć lub sto lat po
założeniu pierwszych osad -?datowanie archeologiczne nie jest
wystarczająco precyzyjne, by to stwierdzić. Jeśli tak rzeczywiście było,
sugerowałoby to, że praktyka oswajania kotów w celu tępienia myszy
zakorzeniła się na lądzie stałym przynajmniej 10 tysięcy lat temu. Nie
znaleziono dotąd na to twardych dowodów, gdyż powszechne występowanie
dzikich kotów nie pozwala rozstrzygnąć, czy szczątki odnalezione w obrębie ludzkiej osady należały do osobnika dzikiego, który zmarł
śmiercią naturalną lub został zabity przez myśliwych, czy też do kota,
które spędził z ludźmi całe lub prawie całe życie.
Tradycja oswajania dzikich kotów do walki ze szkodnikami, gdziekolwiek
się narodziła, przetrwała do naszych czasów, zwłaszcza w Afryce, gdzie
kot domowy jest rzadkością, a łatwo o gatunki dzikie. Niemiecki botanik
Georg Schweinfurth podczas podróży Białym Nilem w 1869 roku spostrzegł,
że jego skrzynie ze zbiorami roślinnymi są nocami atakowane przez
gryzonie. Oto fragment jego wspomnień:
Jednym z najpowszechniej występujących w okolicy zwierząt jest dziki kot
stepowy. Tubylcy nie hodują go, lecz łapią pojedyncze młode okazy i bez
trudu przyuczają do życia w sąsiedztwie ich chat i zagród. Dorastając,
koty podejmują naturalną dla nich wojnę ze szczurami. Wystarałem się o kilka takich zwierząt. Przetrzymane parę dni w zamknięciu, utraciły w znacznym stopniu swoją dzikość i przyzwyczaiły się do życia domowego,
przypominając pod wieloma względami zachowanie zwykłych kotów. Nocą
uwiązywałem je do moich zagrożonych bagaży i mogłem spać bez obawy, że
szczury wyrządzą mi szkodę2.
Podobnie jak Schweinfurth, również owi o wieki wcześniejsi pionierzy,
którzy przywieźli pierwsze koty na Cypr, prawie na pewno trzymali
zwierzęta na uwięzi. Gdyby pozwolono im na swobodę, zapewne szybko by
uciekły i dokonały spustoszenia miejscowej fauny, która wcześniej nie
miała do czynienia z tak sprawnymi drapieżnikami. Wiemy, że z czasem do
tego właśnie doszło. Kilka wieków po osiedleniu się człowieka na Cyprze
dziko żyjące koty rozprzestrzeniły się po całej wyspie i pozostały tam
przez tysiąclecia3. Zapewne tylko te z nich, które zamykano w spichrzach zbożowych, pozostały, by pomagać
ludziom w zwalczaniu szkodników. Pozostałe szybko się oddaliły, by żyć
kosztem dzikiej przyrody. Niewykluczone, że ludzie wyłapywali potomków
tych zbiegów, a sporadycznie nawet żywili się nimi, ponieważ na terenie
kilku neolitycznych osad pokruszone kości kotów znaleziono obok kości
innych drapieżników, takich jak lisy czy nawet psy.
Praktyka oswajania dzikich kotów do zwalczania gryzoni powstała
prawdopodobnie w odpowiedzi na pojawienie się w ówczesnych spichrzach
nowego gatunku szkodnika: myszy domowej (Mus musculus). W rzeczy samej
dzieje tych dwóch gatunków stale się ze sobą przeplatają. Mysz domowa
jest tylko jednym z ponad trzydziestu występujących na świecie gatunków
myszy, ale jedynym, który przystosował się do życia w sąsiedztwie ludzi
i korzystania z naszych zasobów żywności.
Mysz domowa wywodzi się od dzikiego gatunku myszy z północnych Indii,
istniejącego prawdopodobnie już przed milionem lat, a więc na długo
przed początkiem ewolucji człowieka. Stamtąd myszy rozprzestrzeniły się
na wschód i zachód, żywiąc się dzikimi zbożami, i w końcu osiągnęły
tereny Żyznego Półksiężyca, gdzie natknęły się na pierwsze magazyny
płodów rolnych. Zęby myszy znaleziono wśród ziarna sprzed 11 tysięcy lat
odkrytego w Izraelu, a w Syrii odkopano kamienny wisiorek sprzed 9500
lat z wyobrażeniem głowy myszy. Tak rozpoczął się trwający do dziś
związek tych gryzoni z człowiekiem. Ludzie nie tylko dysponowali
nadwyżkami żywności, z których myszy mogły korzystać. Ich domostwa
zapewniały myszom ciepłe i suche miejsce do zakładania gniazd,
zabezpieczone w dodatku przed drapieżnikami, takimi jak dzikie koty.
Myszy, które potrafiły zaadaptować się do tych warunków, przeżywały,
pozostałe zaś ginęły. Współczesna mysz domowa rzadko jest w stanie
rozmnażać się z dala od ludzkich siedzib, zwłaszcza że ma tam
konkurentów, choćby mysz leśną.
Ludzie stworzyli także myszom okazję do opanowania nowych obszarów.
Gryzonie z północno-wschodniej części Żyznego Półksiężyca, czyli obecnej
Syrii i północnego Iraku, zostały niechcący przetransportowane, zapewne
przy okazji handlu zbożem, na wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, a stąd na pobliskie wyspy, na przykład Cypr.
Pierwszą społecznością dręczoną przez myszy domowe byli ludzie kultury
natufijskiej i, co za tym idzie, najprawdopodobniej to oni zainicjowali
długą podróż kotów, która zakończyła się w naszych salonach. Żyli w okresie od 11 000 do około 8000 lat p.n.e. na obszarze, na który obecnie
składają się izraelska Palestyna, Jordania, południowo-zachodnia Syria i południowy Liban. Powszechnie uważani za pierwszych rolników, pierwotnie
byli myśliwymi i zbieraczami jak inne ludy tego regionu. Wkrótce jednak
wyspecjalizowali się w zbiorze dzikich zbóż, które rosły tu w obfitości
-?były to wówczas tereny znacząco żyźniejsze niż obecnie. Aby usprawnić
żniwa, wynaleźli sierp. Ostrza sierpów znalezione w pozostałościach
natufijskich osad do dziś zachowały lśniącą powierzchnię, co może być
jedynie skutkiem koszenia szorstkich pędów dzikich zbóż -?pszenicy,
jęczmienia i żyta.
Wcześni Natufijczycy zamieszkiwali niewielkie osady. Ich domy były
częściowo zagłębione w ziemi, miały ściany i podłogi z kamienia, a dachy
pokryte gałęziami. Aż do około 10 800 lat p.n.e. rzadko świadomie
hodowali zboże, lecz w ciągu następnych 1300 lat gwałtowne oziębienie
klimatu, określane jako młodszy dryas, zmusiło ich do intensyfikacji
uprawy roli: oczyszczania pól, siania i pielęgnowania roślin. Wraz ze
wzrostem ilości pozyskiwanego ziarna powstała potrzeba jego
magazynowania. Natufijczycy i ich następcy prawdopodobnie budowali w tym
celu specjalne zagłębienia oblicowane cegłą z gliny i przypominające
miniaturę ich domów. Chyba właśnie ten wynalazek zapoczątkował
udomowienie myszy, która, zagnieżdżając się w nowym dla siebie, bogatym
środowisku, stała się tym samym pierwszym szkodnikiem człowieka z rzędu
ssaków.
Rosnąca populacja myszy musiała przyciągnąć uwagę ich naturalnych
wrogów: lisów, szakali, drapieżnych ptaków, udomowionych psów i oczywiście dzikich kotów -?żbików. Żbiki miały dwie cechy, które dawały
im przewagę nad innymi drapieżnikami żerującymi na myszach: wyjątkową
zwinność i nocny tryb życia, co ułatwiało im polowanie w mroku, kiedy
myszy stawały się aktywne. Gdyby jednak czuły silny lęk przed
człowiekiem, właściwy ich współczesnym odpowiednikom, nie byłyby w stanie korzystać z tego nowego, obfitego źródła pożywienia. Wolno więc
sądzić, że żbiki z czasów kultury natufijskiej były mniej nieufne niż
dzisiejsze.
Nie mamy żadnych danych, które by świadczyły, że Natufijczycy świadomie
udomowili żbika. Podobnie jak wcześniej myszy, dzikie koty zjawiły się
samorzutnie, by korzystać z nowych zasobów żywności powstałych w rezultacie narodzin rolnictwa. W miarę jak kultura rolna Natufijczyków
rozprzestrzeniała się na nowe tereny i stawała coraz bardziej
wyrafinowana, obejmując rosnący zasób roślin uprawnych oraz udomowienie
takich zwierząt jak owce i kozy, powiększało się również pole działania
dla kotów. Nie były to przymilne zwierzątka, jakie znamy dzisiaj. Koty
eksploatujące nowo powstałe skupiska myszy przypominały raczej lisy
osiedlające się dzisiaj w mieście. Były wciąż zasadniczo dzikimi
zwierzętami, tyle że przystosowanymi do ludzkiego środowiska.
Udomowienie miało nadejść o wiele później.
Ewolucja kotów
Każdy przedstawiciel rodziny kotowatych, od majestatycznego lwa po
drobnego kota czarnołapego, wywodzi się w prostej linii od średniej
wielkości zwierzęcia określanego jako Pseudaerulus, które przemierzało
stepy Azji Środkowej około 11 milionów lat temu. Gatunek ten ostatecznie
wymarł, lecz wcześniej wyjątkowo niski poziom mórz pozwolił mu na
przekroczenie tego, co dziś nazywamy Morzem Czerwonym, i migrację na
teren Afryki, gdzie wyewoluowało z niego kilka gatunków kotów średniej
wielkości, wśród nich te, które dziś znamy jako karakale i serwale. Inne
Pseudaelurusy przeszły przez most lądowy w miejscu obecnej cieśniny
Beringa i dotarły do Ameryki Północnej, gdzie dały początek rysiom i pumom. Około 2-3 milionów lat temu, po utworzeniu się Przesmyku
Panamskiego, pierwsze koty pojawiły się w Ameryce Południowej. Tu
ewoluowały w izolacji, tworząc kilka gatunków niewystępujących w innych
częściach świata, takich jak ocelot i kot Geoffroya. Wielkie koty -?lwy,
tygrysy, jaguary i lamparty -?wykształciły się w Azji, a następnie
migrowały do Europy i Ameryki Północnej. Ich obecne rozprzestrzenienie
to tylko niewielki relikt obszarów, na których panowały kilka milionów
lat temu. Co ciekawe, są przesłanki, że dalecy przodkowie dzisiejszego
kota domowego ukształtowali się w Ameryce Północnej przed około 8
milionami lat i wrócili do Azji 2 miliony lat później. W przybliżeniu 3
miliony lat temu zaczęły się z nich wyodrębniać znane dziś gatunki,
takie jak żbik, kot pustynny czy kot bengalski. Odrębna linia azjatycka,
obejmująca manule i taraje, także odgałęziła się w tym czasie4.
Zaskakująco mało wiemy o dzikich kotach Żyznego Półksiężyca i terenów
przyległych (zob. kapsuła "Ewolucja kotów"). Wyniki badań
archeologicznych wskazują, że 10 tysięcy lat temu żyło ich w tym
regionie kilka gatunków zwabionych obfitością myszy. Wiemy też, że nieco
później starożytni Egipcjanie trzymali pewną liczbę oswojonych kotów
bagiennych (Felis chaus). Są one znacząco większe od żbików, ważą od
pięciu do dziesięciu kilogramów i są wystarczająco silne, by upolować
młodą gazelę albo jelenia aksis. Chociaż ich zwykła dieta obejmuje także
gryzonie, zapewne zbytnio rzucały się w oczy, by mogły się dostać do
spichlerzy. Albo też po prostu miały charakter wykluczający współżycie z człowiekiem. Dysponujemy dowodami, że Egipcjanie próbowali przysposobić
je do zwalczania szkodników, ale najwyraźniej bez większego powodzenia.
Kot bagienny
Współcześnie z nimi występowały koty pustynne (Felis margarita),
długouche nocne drapieżniki polujące z wykorzystaniem bardzo czułego
słuchu. Nie czują dużego lęku przed człowiekiem, więc mogły być dobrymi
kandydatami do oswojenia i udomowienia. Jednakże są one mieszkańcami
pustyni -?ich podeszwy porasta gęste futro chroniące łapy przed gorącym
piaskiem -?więc rzadko miały okazję znaleźć się w pobliżu spichrzów ze
zbożem: Natufijczycy osiedlali się głównie na obszarach leśnych.
W miarę jak ludzka cywilizacja rozprzestrzeniała się na wschód,
nieuchronnie nawiązywała kontakty z kolejnymi gatunkami kotów. W Chanhudaro, mieście tzw. kultury harappańskiej w dolinie Indusu
(dzisiejszy Pakistan), archeolodzy znaleźli glinianą cegłę sprzed 5000
lat z odciskiem łapy kota, na który nałożył się podobny odcisk łapy
psiej. Ponieważ tego rodzaju cegły po uformowaniu suszono na słońcu,
można przypuszczać, że kot przebiegł przez świeżą cegłę ścigany przez
psa. Odcisk ten jest większy niż łapa kota domowego, a jego płetwiasty
kształt i długie pazury wskazują na taraja (Felis viverrina), który
występuje dzisiaj na wschód i południe od doliny Indusu, aż po
indonezyjską Sumatrę, natomiast nie spotyka się go w Żyznym Półksiężycu.
Kot ten jest znakomitym pływakiem i specjalizuje się w polowaniu na ryby
oraz ptaki wodne. Chociaż nie gardzi także drobnymi gryzoniami, trudno
przypuszczać, by mógł się całkowicie przestawić na dietę złożoną z myszy, więc również nie był dobrym kandydatem do udomowienia.
Kot pustynny
Jeszcze dalej na wschód mamy co najmniej dwa kolejne gatunki kotów,
które porzuciły życie w dziczy, by wykorzystywać plagę szkodników
trapiącą ludzkie zasoby żywności. W Azji Środkowej i starożytnych
Chinach sporadycznie oswajano i trzymano do zwalczania gryzoni manule
(zwane też kotami Pallasa na cześć niemieckiego przyrodnika, który jako
pierwszy je sklasyfikował). Manul ma najdłuższą sierść spośród
wszystkich kotowatych, tak długą, że włosy niemal całkowicie
przesłaniają uszy. Natomiast w prekolumbijskiej Ameryce Środkowej rolę
tępiciela szkodników spełniał prawdopodobnie na wpół oswojony
jaguarundi, kot przypominający z wyglądu wydrę. Żaden z tych gatunków
nie doczekał się pełnego udomowienia i żaden nie jest bezpośrednim
przodkiem dzisiejszych kotów domowych.
Manul
Ze wszystkich tych rozmaitych gatunków dziko żyjących kotów tylko jeden
został z powodzeniem udomowiony. Zaszczyt ten przypada żbikowi
nubijskiemu (Felis silvestris lybica)5,
co wykazały badania DNA. W przeszłości zarówno uczeni, jak i hodowcy
przypuszczali, że niektóre rasy kotów domowych powstały jako krzyżówka z innymi gatunkami -?na przykład owłosione podeszwy kota perskiego są
podobne do łap kota pustynnego, a jego piękne futro w pewnym stopniu
przypomina manula. Jednakże materiał genetyczny wszystkich kotów
domowych -?syjamskich, perskich czy mieszańców -?nie wykazuje żadnego
związku z tymi gatunkami ani zresztą z żadnymi innymi. Z jakiegoś powodu
tylko żbik nubijski zdołał wtopić się w społeczność ludzką, wypierając
wszystkich konkurentów i rozprzestrzeniając się ostatecznie na cały
świat. Chociaż nie jest łatwo wyodrębnić cechy, które przyniosły mu ten
sukces, najwyraźniej występowały one w takim zestawie jedynie u dzikich
kotów z Bliskiego Wschodu.
Jaguarundi
Żbik (Felis silvestris) występuje dziś w Europie, Afryce i Azji
Środkowej, a także w Azji Wschodniej, gdzie prawdopodobnie wyewoluował.
Podobnie jak wiele drapieżników, choćby wilk, zajmuje obecnie izolowane,
odległe od siebie terytoria, na których uniknął zagłady z ręki ludzi.
Nie zawsze tak było. Pięć tysięcy lat temu w niektórych okolicach mięso
żbika uchodziło najwyraźniej za przysmak; wysypiska śmieci pozostawione
przez mieszkańców jeziornych osad na palach w Niemczech i Szwajcarii
zawierają liczne jego kości6. Żbiki musiały
być w tamtych czasach bardzo rozpowszechnione, inaczej nie spożywano by
ich w takich ilościach. Na przestrzeni stuleci ich liczebność malała,
gdyż były spychane w głąb lasów przez rozwijającą się kulturę rolną,
odbierającą im naturalne środowisko życia. Wynalazek broni palnej
sprawił, że na wielu obszarach zostały całkowicie wytępione. W XIX wieku
w niektórych krajach europejskich, m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech
i Szwajcarii7, zaliczano je do szkodników
ze względu na straty, jakie rzekomo powodowały w dzikiej zwierzynie i inwentarzu domowym. Dopiero ostatnio, dzięki utworzeniu rezerwatów
przyrody i lepszemu zrozumieniu ważnej roli, jaką drapieżniki odgrywają
w stabilizacji ekosystemów, żbiki pojawiły się ponownie na takich
terenach, jak Bawaria, gdzie nie widywano ich od setek lat.
Wśród żbików wyróżnia się obecnie kilka odmian czy też ras. Są to: żbik
europejski Felis silvestris silvestris, żbik nubijski Felis
silvestris lybica, żbik południowoafrykański Felis silvestris cafra
oraz indyjski kot pustynny Felis silvestris ornata8. Wszystkie te koty
mają podobną powierzchowność i mogą się krzyżować tam, gdzie ich zasięgi
się nakładają. Być może piątą odmianą jest bardzo rzadki chiński kot
pustynny Felis bieti, który, jak wynika z badań DNA, oddzielił się od
głównej linii w przybliżeniu ćwierć miliona lat temu. Niewykluczone, że
jest to już odrębny gatunek, gdyż nie znamy żadnych jego krzyżówek z pozostałymi kotami, ale może to być skutek braku okazji, nie zaś bariery
biologicznej, gdyż chińskie żbiki żyją tylko na niewielkim i trudno
dostępnym terytorium w prowincji Syczuan.
Żbiki z różnych części świata różnią się istotnie, jeśli idzie o łatwość
oswojenia. Do udomowienia zaś może dojść tylko wtedy, gdy zwierzęta są
na tyle oswojone, żeby wychowywać potomstwo w bliskości ludzi. Nie jest
niespodzianką, że te spośród młodych, które są najlepiej usposobione do
życia z człowiekiem i w jego środowisku, pozostaną na miejscu i będą się
nadal rozmnażać, podczas gdy inne najpewniej powrócą do stanu dzikości.
Po kilku pokoleniach taka powtarzająca się "selekcja naturalna"
doprowadzi stopniowo do zmiany genotypu zwierząt w kierunku lepszej
adaptacji do współżycia z ludźmi. Prawdopodobnie ci ostatni również
przyczynią się do intensyfikacji doboru naturalnego, karmiąc bardziej
przyjazne okazy, a odpędzając te, które gryzą i drapią. Taki proces nie
może się jednak rozpocząć bez wcześniejszego ukształtowania się pewnych
genetycznych podstaw oswojenia, a w przypadku żbików rozkład takich cech
bynajmniej nie jest równomierny. Współcześnie w niektórych częściach
świata brakuje odpowiedniego "surowca" do udomowienia, podczas gdy w innych perspektywy są znacznie lepsze.
Historyczne rozmieszczenie odmian żbika
Wiemy na przykład, że cztery wymienione odmiany żbików różnią się
łatwością oswojenia. Żbik europejski jest większy i masywniej zbudowany
niż typowy kot domowy i ma charakterystyczny, krótki ogon z grubym,
czarnym zakończeniem. Mimo to z większej odległości bardzo przypomina
zwykłego pręgowanego kota -?a ponieważ należy do najbardziej ostrożnych
dzikich zwierząt, większość ludzi nie może marzyć o tym, by zobaczyć go
z bliska. Wynika to z jego cech genetycznych, a nie z warunków, w jakich
żyje: ci nieliczni ludzie, którzy próbowali oswoić żbika, osiągnęli
bardzo mizerne rezultaty. W 1936 roku fotograf przyrody Frances Pitt
pisała:
Od dawna uchodziło za pewnik, że europejskiego żbika nie da się oswoić.
W swoim czasie nie dawałam temu wiary. (...) Mój optymizm zachwiał się,
kiedy zapoznałam się z Belzebubiną, Królową Diabłów. Przywieziono ją z górskiej części Szkocji -?podrośnięte kocię, wściekle prychające i drapiące. Jej bladozielone ślepia wpatrywały się w ludzi z dziką
nienawiścią i żadne wysiłki zmierzające do nawiązania z nią bardziej
przyjaznych relacji nie przynosiły rezultatu. W miarę dorastania była
coraz mniej lękliwa, ale to tylko wzmagało jej dzikość9.
Pitt wzięła później na wychowanie jeszcze młodszego kociaka płci
męskiej, w nadziei że Belzebubina była po prostu za duża, kiedy
zaczynano ją oswajać. Imię Szatan, które mu nadała, świadczy pewnie o tym, że obcowanie z nim od początku było niełatwe. Kiedy kot podrósł i nabrał pewności siebie, nie dawał się już dotknąć. Przyjmował wprawdzie
pokarm z ręki, ale prychał przy tym i warczał, a następnie szybko się
wycofywał. Nie był jednak patologicznie agresywny, jedynie nienawidził
ludzi. Kiedy był jeszcze młody, Pitt zapoznała go z domową kotką Beauty,
wobec której był "zupełnie grzeczny i przyjazny". Kiedy kocicę zabierano
z jego klatki, "bardzo to przeżywał, wypełniał powietrze chrypliwymi
wrzaskami. Jego głos był donośny i nieprzyjemny". Szatan i Beauty wydali
kilka miotów kociąt; wszystkie miały zewnętrzne cechy żbików. Niektóre z nich, mimo że wychowywały się od początku wśród ludzi, po dorośnięciu
stawały się równie dzikie jak ich ojciec. Inne okazywały więcej
przyjaźni Pitt i jej rodzicom, ale pozostawały nieufne wobec
nieznajomych. Doświadczenia Pitt ze szkockimi żbikami wydają się typowe:
również Mike'owi Tomkiesowi, Człowiekowi z Dziczy1, nie udało
się oswoić dwóch samic żbika, sióstr Cleo i Patry, które trzymał w swoim
odosobnionym domu na brzegu jednego ze szkockich jezior10.
Niewiele wiemy o indyjskim kocie pustynnym, ale on również uchodzi za
trudnego do oswojenia. Odmiana ta występuje od południowych i wschodnich
wybrzeży Morza Kaspijskiego na południe poprzez Pakistan po
północnoindyjskie stany Gudżarat, Radżastan i Pendżab, a na wschód przez
Kazachstan po Mongolię. Jego futro jest zwykle jaśniejsze niż u innych
odmian i plamiste, a nie pręgowane. Podobnie jak inne żbiki,
sporadycznie osiedla się w pobliżu ludzkich gospodarstw, przyciągany
przez obfitość gryzoni, ale nigdy nie czyni kolejnego kroku w kierunku
udomowienia -?nie akceptuje obecności człowieka. Mamy dane, iż w kulturze harappańskiej oswajano karakale, długonogie, średniej wielkości
koty z charakterystycznymi pędzelkami na uszach, a także koty bagienne,
nie wspominając o taraju, który pozostawił w Harappie odcisk łapy na
cegle. Nie ma natomiast żadnych śladów kotów pustynnych. Biolodzy i hodowcy długo podejrzewali, że koty syjamskie mogą być krzyżówką kota
domowego z pustynnym, wynikiem parzenia się wczesnych kotów domowych z dzikimi żbikami, do czego dochodziło gdzieś w otoczeniu doliny Indusu.
Jednakże u żadnego egzemplarza kota syjamskiego i ras pokrewnych uczeni
nie odnaleźli wzoru DNA właściwego kotom pustynnym. Obecnie przyjmuje
się, że koty syjamskie wywodzą się od żbików z Bliskiego Wschodu i Egiptu -?ponieważ w południowo-wschodniej Azji nie występują żadne koty
z gatunku silvestris, musiały one przybyć z zachodu już jako zwierzęta
w pełni udomowione.
Żbiki z Afryki Południowej i Namibii wykazują podobną odmienność
genetyczną. Wyodrębniły się z pierwotnej populacji w północnej Afryce i migrowały na południe około 175 tysięcy lat temu, mniej więcej w tym
samym czasie, gdy przodkowie indyjskiego kota pustynnego ruszyli na
wschód. Nie jest jasne, gdzie przebiega granica między żbikami
południowoafrykańskimi a nubijskimi -?nie przebadano dotychczas DNA tych
zwierząt w żadnej części kontynentu poza Republiką Południowej Afryki i Namibią. Żbiki z Nigerii są płochliwe, a zarazem agresywne i trudne do
oswojenia. Te z Ugandy niekiedy bardziej tolerują ludzi, ale wiele z nich ma wygląd nietypowy dla gatunku -?który w tym rejonie wyróżnia się
rudobrązowym tyłem uszu -?więc są prawdopodobnie mieszańcami i za ich
przyjazne zachowanie odpowiada domieszka "udomowionych" genów. Większość
bezpańskich kotów w tym regionie nosi cechy wskazujące, że miały wśród
przodków żbika, więc w wielu miejscach Afryki zaciera się rozróżnienie
między żbikiem, bezpańskim "ulicznikiem" i nierasowym kotem domowym.
Żbiki z Zimbabwe -?przypuszczalnie należące do odmiany
południowoafrykańskiej -?są dobrym przykładem. W latach sześćdziesiątych
XX wieku przyrodnik i muzealnik Reay Smithers wychował w swoim domu w ówczesnej Południowej Rodezji parę samic żbika, Goro i Komani11. Obie były na tyle oswojone, że wypuszczano je
z klatek, chociaż nie jednocześnie, gdyż wówczas rzucały się na siebie.
Pewnego razu Komani przepadła na cztery miesiące, po czym pewnego
wieczoru Smithers zobaczył ją w świetle latarki. "Zawołałem żonę, do
której Komani była szczególnie przywiązana. Usiedliśmy razem i żona
łagodnym głosem przywoływała kocicę po imieniu. Minął cały kwadrans,
zanim wreszcie zareagowała i przybiegła do nas. Przywitanie było
poruszające. Komani radośnie mruczała i ocierała się o nogi żony".
W identyczny sposób zachowuje się kot domowy, spotykając po rozłące
swojego właściciela, i na tym nie kończą się podobieństwa. Zarówno Goro,
jak i Komani przyjaźnie odnosiły się do psów Smithersa, ocierały się o ich nogi i wspólnie z nimi zwijały się w kłębek przed kominkiem.
Codziennie też demonstrowały swoje przywiązanie do samego Smithersa,
odtwarzając wylewne zachowania zwykłych kotów domowych.
Te kocice nigdy nie robią niczego połowicznie. Kiedy na przykład wracają
po dniu nieobecności, zachowują się nadzwyczaj przymilnie. Nie zważają
wtedy na to, co robi człowiek: ładują się na papiery rozłożone na biurku
i ocierają się o twoją twarz lub dłonie, wskakują ci na ramiona,
wpychają się pomiędzy ciebie a czytaną książkę, tarzają się po niej,
mrucząc i przeciągając się, słowem -?domagają się od ciebie
niepodzielnej uwagi.
Być może jest to naturalne zachowanie wychowanego w domu żbika
południowoafrykańskiego, ale bardziej prawdopodobne wydaje się to, że
Goro i Komani, choć niewątpliwe żbiki pod względem wyglądu zewnętrznego
i zdolności łowieckich, miały jednak w swoim DNA domieszkę pochodzącą od
kota domowego, z którym krzyżowali się ich przodkowie. Zakres
hybrydyzacji żbików południowoafrykańskich i kotów domowych ujawniły
niedawne badania sekwencji DNA, które pobrano od dwudziestu czterech
domniemanych żbików. Z tej liczby osiem osobników zdradzało pewne cechy
zewnętrzne właściwe kotom. Podczas badań prowadzonych w ogrodach
zoologicznych w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Republice
Południowej Afryki stwierdziłem, że dziesięć z dwunastu żbików
południowoafrykańskich wykazywało przyjazne nastawienie do swoich
opiekunów, a dwa z nich stale ocierały się o nich i ich lizały12. Zachowanie takie wyraźnie sugeruje, że były
to mieszańce. Natomiast te, które w ogóle nie pozwalały się dotykać,
prawdopodobnie były żbikami czystej krwi. Osiem osobników, których
reakcje były pośrednie, mogło należeć do każdej z tych kategorii.
Krzyżowanie się żbików z kotami domowymi nie ogranicza się do
południowej Afryki. W jednym z badań u pięciu z siedmiu dzikich kotów
schwytanych w Mongolii znaleziono fragmenty DNA pochodzące od kota
domowego, a tylko dwa były "czystymi" kotami pustynnymi. Ja sam podczas
prac nad kotami w ogrodach zoologicznych stwierdziłem, że z dwunastu
zwierząt tej odmiany trzymanych w niewoli tylko trzy kiedykolwiek
spontanicznie zbliżyły się do swojego opiekuna, a zaledwie jeden ocierał
się o jego nogi. Z proporcji ich materiału DNA można wnosić, że
najpewniej wszystkie one były mieszańcami, chociaż wyglądały jak typowe
koty pustynne. Podczas tych samych badań DNA dzikich kotów okazało się,
że prawie trzecia część "żbików" przebadanych we Francji miała wśród
przodków koty domowe13. Dzięki pojawieniu
się badań DNA łatwo jest wykryć przypadki krzyżowania się, jeśli
miejscowe żbiki są genetycznie odmienne od kotów domowych -?a tak jest w południowej Afryce, centralnej Azji i Europie. Stwierdzenie, czy mamy do
czynienia z dzikim zwierzęciem, czy z krzyżówką, jest o wiele
trudniejsze tam, gdzie domowe i dzikie koty mają niemal identyczny
materiał genetyczny, czyli na obszarze Żyznego Półksiężyca -?kolebki
żbika nubijskiego.
Mike Tomkies (ur. 1928) -?znany brytyjski przyrodnik i pisarz, który spędził prawie czterdzieści lat w bezludnych zakątkach Kanady, Szkocji i Hiszpanii. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki