Zrozumieć Amelię - Kimberly McCreight

-
Proszę czekać

gRa­Ce­FULLY

gRa­Ce­FULLY

5 WRZE­ŚNIA

Ponie­waż jest 176 defi­ni­cji słowa loser w urban­dic­tio­nary.com, nie nabi­jaj sta­ty­styki.

Cześć, suki!

Ach, roz­po­czę­cie nowego roku. A ja wra­cam do całego tego gówna, któ­rego opis nie nadaje się do druku...

Tak więc kiedy wy wszyst­kie spę­dza­ły­ście lato w Southamp­ton, na Nan­tuc­ket albo na połu­dniu Fran­cji, udo­sko­na­la­jąc grę w tenisa lub pas de deux, tre­nu­jąc do pierw­szego mara­tonu bądź delek­tu­jąc się swo­imi suk­ce­sami w ostat­nich mistrzo­stwach sza­cho­wych, ja w tym cza­sie śle­dzi­łam ruchy uko­cha­nych pra­cow­ni­ków naszego wydziału. Pan Zarit­ski wyje­chał do Ber­ke­ley w Kali­for­nii, aby na obo­zie nauko­wym uczyć super­by­strza­ków z tam­tej­szego uni­wer­sy­tetu. Podobno rodzice dopro­wa­dzili do tego, że zwol­niono go w dru­gim tygo­dniu, bo cuch­nął. Pani Pearl zna­la­zła sobie laty­no­skiego kochanka i w Miami nauczyła się tań­czyć na rurze. Żar­tuję. Oczy­wi­ście nie miała żad­nego kochanka. Bo czy w ogóle ktoś chciałby się z nią prze­spać?

No i słodki, wspa­niały pan Woodho­use. Któż nie chciałby zoba­czyć go w obci­słych kąpie­lów­kach? Nie­stety, miej­sce jego pobytu w tych gorą­cych mie­sią­cach pozo­staje nie­znane, choć wiem z pew­nego źró­dła, że spę­dził co naj­mniej jeden długi week­end wtu­lony w Liv, naszą kochaną pro­fe­sor od angiel­skiego. Mogę na to powie­dzieć tylko: brawo!

Jeśli cho­dzi o was, posta­ram się rela­cjo­no­wać wyda­rze­nia końca lata na pod­sta­wie napły­wa­ją­cych infor­ma­cji - przy­sy­łaj­cie mi je na gra­ce­ful­ly­blog@gmail.com. Bo zaczyna się kolejny rok: każdy fra­jer będzie miał szansę wresz­cie być cool, a tłu­ścio­chy mogą się stać szczu­pla­kami.

I te same stare pyta­nia: Czy śliczna mała Dylan kie­dy­kol­wiek się przy­zna, kogo bzyka? Czy Heather i Rachel kie­dy­kol­wiek przy­znają, że bzy­kają się ze sobą? Czy Zadie będzie się trzy­mała z dala od wię­zie­nia wystar­cza­jąco długo, żeby skoń­czyć szkołę? Z którą dziew­czyną z ostat­niego roku nasze cia­cho z dru­giego roku prze­śpi się naj­pierw? Kim jest ten Ian Gre­ene i czy jest aż tak sek­sowny, jak suge­rują zdję­cia na jego pro­filu? Coś mi mówi, że marne szanse. Ale to wy dowie­cie się jako pierw­sze.

Tym­cza­sem czyść­cie na błysk swoje nowe buciki i pamię­taj­cie o pro­mien­nym uśmie­chu. Zapnij­cie też pasy. Bo to będzie nie­zła jazda...

Kate

Kate

24 PAŹ­DZIER­NIKA

Kate wie­działa, że Vic­tor nie jest zado­wo­lony, jesz­cze zanim pod­nio­sła wzrok znad nota­tek i zoba­czyła złość malu­jącą się na jego twa­rzy. W pomiesz­cze­niu pano­wała cisza; wszy­scy - pię­cioro praw­ni­ków z kan­ce­la­rii Slone, Thayer oraz dzie­się­cioro z Asso­cia­ted Mutual Bank - cze­kali, aż Vic­tor Starke coś powie. Tym­cza­sem on odchy­lił się na opar­cie krze­sła i splótł ręce na brzu­chu. Ze swo­imi szpa­ko­wa­tymi wło­sami i w ide­al­nie leżą­cym, szy­tym na miarę gar­ni­tu­rze wyda­wał się przy­stojny i pełen god­no­ści, mimo oczy­wi­stego poiry­to­wa­nia.

W tej kło­po­tli­wej ciszy Kate zabur­czało w brzu­chu. Odchrząk­nęła i poru­szyła się lekko z nadzieją, że nikt tego nie usły­szał. Dziś rano była za bar­dzo zde­ner­wo­wana, by coś zjeść. Cze­kało ją to spo­tka­nie, ale szy­ko­wała się rów­nież na dys­ku­sję z Ame­lią. Do dys­ku­sji nie doszło. Ame­lia wybie­gła do szkoły z uśmie­chem na twa­rzy i rado­śnie macha­jąc jej na do widze­nia. Zosta­wiła Kate z nad­wyżką nie­wy­ko­rzy­sta­nej adre­na­liny i już spóź­nioną do pracy.

Kate spoj­rzała tęsk­nie na impo­nu­jącą kom­po­zy­cję z baj­gli, owo­ców i sło­dy­czy uło­żoną na bocz­nym stole w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Gdy pro­wa­dziło się spo­tka­nie z klien­tem, zastę­pu­jąc Jeremy'ego Fir­tha, uko­cha­nego szefa działu pro­ce­so­wego w Slone, Thayer, nie wsta­wało się w środku spo­tka­nia, żeby się­gnąć po prze­ką­skę.

- Zda­jesz sobie sprawę - zwró­cił się Vic­tor do Kate - że sta­wie­nie się na to wezwa­nie do sądu unie­ważni jakie­kol­wiek póź­niej­sze sprze­ciwy?

- Rozu­miem twoją fru­stra­cję, Vic­to­rze - odparła spo­koj­nie Kate - ale Komi­sja Papie­rów War­to­ścio­wych i Giełd ma prawo...

- Ma prawo? - wark­nął Vic­tor. - Powie­dział­bym raczej, że działa na wyrost.

Kate wytrzy­mała spoj­rze­nie Vic­tora zdra­dza­jące, że jego złość osią­gnęła nie­mal apo­geum. Teraz nie­zde­cy­do­wa­nie, nawet naj­drob­niej­sze, byłoby fatalne w skut­kach: Vic­tor z pew­no­ścią zażą­dałby spo­tka­nia z Jere­mym. Choć Kate była part­ne­rem, to mimo wszystko wciąż młod­szym part­ne­rem. Musiała pora­dzić sobie z tym sama.

- I co z tego będziemy mieli? Czy to nie... - Zanim Vic­tor dokoń­czył, w sali kon­fe­ren­cyj­nej ku zasko­cze­niu wszyst­kich zadzwo­nił tele­fon.

Rebecca, młod­sza asy­stentka, pospie­szyła ode­brać.

Vic­tor znów zwró­cił się do Kate:

- Chcę, żeby nasze zastrze­że­nia tra­fiły do ofi­cjal­nego pro­to­kołu, i chcę mieć budżet na cały ten baj­zel, zanim kto­kol­wiek otwo­rzy choć jedno pudło z papie­rami. Zrób to, a dosta­niesz swój zbiór doku­men­tów, zgoda?

Zupeł­nie jakby myślał, że Kate liczy na jakieś dodat­kowe korzy­ści. W rze­czy­wi­sto­ści ona w ogóle na tym nie zyska. Jedyny plus jest taki, że Jeremy doceni jej pracę. A to oczy­wi­ście ma zna­cze­nie. Bycie jed­nym z ulu­bio­nych uczniów Jeremy'ego ma zna­cze­nie, duże zna­cze­nie.

- Oczy­wi­ście, Vic­to­rze - odparła Kate. - Na pewno zro­bimy wszystko, żeby...

- Prze­pra­szam, Kate. - Tuż przy swoim uchu usły­szała prze­stra­szony szept.

Pod­nio­sła wzrok i zoba­czyła Rebeccę naj­wy­raź­niej zaże­no­waną tym, że jej prze­szka­dza.

- Prze­pra­szam, ale dzwoni twoja sekre­tarka. Mówi, że masz pilną roz­mowę i musisz ode­brać.

Kate poczuła, że się rumieni. Ode­bra­nie tele­fonu pod­czas spo­tka­nia z Vic­to­rem Star­kiem było jesz­cze gor­sze niż się­gnię­cie po baj­gla. Beatrice, sekre­tarka Kate, ni­gdy nie pozwo­li­łaby sobie na coś takiego, ale z powodu cho­roby nie przy­szła do pracy. Co prawda Kate pole­ciła wcze­śniej Rebecce, żeby infor­mo­wała ją o naj­waż­niej­szych roz­mo­wach. Spo­dzie­wała się tele­fonu od asy­stenta sędziego w spra­wie wnio­sku o okre­sowy zakaz zbli­ża­nia się, wydany dla jed­nego z klien­tów. I ten aku­rat musiała ode­brać.

- Pań­stwo wyba­czą - powie­działa, sta­ra­jąc się mówić takim tonem, jakby wszy­scy spo­dzie­wali się tego zakłó­ce­nia. - To potrwa tylko chwilę.

Gdy szła, by pod­nieść słu­chawkę, w pokoju zapa­no­wało mil­cze­nie, a ona czuła na sobie spoj­rze­nia zebra­nych. Wci­snęła miga­jący guzik "hold" i wtedy na szczę­ście roz­mowa za jej ple­cami znów ożyła. Wspól­nicy Vic­tora posłusz­nie wybuch­nęli śmie­chem, zapewne po jed­nym z jego dow­ci­pów.

- Tu Kate Baron.

- Dzień dobry, pani Baron - powie­działa kobieta po dru­giej stro­nie. - Mówi Pearl, pro­dzie­kan do spraw uczniów w Grace Hall.

Pilna roz­mowa, którą powinna ode­brać. Jak to moż­liwe, że nawet nie pomy­ślała o córce?

- Z Ame­lią wszystko w porządku? - Kate poczuła szyb­sze bicie serca.

- Tak, tak, nic jej nie jest - odparła pani Pearl z cie­niem roz­draż­nie­nia w gło­sie. - Ale doszło do pew­nego incy­dentu. Ame­lia została zawie­szona na trzy dni ze skut­kiem natych­mia­sto­wym. Musi pani tu przy­je­chać, pod­pi­sać for­mu­larz i zabrać ją do domu.

- Zawie­szona? O czym pani mówi?

Ame­lia ni­gdy dotąd nie wpa­ko­wała się w kło­poty. Nauczy­ciele uwa­żali, że uczyć ją to praw­dziwa przy­jem­ność - była bystra, kre­atywna, wni­kliwa i sku­piona. Miała świetne wyniki w spo­rcie, anga­żo­wała się w nie­mal każdą dzia­łal­ność dodat­kową. Raz w mie­siącu ochot­ni­czo pra­co­wała w CHIPS-ie, jadło­dajni dla ubo­gich, i regu­lar­nie poma­gała w przy­go­to­wa­niu szkol­nych imprez. Zawie­szona? Nie, nie Ame­lia. Mimo potwor­nego obcią­że­nia pracą Kate znała swoją córkę. Naprawdę ją znała. Musiało zajść jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

- Tak, Ame­lia została zawie­szona na trzy dni - powtó­rzyła pani Pearl. - Z oczy­wi­stych powo­dów możemy ją prze­ka­zać wyłącz­nie opie­ku­nowi albo rodzi­cowi. Czy to dla pani pro­blem, pani Baron, żeby tu przy­je­chać i ją ode­brać? Zda­jemy sobie sprawę, że pra­cuje pani na Man­hat­ta­nie, a z ojcem Ame­lii nie ma kon­taktu. Nie­stety, takie zasady panują w naszej szkole.

Kate usi­ło­wała nie przyj­mo­wać postawy defen­syw­nej. Nie była nawet pewna, czy to, co sły­szy w gło­sie pani Pearl, jest kry­tyką. Zbyt wiele lat musiała zno­sić cudzą kry­tykę, nie­wy­godne pyta­nia, dziwne spoj­rze­nia i kiep­sko zawo­alo­waną dez­apro­batę. Jesz­cze jako stu­dentka prawa zaszła w nie­pla­no­waną ciążę i oznaj­miła, że ją donosi. Jej rodzice uznali to za prze­jaw sza­leń­stwa i chyba do dziś nie zmie­nili zda­nia. Z pew­no­ścią ta decy­zja nie była w stylu Kate, która zwy­kle robiła wła­ściwe rze­czy we wła­ści­wym cza­sie. Pomyłki zda­rzały się jej tylko w spra­wach zwią­za­nych z męż­czy­znami. Posta­no­wie­nie o uro­dze­niu dziecka nie przy­szło jej łatwo, ale nie żało­wała, że je pod­jęła.

- Zaraz przy­jadę. Czy może mi pani cho­ciaż powie­dzieć, co ona... - Kate prze­rwała. Jako praw­niczka zdała sobie sprawę, że powinna sta­ran­nie dobie­rać słowa. Nie zamie­rzała przy­zna­wać, że jej córka jest winna. - O co kon­kret­nie oskar­żono Ame­lię?

- Oba­wiam się, że nie mogę dys­ku­to­wać o spra­wach dys­cy­pli­nar­nych przez tele­fon - odparła pani Pearl. - Obo­wią­zują nas zasady pouf­no­ści, pro­ce­dury. Na pewno to pani rozu­mie. Dyrek­tor Woodho­use tu na miej­scu poda pani szcze­góły. Kiedy dokład­nie pani przy­je­dzie?

Kate zer­k­nęła na zega­rek.

- Będę za dwa­dzie­ścia minut.

- Jeśli dwa­dzie­ścia minut to naj­lep­sze, na co panią stać - stwier­dziła pani Pearl i zabrzmiało to tak, jakby miała ochotę powie­dzieć coś o wiele mniej przy­chyl­nego.

Dwa­dzie­ścia minut było o wiele zbyt opty­mi­stycz­nym zało­że­niem. Vic­tor kate­go­rycz­nie się sprze­ci­wił, gdy Kate spró­bo­wała zakoń­czyć spo­tka­nie wcze­śniej. W tej sytu­acji musiała wezwać Jeremy'ego.

- Nie­na­wi­dzę tego robić - powie­działa mu na kory­ta­rzu przed salą kon­fe­ren­cyjną.

I naprawdę nie­na­wi­dziła. To było coś, czego bez­dzietny i od dawna roz­wie­dziony Daniel, jej super­am­bitny kolega z roku na stu­diach praw­ni­czych, a teraz młod­szy part­ner w fir­mie tak jak ona, ni­gdy by nie zro­bił, nawet gdyby miał krwo­tok wewnętrzny.

- Tylko że dzwo­nili ze szkoły Ame­lii. Muszę jechać ją ode­brać.

- Żaden pro­blem. Tak naprawdę ura­to­wa­łaś mnie przed spo­tka­niem z Verą i ekipą od prac wykoń­cze­nio­wych w nowym miesz­ka­niu. Wolał­bym dys­ku­sję z Attylą niż roz­mowy o ścia­nach nośnych - odparł Jeremy z jed­nym ze swo­ich popi­so­wych uśmie­chów. Prze­su­nął dło­nią po przed­wcze­śnie posi­wia­łych wło­sach. Był wysoki, przy­stojny i jak zwy­kle ele­gancki w koszuli w różowe prążki. - Wszystko w porządku?

- Nie wiem - odparła Kate. - Naj­wy­raź­niej Ame­lia wpa­ko­wała się w jakieś kło­poty, choć to nie­praw­do­po­dobne. Ona się nie pakuje w kło­poty.

- Ame­lia? Dopiero co wychwa­la­łem ją w reko­men­da­cji na letni pro­gram w Prin­ce­ton, więc może jestem ten­den­cyjny, ale zde­cy­do­wa­nie tego nie kupuję. - Jeremy współ­czu­jąco poło­żył dłoń na ramie­niu Kate i znów się uśmiech­nął. - Wiesz, jakie są te pry­watne szkoły. Naj­pierw obwi­niają, dopiero potem zadają pyta­nia. Cokol­wiek się stało, ist­nieje jakieś roz­sądne wyja­śnie­nie.

Niby nic, a Kate poczuła się tro­chę lepiej. To był cały Jeremy, zawsze z ide­al­nym wyczu­ciem. Wyda­wało się auten­tyczne nawet Kate, która miała prawo do scep­ty­cy­zmu.

- Vic­tor nie jest zado­wo­lony - powie­działa, wska­zu­jąc na zamknięte drzwi sali kon­fe­ren­cyj­nej. - Czuję się tro­chę tak, jak­bym rzu­cała cię na pożar­cie wil­kom.

- Nie przej­muj się. - Jeremy non­sza­lancko mach­nął ręką.

Potra­fił pra­co­wać aż do świtu, rano pójść do sądu na prze­graną sprawę i rów­no­cze­śnie sta­wić czoło wzbu­rzo­nemu prze­ciw­ni­kowi i nie­za­do­wo­lo­nemu klien­towi, na doda­tek ni­gdy nie tra­cił podej­ścia typu "prze­cież wszy­scy jeste­śmy przy­ja­ciółmi".

- Pora­dzę sobie z Vic­to­rem Star­kiem. Zaj­mij się Ame­lią.

Kate wybrała metro, by unik­nąć kor­ków w Mid­town, mimo to miała aż czter­dzie­ści pięć minut spóź­nie­nia, gdy pociąg numer 2 nie­spo­dzie­wa­nie zatrzy­mał się tuż przed Nevins Street. Czter­dzie­ści pięć, pięć­dzie­siąt minut... Tyle mniej wię­cej spóźni się do Grace Hall. O ile dopi­sze jej szczę­ście. Dyrek­tor i pani Pearl na pewno uznają to za dowód, że jest kiep­skim rodzi­cem. Spóź­niona matka, wyko­le­jone dziecko. Wnio­sek nasu­wał się sam.

Im wię­cej Kate się nad tym zasta­na­wiała, tym bar­dziej była prze­ko­nana, że Ame­lię oskar­żono o coś poważ­nego. Szkoła Grace Hall szczy­ciła się tym, że jest libe­ralna, otwarta i nasta­wiona na roz­wój uczniów. Została zało­żona dwie­ście lat wcze­śniej przez grupę inte­lek­tu­ali­stów z Nowego Jorku: dra­ma­tur­gów, arty­stów i poli­ty­ków. Sza­no­wano ją za świetną kadrę i nie­zrów­nany pro­gram przed­mio­tów zwią­za­nych ze sztuką. Choć Grace Hall czę­sto wymie­niano obok naj­star­szych man­hat­tań­skich szkół pry­wat­nych - Dal­ton, Col­le­giate, Tri­nity - znaj­do­wała się na Bro­okly­nie, co ozna­czało powią­za­nia z bohemą. Jako taka stro­niła od pod­ręcz­ni­ków i stan­dar­do­wych testów, pre­fe­ru­jąc naukę poprzez doświad­cza­nie. Ogra­ni­czona liczba zasad for­mal­nych utrud­niała Kate odgad­nię­cie, co musiałby zro­bić uczeń, żeby uza­sad­niało to jego zawie­sze­nie.

Nagle pociąg syk­nął, szarp­nął, prze­je­chał kilka metrów do przodu, po czym znów się zatrzy­mał. Kate spoj­rzała na zega­rek. Co naj­mniej godzina i pięć minut spóź­nie­nia. Zostały jej jesz­cze cztery przy­stanki. Niech to szlag. Zawsze się spóź­niała, na wszystko. Wstała i pode­szła do drzwi wagonu, czu­jąc ogar­nia­jące ją wąt­pli­wo­ści.

Ostat­nio Ame­lia wyda­wała się roz­ko­ja­rzona, nawet tro­chę humo­rza­sta. Miała pięt­na­ście lat i to czę­ściowo uspra­wie­dli­wiało fochy, a jed­nak cho­dziło chyba o coś wię­cej. Na przy­kład te jej pyta­nia o ojca. I to w kółko powta­rzane wyja­śnie­nie Kate, że po jed­nym krót­kim spo­tka­niu wyje­chał uczyć dzieci w Gha­nie i ni­gdy nie wró­cił, naj­wy­raź­niej nie wystar­czało. No i Ame­lia zale­d­wie poprzed­niego ranka wysko­czyła z tym absur­dal­nym pyta­niem, czy może spę­dzić semestr za gra­nicą.

- Mamo, nie mogła­byś po pro­stu zostać i przez jedną minutę mnie posłu­chać?

Ame­lia z rękami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach opie­rała się o kuchenny blat. Z dłu­gimi jasnymi wło­sami, które falami opa­dały jej na ramiona, i z tymi nie­sa­mo­wi­tymi oczami - jedno nie­bie­skie, dru­gie piwne - lśnią­cymi w cie­płym poran­nym świe­tle, wyda­wała się o wiele star­sza i wyż­sza niż zale­d­wie dzień wcze­śniej. Miała piękną twarz w kształ­cie serca, z wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi odzie­dzi­czo­nymi po Kate. Wyglą­dała sek­sow­nie w dżin­so­wych bio­drów­kach i obci­słej koszulce bez ręka­wów. Na szczę­ście wciąż było w niej coś z dziecka, małego urwisa.

- Tak, Ame­lio, mogę cię posłu­chać. Przez minutę - odparła Kate, pró­bu­jąc zacho­wać cier­pli­wość.

Zapro­po­no­wała wła­śnie wyjazd na Ber­mudy w Święto Dzięk­czy­nie­nia. Skwa­szony wyraz twa­rzy dowo­dził, że Ame­lia potrak­to­wała to rów­nie entu­zja­stycz­nie jak zapo­wiedź spę­dze­nia week­endu u den­ty­sty.

- Zawsze mam czas, żeby cię wysłu­chać.

- Chcę spę­dzić następny semestr w Paryżu - powie­działa Ame­lia.

- W Paryżu?

Kate wepchnęła do torby lap­top i kilka teczek z aktami, po czym pod­jęła poszu­ki­wa­nia tele­fonu, który zosta­wiła chyba na bla­cie. Prze­su­nęła ręką po wło­sach. Wciąż były wil­gotne, choć byłaby gotowa przy­siąc, że je wysu­szyła. Ame­lia wpa­try­wała się w nią czuj­nie.

- Cały semestr? Paryż jest strasz­nie daleko.

Mimo naj­lep­szych chęci Kate czuła iry­ta­cję. Oczy­wi­ście Ame­lia umyśl­nie nalega, by prze­pro­wa­dzić tę roz­mowę aku­rat teraz, gdy wie, że matka jest już spóź­niona. Kate zasta­na­wiała się cza­sem, czy Ame­lia nie jest lep­szym stra­te­giem, niż można by sądzić. Pozwa­lała córce na wiele rze­czy: późne powroty do domu, noco­wa­nie u kole­ża­nek, imprezy, bo Ame­lia pytała ją o zgodę, gdy Kate była zestre­so­wana albo się spie­szyła. Semestr w Euro­pie to zupeł­nie inna histo­ria. Kate nie zamie­rzała ulec tylko dla­tego, że tak byłoby łatwiej. Ale byłoby. O wiele, wiele łatwiej.

- Jakie to ma w ogóle zna­cze­nie? - Ame­lia wydała z sie­bie pełen roz­draż­nie­nia gar­dłowy dźwięk. - I tak cię ni­gdy nie ma.

Dłu­gie godziny pracy Kate zazwy­czaj nie wywo­ły­wały skarg Ame­lii. Kate zawsze zakła­dała - a może raczej miała nadzieję - że jest tak dla­tego, że Ame­lia zna tylko życie z samotną matką, która ma wyma­ga­jącą pracę. Mimo to przy­go­to­wy­wała się psy­chicz­nie na odkry­cie, że jej córka i tak jest świa­doma ist­nie­nia tych luk, bo ich gorącz­kowe zapy­cha­nie miło­ścią macie­rzyń­ską nie na wiele się zda­wało.

- Ame­lio, daj spo­kój. To nie fair. Poza tym semestr za gra­nicą spę­dza się w col­lege'u, nie w szkole śred­niej.

- To będzie kształ­cące.

Kate spoj­rzała na córkę z nadzieją, że dostrzeże w jej oczach iskierki humoru. Nic z tego. Ame­lia mówiła cał­ko­wi­cie poważ­nie.

- Ame­lio, chcia­ła­bym móc odwo­łać to spo­tka­nie i zostać, żeby z tobą poroz­ma­wiać - powie­działa szcze­rze Kate. - Ale naprawdę nie mogę. Pro­szę, czy mogły­by­śmy wró­cić do tego tematu dziś wie­czo­rem?

- Po pro­stu powiedz "tak", mamo! - wrza­snęła Ame­lia.

Kate aż pod­sko­czyła. Jej córka zazwy­czaj nie wrzesz­czała, zwłasz­cza nie na nią.

- To naprawdę łatwe. Posłu­chaj: "tak"! Po pro­stu.

I to jest to, pomy­ślała Kate. Jest ofi­cjal­nie nasto­latką. Od tej pory będzie "ona prze­ciwko mnie", nie "my dwie prze­ciwko całemu światu".

Pech chciał, że wbrew swoim naj­szczer­szym chę­ciom Kate wró­ciła do domu za późno (znów spóź­niona, zawsze spóź­niona), by roz­ma­wiać o tym seme­strze za gra­nicą. Była jed­nak gotowa następ­nego ranka - tego ranka. Obu­dziła się nawet wcze­śniej, choć spo­tka­nie z Vic­to­rem z pew­no­ścią miało być jed­nym z bar­dziej stre­su­ją­cych w jej karie­rze. Potrze­bo­wała dużo czasu na roz­mowę z Ame­lią o Paryżu. Zamie­rzała sta­now­czo obsta­wać przy odmo­wie, ale zapro­po­no­wać, że wybiorą się tam razem na Gwiazdkę. Zamie­rzała też prze­pro­sić, że tak czę­sto nie ma jej w domu, zwłasz­cza ostat­nio. Wciąż uda­wało jej się utrzy­mać piąt­kowe wyj­ścia z Ame­lią na kola­cję i wyj­ścia do kina w nie­dzielę. Jed­nak ich week­en­dowe wypady zostały znacz­nie ogra­ni­czone.

Od wcze­snego dzie­ciń­stwa Ame­lii Kate sta­rała się zor­ga­ni­zo­wać co naj­mniej jedną wycieczkę w każdy week­end. Show na Broad­wayu, wystawa w Metro­po­li­tan Museum, Festi­wal Kwit­ną­cej Wiśni w bro­oklyń­skim ogro­dzie bota­nicz­nym, Parada Syren na Coney Island. Roz­ra­sta­jąca się sprawa Asso­cia­ted Mutual Bank pochła­niała jed­nak coraz wię­cej czasu. Poza tym Ame­lia miała sporo swo­ich zajęć: hokej na tra­wie, klub fran­cu­ski, pracę ochot­ni­czą, spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi. Ostat­nio ona rów­nież zawsze się dokądś spie­szyła.

Kate wciąż stała przy drzwiach metra, stu­diu­jąc odbi­cie swo­jej zmę­czo­nej twa­rzy w dłu­giej szy­bie. Z gło­śni­ków dobiegł kom­pu­te­rowy głos:

- Chwi­lowo wstrzy­muje nas ruch pocią­gów przed nami. Pro­simy o cier­pli­wość.

Koniec koń­ców tego ranka Kate nie poroz­ma­wiała z Ame­lią o swo­jej pracy, o Paryżu ani o czym­kol­wiek innym. Nie­po­trzeb­nie się zamar­twiała i nasta­wiała psy­chicz­nie. Ame­lia po pro­stu zeszła na dół, roz­pro­mie­niona i szczę­śliwa, i oświad­czyła, że jed­nak nie chce jechać do Paryża. Oczy­wi­ście ta nagła rezy­gna­cja była podej­rzana. Co z tego? Kate wciąż nie mogła uwie­rzyć, że Ame­lia zro­biła coś tak złego, by to uza­sad­niało zawie­sze­nie. W ostat­nich dniach zacho­wy­wała się jed­nak nieco dziw­nie... Mimo wszystko mogła coś prze­skro­bać.

Kate znów zer­k­nęła na zega­rek. Godzina i dzie­sięć minut spóź­nie­nia. Cho­lera. Jest okropną, okropną matką. Praca i samo­dzielne wycho­wy­wa­nie dziecka to zbyt wiele. Nie pozo­sta­wał jej mar­gi­nes na błąd. Dosta­wała z innych firm praw­ni­czych oferty pracy, które pozwa­la­łyby jej na wię­cej ela­stycz­no­ści - i przy­no­si­łyby mniej (choć nie za mało) pie­nię­dzy. To nie pie­nią­dze były rze­czy­wi­stym powo­dem, dla któ­rego Kate nie zmie­niała pracy. Lubiła ją i była w niej dobra, a to spra­wiało, że czuła się kom­pe­tentna. Suk­ces - naj­pierw na stu­diach, potem w życiu zawo­do­wym - dawał jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. A to nie byle co, zwłasz­cza że na hory­zon­cie nie dostrze­gała ryce­rza na bia­łym koniu.

Nie nale­żała do kobiet cze­ka­ją­cych na ratu­nek. Koniec, kropka. Poszła na kilka ran­dek z banal­nego powodu: czuła, że powinna to zro­bić. Przy­ja­ciele też czę­sto nale­gali, że umó­wią ją z kimś. Ale ona ni­gdy nie miała szczę­ścia do związ­ków - ani w szkole śred­niej, ani w col­lege'u, ani na stu­diach. Tak naprawdę naj­zdrow­szy zwią­zek stwo­rzyła z Sethem, który, będąc z nią, odkrył, że jest gejem. Przed Sethem miała innych chło­pa­ków, zazwy­czaj w podob­nym typie, czyli peł­nych rezerwy emo­cjo­nal­nej. Teraz, jako trzy­dzie­sto­ośmio­latka, zda­wała sobie sprawę, że jej kiep­ski gust przy wybo­rze part­ne­rów jest mocno zwią­zany z wycho­wa­niem, jakie ode­brała. Choć to wcale nie ozna­czało, że cokol­wiek mogła w tej spra­wie zmie­nić.

Trudno powie­dzieć, czy męż­czyźni, z któ­rymi spo­ty­kała się ostat­nio, byli nie­wła­ściwi, czy po pro­stu ona nie miała dla nich czasu pomię­dzy pracą a Ame­lią. Nie­mniej żaden z nich nie utrzy­mał się na dłu­żej. Dzięki temu życie wyda­wało się nieco łatwiej­sze. Tylko że z tego powodu mogła nie uro­dzić dru­giego dziecka. W takim razie mło­dzień­cza "wpadka" - tego cza­ru­ją­cego okre­śle­nia jej matka uży­wała bez zająk­nię­cia nawet wtedy, gdy Ame­lia stała się tak duża, by je zro­zu­mieć - mogła pozo­stać jedy­naczką. Ta myśl nie do końca paso­wała Kate, była jed­nak nie­sa­mo­wi­cie wygodna.

Nim pociąg dotarł wresz­cie na Grand Army Plaza, Kate miała godzinę i pięt­na­ście minut spóź­nie­nia. W końcu drzwi otwo­rzyły się z sykiem. Natych­miast wysko­czyła na peron i pobie­gła po scho­dach, czu­jąc przy­spie­szone bicie serca.

Na górze, sta­nąw­szy na chod­niku, zamru­gała, ośle­piona świa­tłem. Osła­nia­jąc oczy dło­nią, ruszyła szyb­kim kro­kiem i skrę­ciła w Pro­spect Park West. O tej porze na dwu­pa­smo­wej jed­no­kie­run­ko­wej ulicy pano­wała cisza. Wyso­kie obcasy butów, które Kate wło­żyła na spo­tka­nie z klien­tem, gło­śno stu­kały o beton. Po dru­giej stro­nie ulicy cią­gnął się park pełen klo­nów. Nie była w nim od lat. Teraz, pod koniec paź­dzier­nika, drzewa przy­brały jaskrawe barwy. Liście zaczęły opa­dać i leżały grubą war­stwą wzdłuż ogro­dze­nia.

Po pięt­na­stu latach miesz­ka­nia w Park Slope Kate wciąż bar­dziej u sie­bie czuła się w biu­rze, nie na Bro­okly­nie. Pra­gnęła wycho­wy­wać Ame­lię w jakimś spo­koj­nym miej­scu. Park Slope z pew­no­ścią speł­niało te warunki. Ludzie wcho­dzący do skle­pów miej­sco­wej koope­ra­tywy spo­żyw­czej, sterty towa­rów na ulicy wyło­żone po to, żeby zabrał je ktoś potrze­bu­jący, i her­me­tyczne grupki ubra­nych z nie­dbałą ele­gan­cją rodzin na pla­cach zabaw obok ich domów z ele­wa­cją z pia­skowca, war­tych wiele milio­nów... Wszystko to two­rzyło przy­ja­zną atmos­ferę, ale wciąż wyda­wało jej się uro­czymi szcze­gó­łami z życia kogoś innego.

Kate obser­wo­wała dwie typowe matki z Park Slope. Atrak­cyjne i nowo­cze­sne, bez osten­ta­cyj­nego hip­ster­stwa, roz­ma­wiały ze sobą, wycho­dząc z parku. Każda jedną ręką popy­chała ele­gancki spor­towy wózek, drugą pro­wa­dziła dziecko. W uchwy­tach na napoje tkwiły eko­lo­giczne butelki z wodą. Kobiety szły i śmiały się, nie zwra­ca­jąc uwagi na malu­chy, które ledwo za nimi nadą­żały. Kate poczuła się tak, jakby ni­gdy nie miała wła­snego dziecka.

Zawsze pla­no­wała, że będzie miała rodzinę. Co naj­mniej dwójkę dzieci, może nawet trójkę. Z początku nie brała pod uwagę posia­da­nia jedy­naka. Zbyt dobrze pamię­tała swoje nie­zbyt szczę­śliwe samotne dzie­ciń­stwo. Dotarło jed­nak do niej, że jedy­nak nie musi być trak­to­wany jak minia­tu­rowy doro­sły. Zakła­dała też, że dzieci - bez względu na to, ile ich będzie - zja­wią się póź­niej. O wiele, wiele póź­niej. Naj­pierw zamie­rzała sku­pić się na karie­rze, pójść naprzód, tak jak wpo­iła jej matka, Gret­chen, pro­fe­sor eme­ri­tus neu­ro­lo­gii na wydziale medy­cyny Uni­wer­sy­tetu w Chi­cago. Naj­pierw kariera. Dzieci tylko pod warun­kiem, że wystar­czy czasu.

Jej życie poto­czyło się jed­nak ina­czej. Nie chciała sko­rzy­stać z żad­nej z opcji "pora­dze­nia sobie" ze swoją "nie­for­tunną sytu­acją", które na siłę pod­su­wała jej Gret­chen. Może i podzi­wiała zawo­dowe suk­cesy matki, lecz nie chciała jej naśla­do­wać pod żad­nym innym wzglę­dem. Potrak­to­wała swoją ciążę jak znak, któ­rego zigno­ro­wa­nie dopro­wa­dzi­łoby ją do zguby. I jako szansę na coś wię­cej.

Macie­rzyń­stwo oczy­wi­ście było trudne, zwłasz­cza że została samotną matką w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, gdy wciąż stu­dio­wała prawo. Mimo to prze­trwała. Prze­trwały. Praw­dzi­wym wyba­wie­niem dla Kate i Ame­lii była Leelah, nia­nia opie­ku­jąca się Ame­lią nie­prze­rwa­nie przez pięt­na­ście lat. Cie­pło, empa­tia i świetna kuch­nia Leelah pozwo­liły im prze­trwać te lata. Kate z wiel­kim żalem ogra­ni­czyła jej godziny, by zaj­mo­wała się tylko goto­wa­niem i sprzą­ta­niem, kiedy Ame­lia była w szkole. Ubie­głej jesieni Ame­lia uparła się, że jest duża i nie potrze­buje niani. Kate zabra­kło siły, by wal­czyć z córką i posta­wić na swoim. Obie jed­nak tęsk­niły za Leelah: Ame­lia bar­dziej, niż była gotowa przy­znać; Kate bar­dziej, niż cza­sem była w sta­nie znieść.

Kate przy­sta­nęła. Kobiety z wóz­kami prze­szły przed nią przez ulicę. Ruszyła za nimi, gdy skrę­ciły w Gar­field. Patrzyła na ich wąskie bio­dra w spodniach do jogi, na wysoko upięte podobne kucyki koły­szące się w prawo i w lewo.

- Patrz, ile wozów stra­żac­kich - zdzi­wiła się jedna z kobiet, zatrzy­mu­jąc się na rogu ulicy tak nagle, że Kate nie­mal wpa­dła na jej ide­al­nie wyrzeź­bione pośladki. - Stoją pod szkołą?

- O Boże, mam nadzieję, że nie - powie­działa druga, wspi­na­jąc się na palce, żeby lepiej widzieć. - W każ­dym razie nie wyglą­dają, jakby się spie­szyli. To na pewno jakiś fał­szywy alarm.

Kate spoj­rzała w stronę wozów stra­żac­kich blo­ku­ją­cych połowę Gar­field Street. Stały przed bocz­nym wej­ściem do Grace Hall Upper School, bogato zdo­bio­nej sta­rej rezy­den­cji, która wyglą­dała jak wspa­niała biblio­teka. Pod sąsied­nim budyn­kiem w podob­nym stylu - Grace Hall Lower School - par­ko­wało kilka wozów poli­cyj­nych. Oba budynki z ele­wa­cjami z pia­skowca zostały prze­jęte przez szkołę dawno temu i wyre­mon­to­wane. Stra­żacy krę­cili się po chod­niku, roz­ma­wiali w grup­kach, nie­któ­rzy w mil­cze­niu opie­rali się o swoje wozy.

Stała tam też karetka z wyłą­czo­nymi świa­tłami i zamknię­tymi drzwiami. Jeśli rze­czy­wi­ście doszło do pożaru albo jakie­goś innego wypadku, teraz było po wszyst­kim. Albo był to fał­szywy alarm.

Chyba Ame­lia nie uru­cho­miła alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego? Nie, takie rze­czy robili tylko mło­do­ciani prze­stępcy. Bez względu na to, w jakim była ostat­nio nastroju, bez względu na te bzdury z seme­strem za gra­nicą czy jakiś głę­boki i nagły kry­zys egzy­sten­cjalny w związku z nie­obec­no­ścią ojca Ame­lia ni­gdy nie była i nie będzie mło­do­cia­nym prze­stępcą.

Kate wzięła głę­boki oddech i gło­śno wes­tchnęła. Wyż­sza z matek sto­ją­cych przed nią wzdry­gnęła się i odwró­ciła na pię­cie. Przy­cią­gnęła do sie­bie córeczkę o twa­rzy che­ru­binka, ubraną w puchatą różową kami­zelkę. Kate uśmiech­nęła się nie­zręcz­nie i wysu­nęła się przed nie. Pró­bo­wała doj­rzeć, co jest za karetką. Po dru­giej stro­nie ulicy umun­du­ro­wany poli­cjant roz­ma­wiał z siwo­włosą kobietą w brą­zo­wym swe­trze. Kobieta trzy­mała na smy­czy trzę­są­cego się pie­ska. Mocno obej­mo­wała się ramio­nami.

Ludzi nie prze­słu­chi­wano z powodu alar­mów poża­ro­wych. Kate spoj­rzała w górę na okna budynku. Gdzie są dzieci? Powinny prze­cież przy­ci­skać twa­rze do szyb i spraw­dzać, skąd to zamie­sza­nie. Kate zdała sobie sprawę, że pode­szła bli­żej.

- Więc naj­pierw usły­szała pani krzyk? - zapy­tał poli­cjant siwo­włosą kobietę. - Czy ten dźwięk?

Krzyk. Dźwięk. Kate patrzyła, jak dwóch poli­cjan­tów wycho­dzi fron­to­wymi drzwiami szkoły, scho­dzi po scho­dach i skręca na boczny dzie­dzi­niec. Obser­wu­jąc ich z nie­po­ko­jem, wresz­cie zdała sobie sprawę, gdzie naprawdę trwa akcja. Zebrał się tam przy­naj­mniej tuzin poli­cjan­tów. Wciąż jed­nak nie było widać pośpie­chu. Nie wyda­wało jej się to dobrym zna­kiem. Tak naprawdę zaczy­nało się wyda­wać strasz­nym zna­kiem.

- Pro­szę pani - usły­szała dono­śny głos tuż przy uchu - pro­szę przejść z powro­tem na drugą stronę ulicy. Musimy oczy­ścić ten teren z ludzi.

Poczuła dłoń na ramie­niu, twardą i nie­przy­ja­zną. Odwró­ciła się i ujrzała ogrom­nego poli­cjanta. Miał zie­mi­stą cerę i chło­pięce rysy twa­rzy.

- Pro­szę pani - powtó­rzył, tym razem odro­binę mniej natar­czy­wie - prze­pra­szam, ta strona ulicy jest zamknięta dla pie­szych.

- Moja córka jest w szkole. - Kate odwró­ciła się, by spoj­rzeć na budy­nek.

Alarm bom­bowy, zarazki wąglika, strze­la­nina? Gdzie się podziały wszyst­kie dzieci? Serce Kate biło coraz szyb­ciej.

- Muszę ode­brać moją córkę. Dzwo­nili po mnie. Już jestem spóź­niona.

Poli­cjant przy­glą­dał jej się długo, mru­żąc oczy, jakby siłą woli chciał spra­wić, żeby znik­nęła.

- W porządku, chyba mogę pójść to spraw­dzić - powie­dział w końcu ze scep­tyczną miną. - Ale i tak musi pani zacze­kać tam. - Wska­zał na drugą stronę ulicy. - Jak się nazywa córka?

- Ame­lia. Ame­lia Baron. Dzwo­nili z gabi­netu dyrek­tora, że została zawie­szona. Powie­dzieli, że mam przy­je­chać ją ode­brać. - Kate natych­miast poża­ło­wała, że o tym wspo­mniała. Poli­cjant może być mniej skłonny do pomocy, jeśli pomy­śli, że Ame­lia jest uczen­nicą spra­wia­jącą kło­poty. Może nawet te kło­poty. - Pro­szę zacze­kać! - zawo­łała. - Może mi pan cho­ciaż powie­dzieć, co się stało?

- Wciąż pró­bu­jemy to usta­lić. - Odwró­cił się, by spoj­rzeć w stronę budynku, więc jego głos stał się mniej wyraźny. Potem znów popa­trzył na Kate i jesz­cze raz wska­zał ręką. - Pro­szę tam przejść! Zaraz wrócę.

Kate nie poszła tam, gdzie jej wska­zał. Wspięła się na palce, by widzieć, co teraz dzieje się na tyl­nym podwó­rzu. Kil­ku­na­stu męż­czyzn, w mun­du­rach i ciem­nych cywil­nych ubra­niach, utwo­rzyło nie­wielki krąg bli­sko ściany budynku. Ich plecy two­rzyły pochy­lony mur. Wyglą­dało to tak, jakby coś ukry­wali. Coś strasz­nego.

Ktoś jest ranny albo gorzej. Kate była tego pewna. Doszło do jakiejś walki? Zbłą­kana kula? Co prawda był to Bro­oklyn. Zabu­do­wany domami z brą­zo­wego pia­skowca, ale wciąż Bro­oklyn. Zda­rzały się tu różne rze­czy.

Poli­cjant, który ją zatrzy­mał, znik­nął we fron­to­wych drzwiach szkoły. Wtedy ona pod­bie­gła do ogro­dze­nia od strony bocz­nego podwó­rza. Sto­jący tam męż­czyźni osła­niali oczy, patrząc w górę, w stronę dachu. Kate też tam spoj­rzała. Nie dostrze­gła nic prócz nie­ska­zi­tel­nie utrzy­ma­nej fasady.

Gdy znów spu­ściła wzrok, dostrze­gła lukę mię­dzy dwoma poli­cjan­tami, a dalej but. Czarny, na pła­skim obca­sie, leżał na boku jak mar­twe zwie­rzę. Leżało tam coś jesz­cze, coś o wiele więk­szego. Coś przy­kry­tego płachtą.

Serce Kate biło mocno, gdy zaci­skała palce na prę­tach z kutego żelaza. Jesz­cze raz spoj­rzała na but. Taki fason nosiło wiele dziew­czyn do obci­słych dżin­sów albo leg­gin­sów. Ame­lia miała chyba brą­zowe? Kate powinna to wie­dzieć. Powinna znać kolor butów wła­snej córki.

- Pani Baron? - usły­szała męski głos.

Odwró­ciła się gwał­tow­nie, szy­ku­jąc się na to, że ten sam poli­cjant o dzie­cię­cych rysach zaraz jej powie, że nie powinna tu być. Zoba­czyła jed­nak atrak­cyj­nego męż­czy­znę o wyglą­dzie praw­dzi­wego twar­dziela, ubra­nego w dżinsy i spor­tową bluzę z kap­tu­rem. Był mniej wię­cej w wieku Kate. Wyra­zi­sta kan­cia­sta twarz i ogo­lona głowa har­mo­ni­zo­wały z jego stro­jem. Miał tę sprę­żoną ener­gię bok­sera albo może prze­stępcy, który w następ­nej chwili rzuci się do ucieczki. Na jego szyi wisiała odznaka.

- To pani jest Kate Baron? - spy­tał, pod­cho­dząc o krok bli­żej.

Mówił z ostrym bro­oklyń­skim akcen­tem pasu­ją­cym do całej reszty, lecz pró­bo­wał zacho­wy­wać się łagod­nie. Kate się to nie spodo­bało, zanie­po­ko­iło ją. Za ple­cami twar­dziela zoba­czyła poli­cjanta, z któ­rym przed­tem roz­ma­wiała. Stał na scho­dach z jakąś szpa­ko­watą kobietą w czer­wo­nych oku­la­rach. Gapili się na nią.

- Gdzie jest Ame­lia?! - Kate usły­szała wła­sny krzyk. A może krzy­czał ktoś inny? Brzmiało to jak jej głos, ale nie czuła słów wydo­by­wa­ją­cych się ze swo­ich ust. - Co się stało?!

- Jestem detek­tyw Molina. - Wycią­gnął rękę, by dotknąć jej ramie­nia, ale powstrzy­mał się w ostat­niej chwili. Pod ręka­wem bluzy Kate dostrze­gła wyta­tu­owany krzyż. - Mogłaby pani pójść ze mną?

Coś było nie tak. Nie chciała ni­gdzie iść z tym detek­ty­wem. Chciała, żeby ją ode­słał tam, dokąd wysy­łano wszyst­kich gapiów. Żeby powie­dział jej, że prze­szka­dza.

- Nie. - Kate szarp­nęła się odru­chowo. Jej serce biło jak sza­lone. - Dla­czego?

- Już dobrze, pro­szę pani. - Ujął ją silną dło­nią za łokieć i pocią­gnął lekko ku sobie. Teraz jego głos był cich­szy, ostroż­niej­szy, jakby Kate miała jakąś potworną ranę głowy, z któ­rej ist­nie­nia nie zda­wała sobie sprawy. - Pro­szę po pro­stu pójść ze mną i usiąść.

Zamknęła oczy i spró­bo­wała sobie przy­po­mnieć stopy Ame­lii tego ranka, gdy szczę­śliwa pobie­gła do drzwi. Matki powinny wie­dzieć, jakie buty noszą ich dzieci. Powinny spraw­dzać takie rze­czy. Poczuła, że kręci jej się w gło­wie.

- Nie chcę sia­dać - powie­działa, ogar­nięta paniką. - Niech mi pan po pro­stu powie, co się stało. Natych­miast!

- Już dobrze, pani Baron, już dobrze - powie­dział cicho detek­tyw Molina. - Zda­rzył się wypa­dek.

- Ame­lii nic nie jest, prawda? - zapy­tała Kate, opie­ra­jąc się o ogro­dze­nie. Dla­czego nikt się nie śpie­szy? Dla­czego karetka tam po pro­stu stoi? Gdzie są te wszyst­kie miga­jące świa­tła? - Nie mogło jej się nic stać. Muszę ją zoba­czyć. Potrze­buję jej. Gdzie ona jest?

Powinna ucie­kać. Była tego pewna. Powinna pójść gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie jej mógł nic powie­dzieć. Zamiast tego powoli osu­nęła się na zimny chod­nik. Sie­działa tak z kola­nami przy­cią­gnię­tymi pod brodę, przy­ci­ska­jąc do nich mocno usta, jakby szy­ko­wała się do lądo­wa­nia awa­ryj­nego.

Ucie­kaj, pomy­ślała, ucie­kaj. Ale było za późno.

Przez ostat­nią długą chwilę sły­szała tylko bicie swo­jego serca. Czuła ucisk dopa­so­wa­nych bio­dró­wek.

- Pani córka, Ame­lia... - Detek­tyw kuc­nął tuż przy niej - Ona spa­dła z dachu, pani Baron. Nie­stety... nie­stety, nie prze­żyła upadku. Przy­kro mi, pani Baron. Pani córka, Ame­lia, nie żyje.

gRa­Ce­FULLY

gRa­Ce­FULLY

12 WRZE­ŚNIA

Ponie­waż jest 176 defi­ni­cji słowa loser w urban­dic­tio­nary.com, nie nabi­jaj sta­ty­styki.

Cześć suki,

no to jedźmy z tym gów­nem, które nie nadaje się do druku...

Ach, kluby. Miej­sce, w któ­rym wy, zde­spe­ro­wane karie­ro­wiczki, może­cie wresz­cie się­gnąć ręką do tego śli­skiego wyż­szego szcze­bla. Niech każda z was pamięta tylko, że nie ma nic zaszczyt­nego w tym, że przy­glą­dają się jej cyc­kom albo cipce, zamiast gapić się na kan­dy­datkę sie­dzącą obok. Nic nowego pod słoń­cem...

Z dru­giej strony... Może myślę tak dla­tego, że wciąż cze­kam, aż ktoś mnie wyrwie?

Plotka głosi, że Tudo­rzy i Devon­kill pró­bują zwięk­szyć swoją popu­lar­ność dzięki hard­co­ro­wym otrzę­si­nom, Sroki myślą nie­sza­blo­nowo - ha, ha - o tego­rocz­nych zapro­sze­niach, a w Wolf's Gate szy­kuje się wielka bry­tyj­ska inwa­zja.

Skoro mowa o wiel­kich bry­tyj­skich inwa­zjach: ile dziew­czyn zacią­gnie do łóżka Ian Gre­ene? Mamy dopiero drugi tydzień szkoły, a sły­szę, że zbliża się do liczb dwu­cy­fro­wych. I wiele pięk­nych pań usta­wia się w kolejce, żeby je prze­le­ciał - nasze stałe pusz­czal­skie Sylvia Golde, Susan Dolan i Ken­dall Valen, by wymie­nić tylko trzy.

A Dylan Crosby? Nasza droga, piękna, tajem­ni­cza Dylan? Nie, ona nie jest jedną z nich. Nie jestem pewna, z kim się zadaje, ale to nie ten typ, który by się usta­wiał po cokol­wiek w kolejce.

Wieść głosi, że Geo­rge McDon­nell i Han­nah Albert wresz­cie skon­su­mo­wali wie­lo­let­nią obse­sję na swoim punk­cie. Z kolei Car­ter Rose ma na oku pewną ści­ska­jącą nogi laskę z dru­giej klasy. Och, biedny Car­terze, oszczędź sobie trudu. Ten pas cnoty nie dopu­ści żad­nego męż­czy­zny.

Cze­kaj­cie na ciąg dal­szy. Mam sen­sa­cyjny mate­riał o ludziach, któ­rzy dostali warun­kową zgodę na pozo­sta­nie w szkole... Myślę, że chyba zamiesz­czę go w cało­ści w następ­nym wpi­sie. To zna­czy - MSZ - jeśli nie potra­fisz sobie pora­dzić w takiej cichej, spo­koj­nej szkółce jak nasza, zasłu­gu­jesz na to, żeby wszy­scy się z cie­bie nabi­jali.

Ame­lia

Ame­lia

14 wrze­śnia

Już w poło­wie scho­dów naszego domu zoba­czy­łam Sylvię cze­ka­jącą na mnie tam, gdzie zwy­kle - na rogu Gar­field i Ósmej Alei. Sylvia miesz­kała w Ber­ke­ley, mię­dzy Siódmą a Ósmą, tuż obok pana Won­tona i jedną prze­cznicę od Ozzie's, tej kawia­renki, gdzie cza­sem za darmo dole­wają gorą­cej cze­ko­lady i mają pra­wie codzien­nie wielki wybór cia­stek. Od czte­rech lat Sylvia i ja codzien­nie spo­ty­ka­ły­śmy się na tym samym rogu, żeby razem przejść ostat­nich parę prze­cznic do szkoły. Cztery lata temu - kiedy mia­ły­śmy po jede­na­ście lat - mama Sylvii po raz pierw­szy pozwo­liła jej pójść samej. Naj­pierw pod­dała ją jed­nak masie róż­nych testów - co zro­bić w nagłym wypadku, do kogo zwró­cić się o pomoc, jak reago­wać, gdyby ktoś pró­bo­wał ją skrzyw­dzić.

Też mia­łam jede­na­ście lat, kiedy moja mama wresz­cie się zgo­dziła, żebym mogła sama cho­dzić do szkoły. Podobno miała swoje wła­sne testy. Ale myślę, że ścią­gnęła je od mamy Sylvii. Kocham swoją mamę, mimo to widzę, że więk­szość pomy­słów doty­czą­cych tego, jak być mamą, ściąga od innych mam. Było mi wolno robić mniej wię­cej to samo co Sylvii.

Sylvia ni­gdy nie miała niani, więc sama musia­łam sobie pora­dzić z pozby­ciem się Leelah. Lubi­łam Leelah i w ogóle, ale kto w dru­giej kla­sie szkoły śred­niej ma nia­nię? Takie mniej wię­cej przed­sta­wi­łam argu­menty. I co? Dosta­łam doła, kiedy mama w końcu się zgo­dziła. Teraz, kiedy zaczęła się szkoła, tak jakby tęsk­ni­łam za Leelah. Ni­gdy nie powie­dzia­ła­bym o tym mamie - nie chcia­łam, żeby źle się z tym czuła czy co tam jesz­cze - ale dziw­nie było być samej w sumie przez cały czas.

Poma­cha­łam Sylvii. Unio­sła dwa palce w jed­nym z tych jej powi­tań nie­apro­bo­wa­nych w szkole. Choć był drugi tydzień wrze­śnia, pano­wał ten wstrętny, duszny nowo­jor­ski upał. Czło­wiek czuje się, jakby brnął przez zupę, i wszystko dokoła śmier­dzi śmie­ciami albo sikami. Oczy­wi­ście Sylvia nie pozwo­li­łaby, żeby upał prze­szko­dził jej w zapre­zen­to­wa­niu nowej jesien­nej mody. Ciu­chy były dla niej tym, czym dla mnie książki: jedy­nym, co się naprawdę liczyło. Stała zatem na rogu w obci­słych dżin­sach, san­da­łach na kotur­nie i dłu­gim swe­trze bez ręka­wów. Tak, w swe­trze, mimo że bez ręka­wów. Poka­zała mi go poprzed­niego popo­łu­dnia - miał fajny fio­le­to­wo­ba­kła­ża­nowy kolor i wielki, luźny koł­nierz. Cza­der­ski, tro­chę dzi­waczny, jeden z tych ciu­chów, w któ­rych ja wyglą­da­ła­bym głu­pio. Sylvii takie rze­czy paso­wały.

Poma­cha­łam do niej i wepchnę­łam do torby Opo­wieść pod­ręcz­nej, żeby skoń­czyć czy­tać pod­czas lun­chu. Pierw­szy raz się zda­rzyło, że Sylvia i ja mia­ły­śmy okienko na lunch w tym samym cza­sie tylko raz w tygo­dniu, w piątki. No cóż, zawsze mogłam posie­dzieć z Chloe, Ain­sley lub z kimś z dru­żyny hoke­jo­wej. Sylvia i ja przy­jaź­ni­ły­śmy się z róż­nymi oso­bami, nie nale­ża­ły­śmy nato­miast do żad­nego klubu. Nikt nas ni­gdy nie pro­sił, żeby­śmy się do któ­re­goś przy­łą­czyły. Zresztą wcale tego nie chcia­ły­śmy. Kluby były głu­pim pomy­słem, ze wszyst­kimi idio­tycz­nymi sekre­tami i całym tym gów­nem z otrzę­si­nami. Funk­cjo­no­wały w Grace Hall od lat dwu­dzie­stych do osiem­dzie­sią­tych. Wtedy to wła­dze szkoły zaka­zały ich dzia­łal­no­ści. Powód? Jakiś dzie­ciak z pierw­szego roku chciał się dostać do klubu tylko dla chło­pa­ków, więc po pija­nemu posta­no­wił prze­je­chać się na dachu pociągu. Obcięło mu głowę.

Kilka lat temu komuś przy­szło do głowy, żeby przy­wró­cić kluby. Woodho­use, nasz nowy dyrek­tor, z początku dostał kom­plet­nej schizy, zapo­wie­dział, że będzie wyrzu­cał człon­ków klu­bów i co tam jesz­cze. Potem nagle zro­biła się cisza w ete­rze. Plotka gło­siła, że rodzice dzie­cia­ków, które były w klu­bach, zapła­cili mu, żeby dał spo­kój, bo się mar­twili, że ich dzieci nie zostaną przy­jęte do col­lege'u.

Sylvia i ja zawar­ły­śmy pakt, że ni­gdy nie wstą­pimy do żad­nego klubu, nawet gdyby zapro­szono nas obie. Mia­ły­śmy inne zaję­cia. Sylvia - swo­ich chło­pa­ków, ja - swoje książki i nowego przy­ja­ciela, Bena. Przede wszyst­kim mia­ły­śmy sie­bie. Zawsze tak było. Nie­któ­rym ludziom mogły­śmy się wyda­wać dzi­wacz­nymi przy­ja­ciół­kami - ja, dzie­wica bystrza­cha, i Sylvia, zdzi­ro­wata kró­lowa mody. Tym­cza­sem w tym, co się liczy, były­śmy podobne, zwłasz­cza kiedy mia­ły­śmy jakieś pięć lat, bo to wtedy zaczę­ły­śmy się kum­plo­wać. Zaprzy­jaź­ni­ły­śmy się w przed­szkolu głów­nie dla­tego, że obie nie­na­wi­dzi­ły­śmy się bawić w prze­bie­ra­nie. Ja uwa­ża­łam, że takie dziew­czyń­skie zabawy w ogóle są głu­pie. Zda­niem Sylvii ciu­chy do wyboru zawsze były bez­na­dziejne. I tak to trwało. Zawsze lądo­wa­ły­śmy w tym samym miej­scu, tyle że z róż­nych powo­dów. Mia­ły­śmy zatem długą wspólną histo­rię.

Na rogu Sylvia dotknęła dekoltu, udała, że patrzy na zega­rek, któ­rego nie miała, i mach­nęła do mnie, żebym się pospie­szyła. Pew­nie pociła się na śmierć w tym głu­pim ciu­chu. Byłoby jej jed­nak potwor­nie przy­kro, gdy­bym powie­działa, że słabo wygląda w swe­trze w taki upał. I wtedy powie­działaby coś wred­nego. Pod tym wzglę­dem Sylvia była jak krab: jeśli szturch­nęło się ją z nie­wła­ści­wej strony, potra­fiła natych­miast odciąć palec.

Poza tym Sylvia fak­tycz­nie dobrze w tym wyglą­dała. Może nie była za bar­dzo prak­tyczna, ale zawsze ele­gancka. Czy­tała bry­tyj­ski "Vogue" i blogi o modzie, takie jak Style Rookie. Marzyła o tym, żeby zostać następ­nym pięt­na­sto­let­nim feno­me­nem świata mody. Błeee - to naj­le­piej pod­su­mo­wy­wało, co ogól­nie myśla­łam o modzie. Nato­miast Sylvia uwa­żała, że książki, które czy­tam dla przy­jem­no­ści, są pre­ten­sjo­nalne, i miała tro­chę racji. Koniec koń­ców uzna­łam, że lepiej się zamknąć i sie­dzieć cicho w swoim szkla­nym klo­szu.

Z mar­nym skut­kiem pró­bo­wa­łam przy­spie­szyć kroku, żeby Sylvia nie dostała tęt­niaka. Mia­łam prze­cież torbę z ciu­chami do hokeja i ple­cak, na doda­tek w obci­słych dżin­sach zaczęły mi się pocić nogi.

- Jezu, ale się wle­czesz - powie­działa Sylvia, kiedy wresz­cie do niej dotar­łam.

- To przez te dżinsy - powie­dzia­łam, cią­gnąc za przy­kle­jony do ciała mate­riał. - Chyba nie muszę ci przy­po­mi­nać, że to był twój pomysł?

Sylvia się uśmiech­nęła.

- Potwor­nie się w nich wle­czesz, ale wyglą­dają dobrze. - Zmarsz­czyła brwi i poka­zała na moją koszulkę. - Co to za oble­śny T-shirt? Nie to mia­łaś do nich nosić.

- Tamta koszula nie bar­dzo paso­wała.

To było kłam­stwo. Nawet jej nie przy­mie­rzy­łam. Kiedy Sylvia mi ją zosta­wiła, od razu wie­dzia­łam, że nie ma mowy, by ktoś mnie w tym ciu­chu zoba­czył.

- Miała takie, wiesz, pufia­ste rękawy i wyglą­da­łam w niej, no nie wiem, jak...

- Jak dziew­czyna? - Sylvia skrzy­żo­wała ręce na biu­ście.

- Chcia­łam powie­dzieć, że jak koron­kowa ser­wetka.

- Twój pro­blem polega na tym, że mylisz femi­nizm z bez­gu­ściem. Widzia­łaś kie­dyś zdję­cia Betty Frie­dan? W sumie była bajeczna.

- Skąd w ogóle wiesz, kto to jest Betty Frie­dan?

- Nie jestem idiotką. - Sylvia prze­wró­ciła oczami i ruszyła w stronę szkoły. - Po pro­stu lubię, żeby moja postawa spo­łeczna miała tro­chę stylu.

Sylvia popra­wiła książki na wąskim bio­drze. Jak zwy­kle były zwią­zane saty­nową brą­zową wstążką. Ze względu na styl Sylvia nie chciała nosić żad­nej torby na pod­ręcz­niki. Podej­rze­wa­łam po cichu, że ma nadzieję zapo­cząt­ko­wać nowy trend. Pró­bo­wała zapo­cząt­ko­wać wiele róż­nych tren­dów. Na razie bez rezul­tatu. Ale też nikt w Grace Hall nie nabi­jał się z dzi­wacz­nych poglą­dów Sylvii na modę - ani z jej sza­lo­nych kape­lu­szy, ani z wiel­kich oku­la­rów sło­necz­nych, ani z tore­bek wyglą­da­ją­cych jak pokryte skit­tle­sami - w sumie było to zwy­cię­stwem. Koniec, kropka. Może i lepiej się uczy­łam i byłam lep­sza w spo­rcie... Ona zawsze była o wiele lep­sza w byciu sobą.

Skrę­ci­ły­śmy w Pro­spect Park West. Na chod­niku tło­czyli się ludzie, jak zwy­kle, kiedy szły­śmy do szkoły. Co rano prze­bi­ja­nie się tam­tędy sta­no­wiło praw­dziwą udrękę. Wszy­scy ci zestre­so­wani rodzice wlo­kący młod­sze dzieci, najeż­dża­jący wóz­kami na kostki i sapiący tuż przy uchu. Star­sze dzieci na hulaj­no­gach wpa­da­jące na sie­bie z impe­tem. No i te wszyst­kie kliki ze szkoły śred­niej, nawo­łu­jące się i wrzesz­czące do sie­bie, głów­nie prze­kleń­stwa. Zupeł­nie jakby to mogło zmie­nić bogate dzie­ciaki z pry­wat­nego liceum w bro­oklyń­skich zbi­rów, któ­rymi tak pra­gnęły być.

Na tym odcinku Pro­spect Park West aż do głów­nego wej­ścia do szkoły roz­gry­wała się znaczna część praw­dzi­wych dra­ma­tów w Upper School. Ludzie zry­wali ze sobą, wda­wali się w bójki, pla­no­wali pod­rywy. Cza­sem zda­rzało się tu coś naprawdę złego. Na przy­kład Geo­rge McDon­nell roz­wa­lił do krwi nos jakiejś dziew­czy­nie z pierw­szej klasy, bo przy­pad­kiem rąb­nął ją ple­ca­kiem, goniąc po chod­niku jakie­goś innego idiotę. Wów­czas pani Pearl natych­miast odzy­wała się przez gło­śniki. Jej głos brzmiał tak, jakby nie mogła się docze­kać pre­tek­stu, żeby dać wszyst­kim opieprz.

- Złe zacho­wa­nie w dro­dze do szkoły to to samo, co złe zacho­wa­nie na tere­nie szkoły! - wrzesz­czała piskli­wie, jak­by­śmy dzięki temu mieli jej uważ­niej słu­chać. - Gdy nie znaj­du­je­cie się pod opieką rodzi­ców, uważa się, że odpo­wiada za was Grace Hall. Bójki nie będą tole­ro­wane, ani dzi­kie harce i szar­pa­niny. Takie zacho­wa­nie będzie pocią­gać za sobą kary zgodne z kodek­sem ucznia Grace Hall.

Nie byłam żad­nym eks­per­tem, ale to wyda­wało mi się nie­zgodne z kon­sty­tu­cją. Po pierw­szej takiej wypo­wie­dzi pani Pearl chcia­łam zapy­tać mamę, jaka jest jej fachowa opi­nia na ten temat. Cze­ka­łam na jej powrót do późna, wal­cząc z sen­no­ścią. Usnę­łam, zanim wró­ciła do domu.

Od szkoły dzie­lił nas kwar­tał ulic. Nie­spo­dzie­wa­nie poczu­łam, że coś ude­rzyło mnie w głowę.

- Au! - jęk­nę­łam, chwy­ta­jąc się ręką za poty­licę.

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam uśmiech Car­tera Rose'a. Poka­zał na mnie pal­cem, po czym pomknął w stronę szkoły. Tak wła­śnie flir­to­wali chło­pacy z dru­giej klasy: walili cię w głowę.

- Car­ter naprawdę wal­nął mnie w tył głowy? - spy­ta­łam, wciąż sły­sząc dzwo­nie­nie w uszach.

- Lubi cię. - Sylvia wyszcze­rzyła zęby. Patrzy­ły­śmy za nim, jak wpadł w tłum ludzi przed szkołą. - Powin­naś dać mu szansę. Jest bar­dzo przy­stojny i gra w lacrosse'a. Macie ze sobą wiele wspól­nego.

- Ja gram w hokeja na tra­wie. To dwa zupeł­nie różne sporty. Wiesz o tym, prawda? - spy­ta­łam z roz­draż­nie­niem. Sylvia zawsze popy­chała mnie w stronę chło­pa­ków, jakie­go­kol­wiek chło­paka. - Poza tym Car­ter jest jak wielki nakrę­cony pies. Nie, dzięki.

- Tak, ale przy­stojny nakrę­cony pies.

Car­ter miał szczu­płe ciało, gęste blond włosy i męski zarys szczęki. Mnó­stwo dziew­czyn na niego leciało. Ja nie. Nie byłam jesz­cze pewna, jaki jest mój typ, ale nie taki jak on.

- Nie, nie, dzięki - mruk­nę­łam. - Dam ci znać, kiedy będę szu­kać swatki.

- Jak tam sobie chcesz. - Sylvia wzru­szyła ramio­nami.

Widzia­ły­śmy już schody pro­wa­dzące do szkoły i cha­otyczny, zbity tłum przed nimi.

U góry scho­dów stał ochro­niarz Will i machał wiel­kimi łap­skami, poka­zu­jąc wszyst­kim, żeby weszli do środka. Zatrzy­ma­ły­śmy się na skraju tego tłumu. Sylvia mocno chwy­ciła mnie za ramię i szarp­nęła w stronę krza­ków.

- Au! Co ty wypra­wiasz?!

- No dobra - powie­działa prze­pra­sza­jąco. W jej gło­sie sły­chać było napię­cie, oczami strze­lała na boki, jakby pró­bo­wała się upew­nić, że nikt nie sły­szy. - Chcia­łam to zacho­wać w tajem­nicy, żeby nie zape­szyć, ale dłu­żej nie wytrzy­mam. Muszę ci powie­dzieć.

- Co mi powie­dzieć?

Musia­łam to Sylvii przy­znać, miała nie­złe wej­ście. Z dru­giej strony zna­łam ją wystar­cza­jąco dobrze, żeby się za bar­dzo nie pod­nie­cać. Sylvia potra­fiła dostrzec dra­mat w tym, jak ktoś się zatrzy­muje, żeby zasznu­ro­wać but.

- Powie­dzia­łam mu wczo­raj cześć. - Przy­su­nęła się do mnie jesz­cze bli­żej. - Nie uwie­rzysz, co się stało!

- Jakiemu "mu"? - zapy­ta­łam.

Natych­miast się zorien­to­wa­łam, że powin­nam to wie­dzieć. I jed­no­cze­śnie nabra­łam podej­rzeń. Sylvia zacho­wy­wała się jak kom­pletny popa­pra­niec. Ostat­nim razem powody takiego zacho­wa­nia nie były za fajne.

- Chyba nie wzię­łaś znowu lora­ze­pamu swo­jej mamy? Nie powin­naś przy­cho­dzić do szkoły, jeśli...

- Nic nie bra­łam! - wrza­snęła tak, że spoj­rzało na nas kilka osób, głów­nie jakieś mamy.

- Mniej­sza z tym... Prze­pra­szam - mruk­nę­łam. Cof­nę­łam się tro­chę, żeby nie mogła mnie znów spo­nie­wie­rać. - Pró­bo­wa­łam tylko pomóc.

- Nie potrze­buję two­jej pomocy, dobra? - powie­działa. - Ja mam mamę, pamię­tasz?

- Dobra. Au.

To była cała Sylvia. Nie miała żad­nych hamul­ców. Mówiła naprawdę wredne rze­czy, kiedy uwa­żała, że jej uczu­cia zostały zra­nione. Mówiła o moim zagi­nio­nym w akcji tacie, o tym, że mojej mamy wiecz­nie nie ma w domu. "Sie­rotka Ame­lia", tak mnie nawet raz nazwała. To nie było w niej naj­faj­niej­sze. Cza­sami wrzesz­cza­łam na nią za to. Poza tym pró­bo­wa­łam nie zwra­cać uwagi na to, co mówi o mojej mamie, bo tak naprawdę myśla­łam, że Sylvia jest zazdro­sna. Moja mama była wszyst­kim, co mia­łam. Rzadko poja­wiała się w domu, fakt, lecz ten czas, który spę­dza­ły­śmy razem, uwa­żałam za wspa­niały. Wie­dzia­łam, że mama chcia­łaby go spę­dzać ze mną jak naj­wię­cej. Zawsze wie­dzia­łam, że mnie kocha, choć kłó­ci­ły­śmy się o różne głu­poty. Naprawdę to wie­dzia­łam. Mama Sylvii, Julia, wyda­wała mi się świetna. Sylvia jej nie cier­piała. Ni­gdy do końca nie zrozumia­łam dla­czego.

- Pró­bo­wa­łam ci wła­śnie powie­dzieć, że coś się stało. - Sylvia była kom­plet­nie skwa­szona. - To było dla mnie ważne, ale skoro ci nie zależy...

- Zależy mi - zapew­ni­łam, prze­bo­law­szy szpilę pod adre­sem mojej mamy. Bo Sylvia nic nie mogła pora­dzić na to, że jest Sylvią. - Daj spo­kój, powiedz mi. Teraz naprawdę cię słu­cham.

Sylvia jesz­cze przez minutę roz­glą­dała się z nadą­saną miną, zupeł­nie jakby ist­niała szansa, że nie zdra­dzi mi swo­jego sekretu. Komu innemu mogła powie­dzieć?

- Dobra, niech będzie - stwier­dziła w końcu i na jej twarz powró­cił ten szel­mow­ski uśmiech. - Ian Gre­ene - szep­nęła. - Wczo­raj wresz­cie powie­dzia­łam mu cześć i zgad­nij, co się stało.

Sylvia miała więk­szą obse­sję na punk­cie Iana Gre­ene'a niż kie­dy­kol­wiek na punk­cie jakie­go­kol­wiek faceta. Jakie­go­kol­wiek. A to wiele mówiło.

Obie zoba­czy­ły­śmy go po raz pierw­szy na tydzień przed roz­po­czę­ciem zajęć. Leża­ły­śmy na moim łóżku z lap­to­pem na kola­nach i prze­glą­da­ły­śmy nową "księgę spo­tkań" Grace Hall, która wła­śnie poja­wiła się w sieci. Ian Gre­ene był nowy. Z tymi dosko­nale nie­do­sko­na­łymi wło­sami i ciem­nymi, smut­nymi oczami był sek­sowny, bez dwóch zdań. Nawet ja to widzia­łam. Do tego pod jego nazwi­skiem napi­sane było Hamp­stead Heath, UK, co ozna­czało, że będzie miał bry­tyj­ski akcent. No i samo Hamp­stead Heath też brzmiało wykwint­nie. Nawet po szla­checku. Ian Gre­ene rów­nie dobrze mógł nale­żeć do rodziny kró­lew­skiej.

- Nie bądź głu­pia - powie­działa Sylvia, kiedy to zasu­ge­ro­wa­łam. Była kilka razy w Anglii. - Hamp­stead Heath to taki lon­dyń­ski Bro­oklyn, tyle tylko, że wszy­scy miesz­kają tam w tych war­tych miliony mini­re­zy­den­cjach. - Odwró­ciła się do mnie z uśmie­chem. - Ni­gdy nie wia­domo, może być na przy­kład hra­bią czy kimś takim.

Jak można się było spo­dzie­wać, nie tylko Sylvia nakrę­ciła się przy­jaz­dem Iana Gre­ene'a. Połowa dziew­czyn z Grace Hall Upper School wzięła go na celow­nik jesz­cze przed pierw­szym dniem zajęć. Kiedy zoba­czy­łam go na wła­sne oczy, musia­łam przy­znać, że jest na kim zawie­sić oko. Miał tę natu­ralną cha­ry­zmę złego chłopca i bystry, krzywy uśmiech spra­wia­jący, że trudno było od niego ode­rwać wzrok. Grał na gita­rze aku­stycz­nej i pisał muzykę. Praw­dziwy talent miał jed­nak do foto­gra­fii, podob­nie zresztą jak jego ojciec, któ­rego zdję­cia wisiały podobno w Muzeum Sztuki Nowo­cze­snej na Man­hat­ta­nie. Rodzina Gre­ene'ów spro­wa­dziła się na Bro­oklyn, żeby matka Iana mogła objąć posadę głów­nego kusto­sza bro­oklyń­skiego muzeum.

Ian nie tra­cił czasu i korzy­stał z zain­te­re­so­wa­nia dziew­czyn. Z jakichś powo­dów jego nad­zwy­czaj bez­pre­ten­sjo­nalne podej­ście do tego, że spał z każdą dziew­czyną, która mu się nawi­nęła, spra­wiało, że wyda­wał się bar­dziej ludzki.

- Nawet mnie nie zapy­tasz? - zdzi­wiła się Sylvia, zer­ka­jąc w stronę scho­dów Grace Hall.

- O co nie zapy­tam? - Kom­plet­nie stra­ci­łam wątek i nie mia­łam poję­cia, o czym mówi.

- Co się stało, kiedy powie­dzia­łam Ianowi cześć! - prych­nęła Sylvia, tupiąc nogą.

- Ano tak, pew­nie. Co się stało?

Przez chwilę patrzyła na mnie, mru­żąc oczy.

- Przy­szedł do mnie do domu - wyrzu­ciła z sie­bie w końcu. - I... - Znów popa­trzyła na schody.

Tłu­mek na chod­niku się prze­rze­dził, bo więk­szość dzie­cia­ków weszła do środka.

Jej oczy się roz­sze­rzyły, zasło­niła usta ręką.

- I się poca­ło­wa­li­śmy.

- Naprawdę? - spy­ta­łam, sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to tak, jak­bym była pod­eks­cy­to­wana. W rze­czy­wi­sto­ści byłam ziry­to­wana. Nie wie­dzia­łam nawet dla­czego. - Nie­sa­mo­wite!

Aku­rat to musia­łam Sylvii przy­znać. Czę­sto prze­sa­dzała, jed­nak nie tym razem. Ian Gre­ene mógł prze­bie­rać w dziew­czy­nach, a wybrał aku­rat Sylvię, przy­naj­mniej na jedno popo­łu­dnie i jeden poca­łu­nek. W sumie trudno się dzi­wić, że zwró­cił na nią uwagę. Chło­paki uwiel­biały Sylvię. Była ładna, miała krą­gło­ści dokład­nie tam, gdzie trzeba... Takich dziew­czyn niby w Grace Hall nie bra­ko­wało. Tylko że Sylvia miała coś jesz­cze. Miała w sobie tę dzi­kość, dzięki któ­rej wyda­wała się zabawna, nie­prze­wi­dy­walna i tro­szeczkę nie­bez­pieczna. Oczy­wi­ście to wła­śnie ta dzi­kość w końcu znie­chę­cała do niej chło­pa­ków. Bądź co bądź ist­nieje tylko cienka gra­nica mię­dzy dzi­ko­ścią a byciem kom­plet­nym świ­rem.

Skoro naprawdę cho­dziła z Ianem, dla­czego tak mnie to roz­draż­niło? O mój Boże, byłam zazdro­sna? Chyba nie o to, że Sylvia poca­ło­wała się z Ianem Gre­ene'em. Bar­dziej zazdro­ści­łam jej raczej tego, że chciała go poca­ło­wać i poca­ło­wała. Nie mogłam sobie wyobra­zić, że ja chcia­ła­bym kogoś poca­ło­wać, a tym bar­dziej, że była­bym w sta­nie dopiąć swego.

- Wiem. Sza­leń­stwo, no nie? - Sylvia szybko poki­wała głową i zagry­zła wargę. Teraz wyda­wała się zde­ner­wo­wana. - Tyle tylko, że nie wiem, co zro­bić, jak go zoba­czę. Mam się zacho­wy­wać jak gdyby ni­gdy nic? Jeśli będę za miła, pomy­śli, że jestem jakąś fra­jerką. Nie chcę też, żeby pomy­ślał, że jestem suką. - Na jej twa­rzy malo­wała się udręka. - Wiem, nie masz poję­cia o tych rze­czach, ale myślisz, że powin­nam do niego podejść?

- Hmm... nie sądzę, że powin­naś... no nie wiem... ganiać za nim - powie­dzia­łam, sta­ra­jąc się, żeby zabrzmiało to pew­nie. - Ale go nie igno­ruj. Facet tego typu pomy­śli, że to głu­pie.

- Kom­plet­nie w niczym mi nie pomo­głaś, Ame­lio. Ani tro­chę. Potrze­buję kon­kre­tów. - Pode­szła do mnie, a ja się cof­nę­łam. Bałam się, że znowu szarp­nie mnie za ramię. - Musisz mi powie­dzieć dokład­nie, co mam zro­bić.

- Przede wszyst­kim oddy­chaj.

O cokol­wiek cho­dziło z tą dziwną zazdro­ścią, zni­kła rów­nie szybko, jak się poja­wiła. Teraz w stu pro­cen­tach chcia­łam pomóc Sylvii. Poło­ży­łam ręce na jej ramio­nach i trzy­ma­łam tak, aż wzięła głę­boki oddech. I kolejny.

- Jest dobrze. Ian by cię nie poca­ło­wał, gdy­byś mu się nie spodo­bała.

Sylvia spoj­rzała w dół, prze­stą­piła z nogi na nogę. Robiło się późno. Na chod­niku stało tylko parę osób. Will trwał przy otwar­tych drzwiach szkoły, lecz w każ­dej chwili mógł je zamknąć. Kiedy to zrobi, będziemy ofi­cjal­nie spóź­nione. Pew­nie mogła­bym się spóź­niać przez sześć tygo­dni z rzędu, zanim w szkole zaczę­liby się zasta­na­wiać, czy coś z tym zro­bić. Pró­bo­wa­łam więc się tym nie przej­mo­wać. Mimo to strasz­nie się przej­mo­wa­łam. Zwłasz­cza że przy­szłam o cza­sie.

- A co, jeśli to ja go poca­ło­wa­łam? - spy­tała Sylvia. - To zna­czy odpro­wa­dził mnie do domu, roz­ma­wia­li­śmy o foto­gra­fii, potem usie­dli­śmy na weran­dzie i roz­ma­wia­li­śmy o muzyce i oczy­wi­ście o modzie. Wtedy... po pro­stu ja... - Znów zasło­niła usta dło­nią i popa­trzyła na mnie tymi sza­lo­nymi, wytrzesz­czo­nymi oczami. - O mój Boże. Chyba to zro­bi­łam. To ja go poca­ło­wa­łam!

- Ale on też cię cało­wał, tak?

- A co, jeśli nie? - Głos Sylvii stał się wysoki i piskliwy.

- Daj spo­kój, chy­ba­byś zauwa­żyła, gdyby cię nie cało­wał.

- Skąd możesz wie­dzieć? - wark­nęła i spu­ściła wzrok. - Prze­pra­szam, ale to prawda. W każ­dym razie może po pro­stu chciał być miły, dla­tego mnie cało­wał?

Naprawdę żało­sne. Wie­dzia­łam, że jedy­nym spo­so­bem, by Sylvia wresz­cie zosta­wiła mnie w spo­koju, było dać jej to, czego naprawdę chciała - pod­bu­do­wać jej ego. W sumie wła­śnie tego zawsze ocze­ki­wała od życia, tak ogól­nie.

- Ian Gre­ene wydaje mi się dość bystry. Na pewno widzi, jaka jesteś świetna. Co musisz zro­bić? Nie zacho­wuj się przy nim jak wariatka. Nic wię­cej.

Wzię­łam Sylvię pod ramię i pocią­gnę­łam w stronę szkoły. Will patrzył w naszą stronę, mru­żąc oczy. Poma­cha­łam do niego z nadzieją, że zaczeka. Pochy­lił się do przodu, osło­nił oczy ręką, pokrę­cił głową i zaczął mru­czeć coś pod nosem. Pocią­gnę­łam Sylvię tro­chę moc­niej.

- Prze­pra­szam! Już idziemy! - zawo­ła­łam. - Ruszaj się, spóź­nie­nie w niczym ci nie pomoże - pogo­ni­łam Sylvię.

- Potrzeba by o wiele wię­cej niż jedno spóź­nie­nie, żebyś nie dostała się na Harvard. - Sylvia prze­wró­ciła oczami. - A poza tym czy to nie ty malo­wa­łaś twa­rze dzie­cia­kom albo coś takiego na Świę­cie Plo­nów w ubie­gły week­end? Coś tak czuję, że teraz możesz się spóź­niać co naj­mniej przez tydzień.

- Poma­ga­łam orga­ni­zo­wać imprezę, nic wię­cej - odpar­łam, choć fak­tycz­nie poma­lo­wa­łam twarz jed­nemu dzie­cia­kowi. Oka­zało się to wcale nie takie zabawne, jak z początku wyglą­dało. - A w ogóle, jaki Harvard? Błeee, kto mówił coś o...

Wtedy zapisz­czał mój tele­fon. Dosta­łam SMS-a. Pró­bo­wa­łam iść, grze­biąc w tor­bie. SMS był od Bena:

Zapo­mnia­łem ci powie­dzieć. Myślę, że jesteś świetna. Dokład­nie taka, jaka jesteś.

- Ale oble­śne - stwier­dziła Sylvia, zaglą­da­jąc mi przez ramię. Patrzyła na mój tele­fon. - Naprawdę wciąż ese­me­su­jesz z tym popa­prań­cem?

Ni­gdy nie powin­nam była mówić Sylvii o Benie. I wła­ści­wie nie powie­dzia­łam. Dwa tygo­dnie temu, kiedy byłam w łazience, wzięła mój tele­fon - zupeł­nie bez pyta­nia - i prze­czy­tała SMS-a, któ­rego od niego dosta­łam.

- Oooo, widzę, że mamy tajem­nice? - zapy­tała, wła­żąc na moje łóżko z moim tele­fo­nem nad głową. - "Czuję, że nikt mnie nie rozu­mie tak jak ty"? Muszę ci powie­dzieć, Ame­lio, że taki tekst mnie jakby oso­bi­ście obraża. Chyba że ten cały Ben cię bzyka. W takim wypadku brawa dla cie­bie. Ale i tak jestem obra­żona, że mi nie powie­dzia­łaś.

Sta­łam w drzwiach z rękami skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach i mocno zaci­ska­łam zęby. Wyda­wało mi się, że w każ­dej chwili mogą pęk­nąć. Nie chcia­łam wyja­śniać Sylvii całej sprawy z Benem. Widzia­łam, że ona odbie­rze to tak, że ja będę się czuła głu­pio. Wresz­cie usia­dła na łóżku.

- O Boże! Zro­bi­łaś to! Upra­wia­łaś seks z tym gościem!

- Nie, Sylvio. Nie upra­wia­łam. Prze­stań, naprawdę.

- O Boże, upra­wia­łaś! Prze­cież widzę. Kto to jest? Jak wygląda? Nie mogę uwie­rzyć: moja mała dziew­czynka doro­sła i nic mi nie powie­działa. Zupeł­nie nic! - pokrzy­ki­wała.

Choć robiła sporo hałasu, wyda­wało mi się, że tak naprawdę jest zdo­ło­wana.

- No dobra, będę skłonna ci prze­ba­czyć, jeśli teraz mi powiesz. Wszystko. Na począ­tek pokaż zdję­cie tego całego Bena. Chyba masz zdję­cie chło­paka, który cię roz­dzie­wi­czył, co? To ten gość z Pac­kard, któ­rego pozna­łaś na meczu hokeja na tra­wie, tak?

Prze­ma­sze­ro­wa­łam przez pokój i wyrwa­łam jej z ręki tele­fon.

- Nie, to nie ten gość z Pac­kard - syk­nę­łam, wpy­cha­jąc komórkę do tyl­nej kie­szeni. - I mnie nie roz­dzie­wi­czył. A tak w ogóle to chyba naj­bar­dziej oble­śna rzecz, jaką w życiu powie­dzia­łaś.

- Oble­śna? - spy­tała Sylvia, uno­sząc sple­cione dło­nie do piersi i trze­po­cząc rzę­sami. - Utrata dzie­wic­twa to coś pięk­nego. O moja mała dziew­czynko!

- Prze­stań! - wrza­snę­łam. - To, że jesteś zdzirą, nie zna­czy, że wszy­scy muszą być tacy.

Usły­sza­łam swoje słowa, cho­ciaż wła­ści­wie nie mogłam uwie­rzyć, że je wypo­wie­dzia­łam.

- Zdzirą? - Sylvia spoj­rzała na mnie, jak­bym ude­rzyła ją w twarz. - No ład­nie. Dzięki, przy­ja­ciółko.

Naj­gor­sze, że mówi­łam prawdę: Sylvia stra­ciła dzie­wic­two w siód­mej kla­sie i od tam­tego czasu spała z dzie­wię­cioma chło­pa­kami. Przez więk­szość czasu zacho­wy­wała się tak, jakby jej nie zale­żało na opi­nii. Ale ja wie­dzia­łam lepiej, bo byłam jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Może Sylvia mówiła mi cią­gle wredne rze­czy, ale to nie zna­czyło, że potra­fiła znieść, jeśli odpła­ca­łam jej tym samym.

- Wiesz, że nie chcia­łam tego powie­dzieć - rzu­ci­łam. - Po pro­stu... naprawdę nie chcę, żebyś się z tego nabi­jała.

- Nie nabi­ja­łam się - odparła Sylvia i z nadą­saną miną skrzy­żo­wała ręce. - Nato­miast nie mogę uwie­rzyć, że masz chło­paka i nie pisnę­łaś ani słówka. Ja ci mówię o wszyst­kim.

- To tylko przy­ja­ciel. Naprawdę. Nawet nie spo­tka­łam go w realu.

Sylvia prze­wró­ciła oczami:

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- On też się zgło­sił na ten letni pro­gram w Prin­ce­ton - odpar­łam, szy­ku­jąc się na reak­cję Sylvii. - Piszemy do sie­bie maile, SMS-y i takie tam. Tyle.

- Tyle? - Sylvia roz­dzia­wiła usta. - A piszesz maile do innych ludzi, któ­rzy się zgło­sili na tę imprezę dla kujo­nów?

- Nie. - Prze­wró­ci­łam oczami. - Tylko Ben się ze mną skon­tak­to­wał. Według mnie popro­sił, żeby przy­słali mu nazwi­ska osób z Nowego Jorku, które się zgło­siły do tego pro­gramu.

- Aha - powie­działa Sylvia ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem. - O co chcesz się zało­żyć, że nie pisze SMS-ów ani maili do żad­nego chło­paka z tej listy?

Naj­gor­sze było to, że na początku mia­łam jakby nadzieję, że Ben i ja mogli­by­śmy ze sobą być. Ni­gdy dotąd nie potra­fi­łam roz­ma­wiać z chło­pa­kiem tak, jak roz­ma­wia­łam z Benem. Zaczę­łam sobie myśleć: wow!, to wresz­cie jest to. Mimo wszystko jestem nor­malna! Musia­łam tylko poznać wła­ści­wego faceta.

Ben jakby dokład­nie wie­dział, co myślę, bo następ­nego dnia napi­sał mi, że jest gejem.

- Naprawdę prze­stań!

Zaczy­na­łam być wku­rzona. Że też ona niczego nie potrafi zosta­wić w spo­koju.

Od razu mogłam jej powie­dzieć tam­tego dnia, że Ben jest gejem, i byłoby po spra­wie. Nie­stety, spodo­bało mi się, że są rze­czy, któ­rych Sylvia o mnie nie wie.

- Hu, hu. I gdzie ten cały Ben cho­dzi do szkoły?

Zabrzmiało to tak, jakby mogła ewen­tu­al­nie uznać Bena za nie naj­gor­szy mate­riał na mojego przy­ja­ciela, pod warun­kiem że spełni on pewne kry­te­ria. Na przy­kład cho­dzi do zno­śnej szkoły. Dla Sylvii Pac­ker Tri­nity i St. Anne's były w porzo. Nato­miast wszy­scy, któ­rzy cho­dzili do Col­le­giate albo Dal­ton, byli dup­kami. Skąd ta opi­nia? Otóż Sylvia prze­spała się z wię­cej niż jed­nym chło­pa­kiem z każ­dej z tych szkół, a oni puścili ją kan­tem.

- Cho­dzi do publicz­nej szkoły w Albany.

- Mieszka w Albany? - powie­działa Sylvia takim tonem, jakby się dowie­działa, że Ben ma opryszczkę. - Żar­tu­jesz sobie? W tej dziu­rze? Nie mogę sobie wyobra­zić, że zamie­rzasz mieć romans na odle­głość z jakimś ćwo­kiem z Albany.

- Powta­rzam ci po raz ostatni, jeste­śmy przy­ja­ciółmi! - krzyk­nę­łam. - Dla­czego nie mogę się z kimś po pro­stu przy­jaź­nić? Może wcale nie chcę mieć chło­paka!

Dopiero w chwili, gdy wypo­wie­dzia­łam te słowa, zda­łam sobie sprawę, jak bar­dzo są praw­dziwe.

Dwa tygo­dnie póź­niej wciąż nie chcia­łam mieć chło­paka. Nie ma nic złego w tym, że pięt­na­sto­let­nia dziew­czyna nie chce mieć chło­paka. Tak jak powie­dział Ben, wszystko jest ze mną w porządku. I to, że Sylvia ma fioła na punk­cie chło­pa­ków, wcale tego nie zmie­nia. To ona ma pro­blem. Nie ja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki