WARNER
JEDEN
Ściana jest niezwykle biała.
Bardziej biała niż zazwyczaj. Większość ludzi myśli, że białe ściany są naprawdę białe, tymczasem tylko się takie wydają, a prawda jest inna. Większość odcieni białego jest zmieszana z odrobią żółci, która pomaga stłumić ostre tony czystej bieli, czyniąc ją barwą ecru albo kości słoniowej. Różnymi kremowymi odcieniami, a nawet bielą białek jaj. Jednak prawdziwa biel jest dla oka nieznośna, jest tak biała, że niemal niebieska.
Ta konkretna ściana nie jest boleśnie biała, lecz wystarczająco intensywna, by zwrócić moją uwagę, a to samo w sobie jest niemal cudem, ponieważ gapiłem się na nią przez większą część godziny. A dokładnie trzydzieści siedem minut.
Więzi mnie zwyczaj. Formalność.
- Jeszcze pięć minut - mówi. - Obiecuję.
Słyszę szelest materiału. Suwaki. Drżenie...
- Czy to jest tiul?
- Nie powinieneś podsłuchiwać!
- Wiesz co, kochana, teraz do mnie dociera, że jako porwany przeżywałem mniejsze katusze niż teraz.
- Okej, okej, już spakowane. Potrzebuję jeszcze tylko sekundki, żeby włożyć u...
- To nie będzie konieczne - mówię, odwracając się. - Przecież tę część na pewno mogę oglądać.
Opieram się o nadzwyczajnie białą ścianę, przyglądając się swojej ukochanej, która zmarszczyła czoło i rozchyliła usta, jakby miała coś powiedzieć, ale zapomniała.
- Proszę, kontynuuj - rzucam, dając jej znak ruchem głowy. - Nie przeszkadzaj sobie.
Celowo zostawia ściągnięte brwi trochę dłużej, mrużąc oczy w wyrazie frustracji, który jest zwykłym oszustwem. Ciągnie tę farsę, przyciskając do piersi ubranie w fałszywej skromności.
Nie przeszkadza mi to. Ani trochę.
Spijam ten widok, jej miękkie kształty, jej gładką skórę. Włosy ma piękne przy każdej długości, ostatnio je zapuszcza. Są długie i gęste, spływają jak jedwab, również na mnie, jeśli mi się poszczęści.
Powoli opuszcza ubranie.
Nagle się prostuję.
- Powinnam włożyć to pod sukienkę - tłumaczy, zapominając o udawanym gniewie. Jej palce bawią się fiszbinami kremowego gorsetu, palce zatrzymują się bezwiednie na podwiązce, muskają pończochy wykończone koronką. Nie patrzy mi w oczy. Najwyraźniej się zawstydziła, tym razem naprawdę.
Podoba ci się?
Niewypowiedziane pytanie.
Kiedy zaprosiła mnie do przebieralni, założyłem, że ma w planach dla mnie coś więcej niż gapienie się w ścianę i rozmyślanie o niezwykłej bieli. Założyłem, że chce, bym coś zobaczył.
Zobaczył ją.
Już wiem, że miałem rację.
- Jesteś taka piękna - mówię i nie umiem uciszyć własnego zachwytu. Słyszę to swoje dziecinne zadziwienie i zawstydza mnie to bardziej, niż powinno. Wiem, że nie powinienem bać się silnych uczuć. Wzruszenia.
Mimo wszystko jest mi niezręcznie.
Jestem jak jakiś młokos.
- Chyba właśnie zepsułam niespodziankę - odzywa się cicho. - Powinieneś to wszystko zobaczyć dopiero w noc poślubną.
Moje serce na chwilę zamiera.
Noc poślubną.
Zbliża się i mnie obejmuje, mój chwilowy paraliż mija. Znowu słyszę bicie serca, przyśpiesza. I chociaż nie wiem, skąd wiedziała, że potrzebowałem wsparcia w postaci jej dotyku, jestem wdzięczny. Wypuszczam powietrze, przyciągam ją do siebie, nasze ciała się rozluźniają, przypominając sobie siebie nawzajem.
Przykładam twarz do jej włosów, wciągam słodką woń jej szamponu, skóry. Minęły dopiero dwa tygodnie. Dwa tygodnie, odkąd skończył się stary świat i zaczął nowy.
Ona wciąż wydaje mi się snem.
- To się dzieje naprawdę? - szepczę.
Głośne pukanie do drzwi sprawia, że się prostuję.
Ella się chmurzy.
- Tak?
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale jakiś młody człowiek chciałby porozmawiać z panem Warnerem.
Patrzymy na siebie.
- Okej, nie gniewaj się - mówi szybko Ella.
- Dlaczego miałbym się gniewać? - pytam, przyglądając jej się ze ściągniętymi brwiami.
Ella się odsuwa, by spojrzeć mi prosto w oczy. Jej są piękne, błyszczące. Zaniepokojone.
- To Kenji.
Duszę w sobie przypływ gniewu tak silnego, że zaraz dostanę od tego wylewu. Aż mi się w głowie kręci.
- Co on tutaj robi? - cedzę. - Jakim cudem wiedział, gdzie będziemy?
Ella przygryza usta.
- Zabraliśmy ze sobą Amira i Oliviera.
- Rozumiem.
Zadbaliśmy o dodatkową ochronę, co oznacza, że nasza lokalizacja została opublikowana w biuletynie strażników. Oczywiście.
- Przyszedł do mnie tuż przed naszym wyjściem - tłumaczy Ella, kiwając głową. - Martwił się... Chciał wiedzieć, dlaczego wracamy na stare regulowane tereny.
Chcę coś powiedzieć, wyrazić głośno swoje zdziwienie tym, że zwykła dedukcja jest poza zasięgiem Kenjiego nawet wtedy, gdy wszelkie przesłanki ma tuż pod nosem - jednak Ella ucisza mnie gestem.
- Mówiłam mu, że szukamy ubrań zastępczych, i przypomniałam jeszcze, że na razie centra magazynowe to jedyne miejsca, gdzie można dostać jedzenie, odzież i... - macha ręką, marszczy czoło - właściwie cokolwiek. Tak czy inaczej stwierdził, że spróbuje nas tutaj namierzyć. Chce pomóc.
Otwieram trochę szerzej oczy. Czuję, że zaraz dostanę kolejnego wylewu.
- Stwierdził, że chce pomóc.
Ella kiwa głową.
- Zdumiewające. - Mięsień szczęki mi drży. - I dziwne, bo przecież już tyle nam pomógł, raptem zeszłego wieczoru bardzo nas wsparł, niszcząc mój garnitur i twoją suknię, przez co musieliśmy kupić nowe w - rozglądam się, wskazuję gestem otoczenie - sklepie w dniu naszego ślubu.
- Aaron - szepcze i znowu podchodzi bliżej. Kładzie dłoń na mojej piersi. - Jemu jest naprawdę przykro z tego powodu.
- A tobie? - mówię, badając jej twarz, jej uczucia. - Tobie nie jest przykro? Alia i Winston ciężko pracowali, żeby stworzyć coś pięknego, coś zaprojektowanego specjalnie z myślą o tobie...
- Nie rozpaczam. - Wzrusza ramionami. - To tylko sukienka.
- Ale to była twoja suknia ślubna - przekonuję i głos mi zaczyna drżeć, praktycznie się łamie przy ostatnich słowach.
Ella wzdycha, a w tym dźwięku słyszę pękanie jej serca, bardziej z mojego niż jej powodu. Odwraca się i rozpina ogromną torbę wiszącą nad jej głową.
- Chociaż nie powinieneś tego oglądać - mówi, wyciągając ze środka metry tiulu - myślę, że to może znaczyć dla ciebie więcej niż dla mnie, więc - odwraca się z uśmiechem - pozwolę ci razem ze mną wybrać to, co włożę dzisiaj w nocy.
Kiedy mi o tym przypomina, z gardła niemal wyrywa mi się jęk.
Nocny ślub. Kto w ogóle bierze ślub nocą? Tylko nieszczęśnicy, którzy nie mają innego wyjścia. Najwyraźniej teraz się do nich zaliczam.
Zamiast przełożyć ceremonię na inny dzień, przesunęliśmy ją o kilka godzin, żeby mieć czas na zakup nowych ubrań. No, ja swoje mam. Moje się aż tak nie liczą.
Za to jej suknia. Zniszczył jej suknię dzień przed naszym ślubem. Jak jakiś potwór.
Zamorduję go.
- Nie możesz go zamordować - mówi Ella, nadal wyciągając z torby naręcza materiału.
- Jestem pewien, że nie powiedziałem nic takiego na głos.
- Za to pomyślałeś, prawda?
- Bardzo intensywnie.
- Nie możesz go zamordować - powtarza. - Nie teraz. W ogóle nigdy.
Wzdycham, a ona dalej pracuje nad uwolnieniem sukni.
- Wybacz, kochanie, ale jeśli to wszystko - wskazuję na wydobywający się z torby tiul - to jedna suknia, obawiam się, że już wiem, co o niej myśleć.
Ella zamiera. Odwraca się, otwiera szeroko oczy.
- Nie podoba ci się? Nawet jej jeszcze nie widziałeś.
- Pokazałaś mi wystarczająco dużo. Wiem, że to wcale nie suknia, tylko bardzo ryzykowne warstwy poliestru. - Wyciągam rękę, dotykam materiału. - Nie mają tutaj jedwabiu? Może powinniśmy porozmawiać z krawcową.
- Nie mają tutaj krawcowej.
- Przecież to sklep odzieżowy - rzucam i wywracam gorset na lewą stronę, przyglądając się szwom zmrużonymi oczami. - Muszą tu mieć krawcową. Jak widać, niezbyt dobrą, jednak...
- Te sukienki są szyte w fabryce - odpowiada Ella. - Głównie przez maszyny.
Prostuję się.
- Wiesz co, większość ludzi nie dorastała z prywatnym krawcowym na każde skinienie - tłumaczy z uśmiechem na ustach. - My musieliśmy kupować niedopasowane gotowce.
- Tak - mówię sztywno i nagle jest mi głupio. - Oczywiście. Wybacz. Suknia jest bardzo ładna. Może powinienem poczekać, aż ją przymierzysz. Zbyt pochopnie wyraziłem swoją opinię.
Z jakiegoś powodu moja odpowiedź tylko wszystko pogarsza.
Ella jęczy i patrzy na mnie z rezygnacją, po czym kuli się na małym fotelu.
Serce mi pęka.
- To naprawdę katastrofa, prawda? - pyta, chowając twarz w dłoniach.
Znowu ktoś puka do drzwi.
- Proszę pana? Ten młody człowiek jest nieustępliwy...
- Niech czeka - rzucam ostro.
Chwila zawahania, potem cicha odpowiedź:
- Tak, proszę pana.
- Aaron.
Nie muszę patrzeć, by wiedzieć, że nie spodobała jej się moja gburowatość. Właściciele tego centrum zamknęli dla nas sklep i byli nieznośnie wręcz uprzejmi. Wiem, że jestem okrutny. Ale w tej chwili jakoś nie umiem się powstrzymać.
- Aaron - powtarza z naciskiem.
- Dzisiaj jest twój ślub - mówię, nie mogąc spojrzeć jej w oczy. - Zrujnował twój ślub. Nasz ślub.
Ella wstaje. Czuję, jak jej frustracja znika. Przeobraża się. Najpierw w smutek, potem w szczęście, nadzieję, strach, aż w końcu...
Rezygnację.
Jedną z najgorszych emocji w dniu, który powinien być radosny. Rezygnacja jest gorsza niż frustracja. Znacznie gorsza.
Mój gniew tężeje.
- Niczego nie zrujnował - oznajmia ostatecznie Ella. - Nadal wszystko może się udać.
- Masz rację - odpowiadam, przyciągając ją w ramiona. - Oczywiście, że masz rację. To nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia.
- Ale to mój ślub. W co się ubiorę?
Nagle ktoś wali w drzwi.
Sztywnieję. Odwracam się.
- Hej, jesteście tam? - Znowu dudnienie. - Wiem, że strasznie was wkurzyłem, mimo to mam dobre wieści, przysięgam. Naprawię to. Wynagrodzę wam wszystko.
Już mam odpowiedzieć, kiedy Ella ciągnie mnie za rękę, jednym ruchem uciszając moją kąśliwość. Posyła mi spojrzenie, które w jasny sposób oznacza:
Daj mu szansę.
Wzdycham, kiedy złość osadza się w moim ciele, ramiona mi opadają pod wpływem jej ciężaru. Niechętnie się odsuwam, by pozwolić Elli zająć się tym idiotą w taki sposób, jaki jej pasuje.
W końcu to jej ślub.
Ella podchodzi do drzwi. Mierzy paluchem w ich nienaturalną biel, mówiąc:
- Lepiej, żebyś miał coś dobrego, Kenji, inaczej Warner cię zabije, a ja mu w tym pomogę.
A potem, zupełnie niespodziewanie...
Znowu się uśmiecham.