Zrodzony z burzy - Leffe Grimwalker & Dan Buthler

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 9

Ty­resö

Jes­sica ma czter­na­ście lat i cho­dzi do ósmej klasy. Wy­cho­dzi z to­a­lety i kła­dzie ra­kietę te­ni­sową przy umy­walce. W tym mo­men­cie ktoś wcho­dzi do ła­zienki, ale ona nie zwraca na to uwagi. Nie znosi tych wszyst­kich de­bili, któ­rzy cho­dzą z nią do szkoły. In­stynkt każe jej jed­nak spoj­rzeć, kto za nią sta­nął. Ma dziwne uczu­cie w brzu­chu, jakby za­gnieź­dziły się w nim wście­kłe osy.

Chło­pak stoi przy niej i blo­kuje jej przej­ście. Erik Gyl­len­stierna z dzie­wią­tej klasy. Dziew­czyny w szkole na­zy­wają go Cia­chem i uwa­żają za dar Boga dla ko­biet.

- Na­resz­cie sami - szep­cze, mie­rząc ją wzro­kiem od dołu do góry i za­wie­sza spoj­rze­nie na jej biu­ście. Prze­suwa ję­zy­kiem po zę­bach i gło­śno prze­łyka ślinę.

- Pier­dol się. Zo­staw mnie w spo­koju. - Jes­sica pró­buje przejść obok niego, ale on staje jej na dro­dze, opiera rękę o ścianę i prze­chyla głowę. Od­gar­nia grzywkę na bok.

- No da­lej, uda­waj taką nie­do­stępną. Po­doba mi się to.

Jes­sica sły­szała różne rze­czy na jego te­mat, ale ma­chała na to ręką. Te­raz naj­wi­docz­niej przy­szła ko­lej na nią. Wcze­śniej chro­nił ją Tony, ale zo­stał prze­nie­siony do ja­kie­goś domu na pół­nocy po tym, jak jego oj­ciec się za­bił, a matka ucie­kła.

- Prze­suń się - sy­czy Jes­sica, a Erik tylko się uśmie­cha. Ide­alne zęby, ide­alne włosy, ide­alne ubra­nie.

- Wy­lu­zuj. Wiem, że ci się po­do­bam.

Jes­sica par­ska śmie­chem. Nikt w szkole jej nie lubi. Tro­chę prze­gina. Jest zbyt dzika, zbyt sza­lona. To świetny spo­sób na prze­trwa­nie. Nie musi się uże­rać z idio­tami, któ­rzy za bar­dzo się sta­rają. Nie­po­trzebni jej zna­jomi. Woli być sama.

Ma naj­lep­sze oceny w szkole, co jesz­cze bar­dziej wszyst­kich de­ner­wuje. Jest out­si­derką i gdyby nie Tony, na pewno by­łaby ulu­bioną ofiarą mob­bingu.

Naj­wy­raź­niej jed­nak na­stały nowe czasy. La­tem uro­sły jej piersi, co przy­cią­gnęło uwagę Cia­cha.

Pod­cho­dzi do niej. Jest znacz­nie więk­szy, więc Jes­sica nie ma szans przejść koło niego. Cia­cho ma wy­wa­lone na na­ukę, bo pla­nuje zo­stać za­wo­do­wym ho­ke­istą. Jest naj­lep­szy z dru­żyny Ty­resö Hoc­key, je­śli wie­rzyć ga­ze­tom. Bę­dzie więk­szą gwiazdą niż "Foppa" Fors­berg. Ma piękną dziew­czynę, ale pod­rywa inne. Jest przy­stojny i po­cho­dzi z bo­ga­tego domu, ale to gno­jek. Więk­szość dziew­czyn w szkole ulega mu ze względu na kasę.

Ale nie Jes­sica.

Na ze­wnątrz sły­chać śmiech jego kum­pli. Pil­nują, żeby nikt nie wszedł do środka. Serce pod­cho­dzi jej do gar­dła. Cała się trzę­sie. Czuje się po­zo­sta­wiona sama so­bie. Cofa się, a on pod­cho­dzi co­raz bli­żej z tym swoim wy­szcze­rzo­nym uśmie­chem jak z re­klamy pa­sty do zę­bów.

Erik ła­pie ją za bluzkę i ją roz­rywa. Robi wiel­kie oczy na wi­dok jej piersi w sta­niku.

- Je­steś sexy - mówi ra­czej groź­nym niż ro­man­tycz­nym to­nem jakby za­nu­rzony we wła­snym świe­cie.

- Prze­stań, bo za­cznę krzy­czeć.

- Z pew­no­ścią bę­dziesz - obie­cuje i uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej.

- Po­wiem Tony'emu - pró­buje Jes­sica, ale on się śmieje.

- Tony'emu? On już tu nie wróci. Nie sły­sza­łaś? Sie­dzi w po­praw­czaku. - Erik chce zła­pać ją za piersi, ale dziew­czyna robi szybki krok do tyłu.

Ude­rza ple­cami w ob­le­śną ścianę wy­ło­żoną ka­fel­kami, nie ma do­kąd uciec.

- Wiesz, że tego chcesz. - Erik mocno przy­ci­ska do niej swoje ciało.

Przy­kłada dłoń do jej ust. Drugą rękę wkłada pod spód­nicę i ściąga z niej majtki. Jes­sica usi­łuje krzy­czeć, kiedy Erik wsuwa w nią pa­lec. Boli tak bar­dzo, że my­śli, że coś tam pę­kło.

- Kurwa, ale je­steś cia­sna - sy­czy, a ona jak naj­moc­niej za­ci­ska po­wieki. Pró­buje ode­pchnąć jego rękę, ale jest zbyt silny.

Chło­pak się śmieje i wy­ciąga pa­lec, by roz­piąć roz­po­rek, ale na­gle milk­nie. Po chwili wy­bu­cha:

- Co jest, kurwa? Masz okres? Ob­le­śna suka! - Pusz­cza ją i wy­gląda, jakby miał zwy­mio­to­wać.

Jes­sica opada bez­wład­nie na pod­łogę. Znisz­czona i roz­bita na mi­lion ka­wał­ków.

"Czy nie je­stem już dzie­wicą? Czy wła­śnie zo­sta­łam zgwał­cona?"

Erik myje ręce i pa­trzy na nią z obrzy­dze­niem. Rzuca kur­wami, a Jes­sica pła­cze. Czuje się tak, jakby całe jej ciało roz­lało się jak ka­łuża po pod­ło­dze, a mię­dzy no­gami prze­szywa ją ból.

"To nie tak mia­łam stra­cić dzie­wic­two".

Zde­cy­do­wali z To­nym, że zro­bią to w jej pięt­na­ste uro­dziny. Przy za­pa­lo­nych świe­cach i jej ulu­bio­nej mu­zyce.

Erik śmieje się, wy­cho­dząc z ła­zienki. Przy­bija piątki z kum­plami. W ich oczach wi­dać po­gardę, ale też po­żą­da­nie. Cze­kali na ochłapy po Eriku.

- Za­po­mnij­cie o tym. Ona ma okres - mówi to tak, jakby miała raka. Wszy­scy pa­trzą na nią z obrzy­dze­niem, po czym Erik z trza­skiem za­myka drzwi.

Jes­sica do­brze wie, że to była tylko chora gra wstępna i że na szczę­ście ma okres. W prze­ciw­nym ra­zie Erik po­su­nąłby się znacz­nie da­lej.

W końcu wstaje, serce ska­cze wście­kle jak po­pcorn. Bie­rze ka­wa­łek pa­pieru i de­li­kat­nie przy­ci­ska go do kro­cza. Opiera się o umy­walkę i pa­trzy w od­bi­cie w lu­strze. Wi­dzi w nim skrzyw­dzoną dziew­czynę. Nie po­doba jej się to.

Ociera łzy. Gdyby Tony tu był, skułby Eri­kowi mordę. Gdyby na­le­żała do ple­mie­nia Ko­man­czów, jego człon­ko­wie ska­to­wa­liby Erika. Ale Tony'ego tu nie ma, a ona nie jest wo­jow­niczką, nie na­leży do żad­nego ple­mie­nia i zo­stała sama. Ma wra­że­nie, że cały świat się trzę­sie, kiedy roz­lega się dźwięk szkol­nego dzwonka. Prze­rwa się skoń­czyła, choć co to ma za zna­cze­nie. Jes­sica prze­łyka ślinę. Czuje smak jego pal­ców na ustach i pró­buje zmyć go wodą.

Ten skur­wiel ją zgwał­cił i się śmiał. Znowu prze­łyka ślinę.

"Za­ci­śnij zęby i przyj­mij to jak męż­czy­zna" - ma­wia tata, a ona choć raz chce to zro­bić.

"Pie­przyć Erika! Pie­przyć tę szkołę!"

Jes­sica pa­trzy w lu­stro i krzy­czy tak gło­śno, że aż uszy pę­kają. Nie może znieść swo­jego od­bi­cia i ude­rza w lu­stro. Przy­gląda się ra­nom na dłoni i szybko od­dy­cha.

Czuje w so­bie ja­kąś nową siłę. Wy­cho­dząc z ła­zienki, chwyta ra­kietę te­ni­sową, roz­pina po­kro­wiec i rzuca go na pod­łogę. Nie­na­wi­dzi te­nisa, ale tata na­lega, żeby grała.

"Ni­gdy wię­cej!"

Do­strzega Erika sto­ją­cego ty­łem wraz z kum­plami w głębi ko­ry­ta­rza. Wi­dać, że świet­nie się ba­wią. Ko­lejna zdo­byta la­ska, po­wód do świę­to­wa­nia. Ko­lejna mała dzie­wica, którą po­zba­wili cnoty.

Ucznio­wie roz­stę­pują się, gdy Jes­sica pod­cho­dzi do niego. Trzy­mają pod­ręcz­niki przed sobą jak tar­cze i szep­czą do sie­bie.

Erik się od­wraca i wtedy ona wali go ra­kietą w twarz. I jesz­cze raz, i jesz­cze. Chło­pak upada na plecy, a ona wy­mie­rza cios za cio­sem, aż wszę­dzie wi­dać krew i wszy­scy wo­kół krzy­czą. Brzmi to dla niej jak pie­przona mu­zyka.

Je­den z na­uczy­cieli ją przy­trzy­muje, a ona śmieje się w głos. Nie dla­tego, że to za­bawne, ale dla­tego, że prze­stała się ha­mo­wać.

Kiedy na­uczy­ciel ją stam­tąd od­ciąga, wszy­scy się od­su­wają. Pa­trzą na nią, jakby to była jej wina. Jakby to ona była dup­kiem.

- Zgwał­cił mnie! - krzy­czy, od­ry­wa­jąc się od na­uczy­ciela. Bie­gnie ko­ry­ta­rzem. Bie­gnie tak długo, że za­trzy­muje się do­piero, kiedy do­ciera do kra­wę­dzi klifu, gdzie ona i Tony zwy­kle ra­zem się upi­jali. Siada tam i wpa­truje się w wodę.

Tę­skni za To­nym i jego śmie­chem. Znowu pła­cze, ale obie­cuje so­bie, że to ostatni raz. Czuje, jakby jej ciało dry­fo­wało.

"Czy ja te­raz umrę? Co się robi, bę­dąc ni­kim?"

Roz­dział 10

Söder­malm, Sztok­holm

Nina Trygg jest w miesz­ka­niu Johna Glansa, wście­kła, że na­lot nie­wiele dał. Nie może tego po­jąć. Wi­dzieli lu­dzi wcho­dzą­cych do re­stau­ra­cji i ka­syna, ale kiedy w końcu udało im się otwo­rzyć cięż­kie że­la­zne drzwi, nie było tam ni­kogo. Ja­kimś cu­dem udało im się wy­do­stać, mimo że po­li­cjanci ob­ser­wo­wali cały bu­dy­nek.

Alek­sowi Stor­mowi znów się udało. Nina nie wie jak, ale za­mie­rza się tego do­wie­dzieć.

Zdaje so­bie sprawę, że ma ob­se­sję na punk­cie jego i Jes­siki, trudno się jed­nak temu dzi­wić. Któ­reś z nich za­mor­do­wało mi­łość jej ży­cia, ojca jej dziecka. Do­piero co się ze­szli, dawno nie była tak szczę­śliwa.

Przy­gląda się znisz­cze­niom. Prze­trzą­snęła każdy me­bel. Roz­cięła ka­napę, ze­rwała ta­pety, otwo­rzyła każdą książkę i przej­rzała każdy cen­ty­metr miesz­ka­nia.

Siada i gło­śno wzdy­cha. Po­kle­puje się po brzu­chu, w któ­rym ro­śnie ich dziecko. Jest w czwar­tym mie­siącu ciąży. Nie­ustan­nie ma uczu­cie, że coś ją drażni w gar­dle. Wiecz­nie ma mdło­ści. Cza­sami pró­buje zwy­mio­to­wać, ale nic nie zwraca.

Ogar­nia ją na­gły nie­po­kój, kiedy my­śli o swo­jej sio­strze Lis­sie, która jak zwy­kle ma kło­poty.

"Czy to moja wina? Cóż, może".

Chcia­łaby, żeby były jak inne sio­stry i trzy­mały się ra­zem, ale jest tak, jakby ktoś po­sta­wił mię­dzy nimi zbyt wy­soki mur, przez który le­dwo się sły­szą, kiedy ze sobą roz­ma­wiają. Nina jest zde­ter­mi­no­wana i za­mie­rza skło­nić Lis­sie, żeby prze­stała sprze­da­wać ko­ka­inę. Za wszelką cenę, dla jej do­bra.

Ile­kroć za­myka oczy, nęka ją ob­raz Wonga z otwar­tymi ustami. W końcu się pod­daje i za­myka oczy na dłu­żej.

Czy oni w ogóle są nor­malni? Nie może po­jąć, jak Alex i Jes­sica zo­stali w to wplą­tani, ale nie in­te­re­sują ją ich po­wody. Któ­reś z nich za­mor­do­wało Johna i zrobi wszystko, by po­nie­śli za to kon­se­kwen­cje. Znisz­czy całą tę cho­lerną triadę. To bę­dzie kara za śmierć Johna.

Od­chyla się i spo­gląda na lampę na su­fi­cie. Cho­lera! Że też wcze­śniej o tym nie po­my­ślała.

Przy­nosi krze­sło i sta­wia je pod lampą. Dy­szy jak cię­żarna hi­po­po­tamka i stwier­dza, że po­winna wię­cej ćwi­czyć. Ale kto ma na to czas?

Zdej­muje lampę, wi­dzi prze­wody w ko­stce elek­trycz­nej i to wszystko. Nic wię­cej tam nie ma. Nie spo­dzie­wała się, że coś tam znaj­dzie, ale jest co­raz bar­dziej zde­spe­ro­wana.

Mija kwa­drans. Spraw­dziła wszyst­kie lampy su­fi­towe w miesz­ka­niu i po­now­nie siada na po­dar­tej so­fie. Ma wy­rzuty su­mie­nia, że tak znisz­czyła miesz­ka­nie Johna, ale zo­stał tylko ty­dzień. Po­tem bę­dzie trzeba tu po­sprzą­tać, bo wpro­wa­dza się nowy wła­ści­ciel. Niny nie stać na opła­ce­nie prze­nie­sie­nia prawa wła­sno­ści, poza tym nie są mał­żeń­stwem, więc pew­nie i tak to miesz­ka­nie by się jej nie na­le­żało.

W ogóle nie po­winno jej tu być, a gdyby jej szef się o tym do­wie­dział, wpadłby w szał. Ofi­cjalna wer­sja jest taka, że John po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, po­nie­waż nie zna­le­ziono żad­nych do­wo­dów po­twier­dza­ją­cych mor­der­stwo.

Prze­czu­cie jej jed­nak pod­po­wiada, że ktoś ze­pchnął go i strą­cił w prze­paść. Naj­praw­do­po­dob­niej Alex, nie Jes­sica.

Bur­czy jej w brzu­chu i jest głodna. Na ko­la­cję będą chipsy i coca-cola. Nie ma siły go­to­wać. Czuje pustkę i gdyby nie dziecko, które w so­bie nosi, dawno by się za­ła­mała.

- Gdzie to scho­wa­łeś? - szep­cze do du­cha Johna Glansa, jakby wie­rzyła w ży­cie po­za­gro­bowe. Choć kto to wie. Ro­dzice pró­bo­wali za­szcze­pić w niej i w Lis­sie swoją chorą wiarę w Boga, ale mimo to zo­stały ate­ist­kami.

Na­wet im nie po­wie­działa, że zo­staną dziad­kami. Nie za­słu­gują na to.

My­śli o Lis­sie wra­cają. Na próżno pró­buje je od­go­nić, chcąc się sku­pić na zna­le­zie­niu tego, co ukrył John.

Wie­lo­krot­nie spraw­dziła kuch­nię, po­nie­waż to za­wsze tam lub w ła­zience ćpuny cho­wają nar­ko­tyki. My­ślą, że są sprytni, ale po pew­nym cza­sie ktoś na­mie­rza ich kry­jówki.

John mu­siał ukryć to gdzie in­dziej. Po­zo­staje tylko jedna moż­li­wość. Nina idzie do kuchni i szpera w szu­fla­dzie, po­trzebny jej mały, pła­ski śru­bo­kręt.

Włą­cza wszyst­kie świa­tła, ale nie znaj­duje nic poza prze­wo­dami elek­trycz­nymi. Po­tem od­kręca gniazdka, jedno po dru­gim, aż cała jest zlana po­tem. Kiedy zdej­muje ostat­nie, znaj­du­jące się za ka­napą, czuje lekką eks­cy­ta­cję. W pusz­cze do gniazdka wi­dzi coś okle­jo­nego ta­śmą.

Siada na ka­na­pie i boi się to od­pa­ko­wać. A je­śli to ec­stasy albo ja­kieś inne gówno na­le­żące do ko­goś, kto miesz­kał tu przed Joh­nem? Albo jesz­cze go­rzej: co, je­śli to John ukrył nar­ko­tyki?

Po­woli od­kleja ta­śmę. Ka­wa­łek po ka­wa­łeczku, aż do­cho­dzi do fo­lii ochron­nej. W środku jest coś twar­dego i mar­twi ją, że to wcale nie jest to, czego się spo­dzie­wała. Nie­moż­liwe, żeby do­wody, które ukrył John, były tak małe.

Ale kiedy zdej­muje pla­stik, śmieje się.

"Te­raz was mam!"

Roz­dział 11

Gol­den Dra­gon, Älvsjö

Kiedy Jes­sica pod­jeż­dża do Gol­den Dra­gon, wita ją ta­śma po­li­cyjna.

- Co tym ra­zem na­ro­bi­łeś? - ci­cho pyta samą sie­bie. Ty­powy Alex. Ni­gdy jej nie mówi, co się dzieje. Po chwili za­czyna się mar­twić. "Co, je­śli zo­stał aresz­to­wany?"

Skręca ją w żo­łądku, kiedy za­gląda przez okno do re­stau­ra­cji. Nie ma tam ni­kogo.

Okrąża bu­dy­nek, kie­ru­jąc się do wej­ścia do Sa­lonu Kli-Kli i bur­delu. Po dro­dze dzwoni na ko­mórkę Aleksa, ale naj­wi­docz­niej ją wy­łą­czył.

"Kurwa, kurwa, kurwa".

Je­śli za­brała go po­li­cja, to tylko kwe­stia czasu, kiedy i ją zgarną. Na prze­słu­cha­nie, jak prze­stępcę. To wszystko jego wina, do cho­lery. Wiele razy miała ochotę się na niego wy­drzeć po śmierci dzieci, ale nie miała siły, a to i tak nie przy­wró­ci­łoby im ży­cia.

W dniu, w któ­rym zgi­nęły, oboje za­mknęli się w so­bie i od tego czasu sa­mot­nie prze­ży­wali ża­łobę. Po tym, jak za­strze­liła Olega, coś wpeł­zło do jej serca, od­gro­dziło się od świata dru­tem kol­cza­stym i wsta­wiło po­dwójny za­mek, by ni­gdy wię­cej nie wy­glą­dać na ze­wnątrz. Po raz ko­lejny za­biła czło­wieka. Zro­biła to dla Aleksa.

Na­wet pro­ku­ra­tor uznał to za sa­mo­obronę. Nikt tego nie kwe­stio­no­wał i cho­ciaż mo­gli po­sta­wić jej za­rzuty, bali się na­gonki w pra­sie. W ja­kiś dziwny spo­sób sprawa stała się po­li­tyczna. Matka, któ­rej dzieci zo­stały wy­sa­dzone w po­wie­trze i która ochro­niła męża przed mor­dercą, ra­czej nie zo­sta­łaby ska­zana, poza tym po­li­cja i wy­miar spra­wie­dli­wo­ści już i tak mają wy­star­cza­jąco złą re­pu­ta­cję.

Jes­sica dziwi się, że Sa­lon Kli-Kli, znaj­du­jący się na ty­łach ka­syna, jest otwarty jak zwy­kle. Wcho­dzi do środka i Be­nita od razu bie­gnie się z nią przy­wi­tać i ją obej­muje.

- Cześć, ślicz­notko - Uj­muje twarz Jes­siki w dło­nie. - Co u cie­bie? - Be­nita ma dłu­gie akry­lowe pa­znok­cie i siwe, dość rzad­kie włosy. Ktoś, kto zo­ba­czyłby ją na ulicy, wziąłby ją za ćpunkę i trzy­mał swoje rze­czy przy so­bie. Ma czter­dzie­ści pięć lat, a wy­gląda na co naj­mniej dzie­sięć lat star­szą.

Jes­sica się uśmie­cha, choć w wy­mu­szony spo­sób.

- Tak so­bie, wiesz, jak jest - Zna hi­sto­rię Be­nity, która w pew­nym sen­sie też stra­ciła dziecko. - Jest tu Alex?

- Nie, słonko. Du­pek zwiał do­słow­nie chwilę temu, aż się za nim ku­rzyło. - Be­nita od­gar­nia ko­smyk wło­sów z twa­rzy Jes­siki, który utknął w ką­ciku jej ust.

To miłe uczu­cie, mama ni­gdy by tego nie zro­biła. I choć Be­nita to stara ćpunka, prze­orana ży­ciem ni­czym Wielki Ka­nion, ma ogromne serce.

- A, okej, za­sta­na­wia­łam się, czy nie zo­stał aresz­to­wany. Nie mogę uwie­rzyć, że sa­lony w ogóle są otwarte.

- Ha! Nic na nas nie mają. Poza tym Sa­lon Kli-Kli jest cał­ko­wi­cie le­galny, a co naj­mniej trzech na­szych sta­łych klien­tów to gli­nia­rze, kilka razy w mie­siącu przy­cho­dzą na dra­pa­nie po ple­cach - uśmie­cha się sze­roko Be­nita. - To­bie też przy­dałby się ja­kiś od­prę­ża­jący za­bieg.

- Nie są­dzę...

- Gówno prawda! Pong! - Be­nita wzywa pulchną młodą Azjatkę, która pod­cho­dzi do nich na pal­cach. Jakby pró­bo­wała do­rów­nać Jes­sice wzro­stem, co jest nie­moż­liwe.

- Nie wiem, czy...

- Jes­sica. Tro­chę się już znamy i jed­nego po­trze­bu­jesz na pewno: odro­biny tro­ski, do cho­lery. No już. Je­steś w końcu współ­wła­ści­cielką i mu­sisz wie­dzieć, ja­kie usługi sprze­da­jemy.

Jes­sica się pod­daje. Dys­ku­to­wa­nie z Be­nitą to jak próba prze­wró­ce­nia szczytu Keb­ne­ka­ise. Daje się za­cią­gnąć do ga­bi­netu za­bie­go­wego, Pong przy­ciem­nia świa­tło. Pach­nie tu ka­dzi­dłem, zwy­kle jej to prze­szka­dza, ale tym ra­zem nic nie mówi na ten te­mat, zdej­muje bluzkę i kła­dzie się na brzu­chu przy szu­mie wia­tru i wody. Pong wy­do­bywa dźwięk ma­łego gongu, a ona jest zbyt zmę­czona, żeby się śmiać, a już po kilku mi­nu­tach czuje się na­prawdę zre­lak­so­wana.

Pong wpraw­nie dra­pie ją pa­znok­ciami po ple­cach, a skóra aż krzy­czy z ra­do­ści pod wpły­wem uwal­nia­ją­cej się se­ro­to­niny. "Be­nita chyba miała ra­cję. Choć ten je­den raz" - my­śli i za­myka oczy.

Pół go­dziny póź­niej sie­dzi w holu. Be­nita przy­nio­sła jej wodę i kawę. Jest za­sko­czona, jak róż­nych klien­tów przy­ciąga ich biz­nes. Nie ma kon­kret­nej grupy do­ce­lo­wej. Po­cząt­kowo my­ślała, że z tych usług będą ko­rzy­stać je­dy­nie ob­le­śni fa­ceci, li­czący na ma­saż z happy en­dem, ale przy­cho­dzi tu wię­cej ko­biet niż męż­czyzn.

Wzdryga się, gdy Wong siada z ję­kiem obok niej i uśmie­cha się tak, jak tylko on po­trafi. Ni­czym troll z World of War­craft, który wła­śnie wró­cił z wojny.

"Co sły­chać?" - pi­sze Wong na ta­ble­cie.

- Wszystko okej - od­po­wiada Jes­sica i uśmie­cha się do niego. Przy­zwy­cza­iła się już do niego i czuje się przy nim bez­piecz­nie. Wcze­śniej cho­ler­nie ją prze­ra­żał, a te­raz to jego matka bu­dzi w niej lęk.

"Nie po­tra­fisz kła­mać". Bie­rze jej rękę, która to­nie w jego wiel­kich ła­pach.

- Ech... czuję się fa­tal­nie.

"Nic dziw­nego. Czy mogę coś dla cie­bie zro­bić?" - za­sta­na­wia się.

- Nie, ale dzię­kuję.

"Może mam stłuc Aleksa?"

Jes­sica się śmieje. Po­winna przy­tak­nąć, ale tego nie robi. Dziw­nie roz­ma­wia jej się z Won­giem w taki spo­sób, ale jed­no­cze­śnie jest coś mi­łego w tym, że nie sły­szy tonu jego głosu.

- Nie, wy­star­czy, że on sam się bi­czuje.

Wong chi­cho­cze i pi­sze: "To du­pek".

- To prawda, ale to... - Jes­sica milk­nie. To nie naj­lep­szy po­mysł roz­ma­wiać z nim o ich pro­ble­mach mał­żeń­skich.

"Skom­pli­ko­wane - Wong koń­czy za nią zda­nie. - Prze­pra­szam, nie po­wi­nie­nem się wtrą­cać, ale mu­si­cie coś z tym zro­bić. Po­roz­ma­wiam z Alek­sem".

- Pro­szę, nie rób tego.

"Mu­szę. Za­nim wszystko ru­nie".

Jes­sica wzdy­cha. Może Wong ma ra­cję? Opiera się o niego, a on de­li­kat­nie kle­pie ją po ko­la­nie. Chyba nie czuje się zbyt kom­for­towo, sie­dząc tak bli­sko niej.

- W jaki spo­sób stra­ci­łeś ję­zyk? - pyta, ale nie ma od­wagi spoj­rzeć mu w oczy. Czuje się nie­pew­nie i tym py­ta­niem chce zrów­no­wa­żyć siły. - Alex mó­wił, że nie wie, ale my­ślę, że kła­mał.

- Od­gryzł go so­bie, kiedy jeź­dził na de­sko­rolce. Głupi chło­pak - wtrąca Ma, sta­jąc przed nimi ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami i pa­trząc na nich z ukosa.

Jes­sica się pro­stuje. Czuje się jak wtedy, kiedy na­uczy­cielka przy­ła­pała ją na pa­le­niu pa­pie­ro­sów.

- Ma, nie sły­sza­łam, jak wcho­dzi­łaś. - "Matka Wonga jest jak pie­przony ninja" - my­śli Jes­sica i śmieje się, wi­dząc za ladą Be­nitę na­śla­du­jącą ja­poń­skiego wo­jow­nika. Ta ko­bieta to chyba je­dyna osoba, która nie boi się Ma.

- Co tak sie­dzi­cie? Rusz­cie się. Trzeba za­ra­biać, no nie?

Jes­sica kiwa głową. W końcu to ona jest od­po­wie­dzialna za mar­ke­ting. Wstaje i w tym sa­mym mo­men­cie pod­nosi się Wong.

Męż­czy­zna pod­cho­dzi do matki i obej­muje ją ol­brzy­mimi ra­mio­nami, a ona po­kle­puje go po ręce. Wy­gląda to śmiesz­nie, ale rów­nież czule.

- Po­pra­cuję ju­tro. Mu­szę te­raz po­móc w czymś Sus­sie.

Ma chwyta ją za ręce i pa­trzy jej pro­sto w oczy.

- Smu­tek to ego­istyczne uczu­cie, tak już jest. Ale od uni­ka­nia go nie bę­dzie ci le­piej, ko­chana. Zrób so­bie jesz­cze je­den dzień wolny, a po­tem przyjdź do pracy. Mu­simy otwo­rzyć wię­cej sa­lo­nów, i to za­raz.

- Ja... - za­czyna Jes­sica, czu­jąc, jak łzy na­pły­wają jej do oczu. Ma ru­chem ręki wska­zuje, że trzeba już iść.

- Wi­dzimy się ju­tro o siód­mej rano. Sta­wiam śnia­da­nie - mówi matka Wonga i po ci­chu się od­dala.

- Ona jest jak cho­lerny Jedi - mru­czy Be­nita. - Ale ma ra­cję, Jes­sico. Nie chcia­łam nic mó­wić, ale po­trze­bu­jemy cię.

Jes­sica kiwa głową. Może to i do­brze za­jąć się czymś i my­śleć o in­nych rze­czach. Na­gle przy­cho­dzi jej coś do głowy:

- Wong, mogę tak na szybko po­roz­ma­wiać z tobą na osob­no­ści?

Wong przy­ta­kuje. Jes­sica wy­cho­dzi z bu­dynku ze spusz­czoną głową. Za­pala pa­pie­rosa i opiera się o ścianę.

"Co ja wy­pra­wiam?" - my­śli, ale chce się do­wie­dzieć, co on wie. Wong bie­rze ją za drżącą rękę i spo­gląda na nią ła­god­nie sko­śnymi oczami.

- Alex zna­lazł prawo jazdy Johna Glansa pod twoim biur­kiem.

Wong na­wet nie re­aguje, nie od­po­wiada, ale ciężko od­dy­cha.

- Mu­szę wie­dzieć, co wiesz. - Jes­sica od­wraca wzrok, za­ciąga się, ale nie­mal na­tych­miast wy­dmu­chuje dym. Trzę­sie się jesz­cze bar­dziej od zim­nego po­wie­trza gry­zą­cego ją w skórę.

Męż­czy­zna bie­rze do ręki ta­blet i po­woli coś na nim pi­sze. Kiedy Jes­sica to od­czy­tuje, ugi­nają się pod nią ko­lana, ale on szybko ją pod­trzy­muje. Nie może ode­rwać wzroku od jego ba­zgro­łów.

"Wi­dzia­łem, jak go za­bi­łaś. Po­sprzą­ta­łem po to­bie. Nie ma żad­nych do­wo­dów".

Roz­dział 12

Ob­szar prze­my­słowy Väst­berga, Sztok­holm

Lis­sie li­czy pie­nią­dze i prze­klina. "Co ten Alex wy­pra­wia?"

Ze­stre­so­wana pa­kuje ostat­nią por­cję koksu dla ku­rie­rów. Na jej te­le­fo­nie wciąż po­ja­wiają się nowe wia­do­mo­ści z apli­ka­cji Si­gnal. Wszy­scy chcą wię­cej ko­ka­iny, a już nie­wiele zo­stało. Je­śli za­raz nie przyj­dzie nowa do­stawa, bę­dzie pro­blem.

"Wszy­scy chcą wię­cej".

Lis­sie od­kłada trzy­dzie­ści gra­mów, które schowa w swoim taj­nym ma­ga­zy­nie w ma­łej chatce w Nor­r­tälje. Le­piej jest mieć plan awa­ryjny, pa­trząc na to, jak Alex się za­cho­wuje. Kiedy uzbiera dość pie­nię­dzy, uciek­nie za gra­nicę i bę­dzie ku­po­wać ru­dery, re­mon­to­wać je, a na­stęp­nie sprze­da­wać ze spo­rym zy­skiem. To jej nowy plan. Choć, je­śli tak da­lej pój­dzie, znowu sta­nie się nie­wol­nicą swo­jego by­łego, Ab­diego. To on ją na­mó­wił, by sprze­da­wała ko­ka­inę lu­dziom z wyż­szych sfer. Do­piero po­tem się od niego uwol­niła i za­częła pra­co­wać dla Aleksa. Mu­szą do­stać wię­cej to­waru. I to za­raz. W prze­ciw­nym ra­zie wszystko szlag trafi.

Lis­sie do­ko­nała pew­nych zmian na wła­sną ko­rzyść. Naj­cen­niej­sze, co po­siada, to li­sta kil­ku­set klien­tów, któ­rzy za­wsze chcą kokę. Wszy­scy kon­ku­renci chcie­liby mieć do­stęp do tej li­sty war­tej zresztą mi­liony.

Do tej pory ko­rzy­stała z apli­ka­cji Si­gnal, ale to tylko kwe­stia czasu, kiedy eks­per­tom z In­ter­polu uda się zła­mać za­bez­pie­cze­nia, tak jak zro­bili to z En­cro­Chat, przez co po­łowa di­le­rów w Szwe­cji tra­fiła do wię­zie­nia. W związku z tym za­ła­twiła so­bie wir­tu­alny nu­mer w Black­tel i dzięki temu może wy­sy­łać SMS-y do klien­tów przy uży­ciu ano­ni­mo­wej prze­glą­darki Tor. Dla do­dat­ko­wej ochrony ko­rzy­sta rów­nież z pry­wat­nej sieci VPN. Ukrywa plik z li­stą klien­tów jako za­szy­fro­waną par­ty­cję w pliku gra­ficz­nym, który na­stęp­nie prze­syła do chmury. Dla­tego też nie ma zna­cze­nia, w ja­kim miej­scu na świe­cie aku­rat się znaj­duje, a je­śli jej się uda, nie bę­dzie mu­siała na­wet spo­ty­kać się z klien­tami ani ku­rie­rami. Może na­wet przej­mie in­te­resy Aleksa, gdy go w końcu zła­pią.

Po spa­ko­wa­niu ostat­niej por­cji ko­ka­iny zo­staje je­dy­nie ki­lo­gram spra­so­wa­nego proszku. Ta ilość wy­star­czy tylko na week­end.

Lis­sie ciężko wzdy­cha. Za­pala skręta i spraw­dza go­dzinę. Będą za pięć mi­nut - ku­rie­rzy, któ­rzy na ro­we­rze, de­sko­rol­kach lub wła­snych no­gach będą do­star­czać paczki od­po­wied­nim dys­try­bu­to­rom.

Musi przy­znać, że układ, jaki Alex i Jes­sica za­warli z or­ga­ni­za­cjami prze­stęp­czymi, był do­brym po­su­nię­ciem. Dzięki temu chaos jest mniej­szy. Przez chwilę była pewna, że wszy­scy troje zginą. Alex ma jed­nak cho­lerne szczę­ście... je­śli nie li­czyć śmierci dzieci i tak da­lej. Nie może uwie­rzyć, że taki ty­powy Svens­son jak on mógł zo­stać kró­lem ko­ka­iny w Szwe­cji. Wku­rza ją je­dy­nie ta cała Lily Rose, która wy­daje się psy­cho­patką.

Otwie­rają się drzwi i wcho­dzi Alex. Wy­gląda jak zmo­kła kura.

- Wszystko w po­rządku? - pyta Lis­sie, ga­sząc jo­inta.

- Jest su­per. Gliny zro­biły na­lot na ka­syno, ty ma­ru­dzisz o kok­sie, a wszy­scy wo­kół ga­dają o tym, że co­vid nas za­bije. Więc tak, jest su­per. - Alex siada na krze­śle i łyka ta­bletki.

"Wy­gląda, jakby miał za­raz wy­buch­nąć" - my­śli Lis­sie i wzdy­cha.

- Weź się w garść, kurwa! - Dziew­czyna ko­pie w nogę od krze­sła. Oboje są rów­nie za­sko­czeni jej zde­ner­wo­wa­niem, ale Lis­sie jako pierw­sza od­zy­skuje pa­no­wa­nie nad sobą. - My­ślisz, że tylko ty masz pro­blemy czy co?

- Hę?

- "Hę" to pyta idiota. - Di­lerka kręci głową i za­sta­na­wia się, czy nie by­łoby le­piej, gdyby to ko­biety rzą­dziły świa­tem. - Skoń­czyła mi się koka, pra­cuję z bandą Chiń­czy­ków, któ­rzy le­dwo ro­zu­mieją, co do nich mó­wię, mu­szę ne­go­cjo­wać z ku­rie­rami, bo chcą wię­cej kasy, mu­szę ra­dzić so­bie z prze­stęp­cami, któ­rzy wciąż pró­bują mnie na­cią­gnąć, a ty uwa­żasz, że masz pro­blemy z ja­kimś tam ka­sy­nem. Ogar­nij się! Po­trze­buję cię.

Lis­sie staje przed Alek­sem i wbija w niego wzrok. "Cie­kawe, czy te­raz mnie zwolni?" - za­sta­na­wia się.

Męż­czy­zna pod­nosi się z krze­sła, robi dwa kroki do przodu i staje tuż przed nią, tak bli­sko, że ich nosy pra­wie się sty­kają. Czuje za­pach jego per­fum i ka­napki z se­rem, którą mu­siał przed chwilą zjeść. Li­czy na to, że nie za­uważy, jak szybko bije jej serce. Nie ma za­miaru się przed nim ugiąć.

- Kiedy do­sta­niemy wię­cej ko­ka­iny? - pyta.

Alex od­dy­cha spo­koj­nie, ale ciężko. Lis­sie wy­daje się, że wi­dzi w jego oczach blask, nie cie­pły, lecz prze­szy­wa­jący chło­dem. Prze­łyka ślinę. Każdy ma swoje gra­nice i Lis­sie nie wie, czy wła­śnie ich nie prze­kro­czyła, je­śli cho­dzi o Aleksa. Jest w nim coś nie­bez­piecz­nego, mimo że prze­waż­nie wy­daje się mię­cza­kiem.

W końcu Lis­sie cofa się o krok.

Storm mruga jesz­cze dwa razy i siada z po­wro­tem, nie od­ry­wa­jąc od niej wzroku.

"Cho­lera, po­su­nę­łam się za da­leko. Stra­cił dzieci. Kurwa, Lis­sie" - my­śli i siada na stole.

- Prze­pra­szam - mówi, choć spra­wia jej to trud­ność. Tak na­prawdę nie ma za co prze­pra­szać.

- Spoko. - Alex od­dy­cha głę­boko, jakby coś mu kra­dło tlen. - Nie mu­sisz prze­pra­szać.

Przez chwilę sie­dzą w ci­szy, żadne z nich nie ma ochoty roz­ma­wiać. Alex wy­raź­nie się nad czymś za­sta­na­wia.

"To może chwilę po­trwać" - Lis­sie śmieje się w du­chu. Głów­nie po to, by dać upust zde­ner­wo­wa­niu na­gro­ma­dzo­nemu w klatce pier­sio­wej.

- O czym my­ślisz? - Di­lerka ob­gryza pa­zno­kieć, ale prze­staje, gdy się na tym przy­ła­puje. Nie ro­biła tego od lat, ale znowu za­częła po spo­tka­niu z sio­strą, która jej gro­ziła. Je­śli Alex się do­wie, że jej sio­stra jest po­li­cjantką w wy­dziale kry­mi­nal­nym, praw­do­po­dob­nie po­de­rżnie jej gar­dło.

- Za­ła­twię wię­cej ko­ka­iny. Jak długo damy radę z tym, co mamy?

- Do przy­szłego ty­go­dnia, może tro­chę dłu­żej, je­śli nam się po­szczę­ści, cho­ciaż ten pie­przony co­vid nie po­maga.

- A to nie zwy­kłe prze­zię­bie­nie?

- Nie są­dzę. Mogą na­wet za­mknąć gra­nice.

Alex od­chyla głowę i wy­daje się, że za­raz krzyk­nie, ale za­miast tego otwiera usta, jakby chciał ła­pać mu­chy.

- Mo­żesz prze­stać tak ro­bić? Za­czy­nam się o cie­bie mar­twić.

Męż­czy­zna za­myka usta i pa­trzy jej w oczy.

- Zajmę się tym. - Wstaje i kie­ruje się do drzwi.

- Faj­nie się ga­dało - mówi ci­cho Lis­sie.

Alex unosi kciuk, po czym wy­cho­dzi.

Lis­sie bie­rze to­rebkę z bia­łym prosz­kiem i nią po­trząsa. Skra­dziony przez nią to­war wy­star­czyłby na ko­lejne dwa ty­go­dnie, ale nie ma za­miaru się go po­zby­wać. Stawką jest speł­nie­nie jej ma­rzeń.

Kilka mi­nut póź­niej sie­dzi na ze­wnątrz przed lo­ka­lem i sły­szy dźwięk do­cho­dzący z jej pry­wat­nej ko­mórki. Wzdryga się, wi­dząc, kto do niej na­pi­sał. "Siora". Cho­lera, musi coś z tym zro­bić. Nina chce się spo­tkać. I cztery wy­krzyk­niki. To brzmi pra­wie jak groźba.

Po­woli plan na­biera kształ­tów. Do­ciera do niej, że to wszystko może się udać, i uśmie­cha się do sie­bie, ga­sząc pa­pie­rosa.

"To może się udać..."

Roz­dział 13

Sklep "Wóz Słońca", En­skede

- Ja pier­dolę - mówi Sus­sie i zre­zy­gno­wana ko­pie w je­den z kar­to­nów do prze­pro­wadzki.

Sie­dzą na ko­lo­ro­wej hi­pi­sow­skiej ka­na­pie, po­pi­jają whi­sky z pla­sti­ko­wych kub­ków, a w po­koju unosi się za­pach la­wen­do­wego ka­dzi­dła i, jak Jes­sica się do­my­śla, szał­wii. Sus­sie pro­wa­dziła sklep wraz z jed­nym ta­tu­aży­stą, który gdzieś znik­nął i praw­do­po­dob­nie zo­sta­wił ją z nie­za­pła­co­nym czyn­szem. Jes­sica jest wy­czer­pana i boli ją głowa od tych wszyst­kich za­pa­chów albo od emo­cji zwią­za­nych ze świa­do­mo­ścią, że Wong wi­dział, jak za­biła Johna Glansa.

- Co ja te­raz zro­bię? - wzdy­cha Sus­sie.

- Coś wy­my­ślisz. - Mo­głaby za­pro­po­no­wać jej pracę w Sa­lo­nie Kli-Kli, ale nie chce, żeby się do­wie­działa, czym Jes­sica się zaj­muje. Choć i tak w końcu się do­wie, że Alex jest za­mie­szany w to całe gówno i że może za to tra­fić do wię­zie­nia na po­nad dzie­sięć lat.

- Nie­na­wi­dzę swo­jego ży­cia. - Sus­sie opiera głowę na ra­mie­niu przy­ja­ciółki. - Nie mo­żemy po pro­stu prze­nieść się gdzieś, gdzie są plaże? Pić drinki i upra­wiać seks z czar­nymi bo­gami?

- To tylko ban­kruc­two. Od­bi­jesz się od dna, zo­ba­czysz. - Jes­sica głasz­cze Sus­sie po gło­wie.

- Ilu­mi­naci, mó­wię ci. Wie­dzą, że ja wiem, że oni wie­dzą, że ja wiem. Kla­syk. Uci­szona na za­wsze przez długi. - Sus­sie wzdy­cha raz po raz.

Jes­sica uśmie­cha się i wła­ści­wie chcia­łaby to zło­śli­wie sko­men­to­wać, ale wszystko ma swój czas i to nie jest wła­ściwy mo­ment.

- Pie­przeni ilu­mi­naci. Ktoś po­wi­nien ich wy­koń­czyć.

- Do­brze pra­wisz, sio­stro! - Sus­sie unosi za­ci­śniętą w pięść dłoń. Po­ciąga łyk whi­sky i układa się wy­god­niej na ka­na­pie, opie­ra­jąc kark o pod­ło­kiet­nik. - Nie mam męża, pracy ani pie­nię­dzy. Ale mam cie­bie.

- Tak, Suz, masz mnie.

Jes­sica znowu się uśmie­cha i pije...

Sus­sie od­wza­jem­nia uśmiech i pusz­cza mu­zykę z te­le­fonu. Reg­gae, wia­domo. Wstaje i tań­czy z kub­kiem w dłoni.

Jes­sice też ma­rzy się ucieczka. Wszystko w tym miej­scu przy­po­mina jej o ca­łym złu, ja­kiego do­świad­czyła w ży­ciu. Czuje się sa­motna ze swo­imi se­kre­tami, które są jej naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Boli ją brzuch, ile­kroć wraca do domu. Domu, w któ­rym po­winny być jej dzieci. I jej dawny Alex.

On się zmie­nił, ale może ona też. Czy nie dzieli ich zbyt duża prze­paść? Chce wie­rzyć, że tak nie jest. Alex to mi­łość jej ży­cia i to z nim pra­gnęła się ze­sta­rzeć.

- Za­tańcz ze mną, Jes­sie! - Sus­sie wi­ruje w tańcu, po­pi­ja­jąc whi­sky.

- Nie, dzięki.

- No weź. Zrób to dla mnie. Za­tańczmy, aż wióry będą le­cieć! - Ła­pie Jes­sicę za ręce i cią­gnie ją do góry. Daw­niej tań­czyły do za­mknię­cia lo­kali.

Jes­sica tań­czy i pije...

Coś bul­go­cze w jej piersi i chce się wy­do­stać. Coś, co za­mknęła w so­bie, te­raz ude­rza i ko­pie w drzwi jej serca. Nie chce tego z sie­bie wy­pu­ścić, bo to by ozna­czało, że ży­cie musi się to­czyć da­lej i wtedy bę­dzie mu­siała za­ak­cep­to­wać, że one nie żyją.

Jes­sica prze­łyka ślinę i pije...

Alex po­wi­nien tu być. Zła­pać, kiedy upad­nie. Za­bić gwoź­dziami drzwi do jej serca i przy­tu­lić tak mocno, że świat się na chwilę za­trzyma.

Sus­sie trzyma ją za ręce i krzy­czy na cały głos. Śmieje się, choć nie ma po­wo­dów do śmie­chu. Tak bar­dzo się od sie­bie róż­nią - Sus­sie jest cu­krem, Jes­sica solą. A te­raz, jak za­wsze, to naj­lep­sze po­łą­cze­nie na świe­cie.

Jes­sica tań­czy i pła­cze...

Drzwi się otwie­rają i wy­lewa się przez nie smu­tek. Osuwa się na pod­łogę i pła­cze tak mocno, że pęka serce.

Sus­sie ją obej­muje. Ko­ły­szę się z nią tak, jak po­wi­nien to ro­bić Alex.

- Płacz, skar­bie. Wy­rzuć z sie­bie to gówno.

Tulą się do sie­bie, pła­czą do ostat­niej łzy. Mu­zyka prze­staje grać i sły­chać je­dy­nie dźwięk wen­ty­la­tora na su­fi­cie.

Roz­lega się dzwo­nek u drzwi i do środka wcho­dzi star­sza pani. Roz­gląda się i nie ro­zu­mie, co się dzieje.

- Dzień do­bry, prze­no­si­cie się?

- Sklep zban­kru­to­wał - mówi Sus­sie.

- Och, a ja po­trze­buję... ech, nic ta­kiego.

- Niech pani po­wie. - Sus­sie ca­łuje Jes­sicę w czoło i wstaje. Bie­rze ku­bek upusz­czony wcze­śniej przez Jes­sicę, wlewa do niego whi­sky i po­daje go przy­ja­ciółce. - Pij. Za­le­ce­nie le­ka­rza.

- Nie będę prze­szka­dzać. - Ko­bieta usi­łuje się wy­co­fać, ale Sus­sie bie­rze ją pod ra­mię.

- Czego pani po­trze­buje? Mam wszystko.

- Mi­ło­ści - szep­cze ko­bieta.

- Ha! - wy­krzy­kuje Jes­sica.

Sus­sie pro­wa­dzi ko­bietę do pu­dła z na­ma­lo­wa­nym ser­cem, kuca przy nim i za­czyna w nim szpe­rać.

- A mam cię! - mówi z pro­mien­nym uśmie­chem.

- To nie jest nie­bez­pieczne, prawda?

- Broń Boże, ale trzeba wie­dzieć, czego się chce.

Ręka ko­biety się trzę­sie, gdy bie­rze od Sus­sie małą pa­czuszkę, zu­peł­nie jakby to był ostry ka­wa­łek szkła.

- Co to ta­kiego?

- Cy­na­mon, kar­da­mon i im­bir. I je­den se­kretny skład­nik. Pro­szę to za­go­to­wać, a kiedy pani wy­pije, pro­szę wy­po­wie­dzieć te słowa: amu­mape tut­tuli.

Ko­bieta po­wta­rza słowa i je so­bie za­pi­suje.

- Ile...?

- Za darmo. Po­wiedzmy, że to zniżka z ty­tułu upa­dło­ści. - Sus­sie uprzej­mie wy­pro­wa­dza ko­bietę za drzwi i po­now­nie siada przy Jes­sice.

- Po­waż­nie? - przy­ja­ciółka unosi brwi ze zdzi­wie­nia.

- Naj­waż­niej­sze, żeby dzia­łało i żeby lu­dzie czuli się le­piej. A te­raz już ci­cho. - Sus­sie po­now­nie przy­tula Jes­sicę i ko­ły­sze się z nią, choć nie jest to już ko­nieczne. Sus­sie czuje się naj­le­piej, kiedy może się trosz­czyć o in­nych, a nie o sie­bie.

- Może po­win­ny­śmy to zro­bić? - za­sta­na­wia się Jes­sica.

- Wy­pić elik­sir mi­ło­ści? Oba­wiam się, że nie mam już skład­ni­ków.

- Nie, wa­riatko. Wy­je­chać. Tylko ty i ja.

- Nie mam za co. Lasse sie­dzi za de­frau­da­cję, a ja mu­sia­łam za­pła­cić wszyst­kie ra­chunki. Jak my­ślisz, dla­czego zban­kru­to­wa­łam? A poza tym... może to z Alek­sem po­win­naś wy­je­chać na ja­kiś czas?

Jes­sica par­ska śmie­chem.

- Alex nie chce po­dró­żo­wać. I nie martw się o kasę. Mam pie­nią­dze. No chodź. Uciek­nijmy stąd. Jak wtedy, kiedy by­ły­śmy młode i dzi­kie.

Sus­sie waha się przez trzy na­no­se­kundy, po czym za­czyna się drzeć.

- W ta­kim ra­zie za­czy­nam pa­ko­wa­nie! - Cho­dzi tam i z po­wro­tem jak sza­lona.

- To nie twój dom.

- Ach, ra­cja. - Sus­sie siada z po­wro­tem na ka­na­pie, ko­pie w pu­dło i usi­łuje uspo­koić od­dech. - Co za za­srane ży­cie - mówi i znów ko­pie.

Jes­sica bie­rze łyk al­ko­holu i za­sta­na­wia się, czy to na­prawdę do­bry po­mysł, bio­rąc pod uwagę całą sy­tu­ację. Do­my­śla się, jak Alex za­re­aguje, ale na­dal nie za­cho­wują się jak praw­dziwa para. Cho­dzą po domu jak du­chy, mimo że ze sobą roz­ma­wiają. Nie do­ty­kają się. I tak na­prawdę nie roz­ma­wiają na po­ważne te­maty.

Alex się wściek­nie.

Roz­dział 14

Ob­szar prze­my­słowy Ham­marby, Sztok­holm

Jes­sica wpa­dłaby w szał, gdyby wie­działa, co on pla­nuje. Coś pali go w piersi, czuje, że musi wy­rzu­cić z sie­bie całe na­gro­ma­dzone gówno. Tu cho­dzi nie tylko o jego pracę, lecz także o niego.

Oleg nie żyje, więc to oni będą cier­pieć, przy­naj­mniej je­śli nie zro­bią tego, co im każe. Na­prawdę ma na­dzieję, że go za­biją.

Alex za­cze­suje włosy do tyłu i zwią­zuje je w kok, po czym wkłada rę­ka­wiczki. Na ulicy pra­wie ni­kogo nie ma. Wy­łą­czył te­le­fon, kiedy wy­jeż­dżał z Älvsjö. Nikt nie wie, że on tu jest.

Dawno nie czuł się tak wolny, bie­rze kilka głę­bo­kich od­de­chów, cze­ka­jąc aż ad­re­na­lina za­cznie bu­zo­wać.

Otwiera drzwi do ka­syna kon­ku­ren­cji i stwier­dza, że się roz­ro­sło. Wi­dać, że chcieli, żeby wy­glą­dało jak praw­dziwe ka­syno z klasą, lecz z fi­ne­zją ro­syj­skiego stylu. Jed­nak przez całe to wszę­do­byl­skie złoto wnę­trze trąci tan­detą. Smród pa­pie­ro­sów przy­kleja się do nosa ni­czym ta­peta. Ob­rusy, które lata świet­no­ści mają za sobą, nie zo­stały zmie­nione. An­nika rów­nież cały czas tu jest, sie­dzi za sto­łem i wy­mie­nia pie­nią­dze na że­tony.

Wspo­mnie­nia po­wra­cają i draż­nią go, dźga­jąc swo­imi szpi­kul­cami. To tu­taj wszystko się za­częło.

"Stare ka­syno Olega. Es­toń­ska ma­fia. Pie­przyć ich!"

Siada przy jed­nym ze sto­łów i za­pada kom­pletna ci­sza. Nie­któ­rzy gra­cze za­bie­rają swoje że­tony i wy­cho­dzą. Ka­ta­strofa wisi w po­wie­trzu.

- Nie je­steś tu mile wi­dziany - mówi je­den z gra­czy. Alex go roz­po­znaje, to kum­pel Olega, który był przy tym, jak Storm wy­grał tu z nim par­tię po­kera. Tę, co zmie­niła całe jego ży­cie i do­pro­wa­dziła do śmierci jego dzieci.

- Sły­szysz, co po­wie­dzia­łem?

Alex nie od­po­wiada. Czeka, aż ostatni gra­cze opusz­czą lo­kal. Wie, że wrócą ju­tro, jak gdyby ni­gdy nic. Prze­kleń­stwo ha­zar­dzi­stów.

Stają za nim trzej męż­czyźni z pa­skud­nymi ta­tu­ażami i za­ci­skają dło­nie w pię­ści. Można by po­my­śleć, że Alex prosi się o śmierć, i nie­wąt­pli­wie tak jest. Jed­nak nie mo­żesz ukryć dymu, je­śli roz­pa­li­łeś ogień.

Mama Aleksa twier­dzi, że jako dziecko uwiel­biał za­nu­rzać palce u stóp w rzece Styks, za­le­d­wie rzut ka­mie­niem od Ha­desu.

- Mu­si­cie prze­pi­sać firmę na nas. Te­raz to my je­ste­śmy wła­ści­cie­lami tego ka­syna - mówi Alex ochry­płym gło­sem.

Es­toń­czycy pa­trzą po so­bie i się uśmie­chają. Je­den z nich za­myka drzwi wej­ściowe.

- Nie wyj­dziesz stąd żywy - grozi inny i bie­rze do ręki kij bejs­bo­lowy.

- Roz­walę ci ko­lano. Kopnę tuż nad rzepką - oświad­cza Alex, po czym od­wraca się do dwóch po­zo­sta­łych: - Ty, z czaszką na szyi, to­bie po­ła­mię obie ręce, a ty, co wy­glą­dasz, jakby ci po­ciąg prze­je­chał po twa­rzy, bę­dziesz mu­siał jeść przez rurkę przez kilka na­stęp­nych mie­sięcy. Ale daję wam ostat­nią szansę. Grzecz­nie od­daj­cie mi ka­syno, to oszczę­dzę wam bólu.

Fa­cet z ki­jem bejs­bo­lo­wym wy­bu­cha grom­kim śmie­chem.

- Ten gość jest za­bawny.

- To on za­bił Olega - za­uważa inny i męż­czy­zna na­tych­miast prze­staje się śmiać. Mówi coś po es­toń­sku, czego Alex nie ro­zu­mie, ale mimo to do­my­śla się, o co cho­dzi. Tłu­macz nie jest po­trzebny, cza­sem wy­star­czy ton głosu.

Storm stoi ze zwie­szo­nymi rę­kami i pa­trzy przed sie­bie pu­stym wzro­kiem. Uspo­kaja od­dech i się od­pręża. Czeka, aż któ­ryś z nich za­ata­kuje.

Męż­czyźni wy­cze­kują. Je­den z nich zmie­nia po­zy­cję, inny spluwa na pod­łogę przed Alek­sem.

"Po­dob­nie jak za daw­nych lat, kiedy bi­łem się w szkole" - my­śli Alex. Za­wsze to samo uczu­cie bu­zo­wa­nia w po­wie­trzu i włos je­żący się na karku. Ci­sza przed bu­rzą. Nie­na­wi­dził tego, bo nie chciał uży­wać siły, jed­no­cze­śnie zaś to uwiel­biał, bo chciał uży­wać siły. Był w tym świetny. Jakby miał to w ge­nach.

Kiedy je­den z męż­czyzn unosi kij bejs­bo­lowy, Alex robi krok w jego stronę. Fa­cet in­stynk­tow­nie się cofa, ale to nic nie da. Wy­ma­chuje ki­jem i cały cię­żar ciała spo­czywa na przed­niej no­dze. Storm ko­pie w nią i tra­fia w ko­lano męż­czy­zny, który wy­daje z sie­bie krzyk, czu­jąc, jak noga na­tych­miast się pod nim ugina.

Alex za­biera mu kij i za­ma­szy­stym ru­chem kie­ruje go ku szczęce męż­czy­zny z wy­ta­tu­owaną czaszką.

- I zo­stał już tylko je­den - mówi.

Trzeci i ostatni z Es­toń­czy­ków spo­gląda w stronę stołu do gry w ru­letkę. To oczy­wi­ste, że leży na nim broń, więc Alex staje mu na dro­dze.

- Ty świ­nio! - Męż­czy­zna rzuca się na niego, chcąc zła­pać go za nogi. Do­staje jed­nak ko­la­nem w twarz i upada na brzuch.

Storm przy­ci­ska ko­lano do ple­ców męż­czy­zny. Jedną ręką chwyta go za ło­kieć, drugą za nad­gar­stek. Cią­gnie za rękę i na­ci­ska w tym sa­mym cza­sie. Trzask i krzyk ry­wa­li­zują o to, które z nich za­brzmi gło­śniej. Krzyk wy­grywa.

Alex robi to samo z drugą ręką, po czym wstaje. W po­koju sły­chać je­dy­nie jęki i stę­ka­nie lu­dzi na pod­ło­dze. Męż­czy­zna z ki­jem bejs­bo­lo­wym wstaje nie­zdar­nie i ku­le­jąc na jedną nogę pod­cho­dzi do Aleksa.

- My­ślisz, że wy­gra­łeś, chuju?

Storm wzdy­cha. Robi dwa kroki w stronę męż­czy­zny i ude­rza go głową, ła­miąc mu nos.

- Nie, ale tro­chę mi le­piej.

Wy­cho­dzi i wsiada do sa­mo­chodu. Znów może nor­mal­nie od­dy­chać, ale nie jest z sie­bie dumny. Bie­rze ta­bletkę za­wie­ra­jącą pa­skudne chiń­skie skład­niki.

Ru­sza i po chwili dzwoni do Wonga. Kiedy sły­szy jego char­cze­nie, każe mu prze­jąć es­toń­skie ka­syno i do­pil­no­wać, żeby tamci już ni­gdy do niego nie wró­cili. Za­kłada, że nie pójdą na po­li­cję. Koń­czy roz­mowę, pro­sząc Wonga, by zmie­nił wy­strój w lo­kalu.

Roz­łą­cza się, po czym zdej­muje rę­ka­wiczki i wy­rzuca je przez okno.

Roz­dział 15

Wy­dział Po­waż­nych Prze­stępstw, Kung­shol­men

Nina spo­gląda na mały pa­sek po­stępu na ekra­nie kom­pu­tera. Po­zo­stało osiem­dzie­siąt pięć pro­cent i bę­dzie mo­gła otwo­rzyć to jajko z nie­spo­dzianką. Ma na­dzieję, że znaj­dzie w nim Aleksa Storma.

- Ile to zaj­mie? - pyta.

- Co naj­mniej dobę, może dwie. - Mäki­talo, in­for­ma­tyk śled­czy z na­pu­szo­nymi wło­sami, wzdy­cha. - Wpraw­dzie mamy tu do czy­nie­nia z ro­syj­skim szy­frem, ale po­nie­waż to dość stara tech­no­lo­gia, po­winno nam się udać od­czy­tać za­war­tość pen­drive'a, py­ta­nie tylko, kiedy uda nam się to zro­bić. Weź może prysz­nic i tro­chę się zdrzem­nij, co?

Nina ma­cha ręką na jego pro­po­zy­cję, choć wie, że in­for­ma­tyk ma ra­cję. Zwy­kle umie od­róż­nić za­an­ga­żo­wa­nie w pracę po pro­stu od za­an­ga­żo­wa­nia w pracę z po­bu­dek oso­bi­stych. Ale nie w tym przy­padku. Bę­dzie mo­gła od­po­cząć, do­piero kiedy Alex i Jes­sica znajdą się za krat­kami. W ciągu ostat­nich kilku ty­go­dni pra­wie nie spała i to wi­dać. Wra­cała do domu je­dy­nie po to, by się prze­brać.

Czy ma ob­se­sję? Być może tak.

Czy to tego warte? Zde­cy­do­wa­nie.

Nie bę­dzie mo­gła spoj­rzeć dziecku w oczy, je­śli nie zła­pie za­bójcy Johna. Ostat­nia wola zmar­łego. Wie­rzy, że taką wła­śnie on by wy­ra­ził.

Uno­szący się w po­wie­trzu za­pach kawy uświa­da­mia jej, jak bar­dzo jest zmę­czona. Spo­gląda na pu­sty ku­bek z na­pi­sem Su­per Mega Suka. Ten, który do­stała od Johna.

- Idź się po­łóż, Nino. I tak nic tu nie zdzia­łasz. - In­for­ma­tyk do­tyka jej ra­mie­nia. Nina nie czuje z tym nie­kom­for­towo, uważa na­wet, że to miłe. Gdyby zro­bił to kto inny, miałby już po­ła­mane palce.

Kiwa głową i po­włó­czy­stym kro­kiem udaje się do strefy re­laksu w biu­rze NOA, kra­jo­wego od­działu ope­ra­cyj­nego. Kła­dzie się, wsa­dza ręce mię­dzy ko­lana i za­myka oczy, ale pod po­wie­kami po­ja­wia się ob­raz ekranu mo­ni­tora: pro­centy ro­sną, co­raz bli­żej do ujaw­nie­nia ta­jem­nic. Je­śli to dzie­cięce porno, za­bije się. To jej osta­nie po­drygi, czuje to każdą ko­mórką ciała. Jak się okaże, że pen­drive nie za­wiera nic war­to­ścio­wego, ist­nieje ry­zyko, że Nina się podda, a wcale tego nie chce.

Usi­łuje skie­ro­wać my­śli na inne tory. Przy­po­mina so­bie uśmiech Johna i wi­che­rek na gło­wie, który za­wsze bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał okieł­znać. Był naj­zdol­niej­szym czło­wie­kiem, ja­kiego znała. Wciąż po­zo­staje ta­jem­nicą, jak ktoś mógł za­mor­do­wać by­łego żoł­nie­rza sił spe­cjal­nych.

Oczami wy­obraźni wi­dzi go, jak idzie ty­łem z tym swoim krzy­wym uśmie­chem na twa­rzy i się z nią drażni. Pa­mięta, jak w końcu wy­lą­do­wali w łóżku i nie­mal się po­kłó­cili o to, kto ma być na gó­rze. Za­wsze wy­gry­wała, nie dla­tego, że była sil­niej­sza, ale po­nie­waż jej na to po­zwa­lał. Bo ko­chał ją bar­dziej niż kto­kol­wiek inny.

Za­sy­pia z uśmie­chem na twa­rzy. Śni o Joh­nie i ich ma­łym dziecku. Za­pach jego ta­nich per­fum, które uwiel­bia, owija się wo­kół niej ni­czym wąż. Czuje się bez­piecz­nie. Bawi się przy­szło­ścią stwo­rzoną w świe­cie snów. Przy­szło­ścią, która mo­głaby na­le­żeć do nich. Przy­szło­ścią, w któ­rej John jest naj­lep­szym tatą na świe­cie, a ona naj­lep­szą na świe­cie mamą. Śni o tym, jak się kłócą, ko­chają i...

Na­gle w tle po­ja­wia się roz­myty ob­raz. Serce bije jej co­raz szyb­ciej, wszystko się psuje. Pró­buje krzyk­nąć, żeby uwa­żał, ale on jej nie sły­szy, po­nie­waż z jej gar­dła nie wy­do­bywa się ża­den dźwięk. Usi­łuje biec do niego i dziecka, ale jej stopy grzę­zną w czar­nym bło­cie.

Wi­dzi, jak John stoi nad prze­pa­ścią, i uśmie­cha się, pa­trząc w dół. Ra­zem z dziec­kiem wska­zują pal­cami łódki na wo­dzie. Wi­dzi, jak John ca­łuje ma­luszka w głowę, nie ma­jąc po­ję­cia o skra­da­ją­cym się z tyłu nie­bez­pie­czeń­stwie.

Nina krzy­czy, kiedy John wraz z mal­cem spa­dają w prze­paść, jak nie­bie­ska cza­peczka zsuwa się dziecku z głowy. Ko­bieta pada na ko­lana, wy­ciąga ku nim ręce, ale nie może ura­to­wać swo­jej ro­dziny.

Nie­wy­raźny ob­raz na­biera kształtu. Po­stać ob­raca się ku niej. Nina do­brze wie, na kogo pa­trzy, choć roz­wiane włosy za­sła­niają twarz. W chwili, gdy po­dmuch wia­tru je od­gar­nia, ma pew­ność, kto to jest.

"Jes­sica Storm".

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

Lon­dyn, Wielka Bry­ta­nia

"Nie znam chyba ni­kogo tak po­pie­przo­nego, jak ten ko­leś Si­mon" - my­śli Pe­ter Bao.

Sie­dzą w piw­nicy bia­łego czte­ro­pię­tro­wego domu gdzieś w Ken­sing­ton. Si­mon twier­dzi, że bu­dy­nek na­leży do pe­ru­wiań­skiego biz­nes­mena, który wy­naj­muje go jego ojcu, Xa­vie­rowi Flo­re­sowi. Ten tycz­ko­waty szczyl wła­śnie robi po­pi­sówę przed Pe­te­rem, za­cho­wu­jąc się jak ste­reo­ty­powy mło­do­ciany gang­ster z po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skiego kar­telu. Do tego dużo złota, dia­men­tów, te­sto­ste­ronu, a przede wszyst­kim ko­ka­iny i al­ko­holu.

Si­mon Flo­res, wy­glą­da­jący jak je­den z tych po­pu­lar­nych youtu­be­rów, ma dwa­dzie­ścia pięć lat i upar­cie gra w po­kera na ko­lo­salne stawki. Bao chciałby już iść, ale musi pil­no­wać za­ro­zu­mia­łego ma­ło­lata i dbać o jego do­bry na­strój. To część jego pracy, która w głów­nej mie­rze opiera się na re­la­cjach.

Pe­ter nie­na­wi­dzi Ko­lum­bij­czy­ków i Mek­sy­ka­nów, nie prze­pada rów­nież za kla­nem Flo­res z Peru, ale skądś musi wziąć te setki ki­lo­gra­mów nar­ko­ty­ków na han­del w Eu­ro­pie.

Jest tu­taj, bo po­trze­buje pie­nię­dzy. Two­rze­nie wła­snej kryp­to­wa­luty, ła­pówki oraz pen­sje po­chła­niają ma­ją­tek, ale są pewne gra­nice i nie ma za­miaru zno­sić wszyst­kiego. Han­del nar­ko­ty­kami przy­nosi ogromne do­chody, ale kiedy Pe­ter zre­ali­zuje swój plan, skoń­czy z tą czę­ścią dzia­łal­no­ści. Dla­tego też na­uczył się to­le­ro­wać Xa­viera, a te­raz Si­mona, choć z każdą go­dziną co­raz bar­dziej ża­łuje, że musi słu­chać tego nie­przy­sto­so­wa­nego spo­łecz­nie dzie­ciaka o nie­wy­pa­rzo­nym ję­zyku. Bao zo­sta­wił na ze­wnątrz swo­ich ochro­nia­rzy i za­sta­na­wia się, czy za­raz nie bę­dzie tego ża­ło­wał. Wiele na to wska­zuje.

Wła­ści­wie miał się spo­tkać z Xa­vie­rem, ale przy­wódca pe­ru­wiań­skiego kar­telu rze­komo cho­ruje na tego cho­ler­nego wi­rusa, który do­pro­wa­dził cały świat do sza­leń­stwa.

Si­mon jest wy­soki, nieco po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt, opa­lony i wy­spor­to­wany ni­czym wy­czy­no­wiec. Pe­ter po­dej­rzewa, że chło­pak na­uczył się mru­gać dużo rza­dziej niż inni, co na­daje jego twa­rzy wrogi wy­gląd, który z pew­no­ścią działa na słab­szych od niego. Biją od niego aro­gan­cja i znie­czu­lica, co jest wy­ni­kiem tego, że ni­gdy nie mu­siał sta­wić czoła prze­ciw­no­ściom losu i że cierpi na kom­pleks niż­szo­ści wo­bec ojca, bossa kar­telu.

Praw­do­po­dob­nie Si­mon zwy­kle nie spo­tyka się ze sprze­ci­wem, a to wszystko dzięki temu, że jego oj­ciec za­rzą­dza naj­więk­szym syn­dy­ka­tem nar­ko­ty­ko­wym w Peru. Nie cho­dzi o to, że syn Xa­viera nie jest in­te­li­gentny, po pro­stu ni­gdy nie mu­siał roz­wią­zy­wać pro­ble­mów.

Pe­ter i Vic­tor Yu zje­dli ko­la­cję, a po­tem cały wie­czór pili, wcią­gali koks i ba­wili się jak VIP-y w noc­nym klu­bie wraz z Si­mo­nem i jego trzema ochro­nia­rzami oraz kil­koma dziew­czy­nami do to­wa­rzy­stwa. Na­stęp­nie wszy­scy prze­nie­śli się do dźwię­kosz­czel­nego po­koju i usie­dli przy stole do po­kera.

W piw­nicy znaj­dują się jesz­cze inne tego typu po­koje i nie­trudno zgad­nąć, dla­czego są dźwię­kosz­czelne i co się dzieje za za­mknię­tymi drzwiami. Kiedy Pe­ter po­szedł do to­a­lety, od­krył po­miesz­cze­nie, które za­pewne służy do oglą­da­nia na­grań z mo­ni­to­ringu - o tym, że taki po­kój musi gdzieś tu być, świad­czą te wszyst­kie ka­mery. Lo­giczne, że mu­sieli go ukryć w piw­nicy tego pięk­nego bu­dynku. Je­dy­nie tu­taj był wi­zjer w drzwiach, więc za­pewne to ten.

Si­mon zgrywa waż­niaka przed młod­szymi od sie­bie ochro­nia­rzami. Pe­ter rów­nież, mimo że jego re­la­cja z Si­mo­nem nie ma dla niego zna­cze­nia. Li­czą się tylko jego sto­sunki z po­pie­przo­nym oj­cem chło­paka. Ale po­nie­waż osta­tecz­nie cały biz­nes opiera się na re­la­cjach, stwo­rze­nie pew­nego wi­ze­runku jest nie­unik­nione.

Ko­le­sie za­cho­wują się jak świ­nie. Jedna z wy­na­ję­tych dziew­czyn zo­staje ra­niona no­żem i dwóch ochro­nia­rzy musi ją za­brać do szpi­tala. Za­bie­rają ze sobą też drugą dziew­czynę, a kiedy już ich nie ma, Si­mon za­czyna bre­dzić o tym, że jest wy­brań­cem, i beł­ko­cze o prze­po­wiedni, która głosi, że umrze jako bar­dzo stary i wpły­wowy czło­wiek.

Młody Pe­ru­wiań­czyk wy­ciąga złoty re­wol­wer, lecz Pe­ter nie bar­dzo wie­rzy, że mógłby go użyć, choć szybko zdaje so­bie sprawę, że za­czyna się ro­bić nie­bez­piecz­nie.

Chło­pak wy­trząsa z lufy na­boje i wkłada je­den z nich z po­wro­tem do ma­ga­zynka. Ob­raca cy­lin­der i rzuca re­wol­wer na stół.

Ła­pie za łań­cu­szek na szyi i po­ka­zuje Pe­te­rowi czaszkę lam­parta ze złota.

- To mój to­tem, dzięki niemu je­stem nie­znisz­czalny.

- Faj­nie masz - ko­men­tuje ką­śli­wie Bao i spo­gląda na Vic­tora, który kręci głową. Nie może ukryć uśmie­chu. Kie­dyś też był młody, ale na­wet wtedy było dla niego ja­sne, że star­szych na­leży trak­to­wać z sza­cun­kiem, je­śli oczy­wi­ście na to za­słu­gują, a przez wzgląd na Xa­viera to Pe­ter cały wie­czór oka­zuje sza­cu­nek Si­mo­nowi, a nie od­wrot­nie.

- Praw­dziwi męż­czyźni są tylko w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej, na pewno nie w pie­przo­nych Chi­nach, ty sko­śno­oki zje­bie.

- Może po­win­ni­śmy pójść już spać? - pro­po­nuje Vic­tor i zbiera się, żeby wstać, ale Si­mon pod­nosi rękę.

Pe­ter daje znak Vic­to­rowi, by usiadł. Naj­wy­raź­niej sam chce się tym za­jąć, co bar­dzo nie­po­koi Vic­tora. Nie pierw­szy raz gra w ro­syj­ską ru­letkę.

- Mój oj­ciec mówi, że je­steś twar­dym i nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem. - Si­mon par­ska z po­gardą, pa­trząc na Storma.

Zwy­kle w ta­kiej sy­tu­acji Pe­ter na­tych­miast za­strze­liłby chło­paka za to, że nie oka­zuje mu sza­cunku.

Jed­nak tym ra­zem na­wet się nie od­zywa, tylko pa­trzy na niego jak na pię­cio­latka, co go roz­wście­cza.

Bie­rze do ręki glocka i go prze­ła­do­wuje. Ce­luje w Pe­tera, a Vic­to­rowi każe sta­nąć za nim tak, żeby go wi­dzieć.

- Masz się za twar­dziela, co?

Bao wzru­sza ra­mio­nami i za­sta­na­wia się, jak wyjść z tej sy­tu­acji. Si­mon jest tak na­ćpany, że kręci mu się w gło­wie, jakby krą­żył po tej sa­mej or­bi­cie co sa­te­lity mo­ni­to­ru­jące jego ojca w Peru.

- Daj spo­kój, Si­mon. Nie mu­sisz ni­czego udo­wad­niać, je­steś tward­szy ode mnie. Wy­lu­zujmy tro­chę, do­bra? - mówi Pe­ter, choć tak na­prawdę ma ochotę pod­nieść le­żący na stole re­wol­wer i do­łą­czyć do gry. Ta­kie ak­cje go oży­wiają, bu­dzą w nim pier­wotne in­stynkty.

- Bierz, kurwa, re­wol­wer i przy­łóż go so­bie do czoła. Je­śli prze­ży­jesz, bę­dzie moja ko­lej. Zróbmy to! - Si­mon śmieje się jak pie­przona hiena z prze­krwio­nymi oczami.

To stara gra po­cho­dząca z Ro­sji. Stała się znana na ca­łym świe­cie do­piero dzięki fil­mom gang­ster­skim, a szcze­gól­nie dzięki Mal­col­mowi X.

Pe­ter pró­buje oce­nić swoje szanse, co jest dość pro­ste. To, że ma strze­lać jako pierw­szy, może wyjść mu na do­bre, cho­ciaż wiele osób uważa ina­czej. Ten, kto pierw­szy strzela, ma osiem­dzie­siąt trzy pro­cent szans na prze­ży­cie, po­tem zaś szanse znacz­nie ma­leją, pod wa­run­kiem że nikt nie ob­róci cy­lin­dra. Gdyby Si­mon o tym wie­dział, strze­lałby pierw­szy, ale naj­wi­docz­niej w ro­syj­skiej ru­letce jest rów­nie kiep­ski jak w po­ke­rze.

Pe­ter przy­kłada re­wol­wer do skroni, ce­lu­jąc lekko w górę. Je­śli broń wy­strzeli, bę­dzie miał więk­sze szanse na prze­ży­cie. Pa­trzy Si­mo­nowi w oczy i uśmie­cha się do niego. Po­ciąga za spust bez mru­gnię­cia.

Klik!

Si­mon pod­ska­kuje, a Vic­tor wy­pusz­cza po­wie­trze z płuc.

- Twoja ko­lej. - Bao pod­suwa re­wol­wer mło­demu Pe­ru­wiań­czy­kowi i ma na­dzieję, że ten nie ob­róci cy­lin­dra. To zwięk­szy­łoby szanse chło­paka. Całe szczę­ście, że Xa­vier ma wię­cej sy­nów, choć Pe­te­rowi i tak nie po­doba się ta sy­tu­acja, jed­nak nie ma wy­boru. Je­śli te­raz okaże sła­bość, Xa­vier i Si­mon będą nim po­mia­tać już za­wsze.

Flo­res szybko kiwa głową. Sze­roko się uśmie­cha, od­sła­nia­jąc zęby, bie­rze re­wol­wer do ręki i przy­kłada go do skroni. Krzy­czy, gdy po­ciąga za spust.

Klik!

Si­mon wy­daje z sie­bie pisk, kiwa głową i się uśmie­cha, ce­lu­jąc z glocka w Pe­tera, który bie­rze od niego re­wol­wer i ob­raca cy­lin­der. Je­śli można oszu­kać, trzeba to ro­bić.

Syn Xa­viera przy­ciąga do sie­bie lu­sterko z ko­ka­iną i wciąga kre­skę, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Azja­tów.

Bao, wie­dząc, że Vic­tor byłby go­tów wy­cią­gnąć wła­sny pi­sto­let i za­strze­lić Pe­ru­wiań­czyka, daje ręką znak swemu daw­nemu men­to­rowi. Te­raz jest już na to za późno i w pew­nym sen­sie ta sy­tu­acja się Pe­te­rowi po­doba.

- Ostat­nia szansa, Si­mon. Albo koń­czymy te­raz, albo idziemy na ca­łość.

- A, czyli stchó­rzy­łeś? Wie­dzia­łem. Wy, Chiń­czycy, to tchórz­liwe dupki.

Bao przy­kłada lufę do głowy. Po­woli po­ciąga za spust i prze­syła Si­mo­nowi po­ca­łu­nek w po­wie­trzu, po czym na­ci­ska go do końca.

Klik!

Pe­ter spo­koj­nie od­kłada re­wol­wer na stół. Bie­rze pa­pie­rosa, któ­rego Vic­tor mu za­pala.

- Twoja ko­lej.

Sły­szą pod­eks­cy­to­wany od­dech Si­mona. Spo­gląda na le­żącą przed nim złotą śmierć i ob­li­zuje wargi. Pod­nosi re­wol­wer i waży go w dłoni, ale nie wy­daje się już tak pewny sie­bie, mimo że nar­ko­tyki za­le­wają jego ciało ni­czym fale brzeg. Spo­kój Pe­tera wzbu­dził w nim wąt­pli­wo­ści.

- Dzi­siaj - po­spie­sza go Pe­ter i za­ciąga się pa­pie­ro­sem. Wie, że po­wi­nien się z tego wy­co­fać, ale co to by było, gdyby pół­świa­tek się o tym do­wie­dział? W końcu musi dbać o swój ho­nor.

Wy­dmu­chuje dym w stronę Si­mona i za­kłada jedną nogę na drugą. Czuje mro­wie­nie w ca­łym ciele i kiwa głową na chło­paka.

- No da­lej, po­każ, że je­steś męż­czy­zną.

Flo­res przy­kłada złoty re­wol­wer do skroni. Za­ci­ska zęby i po­ciąga za spust. Huk wy­strzału jest ogłu­sza­jący.

Pe­ter par­ska śmie­chem, kiedy wi­dzi, jak mózg Si­mona roz­pry­skuje się na drzwiach po prze­ciw­le­głej stro­nie po­koju. "Ach, ta mło­dzież..."

Vic­tor szybko re­aguje i wy­ciąga pi­sto­let w chwili, gdy ochro­niarz ubrany tylko w bok­serki otwiera drzwi. Za­styga na wi­dok mar­twego mło­dego gang­stera. Vic­tor od­daje dwa strzały w jego klatkę pier­siową, tym­cza­sem Pe­ter gasi pa­pie­rosa w szklance whi­sky.

- Nie po­szło naj­le­piej - stwier­dza Vic­tor, spraw­dza­jąc, czy ochro­niarz na pewno nie żyje.

- Jest, jak jest. Zaj­mij się dziew­czyną i we­zwij ko­goś, żeby to po­sprzą­tał.

- Co pan po­wie jego ojcu? - pyta Vic­tor.

- Nie wiem, ale chyba mo­żemy spo­koj­nie za­ło­żyć, że w przy­szło­ści nie bę­dzie do­staw ko­ka­iny z Peru.

Pe­ter wy­cho­dzi z bu­dynku, wsiada do li­mu­zyny i czeka na Vic­tora. Cię­żar zło­tego re­wol­weru w dłoni i za­pach spa­lo­nego pro­chu - w końcu czuje, że żyje. Po raz ko­lejny wal­czył ze Śmier­cią i wy­grał, ale wie, że pew­nego dnia umrze, i to nie jako sta­rzec, je­śli tak da­lej pój­dzie. "Mu­szę bar­dziej uwa­żać" - my­śli. "Ale, kurwa, jak do­brze po­czuć, że się żyje".

Roz­dział 2

F?r­dala, Ty­resö

Alek­sowi Stor­mowi ma­rzy się zde­rze­nie czo­łowe ze skalną ścianą. Wy­brał na­wet taką, która ide­al­nie się do tego na­daje. Taką, która znaj­duje się rap­tem metr od au­to­strady, na za­krę­cie, na końcu pro­stego od­cinka.

"Dwie­ście na licz­niku i gaz do de­chy.

Bez pa­sów i jeb!

Pro­sto do raju".

Albo to, albo za­cząć pracę w sieci su­per­mar­ke­tów ICA. To te­raz jego ma­rze­nie, po pro­stu sie­dzieć i prze­kła­dać to­wary na ta­śmie. "Pik, pik, pik". Żad­nych zmar­twień i smutku, któ­rego nie może się po­zbyć, jak cze­goś przy­mo­co­wa­nego su­per­kle­jem. Czy nie faj­nie by­łoby pra­co­wać od ósmej do pią­tej? Żeby nikt ni­czego od niego nie wy­ma­gał, po­li­cja nie chciała go aresz­to­wać, pra­cow­nicy wiecz­nie nie przy­cho­dzili z pro­ble­mami lub po pod­wyżkę i żeby żona nie...

"Jes­sica..."

Tę­skni za nią, choć sie­dzi rap­tem dwa me­try od niego. Za­mknęła się w so­bie. Ale on to ro­zu­mie. Dziwne, że oboje nie ode­brali so­bie ży­cia, zwa­żyw­szy na to, że ich tro­jaczki zo­stały za­mor­do­wane przez ja­kie­goś sza­leńca tylko z chęci ze­msty na Alek­sie.

"Pik. Pik. Pik".

To wszystko jego wina. Ma tego świa­do­mość. Gdyby nie grał w po­kera i nie po­ko­nał Olega, byłby dzi­siaj w in­nym miej­scu. Gdyby nie po­ży­czył pie­nię­dzy od brata, przy­wódcy triady z Hong­kongu, Pe­tera Bao, ten nie mógłby za­żą­dać od niego prze­ję­cia dzia­łal­no­ści ha­zar­do­wej w Szwe­cji. Za­po­mniał jed­nak wspo­mnieć, że Alex ma rów­nież za­rzą­dzać bur­de­lami i za­jąć się han­dlem nar­ko­ty­kami.

Przez pe­wien czas byli z Jes­sicą na­wet bo­gaci, ale te­raz nie mają ani gro­sza. Mu­szą za­cząć wszystko od nowa, i to nie daje mu spo­koju. Pe­ter trzyma go w że­la­znym uści­sku.

"Pik, pik, pik..."

Pra­gnie zmie­nić swoje ży­cie, to ma­rze­nie go nie opusz­cza. Za­cząć od nowa z Jes­sicą i wy­ma­zać z pa­mięci ostatni rok.

Spo­gląda na Sus­sie, która ciężko wzdy­cha. Na twa­rzy ma ma­seczkę ochronną, ale zro­biła w niej dziurę na usta, żeby ła­twiej jej się od­dy­chało. Ale trzeba się cie­szyć z ma­łych rze­czy. Cud, że w ogóle za­sło­niła bu­zię. W końcu prze­cież co­vid to nie ża­den wi­rus, tylko mi­kro­czip stwo­rzony przez Billa Ga­tesa w celu kon­tro­lo­wa­nia ludz­ko­ści. Sus­sie uwiel­bia teo­rie spi­skowe. Wy­nika to za­pewne z tego, że nie­mal wszyst­kiego się boi. A te­raz jest jesz­cze go­rzej, bo uważa, że to z jej winy upro­wa­dzono i za­mor­do­wano tro­jaczki.

Alex chęt­nie by się z nią zgo­dził, ale to nie­moż­liwe. Wszy­scy wie­dzą, że to przez niego zna­leźli się w obec­nej sy­tu­acji.

Po­cho­wali resztki ciał dzieci kilka mie­sięcy wcze­śniej, całą trójkę w jed­nej trum­nie. To był piękny po­grzeb, grób wręcz to­nął w kwia­tach i choć lu­dzie mó­wią, że czas le­czy rany, to wcale tak nie jest. Czas bie­gnie szyb­ciej niż Usain Bolt, a Alex nie na­dąża za emo­cjami. Ukrywa je jak zwy­kle.

Sus­sie po­now­nie wzdy­cha i zerka na Jes­sicę, która bawi się te­le­fo­nem.

- Sus­sie? - za­czyna Alex.

- Prze­stań wy­ma­wiać moje imię, jak­byś mó­wił o ja­kiejś cho­ro­bie.

- Po pro­stu po­wiedz, o co ci cho­dzi, a nie sie­dzisz tu i cze­kasz, aż Jes­sica za­cznie się nad tobą uża­lać. - Alex wstaje. Mu­szą w końcu za­cząć roz­ma­wiać i choć znów po­tra­fią ze sobą żar­to­wać, pod ich skórą wrze krew.

- Że co? - dziwi się Jes­sica i prze­rywa gra­nie w Candy Crush.

- Sus­sie cze­goś chce - mówi, wska­zu­jąc dziew­czynę ob­gry­za­jącą pa­zno­kieć.

- Okej, co ta­kiego? - Jes­sica zerka w te­le­fon. Do­tyka ekranu i choć dźwięk jest ci­chy, Alex sły­szy, że uło­żyła li­nię w grze. To za­pewne już ty­sięczna li­nia. Cza­sami się za­sta­na­wia, za kogo ona wy­szła - za niego czy za te­le­fon.

- Lasse ze mną ze­rwał - bąka pod no­sem Sus­sie.

- Naj­wyż­szy czas - stwier­dza Jes­sica, od­kła­da­jąc te­le­fon i sia­da­jąc obok przy­ja­ciółki. - Nie za­słu­gi­wał na cie­bie, ko­chana. Po­wie­dział coś?

Sus­sie bie­rze głę­boki wdech, jakby za­raz miała za­nur­ko­wać w Ro­wie Ma­riań­skim.

- On... ech, to bez zna­cze­nia.

- Ty i te twoje teo­rie spi­skowe - za­uważa Alex. Tym ra­zem sły­chać, że nie żar­tuje. - Może po­win­naś za­jąć się swo­imi pro­ble­mami za­miast wy­my­ślać, co jest nie tak z tym świa­tem.

- I kto to mówi... - Jes­sica pa­trzy na niego su­rowo. - Lasse to du­pek i faj­nie by było, gdy­byś ty też nim nie był.

"Jes­sica kła­mie jak z nut" - my­śli Alex i idzie do kuchni. Lasse ma w kij du­pie, ale to spoko fa­cet. Równy gość, mimo że cza­sem miałby ochotę się na niego zrzy­gać.

Nie chce się kłó­cić z Jes­sicą. Ostat­nio wiecz­nie jest w od­wro­cie.

"Pik. Pik. Pik.

Skalna ściana czy ICA.

Oto jest py­ta­nie".

Alex bie­rze ta­bletkę na uspo­ko­je­nie, tak żeby nikt nie wi­dział, i po­pija ją so­kiem pro­sto z kar­tonu. Wzdryga się, gdy sły­szy płacz dziecka, cho­ciaż wie, że to nie tylko w jego gło­wie. Cza­sami sły­szy jedną z có­rek, ale to je­dy­nie wspo­mnie­nia wy­ryte w ścia­nach.

Jego ko­mórka wy­daje dźwięk po­wia­do­mie­nia. To SMS od Wonga, wiel­kiego Chiń­czyka od­po­wie­dzial­nego za bez­pie­czeń­stwo w ka­sy­nie.

Alex nie chce go od­czy­ty­wać, ale mimo wszystko to robi. Na­gle wstrzy­muje od­dech. Serce kręci trzy pi­ru­ety, po czym lą­duje w żo­łądku. Alex zmywa nie­po­kój so­kiem.

"Zro­bili nam na­lot".

Roz­dział 3

Hong­kong

Pe­ter Bao musi się do­wie­dzieć, kto pró­buje go za­bić. Nie cho­dzi tylko o to, że nie chce jesz­cze umie­rać, jed­nak próby za­ma­chów na jego ży­cie znacz­nie utrud­niają mu za­rzą­dza­nie tria­dami.

Wkłada złoty re­wol­wer do pu­dełka wy­ło­żo­nego ak­sa­mi­tem. Po­dob­nie jak se­ryjni mor­dercy, Pe­ter rów­nież zbiera tro­fea. Jak się ze­sta­rzeje, przy­po­mną mu o zwy­cię­stwach i bę­dzie mógł się nimi cie­szyć, choć przy­szłość ry­suje się po­nuro.

Już jako na­sto­la­tek wie­dział, że czeka go bru­talna śmierć, taki jest cha­rak­ter tej pracy. Że wro­go­wie pra­gną po­zba­wić go ży­cia, to jedno, a obecna sy­tu­acja to coś zu­peł­nie in­nego. Po licz­nych za­ma­chach na jego ży­cie w ostat­nich mie­sią­cach, z któ­rych naj­bar­dziej spek­ta­ku­larny był ten z uży­ciem za­pro­gra­mo­wa­nego drona uzbro­jo­nego w za­trute strzały, wie, że to tylko kwe­stia czasu, kiedy im się to uda.

Od sze­ściu ty­go­dni jest spo­kój, co rów­nież go mar­twi. Może to oczy­wi­ście ozna­czać, że jego wro­go­wie się pod­dali, ale nie po­wi­nien tego za­kła­dać. Do­ło­żył wszel­kich sta­rań, by oczy­ścić sze­regi, ale mi­nie tro­chę czasu, za­nim nowo utwo­rzona or­ga­ni­za­cja zo­sta­nie do­sta­tecz­nie ugrun­to­wana. To trudne za­da­nie. Musi być nie­ustę­pliwy, by trzy­mać lu­dzi w ry­zach, ale je­śli bę­dzie zbyt bez­względny, zo­rien­tują się, że czuje za­gro­że­nie dla sie­bie i swo­jego przy­wódz­twa, a to by­łoby oznaką sła­bo­ści.

Zro­bił wszystko, by utrzy­mać próby za­bój­stwa w ta­jem­nicy, ale do­my­śla się, że i tak wszy­scy w Hong­kongu wie­dzą o ca­łej sy­tu­acji.

Cóż, gdyby to był jego je­dyny pro­blem, ży­cie zda­wa­łoby się pro­ste. Obec­nie Chiny stają się co­raz więk­szym za­gro­że­niem dla Hong­kongu: cią­głe pro­te­sty i de­mon­stra­cje, na które wła­dze od­po­wia­dają re­pre­sjami, wi­rus wy­wo­łu­jący nie­po­kój, próba kon­troli me­diów i wy­wie­ra­nie pre­sji na rząd Hong­kongu.

Wy­bory zo­stały unie­waż­nione z przy­czyn tech­nicz­nych, a zwy­cię­skich kan­dy­da­tów zdys­kwa­li­fi­ko­wano i za­ka­zano im startu w przy­szłych wy­bo­rach. Wpraw­dzie Chiny uni­kają bez­po­śred­niej oku­pa­cji Hong­kongu, ale naj­wy­raź­niej nie mają też za­miaru do­trzy­mać umowy z Wielką Bry­ta­nią, która za­kłada, że Hong­kong ma po­zo­stać hy­brydą łą­czącą dawne im­pe­rium bry­tyj­skie i Azję. Je­den kraj, dwa sys­temy.

Tym­cza­sem zmiany w funk­cjo­no­wa­niu glo­bal­nych sto­sun­ków han­dlo­wych, spo­wo­do­wane po­ja­wie­niem się no­wego wi­rusa, wy­wie­rają pre­sję na chiń­ską go­spo­darkę. Po­nadto długi, przez lata za­cią­gane przez pań­stwo, pię­trzą się w sys­te­mie ban­ko­wym.

Chiny nie mogą so­bie po­zwo­lić na kry­zys ban­kowy. Dla władz Pe­kinu nie­zbędny do utrzy­ma­nia po­koju jest wzrost go­spo­dar­czy, jed­nak ob­ser­wują spa­dek PKB o sie­dem pro­cent. Róż­nice w po­zio­mie do­bro­bytu mię­dzy po­szcze­gól­nymi gru­pami spo­łecz­nymi i re­gio­nami ro­sną ni­czym no­wo­twór. Dzie­sięć pro­cent lud­no­ści to bez­ro­botni, a sześć­set mi­lio­nów osób za­ra­bia mniej niż ty­siąc chiń­skich ju­anów mie­sięcz­nie. To nie­ty­powa sy­tu­acja w pań­stwie ko­mu­ni­stycz­nym.

Chiny chcą za­anek­to­wać Taj­wan i krążą po­gło­ski, że pla­nują de­mon­stra­cję siły, co zwięk­szy­łoby na­pię­cie mię­dzy nimi a resztą świata. Szpie­dzy Pe­tera w Chi­nach twier­dzą, że Ko­mu­ni­styczna Par­tia Chin jest go­towa po­su­nąć się do tego, by roz­po­cząć gdzieś wojnę, je­śli nie­za­do­wo­le­nie w kraju bę­dzie zbyt duże. Nie­stety dla Hong­kongu ozna­cza to, że sta­nie się on czę­ścią Chin. Zgod­nie z ofi­cjalną hi­sto­rią Pe­kinu Hong­kong za­wsze na­le­żał do Chin. Z per­spek­tywy Chiń­czy­ków krót­ko­trwałe pa­no­wa­nie Bry­tyj­czy­ków tego nie zmie­niło. Choć Hong­kong jest ła­twiej­szym ce­lem w po­rów­na­niu z Taj­wa­nem, nie ozna­cza to, że prze­ję­cie go by­łoby dla Pe­kinu mniej ry­zy­kowne. Cho­dzi o to, czego Pe­kiń­czycy boją się bar­dziej: pre­sji ze­wnętrz­nej czy we­wnętrz­nej. Je­śli na­stroje sprze­ciwu w spo­łe­czeń­stwie przy­biorą na­cjo­na­li­styczny wy­dźwięk, może to się oka­zać ko­rzystne dla Hong­kongu.

Więk­szość lu­dzi nie ro­zu­mie Chin. Głów­nym ce­lem par­tii jest ochrona jej wła­dzy. Zna­le­zie­nie rów­no­wagi mię­dzy za­cho­wa­niem wła­dzy a utrzy­ma­niem go­spo­darki w do­brej kon­dy­cji to trudne za­da­nie. Cho­ciaż Xi Jin­ping jest tak samo za­śle­piony ide­olo­gią jak jego zwo­len­nicy, lu­dzie rzą­dzący pań­stwem nie są idio­tami. Znają do­brze hi­sto­rię kraju i wie­dzą, że od­kry­cie ich sła­bego punktu może do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu przy­sło­wio­wej beczki pro­chu, na któ­rej sie­dzi za­stra­szony i ule­gły na­ród, li­czący po­nad mi­liard oby­wa­teli. Bo mimo iż cen­zura jest po­wszechna, nie spo­sób cał­ko­wi­cie de­men­to­wać plotki, czy kon­tro­lo­wać ludz­kie my­śli i uczu­cia. Po­nie­waż wraz z pod­nie­sie­niem stan­dardu ży­cia (Ma­slow, niech cię dia­bli!), ro­śnie po­trzeba wol­no­ści umy­słu. Jak do­tąd rządy ter­roru po­łą­czone z prze­śla­do­wa­niami opo­zy­cjo­ni­stów re­edu­ka­cją po­li­tyczną i eg­ze­ku­cjami utrzy­mują spo­łe­czeń­stwo w ry­zach, ale Pe­ter jest prze­ko­nany, że nie trzeba wiele, by to się zmie­niło. Po­zy­cja Związku Ra­dziec­kiego przez długi czas wy­da­wała się prze­cież nie­za­gro­żona, aż wszystko po pro­stu się roz­pa­dło, o dziwo bez uży­cia prze­mocy.

Upa­dek Chin nie przy­po­mi­nałby roz­padu Związku Ra­dziec­kiego. Wręcz prze­ciw­nie, skoń­czy­łoby się to okrut­nym i krwa­wym kon­flik­tem. Je­śli par­tia upad­nie, pań­stwo bę­dzie tar­gane wal­kami o wła­dzę, a je­śli żadna nowa siła sca­la­jąca na­ród nie przej­mie wła­dzy, Chiny spo­tka taki sam los jak Zwią­zek Ra­dziecki - roz­padną się na nowe kraje i re­giony, które będą ze sobą wal­czyć.

W tym cha­osie nowa or­ga­ni­za­cja Pe­tera uto­ruje so­bie drogę do wła­dzy. To Hong­kong przej­mie kon­trolę nad więk­szo­ścią Chin, a nie od­wrot­nie. Wszystko, co Bao musi zro­bić, to pod­pa­lić lont.

Sce­na­riusz za­kła­da­jący po­wsta­nie no­wych państw to kwe­stia nie­zwy­kle de­li­katna. Nie­sta­bil­ność to jedno, wojna to zu­peł­nie co in­nego. Wojna do­mowa to­cząca się na te­re­nie świa­to­wej po­tęgi nu­kle­ar­nej może ozna­czać ko­niec ludz­ko­ści.

To na jego bar­kach spo­cznie pa­no­wa­nie nad tymi wszyst­kimi oszo­ło­mami, któ­rzy sami pra­gną wła­dzy i nie cofną się przed ni­czym, by ją zdo­być. Je­dy­nie on ma pe­łen ogląd sy­tu­acji. Bez względu na to, kto przej­mie wła­dzę, czy to w no­wych Chi­nach z tymi sa­mymi gra­ni­cami co obec­nie, czy w zlepku no­wych i słab­szych ma­łych państw, Pe­ter za­dba o to, by mieć wpływ na no­wych przy­wód­ców. Bę­dzie rzą­dził Chi­nami, po­zo­sta­jąc w cie­niu. Dzięki ta­kiemu za­ple­czu po­li­tycz­nemu szybko uda mu się zin­fil­tro­wać naj­waż­niej­sze or­ga­ni­za­cje pań­stwowe in­nych kra­jów. Sta­nie się tak po­tęż­nym czło­wie­kiem, ja­kiego świat nie wi­dział.

In­for­ma­cja to klucz otwie­ra­jący świat, w któ­rym wie­dza o przy­szło­ści de­cy­duje o tym, kto rzą­dzi te­raź­niej­szo­ścią. Tak więc w tej sy­tu­acji po­trzebne są dwie rze­czy: do­stęp do in­for­ma­cji ze świata ze­wnętrz­nego i moż­li­wość swo­bod­nej ko­mu­ni­ka­cji drogą elek­tro­niczną bez nad­zoru pań­stwa. Oba pro­blemy można roz­wią­zać po­przez udo­stęp­nie­nie wy­star­cza­ją­cej licz­bie Chiń­czy­ków nie­śle­dzo­nych, ta­nich te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, które, jak na iro­nię, są w Chi­nach pro­du­ko­wane nie­le­gal­nie.

Na ra­zie jed­nak musi się sku­pić na re­al­nym za­gro­że­niu tu i te­raz. Z pró­bami za­ma­chu na jego ży­cie wiąże się ry­zyko, że w końcu któ­raś może się udać, a przy­naj­mniej sta­no­wią one wy­raźny sy­gnał, że Pe­ter nie wszystko ma pod kon­trolą.

Bie­rze te­le­fon i dzwoni do Vic­tora Yu, który prze­bywa w Taj­wa­nie, by za­ła­twić jedną sprawę. Po dwóch sy­gna­łach od­zywa się głos za­chryp­nięty od pa­le­nia pa­pie­ro­sów:

- Dzień do­bry, sze­fie.

Pe­ter uśmie­cha się na myśl o tym, że może cał­ko­wi­cie za­ufać swo­jemu wier­nemu asy­sten­towi. Gdyby Vic­tor chciał spi­sko­wać prze­ciwko niemu, miałby ku temu wiele oka­zji, zwłasz­cza tej nocy, kiedy Bao, jako na­sto­la­tek, za­bił swo­jego ojca. Za­miast sa­memu prze­jąć wła­dzę, Vic­tor mu­siał się po­zbyć ciała i wszyst­kich do­wo­dów. Na­stęp­nie za­rzą­dzał or­ga­ni­za­cją do mo­mentu, aż Pe­ter zdo­był wy­star­cza­jącą wie­dzę, by go za­stą­pić.

To wspa­niałe uczu­cie móc za­ufać dru­giemu czło­wie­kowi, choć to na­dal nie daje pew­no­ści co do po­zo­sta­łych sied­miu mi­liar­dów lu­dzi.

- Jak idzie trans­ak­cja?

- Nie wiem, mó­wiąc szcze­rze - od­po­wiada po­nuro Vic­tor.

Pe­ter nie lubi roz­ma­wiać o spra­wach triady przez te­le­fon. Wpraw­dzie to mało praw­do­po­dobne, żeby wła­dze się od­wa­żyły na pod­słuch ni­czym w Pra­wie ulicy, ale le­piej uni­kać nie­po­trzeb­nego ry­zyka.

- A twoi in­for­ma­to­rzy się do cie­bie od­zy­wali? Biz­nes wy­maga sta­bil­nego śro­do­wi­ska, ale chyba nie mu­szę ci o tym przy­po­mi­nać. - Pe­ter za­pala pa­pie­rosa i wkłada pu­dełko ze zło­tym re­wol­we­rem do sejfu i go za­myka.

- Na ra­zie nie - oznaj­mia Vic­tor. - Sy­tu­acja jest na­pięta, wszy­scy są w naj­wyż­szej go­to­wo­ści i czy­hają, żeby zła­pać mo­ment. Za­da­wa­nie zbyt wielu py­tań może być od­czy­tane jako prze­jaw sła­bo­ści cha­rak­teru. Za­trud­ni­łem wielu in­for­ma­to­rów, któ­rzy ro­zu­mieją, jak ważne jest za­cho­wa­nie dys­kre­cji, ale nie­stety nie udało im się jesz­cze zdo­być ni­czego istot­nego.

- Wiem, że nie po­wi­nie­nem cię po­pę­dzać. - Pe­ter gasi pa­pie­rosa i na­tych­miast za­pala ko­lej­nego, po czym mówi da­lej: - A jak prze­biega strajk?

- Wra­cam wła­śnie ze spo­tka­nia. Wy­gląda na to, że prze­wod­ni­czący związku za­wo­do­wego po­dał się do dy­mi­sji z po­wo­dów oso­bi­stych, a jego na­stępca nie ma w pla­nach żad­nego strajku. Więc ju­tro lecę z po­wro­tem.

- Świet­nie. Ma­rzy mi się w pre­zen­cie gwiazd­ko­wym bez­pro­ble­mowy rok. Mógł­byś, pro­szę, spraw­dzić, czy mają go w któ­rymś ze skle­pów wol­no­cło­wych? - pyta ze zmę­czo­nym uśmie­chem Pe­ter.

- Spraw­dzę, ale le­piej niech pan w li­ście do Świę­tego Mi­ko­łaja do­pi­sze jesz­cze ja­kieś inne pre­zenty.

- Tak pew­nie mu­szę zro­bić. Uda­nej po­dróży i do zo­ba­cze­nia ju­tro - koń­czy roz­mowę.

Pa­trzy przez okno na Hong­kong, mia­sto, które nie śpi. Wie, że po­wi­nien pójść spać, ale coś go drę­czy, a nie po­trafi okre­ślić co.

Jego ko­mórka wi­bruje. Męż­czy­zna wzdy­cha, wi­dząc, kto dzwoni. Nic do­brego z tego, kurwa, nie wy­nik­nie.

Roz­dział 4

Ty­resö

Jes­sica ma dwa­na­ście lat, kiedy po raz setny ucieka z domu. Cho­ciaż ucieczka to złe słowo, ona po pro­stu wy­cho­dzi, bo ro­dzice na­wet nie zwra­cają na nią uwagi. Znowu się po­kłó­cili. Mama mówi, że tata jak zwy­kle kła­mie i roz­trwo­nił jej pie­nią­dze, a tata twier­dzi, że to nie on, i zwala na Jes­sicę.

Za­wsze koń­czy się na tym, że mama bie­rze ta­bletki na­senne, a tata sie­dzi na stry­chu, po­pi­ja­jąc ko­niak i słu­cha­jąc mu­zyki kla­sycz­nej. "Ci moi ro­dzice to ja­kiś żart" - my­śli Jes­sica i po­ciąga łyk z bu­telki. Krzywi się, prze­łyka i za­czyna kasz­leć.

Niech się pie­przą. Ży­cie z nimi jest jak co­dzienny bal ma­skowy, zwłasz­cza gdy za­pra­szają go­ści na ko­la­cję. Są jak piękna ta­peta z obrzy­dliwą ple­śnią pod spodem.

"Wa­lić to".

Wkłada bu­telkę z pon­czem do ple­caka. Whi­sky, rum i wódka. Wlała do bu­telki każ­dego al­ko­holu po tro­chu, choć wątpi, czy w ogóle by za­uwa­żyli, gdyby wzięła wszyst­kie trzy flaszki. Czuje dużą swo­bodę, je­śli o to cho­dzi, ale nie ta­kie ży­cie jej się ma­rzy. Ni­gdy jej nie po­wie­dzieli, że ją ko­chają, może kiedy była mała i za­nim zbzi­ko­wała, czy też za­częła mieć za­bu­rze­nia psy­chiczne, jak twier­dzi mama. Jes­sica spa­dła z ko­nia dwa lata wcze­śniej i od tam­tej pory, kiedy "za­cho­wuje się ina­czej niż inne dzieci", mama zwala to na ten upa­dek.

Dziew­czynka za­krada się do domu są­sia­dów i wsiada na sku­ter Ju­lii. Pod­nosi stopą pod­pórkę i sta­cza się z górki. Od­pala go do­piero, gdy znaj­duje się na tyle da­leko, żeby nikt jej nie sły­szał.

Musi wró­cić przed piątą rano, żeby od­sta­wić sku­ter z po­wro­tem. Krad­nie go od mie­siąca, po­nie­waż ze­psuł jej się ro­wer, a tata ma dwie lewe ręce. Mama uważa, że mogą ku­pić nowy, ale tata po­wie­dział, że go na­prawi. Wia­domo jed­nak, że tak się nie sta­nie. Jes­sica nie po­trafi tego zro­zu­mieć. Mają forsy jak lodu, a mimo to oj­ciec twier­dzi, że po­winni oszczę­dzać. Wszy­scy wie­dzą też, że pie­nią­dze się go nie trzy­mają. Uważa się za fi­nan­si­stę, ale bez pie­nię­dzy mamy skoń­czyłby na ulicy.

"Lu­dzie uro­dzeni w bo­ga­tych ro­dzi­nach..."

Jest róż­nica mię­dzy pie­niędzmi, na które się nie pra­co­wało, a tymi, które się sa­memu za­ro­biło. Odzie­dzi­czone pie­nią­dze są naj­lep­sze, bo wtedy wszy­scy w oko­licy cię lu­bią. Je­śli zaś cho­dzi o do­rob­kie­wi­czów, któ­rzy się tu wpro­wa­dzają, mu­szą mi­nąć trzy po­ko­le­nia, nim za­służą na przy­ja­ciel­skie trak­to­wa­nie. Tak jak w przy­padku są­siadki Ju­lii i jej ro­dzi­ców.

Jak się Jes­sice wy­daje, Ju­lia wie, że jej sku­ter od czasu do czasu znika, choć nic o tym ni­komu nie mówi. Za­wsze w szkole się do niej uśmie­cha, bo chce się z nią przy­jaź­nić, ale jej uśmiech nie jest szczery, zresztą po­dob­nie jak u reszty no­wo­bo­gac­kich.

Jes­sica ma na­dzieję, że Tony tym ra­zem się nie spóźni. Jest z Bol­l­mory i gdyby tylko mama wie­działa, że jej córka za­daje się z "mar­gi­ne­sem", jak na­zywa lu­dzi miesz­ka­ją­cych w tej dziel­nicy, do­sta­łaby szla­ban na trzy lata. Ale czyby to po­mo­gło?

Gwał­tow­nie ha­muje, wi­dząc nędzną na­miastkę sku­tera Tony'ego. Czuje w brzu­chu przy­jemne mro­wie­nie. Chło­pak ma osiem­na­ście lat i jest naj­więk­szym przy­stoj­nia­kiem w Ty­resö. Po­wie­dział, że ją lubi, ale ona wie, że chce tylko po­ma­cać jej cycki i na­pić się za darmo jej drinka. Ale w po­rządku, to Jes­sica tu de­cy­duje, na­wet je­śli on nie zdaje so­bie z tego sprawy. Chło­pacy to ta­kie tę­paki.

Pod­cho­dzi do kra­wę­dzi klifu, gdzie Tony sie­dzi ze słu­chaw­kami w uszach i pali pa­pie­rosa. Słu­cha hard rocka lub punka.

Jes­sica pod­krada się i staje tuż za nim. Wy­ciąga ręce w jego stronę. Od­le­głość do wody to sie­dem­na­ście me­trów. Uwiel­bia ude­rze­nia ad­re­na­liny. Po­doba jej się to, że mo­głaby go ze­pchnąć, gdyby chciała, i nikt by się nie do­wie­dział, że to zro­biła.

Tętno przy­spie­sza, dziew­czyna prze­łyka ślinę.

Uśmie­cha się za jego ple­cami.

Mo­tyle sza­leją w brzu­chu.

Przy­go­to­wuje się.

Po­py­cha go mocno, ale chwyta za kurtkę.

Tony gło­śno krzy­czy, a Jes­sica się śmieje.

Nie­zły z niej ninja.

- Kurwa, co ty wy­pra­wiasz?! Po­je­bało cię?! - Zdej­muje słu­chawki, tym­cza­sem Jes­sica siada obok niego nad prze­pa­ścią, stopy zwi­sają nad kra­wę­dzią klifu.

- Wy­lu­zuj, prze­cież cię trzy­ma­łam.

- Je­steś stuk­nięta, wiesz?

- Tak, po­dobno mam za­bu­rze­nia psy­chiczne.

Chło­pak się uśmie­cha, ale wciąż wi­dać po nim, że ob­le­ciał go strach.

- To na pewno.

Jes­sica uwiel­bia ja­sne i spo­kojne let­nie noce, ta­kie jak dziś. Bie­rze pa­pie­rosa od Tony'ego i się za­ciąga. Wyj­muje bu­telkę z ple­caka, od­kręca za­krętkę i ją wy­rzuca. Bie­rze łyk, który pali ją w gar­dle jak kwas. Dzieli się z chło­pa­kiem i on też po­ciąga z bu­telki.

To jest ich miej­sce. Z dala od wal­nię­tych ro­dzi­ców, któ­rzy mają ich gdzieś. To tu­taj spo­tkali się po raz pierw­szy. Tony ba­wił się ogniem i pił piwo. Dziś przy­pada ich pierw­sza rocz­nica.

- Prze­żył­byś - stwier­dza Jes­sica i strąca pa­pie­rosa do wody.

- Nie ma ta­kiej opcji. - Chło­pak od­suwa się nieco. Nie ufa jej.

- Zgo­dzę się na seks, je­śli sko­czysz - mówi Jes­sica z uśmie­chem.

Przez chwilę Tony roz­waża, co zro­bić, jego my­śli można pra­wie usły­szeć, ale ona wie, że się nie od­waży. Poza tym wie, że jest dzie­wicą.

- Czyżby naj­więk­szy twar­dziel z Bol­l­mory nie miał od­wagi? - Jes­sica wstaje, zdej­muje bluzę i ko­szulkę. Tony po­żera wzro­kiem jej na­gie piersi, ale ona się tym nie przej­muje. "Niech so­bie pa­trzy". Zdej­muje spodnie i buty, ale zo­staje w majt­kach.

- Da­waj. Kto pierw­szy, do­staje sto ko­ron. - Dziew­czyna bie­rze bu­telkę i cofa się o kilka kro­ków. Po­ciąga kilka du­żych ły­ków, po któ­rych pra­wie wy­mio­tuje.

- Weź prze­stań. To nie­bez­pieczne.

- Ży­cie jest nie­bez­pieczne, a jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczne jest tego nie zro­bić. - Od­sta­wia bu­telkę i bie­rze głę­boki od­dech. Spo­gląda w nie­mal bez­gwiezdne niebo.

- Raz...

- Se­rio? Chcesz sko­czyć? Zgry­wasz się tylko.

Jes­sica wzdy­cha. Za­sta­na­wia się, czy to boli, kiedy się ude­rza o wodę. Pięć me­trów we Fla­ten to naj­wyż­sza wy­so­kość, z ja­kiej ska­kała, i wtedy pla­snęła twa­rzą w wodę. A to jest sie­dem­na­ście me­trów. Je­śli źle wy­lą­duje, bę­dzie po­trze­bo­wała ope­ra­cji.

- Dwa...

- Pro­szę, nie rób tego - Tony pra­wie pisz­czy i po­woli wstaje.

"Za­po­mnij" - my­śli dziew­czyna.

- Trzy!

Jes­sica bie­rze roz­bieg i po chwili już jest w po­wie­trzu. Tony za nią krzy­czy.

- Ja la­tam! - Woda zbliża się szyb­ciej niż bły­ska­wica.

"Za­bu­rze­nia mó­zgowe - to jest, kurwa, to".

Roz­dział 5

F?r­dala, Ty­resö

Jes­sica i Sus­sie sie­dzą na ka­na­pie i po­pi­jają wino od czasu, kiedy Alex wy­biegł z domu. Jego sio­stra nie wy­bu­dziła się ze śpiączki, zmarła kilka dni przed za­bój­stwem tro­jacz­ków, a po tych wszyst­kich po­grze­bach stał się jesz­cze bar­dziej wy­co­fany. Jes­sica stara się go zro­zu­mieć. Wszy­scy wo­kół Aleksa umie­rają i musi się czuć jak wi­rus, gor­szy od ko­rony.

Nie­jed­no­krot­nie pró­bo­wała się do niego zbli­żyć, choć jest to trudne, bo oto­czyła się mu­rem się­ga­ją­cym nieba. Skry­wają przed sobą wiele ta­jem­nic i któ­reś z nich musi wy­ko­nać pierw­szy ruch, naj­le­piej, żeby to był Alex, bo ona się nie od­waży. Roz­wiódłby się z nią, gdyby się do­wie­dział, co przed nim ukrywa, na­wet je­śli w ja­kiejś czę­ści zro­biła to dla niego. Dla nich.

Może tak by­łoby naj­le­piej. Od­po­cząć od sie­bie, a po­tem za­cząć wszystko od nowa. Za­wsze chciała za­cząć od po­czątku. Już od­kąd miała dzie­sięć lat. Wma­wiała so­bie, że ma spo­kojne i nudne ży­cie, ale prawda jest inna. Wy­parła z pa­mięci okres sza­lo­nych lat. Te­raz jest inną, nową Jes­sicą. Tylko Sus­sie zna dawną Jes­sicę, ale na­wet ona nie zdaje so­bie sprawy ze wszyst­kiego.

Prze­cho­dzą ją ciarki na myśl o tym, kim kie­dyś była, ale pró­buje się od tego od­ciąć. Po­wta­rza to so­bie jak man­trę, że jest zwy­kłą dziew­czyną z do­brego domu, która do­ra­stała w Ty­resö bez żad­nych pro­ble­mów, no, może nie wspo­mi­na­jąc ro­dzi­ców. Dzięki temu udaje jej się wy­ma­zać z pa­mięci zda­rze­nia z prze­szło­ści i znów staje się nową Jes­sicą.

- Halo, halo! - woła mama z ko­ry­ta­rza i jak zwy­kle od razu wcho­dzi do środka, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Ich pu­del kró­lew­ski, Mimmi, zrywa się, by ją po­wi­tać. Suczka ko­cha jej mamę bar­dziej niż Jes­sicę. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że mama przy­nosi jej ka­wałki kieł­basy. - Moja naj­uko­chań­sza Mimmi! Przy­naj­mniej ty mnie lu­bisz! - cią­gnie mama. Jes­sica sły­szy, jak Mimmi coś prze­żuwa.

Sus­sie unosi brwi i do­pija resztę wina z kie­liszka. Na­peł­nia go po­now­nie. Jest chuda jak pa­tyk, na­leży do tych osób, które mogą jeść wszystko i nie tyją. Za­wsze wy­gląda, jakby wła­śnie wró­ciła z hi­pi­sow­skiego fe­sti­walu. Ma kol­czyk w no­sie, ko­lo­rowe ma­te­ria­łowe bran­so­letki na jed­nym nad­garstku i ko­ra­li­kowe na dru­gim. Alex twier­dzi, że kiedy Sus­sie tań­czy lub mówi, robi to ca­łym cia­łem, tak że jej ko­ra­liki brzę­czą jak wku­rzony grze­chot­nik.

- Cześć, mamo. Jak miło, że wpa­dłaś. - Jes­sica kręci głową, po czym mama wcho­dzi do sa­lonu.

- Mój Boże, czy wy ni­gdy nie sprzą­ta­cie? - dziwi się i prze­suwa pal­cem po ob­ra­zie. Mimmi nie od­stę­puje jej na krok.

- Lep­szy mały syf tu i ów­dzie niż ży­ciowe pie­kło - stwier­dza Sus­sie, uno­sząc kie­li­szek.

Mama Jes­siki zerka na swój mar­kowy ze­ga­rek.

- Ależ Sus­sie, jest do­piero je­de­na­sta.

- Dzię­kuję, pani ze­ga­rynko. My­śla­łam, że dzie­wiąta.

Jes­sica sztur­cha przy­ja­ciółkę w ra­mię.

- Świę­tu­jemy ze­rwa­nie Sus­sie z Las­sem - kła­mie i pod­nosi kie­li­szek, by wznieść to­ast. - I chwała za to!

- Nie ma czego świę­to­wać. Wy, mło­dzi, zbyt ła­two się roz­sta­je­cie.

Jes­sica za­sta­na­wia się, ile razy jej mama wy­rzu­cała ojca z domu, kiedy ona była mała. Ciężko to zli­czyć.

Mama siada w fo­telu po strzep­nię­ciu z po­duszki nie­wi­dzial­nego brudu.

- Na­pi­jesz się wina? - pro­po­nuje Jes­sica, ale Sus­sie już zdą­żyła przy­nieść kie­li­szek, i na­lewa do niego wina.

- Char­don­nay z kar­tonu, na­prawdę nie­złe. Pierw­szy kie­li­szek za darmo - mówi, sta­wia­jąc wino przed mamą Jes­siki.

Sus­sie do­pija resztkę wina i znowu so­bie do­lewa. Je­śli tak da­lej pój­dzie, za kwa­drans bę­dzie pi­jana.

Mama nie ro­zu­mie żartu i ma smutną minę. Cza­sami Jes­sica my­śli, że tro­jaczki były dziećmi mamy. Przy­naj­mniej tak by się wy­da­wało.

- No cóż, gdzieś na świe­cie jest pierw­sza w nocy - stwier­dza mama i po­pija z kie­liszka. - Jak idzie z... no wiesz? - pyta, wska­zu­jąc brzuch córki.

Jes­sica ma ochotę wstać i się na nią wy­drzeć, ale wie, że to nic nie zmieni. Le­d­wie po­grzeb się skoń­czył, a mama już mó­wiła, żeby brała się do ro­boty i dała jej nowe wnuki.

- Odło­ży­li­śmy to na póź­niej. - Jes­sica nie chce się przy­znać, że nie upra­wiali seksu z Alek­sem od czasu, kiedy umarły dzieci. My­śli, że może ich zwią­zek rów­nież umarł tego sa­mego dnia, na tam­tym przy­stanku me­tra, choć pra­wie co­dzien­nie mó­wią so­bie, że się ko­chają.

- Po­win­ni­ście...

- Mamo. Pro­szę, prze­stań.

- Mó­wię tylko, co my­ślę.

- Da­lej, dziew­czyno! - beł­ko­cze Sus­sie i sięga po wię­cej wina, ale Jes­sica przy­suwa kar­ton do sie­bie, przez co twarz przy­ja­ciółki mar­kot­nieje.

- Chcia­łaś o czymś po­roz­ma­wiać? - zwraca się do mamy Jes­sica.

- Tak, wła­ści­wie to tak. Mam do­bre wie­ści. Ra­zem z oj­cem prze­pro­wa­dzamy się do Por­tu­ga­lii.

- Co ta­kiego? - Jes­sica pra­wie dławi się wi­nem.

- Tak, głów­nie z uwagi na po­datki, ale oczy­wi­ście też ze względu na po­godę. Moje ko­lana nie wy­trzy­mują już szwedz­kiego zimna.

- Jak to? Kiedy?

- Za ty­dzień. - Pra­wie nie­zau­wa­żal­nie prze­myca ka­wa­łek kieł­basy i daje go Mimmi.

- Za ty­dzień?! Co wy so­bie, do cho­lery, my­śli­cie?

- Jes­sico, uspo­kój się. Je­ste­śmy już na eme­ry­tu­rze, chyba po­win­ni­śmy się cie­szyć na­szymi ostat­nimi dniami, nie uwa­żasz?

- Ach tak, a kiedy za­czę­li­ście to pla­no­wać? I dla­czego tata nie przy­szedł? Pew­nie nie ma od­wagi, co?

- Nie­dawno. Boże, Jes­sico. Je­ste­śmy do­ro­śli i mo­żemy ro­bić, co chcemy.

- Trudno się nie zgo­dzić - kiwa głową Sus­sie, a Jes­sica pa­trzy na nią ze zło­ścią. - Sorry - bąka pod no­sem i pró­buje po­now­nie przy­su­nąć do sie­bie kar­ton, ale Jes­sica go przy­trzy­muje.

- Okej, jedź­cie so­bie.

- Bę­dziesz za nami tę­sk­nić?

- Ani tro­chę - mówi Jes­sica, nie ro­zu­mie­jąc, dla­czego w ogóle się de­ner­wuje. Prze­cież wcale nie chce, żeby mama cały czas do niej przy­cho­dziła. Tym bar­dziej Alex.

- No i wła­śnie. Kiedy uro­dzą wam się dzieci, będę was od­wie­dzać. Lot do Por­tu­ga­lii zaj­muje tylko cztery go­dziny, poza tym za­wsze je­steś u nas mile wi­dziana.

Jes­sica jest w pełni świa­doma, że za­pro­sze­nie nie do­ty­czy Aleksa i tylko z tego po­wodu nie za­mie­rza od­wie­dzać ro­dzi­ców. Je­śli nie chcą, żeby on do nich przy­jeż­dżał, ona też nie bę­dzie.

- Ale po­trze­bo­wa­li­by­śmy psa obron­nego. - Mama spo­gląda na Mimmi, która pręży się w ocze­ki­wa­niu na wię­cej kieł­ba­sek.

- Żar­tu­jesz?

Sus­sie bie­rze kar­ton z wi­nem i na­lewa so­bie ko­lejny kie­li­szek, który trzyma ni­czym ty­siąc­ka­ra­towy dia­ment. Szybko upija łyk.

- W końcu to ja za nią za­pła­ci­łam - mówi mama.

Wła­ści­wie ma ra­cję, na­wet na ubez­pie­cze­niu fi­gu­ruje jej na­zwi­sko jako wła­ści­cielki, ale dała jej Mimmi w pre­zen­cie i Jes­sica nie wspo­mniała Alek­sowi, że to mama ją ku­piła. Wku­rzyłby się jesz­cze bar­dziej.

Jes­sica spo­gląda na suczkę. Nie wy­cho­dzi z nią tak czę­sto, jak kie­dyś, przed po­grze­bami. Choć ciężko jej to przy­znać, Mimmi by­łoby le­piej u ro­dzi­ców. Kłuje ją w sercu, bie­rze łyk wina, żeby się nie roz­pła­kać. Ostat­nio czuje się taka słaba. Nie ma siły kłó­cić się z mamą czy Alek­sem, nie jest w sta­nie na­wet szu­kać pracy. Po śmierci dzieci za­częła po­ma­gać mę­żowi w in­te­re­sach. Wła­ści­wie wcale jej się to nie po­doba, ale to była ich je­dyna szansa na prze­trwa­nie tego czasu. Gdyby ni­czym się nie zaj­mo­wała, za­ła­ma­łaby się jesz­cze bar­dziej.

- Bę­dzie jej le­piej z nami, a wy bę­dzie­cie mo­gli sku­pić się na so­bie, nie są­dzisz? - mówi mama, kle­piąc Mimmi po gło­wie.

- Ale jak to? Prze­cież Mimmi to pies Jes­siki - dziwi się Sus­sie, która sie­dzi z ko­la­nami pod­cią­gnię­tymi pod brodę.

- Sama nie wiem. - Jes­sica wy­cho­dzi na ta­ras, żeby za­pa­lić. Mimmi wy­biega do ogrodu i ko­pie w ziemi, a ona nie ma na­wet siły jej przy­wo­łać. Za­pala pa­pie­rosa i sły­szy stu­kot ob­ca­sów mamy.

- Umó­wi­łam ją na ju­tro do we­te­ry­na­rza. Trzeba ją za­szcze­pić. A ty mu­sisz za­le­czyć rany, Jes­sico.

Jes­sica wzdy­cha. Jako dziecko tę stronę jej na­tury uwa­żała za naj­gor­szą - nie­em­pa­tyczną i nar­cy­styczną - tę, która od­ci­snęła piętno na czę­ści jej ży­cia, o ile nie ca­łym. Mimo to nie­ustan­nie pró­buje na­wią­zać z matką bli­ską re­la­cję, jakby była długo ocze­ki­waną wy­graną na lo­te­rii.

Matka od nie­chce­nia przy­tula córkę.

- Ko­cham cię - mówi Jes­sica.

- Bę­dzie do­brze, zo­ba­czysz - stwier­dza mama.

Nie ma siły się jej prze­ciw­sta­wiać. Nie te­raz, nie dziś, może ni­gdy.

- Mimmi, prze­stań. - Mama pod­cho­dzi do psa, który wy­ko­pał dziurę w traw­niku. Pró­buje ją przy­wo­łać kieł­ba­skami, ale to się nie udaje.

- Mimmi! - wtó­ruje Jes­sica. Bar­dziej po to, by się prze­ko­nać, kogo Mimmi po­słu­cha. Je­śli jej, a nie mamy, wtedy Jes­sica nie odda psa. Ale Mimmi tylko ko­pie i ko­pie, na­wet nie pod­nosi głowy.

- Och, Boże drogi! - krzy­czy mama i od­ciąga Mimmi od dołu.

Jes­sica pod­cho­dzi do niej, za­ciąga się pa­pie­ro­sem i za­gląda do dziury wy­ko­pa­nej przez psa. Na wi­dok szcząt­ków kota chce jej się wy­mio­to­wać.

Go­dzinę póź­niej Jes­sica i Sus­sie sie­dzą na ta­ra­sie w re­stau­ra­cji Ty­resö Slot­t­skrog. Sus­sie za­mó­wiła da­nie we­ge­ta­riań­skie, a Jes­sica ło­so­sia w przy­pra­wie ca­jun, któ­rego na­wet nie tknęła.

Stra­ciła ape­tyt, kiedy przy­po­mniała so­bie o zwło­kach kota. Za­miast tego pije wię­cej wina. Sus­sie zaś, która jest już kom­plet­nie pi­jana, po­chła­nia je­dze­nie. Jes­sica igno­ruje spoj­rze­nia lu­dzi przy­glą­da­ją­cych się jej przy­ja­ciółce w hi­pi­sow­skich ciu­chach w sied­miu róż­nych ko­lo­rach.

Alex po­wie­dział, że za­strze­lił i za­ko­pał bor­suka, ale jak zwy­kle kła­mał. Te­raz Jes­sica już wie, gdzie się po­dział kot są­sia­dów. Cały wie­czór po­ma­gała im go szu­kać, tym­cza­sem kot le­żał po­grze­bany w ich ogro­dzie. To tylko je­den z wielu se­kre­tów jej męża. Jest cie­kawa, jak za­re­aguje, gdy go o to za­pyta.

"Prze­gią­łeś, Alex".

- A więc nasz Bruce Lee strze­lił do kota z łuku? - śmieje się Sus­sie. - Czy on nie wie, jak wy­gląda bor­suk?

Jes­sica nie może się po­wstrzy­mać i śmieje się ra­zem z nią. Sus­sie to naj­lep­sze re­me­dium na świe­cie, mimo że nie zdaje so­bie z tego sprawy.

- Naj­wy­raź­niej nie.

Sus­sie chi­cho­cze.

- Bor­suk zro­bił "miau", a Alex na to: "ha­dzia!" mam cię!

Jes­sica i Sus­sie śmieją się gło­śno ni­czym ćpunki, które wła­śnie zna­la­zły sto kilo he­ro­iny.

Ko­biety przy są­sied­nim sto­liku je uci­szają, ale to tylko spra­wia, że śmieją się jesz­cze gło­śniej.

Roz­dział 6

F?r­dala, Ty­resö

Lily Rose ukry­wała się w le­sie, gdy Jes­sica i dwie inne ko­biety wy­szły z tym brzyd­kim psem z domu. Wła­muje się tyl­nymi drzwiami i wcho­dzi do środka. Prze­cha­dza się pod domu, a przy jej no­dze idzie jej piękny pies Rambo, rasy bi­szon ha­wań­ski.

Do­brze tu pach­nie, czuć aro­mat wina, dymu pa­pie­ro­so­wego, psa i per­fum.

"Co Alex wi­dzi w tej Jes­sice? Po­wi­nien trzy­mać się swo­ich" - my­śli Lily Rose i bie­rze kie­li­szek z wi­nem po­zo­sta­wio­nym przez Jes­sicę, po czym siada w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym wcze­śniej sie­działa żona Aleksa. Ka­napa jest wciąż cie­pła.

Lily Rose trzyma kie­li­szek, uda­jąc Jes­sicę. Trzema pal­cami za nóżkę. Od­pręża się i roz­gląda po po­koju o wnę­trzu w stylu in­spi­ro­wa­nym New­port. Je­śli chcieli uzy­skać or­dy­narny wy­strój, to cał­kiem im się to udało. Jest tu zbyt po ame­ry­kań­sku.

Ko­bieta za­uważa trzy al­bumy na re­gale, które wy­stają po­mię­dzy książ­kami. Bie­rze je, kła­dzie na stole w sa­lo­nie i do nich za­gląda. Na każ­dej stro­nie znaj­dują się zdję­cia Jes­siki. Lily Rose sięga po nóż i wy­cina z nich oczy. Nie po­doba jej się spo­sób, w jaki Jes­sica na nią pa­trzy.

Do­piero w trze­cim al­bu­mie są zdję­cia Aleksa. Pierw­sze po­cho­dzą z cza­sów mło­do­ści, ostat­nie zro­biono przed dzie­się­cioma laty, czyli po tym, jak smart­fony przy­jęły się na do­bre. Te­raz wy­gląda le­piej. Bar­dziej jak męż­czy­zna niż chło­piec.

Bie­rze jedno z naj­now­szych zdjęć. To, na któ­rym pa­trzy pro­sto w apa­rat pięk­nymi i groź­nymi oczami. Za­myka al­bum i od­kłada go wraz z całą resztą na miej­sce.

Po­ciąga łyk wina i na­lewa so­bie ko­lejny kie­li­szek. Wcho­dzi do ła­zienki i otwiera szafkę. Rze­czy Aleksa stoją na gór­nej półce, w le­wym rogu, reszta ko­sme­ty­ków naj­wy­raź­niej na­leży do Jes­siki. "Ego­istka" - my­śli. Sama ni­gdy nie po­trze­bo­wała aż tylu pro­duk­tów do pie­lę­gna­cji. Dla niej naj­waż­niej­sze są włosy, o resztę nie musi się mar­twić.

Za­myka szafkę, pa­trzy na swoje od­bi­cie w lu­strze i za­sta­na­wia się, co Alex o niej my­śli. Po­doba mu się, czy uważa ją po pro­stu za dzi­waczkę?

Spry­skuje per­fu­mami Jes­siki szyję i nad­garstki, i po­ciera je­den o drugi. Szpera w ko­sme­tyczce le­żą­cej przy zle­wie i wyj­muje z niej czer­woną szminkę. Ma­luje nią usta, spo­gląda w lu­stro i my­śli: "Czy to wła­śnie lubi Alex? Wy­ma­lo­wane ko­biety, które pachną jak dziwki?".

Wy­pija duży łyk wina i wy­cho­dzi z ła­zienki. Za­trzy­muje się przy czarno-bia­łych zdję­ciach w ko­ry­ta­rzu. Ze ślubu. Wy­glą­dają na ra­do­snych. Szczę­śli­wych. Nie tak jak te­raz. Smutni i zmę­czeni. Wie, że śmierć dzieci to wina Pe­tera. Każdy, kto z nim pra­cuje, po pew­nym cza­sie tak wy­gląda.

Otwiera drzwi do ja­kie­goś po­koju, naj­wy­raź­niej dzie­cię­cego. W oknie i na pod­ło­dze stoją kwiaty, które swego czasu były piękne, a te­raz zwię­dły i spra­wiają przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Do każ­dego bu­kietu do­łą­czona jest kar­teczka. Przy­gląda się nie­któ­rym z nich i mimo że nie po­trafi czy­tać w tym ję­zyku, to i tak ro­zu­mie. Kon­do­len­cje.

Rambo chwyta w zęby jedną z za­ba­wek na pod­ło­dze i za­czyna się nią ba­wić, a ona mu na to po­zwala. Ra­czej nikt za nią nie bę­dzie tę­sk­nił.

Lily Rose wy­cho­dzi z po­koju dzie­cię­cego i idzie do kuchni. Otwiera lo­dówkę i uświa­da­mia so­bie, że jest głodna. Wy­gląda na to, że na lunch zje je­dy­nie twa­ro­żek. Je­dząc go, pa­trzy przez okno na ogród. Uśmie­cha się na wi­dok dołu, w któ­rym leży mar­twy kot.

- Alex, coś ty zro­bił? - szep­cze, tym­cza­sem Rambo kła­dzie za­bawkę u jej stóp. Pod­nosi ją i rzuca do sa­lonu. Pies wraca po pię­ciu se­kun­dach, ale tym ra­zem nie od­daje jej za­bawki.

Lily Rose spo­gląda na zdję­cie Aleksa. Zdo­bę­dzie go, tylko on jesz­cze o tym nie wie. Ra­zem przejmą kon­trolę nad Hong­kon­giem, je­śli wszystko pój­dzie po jej my­śli. Za­bi­cie Pe­tera nie bę­dzie ła­twe, ale prę­dzej czy póź­niej każdy umiera.

Na ścia­nie w ram­kach wi­szą trzy od­ci­ski dłoni od­lane w gip­sie i kon­tra­stują z resztą wy­stroju. Na każ­dym z od­le­wów jest imię dziecka. Po­rów­nuje roz­miar ich dłoni ze swo­imi. Trudno jej uwie­rzyć, że kie­dyś była taka mała.

Do­pija resztę wina i do­staje SMS-a od jed­nej z pro­sty­tu­tek. In­for­ma­cja nie jest za darmo, ale warta każ­dego gro­sza. Był na­lot. Ma na­dzieję, że nie zła­pali Aleksa. A na­wet je­śli go mają, to i tak za­raz wyj­dzie. Ni­gdy nie był ka­rany i ra­czej nikt na niego nie do­nie­sie. To jedna z za­let by­cia w tria­dzie: nikt nie roz­ma­wia z po­li­cją. Wie­dzą, co mo­głoby się stać z krew­nymi w ich oj­czyź­nie.

Lily Rose wcho­dzi do sy­pialni i kła­dzie się tam, gdzie pach­nie Alek­sem. Od­sta­wia kie­li­szek na sto­lik nocny i spo­gląda w su­fit. Wy­rywa so­bie je­den włos i kła­dzie go na po­duszce Jes­siki. Spo­gląda na zdję­cie Storma i wsuwa dłoń w majtki.

"Wkrótce bę­dziesz mój" - my­śli, za­myka oczy i za­czyna się pie­ścić.

Roz­dział 7

Hong­kong

Nu­mer przy­cho­dzą­cego, za­szy­fro­wa­nego po­łą­cze­nia za­czyna się od "0051". Pe­ter za­myka oczy, wie­dząc, że po tej roz­mo­wie bę­dzie miał ko­lej­nego wroga. Tylko je­den czło­wiek w Peru zna jego nu­mer.

"Xa­vier Flo­res".

Pe­ter wzdy­cha i otwiera dużą bu­telkę whi­sky. Roz­siada się w skó­rza­nym fo­telu i od­biera po­łą­cze­nie. Jesz­cze nie przy­ło­żył te­le­fonu do ucha, a już sły­szy sta­rego męż­czy­znę mó­wią­cego ła­maną an­gielsz­czy­zną. Ten ton trudno po­my­lić. W słu­chawce roz­brzmiewa jego świsz­czący od­dech, praw­do­po­dob­nie wi­rus za­ata­ko­wał mu płuca.

Pe­ter słu­cha go przez ja­kąś mi­nutę, wy­ła­pu­jąc z jego wy­po­wie­dzi je­dy­nie kilka słów, głów­nie hisz­pań­skie prze­kleń­stwa. Kiedy Xa­vier bie­rze od­dech, Pe­ter ko­rzy­sta z oka­zji:

- Se­?or Flo­res. Zdaję so­bie sprawę, że nie jest pan za­do­wo­lony z roz­woju sy­tu­acji w Lon­dy­nie, ale chciał­bym wra­zić mój głę­boki żal, a także wszystko wy­ja­śnić. - Bie­rze łyk whi­sky, a kostki lodu brzę­czą we­soło.

Po dru­giej stro­nie za­pada ci­sza, tro­chę zbyt długa.

- Wy­ja­śnić...? Tak, to by­łoby in­te­re­su­jące. Pro­szę, wy­ja­śnij, dla­czego mój syn zo­stał zna­le­ziony mar­twy w domu w An­glii, bę­dąc z wami sam na sam?

Pe­ter zdaje so­bie sprawę, że stary Pe­ru­wiań­czyk za­pewne już zna więk­szość szcze­gó­łów, ale i tak spró­buje się z tego ja­koś wy­krę­cić. Przy­po­mina so­bie o ka­me­rach, Xa­vier z pew­no­ścią pra­wie wszystko ma na­grane, zdzi­wiłby się, gdyby tak nie było. Bo mimo że Vic­to­rowi udało się zna­leźć twardy dysk z za­pi­sem z ka­mer, ma­te­riał z mo­ni­to­ringu praw­do­po­dob­nie zo­stał rów­nież za­cho­wany na ser­we­rze w in­nym miej­scu. Po­dob­nie dzia­łają sys­temy Pe­tera. Ma jed­nak na­dzieję, że w tym przy­padku tak nie jest.

- Było dość późno, kiedy do­tar­li­śmy do prze­pięk­nego domu, który pan wspa­nia­ło­myśl­nie nam udo­stęp­nił. Pana syn i jego ochro­nia­rze... prze­pra­szam, se­?or, ale nie da się tego opi­sać w de­li­katny spo­sób... dość ostro im­pre­zo­wali. Gra­li­śmy w karty, a po ja­kimś cza­sie w po­koju zo­sta­li­śmy tylko ja i Si­mon.

Prze­rywa, by po­pić whi­sky, ma­jąc na­dzieję, że się do­wie, jak roz­mowa wpływa na na­strój męż­czy­zny, ale sły­szy je­dy­nie za­kłó­ce­nia na li­nii.

- Pana syn, który z pew­no­ścią był od­waż­nym czło­wie­kiem, za­pro­po­no­wał wtedy, że­by­śmy pod­nie­śli stawkę i za­grali w praw­dziwą grę.

- Co masz na my­śli, mó­wiąc "praw­dziwa gra"?

- Hm, jesz­cze raz, bar­dzo mi przy­kro, ale Si­mon za­pro­po­no­wał ro­syj­ską ru­letkę. Miał re­wol­wer i opróż­nił go ze wszyst­kich na­bo­jów oprócz jed­nego.

Xa­vier par­ska.

- Mój syn może i był im­pul­sywny, ale wąt­pię, by chciał się na­ra­żać na coś ta­kiego. Miał prze­cież prze­jąć po­sadę, o któ­rej nie­wielu może na­wet ma­rzyć, więc po co miałby ry­zy­ko­wać ży­cie dla za­bawy?

Pe­ter za­sta­na­wia się, czy ten stary męż­czy­zna nie pro­wa­dzi z nim ja­kiejś po­kręt­nej gry. A może za­pis mo­ni­to­ringu był tak kiep­skiej ja­ko­ści, że na­prawdę nie wie, co się stało?

- Trudno po­wie­dzieć, co kie­ruje ludźmi. Za­krę­cił cy­lin­drem i miał pe­cha. Na­bój zna­lazł się w pierw­szej ko­mo­rze. By­łem zdru­zgo­tany i oszo­ło­miony, ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że nic nie mogę zro­bić. Ba­łem się, że je­śli ktoś usły­szał strzał, po­li­cja może się zja­wić w każ­dej chwili, więc zde­cy­do­wa­łem, że naj­roz­sąd­niej bę­dzie, jak wyjdę z tego domu i wy­jadę z kraju. Na­prawdę bar­dzo mi przy­kro z po­wodu tego, co się stało, i prze­pra­szam, że nie za­dzwo­ni­łem wcze­śniej. To był tra­giczny wy­pa­dek. Je­stem pe­wien, że w tych oko­licz­no­ściach po­stą­piłby pan po­dob­nie.

- Bę­kart - sy­czy Xa­vier, a Pe­ter wzdy­cha, wie­dząc do­kład­nie, co to ozna­cza. - Je­steś mar­twy - do­daje spo­koj­nym to­nem Pe­ru­wiań­czyk. - Chcia­łem się tylko prze­ko­nać, ile są warte twoje słowa, ale naj­wy­raź­niej nic. Oczy­wi­ście wi­dzia­łem na­gra­nia z mo­ni­to­ringu i wiem, że nie zro­bi­łeś nic, żeby go po­wstrzy­mać, a poza tym za­krę­ci­łeś cy­lin­drem, żeby zwięk­szyć swoje szanse. Dzieli nas wiele ki­lo­me­trów i może ci się wy­daje, że nie dam rady cię do­rwać, ale się my­lisz. - Męż­czy­zna robi te­atralną pauzę. - Chcę, że­byś wie­dział, że cię do­padnę, kiedy naj­mniej się tego spo­dzie­wasz. Na­wet je­śli nie zgi­niesz z mo­ich rąk, to pa­mię­taj, że mój drugi syn tę­skni za swoim star­szym bra­tem.

Po­łą­cze­nie zo­staje prze­rwane.

"Kla­syk... Nie można się przy­jaź­nić ze wszyst­kimi" - my­śli Pe­ter i wzru­sza ra­mio­nami. Te­raz musi szybko zna­leźć nowe źró­dło ko­ka­iny, by za­pew­nić cią­głość do­staw do Eu­ropy. Jego na­zwi­sko znaj­duje się na czar­nej li­ście w pra­wie ca­łej Ame­ryce Po­łu­dnio­wej i tylko ro­dzina Flo­re­sów była na tyle sza­lona, żeby ro­bić z nim in­te­resy.

He­ro­inę spro­wa­dza z Afga­ni­stanu i Iranu. Me­tam­fe­ta­mina i ec­stasy są do­star­czane bez­po­śred­nio do jego ma­ga­zy­nów na ca­łym świe­cie z jego wła­snego la­bo­ra­to­rium w Chi­nach, ale je­śli cho­dzi o ko­ka­inę, to ma te­raz duży pro­blem.

Pe­ter po­sta­na­wia, że Alex bę­dzie mu­siał ja­koś go roz­wią­zać. Nad­szedł czas, by jego przy­rodni brat wziął na sie­bie więk­szą od­po­wie­dzial­ność i zro­bił coś po­ży­tecz­nego, zwłasz­cza te­raz, gdy nic już go nie po­wstrzy­muje. Żadne tro­jaczki ani sio­stra w śpiączce.

Wy­eli­mi­nuje wszystko, co może sta­nąć Alek­sowi na dro­dze do roz­woju. Pew­nego dnia to on przej­mie wszystko, ale nie w taki spo­sób, jak mu się pew­nie wy­daje. Pe­ter ma wiele pla­nów wo­bec brata i jesz­cze nie wszyst­kie zre­ali­zo­wał.

Za­sta­na­wia się, kiedy bę­dzie naj­lep­szy czas, żeby Jes­sica znik­nęła. Je­śli go prze­czu­cie nie myli, na ich mał­żeń­stwie już po­ja­wiły się rysy i pro­blem może roz­wiąże się sam, ale on nie ma ochoty cze­kać na to, co przy­nie­sie los. Chce mieć kon­trolę nad lo­sem swoim i in­nych, a o lo­sie Aleksa już zde­cy­do­wał. Zdaje so­bie jed­nak sprawę, że brat może się oka­zać nie­bez­pieczny. Musi być ostrożny, ina­czej brat może prze­jąć wszystko, lecz tak na­prawdę nie wie­rzy, że mo­głoby mu się to udać.

Pe­ter nie ma wąt­pli­wo­ści, że te­raz jego naj­więk­szym pro­ble­mem jest Jes­sica. Za bar­dzo kon­tro­luje Aleksa. Trzeba do­pro­wa­dzić do tego, żeby prę­dzej czy póź­niej ule­gła wy­pad­kowi. Miał na­dzieję, że zgi­nie ra­zem z dziećmi, ale z ja­kie­goś po­wodu tak się nie stało. Tak to jest, kiedy robi się in­te­resy z ta­kimi idio­tami jak Oleg.

Roz­dział 8

Gol­den Dra­gon, Älvsjö

"Czy można mieć choć je­den taki dzień? Czy można mieć choć je­den pie­przony dzień bez żad­nych pro­ble­mów?"

Alex za­trzy­muje sa­mo­chód przed "Gol­den Dra­gon" i prze­cho­dzą go ciarki. Mógł być w środku, kiedy ro­bili na­lot. Na dwo­rze cho­lerna za­wie­ru­cha. Taka, że płatki śniegu ude­rzają o twarz i kłują w skórę, po czym opa­dają na zie­mię i się to­pią, two­rząc błoto. Ty­powa sztok­holm­ska po­goda.

Jest cie­kaw, czy wszyst­kim udało się uciec tu­ne­lem, który zbu­do­wali, i czy za­brali ze sobą twarde dyski, ale wy­gląda na to, że tak. Funk­cjo­na­riu­sze z grupy sztur­mo­wej po­woli od­jeż­dżają. Roz­po­znaje wśród nich Ninę Trygg, stoi przed wej­ściem z wście­kłą miną.

Sły­szy, jak ktoś stuka w szybę. To Ma za­gląda do środka i się uśmie­cha, uka­zu­jąc żółte zęby. W ką­ciku ust trzyma nie­za­pa­loną cy­ga­retkę, przez co wy­gląda na praw­dziwą twar­dzielkę.

Alex się wzdryga. Wong stoi za nią, krę­cąc pę­kiem klu­czy wo­kół palca wska­zu­ją­cego. Jego ogromne ciało prze­sła­nia ho­ry­zont, w dwóch fał­dach tłusz­czu na sze­ro­kiej szyi męż­czy­zny da­łoby się ukryć mały dom.

W dro­dze do Älvsjö Storm mi­jał wiele sa­mo­cho­dów ja­dą­cych w prze­ciw­nym kie­runku, za­pewne to klienci ucie­ka­jący z ka­syna. Ani Alex, ani Ma, ani Wong nie fi­gu­rują w żad­nych do­ku­men­tach. Wła­ści­ciel re­stau­ra­cji mieszka w Hong­kongu, więc po­li­cja w tym śledz­twie bę­dzie się po­ru­szać jak we mgle. Mimo wszystko mu­szą na nich coś mieć, skoro do­stali na­kaz re­wi­zji.

Alex wy­siada z sa­mo­chodu i Ma długo go obej­muje. Wy­da­wa­łoby się, że po­winno to trwać kilka se­kund, ale przy­tula go znacz­nie dłu­żej. Wong wzru­sza ra­mio­nami, gdy Storm pa­trzy na niego py­ta­jąco.

- Zła­pali ko­goś? - chce wie­dzieć Alex, gdy Ma w końcu go pusz­cza. Nie wy­gląda na taką, co się lubi przy­tu­lać, wręcz prze­ciw­nie. Wszy­scy się jej boją, i słusz­nie. Ma z dwa me­try, skórę jak mu­mia i jest wy­bu­chowa ni­czym ła­du­nek ato­mowy.

- Aresz­to­wali pra­cow­ni­ków re­stau­ra­cji, ale oni nic nie po­wie­dzą. Nie są głupi - mówi Ma, za­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

- A dyski?

- Nie martw się.

Alex opiera się o sa­mo­chód. Wie, że sta­ruszka ma ra­cję, na­wet je­śli mu się to nie po­doba. Tak, wiele zmie­nił dla pra­cow­ni­ków. Lep­sze wa­runki, wyż­sza płaca i mniej go­dzin pracy. Czy jest zbyt miękki? Ma na­dzieję, że nie.

- My­ślisz, że ci się upie­kło, co? - Sły­szy głos za ple­cami, a kiedy się od­wraca, stoi tam Nina Trygg. Z ręką na bio­drze, pre­zen­tu­jąc pi­sto­let w ka­bu­rze.

Ma spluwa na zie­mię przed nią. Alex kła­dzie rękę na jej ra­mie­niu. Nie chce dać Ni­nie żad­nego pre­tek­stu, żeby mo­gła ich aresz­to­wać ot tak, dla za­sady.

- Ale co? - do­py­tuje, prze­kli­na­jąc sie­bie za to, że w ogóle tu przy­je­chał. Jak się do­my­śla, Trygg wie, że on wcale nie jest kie­row­ni­kiem sprze­daży w fir­mie tech­no­lo­gicz­nej. Ten etap mają już za sobą. Żywi jed­nak na­dzieję, że nie zna­la­zła żad­nych do­wo­dów.

- Daj spo­kój - par­ska Nina i spo­gląda na Wonga. - Ty tam. Masz na imię Wong, zga­dza się?

Wong stoi w miej­scu, nie re­agu­jąc na jej py­ta­nie.

Nina staje trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów od niego. Musi się lekko od­chy­lić, by spoj­rzeć mu w twarz. Wy­daje się przy nim nie­zwy­kle ni­ska, jak zresztą każdy, kto staje w po­bliżu Wonga. "Mu­siał do­sta­wać ana­bo­liki do kaszki, jak był mały" - my­śli Alex i współ­czuje Ma, która go ro­dziła.

- Od­po­wia­daj, bo za­raz cię zgarnę - grozi Nina i sztur­cha go w pierś.

Wong oczy­wi­ście nic nie mówi, bo nie może. Za­miast tego otwiera usta i po­ka­zuje, że nie ma ję­zyka. Nina wzdryga się z obrzy­dze­niem.

- Kurwa. Dla­czego... nie masz...

- Po­li­zał słu­pek po­kryty lo­dem jako dziecko i go so­bie ode­rwał. Głupi chło­pak - wy­ja­śnia Ma, krę­cąc głową, po czym lekko ude­rza Wonga w po­ty­licę.

Wong war­czy w ten cha­rak­te­ry­styczny spo­sób i nie wia­domo, czy to śmiech, czy groźba.

Alex jest cie­kaw, czy kie­dy­kol­wiek się do­wie, co się stało z ję­zy­kiem Wonga. Za każ­dym ra­zem sły­szy inną wer­sję.

Pod­cho­dzi do nich je­den z po­li­cjan­tów i szep­cze coś Ni­nie na ucho, a ona kiwa głową.

- Za­po­mnij­cie, że uda wam się tam wejść. To miej­sce jest na ra­zie za­mknięte.

- Ja­kie miej­sce? - Alex wy­gląda na za­sko­czo­nego.

- Skończ już z tym, Alex. Ciesz się chwilą. Wkrótce będę miała haka na was wszyst­kich. Prę­dzej czy póź­niej każdy po­peł­nia błąd. - Nina po­pra­wia kurtkę, po czym od­wraca się na pię­cie i od­cho­dzi.

Alex wie, że po­li­cjantka ma ra­cję. Musi z tym skoń­czyć, za­nim bę­dzie za późno. To tylko kwe­stia czasu, kiedy trafi do wię­zie­nia.

Jego my­śli na­gle wę­drują w in­nym kie­runku i zwraca się do Wonga:

- Zna­la­złem w twoim biu­rze prawo jazdy Johna Glansa. Skąd je masz?

Wong kiwa głową i pi­sze na ta­ble­cie. Od­wraca go do Aleksa.

"Mu­siał je zgu­bić w re­stau­ra­cji. Ten prze­klęty pry­watny de­tek­tyw" - my­śli Storm. Wy­daje mu się to cał­kiem sen­sowne, więc kiwa głową do Wonga. Przed śmier­cią Glans śle­dził Aleksa. Jes­sica twier­dzi, że go wy­na­jęła, po­nie­waż my­ślała, że Alex ją zdra­dza. Ja­kiś czas póź­niej Glans po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, choć Nina Trygg uważa, że to Alex go za­bił.

"Wię­cej pro­ble­mów... Za­wsze pro­blemy..."

- Jak so­bie z tym wszyst­kim te­raz po­ra­dzisz? - pyta Ma z nie­do­pał­kiem cy­ga­retki w ustach.

- Zor­ga­ni­zuję nowe miej­sce, do­póki sprawa nie ucich­nie.

Dzwoni jego ko­mórka i męż­czy­zna od­cho­dzi na bok. Cho­ciaż Ma i Wong wie­dzą wszystko o tym biz­ne­sie, Alex nie chce, żeby sły­szeli, o czym roz­ma­wia.

- Co się dzieje?

Młody głos Lis­sie nie brzmi we­soło. To pra­wie dziecko, a mimo to za­rzą­dza sprze­dażą ko­ka­iny.

- Za­raz skoń­czą nam się za­pasy. Nie było dziś no­wej do­stawy. - Na­tych­miast się roz­łą­cza, Alex wzdy­cha.

Ta dziew­czyna przy­po­mina pie­przoną straż po­żarną, która cały czas gasi małe po­żary, ale gdy tylko je­den zo­sta­nie uga­szony, wy­bu­cha ko­lejny.

"Choć je­den dzień..."

Zro­biłby wszystko za je­den pie­przony dzień bez pro­ble­mów.