Źródło mrozu - Rafał Grzegorz Sawicki

Kup ebooka

31.99 zł
25.59 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Jeszcze nigdy młoda i piękna kobieta nie wydawała mu się taka straszna.

Nawet się uśmiechnął, choć nie poruszył przy tym ustami. Zrobił to w swoich myślach, z kamiennym wyrazem twarzy, wpatrzony w jej blade oblicze. Przez ostatni miesiąc, a może dwa - sam nie pamiętał, ile czasu upłynęło - nauczył się, że strach ma wiele odcieni. Ten był przyjemny, ponieważ nie towarzyszyło mu charakterystyczne przeczucie, że wydarzy się coś bardzo niedobrego. Trzy elementy - czysty przestrach, niepokój i rozbawienie mieszały się ze sobą w zmiennych proporcjach. Gdy widział ją z daleka, był tylko przestrach - w swojej prymitywnej postaci. Wyostrzający zmysły i przyspieszający bicie serca. Nagły, który potrafił uratować życie. Kojarzył mu się zawsze z czerwoną lampką alarmową krzyczącą: "DANGER! DANGER!".

Ale to była chwila. W miarę jak zbliżali się do siebie, lampka stawała się cichsza, a na jej miejsce wkraczał niepokój. Nieufność, że to, co okazało się zwyczajną sytuacją, może się jednak zmienić w coś makabrycznego. A potem wdarł się cień rozbawienia.

To dlatego, że świeciła co druga latarnia, blask ekranu smartfona wydawał się straszny.

Kobieta szła wpatrzona w urządzenie. Wyświetlacz zalewał jej twarz bladym światłem. Wyglądała trochę jak wyjęta z filmu Tima Burtona. Może była gotką? Nie wiedział. Ale teraz śmiał się z tej sytuacji - również tego nie okazując - bo to ona powinna bać się jego, a nie odwrotnie.

Minęli się.

Nawet nie zwróciła uwagi, że ktoś koło niej przechodził. W zasadzie wcale jej tu nie było. Świadomie znajdowała się pewnie na Instagramie albo Snapchacie.

A on ruszył dalej, nie oglądając się za siebie. Choć miał na to wielką ochotę.

- Wampirzyca - powiedział do siebie ironicznie.

***

Listopad wyglądał dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Nawet jeśli nie lało, z nieba nieustannie kapało coś, co nie przypominało mżawki, choć jednocześnie nie zasługiwało na miano prawdziwego deszczu. Przyznał sam przed sobą, że ta depresyjna brzydota ma swoisty klimat. Zwłaszcza teraz, w nocy.

Słyszał krople tego niby-deszczu dotykające przeważnie liści. Liści, które nadal dzielnie trwały na gałęziach posadzonych przy chodniku drzew oraz liści moknących już na ziemi. Delikatność tego szumu przywodziła mu na myśl jakiś łagodny ambient.

Zaskakiwał sam siebie, że w tej przedziwnej i jednoznacznie niedobrej sytuacji potrafi kojarzyć jesienną codzienność z przyjemnymi doświadczeniami. Może dopiero teraz odkrywał swój prawdziwy charakter? A może jałowa pogoń za odnalezieniem sensu tego, co się właśnie działo, zmęczyła go na tyle, że wreszcie mógł złapać drugi oddech?

Miał tylko jedną wskazówkę, na dodatek tak niejasną, że mogła oznaczać cokolwiek. Ale musiał za nią podążać. Nie mógł pozostać obojętny wobec tych wszystkich wydarzeń.

Uśmiechnął się brzydko pod nosem.

Tak naprawdę to mógł. Przecież jedzenia miał pod dostatkiem. Wystarczyło zamknąć się w mieszkaniu i wegetować. Przechodzić na nowo te same gry komputerowe, czytać stare książki, raz dziennie wychodzić na zakupy. W pewnym momencie czuł się nawet jak bohater jednego z opowiadań Grzędowicza. Ten, który mógł za wszystko płacić specjalną kartą kredytową. Tyle że Andrzej w ogóle nie musiał płacić.

Pamiętał tę scenę bardzo wyraźnie. Wszedł do sklepu, minął stojących w kolejce do kasy ludzi i poszedł na skróty po bułki. Wziął cztery kajzerki i bagietkę czosnkową. Nie powstrzymał się i zabrał również Perłę Chmielową. Kiedy nadeszła jego kolej w kasie, sprzedawczyni powiedziała, że nie musi płacić. Nie pamiętał reakcji innych klientów, bo wpatrywał się z niedowierzaniem w twarz sklepowej. Chodził tu codziennie i znał wszystko na pamięć. Pracownica - jakimś cudem zawsze ta sama - mówiła: "Dzień dobry, płatność kartą czy gotówką?", na koniec: "Dziękuję, zapraszam ponownie". Za każdym razem tym samym neutralnym tonem. Zawsze płacił gotówką i równie neutralnie odpowiadał: "Dziękuję, do widzenia" i wychodził. Tym razem został zaskoczony. Tak jak każdy człowiek, którego wyrwie się z sennej rutyny czymś, co odbiega od normy. Nie pytał o wyjaśnienia. Otrząsnął się, powiedział swoje: "Dziękuję, do widzenia" i wyszedł, nie płacąc. Później, na stacji benzynowej, sytuacja się powtórzyła. Z ust kasjera usłyszał ten sam tekst.

No i przyzwyczaił się, że nie płaci.

Już wtedy wiedział, że jest źle, bo zdążyły na niego spaść pierwsze nieprzyjemne wydarzenia. Brak potrzeby płacenia za towary i usługi był pierwszym pozytywnym skutkiem nowej sytuacji. Ale od początku zdawał sobie sprawę, że wcale nie jest tak różowo.

Pewne rzeczy mógł dostać za darmo, inne jakby w ogóle zniknęły z rynku. Na przykład w jakiś dziwny sposób, zawsze gdy chciał skorzystać z internetu, spotykała go awaria, a z operatorem nie można się było skontaktować. Inni ludzie zdawali się mieć dostęp do sieci, a on nie. Sądził, że trafił do jakiegoś więzienia. Przestał uważać to za ponury żart albo osobliwą ukrytą kamerę. Wszystko trwało za długo i musiałoby być zbyt dobrze zaaranżowane. Tyle zbiegów okoliczności wymyka się rachunkowi prawdopodobieństwa.

Oczywiście że próbował prosić innych ludzi o dostęp do internetu. Wiele razy starał się namówić przechodniów, żeby pożyczyli mu na chwilę swój smartfon. Kilka razy się udało, ale zawsze gdy brał sprzęt do ręki, strony się nie ładowały.

Czuł się trochę jak zwierzę wrzucone do ZOO, które bardzo dobrze symuluje prawdziwą dżunglę. Co pewien czas tylko natykał się na mniej lub bardziej udanie zamaskowane kraty...

Oczywiście, nie próbował wszystkiego, co przyszło mu do głowy. Nie przepytywał sklepikarzy i innych, dlaczego nie musi płacić. Nie dlatego, że go to nie interesowało. Po prostu były pilniejsze sprawy na głowie.

Przykładowo przetrwanie. Dopiero gdy wracał do domu, czuł się w miarę bezpiecznie. Zamykał drzwi wejściowe na klucz i na łańcuch, patrzył przez judasza, czy nikt ani nic przed nimi nie stoi, zasłaniał rolety i nareszcie mógł odetchnąć. Tak od kilku tygodni wyglądała jego codzienna rutyna.

Pracą stało się poszukiwanie kolejnych wskazówek (nic go do tego nie zmuszało poza tym, że nie widział sensu w kryciu się w domu), a odpoczynkiem - komputer, książka i muzyka.

Teraz stał na przejściu i czekał na zielone światło. Pomyślał jeszcze raz o dziewczynie wpatrzonej w ekran smartfonu. Gdyby spytał ją o internet, na pewno przestałby działać, kiedy tylko wziąłby do ręki urządzenie. Z drugiej strony, może wyrwałby ją z tego dziwnego letargu. Wyobraził sobie, jak podskakuje przestraszona na dźwięk jego głosu.

Zapaliło się zielone światło. Ale równocześnie, niczym sopel lodu wdzierający się od podbrzusza i wędrujący do serca, poczuł TO. Ostrzeżenie. Przeczucie, że zaraz stanie się coś złego. Do tej pory zawsze się sprawdzało. Zawsze! Ten strach nie był już przyjemny.

Zrobił krok naprzód. Odruchowo, bo przecież zobaczył zielone światło. Jezdnia błyszczała się, mokra od uporczywej mżawki, odbijając żółte światło latarni.

Zadawał sobie pytanie, co właściwie jest nie tak. Wiedział, że nikt za nim nie szedł, bo oglądał się wcześniej i nasłuchiwał. Z której strony nastąpi atak? I jak będzie wyglądał? W tym strachu najgorsza była świadomość, że zdarzenie to nieuchronnie nadciąga. Doświadczył tego już kilka razy i wiedział, że nie ma co liczyć na cud. Nie wolno się łudzić, że ten zimny sopel lodu rozlewający się mrozem po trzewiach jest zupełnie przypadkowy. Próba racjonalizacji albo ignorowanie mogła go kosztować zdrowie lub życie.

Trzeba było działać. Ale jak działać, kiedy nie wiadomo, skąd nadejdzie atak? Ręce w kieszeniach trzymał już dawno. Nożem schowanym w dżinsach bawił się całą drogę. Nieświadomie odbezpieczał i na powrót zabezpieczał blokadę sprężynowca. Teraz upewnił się, że suwak spoczywa w takiej pozycji, by po wciśnięciu guziczka ostrze błyskawicznie wyskoczyło. Sytuacje, jakie zdarzały się zaraz po TYM przeczuciu, były na tyle groźne, że powinien wyjąć z kieszeni ten pieprzony nóż i celować nim w każdego, kto zechce się zbliżyć choćby na odległość ręki.

Ale nikogo nie było - tylko zatrzymujące się przed przejściem samochody.

I wtedy to zobaczył.

Zielony ludzik na sygnalizatorze, zwykle składający się z kresek i przedstawiającej głowę kropki, przypominał kościotrupa.

Kątem oka zauważył zagrożenie. W ostatniej chwili zrobił krok do tyłu.

Pędząca czerwona toyota yaris wyłoniła się zza tych samochodów, które przepuszczały pieszego i prawie go zabiła. Nawet nie hamowała. Wręcz przeciwnie - miał wrażenie, że jeszcze przyspieszyła.

Cofnął się i usiadł przy barierce obok drogi. Nie przeszedł na drugą stronę ulicy.

Zielony kościotrup zniknął i pojawił się czerwony stojący człowieczek. Pozostałe samochody zaczęły jechać.

Mężczyzna czuł, jak sopel się rozmraża. Strach przeminął. Było po wszystkim. Przeżył kolejną taką sytuację.

Zaczął się śmiać. Pomyślał, jak głupio byłoby dać się zabić toyocie. To powinno być BMW albo audi. To oczywiste, że nie była mu pisana śmierć pod kołami czerwonej... toyoty... yaris...

Zaśmiał się histerycznie. W ten sposób musiał odreagować. Refleks i to, że nie zignorował przeczucia, uratowały mu życie. Śmiech ratował mu zdrowie psychiczne. Razem z nim uchodziło napięcie. Otarł pot z czoła i podniósł się. Zorientował się, że siedział na mokrej ziemi i pobrudził spodnie. Także dopiero teraz poczuł ból przedramienia. Podciągnął rękaw skórzanej kurtki. Na skórze czernił się siniak, ale mógł normalnie ruszać ręką. Widocznie auto zahaczyło go lusterkiem.

Zapaliło się zielone światło. Tym razem normalny chodzący patyczak, nie żaden kościotrup. Mimo to mężczyzna rozglądał się uważnie, kiedy przekraczał ulicę.

***

Czego szukał? W zasadzie nie wiedział, jak to wygląda, ale był pewien, że pozna wskazówkę, kiedy tylko się na nią natknie. Odkąd świat się dla niego zmienił, zapanowały nowe reguły, takie jak zakupy za darmo, brak internetu czy różne inne ograniczenia. Kolejna wskazówka musiała być odstępstwem od normy. Od nowej normy narzuconej przez nowy świat. Tak jak to miało miejsce w przypadku pierwszej wskazówki.

To stało się na samym początku. Zaraz po pierwszych atakach. Pamiętał, że był roztrzęsiony, więc zadzwonił do rodziców. Nie odbierali.

Dzwonił do znajomych, przyjaciół, ludzi z pracy. Nic. Tak jakby wszyscy się zmówili.

W końcu wysłał wiadomość SMS: "Proszę o pilny kontakt" do wszystkich, których miał w telefonie. Aż podskoczył, kiedy odpowiedziała mu Monika.

"Podążaj za MROZEM" - taka była treść SMS-a.

W jego głowie równocześnie pojawiły się dwa pytania: "O co, do diabła, chodzi z MROZEM?" i "Co to za Monika?". Na drugie pytanie znalazł odpowiedź w swojej pamięci, choć nie od razu.

Monika była dziewczyną, z którą umawiał się jeszcze na studiach. Dziwiło go to, bo nie uważał tamtego związku za długi ani wyjątkowy. Ot, jeden z wielu. Zmieniał wtedy dziewczyny często i Monika wydawała mu się naprawdę ostatnią osobą, która może mu coś odpowiedzieć. Liczył już choćby na byłą żonę lub ostatnią kochankę, przez którą jego żona stała się byłą.

W zasadzie przypomniał sobie jeden szczegół. Pieprzyk na piersi, trochę pod sutkiem. Ale za cholerę nie pamiętał, czy był to prawy czy lewy cycek.

Oczywiście oddzwaniał do Moniki, żeby się dowiedzieć - w kwestii MROZU, a nie pieprzyka - ale linia była zajęta. Napisał SMS-a, prosząc o wyjaśnienia. Zrobił to, już nie licząc na efekt, i się nie zawiódł. Zero odpowiedzi. Niemniej "Podążaj za MROZEM" było czymś innym, a to, że ktokolwiek odpowiedział na jego próby kontaktu, stanowiło wyjątek od nowej normy. Nie potrafił tego zignorować, więc każdego dnia w swojej próżniaczej rutynie: wstać - jeść - grać w gry - jeść - iść do sklepu - iść do domu - czytać książkę - słuchać muzyki - spać, starał się wprowadzać zmiany, które nakierują go na MRÓZ albo jakąś inną, nową wskazówkę. Przykładowo, jeździł w różne miejsca (nie wszędzie się dało) albo chodził w nadziei spotkania kogoś lub czegoś, co mu pomoże. Jednocześnie musiał uważać na TE przeczucia i związane z nimi ataki.

Poza tym świat zdawał się funkcjonować normalnie, ale jakoś tak obok niego. Znowu analogia do ZOO, w którym kraty nie są tak oczywiste, wydała mu się najwłaściwsza.

Wychodził więc z domu i robił różne rzeczy. Tak jak tej listopadowej nocy, kiedy prawie zginął pod kołami.

Minął nieszczęsne przejście i szedł dalej. Zamierzał zawędrować do jakiegoś baru na terenie miasteczka akademickiego. Napić się piwa, pogadać z kimś. Liczył, że może natknie się na nową wskazówkę albo na MRÓZ. W przeciwnym razie mógł po prostu spędzić trochę czasu w inny sposób niż dotychczas.

Z prawej strony mijał pawilony. Część sklepów pozamykano, niektóre były jeszcze otwarte. Nieliczni ludzie snuli się chodnikiem, nie zwracając na niego uwagi. Jedni z parasolkami, pozostali z kapturami naciągniętymi na głowy. Szczególnie kaptury niedobrze mu się kojarzyły - z pierwszą sytuacją, kiedy naszło go TO przeczucie.

Tamtego dnia pogoda dopisywała. Słońce nie kryło się za chmurami, a słupki rtęci pokazywały osiemnaście stopni Celsjusza. Trudno było rozsądzić: początek jesieni czy końcówka lata?

W tak zwany biały dzień pod galerią handlową zaczepiło go trzech zakapturzonych kolesi. Jeden szerszy, dwaj całkiem przeciętnej postury. Przy czym "zaczepiło" to złe wyrażenie. Krzyczeli: "Zapierdolę cię, kurwo!" i równocześnie rzucili się do furiackiego ataku. Z całego zajścia w większym stopniu zapamiętał kilka zawieszonych na linii czasu scen niż cały proces. Te sceny, jak zdjęcia wyjęte z wody w staroświeckiej ciemni, nabierały kolorów za każdym razem, gdy sobie o nich przypominał.

Okolica normalna, przy ruchliwej ulicy, chodzący we wszystkich kierunkach ludzie. Jeżdżące samochody. Średni ruch przed wejściem do galerii. Radiowóz na postoju i dwóch zrelaksowanych policjantów. Wreszcie trzech fanatyków Motoru. Z kapturami, klubowymi szalikami zasłaniającymi twarz i sportowymi bluzami. Nosili dżinsy. Widocznie teraz nawet dresiarze nie noszą dresów, kiedy chodzą do centrum. I pierwsza scena - sopel lodu, TO przeczucie rozlewające się po trzewiach, gdy tylko nawiązał kontakt wzrokowy z jednym z tych typków.

Spojrzenie było całkowicie przypadkowe. Przez głowę by mu nie przeszło, że go zaatakują. I to pod nosem policji oraz przy tych wszystkich przechodniach. To pamiętał bardzo wyraźnie.

Nie rzucili się na niego od razu. Poczekali, aż ich minął. Dopiero wtedy pojawiły się pierwsze przekleństwa i atak od tyłu.

Potem kolejna scena, która wryła się w pamięć. Leżał bez szans na jakąkolwiek aktywną obronę i kątem oka widział tych policjantów. Nie mógł uwierzyć, że nie widzą zajścia. Oczywiście najpierw racjonalizował sobie, że mogli patrzeć w przeciwnym kierunku. Ale nie, obaj ewidentnie opierali się plecami o radiowóz i całkowicie zrelaksowani rozmawiali ze sobą. Twarze mieli skierowane dokładnie tam, gdzie leżał i był kopany.

Pamiętał swoje zaskoczenie. To ono zajęło miejsce strachowi związanemu z przeczuciem. Po prostu zgłupiał. Nie czuł gniewu albo stłamszenia. Zachowanie tych trzech, a także policjantów, zdawało mu się tak bardzo nie na miejscu, że zadawał sobie pytanie, czy sytuacja jest realna.

Jakiś błąd w Matrixie? Bug w grze, który sprawia, że całe zajście jest niewidoczne dla wszystkich wokoło?

A jednak kopniaki były prawdziwe.

I wreszcie trzecia scena po tym, jak już właściwie odeszli. Ktoś pomógł mu wstać, otrzepać się. Bandyci zniknęli w tłumie, ich przekleństwa ucichły. Podziękował przechodniowi - był nim jakiś zwykły student na spacerze z dziewczyną - i spojrzał na policjantów. Oni patrzyli na niego.

Jego wzrok krzyczał: "Czy wyście tego, kurwa, nie widzieli?!", ich odpowiadał: "Spokój, śmieciu!", ale nie padły żadne słowa. Prawie wmówił sobie, że mogli nie widzieć. Może przechodnie zasłonili najważniejszy moment? Może ci konkretni funkcjonariusze byli jakimiś debilami?

Jedynie obojętność przechodniów podczas samego ataku wcale go nie zdziwiła. Słyszał o takich przypadkach i wiedział, że tłum daje tylko złudne poczucie bezpieczeństwa przed szaleńcami, a tak naprawdę nikt nie pomoże. Nie zniechęci tych, którym nie zależy na niczym, poza dopadnięciem ofiary. Ale policjanci?! To wtedy po raz pierwszy świat dał mu do zrozumienia, że zasady gry się zmieniły. Dla niego, bo dla innych - na to wyglądało - pozostały takie same.

Od tamtej pory nosił ze sobą nóż. Zawsze.

Wreszcie stanął przed wyborem. Minąwszy sklepy, znalazł się w okolicy akademików i knajp. W jednym pawilonie mieściła się restauracja z chińskim żarciem, dwie pizzerie, sklep alkoholowy "SZEF", z drugiej strony dyskoteka oraz placówka poczty. Na górze było jeszcze kilka małych knajp, z których jednej nie rozpoznawał. Wcześniej mieścił się tam jakiś grill bar. Lubił w nim jadać od czasu do czasu, ale potem lokal zszedł na psy i go zamknęli. Teraz otwarto coś nowego. Czerwony, wulgarny neon "TAWERNA", zawieszony nieco krzywo, jednocześnie zniechęcał i przyciągał.

- Ale to musi być mordownia - powiedział niemal bezgłośnie do siebie.

Zaczął wchodzić po mokrych schodach, jednocześnie odwijając szalik i rozpinając skórzaną kurtkę. Mimo prawie czterdziestu lat na karku zawsze się stresował, wchodząc do nowych miejsc. Ogólnie nie przepadał za robieniem nowych rzeczy, ale często się do tego zmuszał. Tłumaczył sam sobie, że dorosły mężczyzna nie może być tchórzem i zwykle się tym argumentem przekonywał.

Tak było i tym razem.

Bez ociągania i myśli w stylu "A może by jednak pójść do tej pizzerii, którą dobrze znam?" nacisnął klamkę i wszedł do środka.

***

Lokal mieścił jakieś pięć stolików z drewnianymi krzesłami oraz jedno krzesło barowe ustawione przy ladzie. Dwa stoliki były zajęte przez pary. Za barem stał starzec, który przypominał emerytowanego kapitana łodzi podwodnej. Andrzej pomyślał, że tak wyglądałby kapitan Henrich z filmu "Das Boot", gdyby dane mu było się zestarzeć. Z drugiej strony dziadek miał miłe, nieco nostalgiczne i zapraszające spojrzenie. Nosił sweter, jaki z pewnością był na wyposażeniu marynarzy - a przynajmniej Andrzej tak to sobie wyobrażał - oraz czapkę kapitańską. Do swetra miał przytwierdzone pagony. Mimo że czapka i odznaczenia pewnie były kupione gdzieś w sklepie z pamiątkami, szlachetna, szara i niezbyt długa broda sprawiała, że cały jego image stawał się wiarygodny.

Andrzej rozpiął kurtkę już całkowicie i usiadł w rogu. Nie szło nie zauważyć całkiem ładnego malowidła przedstawiającego dwie syreny podpływające do burty statku.

Rysunek był ogromny. Pokrywał całą jedną ścianę. Blondynka i brunetka opierały się przedramionami o burtę, eksponując duże piersi. Miały figlarne spojrzenia, które zawsze zdawały się padać na obserwatora - bez względu na to, gdzie siedział.

Pozostałe ściany zdobiły obrazy, a każdy przedstawiał motyw marynistyczny. Żaglowiec na spokojnym morzu, fregata podczas bitwy, galeon w trakcie sztormu, łódki rybackie, piraci, tonący okręt, wielorybnicy przed wyruszeniem na łowy, płonący okręt...

Na oko obrazków był tuzin, a za barem Andrzej dostrzegł jeszcze zdjęcia z regat i tym podobne.

Zostawił kurtkę na krześle, a szalik na stole. Kiedy nie znał danego miejsca i widział obcych ludzi, nie lubił zostawiać ubrania na wieszaku.

Rzucił okiem na całkowicie zajęte sobą pary. Nie czuł się głupio, że jest jedynym facetem - poza Kapitanem - który siedzi tu bez dziewczyny. Wstał i podszedł do baru.

- Jakiej trucizny się napijesz? - Stary wychynął zza baru i podał mu rękę na powitanie. Zrobił to w trochę dziwny sposób, ponieważ lewą dłonią podtrzymywał prawą, którą wyciągał do uścisku. Gest sprawiał wrażenie bardzo przyjacielskiego.

- Dzień dobry, piwo. - Ścisnął dłoń barmana.

Kapitan nalewał i uśmiechał się rozmarzony. Słuchał muzyki. Leciały jakieś smętne szanty. Coś o zmroku zapadającym nad Hornem i o korsarzach, którzy upychają swe zdobycze. Kolejne słowa były smutne, tak samo jak melodia. Opowiadały o nadchodzącej potyczce z nieprzyjacielem i wyliczały kamratów, którzy już zginęli.

Barman nalewał piwo i uśmiechał się lekko wzruszony. Andrzeja zawsze zastanawiało, czemu ludzie tak lubią smutne piosenki. Wreszcie wziął szklankę i upił łyk zimnego piwa.

- Pięć! - wyartykułował Kapitan.

- Słucham?

- Pięć! - powtórzył tak samo, z nieco teatralnym entuzjazmem.

Dopiero po chwili doszło do niego to, co oczywiste. Mężczyzna chciał zapłaty za piwo. Początkowo nie wiedział, co o tym myśleć. Nie ociągając się dłużej, wyjął z kieszeni monetę (nosił ich kilka właśnie na takie sytuacje!) i zapłacił. Usiadł z powrotem w rogu, po czym uśmiechnął się pod nosem.

"Oto coś poza Matriksem. Trzeba coś zrobić, może natrafię na wskazówkę" - pomyślał.

Rozejrzał się. Para siedząca po drugiej stronie salki była bardzo zajęta. Nachylali się ku sobie. Chłopak bawił się kręconymi włosami dziewczyny, a ona patrzyła na niego tymi maślanymi oczyma. Nie wypadało przeszkadzać.

Druga para siedziała nieco bliżej. Ci zdawali się bardziej chętni do rozmowy. Facet obejmował swoją dziewczynę, ale oboje kierowali wzrok w tę samą stronę. Wyluzowani, lekko odchyleni, oceniali wnętrze lokalu.

- Chodź, zapraszamy. - Mężczyzna zauważył jego zainteresowanie.

- Nie będę przeszkadzał? - upewnił się, jednocześnie biorąc swoje piwo i przysiadając się do nowych znajomych.

- Jestem Grzesiek, a to Kasia.

- Andrzej. Fajna knajpa, prawda? - przedstawił się i powiedział pierwsze, co przyszło mu do głowy.

- No, fajna. Moja panienka lubi morze, a ja lubię cycki. Więc oboje jesteśmy zadowoleni z wyboru.

Komentarz odnośnie cycków dotyczył oczywiście obrazu przedstawiającego syreny. Andrzej przeniósł wzrok na malowidło. Robiło naprawdę wielkie wrażenie. Nie tylko tak bezwstydnie wyeksponowanymi piersiami, ale ogólnie solidnym wykonaniem.

- Ile widzisz tam syren? - zapytał Grzegorz.

- Dwie. Zaraz... - Andrzej się zawahał. - Tam, na drugim planie, na skale, jest jeszcze kilka.

- Jesteś spostrzegawczy.

Zwykła rozmowa o niczym była przyjazna i ciągnęła się przez parę minut. Grzegorz okazał się najbardziej rozmowny. Kasia odzywała się tylko co jakiś czas, a kiedy nie mówiła, sączyła przez słomkę piwo z sokiem.

Andrzej wziął z poprzedniego stolika swoją kurtkę i szalik, po czym przysiadł się na dobre. Tym dwojgu rzeczywiście to nie przeszkadzało.

Zaraz do stolika dołączyło jeszcze dwóch ich znajomych. Ostatni musiał dostawić sobie krzesło.

Andrzejowi skończyło się piwo, więc poszedł po następne. Potem opowiedział trochę o sobie, ale nie wchodził w szczegóły. Jako najstarszy z towarzystwa czułby się dziwnie, ujawniając, jak bardzo niepoukładane ma życie. Jego rozmówcy byli po studiach, ale jeszcze przed trzydziestką. Grzesiek pracował jako menedżer, jego dziewczyna podłapała coś w galerii handlowej, a nowo przybyli mieli etaty jako nauczyciel oraz księgowy. Nauczyciel wydał się dziwny, bo nosił na przedramieniu tatuaż przedstawiający Spider-Mana. Andrzej zawiesił na nim wzrok.

- To dlatego, że z wielką siłą zawsze musi iść w parze wielka odpowiedzialność - wyrecytował Przemek.

Księgowy był najbardziej milczący. Ale to dlatego, jak mu później wyjaśnił Grzesiek, że ledwo co słyszał w tym szumie. Wtedy Andrzej dostrzegł w jego uszach aparaty słuchowe.

Po pewnym czasie w całej knajpie zrobiło się gwarno. Przyszli nowi klienci. Niektórzy wydawali się bardzo spoufaleni z Kapitanem. Ten co jakiś czas zostawiał bar pusty i wychodził z niektórymi na papierosa. Po jednym z takich powrotów przygasił światło, kazał się wszystkim zamknąć - dosłownie! - wyłączył muzykę i wziął gitarę. Przysiadł na jedynym pustym stoliku, który znajdował się na środku. Jedną nogę oparł nonszalancko o krzesło. Zapalił świeczkę, poczekał, aż ucichną rozmowy i zaczął brzdąkać.

Najpierw na próbę. Potem grał i nucił.

W pierwszej zwrotce było coś o śniegu, mgle i gęstniejącym mroku. Śpiewał bardzo niewyraźnie, bo i cicho. Ale było w tym coś magicznego. Wtedy Andrzej uwierzył z całą pewnością, że ten starzec to wszystko widział. Morze, sztormy, zagraniczne porty, a może nawet statki widma i potwory. W jego głosie było tyle emocji, a usłyszeć je mógł tylko ten, kto naprawdę słuchał.

Dominowała tęsknota. Tym wyraźniejsza, kiedy po krótkiej pauzie przeszedł do drugiej zwrotki. "Czasem tu zanuci wiatr..." i dalej Andrzej rozumiał co czwarte słowo, ale czuł tęsknotę. Potem nagle bardzo wyraźnie popłynęła kolejna zwrotka:

- Zaginął już białych żagli świat, zostały tylko sny. Sny o potędze - Kapitan zawył to naprawdę głośno, boleśnie i przeciągle. - Określonych mil, szybkich rejsów i twardych dni... - Ostatnie słowa wymówił tak cicho, że Andrzej domyślił się ich tylko z kontekstu.

Potem Kapitan znowu śpiewał niewyraźnie i za cicho, ale wszyscy słuchali.

Andrzej powiódł wzrokiem po klientach. Jedni podpici siedzieli z niepasującym do atmosfery bananem na ustach, ale inni trwali tak, jakby rzeczywiście coś złapało ich za serce.

- Tylko dostojny wiatr - zawyły ostatnie słowa piosenki, potem nastała cisza i po niej rozbrzmiały gromkie brawa.

Andrzej czuł się dobrze. Urzekł go niepowtarzalny klimat tego miejsca. Chciał tu być i pić piwo. Siedzieć z tymi nieznanymi przecież sobie ludźmi, słuchać śpiewu, szant. Czuć morze nawet tak daleko od Bałtyku, w Lublinie.

Kiedy wypił kolejne piwo, poszedł do łazienki. Załatwił potrzebę i skierował się do zlewu.

Przed nim pojawiła się twarz mężczyzny. Czarne, krótkie włosy z grzywką, zakola i niebieskie oczy. Lekko przekrzywiony nos.

- Jesteś nawet przystojny, kiedy się uśmiechasz - powiedział do swojego odbicia w lustrze.

- Podobam ci się tylko dlatego, że to już trzecie piwo - odrzekł sam sobie, udając "tego drugiego".

Wyszedł i od razu ogarnął spojrzeniem małą salkę. Robiło się coraz weselej czy to faktycznie procenty?

Na narożniku barowym stał garnuszek ze smalcem, talerz z krzywo pokrojonymi pajdami chleba i słoik z napisem: "2 zł".

Kapitan dostrzegł jego zaciekawienie.

- Sam przyrządziłem! - przekrzyczał wszechobecny gwar.

Andrzej przystanął przy barze, wrzucił monetę do słoika i zaczął sobie smarować. Przysmak faktycznie robił wrażenie swojskiego. Szczególnie przypadły mu do gustu duże kawałki mięsa i ten zapach. Mężczyzna przypomniał sobie, że ojciec robił podobny.

- Kiszonego? - Kapitan podstawił mu słoiczek z ogórkami.

Andrzej chciał powiedzieć "jasne", ale mając pełne usta, potrząsnął tylko głową. Dosypał jeszcze pieprzu i odrobinę soli - choć smalec i tak był dobrze przyprawiony - i już miał ucztę idealną.

Kapitan odszedł z narożnika i zrobił krok w bok, żeby obsłużyć klienta.

Andrzej wrzucił kolejną monetę i smarował drugą pajdę. Chleb również smakował wyśmienicie. To, że był tak topornie pokrojony, tylko dodawało mu charakteru. Mężczyzna pomyślał, że musi przestać kupować to gotowe, pakowane, mechanicznie pokrojone pieczywo i wrócić do dawnych zwyczajów.

Kiedy zjadł drugą kromkę, Kapitan znowu był wolny.

- Panie Kapitanie, może teraz coś mocniejszego?

Stary barman marynarz pokręcił głową i zrobił smutną minę.

- Nie mam wykupionej koncesji na mocne alkohole - wycedził.

Andrzej powiedział, że szkoda i w takim razie zamawia kolejne piwo. Tym razem dostał je w kuflu, a nie firmowej szklance i usiadł do stolika.

Księgowy gadał coś o polityce, nauczyciel z tatuażem udawał, że słucha, a Grzesiek zajął się Kaśką. Andrzejowi nie przeszkadzało to, że znalazł się na uboczu. Wlewał w siebie złocisty trunek i zapomniał o bożym świecie.

Około pierwszej zrobiło się pusto. Wcześniej lokal opuszczali kolejno jego nowi znajomi. Żegnali się i zostawiali go z pozostałymi. W końcu poszli wszyscy.

Przez pewien czas siedział sam, aż w końcu przysiadł się do niego jakiś brodaty facet. Śmierdział fajkami i był znacznie bardziej pijany od Andrzeja. Nachylał się nieco za blisko i gadał głupoty. O tym, jak źle potraktowali go w jednym urzędzie, potem o bezrobociu i jak to obecne dziewczyny są zbyt łatwe. W końcu, jakby niepomny na ostatni temat, prawie się mu popłakał, że od dziesięciu lat nie był w łóżku z kobietą. Andrzej nie chciał tego słuchać, ale nie zamierzał go też wyganiać. W końcu natręt sam wstał, pożegnał się i poszedł.

Teraz, oprócz Andrzeja i Kapitana, w barze siedziało tylko trzech przyjaciół, którzy grali w karty. Andrzej przez chwilę myślał, czy się nie przysiąść, ale uznał, że po pięciu piwach - bo tyle zdążył wypić - będzie dla nich takim samym żałosnym pijakiem, jak tamten brodacz dla niego. Ci panowie siedzieli przy herbatce i bez słowa wykładali karty.

W końcu i oni wyszli. Pożegnali się z nim, mimo że wcześniej się sobie nie przedstawili. Widocznie atmosfera panująca w lokalu zachęcała do otwartości.

Trwał teraz w ciszy i wlepiał wzrok w prawie opróżniony kufel. Było mu dobrze. Mógł tak siedzieć i siedzieć.

Prawie nie spostrzegł, jak stary wychodzi na chwilę do przedsionka lokalu i przekręca masywny klucz. Zgasił także wulgarny neon widoczny z zewnątrz, ale tego Andrzej nie mógł widzieć niezależnie od tego, jak byłby w tej chwili uważny.

Kapitan wrócił za bar. Leciała cicha muzyka - znowu jakaś smutna szanta, coś o białej sukience. Na ogół Andrzej nie lubił takich utworów, ale po wszystkich wesołych, a także sprośnych kawałkach, śpiewanych przez starego - po ogólnej komendzie: "Zamknąć się, będę śpiewał!" - czuł, że teraz jest na to czas.

Poza tą muzyką było bardzo, bardzo cicho. Nawet dało się słyszeć zimny, jesienny wiatr hulający poza lokalem.

- No podejdź - Kapitan zaprosił swojego jedynego klienta.

Andrzej posłusznie wstał, wziął resztkę swojego piwa i usiadł na jedynym krześle ustawionym przy samym barze.

Stary schylił się i wyciągnął spod lady flaszkę.

- Myślałem, że nie może pan... że nie możesz sprzedawać mocniejszego.

- Po pierwsze, wcale ci nie sprzedaję. - Wyciągnął dwa kieliszki i zaczął nalewać. - Po drugie, jest już po zamknięciu. Nikt nie przyjdzie z kontrolą, a ty chyba nie pobiegniesz do urzędasów z donosem.

- No, nie pobiegnę. - Andrzej się uśmiechnął. Patrzył na bursztynowy rum w szkle.

Po chwili obaj wypili za zdrowie, potem za piękne panny, które z oczyma błyszczącymi od łez stoją na kei (nie wiedział, o co chodzi, ale pił chętnie), w końcu za syreny.

- A wiesz, co jest tam, z drugiej strony? - Stary wskazał na ścianę z malowidłem.

- Inny bar. Chyba "Przegryź na szybko".

- Nie, nie, mój drogi. Tam syrenki wypinają dupki. A ja tam byłem. - Potem rubaszny śmiech.

Andrzej nie szukał dziury w całym w tym kawale, choć mimo upojenia wyobrażał sobie bardziej rybie ogony, skoro to były syrenki, niż, jak to powiedział Kapitan, dupki.

Przy czwartym kieliszku mężczyzna zaczął się zastanawiać, czy aby nie powinien przestać. Wtedy Kapitan przybrał poważną minę.

- Wiem, kim jesteś, choć ty sobie nie zdajesz z tego sprawy.

Gdyby Andrzej był trzeźwy, pewnie zorientowałby się, że coś jest nie tak. Jednak całkiem pijany nie przywiązał do tego żadnej wagi. Dopiero następne słowa Kapitana trochę go otrzeźwiły.

- Wiem, czego szukasz. Wiem, że masz podążać za MROZEM.

Stary, wypowiadając te słowa, stał się taki poważny, że zaczął mu przypominać admirała szacującego szanse przed decydującą bitwą.

- Co wiesz o MROZIE, Kapitanie? - Mimo zaskoczenia nie potrafił wytrzeźwieć całkowicie. Wiedział już, że sytuacja jest niecodzienna i że może się zrobić nieprzyjemnie. Jednak promile krążące w jego krwiobiegu otępiały. Było mu przyjemnie obojętnie. Widział siebie i swoją sytuację trochę jak film. Myślał o nożu pozostawionym w kurtce i wiedział, że powinien pod byle pretekstem po niego wrócić i mieć przy sobie. Po prostu tak na wszelki wypadek.

Jednak nie chciało mu się. Wolał siedzieć przy kieliszku i czekać na rozwój wydarzeń. To dlatego, zamiast się zdziwić lub przestraszyć, swoje "Co wiesz o MROZIE, Kapitanie?" powiedział niemal teatralnym tonem, jak jakaś przerysowana postać z filmu o piratach.

Zapanowała cisza. Stary nie mówił nic, patrzył tylko przed siebie. A przed nim był Andrzej. Kapitan kierował wzrok na jego oczy, a jednak to nie w nie patrzył. Tak, jakby widział to, co było za Andrzejem i jeszcze, jeszcze dalej. Może patrzył na Bałtyk?

Andrzeja przeszły ciarki.

Za oknem uderzył deszcz. Wiało potężnie. Która to godzina? Na pewno późna.

- Co pan wie o MROZIE? - zapytał jeszcze raz.

Teraz twarz starego wydała mu się tak strasznie i trupio chuda... Naciągnięta skóra, wystające kości policzkowe, broda, z której wypadały pojedyncze włosy i matowe spojrzenia nieboszczyka.

Tylko złudzenie. Chwila, po której starzec znowu wyglądał jak dziarski wilk morski.

- Słuchaj, dużo ci nie powiem, bo sam niewiele wiem albo nie mogę powiedzieć...

Andrzej słuchał, oj, słuchał uważnie i powoli trzeźwiał.

- ...ale to, co wiem, to ci powiem. Są miejsca w mieście i poza nim, w których znajdziesz... coś.

Andrzej milczał. W jego milczeniu Kapitan wyczytał prośbę o wyjaśnienie.

- Kolejna wskazówka albo... element? Nie wiem. Ale powinieneś tam iść. Albo... albo może nie powinieneś.

Wiatr wył przeciągle prawie jak syrena alarmowa. Deszcz zacinał. Andrzej pomyślał, że w niektórych miejscach musiało połamać gałęzie drzew. Przypomniał sobie jeden samochód zgnieciony przez konar na ulicy, przy której mieszkał. To było podczas burzy w lecie. Obecna wichura nie umywała się do tamtej, ale wystarczyła, żeby przywołać wspomnienie. Pamiętał, jak strażacy odginali karoserię i wyciągali rannego z auta. Zdawało się, że przeżyje. Niemniej był nieźle pokiereszowany.

Nagle Andrzej się ocknął.

- Wie pan, co się ze mną dzieje? - Tym razem nie mogło mu przejść przez gardło poufałe "ty" albo "Kapitanie!".

- Może przenikasz, jak my wszyscy. Ale nie wiem.

- Co ma pan na myśli?

- Słuchaj, nie ma wiele czasu. Narysuję ci na mapie.

Zniknął na chwilę na zapleczu, a potem wrócił z planem miasta. Wyjął czerwony marker i przyjrzał się mapie.

- Na pewno tutaj. - Zaznaczył obszar, odczekał kilka chwil.

Andrzej bawił się w tym czasie kieliszkiem.

- I tutaj.

- To blisko, co to jest?

- Szpital Wojskowy.

- No tak... Tak myślałem. I co tam znajdę?

- Nie wiem. Wskazówkę? MRÓZ? A może śmierć. Wiem tylko, że kiedy tu jesteś, te miejsca na mapie stają się wyraźniejsze.

Andrzej chciał powiedzieć, że on sam niczego nie widzi, ale powstrzymał się. Nie wiedział, co miałoby to zmienić. Czy stary miał jakąś magiczną - bardzo chciał uniknąć wyrażenia "przeklętą" - mapę? A może Kapitan sam był czymś w rodzaju medium? Skarcił się w myślach za idiotyzm tego skojarzenia - przecież był normalnym człowiekiem i racjonalistą. A potem skarcił się za racjonalne myślenie w sytuacji, w której wszystkie jego przekonania o tym, jak działa świat, można było włożyć do szuflady z napisem "Może tak, a może nie".

Stary zaznaczył jeszcze dwa miejsca. Razem cztery. Polał rumu, nie odrywając wzroku od mapy, jakby jeszcze czegoś szukał.

- Jak to się objawia? - zapytał Kapitan, popijając.

- Różnie. Na przykład okazało się, że nie ma już mojej pracy. Tak po prostu budynek mojego kochanego Contact Centre został zamknięty. Akurat gdy wracałem z urlopu. Ale z kolei okazało się, że w sklepach nie muszę za nic płacić.

- Aha, to dlatego...

- Tak. - Przypomniał sobie sytuację, kiedy kupował pierwsze piwo.

Pomilczeli chwilę. Potem Andrzej kontynuował:

- Telewizora nie mam, więc nie wiem, jak jest. Ale radio odbiera jakoś dziwnie. Leci sama muzyka. Nigdy wiadomości. O której godzinie bym nie słuchał, zawsze wiadomości już były albo dopiero będą... i nigdy ich nie ma. Internet w ogóle egzystuje gdzieś poza, poza mną.

- Próbowałeś się wyrwać?

- Z miasta? Jasne, że tak. Dziwne objazdy kierowały mnie na obwodnicę, a po kilkudziesięciu minutach na autostradzie wracałem do Lublina z drugiej strony... Podejrzewam, że z pociągami podobne jaja. Ale wie pan co? Ja już muszę iść spać. I w ogóle to nie wiem, czy to mi się nie śni.

- Ostatniego?

- Nie... nie odmówię.

***

Tak paskudnie nie było już dawno. Kiedy jeszcze siedział w środku, zdawało mu się, że jest prawie trzeźwy. Przecież mówił całkiem składnie, do tego rozumiał zawiłą sytuację - na tyle, na ile się dało - oraz tłumaczył swoje położenie. Jednak teraz, kiedy przyszło mu zejść ze schodów, na dodatek smaganemu wiatrem i deszczem, stracił resztki złudzeń - był pijany w sztok. Miotało nim z lewej na prawą. Tylko resztce samoświadomości zawdzięczał, że schodził na tyle powoli, żeby się nie przewrócić.

- Jutro będzie ból głowy - wybełkotał pod nosem. - Ale było warto.

I wtedy uświadomił sobie przerażający fakt, że jest bezbronny. Jeśli teraz, w drodze powrotnej do jego świątyni - do domu - nastąpi jakiś atak...

Andrzej spróbował namacać swój sprężynowiec, ale ani się spostrzegł, jak leżał na chodniku.

- Kurwa, co się z tobą dzieje? Weź, weź się w garść.

Nie mógł sobie przypomnieć reszty drogi powrotnej, choć na pewno trwała co najmniej dwa razy dłużej niż normalnie. Pamiętał tylko, jak stał przed drzwiami do mieszkania i próbował trafić kluczem do zamka. Wypełniło go uczucie dumy, ponieważ zrobił to za drugim razem. Lepszy wynik, niż kiedy wracał zmęczony z pracy, ale gorszy od sytuacji, gdy był wypoczęty i trzeźwy.

Wszedł, zamknął drzwi tylko na łańcuch, z trudem zdarł z siebie kurtkę i runął na łóżko. Zapomniawszy o dzisiejszym ataku na przejściu dla pieszych i tej całej onirycznej sytuacji w barze, myślał tylko o jednym.

Będzie wymiotował czy nie?

***

Rano przekonał się, że szczęście dopisało mu przynajmniej w tym przypadku. Zwlókł się z łóżka i dopiero wtedy podszedł do drzwi wejściowych, żeby zdjąć buty. Postawił je na wycieraczce. Ze zgrozą spostrzegł niedomknięte drzwi. Jedyną barierą chroniącą go przed intruzami był łańcuch, który przecież mógł zostać wyrwany przy silnym uderzeniu. Nie mógł sobie przypomnieć, czy to on tak zostawił drzwi wejściowe, czy nie i zamykając je na zamek, poprzysiągł sobie w duchu, że już nigdy więcej się tak nie spije.

Spojrzał przez judasza - odruch, nawyk, albo nawet tik nerwowy. Zniekształcony, owalny obraz w wizjerze przedstawiał to, co zawsze: stare drzwi sąsiada po lewej, antywłamaniowe, ale też stare drzwi sąsiada po prawej, sufit, posadzkę i część schodów prowadzących na górę i w dół.

Odstąpił od drzwi i udał się do łazienki. W jednym pomieszczeniu mieścił się klozet, żeliwna wanna i zlew. Na pralkę nie było miejsca, więc stała w aneksie kuchennym.

Załatwił potrzebę, a następnie umył ręce nad wanną. Potem ułożył dłonie w łódeczkę, schował w nich twarz i chuchnął. W ten sposób od lat sprawdzał, jak bardzo nieświeży oddech ma po nocy. Efekt go nie zaskoczył. W sumie po smalcu i piciu spodziewał się czegoś gorszego.

Przed umyciem zębów postanowił coś zjeść. Wtedy też przypomniał sobie poszczególne sceny z poprzedniego dnia. Kiczowaty neon... "Tawerna"? "Syrena"? "Mordownia"? Jak to było?

Potem ludzi, a zwłaszcza ekscentrycznego Kapitana łodzi podwodnej - choć pamiętał, jak barman chwalił się służeniem na żaglowcu, to dla niego na zawsze pozostał kapitanem łodzi podwodnej.

W lodówce było to, co kupił (dostał) w sklepie. Jakiś jogurt, jaja z wolnego wybiegu, szynka sopocka - miłe skojarzenie z morzem! - piwo oraz kilka paczek gotowych, pakowanych krokietów.

Zamknął lodówkę. Z jednej strony był głodny, z drugiej nie. Obawiał się, że żołądek może odmówić mu posłuszeństwa. Odczekał chwilę. Zrobił sobie herbatę. Nie dopił. Potem sięgnął po suchą bułkę. Popił ją jogurtem. Ostrożnie. Zadziwił się swoją wytrzymałością. Głowa oczywiście bolała, ale po takiej dawce alkoholu spodziewał się co najmniej miarowego ściskania mózgu - bólu, który pulsuje tak, jakby ktoś wsadził czaszkę pomiędzy imadło i na zmianę zaciskał i rozluźniał.

Zjadł tylko trochę, resztę wyrzucił do kosza pod zlewem. Coś już tam zaczynało śmierdzieć, ale worek nadal nie był pełny, więc uznał, że może jeszcze poczekać.

Usiadł przy oknie. Termometr po drugiej stronie szyby wskazywał pięć stopni. Na zewnątrz było jasno, bezchmurnie, ale nadal zimno i jesiennie. Jakieś czarne ptaszyska obsiadły pobliskie drzewo i zaczęły krakać.

Powiódł obojętnym spojrzeniem po jezdni. Panował umiarkowany ruch. Ulica prowadziła przez osiedla do drogi głównej, ale wyobraził sobie, że i tam nie może być teraz zbyt tłoczno. Nie mógł być pewien, jednak zdawało mu się, że jest niedziela.

Potarł czoło i wsłuchał się w odgłosy za oknem.

Poza krakaniem i okazyjnym odgłosem przejeżdżających aut nie słyszał nic. Wyglądało na to, że wiatr nieco się uciszył.

- Trzeba wstawać, nie tracić całego dnia - powiedział do siebie.

Poszedł się wykąpać. Zęby mył już w wannie. Nie chciało mu się wychodzić z wody, ale ostatecznie się do tego zmusił. Ponownie złożył dłonie w łódeczkę i sprawdził swój oddech. Zaklął pod nosem, ponieważ zabieg mycia zębów prawie nic nie dał.

Wytarł się, założył ubranie do wyjścia i mimowolnie położył się w łóżku.

- Poleżę jeszcze trochę...

Nie wiedział, czy to kac, czy niewyspanie, ale mimo jasnego światła wpadającego do pokoju natychmiast zasnął.

Śniły mu się psy. Scena była trochę straszna, a trochę głupia. Najpierw pojawił się jeden. Ciemny amstaff w jeszcze ciemniejszej alejce. To jeden z tych psów, które mają bandziorski wyraz pyska.

Patrzył na niego i dyszał. Andrzej wyszukał w kieszeni scyzoryk - nie wiadomo, dlaczego we śnie miał scyzoryk, a nie swój nóż sprężynowy - ale nie mógł go otworzyć. Pocił się na widok amstaffa.

Z bocznej alei wybiegło dużo więcej psów. Sznaucery, owczarki, nawet te wielkie bydlaki z baryłkami rumu pod szyją (co?!), a także chihuahua, jamniki, jakieś kundle. Cała masa. Do wtóru piosenki Snoop Dogga.

Amstaff pobiegł razem z nimi, obrzucając go tylko nienawistnym spojrzeniem, jakimś takim ludzkim. Już wtedy Andrzej wiedział, że to sen.

Kiedy się budził, słyszał jeszcze słowa, które jakoś tak dziwnie brzmiały po polsku: