4
Nowy Sącz. Beskidzki wielki brat regionu. Z jakichś powodów, może historycznych, Warwiłow miała wrażenie, że te dwa miasta powiatowe są ze sobą połączone. Gorlice i Nowy Sącz, Nowy Sącz i Gorlice - i to bardziej niż z pobliskim Krosnem i Jasłem. W końcu Małopolska. Oczywiście ostateczną instancją był Kraków: kierunek, w którym wyjeżdżały gorlickie dzieci i często nie wracały. Tam teatry, muzea, uniwersytety... A tak serio, to knajpy na Kazimierzu.
Dla wielu gorliczan, może z uwagi na przeszłość wojewódzką, drugą, znacznie bliższą odskocznię stanowił właśnie Sącz. Nina znała co najmniej osiem osób, które codziennie jeździły tą drogą do pracy, do jednego z licznych przedsiębiorstw: Dako, Newag i oczywiście do Korali, a lokalny skansen nowosądecki był prawdziwą gwiazdą w świecie filmu. Kręcono tam Janosika, Papuszę, bywało również i BBC. W Beskidzie Niskim taką funkcję pełniły Jaśliska, zagubiona wioska w Krośnieńskiem, która przyciągała filmowców jak magnes...
W Gorlicach Nina grała twardzielkę przed Karpiukiem, stare przyzwyczajenie. Ale tak naprawdę w ogóle nie spodziewała się telefonu od nadkomisarza (teraz pewnie już wyżej) Pawła Całkiewicza.
Spięła się, jak tylko zadzwonił. Znali się. Pamiętała tego krępego mężczyznę, który co prawda nie rozwiązał sprawy zaginięcia Joanny Pascho, ale zrobił na niej wrażenie kompetentnego i rzutkiego śledczego.
- Wysyłam cię tam - rzekł po kilku słowach wstępu - bo udowodniłaś, że potrafisz rozwiązywać sprawy na obcym terenie.
- No nie wiem.
- Wielokrotnie - dodał. - Nie wiem, jak to robisz, Nina. W gruncie rzeczy nikt nie wie.
Wyczuła w jego głosie lekkie rozbawienie, więc nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
- Rozmawiam i słucham - rzuciła.
- W tym rzecz! Właśnie ciebie mi trzeba. Miejsce jest bardzo specyficzne. Wysoko w górach wytworzyła się społeczność rządząca się własnymi prawami. Wiesz, jedna z tych, gdzie masz parę tysięcy ludzi, ale nie masz nikogo, kto by ich przypilnował. Nie wiem, co mają w głowach ludzie, którzy pchają się w takie miejsca.
- Ja chyba wiem.
- No i znowu, Nina. Jeszcze mnie pytasz, dlaczego ty.
Miała go przed oczami: silnego jak byk, ale niskiego, dyndającego krótkimi nogami gdzieś na stołku w gorlickim komisariacie. Ostatecznie to był jednak szef jej szefa - i człowiek, który w polskiej policji miał nad sobą tylko jedną osobę.
- Policji jednak brak w Rytowie... Wprowadzi cię jednostka z Piwnicznej.
- Czyli to postanowione?
- Tak - rzekł krótko.
Pomyślała o czekającej ją rozmowie z Karpiukiem.
- Rozważaliście, że to sprawca z zewnątrz, ktoś zupełnie niepowiązany... - podjęła.
- Celnie. Sącz przesłał mi mapy tego miejsca. Niebieski szlak biegnie nad wąwozem, który usytuowany jest pomiędzy schroniskiem PTTK na Hali Rytowskiej a Rytowem. Ktoś musi znać ten wąwóz... Po drugie - przypomniała sobie, jaki Całkiewicz jest metodyczny - niełatwo jest zejść tą ścianką. Przypuszczamy, że sprawca zmusił swoje ofiary do tego, ale musiał znać okolicę. Wiedzieć, gdzie wąwóz nie zmienia się w rozpadlisko. Ślady wskazują na to, że orientował się w terenie, ale potem rozpłynął się w powietrzu... No, tyle, nie chcę ci mówić za dużo, żebyś się nie zasugerowała. Chcę tylko uprzedzić, z czym będziesz się mierzyć. Sama zobaczysz to miejsce, ja je tylko sobie wyobraziłem na podstawie materiałów. Z pewnością dwa razy więcej dostrzeżesz, kiedy tam dotrzesz.
- Nie wiem, czy mnie nie idealizujesz, Paweł?
- Wystarczy mi, co widziałem w górach. Jesteś odpowiednią osobą. - Przerwał. - Bardzo mi na tym zależy, Nina. Nie traktuj tego jako czysto służbowego polecenia, dobra?
- Które powinien zatwierdzić Karpiuk.
- Nie przejmuj się tym.
Zabrzmiało arogancko. Może nie powinna mieć wyrzutów, że go sobie - fizycznie - zapamiętała jako karła z przerostem ego.
- Słuchaj - dodał. - Region Piwnicznej stara się odbudować, wzmocnić turystycznie. Ludzie tam są porządni, pracowici, bardzo rodzinni... no i jest przed wakacjami. Po co komu takie poczucie zagrożenia? Znajdźmy sprawcę i dajmy im spokojnie opijać się wodą szczawiową i żeby nikt się nie stresował i nie oglądał za siebie. To co, załatwione?
Wciąż była skołowana. Rzecz jasna Całkiewicz z Gorlic pił tylko Wysowiankę: miłość do tej wody pozostawała na zawsze.
- Na razie mam bardzo mało informacji - odparła.
- Szerzej wprowadzi cię komisariat w Piwnicznej, jak powiedziałem.
- Chwila... Czy to już?
- Już. Tyle. Jedziesz, Nina. Nie udawaj, że się nie cieszysz. Znam cię. Wiem, że chcesz tej sprawy.
Tak naprawdę otrzymała polecenie służbowe. A przecież mogła je obalić jednym zdaniem. Nie powiedziała go, bo czuła się dobrze i może nie chciała zajmować się sprawami Bruńków przez resztę lata. Chciała sprawy. I nie tylko dlatego, że głównie do tego się w życiu nadawała: do śledztw, dochodzeń, rozwiązywania tajemnic.
Również dlatego, że na kłopoty życiowe miała od zawsze tylko jedną odpowiedź: drogę, która potrafiła ją ze wszystkiego cudownie wybawić - pracę. Takie było jej życie, a do nielicznych plusów sytuacji, w jakiej się znalazła, należało to, że nie musiała się nikomu z niczego tłumaczyć.
Jechała niespełna czterdzieści minut przepiękną drogą, która zdawała się prowadzić zboczem gór, a czasem ich grzbietem przez Grybów z jego słynnym browarem. Słyszała, że niedługo wyjdzie edycja Piwa Gorlickiego.
Góry wydawały się wyższe, z gradacją prowadzącą aż do Tatr.
Było gorąco, a klimatyzacja w maździe pozostawiała wiele do życzenia. Nina odnosiła wrażenie, że tak samo jest z amortyzatorami. Ta druga wiadomość była gorsza. Tej zimy mazda mocno się posunęła. W zwałach śniegu, w których utknęła na górze Kosoń, jakby się postarzała, a po wyprawie na wyspę Wolin wydawało się, że silnikowi brakuje już sił.
Dojechała na miejsce; po drodze dostrzegła McDonalda i Castoramę, innymi słowy wielki świat. Jako prażanka z pochodzenia również zaczęła tak postrzegać wielkomiejskość. Jak szybko skraca się perspektywa. Minęła most nad kamieniczną rzeczką (jedną z dwóch przepływających przez Sącz) i zajechała pod gmach szpitala.
Zaparkowała i rozejrzała się. Pamiętała, że parę kilometrów dalej jest uroczy i zaskakująco spokojny rynek położony nad Dunajcem, z wystawną salą zbudowaną za panowania Franciszka Józefa (zgodnie z regionalnym sentymentem). Wokół szpitala królowały jednak czteropiętrowe bloczki.
Niska zabudowa, trochę jak w Gorlicach. Wiedziała jednak, że potężna górska rzeka pompuje miasto od środka, napełniając je energią biznesową. Sącz był zamierzchłą potęgą galicyjską, jednym z najstarszych i największych miast Małopolski, a dynamiczny Dunajec dał mu w XXI wieku nowy wymiar. Nowy Sącz zyskał, czy może zachował, status tygrysa biznesowego, czego zwieńczeniem było polskie Davos w Krynicy.
Zaparkowała i wyszła z auta. Przetarła dłonią czoło. Nawet przy klimatyzacji włączonej na najwyższe obroty miała mokrą bluzkę. Poczuła zapach benzyny i lata w mieście; znienacka przypomniała sobie Warszawę. Szpital położony był przy ruchliwej, stromej arterii, którą w korku wspinały się samochody, w tym nawet autobusy.
Z murku nieopodal podniósł się jakiś zaniedbany facet. Jego nieodpowiedni na tę pogodę płaszcz od razu zdradzał ofertę startową: pięć złotych za przypilnowanie samochodu, pani kierowniczko. Przed szpitalem, w środku dnia. Był niczym prawnik wyszukujący klientów poszkodowanych w wypadkach - ale z propozycją ograniczoną do auta. W przypadku jej czternastoletniej mazdy nie miało to wielkiego sensu.
Zaczęła szukać w kieszeni złotówek, kiedy mężczyzna zbliżył się, znacznie szybciej niżby chciała. Odchrząknął i odezwał się głosem wyraźnym i głębokim.
- Rumsztyński.
- No bardzo ładnie, proszę pana, ale jestem zajęta.
- Komisarz Nina Warwiłow?
Przyjrzała mu się ponownie. Był wysoki, przygarbiony i opalony. Może raczej spalony, z pogardą dla ostrzeżeń o raku skóry, w zasadzie wysuszony jak cegła.
- Pracuję na komisariacie w Piwnicznej, nie uprzedzono pani?
Nie rozpoznała policjanta. Czy to upał, wyższe stężenie progesteronu i estrogenu utrudniały przetwarzanie informacji? Sama do tej pory nie odczuwała wpływu hormonów, z drugiej strony, stale była w śledztwie. Kiedy niby jej umysł miał mieć wolne? Człowiek stojący przed nią mógł sobie nosić sprane ciuchy, ale spojrzenie miał bystre, przytomne oraz - przede wszystkim - badawcze.
Jego twarz była niezwykle szczupła. Oczy miał piwne, a spojrzenie charakterystycznie skanujące. Wiedziała, że sama tak spogląda. Wysoko sklepione czoło, na czubku głowy łysina, ale włosy po bokach ciemne. Pomięta oliwkowa koszula była mocno sprana, choć odpowiednia na taki upał. Dżinsy zdradzały w pasie, że mężczyzna nie ma żadnej tkanki tłuszczowej. Pewnie był w dobrej formie, ale zbrązowiała od słońca twarz dodawała mu lat. A może i liczył sobie tyle lat, na ile wyglądał, czyli szósty krzyżyk? Obrazu zaniedbania dopełniał niestarannie przycięty zarost i nos z szerokimi nozdrzami, jakby przystosowanymi do niuchania.
Śledczy.
- Nina Warwiłow - powiedziała, jakby to do tej pory nie było w pełni oczywiste. - Nina.
- Komisarz Andrzej Rumsztyński, komisariat w Piwnicznej - uzupełnił sucho, niby z pewnym wysiłkiem.
Kurwa, jeszcze komisarz. Zawahała się przed przejściem na ty, ale facet przed nią był jej równy stopniem, a już na pewno stażem, i z dużym prawdopodobieństwem zaszeregowaniem. Jakiej wielkości miastem była Piwniczna? Przejeżdżała kiedyś pociągiem na Węgry, przypomniała sobie, że doliną Popradu wiodła też linia kolejowa...
- Niech pani pójdzie za mną - rzekł.
Weszli do szpitala i przeszli przez izbę przyjęć. Z jakichś powodów szpitali bała się bardziej niż innych instytucji i z pozoru bardziej niebezpiecznych miejsc - może dlatego, że w trakcie swojej kariery tak dobrze je poznała. Weszli schodkami w górę, wchłaniając zapachy medykamentów. Wkroczyli na podłużny korytarz; szpital wydawał się jeszcze przed remontem.
- Tutaj - rzekł Rumsztyński i wskazał jej drogę do pokoju. - Dogadałem się z lekarzem, da ci piętnaście minut.
- Jasne. Starczy.
Weszła. Z początku nic nie widziała.
Chłopiec był malutki. Niewielki cień na łóżku szpitalnym.
Z jej informacji wynikało, że miał ledwie półtora roku..
Podeszła. Chłopiec spał, trzymając w objęciach szpitalnego misia, ale na odgłos wejścia ocknął się i spojrzał na nią. Uśmiechnęła się. Proste, ciemne, bardzo już gęste włosy opadały mu na czoło. Być może był jeszcze przed pierwszymi postrzyżynami. Takie szczegóły bolały. Orzechowe oczy miał okolone długimi rzęsami. Ładny chłopiec, wszystkie dzieci w tym wieku są ładne.
Przymknęła oczy.
Dziecko przed nią miało wiele innych ról. Było poszkodowanym w sprawie, trzecią ofiarą zbrodni i, może przede wszystkim, jej świadkiem.
Podeszła bliżej i położyła mu dłoń na piąstce.
- Cześć, jestem Nina.
Spojrzał na nią, zdawało się, że bystro i badawczo. Z bliska dostrzegła ślady dżemu na koszulce w dinozaury. Po chwili cofnęła jednak dłoń, palce jej drżały.
Weź się w garść - pomyślała - przecież jesteś tutaj policjantką.
Półtora roku, Chryste...
- Pić - powiedział cicho chłopiec.
Rozejrzała się za bidonem. Nie było go. Kubek z wodą stał na szafce. Przepłukała go w umywalce i wlała świeżej wody mineralnej z butelki, która tam stała. Podała mu naczynie, przytykając do buzi.
- Pić! - krzyknął nagle chłopiec i odsunął od siebie kubek. Woda się rozlała. Tyranozaur na bluzce się nałykał, a i diplodokowi się dostało.
Zapomniała, jakie dzieci w tym wieku potrafią być już silne.
Wpatrywał się w nią intensywnie. Jakby miał coś powiedzieć.
- Czy pamiętasz, kiedy mama i tata... - urwała.
Nagle straciła pomysł i napęd do pytań: tak emocjonalnie odebrała widok tego chłopca. Mijały sekundy. Ona i chłopiec w maleńkim pokoju. Nie miała pojęcia, kiedy lekarka, młoda, z warkoczami, pojawiła się za jej plecami i dotknęła jej ramienia.
- Wiem, że potrzebujecie zadawać pytania - oznajmiła, nie patrząc Ninie prosto w oczy. - Ale może już dosyć, co?
- Fizycznie...
- Nie, fizycznie nic mu już nie jest, miał jakieś leciutkie zadrapania, być może sam to sobie zrobił.
Nina zerknęła na chłopca. Miał plaster na czole.
- Dlaczego sam? Są płytkie?
- Tak. On przypuszczalnie był przy rodzicach przez jakiś czas.
- Jezu...
- Fizycznie, jak mówię, jest okej - dodała lekarka. - Ale ze względów psychicznych, emocjonalnych jeszcze chwilę tu posiedzi, dobrze?
- Jasne.
- Bo ja się na to nie zgadzałam - uzupełniła dziewczyna ostrzej, jakby nabrała trochę odwagi - żebyście państwo go tu przepytywali. Wiele zresztą nie wskóracie.
Dziecko stanowiło wrota do rozwiązania zagadki. Chłopiec, który widział śmierć rodziców, przeżył, ale nie jest w stanie tego przekazać. Nina przypuszczała, że morderca o tym wiedział. Dlatego go oszczędził, przy tak sprawnej egzekucji.
Oczywiście mały nie był również w stanie sam wyjść z wąwozu. Gdyby nie ten pasterz...
- Musi już pani iść - powiedziała zdecydowanym głosem lekarka.