Zróbmy sobie szkołę. O tych, którzy rozkręcają edukację po swojemu - Mikołaj Marcela

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie. Kruszenie szkolnego betonu

O tym, że nie jesteśmy skazani na smutną szkolną rzeczywistość, jaką niemal wszyscy znamy z autopsji, i o edukacyjnych światach równoległych, których w Polsce nie brakuje, a które są bliżej, niż myślimy

Mikołaj wchodzi spóźniony do klasy. Wbija wzrok w ziemię. Mija nauczycielkę, która na jego widok ciężko wzdycha. Chłopiec dobrze rozumie to westchnienie. Powoli więc, niepewnie idzie do swojej ławki w ostatnim rzędzie.

"Ojej, jednak przyszedłeś, a miałam nadzieję, że dzisiaj cię nie będzie". Mikołaj sam już nie wie, czy nauczycielka naprawdę wypowiedziała te słowa, czy jakimś cudem usłyszał myśli w jej głowie. Mina pani jasno pokazuje, że nie jest zadowolona z tego, że pojawił się w klasie.

Bo Mikołaj sprawia problemy, utrudnia prowadzenie lekcji. Nic nie rozumie, więc się nudzi, przeszkadza. To dopiero druga klasa podstawówki, a z nim nikt już nie może wytrzymać. W klasie dzieci go nie lubią. Nie trzeba dodawać, że nie jest też ulubieńcem grona pedagogicznego. Słabo się uczy, notorycznie dostaje niskie oceny, jest koniec października, a on nie ma jeszcze zakupionych książek. Ledwo czyta na głos po polsku, a co dopiero po niemiecku. Dlatego wszyscy najchętniej uczyliby się na tej lekcji niemieckiego bez niego. Tak po prostu byłoby lepiej - i łatwiej.

Nikt jednak nie wie, że Mikołaj ma tatę alkoholika i mamę, która nie radzi sobie z życiem, bo wychowuje kilkoro dzieci. Że wracając ze szkoły, w której otrzymał kolejną uwagę lub jedynkę, kalkuluje, kiedy powiedzieć o tym rodzicom. Czy po południu, kiedy ojciec pije i może mu przyłożyć, czy wieczorem, gdy ojciec jest już pijany i zasypia pod wpływem upojenia.

Mało kto bierze też pod uwagę, że czymś zupełnie nierealnym jest wymaganie od Mikołaja, że poradzi sobie z zadaniami. A już prawie nikt nie uważa, że takie oczekiwanie jest czymś nieetycznym, wręcz głupim.

A Mikołaj w tym wszystkim ma tylko jedno małe marzenie. Marzenie, by kiedyś po wywołaniu do tablicy przejść luźnym krokiem przez całą klasę, bezbłędnie napisać na tablicy to, czego wymaga od niego nauczycielka, i takim samym luźnym krokiem wrócić do ławki. Innymi słowy, zrobić to, co robią wszyscy inni i co przychodzi im z taką łatwością, a co dla niego pozostaje tylko w sferze marzeń.

Nie, ten Mikołaj to nie ja. To tylko zbieżność imion. To jednak mogłem być ja. To mógł być każdy z nas. Jego historię opowiedziała mi Marzena Żylińska - metodyczka, autorka materiałów dydaktycznych, książek i artykułów, założycielka Ruchu Budzących Się Szkół. Mikołaj był osobą, od której bardzo wiele się nauczyła. Dzięki niemu zupełnie inaczej zaczęła przygotowywać swoich studentów do pracy w szkole. Nie będzie przesadą stwierdzić, że rozmowy z tym chłopcem były punktem zwrotnym na jej edukacyjnej drodze.

Takich dzieci jak Mikołaj było i jest w Polsce nie tysiące, lecz miliony. Dzieci, które czują się słabe, bezwartościowe i głupie, ponieważ nie potrafią spełnić wymagań, jakie stawiają przed nimi system edukacji i szkoła, do której chodzą. I to wcale nie muszą być dzieci z rodzin z problemem alkoholowym. To także wszyscy ci młodzi ludzie, którzy nie radzą sobie z presją wyników, ze zbyt wysoko zawieszoną poprzeczką, z oczekiwaniami swoich rodziców i nauczycieli. Dziesiątki tysięcy dzieci i nastolatków z depresją i zaburzeniami lękowymi.

Ktoś mógłby powiedzieć: "Cóż, taka jest rzeczywistość". I to prawda: to rzeczywistość dużej (zdecydowanie zbyt dużej!) części szkół. Ale jeśli ktoś kiedyś zupełnym przypadkiem trafi do Radowa Małego w województwie zachodniopomorskim, w tamtejszej szkole odkryje równoległą rzeczywistość edukacyjną wobec tej, z jaką na co dzień zmaga się Mikołaj. Szkołę publiczną, w której właśnie na takie dzieci zwraca się szczególną uwagę i nie tylko się nimi opiekuje, lecz także pozwala się im odkryć drzemiący w nich potencjał.

Takie "oświaty równoległe" kryją się również w innych, najczęściej niepozornych zakątkach Polski. Na przykład w Sierpcu, gdzie w publicznym liceum Collegium Leonium wyznaje się zasadę, że edukacja nie ma być stresującym doświadczeniem, i dlatego uczniom oraz uczennicom nie wystawia się w ciągu roku szkolnego ocen. Jest też Cogito: niezwykła szkoła publiczna w Poznaniu, w której na koniec roku dzieci dowiadują się, w czym są dobre i jakie mają talenty, nie określają ich natomiast średnia ocen i pasek na świadectwie.

We Wrocławiu, w prywatnej szkole Navigo wzorującej się na rozwiązaniach z fińskiego systemu edukacji szczęście uczniów i uczennic jest tak samo ważne jak ich wyniki w nauce. Z kolei w Wolnej Szkole Demokratycznej Bullerbyn w Warszawie to dzieci naprawdę decydują o tym, jak wyglądają ich edukacja i szkoła, do której chodzą - uczą się, kiedy, jak i z kim chcą, bez ocen, sprawdzianów i zadań domowych, mają też prawo głosu, takie samo jak dorośli, gdy dyskutuje się o sprawach szkoły i o tym, jakie panują w niej porządki.

Jest też szkoła zupełnie nie z tej rzeczywistości - i to dosłownie! Szkoła w Chmurze pozwala bowiem uczniom i uczennicom z całej Polski realizować obowiązek szkolny za pośrednictwem specjalnie do tego zaprojektowanej, bezpłatnej platformy internetowej. Jeśli to nie brzmi jak alternatywna wizja rzeczywistości edukacyjnej, to co miałoby nią być?

W końcu cała Polska jest również usiana placówkami publicznymi i niepublicznymi, które zrzeszone są w Ruchu Budzących Się Szkół, oraz tymi korzystającymi z planu daltońskiego. W tych oświatach równoległych często rezygnuje się z dzwonków, nauka odbywa się przez praktykę, a nie w teorii, całkowicie eliminuje się stopnie lub zamienia ocenę niedostateczną na "jeszcze nie". Uczy się w nich także samodzielności, odpowiedzialności, współpracy i refleksji nad swoim działaniem.

Ta książka poświęcona jest osobom, które tworzą lub tworzyły te wyjątkowe miejsca. Osobom, którym - tak jak mi, o czym piszę od wielu już lat - zależy na zmianie w edukacji i które swoimi działaniami przekonują, że szkoła wcale nie musi wyglądać tak, jak w znanej nam rzeczywistości. Rozmawiam z nimi o tym, jak tworzyły swoje oświaty równoległe - jak chcę je od teraz nazywać - i w jaki sposób rodzice, nauczyciele, dyrektorzy i edukatorzy w całej Polsce mogą się od nich uczyć, kreując własne, dobre i przyjazne dzieciom miejsca do nauki. Pokazuję w niej też inne niezwykłe szkoły, które nierzadko znajdują się tuż za rogiem, choć nawet o tym nie wiemy...

Gdybym miał znaleźć jeden wspólny mianownik, który łączy moje rozmówczynie i rozmówców, pewnie byłyby to słowa Jespera Juula ze wstępu do jego książki Kryzys szkoły: "Nauczyciele, uczniowie i rodzice powinni razem wyjść na ulicę i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi"1. Ich czyny to właśnie protest i zachęta dla nauczycieli, uczniów i rodziców, by dołączyli do nich i uwierzyli, że nie jesteśmy skazani na to, jak szkoła wygląda obecnie.

Co więcej, szkoła absolutnie nie powinna funkcjonować jak do tej pory i zmienić należy w niej niemal wszystko. Ta książka jest właśnie opowieścią o tych zmianach. O tym, jak wiele już teraz - zgodnie z prawem i z korzyścią dla efektywności edukacji - można zrobić. Jak wiele można porzucić z tych rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie szkoły, i jak wiele można dać przestrzeni na to, czego tak bardzo w szkołach brakuje. Ta książka to swoisty przewodnik po tym, od czego każdy z nas może zacząć tworzyć oświaty równoległe tu i teraz.

Nie jest to jednak prosta sprawa. Dlaczego? Bo mamy zarówno w sobie, jak i wokół nas niejednego "Niedasia", który jest święcie przekonany, że w szkole tak naprawdę niczego nie da się zmienić. Marzena Żylińska z Ruchu Budzących Się Szkół wspomina konferencję nauczycieli kilka lat temu w Krakowie. Po wykładzie o rewolucji edukacyjnej w szkołach zrzeszonych w Ruchu Budzących Się Szkół, w trakcie przerwy kawowej, do Marzeny Żylińskiej podchodzi jedna z uczestniczek. "To bardzo ciekawe, bardzo ciekawe to, co pani mówi..." - zagaja kobieta. "Ale w mojej szkole to by się nie udało".

Przeciwnicy zmian tak właśnie zaczynają: od "ale". "Proszę zobaczyć, mówiłam przecież o tej szkole w Warszawie..." - odpowiada Żylińska. "Ale to szkoła w dużym mieście, u nas to by się, proszę pani, nie udało" - upiera się przy swoim uczestniczka konferencji. "Pokazałam też szkołę z kaszubskiej wsi" - kontynuuje Żylińska. "Ale moja szkoła nie jest na wsi, więc u nas to tak nie zadziała" - kobieta cały czas trwa przy swoim.

"Niedasie" to zatem ten typ ludzi, którzy z góry wiedzą, że nie da się czegoś zrobić, że to niemożliwe i nierealne, że wszystko to trzeba wsadzić między bajki... A jeśli nawet gdzieś udało się coś podobnego wprowadzić w życie, sytuacja ich szkoły jest na tyle wyjątkowa i niepowtarzalna, że to czy inne rozwiązanie na pewno się nie sprawdzą, nie ma nawet co próbować.

Tak było w Krakowie. Odbijanie piłeczki między Żylińską a uczestniczką konferencji trwa jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu przychodzi czas na zmianę taktyki. Żylińska bierze łyk kawy i pyta: "A o której pani dziś wstała?". "Proszę pani, żeby dzisiaj przyjechać do Krakowa na tę konferencję, wstałam o czwartej" - odpowiada kobieta. "I pani się chciało o czwartej wstać, żeby mi teraz mówić, że to, co w naszych szkołach się dzieje, co już tam funkcjonuje, to jest nieprawda i tego nie da się zrobić w innych miejscach?" - ripostuje twórczyni Ruchu Budzących Się Szkół. Uczestniczka milknie, obraca się na pięcie i odchodzi. W trakcie kolejnej przerwy kobieta mija Żylińską i w przelocie rzuca: "Dała mi pani do myślenia". Tylko tyle i aż tyle. Bo to już coś. Mur "nie da się" został nadkruszony. Jest więc szansa, że ta osoba w przyszłości powie: "Może warto spróbować?".