3.
ZUZANNA
W piątek wieczorem przyjeżdża do nas matka Adama, Alicja. Nigdy mnie nie lubiła, nie taką kobietę widziałaby u boku swojego wychuchanego jedynaka... Jednak dla zachowania miłej atmosfery przy stole obie trzymamy języki za zębami, nie docinając sobie. Wręcz przeciwnie, kiedy Alicja wchodzi do mieszkania, ciągnąc za sobą piżmową smugę perfum, uśmiecham się, biorę od niej mokrą parasolkę i kłamię, że miło ją widzieć. Tak naprawdę wolałabym natknąć się na żmiję bądź kobrę, ale tę akurat myśl zachowuję dla siebie. Adam stoi tuż obok, ucieszony widokiem matki. Kocha ją miłością ślepą i bezbrzeżną, jest typowym maminsynkiem niepozwalającym powiedzieć na Alicję złego słowa.
- Pięknie wyglądasz - mówi, w jego oczach widzę niekłamany zachwyt.
Ale fakt, wiedźma wygląda świetnie. Ma pięćdziesiąt siedem lat i ciało bogini. Nie wiem, czy to joga, czy może baba podpisała cyrograf z diabłem, ale sprawia wrażenie piętnaście lat młodszej i dokładnie tak się zachowuje. Jest radosna, roześmiana, pewna siebie i zwinna - któregoś dnia Adam pokazał mi filmik, na którym ćwiczyła, i jestem pewna, że nawet ja, mając dwadzieścia trzy lata, nie jestem aż tak rozciągnięta. Ubiera się równie dobrze, jak się prezentuje. Tym razem ma na sobie czarne legginsy, szarą bluzkę z nadrukiem w złocone motyle i botki na cienkich obcasach. Jej sięgające ramion włosy są modnie wycieniowane, z przodu zdobią je nieco jaśniejsze pasemka. Ma klasę i kasę, a może tylko kasę? Tak czy inaczej, wygląda bosko.
- Rozgość się, proszę - mówię, płynnie wchodząc w rolę gospodyni, chociaż akurat tego dnia jej wizyta jest mi szczególnie nie na rękę.
Spóźnia mi się okres i czuję się nadęta jak balon, a ból w krzyżu sprawia, że mam ochotę zwinąć się w kłębek, wpełznąć pod koc i zapomnieć o całym świecie. Ale nic z tego. Alicja wchodzi do salonu i lustruje wzrokiem pokój z miną, którą mogłaby zrobić Rozenek podczas testu białej rękawiczki. Jednak matka Adama poprzestaje na skubnięciu jednego z liści monstery i zasiada za stołem, czekając na obsłużenie, niczym królowa. O tym, że pomoże mi w kuchni, mogę zapomnieć.
Adam robi jej drinka. Niska szklanka, kilka kostek lodu, odrobina whisky. Zawsze pije to samo, to jedno nigdy się nie zmienia.
- Dobrze wyglądasz, synku. - Alicja gładzi go po policzku, jej jasne oczy błyszczą.
- Ty też - mój facet odwzajemnia komplement i siada obok niej przy stole.
Mnie nie pytają, czy chcę whisky. Moją rolą jest podanie kremu z brokułów, bagietki i surówki z pora, którą zrobiłam na tę okazję. Sernik zaserwuję później, a ona zje olbrzymi kawałek i nawet ta kaloryczna bomba nie wejdzie jej w biodra. "Wiedźma" - myślę.
Z pokoju dochodzi ich śmiech. Jej brzmi perliście, ale też nieco kokieteryjnie, jest z tych kobiet, które, spragnione adoracji i podziwu w męskich oczach, w pewien niewinny, ale wyraźny sposób flirtują nawet z własnymi synami.
- Nawet sobie nie wyobrażasz! - chichocze, opowiadając coś Adamowi.
Włączam czajnik i jego odpowiedź niknie w szumie.
Opiekając bagietkę, myślę o matce. Ona nigdy nie była pewną siebie żoną radcy prawnego, jak Alicja. Nie wygląda jak milion dolarów i nigdy wcześniej nie wglądała. Jej życie to nieustanna zaciekła walka. O kasę na rachunki, jedzenie i lepszą przyszłość. Mój ojciec odszedł, kiedy miałam pięć lat, porzucił nas na pastwę losu, obojętny na to, co się z nami stanie. Matka nienawidzi mężczyzn, nie ufa im, a jednak stale kręcą się koło niej nowi kolesie. Poznaje ich w knajpach, w których od lat pracuje jako kucharka, czasem nad jeziorem. Sypia z nimi, marząc o dniu, w którym zobaczy w ich oczach miłość, ale widzi jedynie obojętność i chwilową chuć. Wtedy sięga po następnego, ale on nie jest lepszy od poprzednich. Wykorzystują ją, bo sama im na to pozwala. Nie potrafi inaczej. Czasem płacze, ale zawsze nosi głowę wysoko. Spryskana tanimi kwiatowymi perfumami z miejscowej drogerii, z siwym odrostem na skroniach, w kieckach z lumpeksu, wciąż jeszcze wierzy w miłość. "Może mam to po niej? - zastanawiam się. - Może ja też rozpaczliwie pragnę miłości, widząc ją nawet tam, gdzie nigdy jej nie było?".
Kiedy wracam do salonu, Adam pokazuje coś matce w swoim telefonie, a ona szeroko się uśmiecha. Stawiam przed nią czarkę z zupą, ale nawet na chwilę nie podnosi na mnie wzroku. Dla niej jestem niewidzialna, mogłabym nie istnieć. Myślę, że ona po prostu czeka, aż Adam się mną znudzi, przyczaiła się. Jest mądra, nie krytykuje mnie otwarcie, nie odradza mu związku ze mną. Mężczyźni tego nie lubią, ma tego świadomość. Dlatego siedzi cicho, roztaczając wokół piżmową woń drogich perfum, i udaje, że aprobuje wybory syna. Doceniam jej spryt, imponuje mi, ale czuję, że nigdy nie uda mi się jej polubić. Łączy nas miłość do tego samego mężczyzny i udajemy, że gramy w jednej drużynie, chociaż najchętniej skoczyłybyśmy sobie do gardeł, walcząc o jego czas, uwagę i przychylne spojrzenia.
- Ty nie jesz? - Adam w końcu odkłada telefon i zanurza łyżkę w zmiksowanej przeze mnie zupie.
- Niezła - mówi Alicja.
Kłamie. Widzę to po niej, jestem stuprocentowo pewna. Kłamie, żeby nie wyjść na heterę, a syn, zadowolony z sielskiej atmosfery, gładzi ją po plecach i sięga po kawałek bagietki.
Idąc po moją porcję zupy, słyszę, że matka pyta go o gabinet.
- Interes idzie świetnie, mamy sporo nowych pacjentów - zapewnia ją.
Dziwne, bo mnie mówił ostatnio zupełnie co innego...
Kiedy jem, Alicja odsuwa ledwo napoczętą zupę i sięga po kawałek bagietki, a ja panikuję, zastanawiając się, czy mogłam podać coś bardziej wykwintnego i czy ona mnie nie wyśmieje, kiedy tylko stąd wyjdzie. Ale jest już za późno, mleko się rozlało.
Adam je z apetytem, należy do tych facetów, którym można łatwo dogodzić kulinarnie, co bardzo mnie cieszy. Chwali nawet parówki z bułką, które podaję czasem na kolację, mówi, że przypominają mu dzieciństwo.
- Co u ojca? - pyta Adam, a ona sięga po półmisek z surówką i nakłada sobie zaskakująco pokaźną porcję.
- Żyje, co jest plusem samym w sobie - odpowiada kąśliwym tonem, zanim kolejny raz wkłada do ust widelec.
Adam się śmieje, wymieniają rozbawione spojrzenia.
Alicja od lat nie kocha męża, ale wielbi jego pełny portfel. Tu prawie ją rozumiem, od dzieciństwa noszę w sobie głód luksusu, którego nawet ostatnie miesiące u boku Adama nie zdołały jeszcze zagłuszyć. Buty donaszane po dzieciakach sąsiadki, stary piórnik, przerabiane na dziesiątą stronę sukienki - te wspomnienia wczepiły się w moją skórę, przesiąkłam obrzydzeniem do braku pieniądza... Brzydzę się biedą, jest jak czyraki, zohydza mi świat. Chcę pachnieć drogimi perfumami, jeździć szpanerskim autem, kłaść się w pościeli z dobrego jakościowo materiału. Matka ma w szafie kilka kompletów z kory, niektóre są tak sprane, że boli mnie sam ich widok. Bieda pulsuje w moich żyłach bólem wspomnień, odziera je z godności. Kalafior z ziemniakami na kolację, podeschnięte bułki, najtańsze parówki z dyskontu. Czasem matka przynosiła jedzenie z knajp, w których pracowała, a mnie każdy kęs rósł w gardle, bo czułam się tak, jakbym usiłowała przełknąć kradzione.
Ale teraz mam pieniądze. Zarabiam niewiele, jednak sypiam z mężczyzną, który wie, jak się mną zająć. Adam jest hojny, co bardzo w nim cenię. Rozpieszcza mnie, obsypuje prezentami, hołubi. Jestem jego zabaweczką i kocham to. Jest jak ciepły kaszmirowy szal w jesienny wieczór. Wtulam się w niego i czuję się bezpiecznie. Nie rozważam tego, co może się wydarzyć, pomimo że mamy kasę. Skupiam się na tym, z jak wielu życiowych opresji on może nas wyciągnąć, mając ją, i świadomość tego zawsze poprawia mi humor.
- Może jednak powinnaś znaleźć sobie coś innego? - Głos Alicji wyrywa mnie z zamyślenia, przywraca do rzeczywistości.
Patrzę na nią, nie mając pojęcia, o czym mówi, w końcu przychodzi zrozumienie. No tak, praca w jego gabinecie... Adam, jako lekarz i właściciel, ma spore powody do samozadowolenia, ale mnie, kobiecie jej jedynego syna, praca na stanowisku asystentki stomatologicznej i sprzątanie pokojów zabiegowych zapewne jej zdaniem przynosi ujmę.
- Poszukam - kłamię, wysilając się na coś w rodzaju uśmiechu, a ona odwzajemnia się równie nikłym grymasem.
Obie wiemy, że bezczelnie łżę, i to prosto w oczy. Ona się domyśla, że jest mi wygodnie, a ja wiem, że za żadne skarby świata nie stracę z oczu Adama. Nie teraz, kiedy po gabinecie kręci się napalona na niego Kamila. Czasem myślę, żeby podłożyć jej świnię. Wmanewrować ją w kradzież, oskarżyć o złe traktowanie pacjentów, wplątać ją w jakąś aferę bądź nakłamać Adamowi na jej temat. Wiem jednak, że tego nie zrobię, nie potrafię. Umiem walczyć o swoje, ale nigdy nie byłam tego rodzaju suką. Tym bardziej że Kamila też nie ma łatwego życia. Mieszka z dwiema lokatorkami, ma jakieś długi, które spłaca za brata, i dorabia na boku, gdzie tylko może. "Nie zrobię jej tego - obiecuję sobie. - Chyba że to ona pierwsza zagra nieczysto".
Podając sernik, widzę, że Alicja, nie czekając na syna, dolewa sobie whisky. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby to robiła, i zaczynam się zastanawiać, czy jednak coś jej nie trapi.
- Otworzę nową butelkę. - Adam wstaje zza stołu, podchodzi do barku i sięga w jego głąb, gdzie trzyma alkohole na szczególną okazję, czasem podarowane nam przez wdzięcznych stałych pacjentów.
"Jasne, dla mamusi wszystko, co najlepsze" - myślę, kątem oka obserwując Alicję.
Sernik, w przeciwieństwie do kremu z brokułów, chyba jej smakuje. Je z apetytem, zlizuje z łyżeczki z czekoladową polewę i z błogością mruży oczy.
- Jakie macie plany na wakacje? - pyta nagle, a ja nieruchomieję za stołem, zaskoczona tym, że sama ani razu jeszcze o tym nie pomyślałam.
- Nie wiem, może Kanary, ale dopiero grudzień, styczeń - odpowiada Adam, chociaż ja pierwszy raz słyszę o tej opcji.
"Kanary? Chciałabym" - myślę, podczas gdy Alicja zaczyna snuć wspomnienia ze swojego pobytu na Fuerteventurze.
- Zaparzyć kawy? Macie ochotę? - pytam, bo świetnie wiem, że ta wampirzyca pija kawę nawet po dwudziestej pierwszej, a później śpi jak dziecko.
- Ja chętnie się napiję. - Adam od razu podchwyca pomysł, ale jego matka, ku mojemu zaskoczeniu, odmawia.
- Wezwij mi taryfę - prosi syna i wyciąga upierścienioną dłoń, żeby ponownie pogłaskać go po policzku.
Nagle przez moją głowę przelatuje naprawdę paskudna, ohydna myśl... "Kiedy ona umrze, wszystkie te diamenty będą moje" - mrużę oczy, wpatrując się w migoczące kusząco oczka złotych pierścionków.
- Szkoda, że już wychodzisz. - Adam wygląda na rozczarowanego.
Pewnie chętnie posiedziałby dłużej w towarzystwie najukochańszej mamusi, wyżaliłby się jej na nudny los lokalnego przedsiębiorcy i dał się jeszcze pogłaskać po główce...
- Powiedziałem coś zabawnego? - Adam dostrzega mój kpiący uśmieszek i pochmurnieje.
- Nie, kotku. Po prostu coś sobie przypomniałam - kłamię.
Pochylam się nad nim, żeby pocałować go w usta, a kiedy on rozchyla wargi, wsuwam pomiędzy nie język, ze złośliwą satysfakcją odnotowując fakt, że to jest moja jedyna przewaga nad Alicją - to, że mogę się w ten sposób pieścić z mężczyzną, którego tak ukochała. Ja, nie ona. To moje imię szepcze, kiedy we mnie wchodzi, jej już nie woła nocami, nie potrzebuje. Dorósł, zmężniał, nie szuka pociechy w jej miękkich ramionach. To moje sutki ssie pośród aksamitnej ciemności sypialni, nie jej. Wykarmiła go mlekiem, ja karmię go rozkoszą... Zalewa mnie fala mściwej satysfakcji.
On odsuwa się pierwszy i chrząka zażenowany. Jego speszona mina mnie bawi, podsyca chwilowe i złudne poczucie wyższości kochanki nad matką.
Alicja mruży oczy, jej wzrok dosłownie mógłby zabić, ale chyba zdążyłam się już uodpornić na jej złe spojrzenia...
- Dzwoń mi po tę taryfę - ponagla go ostrym głosem, nagle cała jej przesłodzona matczyna czułość ustępuje miejsca buzującej w niej wściekłości.
"A więc jednak nasz namiętny pocałunek nieco ją wytrącił z równowagi - myślę. - Cóż, punkt dla mnie". Adam, zaskoczony niespodziewaną zmianą jej tonu, wybiera numer jedynej w naszym miasteczku korporacji taksówkarskiej - sądząc po jego niepewnej minie, nie bardzo rozumie, co właśnie zaszło, nie potrafi odgadnąć przyczyny kiepskiego matczynego nastroju...
- Wszystko w porządku? - pyta matkę, a ona i jemu posyła piorunujące spojrzenie.
- Tak, czemu nie miałoby być? - syczy, odwrócona do mnie plecami, zapatrzona w ścianę sąsiadującej z naszą kamienicy.
Teraz cała mowa jej ciała wyraża skrajną dezaprobatę wobec wyboru jedynego syna, na chwilę przestała się kryć ze swoją niechęcią do mnie i gra w otwarte karty, chociaż, znając Adama, on pewnie i tak nie połapie się w rozgrywającej się na jego oczach kobiecej partyzantce.
Kilka minut później Alicja zakłada żakiet, wyjmuje z wanny podsuszoną parasolkę, którą tam włożyłam, całuje syna w oba policzki i kiwa mi głową na pożegnanie, jednak nawet nie podaje mi ręki. Mur, który od początku nas dzielił, tego akurat wieczoru jest wyjątkowo nieprzenikniony.
Adam schodzi za nią na dół, żeby odprowadzić ją do taryfy. Siadam na sofie, zdejmuję szpilki i wsuwam dłoń w koronkowe majtki, pieszcząc palcami łechtaczkę. Jestem mokra, soki z mojej szparki oblepiają mi palce. Kiedy zanurzam się w siebie, a moje palce zachłannie zasysają wąskie ściany pochwy, z mojego gardła wyrywa się cichy jęk.
Adam wraca na górę, rzuca klucze na komodę i głośno zatrzaskuje frontowe drzwi. Wołam go, płonę z pragnienia poczucia go w sobie, moje ciało wibruje niespełnieniem.
- Weź mnie - proszę, kiedy wchodzi do salonu, a on z błąkającym się w kącikach ust uśmiechem spogląda na moją uniesioną sukienkę i szeroko rozchylone uda.
Kiedy się rozbiera, przyglądam mu się, sycąc wzrok widokiem jego ładnie umięśnionego torsu, który porastają gęste jasne włoski, płaskiego, wyćwiczonego brzucha, mocnych ud i dyndającego pomiędzy nimi penisa, który w kilkanaście sekund się unosi, rosnąc na moich oczach.
Opada na mnie i wślizguje się do mojego wnętrza tak zwinnie i łatwo, jakbym była naoliwioną machiną, a on dopasowanym metalowym tłokiem. A później posuwa, posuwa i posuwa, mocniej, intensywniej, zachłanniej, a ja wiję się pod nim, czując, że w czubkach moich palców u nóg rozbrzmiewają pierwsze takty orgazmu.
- Tak - szepczę, a on wbija się we mnie kilka ostatnich razy i kończy z przeciągłym jękiem.
Szczytując, myślę o unoszącym się w salonie piżmowym zapachu perfum jego matki, ich woń odrzuca mnie i upaja jednocześnie, czuję się tak, jakby Alicja przyglądała się nam z odległego końca pokoju, cierpiąc katusze na myśl, że taka niedouczona, nieciekawa dziewucha jak ja zabawia się właśnie z jej przystojnym synem lekarzem, bezczeszcząc to wydane przez nią na świat idealne męskie ciało.
- Nalej mi whisky - proszę, kiedy on ze mnie wychodzi i całuje mnie w szyję.
- Jesteś dziś jakaś inna - mówi, podając mi alkohol.
- Wydaje ci się - kłamię, ale w głębi serca czuję, że ma rację.
"Dziś pokazuję pazury i sięgam po to, czego pragnę. Dziś jestem silna, wolna i pewna siebie" - stwierdzam w duchu.
- Przewietrzę tu. - Adam, który nie lubi zbyt intensywnych zapachów, nagi podchodzi do okna i otwiera je na oścież.
- Dawno nie kochaliśmy się tak jak dzisiaj - mówię, a on klęka obok sofy, wsuwa palce w mój dekolt i pieszcząc dłonią jeden z moich sutków, patrzy mi głęboko w oczy.
- Mówię poważnie, jesteś dziś jakaś inna...
- Może zrozumiałam, że jestem dla ciebie ważna? - odpowiadam pytaniem, a on muska kciukiem moją dolną wargę, jakby przygotowywał moje usta do pocałunku.
- A miałaś co do tego wątpliwości? - dziwi się.
- Nie. - Znowu kłamię, ale nie mam wyrzutów sumienia.
Życie nauczyło mnie, że każdy związek jest pełen kłamstw, nieczystych gierek i niedomówień. Okłamujemy rodziców, nauczycieli, sąsiadów, przyjaciół i rodzeństwo. Czemu więc nie kochanków? Wsuwam palce w jego gęste jasne włosy, opadające mu na czoło nieco zbyt długą grzywką.
- Kocham cię - mówię i tym razem nie mijam się z prawdą.
Tak, kocham go, nawet jeśli miłość do jego ciała nierozłącznie splata się z uwielbieniem stanu jego konta... Ale czemu to miałoby być coś złego? Wszyscy pragną pieniędzy. A jeśli mówią, że to nieprawda, kłamią.