Zrobię dla ciebie wszystko - Agata Komorowska

Kup ebooka

42.90 zł
36.47 zł (35,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Początek

- Halo... Mamo... Mamo! Popeł­niam samo­bój­stwo! - usły­szała przez tele­fon mama szes­na­sto­let­niego Kuby.

Była dwu­dzie­sta trze­cia. Ania poło­żyła się tego dnia wcze­śniej, by wypo­cząć przed kon­fe­ren­cją, którą miała popro­wa­dzić następ­nego ranka. Sygnał nad­cho­dzą­cego połą­cze­nia wyrwał ją ze snu.

- Kuba, pocze­kaj... Co ty do mnie mówisz? - Sądziła, że to jeden z jego głu­pich dow­ci­pów. Kuba nie­raz potra­fił zasko­czyć żar­tem, który nikogo nie śmie­szył.

- Mamo! Ja nie żar­tuję! Popeł­niam samo­bój­stwo! - powtó­rzył Kuba, a po tym wyzna­niu zapa­dła prze­ra­ża­jąca cisza.

- Kubuś... Kuba! Nie roz­łą­czaj się! Kuba!!!

Nasto­la­tek odło­żył tele­fon.

Oddzwo­niła.

Nie odbie­rał.

Zadzwo­niła ponow­nie.

Bez odpo­wie­dzi.

Ania sie­działa w hote­lo­wym łóżku, kil­ka­set kilo­me­trów od domu. Nawet jeśli natych­miast wsia­dłaby do samo­chodu, to w domu byłaby za parę godzin... "Nie zdążę" - pomy­ślała. "Boże, nie zdążę!" Zadzwo­niła do Filipa, naj­lep­szego przy­ja­ciela Kuby. Filip już o wszyst­kim wie­dział, bo Kuba dzwo­nił rów­nież do niego. Był piąt­kowy wie­czór, ulice puste, Filip miał bli­sko do domu Ani, a star­szy kolega dys­po­no­wał samo­cho­dem, któ­rym wła­śnie pędzili obaj Kubie na ratu­nek. Ania była z Fili­pem na linii. Sły­szała, jak chło­pak wysiada z auta, jak jego oddech przy­spie­sza, kiedy zaczyna biec.

- Oddzwo­nię - wysa­pał. - Zaraz tam będę. - Roz­łą­czył się.

Ania prze­ży­wała każdą chwilę w zwol­nio­nym tem­pie. Nie wie­działa, że sekundy mogą trwać aż tak długo.

Nie wytrzy­mała. Zadzwo­niła.

Filip nie odbie­rał.

Znowu wybrała numer... i znowu...

W końcu usły­szała głos Filipa.

- Cio­ciu, żyje! Wszystko jest okej. On żyje. Nic mu nie jest.

- Co się stało?! Co się tam dzieje?! - krzy­czała przez łzy Ania.

- Już nie płacz, cio­ciu. Wszystko jest okej...

Nic nie było okej! Bo jakim cudem szes­na­sto­la­tek pró­buje się zabić, kiedy mama wyjeż­dża rap­tem na dwa dni? Ania zadrę­czała się pyta­niami: "Gdzie popeł­ni­łam błąd?! Prze­cież jestem jego mamą, powin­nam wie­dzieć... Czego nie zauwa­ży­łam?! Czego nie dopil­no­wa­łam?! Prze­cież zawsze mógł do mnie przyjść. I przy­cho­dził! Zawsze mógł poroz­ma­wiać. I roz­ma­wiał... Gdzie więc popeł­ni­łam błąd? Bo to z pew­no­ścią była moja wina".

Ania pła­kała, sie­dząc w moim gabi­ne­cie na żół­tym jak słońce plu­szo­wym fotelu.

- Agata, zro­bię dla niego wszystko... Wszystko! Tylko kom­plet­nie nie wiem, od czego zacząć...

Wstęp

Pyta­nia, któ­rymi zadrę­czała się Ania, nur­tują każ­dego rodzica, któ­rego dziecko prze­staje radzić sobie z codzien­no­ścią, zaczyna się oka­le­czać, prze­ja­wia symp­tomy depre­sji, wpada w uza­leż­nie­nia, doświad­cza pro­ble­mów w szkole i w rela­cjach rówie­śni­czych, prze­żywa nie­zro­zu­miałe lęki, ma natrętne myśli czy w końcu podej­muje próby samo­bój­cze. Obser­wu­jąc uko­chane dziecko, które traci poczu­cie sensu i chęci do życia, jako rodzice mamy poczu­cie bez­rad­no­ści, zło­ścimy się, drę­czą nas ogromne poczu­cie winy i prze­możny lęk przed oceną ze strony bli­skich, leka­rzy, spe­cja­li­stów i nauczy­cieli. Z tym obez­wład­nia­ją­cym lękiem sta­jemy przed wybo­rem, co robić w sytu­acji, która nas zaska­kuje i prze­ra­sta. Piszę "my", bo jako mama czworga dzieci nie­jed­no­krot­nie sta­wa­łam przed takimi wyzwa­niami i choć wie­dzia­łam, że jestem gotowa zro­bić dla moich dzieci wszystko, nie wie­dzia­łam, od czego zacząć, z któ­rych porad sko­rzy­stać i na ile mogę ufać samej sobie, skoro oso­bi­ście ni­gdy w takich sytu­acjach, w jakich uczest­ni­czyły moje dzieci, się nie zna­la­złam. Okresu doj­rze­wa­nia bez inter­netu i tele­fo­nów komór­ko­wych w żaden spo­sób nie da się porów­nać do tego, z czym mie­rzą się dzi­siej­sze nasto­latki. Nikt z nas, rodzi­ców, nie ma spraw­dzo­nej, nie­za­wod­nej recepty na cho­roby cywi­li­za­cyjne, które sze­rzą się niczym śre­dnio­wieczna dżuma. W star­ciu z nimi bez zna­cze­nia są sta­tus spo­łeczny i stan posia­da­nia. Bez względu na to, czy jesteś psy­cho­lo­giem, leka­rzem, nauczy­cie­lem, eks­pe­dientką, czy peł­no­eta­to­wym rodzi­cem, a twoje dziecko cho­dzi do szkoły publicz­nej czy pry­wat­nej, może doświad­czać roz­ma­itych kło­po­tów i prze­żywać trud­no­ści. Ważne, aby zauwa­żać pierw­sze nie­po­ko­jące objawy. Ważne są twoja reak­cja na poja­wia­jące się pro­blemy oraz umie­jęt­ność poskro­mie­nia wła­snych lęków i uprze­dzeń, co pozwoli zapew­nić dziecku wła­ściwą i ade­kwatną pomoc. Jak to zro­bić? Już to robisz. Trzy­masz w ręku książkę, która pomoże ci nie tylko zna­leźć odpo­wie­dzi na nur­tujące pyta­nia, ale przede wszyst­kim da poczu­cie pew­no­ści sie­bie w roli rodzica. Kiedy skoń­czysz ją czy­tać, będziesz wie­działa lub wie­dział, co robić, zyskasz siłę i wypra­cu­jesz deter­mi­na­cję, żeby zro­bić dla swo­jego dziecka WSZYSTKO to, czego ono potrze­buje.

Przez dwa­dzie­ścia pięć lat życia z czwor­giem dzieci, z któ­rych jedno ma zespół Downa, dru­gie zespół Asper­gera, zebra­łam mnó­stwo doświad­czeń. Dwoje dzieci zaadop­to­wa­łam - jedno jako nie­mowlę, dru­gie jako szes­na­sto­latka, dla któ­rego począt­kowo byłam rodziną zastęp­czą. Razem prze­szli­śmy przez nie­zli­czoną liczbę kry­zy­sów, z któ­rych wyszli­śmy obronną ręką, two­rząc obec­nie zgraną, szczę­śliwą, wspie­ra­jącą się i kocha­jącą rodzinę. Te doświad­cze­nia - w połą­cze­niu z mię­dzy­na­ro­do­wym pro­fe­sjo­nal­nym tre­nin­giem tera­peu­tycz­nym i coachin­go­wym - spra­wiają, że od lat sku­tecz­nie wspie­ram doro­słych i mło­dzież w radze­niu sobie z trudną codzien­no­ścią. Zawo­dowo zaj­muję się tera­pią, coachin­giem i kon­sul­ta­cjami rodzi­ciel­skimi. Jestem autorką ksią­żek, szko­leń i warsz­ta­tów. Prak­ty­kuję Com­pas­sio­nate Inqu­iry, czyli podej­ście tera­peu­tyczne wypra­co­wane przez Gabora Maté - świa­to­wej sławy leka­rza i spe­cja­li­stę w dzie­dzi­nie traumy i uza­leż­nień, autora best­sel­le­ro­wych porad­ni­ków. Wciąż posze­rzam swoją wie­dzę z zakresu psy­cho­lo­gii, psy­cho­trau­ma­to­lo­gii i naj­róż­niej­szych metod tera­peu­tycz­nych. Czło­wie­czeń­stwo to moja wielka pasja. Jestem cie­kawa każ­dego czło­wieka i zde­ter­mi­no­wana, by moi pod­opieczni i czy­tel­nicy potra­fili spoj­rzeć na sie­bie z czułą wni­kli­wo­ścią, zachwy­tem i sza­cun­kiem. Jestem lustrem dla ludzi, któ­rych spo­ty­kam w swoim gabi­ne­cie. Mogą w nim dostrzec istotę, która kryje się pod wie­loma war­stwami i maskami ule­pio­nymi z mecha­ni­zmów obron­nych, zło­ści, despe­ra­cji i głę­boko skry­wa­nej roz­pa­czy. Piękną istotę, która jest nie­po­wta­rzal­nym cudem. Mam nadzieję, że w trak­cie lek­tury tej książki i ty doświad­czysz takiej wła­śnie wizji sie­bie i swo­jego dziecka. Bo aby pomóc mło­demu czło­wie­kowi, potrzebny jest wraż­liwy, czujny, pewny sie­bie, sta­bilny emo­cjo­nal­nie i poukła­dany wewnętrz­nie rodzic. Moja dzia­łal­ność została doce­niona w 2024 roku przez kapi­tułę ShEO Awards tygo­dnika "Wprost", w kate­go­rii "Balans w świe­cie kry­zy­sów".

Depre­sja i ja znamy się od lat. Zwień­cze­niem naszej zna­jo­mo­ści była wydana w 2017 roku książka pod tytu­łem Depre­sjo­lo­gia. Zgłę­bi­łam tema­tykę przy­czyn, lecze­nia i nawro­tów depre­sji, bio­rąc pod uwagę wiele aspek­tów: medyczne, dzie­dziczne, emo­cjo­nalne, duchowe i ezo­te­ryczne. Zawo­dowo czę­sto spo­ty­kam ludzi, któ­rzy na tę cho­robę cier­pią. Jako osoba obecna w mediach czy­tam i odpo­wia­dam na nie­zli­czone maile i wia­do­mo­ści doty­czące depre­sji. Sama kil­ka­krot­nie doświad­czy­łam nawro­tów cho­roby, jed­nak za każ­dym razem szyb­ciej i coraz sku­tecz­niej radzę sobie z symp­to­mami, bo znam i rozu­miem przy­czyny oraz sche­maty, które są czę­ścią mojego życia. Przez te wszyst­kie lata bar­dzo dokład­nie pozna­łam sie­bie, moją prze­szłość i prze­ko­na­nia, które kształ­tują moją teraź­niej­szość. Korzy­sta­łam z pomocy naj­róż­niej­szych spe­cja­li­stów i nauczy­łam się nie oce­niać nikogo na pod­sta­wie posia­da­nego tytułu nauko­wego czy pro­wa­dzo­nej strony inter­ne­to­wej, bo naj­waż­niej­sze dla mnie nie są wie­dza czy doświad­cze­nie danego spe­cja­li­sty, a jego chęć wni­kli­wego zro­zu­mie­nia kom­plek­so­wo­ści mojej osoby. Pro­ces lecze­nia ozna­cza przede wszyst­kim głę­bo­kie zmiany, a te są moż­liwe dzięki uświa­do­mie­niu sobie pier­wot­nych przy­czyn danych dole­gli­wo­ści oraz zastą­pie­niu szko­dli­wych sche­ma­tów zacho­wań popraw­nymi, co może się wyda­rzyć jedy­nie w rela­cji tera­peu­tycz­nej, peł­nej zaufa­nia, akcep­ta­cji i czu­łej wni­kli­wo­ści. Nauczy­łam się akcep­to­wać sytu­acje, któ­rych doświad­czam, bez oce­nia­nia, wypie­ra­nia i zło­ści. Nauczy­łam się zmie­niać to, co zmie­nić mogę, i odpusz­czać to, czego zmie­nić się nie da. Nauczy­łam się odróż­niać jedno od dru­giego. Nauczy­łam się nie oce­niać sie­bie i nie obwi­niać innych. Nauczy­łam się sza­no­wać tych, któ­rzy na zmiany nie są gotowi, i tych, któ­rzy zmian w swoim życiu po pro­stu nie chcą. I tymi prze­pięk­nymi zaso­bami podzielę się z tobą.

Jak to się ma do dzieci? Jak wspo­mnia­łam, mam ich czworo. Aleks, naj­star­szy syn uro­dzony w 2001 roku, wycho­wy­wał się w okre­sie, kiedy byłam twarda jak skała, silna, jak na zodia­kal­nego Byka przy­stało, i zimna jak lodo­wiec. Par­łam do przodu i osią­ga­łam suk­cesy, a mój kon­takt ze sobą można było porów­nać do spo­tka­nia góry lodo­wej z tro­pi­kalną plażą. W wieku szes­na­stu lat u Aleksa zdia­gno­zo­wano zespół Asper­gera, depre­sję nieco póź­niej - była ona czę­ścią pię­ciu eta­pów żałoby po dia­gno­zie. Dzi­siaj mój syn jest zdro­wym, rado­snym, spo­koj­nym i pogo­dzo­nym ze sobą mło­dym czło­wie­kiem. Skoń­czył infor­ma­tykę, mieszka w domu rodzin­nym, a rela­cje mię­dzy nami nie mogłyby być lep­sze. Aleks co wie­czór cmoka mnie w czółko i dzię­kuje za to, że jestem jego mamą, a ja jemu za to, że jest moim synem. Wczo­raj powie­dział: "Mamo, chcę sze­rzyć dobro tak jak ty", a ja nie wsty­dzi­łam się przy nim roz­czu­lić. Sta­li­śmy w uści­sku pośrodku kuchni i ta chwila zosta­nie w mojej pamięci na zawsze. To jest naj­pięk­niej­sza rela­cja pomię­dzy matką i doro­słym dziec­kiem, jaką mogłam sobie wyma­rzyć. A prze­cież sprawy mogły poto­czyć się zupeł­nie ina­czej... Mogło go już nie być... Aleks ma za sobą eks­tre­malne doświad­cze­nia. Osta­tecz­nie wyszedł na sło­neczną polanę i kro­czy pro­stą drogą przez codzien­ność, która już go nie rani i nie powo­duje utraty wiary w to, że życie ma sens.

Drugi uro­dził się Kry­stian. Cze­ka­łam na to dziecko bar­dzo długo. Kosz­to­wało mnie mnó­stwo testów owu­la­cyj­nych i cią­żo­wych oraz jedną ciążę utra­coną. W 2007 roku naresz­cie się udało, ale nie był to rok szczę­śliwy. Kry­stian uro­dził się z nad­pro­gra­mo­wym chro­mo­so­mem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla osób z zespo­łem Downa. Wtedy byłam pewna, że mnie to zabije. Dzi­siaj wiem, że Kry­stian mnie oca­lił. Naszą histo­rię opi­sa­łam w książce Przez Cie­bie, synu.

W 2011 roku poja­wiła się Ada. Bar­dzo skru­pu­lat­nie zapla­no­wana, wycho­dzona i wyjeż­dżona. Jeden ośro­dek adop­cyjny odrzu­cił naszą kan­dy­da­turę na rodzinę adop­cyjną ze względu na dziecko nie­peł­no­sprawne, dopiero kolejny uznał, że jed­nak się nada­jemy. Dwa lata póź­niej trzy­mie­sięczna Ada roz­wrzesz­czała się w naszym domu. Dzi­siaj jest już nasto­latką. Dzięki niej wiem, jak czę­sto dzieci korzy­stają z Tik­Toka i Google'a, by samo­dziel­nie dia­gno­zo­wać u sie­bie depre­sję, autyzm i inne przy­pa­dło­ści. Dzięki niej wiem, jak to, co obec­nie dzieje się w mediach i codzien­nym życiu, wpływa na nasze dzieci. Wiem rów­nież, jak bar­dzo świat się zmie­nił przez te dzie­sięć lat, kiedy moi starsi syno­wie byli w tym samym wieku. To tylko dowo­dzi, że tempo zmian przy­spie­sza, a my, doro­śli, nie jeste­śmy w sta­nie za nimi nadą­żyć. Ada jest dziew­czynką o nie­sa­mo­wi­tym kon­tak­cie z samą sobą. Zna swoje wyzwa­nia i razem uczymy się nimi zarzą­dzać. Ma zdia­gno­zo­wane ADHD, dys­lek­sję i cha­rak­te­ry­styczny dla dzieci adop­to­wa­nych zespół odrzu­ce­nia, który skut­kuje nie­ty­po­wymi reak­cjami emo­cjo­nal­nymi w rela­cjach spo­łecz­nych. Ada nie użala się nad sobą i nie wyko­rzy­stuje swo­ich dia­gnoz jako uspra­wie­dli­wie­nia, by robić mniej. Ja nie zmu­szam jej, by robiła wię­cej. Nasza rela­cja to współ­praca oparta na samo­świa­do­mo­ści, zaufa­niu i sza­cunku do dru­giej osoby. Bo pomimo swo­ich zale­d­wie czter­na­stu lat Ada jest OSOBĄ, czyli osob­nym bytem. Ona już wie, co jest dla niej naj­lep­sze. Moją rolą jest kory­go­wać, a nie narzu­cać, wspie­rać, a nie popy­chać, być przy niej, kiedy się potknie, a nie kon­tro­lo­wać. Mimo pięk­nej rela­cji, którą mamy, Ada rów­nież prze­szła epi­zody samo­oka­le­czeń i myśli samo­bój­czych. Piszę o tym, abyś wie­działa lub wie­dział, że bez względu na to, jak bar­dzo się sta­rasz, nie jesteś w sta­nie zapo­biec wszyst­kim roz­cza­ro­wa­niom i dra­ma­tom w życiu two­jego nasto­latka. Klu­czowe jest to, jak zare­agu­jesz, a wspie­ra­ją­cych reak­cji nauczysz się w tej książce. Dzi­siaj Ada jest w dosko­na­łej for­mie, ale mam świa­do­mość, że czeka nas jesz­cze kilka wybo­istych lat, zanim osią­gnie doro­słą sta­bil­ność. To w pełni natu­ralny pro­ces, co nie ozna­cza, że dla nas, rodzi­ców, jest on łatwy. Nie jest. Jed­nak są spo­soby na to, by wycho­dzić z tych zawi­ro­wań obronną ręką.

Michał, tak jak Aleks, uro­dził się w 2001 roku, jed­nak pozna­łam go dopiero czter­na­ście lat póź­niej. Po roku zosta­łam jego rodziną zastęp­czą, a gdy skoń­czył szes­na­ście lat, mamą adop­cyjną. Byłam już wtedy od trzech lat samo­dzielną roz­wódką z trójką dzieci. Michał wycho­wy­wał się w śro­do­wi­sku, o któ­rym więk­szość z nas woli nawet nie myśleć. Jego udzia­łem stało się nie­mal wszystko, czego dziecko prze­ży­wać nie powinno, stra­cił wszystko, co dziecku się należy. Pozy­tywne rela­cje, któ­rych doświad­czył w naszej rodzi­nie, naj­pierw leczyły, a póź­niej stały się bole­snym kon­tra­stem, który uzmy­sło­wił mu, że wszystko, co znał, nie powinno być takie, jakie było. To prze­szy­wa­jące olśnie­nie było począt­kiem ciem­no­ści, która pochło­nęła go na dwa lata, i cho­ciaż naj­gor­sze już za nim, to po dziś dzień Michał czę­sto nie jest w sta­nie w pełni doświad­czać wła­snego świa­tła. W cza­sie pan­de­mii po raz pierw­szy musiał osiąść w domu i wytrzy­mać ze sobą bez cią­głego ucie­ka­nia w tre­ningi, bójki i tłum. Zauwa­ży­łam u niego pierw­sze symp­tomy depre­sji i zapro­wa­dzi­łam do psy­chia­try. Dostał leki. Spró­bo­wał i odsta­wił. Dzi­siaj Michał jest samo­dziel­nym mło­dym czło­wie­kiem, który pomimo demo­nów prze­szło­ści buduje swoje życie na wła­snych zasa­dach. Podzi­wiam go i jestem dla niego obecna zawsze, kiedy tego potrze­buje. Z dumą i rado­ścią przy­glą­dam się, jak roz­kwita, kie­ru­jąc się rzad­kimi już war­to­ściami, na któ­rych szczy­cie jest rodzina. Nasza rodzina. Histo­rię naszej nie­zwy­kłej rela­cji opi­sa­łam w książce Czy mogę ci mówić MAMO.

Jaki wpływ na cho­roby psy­chiczne oraz pro­ces zdro­wie­nia mają aspekty kom­plet­nie nie­me­dyczne, takie jak sztuczna inte­li­gen­cja, dostęp do wie­dzy całego świata, wiara, tra­dy­cja, glo­ba­li­za­cja, inter­net, zmie­nia­jące się war­to­ści i tra­dy­cje rodzinne? Jaki wpływ na zdro­wie naszych dzieci mamy my sami, czyli rodzice, opie­ku­no­wie, tera­peuci i nauczy­ciele, i co możemy zro­bić, żeby zapo­bie­gać, leczyć i chro­nić dzieci przed cho­ro­bami cywi­li­za­cyj­nymi? W jaki spo­sób nasze wła­sne poczu­cie sensu, szczę­ścia, dobro­stanu, satys­fak­cji oraz rów­no­wagi życio­wej i emo­cjo­nal­nej mogą wpły­wać na stan zdro­wia naszych dzieci? Na kolej­nych stro­nach przed­sta­wiam nie tylko moje oso­bi­ste wyja­śnie­nia powyż­szych zagad­nień, ale przy­glą­dam się wszech­obec­nym wyzwa­niom natury psy­chicznej, zwłasz­cza depre­sji u nasto­lat­ków, z wielu per­spek­tyw: psy­chia­trycz­nej, psy­cho­lo­gicz­nej, psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej, total­nej bio­lo­gii, dzie­dzic­twa wie­lo­po­ko­le­nio­wego, czyli tera­pii sys­te­mo­wej. Ana­li­zuję oma­wiane tematy, korzy­sta­jąc z wie­dzy, jaką pozy­ska­łam nie tylko jako spe­cja­listka, ale rów­nież pacjentka z depre­sją i samo­dzielna matka czwórki bar­dzo wyma­ga­ją­cych i zróż­ni­co­wa­nych dzieci. Przy­świe­cają mi ogromna cie­ka­wość i wielka miłość do ludzi, zwłasz­cza do dzieci, oraz pra­gnie­nie, by każdy młody czło­wiek doświad­czał codzien­nej rado­ści z życia, kie­ro­wał się potrzebą odkry­wa­nia świata i miał głę­bo­kie poczu­cie sensu wła­snego ist­nie­nia.

Za chwilę prze­czy­tasz praw­dziwe histo­rie dzieci i ich rodzi­ców. Dzieci takich jak twój syn czy twoja córka. Rodzi­ców, mam i ojców, takich jak ty. Pro­szę cię o lek­turę ich wypo­wie­dzi z otwar­tym umy­słem i bez for­mu­ło­wa­nia ocen. Weź pod uwagę, że nie masz poję­cia, jak ty byś się zacho­wała lub zacho­wał na miej­scu osób, które miały odwagę opo­wie­dzieć o swo­ich kło­po­tach. To dzięki tym dzie­cia­kom, ich rodzi­com, jak rów­nież spe­cja­li­stom, któ­rzy udzie­lili mi wywia­dów, jestem w sta­nie poka­zać wszyst­kie aspekty pro­ble­mów, z jakimi być może mie­rzy się wła­śnie twoje dziecko. Tutaj dowiesz się o czymś, o czym twoje dziecko nie umie ci powie­dzieć. Poznasz innych rodzi­ców, któ­rzy nie wie­dzieli, co robić, bali się i poszu­ki­wali odpo­wie­dzi. Niektó­rzy z nich na­dal poszu­kują, inni odna­leźli wła­sny wzór dobrej rela­cji z dziec­kiem. Zabiorę cię na wizytę do wybit­nej psy­chia­try spe­cja­li­zu­ją­cej się w cho­ro­bach dzieci i mło­dzieży. Razem odwie­dzimy gabi­nety psy­cho­lo­gów, tera­peu­tów i spe­cja­li­stów alter­na­tyw­nych. Znaj­dziesz tu wska­zówki, co robić w sytu­acjach kry­tycz­nych, ale przede wszyst­kim otrzy­masz receptę na to, jak zapo­bie­gać ich poja­wie­niom się i jak się odna­leźć, jeśli wystą­pią. Dowiesz się, jak zmniej­szyć ryzyko depre­sji i uza­leż­nień, jak wspie­rać dziecko w cza­sach, które są pełne wyzwań, z któ­rymi nie musieli się mie­rzyć ani nasi rodzice, ani my sami.

Nie mamy wie­lo­po­ko­le­nio­wych wzor­ców, jak radzić sobie z natło­kiem infor­ma­cji, nie­zli­czoną mno­go­ścią wybo­rów, dostę­pem do wszel­kiego rodzaju wie­dzy, dezinfor­ma­cji, szko­dli­wych obra­zów i twór­czych moż­li­wo­ści. My, rodzice, nie mamy w tym tema­cie abso­lut­nie żad­nego doświad­cze­nia, nasze dzieci już tak. My, rodzice, posłu­gu­jemy się zdez­ak­tu­ali­zo­wa­nymi wzor­cami, posia­damy nie­ade­kwatną do sytu­acji wie­dzę, bra­kuje nam umie­jęt­no­ści adap­ta­cyj­nych, któ­rych wymaga dzi­siej­sza rze­czy­wi­stość. Jeśli dojdą do tego nasze wła­sne zma­ga­nia zwią­zane z ner­wową sytu­acją na świe­cie, z obec­nymi wyzwa­niami eko­no­micz­nymi oraz upad­kiem auto­ry­te­tów i war­to­ści, tak fun­da­men­tal­nych dla naszych rodzi­ców i dziad­ków, to powsta­nie obraz pełen cha­osu, lęku i roz­pa­czy. Jak być dobrym rodzi­cem w takich oko­licz­no­ściach? I na czym polega bycie dobrym rodzi­cem? Czy jeśli dotych­czas żyłam w niewie­dzy, to jestem w sta­nie nad­ro­bić zale­gło­ści, napra­wić błędy, zmie­nić bieg wyda­rzeń? Odpo­wiedź brzmi: TAK. To nie jest twoja wina, że nie wiesz, nie umiesz, nie masz siły, ale masz jako rodzic obo­wią­zek, by się dowie­dzieć, nauczyć, nabrać sił i być wła­ści­wym wspar­ciem dla two­jego dziecka w jego dro­dze ku doro­sło­ści. Ja też nie umia­łam, też nie wie­dzia­łam, popeł­ni­łam mnó­stwo błę­dów. Na­dal tak wiele nie wiem, ale się uczę, tak czę­sto brak mi sił, ale moje dzieci już wie­dzą, że ja też mam prawo osłab­nąć, na­dal popeł­niam błędy, ale nauczy­łam się prze­pra­szać (tak, prze­pra­szam moje dzieci!) i razem pró­bu­jemy od nowa, od nowa i od nowa... Aleks i Michał są już doro­śli. Pomimo burz­li­wego okresu doj­rze­wa­nia obec­nie mamy cudowne rela­cje. Pomimo popeł­nio­nych przeze mnie błę­dów ufamy sobie, sza­nu­jemy się i kochamy ponad wszystko. Tak wygląda zdrowa rodzina i takiej życzę rów­nież tobie. Pamię­taj, że wszystko jest moż­liwe - naprawdę wszystko...

* * *

Książkę tę kie­ruję nie tylko do rodzi­ców, ale też do zaan­ga­żo­wa­nych spe­cja­li­stów, któ­rzy czę­sto pra­cują, nie mając kon­taktu ze sobą nawza­jem i nie mając świa­do­mo­ści kom­pe­ten­cji innych osób włą­cza­nych przez rodzi­ców w pro­ces rato­wa­nia dziecka. W niniej­szej publi­ka­cji opi­suję tech­niki, narzę­dzia i kom­pe­ten­cje spe­cja­li­stów z róż­nych dzie­dzin rów­nież po to, by ci nawza­jem się poznali i zro­zu­mieli, że nie dzia­łają prze­ciwko sobie.

Kiedy słu­cha­łam wypo­wie­dzi psy­cho­lo­gów i tera­peu­tów, dowia­dy­wa­łam się cho­ciażby, że tera­pia usta­wień sys­te­mo­wych nie jest uzna­wana przez śro­do­wi­sko psy­cho­lo­giczne, po czym w trak­cie roz­mowy oka­zy­wało się, że zupeł­nie nie­świa­do­mie psy­cho­log nawią­zuje do teo­rii, któ­rymi posłu­gują się tera­peuci sys­te­mowi. Mam więc prośbę: Bądź otwarta lub otwarty. Zapo­mnijmy o ety­kie­tach i wsłu­chajmy się w potrzeby dzieci, a następ­nie z uważ­no­ścią i zgod­nie z wła­snymi wie­dzą, moż­li­wo­ściami i kom­pe­ten­cjami niech każdy z nas da z sie­bie wszystko, by tym dzie­ciom pomóc. Wspie­rać można jedy­nie wtedy, kiedy wyko­rzy­stuje się kon­kretną wie­dzę, doświad­cza emo­cji dru­giego czło­wieka i słu­cha wła­snej intu­icji. Umysł, serce i dusza to trzy nie­zbędne skład­niki sku­tecz­nego poma­ga­nia, lecze­nia i edu­ko­wa­nia.

Niniej­sza książka prze­zna­czona jest dla każ­dego, kogo inte­re­suje dobro­stan mło­dzieży, kto pra­gnie zro­zu­mieć, z czym mie­rzy się poko­le­nie mło­dych i jak odmienne są to wyzwa­nia od tych, z któ­rymi mie­rzyliśmy się my, doro­śli, któ­rzy dora­sta­li­śmy w zupeł­nie innych oko­licz­no­ściach. Jestem ogrom­nie wdzięczna za wkład dzieci i mło­dych ludzi w powsta­nie tej publi­ka­cji.

To rów­nież książka dla two­ich przy­ja­ciół, któ­rzy nie wie­dzą, jak pomóc swo­jemu dziecku. Dla mamy czy taty two­jej uczen­nicy lub ucznia i dla rodzi­ców two­jego pacjenta.

Rodzi­com wyja­śnię róż­nice mię­dzy poszcze­gól­nymi spe­cja­li­za­cjami i opi­szę, w jakim zakre­sie upra­wia­jący dane dys­cy­pliny swoją pracą wspie­rają pro­ces dia­gnozy i zdro­wie­nia. Dro­dzy pro­fe­sjo­na­li­ści naj­róż­niej­szych spe­cja­li­za­cji, pokażę wam nasze, rodzi­ców, lęki i mecha­ni­zmy obronne, by łatwiej wam było do nas dotrzeć. Pro­szę pamię­tać, że jako autorka jestem obser­wa­torką, spra­woz­daw­czy­nią, odbior­czy­nią i uczest­niczką zja­wi­ska, jakim jest wysyp pro­ble­mów natury psy­chicz­nej wśród dzieci i mło­dzieży. Mam nadzieję, że na stro­nach tej książki razem znaj­dziemy odpo­wiedź na pyta­nie, co każdy z nas z osobna i my wszy­scy razem możemy zro­bić, by naszym dzie­ciom żyło się lepiej, były szczę­śliwe, czuły się bez­pieczne i zaopie­ko­wane.

Wiktoria, lat 14

Jak mia­łam jede­na­ście lat, zaczę­łam się ciąć.

Dla­czego zgo­dzi­łaś się na tę roz­mowę?

Mama zapy­tała, czy chcia­ła­bym pomóc oso­bie, która pisze książkę na temat depre­sji wśród nasto­lat­ków. Zde­cy­do­wa­łam się, bo sama zma­gam się z tym pro­ble­mem.

Kiedy zaczęły się twoje zma­ga­nia?

Jakieś trzy lata temu. Gdy skoń­czy­łam dzie­sięć lat.

Pamię­tasz, w jakich to było oko­licz­no­ściach?

Jak się do nas wpro­wa­dził chło­pak mamy. Jakoś ina­czej wszystko zaczęło wyglą­dać. Mama też się ina­czej zacho­wy­wała.

Rozu­miem, że przed­tem miesz­ka­ły­ście same, tylko we dwie.

Tak. I począt­kowo z tym chło­pa­kiem mamy było dziw­nie, ale on jest bar­dzo fajny i po jakimś cza­sie wszystko się uło­żyło. Już mi to nie prze­szka­dza.

Zaak­cep­to­wa­łaś go, a nawet polu­bi­łaś, ale mówisz, że czas jego zamiesz­ka­nia z wami był dla cie­bie począt­kiem trud­no­ści. Na czym one pole­gały?

Mama bar­dziej zwra­cała uwagę na swo­jego chło­paka i czę­ściej się na mnie dener­wo­wała. A ja mia­łam wię­cej obo­wiąz­ków.

Co wtedy myśla­łaś, czu­łaś?

Mia­łam wra­że­nie, że nagle jestem na dru­gim miej­scu. Było mi bar­dzo smutno.

Jak sobie radzi­łaś ze smut­kiem?

Dużo pła­ka­łam.

Mia­łaś kogoś bli­skiego, z kim mogłaś poroz­ma­wiać?

Nie. (płacz)

Wypusz­cze­nie łez jest dobrym zna­kiem. To zna­czy, że czu­jesz. Uczu­cia są nie­zwy­kle ważne, warto je przy­jąć i utu­lić. Na­dal jest w tobie dużo smutku?

Tak...

Co robisz, kiedy czu­jesz smu­tek wśród ludzi, na przy­kład gdy jesteś w szkole?

Idę do toa­lety.

Pła­czesz czy sta­rasz się powstrzy­mać?

Sta­ram się powstrzy­mać, bo nie chcę, żeby ktoś zauwa­żył.

I tak od trzech lat pró­bu­jesz zapa­no­wać nad smut­kiem?

Tak.

To bar­dzo długo. Co by się stało, gdy­byś mu pozwo­liła zaist­nieć?

Chy­ba­bym prze­stała być sobą.

W jaki spo­sób udaje ci się ukry­wać przed ludźmi ten smu­tek?

Potrze­buję pobyć sama.

Na ile to działa?

Coraz mniej.

W domu też nie oka­zu­jesz, że czu­jesz smu­tek? Ukry­wasz ten stan przed mamą, przed jej chło­pa­kiem?

Tak.

Wygląda na to, że cały czas musisz się pil­no­wać, uda­wać, że jest okej, kiedy wcale nie jest, zarówno w szkole, jak i w domu. To ogromna pre­sja, wiel­kie obcią­że­nie. Co przy­nosi ci ulgę?

Jak mia­łam jede­na­ście lat, zaczę­łam się ciąć.

Co czu­jesz, kiedy się kale­czysz?

Nic. I o to cho­dzi. Przez chwilę nic nie czuję. To mi pomaga.

Mama zauwa­żyła?

Tak.

I co się wtedy wyda­rzyło?

Chciała ze mną poroz­ma­wiać, ale ja nie umiem z nią roz­ma­wiać.

Chcia­ła­byś umieć?

Nie potra­fię jej tego powie­dzieć. Nie umiem.

Myśla­łaś o innych for­mach komu­ni­ka­cji z mamą?

Nie, nie chcę się z nią komu­ni­ko­wać.

Czego się oba­wiasz?

Tego, jak zare­aguje.

A sądzisz, że jak mogłaby zare­ago­wać?

Pew­nie by się zezło­ściła.

Myślisz, że rodzice zawsze tak reagują?

Tak, oni nie rozu­mieją.

Czego nie rozu­mieją?

Że to przy­nosi ulgę.

Byłaś u psy­chia­try, psy­cho­loga, na tera­pii czy też cały czas radzisz sobie z tym sama?

Tata raz mnie zabrał do psy­cho­loga. Nie spodo­bało mi się.

Dla­czego?

Nie umia­łam gadać z tą panią.

Mówisz, że tata cię zabrał do psy­cho­loga. Jakie masz rela­cje z tatą?

Z tatą mam bar­dzo dobre.

Tacie powie­dzia­łaś?

Nie.

Masz przy­ja­ciółkę, kole­żankę, któ­rej możesz powie­dzieć?

Mam, jedną.

To nie­sa­mo­wite. Przez tyle czasu zupeł­nie sama radzisz sobie z tak ogrom­nym bólem. Podzi­wiam cię, bo ja sobie kie­dyś nie pora­dzi­łam. Uda­wa­łam, że mój smu­tek nie ist­nieje. Ale pil­no­wa­nie go w dzień i w nocy pochła­nia strasz­nie dużo ener­gii...

Tak...

Jak chcia­ła­byś, żeby wyglą­dało twoje życie?

Ina­czej.

To zna­czy jak?

Żeby mama zacho­wy­wała się bar­dziej jak tata.

To zna­czy jak?

Trudno mi mówić.

Okej, to dam ci kartkę. Wypisz wszystko, czego w swoim życiu nie chcesz. Od tego zaczniemy. Może być?

Okej.

Kiedy tak długo nosimy w sobie smu­tek, to sku­piamy się już tylko na nim i zapo­mi­namy o tym, jak wygląda radość, jak to jest być szczę­śli­wym. A trudno jest osią­gnąć coś, czego nie potra­fimy spre­cy­zo­wać. Przez więk­szość dnia poświę­camy uwagę temu, czego nie chcemy: "Nie chcę się popła­kać", "Nie chcę już czuć tego smutku", "Nie chcę się ciąć...". Poświę­camy tym rze­czom, któ­rych nie chcemy, wię­cej czasu niż tym, które mogłyby nadać naszemu życiu jakiś sens.

Tak wła­śnie jest u mnie.

Chcesz mi prze­czy­tać, co napi­sa­łaś na kartce?

Napi­sa­łam: Nie chcę mamy dener­wu­ją­cej się bez powodu. Nie chcę kon­troli mamy nad wszyst­kim. Nie chcę bar­dzo małej ilo­ści czasu tylko dla sie­bie.

Dla­czego masz tak mało czasu tylko dla sie­bie?

Jak wra­cam ze szkoły do domu, to się uczę. Potem albo muszę sprzą­tać, albo spę­dzać czas z mamą, albo z mamą i jej chło­pa­kiem.

Musisz?

Tak, muszę. (płacz)

Sama czu­jesz, że musisz, czy masz takie pole­ce­nie, że musisz z nimi coś robić?

Mama każe mi z nimi sie­dzieć.

A co jej wtedy mówisz?

Nic, bo jeśli coś powiem, to albo muszę iść się uczyć, albo iść spać.

Co byś chciała robić w wol­nym cza­sie?

Cokol­wiek tylko dla sie­bie.

Kiedy ostatni raz byłaś tak naprawdę szczę­śliwa?

Nie pamię­tam.

A gdy byłaś mała?

Nie wiem.

Co spra­wia ci przy­jem­ność?

Cho­dze­nie do taty, spę­dza­nie czasu z kole­żan­kami.

Mówisz, że chcia­ła­byś, żeby mama była bar­dziej jak tata. Co tata ma w sobie takiego, że czu­jesz się przy nim swo­bod­niej?

Tata ni­gdy mnie do niczego nie zmu­sza. Nie kon­tro­luje mnie i pozwala mi coś robić bez­wa­run­kowo. To zna­czy, że na przy­kład kiedy chcę wyjść ze zna­jo­mymi, to nie muszę naj­pierw odku­rzyć domu.

U mamy musisz na wszystko zapra­co­wać?

No tak, tro­chę muszę. Jak mama idzie do sklepu kupić mi coś, to potem ocze­kuje, że w ramach wdzięcz­no­ści spę­dzę z nią czas albo coś tam z nią poro­bię.

Każda rzecz, którą od mamy dosta­jesz, ma cenę?

Tak.

Chcia­ła­byś dostać coś bez żad­nej ceny? Czy to by zmie­niło rela­cje mię­dzy wami?

Mama się nie zmieni, bo taka jest od zawsze.

Wczo­raj roz­ma­wia­łam z sie­dem­na­sto­latką ze zdia­gno­zo­waną depre­sją. Dziew­czyna też się cięła. Spy­ta­łam, co chcia­łaby pora­dzić swoim rówie­śni­kom. Powie­działa: "Chcia­ła­bym, żeby dzieci nauczyły się być ego­istami. Cza­sem trzeba powie­dzieć "nie", żeby zacho­wać sie­bie". Ty masz prawo do swo­ich potrzeb i emo­cji. I jeśli chcesz pobyć sama, to też masz do tego prawo. Tak samo jak masz prawo zaspo­koić głód i pra­gnie­nie, masz też prawo zaspo­ka­jać swoje potrzeby emo­cjo­nalne. Masz prawo doświad­czać życia, popeł­niać błędy, doty­kać i spraw­dzać, co ci pasuje, a co nie. W ten spo­sób się kształ­tu­jesz, ale musisz mieć prze­strzeń do podej­mo­wa­nia decy­zji i popeł­nia­nia błę­dów. To one są two­imi naj­lep­szymi lek­cjami. To nawet nie są błędy, to kolejne etapy nauki.

No tak, ja też popeł­niam błędy. Na przy­kład ostat­nio się upi­łam i zna­le­ziono mnie na ulicy. Nie­wiele z tego pamię­tam.

Upi­łaś się i teraz wiesz, jak to działa, wiesz, czym grozi, wiesz, że możesz stra­cić kon­trolę nad sobą i zacząć robić rze­czy, któ­rych robić byś nie chciała. Wiesz już, gdzie jest gra­nica, którą prze­kro­czy­łaś. Wiesz, bo tego doświad­czy­łaś. Gdy­by­śmy my, rodzice, mogli po pro­stu prze­ka­zać wam wie­dzę i doświad­cze­nie, to po tylu poko­le­niach ludz­kość dzi­siaj byłaby nie­ska­zi­tel­nie ide­alna. Tym­cza­sem popeł­nia­jąc błędy, każde poko­le­nie uczy się cze­goś nowego i dzięki temu ewo­lu­uje. W tym nie ma nic złego. Pro­blem zwy­kle polega na tym, że rodzice, kocha­jąc swoje dzieci, pró­bują je chro­nić i nie dają prze­strzeni, by te doświad­czały. To dla nas trudne, kiedy widzimy, że cier­pi­cie. Czy masz jakiś pomysł na to, jak by miała wyglą­dać twoja rela­cja z mamą?

Nie, nie wiem.

Rozu­miem, w porządku. A powiedz mi, czy lubisz cho­dzić do szkoły? Jesteś teraz w pierw­szej kla­sie liceum, prawda?

Tak, i cza­sami chcę iść do szkoły.

O, a kiedy lubisz szkołę?

Kiedy nie mam spraw­dzia­nów albo kiedy mama jest na mnie zła i nie chcę zostać w domu.

Z dwojga złego wolisz iść do szkoły, niż zostać w domu z wku­rzoną mamą?

Aha.

Jak ci idzie nauka?

Dobrze, ale mam paru spe­cy­ficz­nych nauczy­cieli, z któ­rymi są pro­blemy. Cza­sem nie rozu­miem, po co nie­któ­rzy doro­śli zostali nauczy­cie­lami.

No tak, u mojej córki w szkole też tak jest. Nie­któ­rzy nauczy­ciele żądają sza­cunku, a sami nie sza­nują uczniów. Ener­gia, którą wysy­łamy dru­giemu czło­wie­kowi, wraca do nas w iden­tycz­nej for­mie. Wystar­czy sza­no­wać dru­giego czło­wieka, a wów­czas samemu będzie się sza­no­wa­nym. Jeżeli ktoś ci wysyła złość czy nie­na­wiść, to nie da się tej osoby sza­no­wać.

Ma pani rację. Dokład­nie tak jest.

Które przed­mioty naj­bar­dziej lubisz?

Angiel­ski.

A które są naj­gor­sze?

WOS i pol­ski.

Dla­czego?

Bo nauczy­ciele są okropni.

A jak było w pod­sta­wówce?

W pod­sta­wówce wszy­scy nauczy­ciele byli okej.

Które przed­mioty wtedy lubi­łaś naj­bar­dziej?

WOS, histo­rię i angiel­ski.

To cie­kawe, że w jed­nej szkole naj­bar­dziej lubi­łaś WOS, w dru­giej jest to twoim zda­niem naj­gor­szy przed­miot, a róż­nica polega tylko na nauczy­cielu. To daje sporo do myśle­nia. Powiedz mi, masz jakieś zaję­cia pozasz­kolne?

Cho­dzi­łam na lek­cje tenisa, ale zre­zy­gno­wa­łam. To była tylko jedna godzina w tygo­dniu, ale i tak nie dawa­łam rady, bo mam bar­dzo dużo nauki. I jesz­cze korki z matmy.

Hm... Gdy­bym ci dała złotą rybkę, o co byś ją popro­siła?

Chcia­ła­bym mieć lep­szych nauczy­cieli w szkole - byłoby mi o wiele łatwiej. Chcia­ła­bym mieć lep­sze rela­cje z mamą. Chcia­ła­bym, żeby moi zna­jomi miesz­kali bli­żej. Tata i mama zna­leźli pracę w innym mie­ście, niż wcze­śniej miesz­kaliśmy, i ci zna­jomi są teraz daleko. Z nowej klasy wielu dojeż­dża do szkoły, więc też jest trudno spo­ty­kać się po lek­cjach albo w week­endy.

Tęsk­nisz za zna­jo­mymi?

Tak... Jeśli mogę mieć czwarte życze­nie, to chcia­ła­bym mieć wię­cej czasu. Za dużo jest nauki i nie star­cza mi czasu na nic innego.

Czy wszy­scy w szkole mają aż tyle nauki, czy tylko ty czu­jesz, że musisz się tyle uczyć?

Wszy­scy. Mamy spraw­dzian za spraw­dzianem, nauczy­ciele na lek­cjach pytają i zadają dużo prac domo­wych.

Co by się stało, gdy­byś uczyła się mniej?

Nie zda­ła­bym.

Nie zda­ła­byś czy mia­ła­byś gor­sze stop­nie?

Nie zda­ła­bym, bo na spraw­dzia­nach sporo wyma­gają. Trzeba się dużo uczyć, a nie­któ­rzy nauczy­ciele wyma­gają wię­cej i jak się nie nauczę wię­cej, to nie zdam.

Widzę w tobie bar­dzo dużo smutku, rezy­gna­cji. Mam wra­że­nie, jak­byś miała takie poczu­cie: "tak już musi być" i "na tym polega życie".

No chyba na razie tak jest. Nie zmie­nia się to od dawna, więc pew­nie już się nie zmieni.

Jaka jest twoja pierw­sza myśl rano, kiedy się budzisz?

Że nie mam siły wstać i naj­chęt­niej zosta­ła­bym cały dzień w łóżku i nic nie robiła.

A gdy­byś się któ­re­goś dnia obu­dziła szczę­śliwa i wie­dzia­ła­byś, że coś się zmie­niło, to jaka byłaby pierw­sza rzecz, która ci przy­cho­dzi do głowy? Co się zmie­niło?

Poprawa rela­cji z mamą.

Rela­cja z mamą naj­bar­dziej leży ci na sercu. To musi być dla cie­bie bar­dzo trudne. Powiedz mi, poza wypła­ki­wa­niem się i cię­ciem co jesz­cze ci pomaga?

Alko­hol. Kiedy piję alko­hol, to jest lepiej.

Czę­sto to robisz?

Jak spo­ty­kam się ze zna­jo­mymi, to w jakiś spo­sób kupu­jemy. A jak się napiję, to jest mi lepiej. Raz było mi tak bar­dzo źle, że dopro­wa­dzi­łam się do takiego stanu, że byłam w szpi­talu. (płacz)

Czego potrze­bu­jesz w tej chwili?

Nie wiem. Nie wiem, czego potrze­buję.

Nie w życiu, tylko tutaj, teraz. Potrze­bu­jesz prze­rwy, szklanki wody?

Wody.

Kiedy jesteś ze zna­jo­mymi, to pijesz, żeby zapo­mnieć i cie­szyć się chwilą?

Wiem, że to nie jest dobra metoda, ale działa. Jak jest mi bar­dzo źle, to mam ochotę się napić, bo wiem, że wtedy nie będę o niczym myśleć, zapo­mnę i będę przez chwilę szczę­śliwa.

Na ile to roz­wią­zuje pro­blem?

Jak wypiję wystar­cza­jąco, to w ogóle o tym nie myślę. A jak w dodatku jestem ze zna­jo­mymi, to jest naprawdę dobrze. Mam przy sobie kogoś bli­skiego i jestem szczę­śliwa. Mogę się cie­szyć życiem.

W jaki spo­sób zare­ago­wała mama na ten incy­dent, kiedy wylą­do­wa­łaś w szpi­talu?

Zało­żyła mi kon­trolę na tele­fon. Widzi moją loka­li­za­cję, pisze do mnie, pyta, gdzie jestem, po co, z kim...

A co ty byś zro­biła na jej miej­scu?

Nie wiem, chyba pró­bo­wa­ła­bym, zro­zu­mieć. Ale... też bym pew­nie sta­rała się bar­dziej kon­tro­lo­wać.

Powiedz mi, czy dobrze zro­zu­mia­łam. Mama się o cie­bie mar­twi, więc cię kon­tro­luje, a im bar­dziej cię kon­tro­luje, tym więk­szą czu­jesz pre­sję. Masz wra­że­nie, że utknę­łaś w sytu­acji bez wyj­ścia. Wtedy masz sil­niej­szą potrzebę samo­oka­le­cza­nia się i picia. Czy tak to wygląda?

Dokład­nie tak.

I kiedy mama widzi, że się pocię­łaś albo piłaś, to chcąc cię upil­no­wać, wpro­wa­dza jesz­cze bar­dziej restryk­cyjną kon­trolę. To z kolei nasila pre­sję i poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia, co skut­kuje jesz­cze moc­niej­szą potrzebą cię­cia się i picia...

Pani mnie rozu­mie.

No to odwróćmy sytu­ację. Jeśli mama by powie­działa: "Słu­chaj, ufam ci, jesteś wol­nym czło­wie­kiem i możesz robić to, co uwa­żasz za słuszne. Pamię­taj, że jeśli się potkniesz, to ja jestem tuż obok i nie będę cię oce­niać", to wtedy...

Wtedy bym nie musiała pić, żeby zapo­mnieć. Może bym raz na jakiś czas napiła się tro­chę alko­holu, ale nie tak, żeby zapo­mnieć, tylko dobrze się bawić ze zna­jo­mymi, przez chwilę. Tak racjo­nal­nie.

Jak sądzisz, dla­czego mama cię kon­tro­luje, orga­ni­zuje ci czas, narzuca to, co uważa, że jest dla cie­bie dobre?

Wydaje mi się, że dla­tego, że jak ona była mała, to jej rodzice nie mieli dla niej w ogóle czasu. Ona mi teraz oka­zuje swoje zain­te­re­so­wa­nie w nad­mia­rze rów­nież poprzez kon­trolę, ale to nas wcale nie zbliża.

O, to bar­dzo cie­kawa reflek­sja. Masz rację, czę­sto jest tak, że my, rodzice, sta­ramy się zapew­nić dzie­ciom to, czego nam w dzie­ciń­stwie bra­ko­wało. Twoja mama nie doświad­czyła uwagi ze strony rodzi­ców, czyli nie nauczyła się, jak wygląda zdrowa uważ­ność kie­ro­wana na dziecko. Uznała, że ma to wyglą­dać tak, że ona będzie cię kon­tro­lo­wała, by ci się nic złego w życiu nie przy­da­rzyło. I że ona tak ci zor­ga­ni­zuje czas, żeby­ście mogły być cały czas w kon­tak­cie.

Tak to wła­śnie wygląda, ale zamiast nas do sie­bie zbli­żać, oddala.

Co jesz­cze napi­sa­łaś na kartce?

Że chcę mieć wię­cej czasu i wol­no­ści dla sie­bie.

Gdy­byś miała wię­cej wol­no­ści, co byś z nią zro­biła?

Nie czu­ła­bym się inna. Nikt z moich zna­jo­mych nie ma takiej kon­troli na tele­fo­nie. Rodzice ich tak bar­dzo nie spraw­dzają, ufają im, pozwa­lają na dużo wię­cej.

Jeśli czu­ła­byś, że nie jesteś inna, tylko podobna do rówie­śni­ków, to jak byś chciała spę­dzać ten wolny czas, o któ­rym marzysz?

Tak jak moi zna­jomi. Oni grają w gry kom­pu­te­rowe, wię­cej odpo­czy­wają, mają czas sie­dzieć na tele­fo­nie, mogą się spo­tkać ze zna­jo­mymi.

A masz jakieś zain­te­re­so­wa­nia, hobby?

Nie wiem.

Kiedy byłaś mała, to jakie zabawki lubi­łaś naj­bar­dziej?

Zwie­rzaki.

Inte­re­sują cię zwie­rzęta?

Mamy dwa koty.

Czyj to był pomysł?

Ostat­nio adop­to­wa­li­śmy kota dla mnie. Bo ja potrze­buję kogoś takiego małego do tule­nia.

Kto się kotem zaj­muje?

Jak jestem w domu, to ja, a jak jestem u taty, to mama, ale teraz będę brała kota ze sobą do taty.

Rozu­miem, że rodzice spra­wują opiekę naprze­mienną. Podoba ci się taki układ?

Tak. Wcze­śniej mia­łam czas z tatą co drugi week­end i cho­dzi­łam do niego na parę godzin w tygo­dniu, ale to było dla mnie za mało i jestem teraz tydzień u mamy i tydzień u taty. Chcę z tatą spę­dzać wię­cej czasu.

Co takiego faj­nego jest u taty?

Z tatą jemy zawsze posiłki razem, u mamy ni­gdy. Mama cią­gle pra­cuje, a ja jestem u sie­bie w pokoju. Z tatą gramy w plan­szówki. Jak byłam mniej­sza, to cho­dzi­li­śmy z tatą do parku, na łyżwy, na rolki, na rower. A mama nie spę­dza ze mną czasu w taki spo­sób. Nie wycho­dzi­ły­śmy ni­gdy ni­gdzie razem. U mamy całe życie bawi­łam się sama. Tata się ze mną czę­sto bawił.

Jakie są wza­jemne rela­cje mamy z tatą?

Dobre, nie kłócą się.

Co by się stało, gdy­byś powie­działa mamie, że potrze­bu­jesz czasu dla sie­bie?

Cza­sami mama się zga­dza, ale są warunki.

Jakie?

Nauka, sprzą­ta­nie...

A gdy­byś ją popro­siła, żeby to było bez warun­ków? Jeden dzień w tygo­dniu bez żad­nych warun­ków.

To by się nie zgo­dziła. Nawet w week­endy mam warunki. Naj­czę­ściej mama pozwala mi mieć mój czas wolny, jak jem. Jem obiad albo kola­cję w swoim pokoju i wtedy mam pięt­na­ście minut dla sie­bie. A potem mam wyłą­czyć wszystko i muszę wra­cać do nauki. Chyba że chcę spać. Spać mogę bez żad­nych warun­ków.

Czy to też jest twoja ucieczka? Jak masz wszyst­kiego dość, to idziesz spać?

Tak. A potem w nocy nie mogę zasnąć. Mama mnie wtedy pil­nuje, zabra­nia doty­kać tele­fonu, zakłada blo­kady, żebym nie mogła nic odpa­lić. Mama zwy­kle nie śpi do dru­giej albo trze­ciej w nocy, bo pra­cuje, i mnie cały czas kon­tro­luje.

Bun­tu­jesz się?

Pró­bo­wa­łam się bun­to­wać, ale to nie jest dobry spo­sób. To przy­nosi tylko złe skutki. Zwięk­sze­nie kon­troli i ode­bra­nie tego, co mam.

Co by się stało, gdy­byś powie­działa mamie, co czu­jesz, kiedy ona cię kon­tro­luje i narzuca rygor?

Ona mi mówi, że takie jest życie, że to jest nor­malne. Nor­malne obo­wiązki w domu, nor­malne życie z rodziną. Mówi, że daje mi czas dla mnie, ale naj­czę­ściej wrzuca do tego szkołę. Ona mówi, że uczę się na ostatni moment i dla­tego nie mam czasu dla sie­bie. Jak mogę się uczyć na ostatni moment, jeżeli ja się bez prze­rwy uczę?

Co byś chciała powie­dzieć rodzi­com, któ­rzy prze­czy­tają ten wywiad? Jakie prze­sła­nie mam zamie­ścić dla nich w książce?

Żeby nie narzu­cali swoim dzie­ciom tego, czego sami nie mieli w dzie­ciń­stwie. Ich nie­speł­nione potrzeby nie są potrze­bami ich dzieci.

Melania, lat 17

Nie czu­łam bólu fizycz­nego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robi­łam, to po pro­stu czu­łam ulgę.

Pamię­tasz, kiedy zaczęły się twoje zma­ga­nia?

Jak byłam mała, mia­łam zabu­rze­nia sen­so­ryczne. Nie mogłam się odna­leźć, kiedy za dużo się działo i było zbyt gło­śno, dla­tego prak­tycz­nie nie cho­dzi­łam do przed­szkola. Przy każ­dej pró­bie zosta­wie­nia mnie w gru­pie pła­ka­łam. Było tam za dużo ludzi i zabawy, które mi nie odpo­wia­dały. Pamię­tam, że bar­dzo chcia­łam cho­dzić na balet. Mama opła­ciła zaję­cia, poszłam i wszystko było pra­wie dobrze, tylko na końcu był jakiś nagły okrzyk, a ja dosta­łam ataku paniki. Nie mogłam się uspo­koić, było za dużo emo­cji, z któ­rymi nie umia­łam sobie pora­dzić. Zra­zi­łam się do baletu na zawsze. Dono­śne, nie­spo­dzie­wane dźwięki do tej pory budzą we mnie ogromny nie­po­kój. Gło­śna muzyka albo gło­śne roz­mowy mi nie prze­szka­dzają, tylko nagłe prze­ni­kliwe dźwięki.

Na balet już nie cho­dzi­łam, ale poszłam do szkoły i było wszystko okej. Mia­łam zna­jo­mych, a w ósmej kla­sie nawet chło­paka. Mam nie­stety obni­żoną odpor­ność i dosyć czę­sto cho­ruję, dla­tego mama nie chciała, żebym gdzie­kol­wiek wycho­dziła pod­czas pan­de­mii. Bała się, że jak zła­pię covid, to umrę. Byłam zamknięta w domu przez dwa, trzy mie­siące. Potem prze­miesz­cza­łam się w maseczce, mogłam też wycho­dzić do ogrodu. Wszy­scy byli­śmy w domu, rodzice też, a ja lubię spo­kój. Dener­wo­wało mnie, kiedy ktoś był w domu, a ja musia­łam się sku­pić na lek­cjach pro­wa­dzo­nych w try­bie on-line. Byłam więc cały czas pode­ner­wo­wana. Kiedy lock­down się skoń­czył, z rado­ścią zaczę­łam wycho­dzić z domu, ale ze szkołą było gorzej. Nie byłam już w sta­nie tam prze­by­wać. Przy­cho­dziły myśli samo­bój­cze, zaczę­łam się oka­le­czać. To było wszystko powią­zane głów­nie ze szkołą. Poszłam do pierw­szej klasy liceum i nie mogłam się odna­leźć. Ludzie byli nie­mili, nauczy­ciele ina­czej oce­niali, nikt się nikim nie przej­mo­wał.

Pan­de­mia zastała cię w ósmej kla­sie. Nie wró­ci­łaś już potem do swo­jej pod­sta­wówki, tylko poszłaś pro­sto do liceum?

Tak, do szkoły wró­ci­łam tylko na egza­min ósmo­kla­si­sty, a potem już do liceum.

Czyli nowa szkoła, nowi ludzie, nowe zasady.

Dokład­nie tak. Mia­łam iść z przy­ja­ciółką, potem wyszło ina­czej i poszłam sama. Pozna­łam tam jedną kole­żankę, ale ona znała też inne dziew­czyny, więc się nam nie kle­iło. Cho­dze­nie do szkoły przy­cho­dziło mi z coraz więk­szym tru­dem. Potem się zaczęło robić tak, że jak mia­łam lek­cje na ósmą, to musia­łam wstać o pią­tej, żeby zdą­żyć. Prze­sta­łam więc w te dni cho­dzić do szkoły. Po pro­stu nie byłam w sta­nie tak wcze­śnie wsta­wać. I nie cho­dzi o to, że się nie wysy­pia­łam, bo cho­dziłam spać nawet o osiem­na­stej. Po pro­stu psy­chicz­nie nie potra­fi­łam tak wcze­śnie rano wstać, zebrać się, uma­lo­wać, zjeść, spa­ko­wać. To było ponad moje siły. Dzwo­ni­łam do mamy, pła­ka­łam przez tele­fon: "Mamo, nie idę do szkoły, nie dam rady". Mama zawsze mówiła, że muszę, bo mam bar­dzo dużo nie­obec­no­ści. Zaczę­łam cho­dzić do szkol­nej pani psy­cho­log. Pozwa­lała mi chwilę posie­dzieć w gabi­ne­cie, ale w końcu musia­łam wra­cać na lek­cje. Tak to się cią­gnęło, aż doszło do tego, że powie­dzia­łam mamie, że nie dam rady cho­dzić do szkoły, bo tam jest za dużo ludzi, nie potra­fię tam sie­dzieć ani z kimś roz­ma­wiać. Jest to dla mnie za trudne. Ze zna­jo­mymi, któ­rych zna­łam wcze­śniej, albo z ludźmi, któ­rych pozna­wa­łam za ich pośred­nic­twem, było okej. Potra­fi­łam się odna­leźć tylko wtedy, gdy w towa­rzy­stwie była cho­ciaż jedna osoba, którą znam. Wów­czas wie­dzia­łam, że jak będę potrze­bo­wała, to mogę odejść, poroz­ma­wiać z nią, powie­dzieć, że się nie­kom­for­towo czuję, i wyj­dziemy. Będąc sama w towa­rzy­stwie, nie mia­łam takiego kom­fortu i nie potra­fi­łam być z obcymi ludźmi.

Zaczę­łam cho­dzić do psy­chia­try, bo mia­łam myśli samo­bój­cze i się oka­le­cza­łam. Zdia­gno­zo­wano u mnie depre­sję, dosta­łam tabletki. Potem doszły stany lękowe, a póź­niej wyszło, że mam zespół Asper­gera. Po tych tablet­kach w ogóle nie mogłam funk­cjo­no­wać. Spa­łam cały dzień. Nie było lepiej, było gorzej. To zna­czy psy­chicz­nie było nieco lepiej, ale fizycz­nie zde­cy­do­wa­nie gorzej. Pra­wie cią­gle spa­łam, cho­dzi­łam zmę­czona, nie mia­łam na nic siły. Czu­łam się tak, jak­bym była po jakichś nar­ko­ty­kach. Tak to sobie wyobra­ża­łam, bo ni­gdy nar­ko­ty­ków nie bra­łam. W końcu mama powie­działa psy­chia­trze, że mam dużo nie­obec­no­ści, że cho­dzę do psy­cho­loga, mam pro­blemy z odna­le­zie­niem się w szkole i że chcia­ła­bym lek­cje on-line. Psy­chia­tra powie­działa, że nie wie, czy wyda takie zale­ce­nie, bo jak będę sie­działa w domu, to może mi się jesz­cze pogor­szyć. Prze­ko­ny­wa­łam, że spo­ty­kam się z ludźmi, wycho­dzę ze zna­jo­mymi, tylko nie jestem w sta­nie cho­dzić do szkoły. Jak jestem w domu, to wię­cej się widuję ze zna­jo­mymi, niż kiedy cho­dzę do szkoły. Po ośmiu godzi­nach nauki w szkole musia­łam jesz­cze uczyć się w domu i to była dla mnie katorga. Naj­go­rzej było, kiedy wywo­ły­wali mnie do tablicy. Wie­dzia­łam, że wszy­scy na mnie patrzą, trzę­słam się i nawet jak wszystko umia­łam, to nie potra­fi­łam się ode­zwać ani sło­wem. To był dla mnie ogromny stres.

Pod koniec pierw­szej klasy liceum mia­łam już naucza­nie indy­wi­du­alne. Nauczy­ciele łączyli się ze mną przez kom­pu­ter i to bar­dzo mi pomo­gło, bar­dzo. Zoba­czy­łam, że tak się da, że nie muszę wsta­wać o pią­tej, nie muszę prze­ży­wać tego stresu. Potem były waka­cje. Mama roz­ma­wiała ze mną o powro­cie do szkoły, bo pani psy­chia­tra powie­działa, że nie da mi wię­cej wska­za­nia do naucza­nia indy­wi­du­alnego. Uwa­żała, że to tylko pogor­szy sprawę. Powie­dzia­łam, że nie wrócę do szkoły. Choćby się paliło i waliło, nie wejdę do żad­nej szkoły. Nie cho­dziło nawet o tamtą szkołę, tylko o każdą szkołę. Powie­dzia­łam, że nie dam rady, i tyle. I nie był to żaden szan­taż ani wybryk, tylko dosta­wa­łam ataku paniki za każ­dym razem, kiedy musia­łam wejść do szkoły.

Na szczę­ście rodzice to zro­zu­mieli, usza­no­wali i posłu­chali mnie, a nie pani dok­tor. Zna­la­zły­śmy z mamą Szkołę w Chmu­rze, gdzie uczę się sama. Mam karty pracy, potem zdaję egza­miny, i już. Sama zarzą­dzam swoim cza­sem, decy­duję, kiedy się uczę i w jakiej kolej­no­ści.

Moja córka Ada też była w takiej szkole. To jed­nak wymaga sporo samo­dy­scy­pliny i dosko­na­łej orga­ni­za­cji. Ciężko wyma­gać cze­goś takiego od dziecka, które ma dzie­sięć czy jede­na­ście lat. Skoń­czyło się na tym, że mia­ły­śmy cią­gle awan­tury o naukę, Ada naro­biła sobie zale­gło­ści. Sama stwier­dziła, że chce wró­cić do szkoły, gdzie ma z góry narzu­cony plan lek­cji i musi sie­dzieć w kla­sie przez czter­dzie­ści pięć minut, a tem­pem i tre­ścią mate­riału zarzą­dza nauczy­ciel. Fan­ta­stycz­nie, że ty potra­fisz się tak zor­ga­ni­zo­wać. Trzeba mieć dużą doj­rza­łość i deter­mi­na­cję, by temu podo­łać.

Warun­kiem mojego naucza­nia było to, że sama będę pil­no­wała nauki i zdam egza­miny. Jeśli­bym tego nie zro­biła, musia­ła­bym wró­cić do szkoły, a wie­dzia­łam, że nie jestem w sta­nie. To była dla mnie duża moty­wa­cja. Byłam gotowa zro­bić wszystko, żeby tam nie wra­cać. Szkoła w Chmu­rze była dla mnie ide­al­nym roz­wią­za­niem. Dała mi dużą swo­bodę decy­do­wa­nia o sobie, a ja nie mogę znieść, kiedy ktoś mi coś narzuca. Kiedy mama każe mi posprzą­tać, to ni­gdy nie robię tego od razu, tylko w wybra­nym przez sie­bie cza­sie. Tutaj sama mogę wybie­rać, co i kiedy robię, kiedy zdaję egza­min. Mam dwa­na­ście egza­minów do zali­cze­nia i sama decy­duję, kiedy jestem gotowa, by je zdać.

Uczysz się w blo­kach przed­mio­to­wych czy wszystko naraz, tak jak w szkole sys­te­mo­wej?

Uczę się w blo­kach przed­mio­to­wych. To zna­czy opa­no­wuję mate­riał z jed­nego przed­miotu, zdaję z niego egza­min i zabie­ram się za kolejny przed­miot.

Sku­pia­nie uwagi na jed­nej rze­czy, w tym przy­padku na jed­nym przed­mio­cie, jest o wiele sku­tecz­niej­sze. Mózg nie musi prze­ska­ki­wać z tematu na temat, a w przy­padku róż­nych przed­mio­tów, takich jak mate­ma­tyka i pol­ski, z pół­kuli na pół­kulę. Moja córka, kiedy uczyła się w ramach edu­ka­cji domo­wej, opa­no­wała mate­riał z bio­lo­gii dla klasy pią­tej w mie­siąc. Kiedy się zgłę­bia wybraną dys­cy­plinę, wszystko się łączy i ma sens. Sys­tem zmiany tematu co czter­dzie­ści pięć minut to naj­mniej opty­malny spo­sób zdo­by­wa­nia wie­dzy. Wtrą­ca­nie ode­rwa­nych wąt­ków z geo­gra­fii, pol­skiego i mate­ma­tyki jest okrop­nie męczące dla mózgu i nie­po­trzeb­nie roz­pra­sza­jące. Kiedy sku­piamy się na jed­nym tema­cie, mamy cią­głość myśli. Mate­riał znacz­nie szyb­ciej i spraw­niej wcho­dzi do głowy. Kie­dyś był modny mul­ti­ta­sking, czyli robie­nie wielu rze­czy rów­no­cze­śnie. Wyko­nano eks­pe­ry­ment, w któ­rym podzie­lono uczest­ni­ków na dwie grupy. Obie miały taką samą liczbę róż­nych pole­ceń do wyko­na­nia. Jedna grupa miała za zada­nie wyko­ny­wać zle­cone obo­wiązki po kolei, jedną rzecz po dru­giej, druga miała wyko­nać je na zasa­dzie mul­ti­ta­skingu, czyli uczest­nicy mogli łączyć zada­nia, co teo­re­tycz­nie spra­wi­łoby, że wyko­nają całość szyb­ciej. Wyniki były zaska­ku­jące. Oka­zało się, że grupa, która wyko­ny­wała jedno zada­nie, a potem przy­stę­po­wała do kolej­nego, nie dość, że ukoń­czyła pracę szyb­ciej, to zro­biła to dokład­niej.

Taki sys­tem edu­ka­cji o wiele bar­dziej mi pasuje. Samo­dzielna nauka daje moż­li­wość wybie­ra­nia tego, kiedy i czego się uczę, bez koniecz­no­ści wsta­wa­nia o pią­tej rano i mie­rze­nia się z przy­tła­cza­jącą liczbą bodź­ców. Nie zosta­łam odlud­kiem. Spo­ty­kam się ze zna­jo­mymi, ale z tymi, któ­rych lubię, a nie ze wszyst­kimi, któ­rzy uczęsz­czają do szkoły. Skoń­czyły się myśli samo­bój­cze, prze­sta­łam się oka­le­czać. Pew­nie, że cza­sem coś nie wycho­dzi, ale nie ma już tak wiel­kiego napię­cia, nie prze­ży­wam takiego stresu.

Czy poza szkołą było coś jesz­cze, co przy­czy­niało się do two­jego stanu psy­chicz­nego, myśli samo­bój­czych i oka­le­czeń?

Kolej­nym tema­tem był mój chło­pak. Byłam z nim osiem mie­sięcy i kiedy on z tej rela­cji zre­zy­gno­wał, okrop­nie to prze­ży­łam. Nie wiem nawet do końca, dla­czego mnie zosta­wił. Pozna­li­śmy się jako dzie­ciaki i z cza­sem być może mocno się zmie­ni­li­śmy, może też ten mój pro­blem z cho­dze­niem do szkoły na to wpły­nął. Nie wiem. Chyba przez rok nie mogłam sobie pora­dzić z tym roz­sta­niem. Tęsk­ni­łam, cią­gle chcia­łam do niego pisać. Nie pozwa­la­łam nikomu się do sie­bie zbli­żyć. Bałam się, że znowu będę cier­piała, i nie byłam gotowa pod­jąć takiego ryzyka.

Była też jedna kole­żanka, córka zna­jo­mych moich rodzi­ców. Nasi rodzice bar­dzo się przy­jaź­nili, nasze mamy były w ciąży w tym samym cza­sie. Miesz­ka­ły­śmy w tym samym bloku, w tej samej klatce i mia­ły­śmy tak samo na imię. W piża­mach do sie­bie cho­dzi­ły­śmy. Były­śmy w tej samej kla­sie przez osiem lat. Nie­stety ona poszła do innego liceum. Jesz­cze na początku się przy­jaź­ni­ły­śmy, ale potem ona zna­la­zła sobie nowe przy­ja­ciółki, a ja po raz kolejny poczu­łam się odrzu­cona. Naj­pierw chło­pak, póź­niej ona. Było mi bar­dzo przy­kro. No i jak nie dawa­łam sobie rady, to się cię­łam.

Co ci to dawało?

Ulgę.

Czu­łaś ból?

Nie. To było coś takiego, że nie czu­łam bólu fizycz­nego, bo ból wewnętrzny był tak ogromny, że jak coś sobie robi­łam, to po pro­stu czu­łam ulgę. Tera­peuci suge­ro­wali mi, żebym w takich sytu­acjach rwała kartki, ści­skała gniotka, ale to nie poma­gało. Mama to zauwa­żyła i zapi­sała mnie do psy­cho­loga, cho­dzi­łam też na tera­pię rodzinną, na indy­wi­du­alną i zaczę­łam jesz­cze cho­dzić na tera­pię gru­pową. Mówi­łam mamie, że to za dużo, ale ona twier­dziła, że to dla mojego dobra. I do tej pory nie potrafi zro­zu­mieć, że to za dużo. Na­dal muszę cho­dzić do psy­cho­loga, psy­chia­try, na tera­pię gru­pową, tera­pię rodzinną plus mam kore­pe­ty­cje i zaję­cia z taką panią przez inter­net, która też ma mnie wspie­rać.

Jeśli mia­ła­byś zosta­wić tylko jedną z tych tera­pii, to którą byś wybrała?

Żad­nej. Żadna mi nic nie daje. Naj­gor­sza dla mnie jest tera­pia rodzinna, ponie­waż nie­na­wi­dzę pani, która to pro­wa­dzi, jej tonu głosu, tego, jak się do nas odnosi. Jak tylko wcho­dzę, mam ochotę natych­miast wyjść. Mamy to raz w mie­siącu całą rodziną. To jest dla mnie nie do wytrzy­ma­nia.

Co na to rodzice?

Oni dzięki tej tera­pii zga­dzają się na wię­cej rze­czy, są bar­dziej otwarci. Uwa­żają, że powin­nam dzię­ko­wać, że cho­dzimy na tę tera­pię.

Wyczu­wam tu kon­flikt. Rodzice pew­nie uwa­żają, że robią wię­cej, niż mogą, a ty czu­jesz, że bar­dziej ci to szko­dzi, niż pomaga.

Zde­cy­do­wa­nie tak.

Pró­bo­wa­łaś roz­ma­wiać o tym z rodzi­cami?

Roz­ma­wia­łam już wie­lo­krot­nie i oni cały czas mają tę samą teo­rię. Powie­dzia­łam im, że jest mi za ciężko. Mówią, że rozu­mieją, ale muszę to prze­bo­leć. Że im też nie jest łatwo, ale to dla dobra naszej rodziny.

Pew­nie już wiesz, jak rodzice reagują na takie sytu­acje jak samo­oka­le­cza­nie i myśli samo­bój­cze. To jest przede wszyst­kim ogromny lęk o dziecko i poczu­cie winy. Dodat­kowo lęk o to, że jeśli temu uko­cha­nemu dziecku sta­nie się coś jesz­cze gor­szego, to będzie ich wina, bo zro­bili za mało, nie dopil­no­wali, nie zauwa­żyli, nie zapro­wa­dzili dziecka do odpo­wied­niego tera­peuty. Kiedy docho­dzi do samo­oka­le­czeń, depre­sji, lęków, to rodzic natych­miast obwi­nia sie­bie. Czuje, że nawa­lił jako matka czy ojciec, więc od tej pory posta­na­wia zro­bić abso­lut­nie wszystko, żeby dziecku pomóc. To ozna­cza, że jako matka zała­twię każdą moż­liwą tera­pię, każde moż­liwe lecze­nie, żeby tylko już niczego nie prze­oczyć. Pro­szę, powiedz nam, rodzi­com, czego osoba z takimi wyzwa­niami, z jakimi ty się mie­rzysz, tak naprawdę potrze­buje.

Na pewno zro­zu­mie­nia i zaufa­nia. Wia­domo, że kiedy zrobi się jakąś nie­fajną rzecz, to traci się to zaufa­nie. Ale mimo to zaufa­nie jest strasz­nie ważne. No i cho­ciaż chęć zro­zu­mie­nia. Rodzice, kiedy widzą, że dziecku jest ciężko, chcą je wspie­rać, ale czę­sto nie wie­dzą jak i robią jesz­cze wię­cej złego. Naj­gor­sze słowa, jakie można powie­dzieć, to: "Damy radę" albo "Będzie dobrze". Mama przez dłuż­szy czas do mnie tak mówiła, ale już wie, że nie­na­wi­dzę tych słów. To brzmi jak oszu­stwo. Jak można obie­cy­wać, że będzie dobrze, kiedy dzi­siaj, jutro czy poju­trze coś się może stać i nie będzie dobrze. Te słowa budzą we mnie ogromną złość. Nikt nie ma pew­no­ści, czy będzie dobrze. Nawet ja takiej pew­no­ści nie mam, a co dopiero mama czy tata.

Kiedy uro­dzi­łam syna z zespo­łem Downa, to nie wie­dzia­łam, czy on będzie żył i jakiej jako­ści będzie to jego życie. A ludzie mówili: "Nie martw się, wszystko będzie dobrze". Nie chcia­łam sły­szeć takich slo­ga­nów, bo prze­cież mogło być źle. Potrze­bo­wa­łam otu­chy, że w razie czego sobie pora­dzę. Myślę, że każdy ma taki komu­ni­kat, który chciałby usły­szeć, i sądzę, że warto powie­dzieć bli­skim, jak on powi­nien brzmieć. Rodzi­com zasu­ge­ro­wa­ła­bym, żeby spy­tali dziecko, czego potrze­buje, kiedy przy­cho­dzi ten trudny czas.

Zga­dzam się z tym cał­ko­wi­cie.

Pod­su­mo­wu­jąc, zamiast wymy­ślać dla dziecka sce­na­riu­sze na pod­sta­wie wła­snych doświad­czeń, rodzic powi­nien wie­rzyć w to, co mówi dziecko, ufać, nawet jeśli sytu­acja wydaje się co naj­mniej dziwna, i mimo wszystko dać prze­strzeń na popeł­nia­nie błę­dów. Wycho­dze­nie ze sta­nów depre­syj­nych, z lęków i samo­oka­le­czeń to seria prób i błę­dów. Nie ma jed­nej for­muły, która może wszyst­kim pomóc. Gdyby tak było, to każdy, kto boryka się z takimi pro­ble­mami, dosta­wałby kartkę z instruk­cją. Rodzic powi­nien towa­rzy­szyć dziecku nawet w popeł­nia­niu błę­dów. Dziecko musi wie­dzieć, że rodzic nie będzie wyty­kał: "A widzisz, mówi­łam ci, że trzeba było się uczyć, a ty nie zda­jesz". Trzeba pytać: "Jak mogę ci pomóc?", "Co mogę dla cie­bie zro­bić?". Dla rodzi­ców to jest bar­dzo trudne, bo mają zako­do­wane, że to oni muszą zna­leźć roz­wią­za­nie, narzu­cić je dziecku i wtedy wszystko będzie w porządku. W dzi­siej­szej rze­czy­wi­sto­ści to już nie­ak­tu­alne. Rodzic powi­nien bar­dziej ufać dziecku, nawet jeśli sam danej sytu­acji nie rozu­mie. Kiedy dziecko popełni błąd, to warto o tym poroz­ma­wiać, a potem znowu zaufać, i znowu. Czyli jeśli dziecko mówi, że źle się czuje na jakiejś tera­pii, to należy ją zmie­nić albo jej zanie­chać. Czy sądzisz, że taka for­muła pomocy byłaby bar­dziej sku­teczna?

Tak. Jeśli rodzic będzie cały czas chro­nił dziecko, za bar­dzo się nim opie­ko­wał, to potem ono w doro­sło­ści nie będzie wie­działo, co robi dobrze, a co źle, bo zawsze mamu­sia albo tatuś mówili, co ma robić, i rato­wali z opre­sji. Popeł­ni­łam dużo błę­dów. Kilka razy zawio­dłam zaufa­nie rodzi­ców. Ale sta­ram się je odbu­do­wy­wać. Nie powiem, że byłam mała i głu­pia, bo na­dal jestem nasto­latką, ale robi­łam głu­pie rze­czy, jak mia­łam czter­na­ście czy pięt­na­ście lat.

A co to są głu­pie rze­czy?

Na przy­kład kie­dyś robi­łam coś takiego, że pozna­wa­łam ludzi przez inter­net. Nie wiem, o czym ja wtedy myśla­łam. To był czas, gdy nie mia­łam żad­nych zna­jo­mych i chcia­łam z kimś popi­sać. Pamię­tam, że kiedy mama się dowie­działa, zabrała mi tele­fon. Bała się, że to może być jakiś pedo­fil. Popła­ka­łam się. Wiem, że to było głu­pie. Teraz już tak nie robię, ale trzeba do tego doj­rzeć. Pamię­tam, że pró­bo­wa­łam palić. Jak mama się zorien­to­wała, że palę, to zaczęła mówić, że to jest nie­zdrowe, że wolno dopiero od osiem­na­stu lat, a ja mia­łam wtedy pięt­na­ście. Obie­cy­wa­łam, że już nie będę, ale mama znaj­do­wała kolejne papie­rosy. Jak skoń­czy­łam szes­na­ście lat, to dosta­wa­łam papie­rosy od dziadka. Z nim pali­łam. Przed sie­dem­nastką mama zoba­czyła, że palę w domu. Powie­działa, że pale­nie w domu kate­go­rycz­nie jest zabro­nione, że mam młod­szego brata i ona nie chce, żebym przy nim paliła, i sama też nie zamie­rza tego wdy­chać.

To jest powta­rzany od poko­leń sche­mat. Dziecko robi coś, czego rodzic nie pochwala, ale każdy rodzic robił kie­dyś dokład­nie to samo. Sama po raz pierw­szy spró­bo­wa­łam alko­holu u kole­żanki w domu, kiedy mia­łam czter­na­ście lat. Nam, rodzi­com, wydaje się, że możemy zabro­nić naszym dzie­ciom robie­nia tych samych głu­pot, które my robi­li­śmy. Co o tym sądzisz?

Rodzic wycho­dzi z zało­że­nia, że jak on coś zro­bił i już wie, że to jest złe, to dziecko nie ma prawa tego zro­bić, bo rodzic powie­dział, że to jest złe. Dziecku nie da się tak tego prze­tłu­ma­czyć. Ono samo musi się prze­ko­nać na swo­ich błę­dach. Mia­łam taką kole­żankę. Od początku mama mówiła, że z nią coś jest nie tak, ale pozwo­liła, żebym się sama prze­ko­nała. Nie zabra­niała mi kon­tak­tów z tą dziew­czyną. No i zoba­czy­łam, że kła­mie, krad­nie i tak dalej. Nawet inna kole­żanka mi mówiła: "Nie spo­ty­kaj się z nią, to nie jest fajna dziew­czyna", ale chcia­łam być mądrzej­sza i musia­łam sama się prze­ko­nać, co mi zro­biła, i dojść do wnio­sku, że ona jest złym towa­rzy­stwem. Nawet jeśli mam nie­zbite dowody, to i tak muszę się upew­nić, bo ina­czej nie uwie­rzę.

Chyba każdy z nas tak ma. Pyta­nie, czy to są błędy, czy natu­ralny pro­ces pozna­wa­nia życia i dora­sta­nia?

Moim zda­niem to nie są błędy. Każde dziecko pra­gnie doświad­czać, bo tak się uczy, przez doświad­cza­nie wła­śnie.

Rodzice powie­lają pewne wzorce, któ­rych zostali nauczeni przez swo­ich rodzi­ców. Tylko czy te wzorce na­dal dzia­łają? A jeśli nie, to jak powin­ni­śmy je zmo­dy­fi­ko­wać, żeby dora­sta­nie było łatwiej­sze, a rodzice mogli jed­nak sta­wiać gra­nice i uczyć, co można, a czego nie?

Moim zda­niem rodzice muszą być rodzi­cami. Rodzic to nie jest jakiś zna­jomy czy kolega. Ktoś musi to dziecko wycho­wać. Jed­nak bar­dziej powinno się to opie­rać na roz­mo­wie, na odpo­wied­nim przy­kła­dzie niż na kara­niu czy stra­sze­niu rakiem. Każde nor­malne dziecko i tak spró­buje papie­ro­sów, alko­holu, a może nawet cze­goś wię­cej, nawet jeśli jest wzo­ro­wym uczniem. Nie ma innej opcji. Wia­domo, jakie są teraz czasy, jakie jest towa­rzy­stwo. Naj­róż­niej­sze używki są teraz ogól­nie dostępne. Nie cho­dzi o to, żeby rodzice to pochwa­lali, ale niech nie poni­żają, nie wpę­dzają w poczu­cie winy, nie roz­ta­czają czar­nych wizji nar­ko­ma­nii i pracy przy kopa­niu rowów. Jest oczy­wi­ście róż­nica, kiedy cze­goś spró­buje dziecko dwu­na­sto­let­nie, a kiedy będzie to szes­na­sto­la­tek. Dwu­na­sto­la­tek to jesz­cze małe dziecko, ale kiedy doj­rzały nasto­la­tek zaczyna cho­dzić na imprezy, to nie da się unik­nąć pew­nych eks­pe­ry­men­tów. Nawet jeśli rodzic będzie karał, zaka­zy­wał, to dziecko pój­dzie za róg i spró­buje. Poni­ża­nie i zastra­sza­nie powo­dują jedy­nie niską samo­ocenę. Trzeba też odróż­nić sytu­acje, kiedy ktoś pró­buje alko­holu czy papie­ro­sów, a kiedy nar­ko­ty­ków - to jest o wiele bar­dziej nie­bez­pieczne. Mam przy­ja­ciółkę, która ma czter­na­ście lat, a zaczęła ćpać, kiedy miała dwa­na­ście. Ale jej rodzice byli po roz­wo­dzie i mama się nią w ogóle nie inte­re­so­wała.

Jak moja mama robiła awan­tury o pale­nie, to w ner­wach jej wykrzy­cza­łam: "To co, mam zacząć ćpać, żebyś mi powie­działa, że już to jest lep­sze niż nar­ko­tyki?!". Robiła mi takie afery o e-papie­rosy, zabie­rała tele­fon, zabra­niała wycho­dzić z domu, gro­ziła, że jak jesz­cze raz mnie przy­ła­pie, to coś tam. Ale moja mama żyje w jakimś innym świe­cie. Nie ma poję­cia, jak teraz wygląda świat nasto­lat­ków. Ona się dziwi, że ktoś nosi kol­czyki, far­buje włosy, a dla nas to jest nor­malne. Pro­si­łam ją, jak mia­łam pięt­na­ście lat, o kol­czyk w nosie. Mówiła: "Nie, nie, nie. Jak skoń­czysz osiem­na­ście lat, wypro­wa­dzisz się, to sobie zro­bisz, a w moim domu nie ma mowy". A mnie bar­dzo na tym zale­żało. Poszłam do kole­żanki na noc, prze­kłuła mi nos i wró­ci­łam do domu z kol­czykiem. Afera była, że mama się nie zga­dza, że mam to wyjąć, że to jest jej dom, że będzie się mnie wsty­dzić. Tłu­ma­czy­łam jej, że to prze­cież nie jest na całe życie, że można usu­nąć, to nie tatuaż. Rok póź­niej pro­si­łam o kol­czyk w pępku. Jecha­łam z kole­żanką za gra­nicę i spy­ta­łam, czy mogę to zro­bić. Ona znowu, że nie, nie, nie. Powie­dzia­łam jej: "Mamo, nie da się z tobą nawet roz­ma­wiać. Mam sie­dem­na­ście lat. Nie pro­szę cię o coś wiel­kiego. Jak ci się to nie będzie podo­bało, to jak będę z tobą gdzieś szła, mogę wyjąć". Mam kole­żankę, która ma czter­na­ście lat i kol­czyki wszę­dzie. Wiem, że nie należy się porów­ny­wać do kogoś, ale to, jak widać, zależy od rodzica. Dla mojej mamy dekolt czy tro­chę odsło­nię­tego brzu­cha to już jest zapro­sze­nie do seksu. I nie da się jej wytłu­ma­czyć, że teraz jest ina­czej, że czasy bar­dzo się zmie­niły.

Jak sądzisz, jak to wpływa na twoje samo­po­czu­cie?

Bar­dzo wpływa. Mia­łam taki czas, że bar­dzo źle czu­łam się sama ze sobą. Cho­wa­łam albo wyrzu­ca­łam jedze­nie, bo wyda­wa­łam się sobie gruba, choć byłam chuda. Cho­dzi­łam w luź­nych blu­zach, bo się wsty­dzi­łam samej sie­bie. Teraz jestem wyż­sza, nabra­łam kobie­cych kształ­tów. Dobrze się ze sobą czuję i kiedy chcę wło­żyć bluzkę z odkry­tym brzu­chem, mama mówi, że nie, bo to jest zachęta dla chło­pa­ków. Ja rozu­miem, gdy­bym wycho­dziła na mia­sto w minió­wie w nocy, to okej, sama bym się bała. Ale jeśli jest lato, dzień, gorąco, no to ja nie jestem w sta­nie tego zro­zu­mieć. Ja też bym nie wypu­ściła córki w krót­kiej sukience w nocy do klubu, ale jeśli idę się spo­tkać w środku lata ze zna­jo­mymi i mam bluzkę nie taką jak biu­sto­nosz, ale tro­chę poka­zu­jącą brzuch, to coś zupeł­nie innego. Moja mama ma takie kon­ser­wa­tywne podej­ście do wszyst­kiego: do ubioru, kol­czy­ków, tatu­aży. I ja muszę cały czas z nią wal­czyć, żeby móc być taka jak moje poko­le­nie, nie jej, tylko moje.

Prze­paść mię­dzy sty­lem życia rodzi­ców a obec­nych nasto­lat­ków jest ogromna. Myślę, że z tym jest bar­dzo ciężko i dzie­cia­kom, i rodzi­com. Róż­nice poko­le­niowe były zawsze. Świat ewo­lu­uje, zmie­nia się, a star­sze poko­le­nie prze­ja­wia opór przed zmia­nami, bo po pro­stu boi się tego, czego nie zna. To nor­malne. Dzi­siejsi rodzice nasto­lat­ków się­gają pamię­cią do tego, co im było wolno jako dzie­ciom, i dają swoim ciut wię­cej swo­body, co nie ozna­cza, że to jest tyle, ile te chcą. W pew­nych gra­ni­cach to jest słuszne. Jed­nak w związku z roz­wo­jem inter­netu, w dobie moż­li­wo­ści oglą­da­nia i doświad­cza­nia wszyst­kiego w świe­cie wir­tu­al­nym, prze­paść mię­dzy poko­le­niem, które dora­stało bez inter­netu, a tym, które uro­dziło się ze smart­fo­nem w ręku, to są lata świetlne. Rodzic nie jest w sta­nie dosto­so­wać swo­jego rozu­mo­wa­nia do tego, co się dzieje, a młody czło­wiek ma kło­pot z tym pogu­bio­nym rodzi­cem, bo z jed­nej strony nie chce go zawieść, i to jest dobre i natu­ralne, z dru­giej strony ma rówie­śni­ków, od któ­rych nie chce się róż­nić, a to są dwa skraj­nie różne światy.

Faj­nie by było, gdyby rodzice to wie­dzieli i ze świa­do­mo­ścią, że tak jest, mieli bar­dziej otwarty umysł na to, co jest nor­malne w dzi­siej­szych cza­sach, byli bar­dziej wyro­zu­miali i jed­nak nam ufali. Mimo wszystko.

Kiedy moi syno­wie mieli po szes­na­ście lat, mówi­łam im: "Ni­gdy nie będę popie­rała tego, że na impre­zach pije­cie alko­hol, ale zdaję sobie sprawę, że ten alko­hol tam jest i że nie pijąc, nara­ża­cie się na wyklu­cze­nie, wyszy­dze­nie i wyty­ka­nie pal­cami. Będzie­cie out­si­de­rami i rów­nie dobrze może­cie wcale tam nie iść, bo nie będzie­cie czę­ścią grupy rówie­śni­czej. Ja to rozu­miem i wiem, że będzie­cie pić bez względu na moje zakazy, groźby i ewen­tu­alne kary. Ale zanim pój­dzie­cie, najedz­cie się cze­goś tłu­stego, a na miej­scu połowę wyle­waj­cie zamiast za koł­nierz to za okno. Jeśli macie pić, to mało i tak, żeby się nie upodlić". Dla mnie było jasne, że na impre­zach są papie­rosy, alko­hol i nar­ko­tyki, a syno­wie sko­rzy­stają z oka­zji, by spró­bo­wać. Wola­łam dać im narzę­dzia, jak z tego sko­rzy­stać w miarę bez­piecz­nie, niż żywić nie­re­alne ocze­ki­wa­nia, że pójdą na imprezę, ale nie tkną alko­holu. Nie wiem, na ile się sto­so­wali do moich wska­zó­wek, ale sta­ra­łam się wejść w ich buty, wyobra­zić sobie sie­bie na takiej impre­zie i roz­wa­żyć, jakie są moż­li­wo­ści. W końcu wszy­scy rodzice też kie­dyś cho­dzili na imprezy. Trzeba sobie to przy­po­mnieć i dawać wska­zówki ade­kwatne do moż­li­wo­ści. Dzięki temu moi syno­wie nie bali się wró­cić do domu, "pach­nąc" piwem. Nie widy­wa­łam ich ni­gdy bar­dzo pija­nych, choć wiem, że kilka takich epi­zo­dów mieli. Dzi­siaj mają po dwa­dzie­ścia parę lat, spo­ra­dycz­nie piją alko­hol, i to w nie­wiel­kich ilo­ściach. Sami do tego doszli metodą prób i błę­dów. Błę­dów, za które ni­gdy ich nie kara­łam, ale pozwa­la­łam ponieść natu­ralne kon­se­kwen­cje w postaci kaca bez znie­czu­le­nia albo koniecz­no­ści pój­ścia do szkoły z bólem głowy. Jak sądzisz, Mela, czy jeśli przed­sta­wię takie podej­ście w książce, to mogłoby ono pomóc?

Tak. Mam przy­ja­ciółkę, któ­rej mama mówi otwar­cie, że nie wyraża zgody na upi­ja­nie się, ale jak były­śmy u niej na waka­cjach, to wypi­ły­śmy z nią po drinku, bo ona woli, żeby­śmy spró­bo­wały tak, niż poszły na imprezę, schlały się, wymio­to­wały i były nara­żone na wyko­rzy­sta­nie. Tak samo jak były tam e-papie­rosy jed­no­ra­zówki i chcia­ły­śmy sobie kupić. Powie­działa, że okej, możemy spró­bo­wać, ale kupu­jemy za wła­sne pie­nią­dze i robimy to same. Jeśli w skle­pie nam sprze­da­dzą i kupimy za swoje, to pro­szę bar­dzo, ale ona nie będzie finan­so­wać cze­goś, czego nie pochwala. Ona się do tego nie przy­czyni, ale też nie zrobi z tego jakiejś wiel­kiej afery. Moja mama ni­gdy by cze­goś takiego nie powie­działa. Byłam już w kilku klu­bach. Jestem nawet pro­mo­torką jed­nego z nich i dostaję za to pie­nią­dze. Ale za każ­dym razem, kiedy idę do klubu, to mama mi powta­rza: "Nie pijesz, nie palisz, włącz loka­li­za­tor, tata cię odbie­rze, maks do pół­nocy". A ja się czuję jak Kop­ciu­szek.

Rozu­miem, że taka chęć kon­tro­lo­wa­nia przez rodzi­ców wywiera efekt odwrotny od zamie­rzo­nego.

Dokład­nie tak. Jak byłam z dziew­czy­nami w tym klu­bie i wyszły­śmy przed budy­nek, bo chcia­ły­śmy zapa­lić, prze­wie­trzyć się, to mama już dzwoni: "Ale czemu jesteś gdzie indziej?! Widzę na loka­li­za­cji!". Wia­domo, że ina­czej się bawi czło­wiek, wie­dząc, że sam jest odpo­wie­dzialny za to, co robi, a ina­czej, jeśli mama ma loka­li­za­tor, a tata przy­je­dzie o pół­nocy.

Czyli lepiej powie­dzieć: "Nie pochwa­lam, ale jeśli będziesz pić, to pij tak, żeby się nie upić". Tylko że taki młody czło­wiek nie wie, ile to jest ta wła­ściwa por­cja, więc prze­sa­dzi i się upije. Wraca do domu i jest awan­tura, są kary, szla­bany i zabrany tele­fon. Z doświad­cze­nia wiem, że kara­nie abso­lut­nie nic nie daje. Dziecko i tak zrobi to, co chce. Kiedy ma w per­spek­ty­wie karę, to przyj­muje to jako cenę dosko­na­łej imprezy. Wie, czego się spo­dzie­wać, i ma to wkal­ku­lo­wane w straty. W rezul­ta­cie albo wcale nie wróci na noc do domu, albo przyj­mie karę i następ­nym razem zrobi dokład­nie to samo. Bo nie czuje się lojalne wobec rodzi­ców. Ani nie jest mu głu­pio, ani nie ma wyrzu­tów sumie­nia, bo kara to cena, którą trzeba zapła­cić. Poczu­cie winy prze­staje ist­nieć.

Naj­waż­niej­sze jest zbu­do­wa­nie więzi, w któ­rej my, rodzice, sta­jemy się waż­niejsi od rówie­śni­ków. Moi syno­wie nie­dawno przy­znali, że czę­sto przed popeł­nia­niem poważ­nych błę­dów powstrzy­my­wała ich lojal­ność wobec mnie, bo mnie sza­no­wali. Oni mnie, a ja ich, a to jest o wiele sil­niej­sza moty­wa­cja do samo­kon­troli niż per­spek­tywa ode­bra­nego tele­fonu. Tele­fon można poży­czyć od kolegi. Sza­cu­nek i zaufa­nie mają o wiele więk­szą war­tość niż tele­fon czy kasa. Sza­cu­nek u dziecka można zdo­być jedy­nie wtedy, kiedy sta­ramy się je zro­zu­mieć, a potem sta­wiamy realne gra­nice z mar­gi­ne­sem na popeł­nia­nie błę­dów. Bo każdy błąd to szansa na naucze­nie się, jak żyć, żeby nie ranić bli­skich. Na odkry­cie, co robić, jeśli się błąd popełni, i jaki to ma wpływ na tych, któ­rych kochamy i sza­nu­jemy. Klu­czo­wym sło­wem tutaj jest słowo "sza­nu­jemy". Żeby dziecko chciało się pil­no­wać, czy podej­muje decy­zje zgodne z wpo­jo­nymi war­to­ściami, to po pierw­sze, rodzic sam musi te war­to­ści repre­zen­to­wać, a po dru­gie, musi sam sza­no­wać potrzeby i emo­cje dziecka. Wtedy jest ogromna szansa, że także dziecko będzie sza­no­wało potrzeby i emo­cje rodzica.

Dokład­nie tak jest. Kary i szla­bany nie dzia­łają, dają poczu­cie przy­zwo­le­nia. Bo jeśli ja wiem, że mama mnie uka­rze, to już jestem na nią zła. Buduję sobie w gło­wie jej wize­ru­nek jako osoby, która mnie nie rozu­mie, która jest ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, która mnie nie sza­nuje. Mam chęć zro­bić jej na złość i udo­wod­nić, że i tak mogę, że jestem w sta­nie ją prze­chy­trzyć. Udo­wad­nia­łam to czę­sto, ucie­ka­jąc przez okno albo przez bal­kon. Takie są czasy, że nie da się dziecka upil­no­wać, nawet zakła­da­jąc loka­li­za­tor na komórce. Lepiej jest mieć z dziec­kiem taką rela­cję, żeby rodzic mógł z jed­nej strony jasno powie­dzieć, że cze­goś nie popiera, a z dru­giej, żeby umiał dziecku uświa­do­mić, czego ono może się spo­dzie­wać i jak sobie z tym radzić. Nie stra­szyć, nie gro­zić, tylko usiąść i mu spo­koj­nie powie­dzieć. Ale taką rela­cję trzeba sobie z dziec­kiem wypra­co­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki