Prolog
Podniosła ciężkie powieki i ujrzała nad sobą ciemnobursztynowe oczy, w których tliły się znajome ogniste iskierki. Już miała uśmiechnąć się i podać dłoń mężczyźnie, zachęcona gestem, gdy poczuła drżenie na całym ciele i nie był to dreszcz niosący nadzieję na coś dobrego. Z przerażeniem dostrzegła, że pochyla się nad nią ktoś jeszcze.
- Proszę się odsunąć! - nakazał srogi głos jej męża. - Sam sobie z nią poradzę - dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Iskierki w bursztynowych oczach przygasły...
- Proszę zachować ostrożność - powiedział drugi głos. - Nie wiem, czy nie uderzyła się w głowę.
- Nic jej nie będzie. To zwykła kobieca słabość. Sam pan wie, że płeć piękna mdleje z byle powodu. To przez te ich ciasne gorsety i skłonność do dramatyzowania, dlatego zawsze mają przy sobie flakonik soli trzeźwiących. Moja matka też dostawała waporów, kiedy coś jej nie pasowało albo zobaczyła pająka. Czy zobaczyłaś pająka, moja droga? - zwrócił się do półprzytomnej małżonki. Nie czekając na potwierdzenie, dodał szybko: - Sam pan widzi. Nie ma co robić zamieszania.
Mężczyzna skłonił się i oddalił, zerkając jedynie przez ramię w stronę omdlałej.
- Wyjaśnisz mi to w domu - syknął baron, ściskając ramię żony. - A teraz wstań, oprzyj się na moim ramieniu i udawaj przykładną młodą matkę, zanim wezmą nas na języki.
Nie odpowiedziała. Starała się powstrzymać napływające do oczu łzy.
- Czy nic się pani nie stało? - Podbiegła do nich daleka kuzynka, a za jej przykładem podążyły kolejne panie, otaczając małżonków ciasnym wianuszkiem.
- Zakręciło się biedaczce w głowie. Spodziewa się dziecka - wyszeptał konspiracyjnie mężczyzna. - Rozumiecie panie. Musisz na siebie bardziej uważać, baronowo - upomniał ją z wprawnie udawaną czułością. - Upał nie służy brzemiennym kobietom. Zwłaszcza tak delikatnym, jak mój uroczy kwiatuszek. Pozwolą panie, że zostawię je i zaprowadzę żonę do domu. Powinna położyć się i odpocząć.
- Tak, to zrozumiałe, baronie. Jest pan taki opiekuńczy - świergotały jedna przez drugą.
- Psiakrew! - warknął, kiedy zamknął za sobą drzwi małżeńskiej sypialni. Ponownie ścisnął jej ramię, szarpnął i pchnął ją w stronę łóżka. Usiadła na jego skraju. - Chciałaś mnie skompromitować przy wszystkich?!
- Nie.
- Czego on tu szukał?! - zapytał, wykrzywiając twarz w groźnym grymasie.
- Nie wiem. Nie przypuszczałam, że przyjdzie. Wysłałam zaproszenia zgodnie z twoim poleceniem.
- Do niego?!
- Nie. Ogólnie do całej jego rodziny - próbowała tłumaczyć, choć wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu. - Nie wiedziałam, że wrócił. Nie było go tu od trzech lat.
- Liczyłaś?! - zadrwił, szczerząc zęby w kpiącym uśmiechu. Po czym przysunął się, pochylił, chwycił jej brodę i uniósł tak, by móc przyjrzeć się twarzy.
- Nie musiałam liczyć.
- Oj, liczyłaś, liczyłaś. Dobrze wiem, że tylko szukasz sposobu, jak przyprawić mi rogi, ale niedoczekanie twoje! Nie pozwolę robić z siebie głupca. - Wymierzył jej siarczysty policzek. Nie uchyliła się. Wiedziała, że jej łzy i błagania o litość tylko wzmagają furię. Sprawiają mu jakiś chory rodzaj satysfakcji. Kiedy udawała obojętną, rezygnował z dalszych tortur, jakby zawiedziony brakiem odpowiedniej reakcji. Wiedziała również, że wyjeżdżał do lupanarów i folgował sobie, biczując pracujące tam dziewczyny, albo tłukł bezlitośnie konie, które nie wykonywały jego poleceń.
- Nie jestem brzemienna - powiedziała, siląc się na obojętny ton.
- Jeszcze. - Uśmiechnął się w taki sposób, że domyślała się, co zaraz nastąpi.
Podszedł do drzwi, zamknął je na klucz, następnie wrócił, przeniósł ją do okna i kazał wypatrywać domniemanego kochanka. Kiedy ujrzała go spacerującego w ogrodzie pośród innych gości, otworzył okno na całą jego szerokość, zaczekał, aż mężczyzna z ogrodu zauważy baronową, i ponownie rzucił małżonkę na łóżko.
- Od ciebie teraz zależy, czy twój kochanek usłyszy, jak staramy się o kolejnego potomka, czy nie.
- Nie zrobisz mi tego - wystraszyła się.
- Zrobię - odparł bez żadnych emocji. - I może w końcu będę miał z tego jakąś przyjemność - wyszeptał jej w twarz. - Jesteś moją żoną i przysięgałaś mi przed ołtarzem. Nie jemu - przypomniał.
Wszystko, co działo się przez następny kwadrans, wolałaby wyrzucić z pamięci. Ból, upokorzenie, rosnąca nienawiść. Nie pisnęła słowa, nie wydała żadnego dźwięku i modliła się, by mąż zachował się na tyle cicho, by nie wzbudzić zainteresowania gości. Nie zachował się. Porwał jej bieliznę, podrapał do krwi uda i dekolt, a potem jęczał i stękał z satysfakcją, widząc płynące po jej policzkach łzy. Na koniec wstał, poprawił ubranie, zamknął z hukiem okno i najzwyczajniej w świecie wyszedł. Nawet się nie obejrzał.
Bursztynooki wyjechał na kolejne trzy długie lata...