Pomoc dziecku skrzywdzonemu seksualnie
Rozmowa z Jolantą Zmarzlik, terapeutką pomagającą skrzywdzonym dzieciom i ich rodzinom
Jolanta Zmarzlik
Jak poznać, że dziecko jest krzywdzone seksualnie?
Odpowiem ulubionym wyrażeniem psychologów: to zależy. Głównie od tego, w jakim wieku jest dziecko i jakie są okoliczności. To nie tak, że wykorzystywanie seksualne daje jakiś zespół objawów. Jak mamy wysypkę, wymioty i gorączkę, to kilka chorób może temu odpowiadać. Tu jest inaczej.
Jakieś znaki chyba jednak muszą być.
Są trzy ewidentne dowody na wykorzystanie seksualne: ciąża, choroba weneryczna lub obecność nasienia na ciele lub ubraniu dziecka. Pierwszy dotyczy tylko dziewczynek w określonym wieku. Drugi jest niedostępny wzrokowi osób postronnych. Trzeci zdarza się niezwykle rzadko, bo musiałby zostać dostrzeżony natychmiast po krzywdzie. Są jednak inne sygnały, które mogę zebrać pod jednym hasłem - zmiany. To jest pierwsze, co powinno wzbudzić czujność u rodziców: zmiany w zachowaniu i dotychczasowym funkcjonowaniu dziecka. Na przykład pogodna siedmiolatka stała się smutna, przygnębiona, ma kłopoty z jedzeniem, popłakuje po kątach.
Przyczyn mogą być tysiące...
Miliony. Chomik zdechł. Babcia wyjechała. Mama poszła do pracy. Należy być uważnym i - to chcę podkreślić - trzeba być naprawdę blisko ze swoim dzieckiem. To wcale nie jest takie łatwe. Wielu może się oburzyć, bo uzna, że każdy porządny rodzic wie, co się z dzieckiem dzieje. Odwozi do szkoły, potem na zajęcia. Pyta, jak minął dzień. Sprawdza, czy lekcje odrobione. Ale tu potrzeba więcej - prawdziwego bycia z dzieckiem, obserwowania jego rozwoju, poznawania jego zdania, żeby wiedzieć, czym się interesuje, czego się boi, jakie ma wątpliwości. To więcej wysiłku niż sprawdzanie, czy dziecko jadło, czy ma czyste ubranie i czy osiąga rozliczne sukcesy.
Ważne, żeby dać dziecku przestrzeń do tego, by mogło mówić o różnych rzeczach: ile strzeliło bramek, że szlaczki rysuje najładniejsze, ale i że coś nie wyszło, że jest problem. Że szło wieczorem na skróty przez park, chociaż rodzice mówili, że ma iść dookoła, bo w parku jest ciemno. Ale nie posłuchało, ktoś je napadł i ukradł komórkę. I rodzic nie powie: "Sto razy powtarzaliśmy, nic do ciebie nie dociera!", nie potępi dziecka, tylko da wsparcie. W przeciwnym razie nie będzie przestrzeni, żeby zauważyć zmiany. To nie działa tak, że powiemy sobie: "Od przyszłego poniedziałku zacznę bacznie obserwować, czy moje dziecko jest wykorzystywane seksualnie". I wystarczy. Mówię wprost - nie wystarczy.
To pewnie nie wystarczy też uczenie dzieci, żeby nie rozmawiały z obcymi?
Może się wydawać, że sprawca wykorzystywania seksualnego jest taki obrzydliwy i straszny, że dziecko na pewno ucieknie ze strachem. To znacznie bardziej skomplikowane. Wielu sprawców robi wszystko, żeby dziecko sobą oczarować i uwieść. Oplata je pajęczyną niby-przyjaźni, poświęca mu swój czas, uwagę. Daje to, czego dziecko może nie dostawać w wystarczającym stopniu od rodzica, opiekuna, wychowawcy. Czasem chodzi też o potrzeby materialne. Do tego zaczyna być rozbudzane seksualnie. Dlatego dziecko, które jest przez dłuższy czas tak "przygotowywane" przez sprawcę, czuje się otoczone miłością, zainteresowaniem i akceptacją, a do tego jest pobudzone seksualnie, przez długi czas może nie zauważać, że coś jest nie tak. Im młodsze dziecko, tym trudniej mu to zauważyć. Może nie uznawać takiego kontaktu seksualnego za odrażającą rzecz.
Kiedy dziecko zaczyna rozumieć, że relacja nie jest zdrowa?
To też najczęściej nie dzieje się nagle. Po jakimś czasie dziecko widzi, że sprawca bywa namolny, uparty, zaborczy, ciągnie je w kierunku tylko tej jednej aktywności.
Co to znaczy "po jakimś czasie"?
Może być po miesiącu, może być po trzech latach. W każdym razie nie należy się dziwić, że dziecko uświadamia to sobie dopiero po czasie, który może się wydawać bardzo długi. To nie jest wina dziecka, że uczestniczy w aktywności, której może do końca nie rozumieć.
Mimo że sprawca będzie próbował pokazać to inaczej?
Tak, to część manipulacji - wywołać w dziecku poczucie winy. A w tym sprawcy są z reguły świetni. Kiedy dziecko zaczyna zauważać, że coś jest nie tak, i próbuje się zbuntować, słyszy: "znienawidzą cię, jak się dowiedzą", "sam chciałeś/sama chciałaś". W przypadku środowiska kościelnego dochodzi jeszcze kwestia grzechu. Sprawca mówi: "zgrzeszyłaś/zgrzeszyłeś, spotka cię kara" albo "zobacz, do jakiego grzechu mnie doprowadziłaś/doprowadziłeś". Straszy piekłem. Cel jest taki - niezależnie od środowiska - żeby wtłoczyć dziecku przerażającą wizję katastrofy, która je spotka, jeśli wyjawi komuś, co się dzieje między nim a sprawcą. Sprawcy posuwają się do przerażających rzeczy, żeby narzucić ofierze milczenie. Pamiętam szczególnie jeden przypadek, bardzo drastyczny. Ojciec wykorzystywał seksualnie kilkuletniego syna. Chłopiec miał ukochanego żółwia, któremu ojciec na oczach tego dziecka urwał głowę. Zagroził synowi, że z nim zrobi to samo, jeśli opowie komuś o tym, co się między nimi dzieje. Chłopiec był sparaliżowany przerażeniem. Bał się cokolwiek powiedzieć, ale dramatycznie chciał wezwać pomocy. Znalazł sposób - zanieczyszczał kałem siebie i otoczenie. W końcu trafił do szpitala psychiatrycznego.
Jak informacja o wykorzystywaniu wyszła na światło dzienne?
Po czasie chłopiec sam zaczął mówić. Pomogło to, że w szpitalu był odseparowany od krzywdziciela. Opisałam skrajny przypadek, ale chcę zwrócić uwagę na to, że za dziwnym, nietypowym czy po prostu innym zachowaniem dziecka kryje się jakaś informacja.
Czy są symptomy, które zdarzają się częściej w przypadku wykorzystywania seksualnego?
U dziewczynek - rzadziej u chłopców - pojawiają się zaburzenia odżywiania: bulimia, anoreksja. Obserwujemy też samookaleczenia. Często dziecko myśli, że to w nim jest coś, co sprawia, że jest krzywdzone. Nienawidzi siebie i własnego ciała. I zadaje sobie ból. Pamiętajmy jednak, że nie zawsze takie zachowania świadczą o wykorzystywaniu seksualnym. I odwrotnie - jeśli takich sygnałów nie ma, nie znaczy to, że nie doszło do wykorzystania.
Jeśli to przestępstwa tak mocno ukryte, osłonięte siecią manipulacji, jakim cudem w ogóle wychodzą na jaw?
Mimo wszystkich trudności, tajemnic, wstydu, lęku dziecko chce ujawnić, co się z nim dzieje. Czasem robi to desperacko - wprost, a czasem daje sygnały swoim zachowaniem, stanem zdrowia. Uporczywe bóle głowy, brzucha, omdlenia, zamknięcie się w sobie, odsunięcie od rodziny, przyjaciół, rozdrażnienie, kłopoty ze snem, brak apetytu, przejadanie się itp. Ta lista może być bardzo długa. Powtórzę jeszcze raz: trzeba wnikliwie analizować wszelkie zmiany zachowania dziecka. Trzeba poszukiwać przyczyn, a nie skupiać się na korygowaniu i dyscyplinowaniu dziecka.
A w przypadku małych dzieci? Rodzice mogą się obawiać, że nawet jeśli zauważą zmianę w zachowaniu malucha, to nie zorientują się, że chodzi o wykorzystywanie seksualne.
Małe - przedszkolne - dzieci, często nie zdając sobie sprawy ze znaczenia doświadczeń związanych z wykorzystywaniem seksualnym, wprost odtwarzają w zabawie zachowania, w które zaangażowali je sprawcy. Tak jak się bawią w sklep czy w gotowanie, bo naśladują codzienne czynności dorosłych, mogą pokazać w zabawie zachowania o charakterze seksualnym. Na przykład w przedszkolu udają, że lalki uprawiają seks oralny. Dziecko nie ma bladego pojęcia, że proponując taką zabawę, wywoła trzęsienie ziemi. W każdym razie dobrze, żeby wywołało, bo dorośli nie mogą przejść obok tego obojętnie. Powinni - delikatnie i z wyczuciem - zapytać, skąd dziecko zna takie zachowania. Tylko trzeba to zrobić tak, żeby nie poczuło, że lepiej będzie skłamać albo milczeć. Ale wykluczone, żeby przedszkolak sam wymyślił taką zabawę. Dzieci nie mają pojęcia o seksie, nie działa u nich układ hormonalny odpowiadający za tego rodzaju pobudzenie. Zabawa w seks oralny jest zatem odzwierciedleniem tego, co dziecko przeżyło albo co widziało, na przykład w filmie pornograficznym.
Znam historię małej dziewczynki, dzięki której udało się wykryć wielką aferę pedofilską. Ta niespełna trzylatka poprosiła któregoś dnia po kąpieli mamę o seks oralny. Oczywiście powiedziała to swoimi słowami. Uznała to za przyjemną zabawę. Matka pobiegła do psychologa. Udało się ustalić, kto tę "zabawę" pokazał trzylatce. Dzięki pracy z tą dziewczynką namierzono seryjnego sprawcę.
Sprawca działa tak, żeby uwieść dziecko. A jak postępuje z rodzicem?
Rodzica często też uwodzi. Zaprzyjaźnia się z nim. W przypadku rodzin dysfunkcyjnych, ubogich nierzadko ta przyjaźń wiąże się z konkretnymi korzyściami dla rodziców - a to za prąd zapłaci, a to pół litra przyniesie, a to dziecku buty kupi. Sprawca może też być takim dobrym duchem rodziny, przedstawiać się jako ktoś, kto rozumie i wspiera proces wychowawczy. Zdaje sobie sprawę, że rodzice są zapracowani, więc on zabierze dziecko na ryby. Albo nauczy je wspinać się na ściance, bo sam to doskonale potrafi. Sprawca często oferuje rzeczy, które rodzice chcieliby dać dziecku, ale nie mają pieniędzy, czasu albo możliwości. I nieświadomie popychają dziecko w ręce krzywdziciela.
Jak zachować czujność, ale nie popaść w chorobliwy brak zaufania do ludzi?
Trzeba pamiętać, że przesadne oddawanie komuś własnego dziecka we władanie jest ryzykowne i niebezpieczne. Jeśli jakaś osoba, której ufamy - nauczyciel, instruktor, ksiądz albo po prostu znajomy - za bardzo wchodzi w rolę opiekuna i przejmuje kompetencje rodzica, powinno to wzbudzić zaniepokojenie. Na przykład mężczyzna prowadzący chór codziennie obdzwania chłopców, żeby pogadać z nimi przed snem, pomodlić się razem i powiedzieć im "dobranoc". Taki rytuał kończący dzień. Nie byłoby nic dziwnego, gdyby to rodzic miał taki zwyczaj. Ale tu ktoś inny stawał się dla tych chłopców najważniejszą osobą w ich życiu. Wtedy dzieci są "kradzione" w białych rękawiczkach. A jeśli to rodzic jest sprawcą, sytuacja staje się najtrudniejsza. Nie ma bardziej bezbronnych istot na świecie od dzieci krzywdzonych w rodzinach.
Jak uświadamiać dziecku zagrożenie wykorzystaniem seksualnym?
Po pierwsze, rozmawiać. Na różne tematy, wtedy mówienie o zagrożeniach nie będzie czymś wyjątkowym i - co za tym idzie - wyjątkowo stresującym. Rozmowa o przeciwdziałaniu zagrożeniom musi być dostosowana do wieku oraz rozwoju dziecka i ukierunkowana na zapewnienie mu bezpieczeństwa. Nasz przekaz powinien być taki: "Masz prawo chronić swoje ciało. Są miejsca intymne, które podlegają wyjątkowej ochronie. Masz prawo powiedzieć "nie". Alarmuj, gdy coś cię niepokoi, nawet jeśli ktoś powie, że to tajemnica". Najważniejsze, żeby rodzice sami respektowali te reguły. Jeśli dziecko nie chce dać ciotce buziaka - nie ma obowiązku, i mama albo tata nie powinni do tego zmuszać.
Dziecko może zostać wykorzystane seksualnie, nie mając fizycznego kontaktu ze sprawcą. Myślę o przestępstwach, które się dokonują na przykład przez internet. Czy to częste zjawisko?
Na pewno coraz powszechniejsze, bo sprawcy idą z duchem czasu. Kiedyś zdarzały się przypadki, że dzieci były nagabywane przez telefon. Dzisiaj krzywdziciele wykorzystują możliwości, jakie dają im nowe technologie. I fakt, że dzieci w sieci po prostu są obecne. Formy krzywdzenia mogą być różne - od wysyłania wiadomości i zdjęć o charakterze erotycznym po namawianie dziecka, żeby rozebrało się przed kamerą, masturbowało albo oglądało sprawcę podczas czynności seksualnych. W takich przypadkach sprawca z reguły nie stara się uwieść rodziców, tylko dziecko przeciwko rodzicom zbuntować, podburzyć. Ma też czym zastraszać ofiarę - nagrania, zdjęcia. Informacja o wykorzystywaniu bywa wyjątkowo zaskakująca dla rodzica, któremu się wydaje, że jest cały czas obok dziecka. Bo fizycznie jest, ma je na wyciągnięcie ręki. Tylko sprawca po kablu z internetu wchodzi do domu i zyskuje władzę nad dzieckiem.
I wracamy do tego, że fizyczna obecność przy dziecku to za mało i potrzeba relacji. Tylko z tym różnie w rodzinach bywa. Czy takie braki da się nadrobić?
Na szczęście tak. To niesamowite, jak dzieci mają dużo cierpliwości, by wybaczyć rodzicom błędy, i jak nieskończenie wielką mają potrzebę bycia z nimi w dobrej relacji. Oczywiście im dziecko starsze, tym trudniejsze się to staje. Szczególnie nastolatki bywają nadkrytyczne w stosunku do matki i ojca. Generalnie jednak jest szansa na odbudowanie - czasem zbudowanie na nowo - relacji z dzieckiem. Rodzic musi wykazać chęć, przyznać się do błędów. To wcale nie zburzy jego autorytetu. A dziecko w tej relacji ma być partnerem. Nie chodzi o to, żeby traktować je jak dorosłego, tylko o to, żeby to, co dziecko czuje, myśli i czego oczekuje, było na równi z uczuciami, opiniami i oczekiwaniami rodzica.
Zdarza się, że się nie da? Że nie ma szans na zdrowe relacje?
Mówiąc o odbudowywaniu relacji, nie mam na myśli bardzo przemocowych, patologicznych rodzin. Nie uważam, że należy za wszelką cenę dążyć do tego, by dziecko wychowywało się w rodzinie biologicznej, gdy tam doznaje ogromnych krzywd i cierpienia. Wiem, o czym mówię. Pracowałam w domu dziecka, teraz działam w fundacji zajmującej się walką z przemocą. Są dzieci, dla których codziennością jest kopanie, walenie głową o ścianę, przypalanie papierosem, poniżanie, słuchanie zdań typu: "Lepiej, żebyś zdechł", "Jesteś szmatą". Uważam, że czasami rodzice są tak toksyczni dla dziecka, że lepsza jest dla niego tęsknota za idealnym obrazem rodzica i przeżycie żałoby po stracie niż kontakt z tym realnym rodzicem, który niszczy na całe życie. Jednocześnie mam świadomość, jak wielką wartość stanowi rodzina, i nie mam wątpliwości, że należy dołożyć wszelkich starań, żeby jej pomóc. Tylko że czasem po prostu się nie da. Trzeba ochronić dziecko.
Czy po wykorzystaniu seksualnym można normalnie żyć?
Tak, można. To zależy od wielu czynników. Pierwszym z nich jest indywidualna odporność dziecka na zranienia, tak zwana rezyliencja. Ważne jest również, jak długo trwała krzywda, kto był krzywdzicielem. Najgłębsze rany zadają rodzice. Istotne jest także, na jakim etapie dziecko otrzymało profesjonalną pomoc terapeutyczną. Czasem jest tak, że rana sama zarasta, ale w środku się jątrzy. Może się wydawać, że wszystko jest już dobrze, krzywdziciela nie ma przy dziecku, ustało wykorzystywanie seksualne. Ale to jest coś, co pozostawia ślad do końca życia. Tę krzywdę trzeba przepracować. Odbyć żałobę po utraconym dzieciństwie.
Mówiła pani o wykorzystanej seksualnie trzylatce. Jest możliwe, że takie małe dziecko po prostu nie będzie pamiętać?
Może nie umieć przywołać w pamięci konkretnych zdarzeń, ale one i tak zostawiają ślad. To widać na tomograficznym badaniu mózgu.
Tomografia komputerowa może wskazać, czy dziecko było wykorzystywane seksualnie?
Tak łatwo nie jest. Ale z takiego badania można wyczytać przebytą traumę. W momencie dużego stresu wydziela się kortyzol, hormon stresu. On powoduje, że mózg toruje sobie pewne ścieżki reakcji. Właśnie to zbombardowanie stresem da się zauważyć w takim badaniu.
Pewne sprawy wychodzą po latach. Na przykład dziewczyna we wczesnym dzieciństwie została skrzywdzona seksualnie. Nie pamięta tego. Po latach podejmuje współżycie. I okazuje się, że cierpi na pochwicę, czyli skurcz mięśni pochwy uniemożliwiający stosunek. Nie wie dlaczego. Dopiero głęboki wywiad pozwala odkryć problem. Bodziec o charakterze seksualnym obudził w niej to, co przez lata było uśpione, ale zostawiło swój ślad w mózgu. Czyli podświadomą reakcję obronną na próbę wprowadzenia członka do pochwy.
Problemy z seksualnością to częsty skutek wykorzystania?
Tak, i objawiają się skrajnie - nadmierną potrzebą seksu albo odseparowaniem od własnej seksualności. To też zależy między innymi od wieku osoby pokrzywdzonej. Dlatego w terapii wykorzystania seksualnego zaleca się metodę otwartych drzwi, czyli zawsze można wrócić na terapię. Załóżmy, że siedmiolatka trafi do terapeuty. Otrzyma pomoc, która będzie dostosowana do jej wieku i możliwości rozwojowych. Z taką dziewczynką nie będę rozmawiać tak, jakbym rozmawiała z szesnastolatką. Siedmioletnie dziecko pewnych informacji nie będzie w stanie przyswoić, nie byłaby to też wiedza przydatna w jej wieku. Może się zatem okazać, że wraz z dojrzewaniem pojawią się nowe kwestie, które będą potrzebowały przepracowania. I trzeba pamiętać, że drzwi do terapeuty pozostają otwarte.
Dlaczego osoby wykorzystywane seksualnie często o swojej krzywdzie mówią po wielu latach?
Milczenie ofiar to jedna z głównych cech charakterystycznych dla wykorzystywania seksualnego. Osoby pokrzywdzone milczą, bo biorą na siebie winę i odpowiedzialność za to, co się zdarzyło. Zarzucają sobie, że coś zrobiły, choć nie musiały. "Po co tam poszłam? Dlaczego nie krzyczałam?". A sprawca działa jak kobra - paraliżuje ofiarę. Obezwładnia. Trzynastoletnia dziewczyna była wykorzystywana seksualnie przez przyjaciela rodziny. Sprawca tak ją zmanipulował, że to dziecko było przekonane, że on kontroluje całe jej życie, że ją cały czas widzi. Kiedy jej powiedział, że ma gdzieś iść - szła jak po sznurku. Gdy tylko była w domu, zasłaniała zasłony. Nawet w ciągu dnia, a mieszkała na wysokim piętrze, nikt nie zaglądał jej przez okno. Ale ta dziewczynka była pewna, że krzywdziciel ją obserwuje. Nie jest łatwo wyrwać się z takiej relacji. Nie jest łatwo powiedzieć: "nie". To poczucie winy sprawia, że osoby wykorzystane seksualnie przez długi czas robią wszystko, żeby to nie wyszło na jaw.
W jakiś charakterystyczny sposób?
Dziewczynki często ukrywają swoją kobiecość, noszą luźne stroje. Albo zachowują się agresywnie, prowokacyjnie. Żeby nikt nie zobaczył w nich kobiety i nikt nie potraktował jak kobietę. Mogą też jednak być rozhamowane seksualnie. Epatują swoją seksualnością, jakby nie potrafiły inaczej komunikować się z otoczeniem niż przez uwodzenie.
A chłopcy?
Tu trudniej wskazać jakieś szczególnie często powtarzające się sposoby. Chłopcy nie są tak dobrze opisaną grupą. Również w naszych gabinetach zdecydowaną większość stanowią dziewczynki. Na pewno możemy mówić o poczuciu stygmatyzacji - u chłopców i dziewczynek. Dlatego skrzywdzone dzieci nieraz odrzucają pomoc. Nauczycielka pyta, czy dziecko ma jakiś problem, czy chce porozmawiać. A ono nie chce, bo boi się, że jak zacznie mówić, to popłynie, wyjawi swój największy sekret i będzie katastrofa.
Sprawca był przerażająco skuteczny...
"Nie mów, bo mama cię znienawidzi". "Nie mów, bo trafisz do poprawczaka". "Nie mów, bo pójdę do więzienia i nasza rodzina się rozpadnie". To rezonuje przez lata.
Co się musi stać, żeby złamać tę barierę?
Pojawia się jakiś impuls. Tak jak z pewną dziewczynką w szkole. Kiedyś klasa miała zastępstwo ze szkolną pedagog. Ta w pewnym momencie, zupełnie przypadkowo, zatrzymała się przy tej dziewczynie i powiedziała: "Ale masz piękne oczy. Wiesz, że oczy są zwierciadłem duszy?". Dziewczynka zamarła. Była przekonana, że pani pedagog poznała, że ona jest wykorzystywana seksualnie. Po lekcji, ledwo przytomna ze strachu, poszła do niej i pyta: "Skąd pani wie? Skąd pani wie, że on mi to robi?". W tej dziewczynie było bardzo dużo gotowości, żeby otworzyć się na pomoc. Nie miała odwagi, by to ujawnić. Ale kiedy uznała, że pedagog już wie, mogła powiedzieć.
Zdarza się jednak, że dzieci nie wytrzymują tego napięcia. Podejmują próby samobójcze albo się okaleczają, łykają proszki. Albo dzwonią do telefonu zaufania. Czasem w złości wykrzykują to matce. Wcześniej jej nic nie mówią, ale noszą w sobie taką myśl, że matka powinna była zauważyć. Odnotowujemy też tak zwany wysyp wakacyjnych ujawnień na koloniach czy obozach. Wtedy dzieci - częściej te młodsze - mówią o wykorzystywaniu, bo są z dala od sprawcy.
A jeśli to do nas przyjdzie dziecko albo osoba dorosła i powie o swojej krzywdzie? Co robić?
Na pewno wysłuchać, nie odrzucać. Absolutnie nie wolno mówić rzeczy w stylu: "Ale na pewno nie kłamiesz?", "Jesteś pewien, że tak było?". Tym możemy wyrządzić ogromną krzywdę. Jeśli ktoś w sobie nosił tajemnicę i wybrał nas, żeby ją ujawnić, a my go odepchniemy - skrzywdzimy go drugi raz. I to będzie poważna rana. Nie musimy przejmować roli profesjonalnego terapeuty, jeśli nim nie jesteśmy. Wskażmy, gdzie można znaleźć pomoc.
Jolanta Zmarzlik - terapeutka, specjalistka prowadząca diagnozę, interwencję i pomoc dzieciom krzywdzonym i ich rodzinom w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę