Rozdział 1
Patrzył na mnie z ekranu tymi swoimi ciepłymi, uśmiechniętymi oczami.
Sympatyczna, serdeczna twarz, ruda broda, okulary. Awi, 36 - nawet nie
pamiętam, co jeszcze było tam napisane. Kliknęłam - co będzie, to
będzie. Zobaczymy, czy on też kliknie. Taka zabawa dla dorosłych.
Kliknął. Zaczęliśmy rozmawiać - o wszystkim i o niczym, jak to przy
pierwszych zwiadach, czy może to już ten, czy może w końcu znalazłam
kogoś, z kim spędzę resztę życia, kogoś, kto wyciągnie mnie z otchłani
samotności?
Ze śmiercią mojego męża zawarłam już pokój. Zakopaliśmy wojenne topory.
Dotknęłam dna najgłębszych, najciemniejszych wąwozów rozpaczy, złości,
bezwładu i nicości. Nie tylko dotknęłam, ja tam właściwie mieszkałam, na
czarnej i mokrej ziemi samego dna. Tam przeleżałam całe miesiące i nie
miałam siły ani ochoty nawet pomyśleć, jak się stamtąd wydostać. Bo
ściany były wysokie, śliskie, ociekające wodą.
Po pewnym czasie zrobiło się przyjemniej, bezpieczniej, moje czarne dno,
zimna ziemia, pokryła się ciepłym mchem, powietrze było trochę stęchłe,
ale nie panowało już tak przejmujące zimno. Nade mną uformował się
skalisty strop. Stworzyłam sobie swoją własną, prywatną jaskinię, swoją
samotnię, gdzie nikt nie mógł mnie znaleźć i nie próbował z niej
wyciągnąć.
Tam, na zewnątrz, było straszno, było jasno. W świetle izraelskiego
słońca moje problemy błyszczały z daleka jak szkiełko w trawie i raziły
boleśnie w zapłakane oczy. Tam wszystko było widać, tam stawałam twarzą
w twarz z rzeczywistością, która gapiła się na mnie tym swoim
oceniającym wzrokiem. Tam znajdowali się inni, którym winna byłam
sprawozdanie z bycia matką, żywicielką rodziny, kobietą aspirującą do
czegoś więcej niż prowadzenie domu. Tam się ode mnie czegoś oczekiwało.
W jaskini nikt mi nie przeszkadzał. Moja kołdra była skałą nad głową,
pościel ciepłym mchem, drzwi głazem, którym barykadowałam wejście, a ból
głowy, pleców, wątroby i czego tam jeszcze chcecie - wymówką, karteczką
od rodziców dla pani wychowawczyni, że dziś muszę zostać w domu.
Wymówką, w którą zaczęło też wierzyć moje ciało.
W jaskini było źle, ale było dobrze. Bolało, ale mniej, niż gdybym z niej wyszła. Jakiś wewnętrzny masochizm sprawiał, że w gniewie, złości,
smutku i rozpaczy było mi całkiem przytulnie. Na pewno swojsko i bezpiecznie.
Czy to był Bóg, czy mój zatroskany mąż z zaświatów, czy może moje wyższe
ja w desperackiej próbie niesienia pomocy - tego nie wiem. Wiem tylko,
że ktoś rzucił mi grubą linę. Linę, która pozwoliła mi wypełznąć z omszałej nory, wbić paznokcie głęboko w ściany dołu, w którym tkwiłam, i zacząć się z niego powoli, z bólem, po wielu upadkach, wydrapywać na
powierzchnię. To była samotność. Ogromna, dusząca, uciskająca serce
samotność. Taka, która boli do głębi. Desperacko chciałam potrzymać
kogoś za rękę. Wiedzieć, że ta istota obok, ten organizm ludzki na
kanapie, jest mój, a ja jego. Że mam do niego prawo, że należy do mnie.
I wreszcie, że mnie kocha. Mnie i nikogo innego. Chciałam do tego
stopnia, że czasem tę miłość sobie wymyślałam, czasem wiedziałam, że jej
w ogóle nie ma. Ale ten krótki moment złudy dawał mi energię na
kolejnych parę centymetrów wspinaczki. Zawody i rozstania były jak
poślizgnięcia palców na mokrej skale.
Mój syn dostał kiedyś w prezencie zestaw młodego magika. W pudełku
oprócz kart, różdżki i innych akcesoriów znalazłam plastikowy palec.
Zakładało się go na kciuk, by zrobić jakąś magiczną sztuczkę. Dzieci już
spały, a ja leżąc bezwładnie na dywanie, jak w letargu, znów znalazłam
się w samym centrum mojej samotności. Przekręciłam głowę i zobaczyłam,
że pod stolikiem obok kanapy leży ten plastikowy palec. Wyglądał bardzo
realistycznie, duży męski kciuk w kolorze ludzkiej skóry. Założyłam go
na swój kciuk i przez chwilę moja ręka wyglądała jak dłoń mężczyzny.
Ujęłam nią drugą rękę, splotłam palce tak, by męski kciuk obejmował
wierzch mojej dłoni. Ktoś trzymał mnie za rękę. Łzy napłynęły mi do
oczu. Wzruszenie i tęsknota chwyciły za gardło. Bardzo pragnęłam takiego
dotyku, takiego prostego uścisku dwóch dłoni. Pragnęłam mieć swoją drugą
połowę, partnera, mężczyznę, osobę, kogoś obok - byle tylko był. Nic
więcej. Chciałam jego obecności. A miałam jedynie plastikowy palec.
Pusty w środku...
Wieczory spędzałam przed ekranem komputera. Tysiące twarzy przebiegało
mi przed oczami. Tysiące. I żadna nie mogła się zmierzyć z tą, którą
wciąż kochałam, którą widziałam codziennie w rysach mojego synka, którą
bezpowrotnie straciłam. Czasem ktoś okazywał się wystarczająco dobry,
dawałam szansę, nie przebierałam jak w ulęgałkach. Z biegiem lat
odłożyłam wspomnienia i tęsknoty wysoko na półkę, pochowałam zdjęcia,
zamknęłam za sobą drzwi. Wyszłam na światło słoneczne, choć nadal mnie
raziło. Byłam gotowa na poważny związek, ale jeszcze trzeba było znaleźć
kogoś, z kim można by go stworzyć. Nie jest to łatwa sprawa, gdy ma się
dwoje małych dzieci, trzydzieści parę lat na karku, a rynek
matrymonialny zalany jest ofertami rozwodników z piątką potomstwa,
niewierzących już od dawna w instytucję małżeństwa lub choćby w stałe
związki. O miłości nawet nie wspominając...
Siedziałam więc noc w noc na Bóg wie ilu portalach, aplikacjach i innych
randkowych cudach techniki. Popularny w Izraelu zwyczaj swatania w moim
przypadku jakoś nie zdał egzaminu. Twarze, twarze, twarze. Czasem
rozmowy na czacie, czasem randka lub nawet kilka. Wszystko kończyło się
fiaskiem, zawodem, niekiedy nawet złamanym sercem.
Tamtego wieczoru uśmiechnięta, urocza, ciepła twarz Awiego ujęła mnie i zaciekawiła. Kilka zdań i moja ciekawość się wzmogła. Rozmowa była
sympatyczna, Awi pisał pięknym językiem, był dżentelmenem, co w Izraelu
jest na wagę złota. I nagle, w samym środku mojej rosnącej ciekawości i nadziei, zrzucił na mnie atomową bombę. Awi okazał się byłym chasydem.
Nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć, zaintrygował mnie, przestraszył,
zawiódł chyba.
No to nic z tego nie będzie - przeleciało mi przez głowę. Już
wiedziałam, że mój rozmówca pochodzi z kompletnie obcego mi świata. Nie
szukałam wyzwań. Ale z drugiej strony nie mogłam się oprzeć pokusie.
Chciałam go poznać, nie jako kandydata na męża, lecz człowieka, którego
historia zafascynowała mnie, zanim zobaczyłam go na własne oczy. Kim był
kiedyś? Kim jest dzisiaj? Nigdy nie rozmawiałam z chasydem, bo żaden i tak nie zechciałby ze mną zamienić słowa ani nawet w moją stronę
spojrzeć. A tu nagle mam na wyciągnięcie ręki kogoś, kto wyszedł z tego
tajemniczego, sekretnego świata i teraz jest tutaj, po innej stronie.
Mogę bez skrupułów pytać o wszystko. A pytań miałam tysiące. Umówiliśmy
się.
Rozdział 2
Awraham Filinski urodził się w Jerozolimie. W społeczności, w której
przyszedł na świat, jego imię skracano do prostego Awrum, w domu
pieszczotliwie wołano na niego Awremi. Nowe życie, po tym jak już
odszedł i zostawił za sobą świat jerozolimskich ultraortodoksów,
zaznaczył przyjęciem nowego, "bardziej świeckiego" skrótu - Awi.
Jego matka była Amerykanką, ojciec Izraelczykiem. Choć właściwie nie
można go tak nazwać. Albowiem jako bardzo pobożny jerozolimski chasyd,
którego przodkowie dotarli do Ziemi Izraela ponad dwieście lat temu, i spadkobierca tradycji Neturej Karta1, ojciec Awiego odmawiał
jakiejkolwiek identyfikacji z syjonistycznym państwem. Królestwo Izraela
ustanowić na nowo będzie mógł jedynie Mesjasz. Tymczasem naród Izraela
nadal żyje w galut2 i nie ma dokąd wrócić. Dla ojca Awiego
Państwo Izrael nie istniało.
Niski, niepozorny, ale władczy i dominujący, fanatyczny w swej wierze
Akiwa Josef Filinski był mężem, a także ojcem czternaściorga posłusznych
dzieciaków: chłopców z pejsami, w czarnych chałatach i dziewczynek w sukienkach za kolano, w białych rajstopach. Król na tronie, nieznoszący
sprzeciwu. W domu rację bytu miało wyłącznie jego zdanie.
Awi był najstarszym z dzieci, tak zwanym bechor, pierworodnym. Z taką
pozycją wiążą się zarówno zaszczyty, jak i obowiązki. Bechor opiekuje
się młodszym rodzeństwem, daje dobry przykład, jest poniekąd
przedłużeniem ręki ojca, jego sekretarzem i spadkobiercą. Na chasydzkich
dworach tytuł admora, wielkiego nauczyciela, mędrca i przywódcy,
dziedziczy po ojcu pierworodny syn, bez znaczenia, czy dorównuje mu w mądrości, czy w charyzmie.
Matka Awiego, Liba, pochodziła z zupełnie innej planety, z równoległej
rzeczywistości. Choć też urodzona w rodzinie charedim3, daleka
była od jerozolimskiego fanatyzmu. Rodzice Liby przyjechali do Izraela z Filadelfii, gdy miała zaledwie trzy lata. W Ziemi Obiecanej nadal mówili
po angielsku, z czasem przeszli na hebrajski. Języka jidysz, którym
posługują się ultraortodoksyjne społeczności, Liba nauczyła się dopiero
w domu swojego męża. Choć rodzina należała do nurtu tak zwanych
mitnagdim4, nazywanych niekiedy litwakami, jej ojciec widział
w małżeństwie zaaranżowanym przez swojego brata ciotecznego, wielkiego
rebego Mojsze Jehoszuę Lando, szansę na umocnienie wiary i zaszczyt dla
córki. Zresztą w końcu wszystkie trzy siostry, włącznie z Libą, wyszły
za mąż za jerozolimskich chasydów.
Liba spojrzenie na świat miała dużo bardziej nowoczesne, otwarte i przyzwalające. Nauczyła swoje dzieci codziennie myć zęby, co wtedy było
rzadkością w kręgach jej wybranka. Była kobietą łagodną, oddaną
dzieciom. Równie oddana i kochająca była wobec surowego męża. Jak
wspomina Awi, ich małżeństwo było raczej udane, ojciec szanował matkę,
nigdy nie było kłótni.
Akiwa Josef był jej rówieśnikiem. Państwo młodzi spotkali się przed
ślubem tylko raz. Liba nie miała nawet okazji z nim dłużej porozmawiać,
by ocenić, czy będzie z tym mężczyzną szczęśliwa. Wyszła za mąż, mając
lat dziewiętnaście, a rok później była już matką Awiego.
W społecznościach chasydzkich, w świecie Awiego, to mąż nadaje ton życiu
rodziny. To on decyduje, jak wychowywać dzieci, w jakich szkołach i u jakich rabinów będą się uczyć. Specyficzny dla poszczególnych nurtów i grup sposób odmawiania modlitwy czy chociażby zakładania tefilin
dziedziczy się po ojcu. Kobieta, wychodząc za mąż, musi porzucić
zwyczaje domu swoich rodziców i przyjąć te, które do małżeństwa wnosi
pan młody. Liba niestety musiała dostosować się do ściślejszych wymogów,
fanatycznego przestrzegania przykazań, do dłuższych spódnic,
rygorytycznej separacji kobiet i mężczyzn oraz tysiąca innych obostrzeń,
którymi mąż wyznaczał całej rodzinie drogę do świętości.
Tkwiła więc Liba w nowej rzeczywistości, może nawet dumna ze swojego
sziduchu5 i ze swojego cadika6. Z ciepłym uśmiechem,
gotując po raz tysięczny w wielkim garze warzywną zupę, pozwalała sobie
od czasu do czasu, ściszonym prawie do szeptu głosem, wpuścić dzieciom
do głowy myśl, że może nie trzeba żyć aż tak ascetycznie, nie trzeba tak
bardzo izolować się od kobiet czy mężczyzn ani od zewnętrznego świata.
Ojciec Awiego, kiedy ten skończył trzynaście lat i osiągnął
pełnoletność7, poinstruował go, że od tej pory nie wolno
mu patrzeć na kobiety. Skończyły się więc, jak nożem uciął, zabawy z kuzynkami, a nawet z siostrami. Nastał czas odpowiedzialności, nauki,
dorosłości, ale również możliwości bycia zwiedzionym przez kobiecy
wdzięk i sprowadzonym na manowce. Bo dla chasydów kobieta jest źródłem
wszelkiego grzechu, jak biblijna Ewa, której piękno i podstęp
doprowadziły Adama do upadku. Kobiecy śpiew, kobiece włosy, kształt
ciała, spojrzenie prosto w oczy - wobec tych rzeczy mężczyzna nie może
wszak przejść obojętnie. A stąd już niedaleko do szaleństwa, grzechu,
zwierzęcej żądzy. Akiwa Josef wziął więc syna na rozmowę i dokładnie
wytłumaczył, jak Awi ma odwracać głowę, przechodzić na drugą stronę
ulicy i spuszczać wzrok.
Zaraz po bar micwie, jak nakazywała tradycja, Awi zaczął nosić czarny
kapelusz i długi czarny płaszcz. W soboty i święta, jako kawaler,
wkładał też czarną, lecz już bardziej odświętną kapotę. Zmiana stroju
dodawała mu powagi, poczuł się dorosły. Tak jak dodatkowa warstwa
materiału, na jego ramionach spoczęła również dodatkowa
odpowiedzialność. Od tamtej pory musiał skrupulatnie przestrzegać
wszystkich sześciuset trzynastu micw8, niezliczonych tradycji i postanowień rabinów. Zakaz dotykania kobiet i patrzenia na nie brał więc
Awi tak poważnie, jak zakaz zapalania światła w szabat.
Kilka ulic od domu rodziców mieści się słynny bazar Machane Jehuda.
Brudny, śmierdzący rybami i potem kupujących, ale też kolorowy, pełen
aromatów, głośny targ kusi niskimi cenami i egzotyczną atmosferą. Zawsze
roi się tam od miejscowych, turystów, żebraków, ulicznych grajków i poszukujących swojego miejsca na ziemi dziwaków. W czwartkowe popołudnia
bazar zagęszcza się do granic możliwości. Zarówno ultraortodoksi
mieszkający tuż za odgradzającą ich od bazaru ulicą Jafo, jak i mniej
religijni lub nawet zupełnie świeccy Żydzi z dzielnic na południe od
ulicy Agripas - wszyscy w Jerozolimie przygotowują się do szabatu. Od
piątku po południu wszystko w mieście zostaje zamknięte, nie ma gdzie
kupić jedzenia, nie jeżdżą autobusy, nie działają restauracje.
Pojedyncze niekoszerne knajpki nie robią w tym religijnym mieście
furory. Wszystko więc, co będzie na szabat potrzebne, całe jedzenie,
które potem będzie trzeba ugotować i upiec przed zapaleniem świec, zanim
zapadnie zmrok, najczęściej kupowane jest w czwartek po południu.
Matka Awiego posyłała więc syna co tydzień, z wielkim,
charakterystycznym drucianym koszykiem na czterech kółkach, po duże
zakupy. Odświętna kolacja dla szesnastu osób to nie lada wysiłek. Co
piątek Liba z córkami pracowały ciężko w kuchni, by potem po zapaleniu
świec opaść na kanapę zmęczone i czekać, aż ojciec i starsi chłopcy
wrócą z synagogi i można będzie zasiąść do stołu.
Awi zakładał swój niedawno kupiony, wysoki, czarny kapelusz, zwany
hejcher. Był z niego bardzo dumny. Mówiono na niego też żartobliwie
krembo9, bo kształtem przypominał popularny w Izraelu deser.
Taki fason, który wybierali zarówno chasydzi jerozolimscy, jak i litwacy, pozwalał mu na małe oszustwo. Nie identyfikowano go od razu z jego bardzo konserwatywnym nurtem. Hejcher otwierał mu drzwi do wielkich
jesziw, gdzie zwykle nie przyjmowano jeruszalmim - chasydów
jerozolimskich. Jego ojciec nosił inny, płaski, uszyty z aksamitu
kapelusz o nazwie super, który nie pozostawiał nikomu wątpliwości co do
religijnej przynależności właściciela.
Droga na bazar zajmowała zaledwie kilka minut. Awi zatrzymywał się przy
wejściu w zadaszoną alejkę. Pot spływał mu po plecach cienkim
strumieniem. Był upalny dzień, nad głowami kupujących zwisały ciężkie
wentylatory, których wytężona praca nie dawała wielkiego rezultatu. Po
dwóch stronach brudnego, czarnego od ludzkich kroków, resztek zepsutych
warzyw i wyplutych pestek po oliwkach bruku wyrastały basty10. W murach niskich budynków tworzących wąską alejkę otwierały się na
przechodniów bramy do niskich, obskurnych pomieszczeń. Z nich, na
rozstawionych na kamiennej podłodze straganach, sprzedawcy zachwalali
swoje produkty. Im głośniej, tym lepiej.
- Pietruszka, pietruszka, tylko za szekla! - wrzeszczał mężczyzna z grubo ociosaną, nieogoloną twarzą, trzymając w spracowanych dłoniach
pęczek natki. Paznokcie miał czarne i dawno nieobcinane.
- Właściciel zwariował, pomarańcze tylko za piątaka! Kupujcie, bo
zamykam! - przekrzykiwał go sąsiad tak głośno, że przechodnie zatykali
uszy.
Na blaszanych straganach piętrzyły się soczyste owoce, pomarańcze,
cytryny, mango i winogrona. W wąskich alejkach łączących większe arterie
bazaru sprzedawano warzywa w kolorach, o których istnieniu niektórzy
nawet nie słyszeli.
Bazar, zwany po hebrajsku szukiem, ma swoje rewiry. Trochę bliżej ulicy
Agripas sprzedaje się ryby, wyłożone płytami przejście jest zawsze mokre
i śmierdzące od topniejącego w upale lodu, wypływającego spod martwych
karpi, leszczy, tilapii i pstrągów. Owoców morza, jako niekoszernych, na
bazarze kupić nie można. W innym zaułku królują rzeźnicy. Tutaj można
kupić jedynie kurczaki, indyki, wołowinę, jagnięcinę i baraninę.
Dziczyzna i wieprzowina są przecież surowo zabronione. Na framudze
każdej basty wiszą, najczęściej obok oprawionych w ramki podobizn
rabinów, wykupione za ciężkie pieniądze certyfikaty koszerności. Basta
bez takiego zaświadczenia nie mogłaby sprzedawać pobożnym Żydom swoich
produktów. I pewnie niedługo by postała, gdyby odkryli ją ekstremalnie
religijni ultraortodoksi.
Aby otrzymać od rabinatu taki dokument, należało nie tylko sprzedawać
wyłącznie artykuły koszerne, ale i zamykać interes w szabaty i święta. A te rozpoczynają się o ściśle określonych porach. Godziny zapalania świec
drukowane są we wszystkich gazetach, na małych ulotkach naklejanych na
ścianach i murkach, widnieją nawet na elektronicznym zegarze przy
wjeździe do miasta. I aby przypadkiem właściciel straganu się nie
zapomniał, godzinę przed szabatem chodzi po bazarze świątobliwy chasyd i dmie w małą trąbkę.
- Szabes, szabes zaraz się zaczyna! Zamykać! - wrzeszczy. -
Muhammad, zamykaj interes, bo ci certyfikat odbiorę. - Jego głos
przecina alejki i ponad głowami ostatnich zakupowiczów zwraca uwagę
ociągającym się sprzedawcom.
Takim maszgiach - nadzorującym - był też przez jakiś czas ojciec Awiego,
Akiwa Josef.
Góry cukierków, słodyczy, lizaków. Orzeszki, prażone ziarna, rodzynki,
oliwki i kiszone warzywa. Świeżo upieczone, pachnące pity i chałki,
słodkie i słone bułeczki - feeria kolorów, smaków, zapachów, dziwnych
dźwięków, pokrzykiwań, muzyki i modlitw. Świat sam w sobie, zaczarowany,
nieodkryty. W zakamarkach bazaru toczy się jakieś jego drugie życie, o którym, sporadycznie go odwiedzający nie mają pojęcia. Tam są
przyjaźnie, miłości, spory na śmierć i życie, tam robi się małe fortuny
lub traci wszystko. Tam żyją nawet stali jego mieszkańcy. Opętana (choć
może po prostu chora psychicznie) starsza kobieta o imieniu Towa,
chodząca po bazarze w powłóczystych ubraniach i zagadująca przechodniów,
znana jest chyba wszystkim stałym bywalcom. Pośrodku głównej odkrytej
alejki, w deszcz czy skwar, stoją zawsze, ze swoim małym stolikiem,
chłopcy z Chabadu11 i proponują przechodniom założenie tefilin i krótką modlitwę. Tak na wszelki wypadek, bo ktoś zapomniał, bo może w ogóle nie wie, jak się to robi. Dla nich to micwa, dobry uczynek.
Jeszcze jeden krok do sprowadzenia na ziemię mesjasza. Trochę dalej
stały żebrak, kłócący się o swój rewir z tym drugim, siedzącym kilka
metrów od niego. Co kilka dni inny grajek, inny skrzypek, gitarzysta czy
piosenkarz próbujący swoich sił przed publiką.
Na tak zwanym bazarze irackim, parę schodków niżej, na niskich
stołeczkach rozstawionych w zalanym słońcem podwórzu siedzą tłumnie
starsi mężczyźni, pochodzący głównie z krajów Żyznego Półksiężyca. Grają
w tryktraka, wciągają tytoń i od czasu do czasu zerkają na podwieszony
po sufitem pobliskiej knajpki ekran telewizora, bo trwa jakiś lokalny
mecz. W irackich czy marokańskich restauracjach, w brudnych kuchniach,
gdzie karaluchy beztrosko biegają między krzesłami, na wielkich
naftowych palnikach stoją majestatycznie pięćdziesięciolitrowe gary, w których już od czwartej rano gospodynie, często matki i żony
właścicieli, gotują pyszne, aromatyczne i egzotyczne dania. Już z daleka
czuć w powietrzu zapach tych specjałów, pomieszany ze smrodem palącej
się nafty. Te małe, nieestetyczne przybytki, które jakimś cudem omija
miejscowy sanepid, przyciągają od zawsze klientów, nawet z najbardziej
eleganckich dzielnic Tel Awiwu. Takiej autentyczności, takiego smaku i atmosfery nie można odtworzyć nigdzie indziej.
Awi stał przy wejściu na bazar. W ręku ściskał metalowy uchwyt koszyka.
A w alejce tłok, kłębowisko ludzkie, mali, duzi, chudzi, grubi, spocone
i ziejące papierosowym oddechem stworzenia boże. A wśród nich kobiety,
dziewczęta, te z zakrytymi szczelnie włosami, w grubych rajstopach i te
w dżinsach i bluzeczkach ledwo zakrywających jędrne piersi. Stare i młode, ładne i brzydkie, ale wszystkie kobiety, kobiety, kobiety!
Przecież w Szulchan aruch12 wyraźnie jest napisane, że nie wolno
dotykać kobiet, przecież ojciec mówił. Jak w takim ścisku, z tym
cholernym koszykiem, uniknąć kontaktu z kobietą? Jak nie otrzeć się o którąś z nich? Jak one, nie próbując przecież wcale utrzymać dystansu,
nie dotkną jego? Już nieraz Awi wracał z bazaru, cały się trzęsąc, w poczuciu jakiegoś strasznego grzechu, z obrzydzeniem zrzucając z siebie
ubranie na łóżko, jakby dotyk tych kobiet nadal na nim siedział,
przyczepiony jak rzep do szalika.
Tego dnia jednak przebrała się miarka, Awi odwrócił się na pięcie i zdecydowanym krokiem pomaszerował z powrotem do domu. Wszedł do kuchni i drżąc ze złości, postawił na środku puściutki koszyk. Matka oniemiała.
- Nie będę więcej chodził na bazar! - wrzasnął, wiedząc, że to nie jest
ton, na jaki pozwalał dzieciom jego ojciec. - Tam jest tłok, pełno
kobiet. Jakbym się nie starał i tak którejś w końcu dotykam. To nie jest
miejsce dla pobożnego Żyda.
Ojciec usłyszał rozmowę z pokoju i szybkim krokiem wszedł do kuchni:
- Awrum, co ty opowiadasz! Te kobiety nie robią tego specjalnie, nie
mają żadnych złych czy nieczystych zamiarów wobec ciebie! Jeśli ty się
starasz ich nie dotknąć, a w tłoku stanie się to przypadkiem, to nadal
dochowałeś zakazu, dochowałeś swojej micwy.
- Ale tate! Tak jest napisane w Szulchan aruch! Zajrzałem do wszystkich
źródeł. To jest asur, zabronione! - prawie krzyczał Awi. - Asur! Asur,
tate! Nie pójdę więcej na bazar, tate! - podniósł głos Awi.
Tylko w takich sprawach miał odwagę sprzeciwić się ojcu. Nie było
większej racji, większej świętości niż Tora, więc takim argumentom nie
powinien się oprzeć nawet sam Akiwa Josef Filinski. Uczeń stał się
świętszy od mistrza.
Ojciec długo musiał przekonywać syna. Chłopak prawie płakał, nie godził
się z takim stanem rzeczy. Nie zgadzało się to z wynikami jego
poszukiwań i studiów nad tematem. W końcu jednak wygrał ojcowski
autorytet i stanęło na tym, że Awi nadal będzie chodził na bazar, by
zrobić dla matki zakupy na szabat. Czy mu się to podoba, czy nie.
Jakiś czas potem, w któryś ciepły, wietrzny wieczór, siedział nasz Awi
ze swoją matką w kuchni i zajadał ze smakiem resztki czulentu pozostałe
z szabatu. Liba usiadła obok niego, położyła rękę na jego dłoni i powiedziała:
- Awremi, daj spokój z tym odwracaniem głowy, z tą obsesją na bazarze,
co to znowu za głupoty. Tym niepatrzeniem, tą ostrożnością niepotrzebnie
wyolbrzymiasz problem. W ten sposób tym bardziej myślisz o kobietach. Po
prostu przechodź obok nich obojętnie. Nie myśl o tym. A poza tym, jak
nie będziesz na nie patrzeć, to w końcu nie będziesz wiedział, jak
wyglądają. Jak wtedy wybierzesz sobie żonę wśród naszych propozycji? -
zaśmiała się i ciągnęła:
- Opowiem ci coś, synku. Był sobie kiedyś bardzo pobożny Żyd. Ojciec
nauczył go, by nigdy nie patrzył na kobiety. -
Awi zaciekawiony przestał na chwilę jeść. - Któregoś dnia Żyd ten
przechadzał się ulicą ze swoim niemłodym już ojcem. W pewnej chwili,
zupełnym przypadkiem, młodzieniec podniósł głowę i jego wzrok padł na
postać pięknej panny przechodzącej obok nich. - Co to jest? - spytał
zaciekawiony, bo nigdy wcześniej, oprócz swojej starej już matki, nie
widział kobiety. Zatrwożony sytuacją ojciec powiedział: - Kaczke, to
jest kaczke. - Na co zarumieniony po uszy syn bez zająknięcia rzucił: -
Ich wil aza kaczke - to ja chcę taką kaczkę! - Awi wybuchł gromkim
śmiechem.
Może to właśnie matka była pierwszym bodźcem do transformacji, jaką
przeszedł wiele lat później Awi? Może to matka nieświadomie pchnęła go
na drogę, której kresu nie śmiała sobie nawet wyobrazić? I na pewno nie
tam chciała widzieć swojego ukochanego pierworodnego.
Kiedy Awi był jeszcze małym chłopcem, dwuletnim szkrabem, a w świecie
oddalonym o zaledwie kilka ulic od jego rówieśników nie oczekiwano nic
więcej niż zabawy klockami, został oddany pod duchową opiekę wielkiego
cadyka. Przez kolejne lata pieczę nad jego religijną edukacją sprawował
rabbi Zundel Krojser. Prawie sześćdziesięcioletni rabin, z białą brodą,
ale ciemnymi pejsami, zajmował się kształtowaniem jego myśli. Człowiek
szanowany, geniusz słowa pisanego, wybitny znawca świętych ksiąg, autor
ponad dwudziestu książek i niedościgniony dla wielu wzór, zamienił się z czasem w mentora, który niemalże zastąpił Awiemu ojca. Szedł więc Awi,
prowadzany przez matkę, do rabiego na nauki. Spędzał u niego po parę
godzin kilka razy w tygodniu i zawsze z niecierpliwością czekał na każdą
wizytę.
Wiadomość o chorobie Liby zaskoczyła rodzinę Filinskich, gdy Awi
skończył pięć lat. Na świecie było już kilkoro młodszego rodzeństwa.
Liba rodziła co rok. Stwierdzono u niej guza, chorobę nowotworową, ale w tamtych kręgach tego słowa się nie używa. "Ta choroba", jak mówiono na
raka, rozbiła rodzinę na kilka dobrych lat. Liba pojechała z mężem do
Ameryki na leczenie, a Awi zmuszony był zamieszkać u dziadków. Stracił
kontakt z rodzicami i rodzeństwem, o stanie zdrowia matki dowiadywał się
ze sporadycznych rozmów telefonicznych z ojcem. Rok później zachorował
również brat Aviego, Pinchas. W tym okropnym czasie rabbi Krojser stał
się jedynym punktem zaczepienia chłopca. Tylko tam mógł zadawać pytania,
snuć swoje dziecięce filozofie, ktoś go słuchał, ktoś odpowiadał.
W wieku sześciu lat Awi wraz z trójką braci zamieszkał u wujostwa.
Ciotka Chaja, siostra matki, była równie ciepła jak Liba, otoczyła
dzieci miłością i troską. Ta dzielna kobieta do dziś utrzymuje z Awim
kontakt. Do dziś, wiedząc, że reszta społeczności potępia jego odejście
i nie przyznaje się do jakichkolwiek więzów, dzwoni od czasu do czasu,
żeby spytać, co słychać, i życzyć wesołych świąt.
Wujostwo zadecydowało, że dzieci będą do nich mówić mamo i tato. Mimo
dobrych chęci wuja i ciotki oraz ich niezaprzeczalnej miłości, Awi czuł
się zagubiony i opuszczony. Uciekał więc w świat swoich marzeń, wymyślał
fantastyczne miejsca, postaci i sytuacje. Wstawał rano, automatycznie
obmywał ręce w stojącej na podłodze misce z wodą, by móc odmówić
pierwsze błogosławieństwa dnia i wyrecytować Mode ani13, podziękę
za to, że Wszechmogący, w swojej dobroci, po raz kolejny oddał jego
ciału błądzącą po nocy duszę. Tęsknił jednak za mamą, jej uśmiechem,
ciepłą ręką, budzącą go rano, i za kubkiem gorącego kakao, które
przygotowywała mu codziennie i przynosiła do łóżka.
Baruch ha-Szem14, Liba i Pinchas wrócili do zdrowia. Po kilku
latach rozłąki rodzinne życie wróciło do normalności.
W małej genialnej główce Awiego istniał już wtedy świat równoległy.
Analizował, wymyślał, zadawał pytania. Nic nie było dla niego oczywiste,
wszystko musiał zakwestionować, przemyśleć, rozłożyć na części pierwsze
i z powrotem złożyć, by móc prawdziwie zrozumieć stan rzeczy. Z tych
przyprawiających go o ból głowy analiz rodziły się pytania, tysiące
pytań. I znowu, jakby ktoś z góry kierował biegiem wydarzeń, zbiegami
okoliczności - rabbi Krojser do pytań zachęcał. Nieczęsta to postawa w ultraortodoksyjnym świecie. Prawdę należy tam przyjmować taką, jaką nam
podają, i zajadać bez marudzenia. Na wątpliwości nie ma miejsca. Jest
tylko białe i czarne, nie ma szarości. Tak jak ubranie chasyda. W tym
świecie rabbi Krojser pozwalał sobie i uczniom zadawać pytania, choć też
tylko w ramach wytyczonych przez święte księgi. Poza tak nakreślonymi
granicami nie ma czego szukać, ba, jest to nawet bardzo niebezpieczne.
Możliwość takich poszukiwań zadziałała na Awiego jak talerzyk miodu
zostawiony na ogrodowym stole na tysiące robaczków łażących bezładnie po
obrusie. Awi pił z tego źródła wielkimi, dławiącymi łykami.
Genialny od dziecka, mówiący szybciej niż inni, rozumiejący szybciej niż
inni, już jako mały chłopiec pozwalał sobie na myśli, które zwykle nie
zmącały beztroskich umysłów jego rówieśników.
Izraelskie upały dawały się we znaki przez większą część roku,
szczególnie gdy na plecach miało się kilka warstw ubrań, cicit15,
białą koszulę i czarny chałat z długimi rękawami. Awi biegał beztrosko
po boisku chederu16. Dwudziestu chłopców, ogolone główki, pejsy,
koszulki w paski, jakby kupowane przez wszystkie matki w tym samym
sklepie, czarne, zwykle brudne spodnie i powiewające wzdłuż nóg białe
sznureczki. Podwórko było obskurne - z jednej strony obłożona
jerozolimskim białym kamieniem ściana szkoły, z drugiej metalowa siatka
odgradzająca od ulicy. Uczucie trochę jak w klatce. Na zewnętrznej
stronie siatki porozwieszane były obdarte już dawno
paszkwile17. Jakaś stara torebka foliowa, która myślała, że z podmuchem wiatru uwolni się z tej biednej dzielnicy, została złapana
przez wystające z ogrodzenia druty, niszczejąc na wietrze, bez nadziei,
że ktoś ją kiedyś zdejmie. Porządek i estetyka nie są mocną stroną
mieszkańców tych okolic.
Awi, pytany o coś przez kolegów czy nauczyciela, odpowiadał, wyrzucając
z siebie słowa jak izraelski karabin Uzi, Ha-Szem jiszmor, uchowaj Boże!
Gdy zadawał pytania, potok słów stawał się jeszcze bardziej rwący.
Słuchający nie nadążali nad liczbą wystrzeliwanych informacji. Dzieci
zaczęły się więc z Awiego śmiać, a on, nie pierwszy raz zresztą, z płaczem pobiegł do rosz jesziwa18. Rabbi Dow Lando poklepał go
przyjaźnie po plecach, uśmiechnął się i spokojnym głosem powiedział:
- Siedzi w tobie taki ogrom myśli, rozumienie rzeczy, że twoje słowa nie
nadążają za myślami, jest ich zbyt mało, by oddać to, co dzieje się w środku, jesteś wyjątkowy, bądź z tego dumny.
Awi uspokoił się, po czym zapadła decyzja, że co tydzień będzie
przychodził na rozmowę z rabinem, na dyskusję o tym, o czym akurat
będzie chciał rozmawiać. Miał przygotowywać pytania czy przemyślenia w czterech krótkich zdaniach, aby spróbować okiełznać szaleństwo myśli i uporządkować chaotyczną mowę. Awi uwielbiał te spotkania. Nadal jednak
chodził kilka razy w tygodniu do rabbiego Krojsera, którego rozumienie
rzeczy mu imponowało i dawało natchnienie.
Rabbi Krojser kochał pisać i zachęcał chłopca do tej właśnie praktyki.
Awi już jako nastolatek nie rozstawał się ze swoim zeszytem, który
później zamienił się w kilka, kilkanaście zeszytów, a potem w wiele
książek. Zapisywał myśli i nauki mentora. Nie ronił ani krzty jego
mądrości. Myślał, rozpracowywał tematy, tworzył listy z tysiącem pytań i wątpliwości, pisał, skrobał, jego umysł aż płonął. Kochał dyskutować o sugijot19, zagłębiać się w filozoficzne dyskursy. Najbardziej
jednak fascynowała go istota Boga. Zadawał sobie to pytanie miliony
razy. I właśnie to przyzwolenie duchowego ojca sprowadziło go niechybnie
na ścieżkę, której rabbi się nie spodziewał.
Avi miał wtedy dopiero dwanaście lat, a koncepcja Boga już była męczącą
jego genialny umysł zagadką. W swych niekończących się przemyśleniach
doszedł do wniosku, że wszechświat, ludzie, domy, ziemia, wszystko
istnieje tylko dlatego, że istnieje Bóg. Nie było wcześniej nic, nie
istniał ani czas, ani przestrzeń i w pewnym momencie wraz z zaistnieniem
Boga, zaistniało wszystko inne, z nicości stało się coś, stało się
wszystko. Ta siła zwana Bogiem, Ha-Szem20, jest jedyną siłą
sprawczą istnienia świata materialnego i niematerialnego. To ona może
zadecydować, czy coś jest, czy czegoś nie ma. Jeśli chcę wziąć z talerza
kanapkę, to mogę położyć na niej dłoń, podnieść, ugryźć i poczuć jej
smak i strukturę w ustach tylko dzięki woli Boga. Ale on może też nagle
zadecydować, że tej kanapki nie ma, że nie będzie więcej istnieć. Awi
tak bardzo zagłębił się w rozmyślania, że z czasem zaczął bać się siadać
na kanapie czy nawet wstawać rano z łóżka w obawie, że nie będzie pod
nim siedziska czy podłogi, bo może Bóg właśnie postanowił o ich
nieistnieniu.
W końcu dotarł w swych filozoficznych wędrówkach do pytania, które
niemal doprowadziło go do szaleństwa. Kto stworzył Boga? Skąd on się
właściwie wziął? Nawet ogrom jego genialnego umysłu nie mógł pomieścić
tak wielkiej niewiadomej. Awi szalał, nie spał, szukał w świętych
księgach. Nie wiedział, czy wolno mu w ogóle tak myśleć. Był przekonany,
że jest na świecie jedyną osobą, która na taki pomysł wpadła. W końcu,
po wielu miesiącach cierpienia, zebrał w sobie całą odwagę i postanowił
zadać to pytanie ojcu.
Akiwa Josef siedział nad otwartym Talmudem, studiował akurat sugiję z Masechet Szabat21. Było sobotnie popołudnie. Małe, skromne i ascetycznie urządzone mieszkanie spowijało światło pomarańczowego już
słońca. Trzy pokoje - salon i dwie niewielkie sypialnie. A w nich
szesnaście osób, rodzice i czternaścioro dzieci. Jeden pokój, właściwie
pokoik, służył za sypialnię matki i ojca Awiego. Dzieciaki spały w drugim pomieszczeniu i na rozkładanych na noc w salonie kanapie i łóżkach. Mieszkanie mieściło się w samym sercu dzielnicy Mekor Baruch,
duże okna wychodziły z jednej strony na wąską, jednokierunkową uliczkę,
w której ledwo zmieścić się mogły przejeżdżające samochody, a z drugiej
na mały ogródek z kawałkiem trawnika i kilkoma grządkami doglądanych
przez Libę kwiatów. Reszta podwórka wyłożona była kamieniami i tam
właśnie Awi najczęściej bawił się z kuzynami i rodzeństwem w dzieciństwie. Budynek był stary, pamiętał jeszcze czasy Brytyjskiego
Mandatu22. Wysokie sufity, podłoga wykładana typowymi w tamtych
czasach malowanymi kafelkami, na ścianach kilka obrazów, ale nie
podobizn rabinów - zapewne wpływ Liby. W rogu stała nawet donica z płożącą się po ścianie rośliną, widok raczej rzadki w chasydzkich
domach. Mebli było niewiele: kanapa, stół, krzesła i łóżka,
prawdopodobnie w mniejszej liczbie niż liczba lokatorów. Mimo oczywistej
ciasnoty rodzina nie żyła w biedzie. Na stole było zawsze jedzenie, w szabat smakołyki, wszystkie dzieci były zadbane, czyste i schludnie
ubrane.
Awi spędzał długie godziny w bejt midraszu23 przy synagodze.
Jako pierworodnego i wzór dla młodszych braci, ojciec posyłał go tam na
całe soboty, by ślęczał karnie nad świętymi księgami.
Po drodze do domu bił się Awi z myślami. Sam ze sobą się kłócił, czy
powinien iść z takim pytaniem do ojca. Czy to w ogóle był dobry pomysł.
Raz przekonywał siebie, że przecież
to ojciec, więc na pewno ucieszy się, że myśli jego syna zaprząta
Stworzyciel.
- Nie, nie zapytam - zmieniał co chwilę zdanie - takie pytania są
niedorzeczne, zabronione.
Silny ból przeszył mu czoło, zdawało się, że atakujące go myśli rozerwą
głowę. Szaleństwo wyglądało zza każdego rogu, każdej kolejnej wąskiej
uliczki, którą mijał. Myśli go goniły,
myśli go szturchały, walczył z nimi jak schizofrenik, który już wie, że
mówiące do niego głosy są tylko urojeniem, ale jednak są, słyszy je,
jakby były prawdziwe.
W końcu dotarł do domu. Zobaczył siedzącego przy stole ojca, wziął
głęboki oddech i usiadł na krześle obok niego. Żołądek podchodził mu do
gardła.
- Nu? Co? - zamruczał ojciec, nie podnosząc nawet głowy i nie odrywając
wzroku od tekstu. Lewą ręką głaskał się po długiej brodzie, zakrywającej
chyba już wszystkie guziki koszuli.
- Tate... chcę cię o coś zapytać - powiedział drżącym głosem Awi.
- Nu... - Ojciec nadal zanurzony był w swojej lekturze.
- Tak sobie myślałem... - teraz albo nigdy zdecydował Awi - kto stworzył
Boga?
Ojciec uniósł powoli głowę i spojrzał na syna szeroko otwartymi oczyma.
Sekundy mijały, Akiwa milczał zaskoczony, Awi w środku powoli umierał.
Wydawało się, że to trwa wieczność.
Tik-tak, tik-tak... Awi na zmianę słyszał tykanie zegara i bicie swojego
serca.
- A skąd ty takie pomysły masz, Awremi - wyrzucił w końcu z siebie Akiwa
Josef i się roześmiał.
Z Awiego uleciało całe powietrze.
- Kto ci takie pomysły do głowy wbił? Kto stworzył Boga... - śmiał się
dalej ojciec. - Jak to, kto stworzył, nikt nie stworzył, Bóg jest i już.
Przez kolejne kilka minut ośmielony Awi próbował wyłożyć rozbawionemu
ojcu tok swojego rozumowania. Z minuty na minutę ojciec był coraz mniej
wesoły, a coraz bardziej zmieszany. Nie potrafił udzielić odpowiedzi,
nie czuł się na siłach odeprzeć takiego ataku, wejść w głębszą
filozoficzną polemikę, syn go przerastał. Niestety, ojciec nie zrozumiał
wtedy, w tamto szabatowe popołudnie, i chyba już nigdy potem, że jego
syn jest genialny, że jego umysł mógłby spokojnie wynieść go na wyżyny
żydowskiej myśli i nawet przysporzyć mu sławy i szacunku. Ale nie, w jego mniemaniu Awi zadawał jakieś niedorzeczne pytania, które trzeba
było szybko zbyć, zanim dyskusja przekroczy jego intelektualne
możliwości.
Kto wie, gdyby Akiwa Josef miał bardziej otwarty umysł, może byłby gotów
wysłuchać syna i z nim dyskutować, może Awi nie przechadzałby się dziś
po ulicach arabskiego miasteczka Abu Gosh ze skręconym papierosem w ustach, tylko siedziałby w błyszczącej kapocie, w swoim biurze, otoczony
wianuszkiem oddanych i usłużnych uczniów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki