Zostawić ślad - Iwona Wilmowska

Reflow text when sidebars are open.
Gdyby dwa miesiące temu ktoś mi powiedział, że znajdę się w takiej sytuacji jak teraz, chyba bym go wyśmiała. A jednak koła mojego samochodu z chrzęstem zatrzymują się na żwirowym podjeździe przed zamkniętą bramą. Wysiadam, by sprawdzić, czy na pewno trafiłam pod właściwy adres. Mój cocker spaniel, Rumcajs, wybiega za mną, zanim zdążę go złapać i założyć mu smycz. Najpierw chcę go gonić, ale w końcu odpuszczam. Nigdy nie zdarza mu się uciekać, a po długiej podróży należy mu się krótka przebieżka.
Podchodzę bliżej do ogrodzenia z przerdzewiałej siatki i patrzę na mały, drewniany domek, w którym spędzę kolejny miesiąc. Z dwóch stron przylega bezpośrednio do lasu, a od najbliższych sąsiadów odgradza go szpaler gęstych, przerośniętych tuj. Wygląda nieco skromniej, niż sobie wyobrażałam. Sprawia wrażenie niesolidnego, jakby pierwszy silniejszy podmuch wiatru mógł go zdmuchnąć. No, ale za cenę, za którą go wynajęłam, naiwnością byłoby oczekiwać czegoś lepszego. Poza tym możliwość wyrwania się z miasta na cały miesiąc i tak jest dla mnie luksusem. Nie zamierzam narzekać na warunki, o ile deszcz nie będzie mi kapał na głowę, ani przeciągi nie przyprawią o lumbago.
Gdy szukałam domku do wynajęcia, nie było dla mnie ważne, gdzie to będzie. Miało być tanio i na odludziu, żeby nic mnie nie rozpraszało. Było już po sezonie wakacyjnym, więc mogłam przebierać w ofertach. Na Mory trafiłam przypadkiem. Prawdę mówiąc, to był pierwszy numer, pod jaki zadzwoniłam. Właściciel był wniebowzięty, że ktoś w drugiej połowie września jest zainteresowany wynajęciem jego domku i to na cały miesiąc. Udało mi się wytargować naprawdę korzystną cenę - ze względu na nietypową porę zapłacę za trzy tygodnie, a nie cztery. Gdy dogadaliśmy szczegóły i odkładałam słuchawkę, czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi.
Bardzo potrzebowałam tego wyjazdu.
Trzy tygodnie wcześniej w redakcji lokalnego warszawskiego tygodnika, w którym pracowałam, nastąpiła redukcja etatów. Z początku byłam przekonana, że nową pracę znajdę od ręki, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała moje przeświadczenia. Owszem, mogłam dostać pracę, ale nie taką, jakiej chciałam. Tworzenie clickbajtowych artykułów na strony internetowe odpadało. Mnie interesowało prawdziwe, tradycyjne dziennikarstwo, na które, niestety, popytu na rynku pracy nie było. Z każdą kolejną rozmową kwalifikacyjną, na którą udawało mi się wkręcić, entuzjazm opadał, nadzieja mnie opuszczała, a moje skrzydła były coraz bardziej podcięte, aż w końcu zostały z nich tylko marne kikuty.
Nie zwykłam jednak chodzić na zgniłe kompromisy. Postanowiłam więc, że zanim rzucę się w kolejny wir poszukiwania pracy, zrobię coś, na co w innych warunkach pewnie nigdy bym się nie zdecydowała. Miałam trochę oszczędności - niedużo, ale wystarczało na tyle, by wytrzymać jeszcze dwa miesiące bez nowych źródeł dochodów. Postanowiłam więc dać sobie miesiąc, by przymierzyć się poważnie do realizacji jednego z moich marzeń - napisania powieści. Prawdziwej, sążnistej powieści, z pełnokrwistymi bohaterami i trafnymi spostrzeżeniami dotyczącymi świata. Takiej, której od zawsze szukałam. Póki pracowałam na etacie, łatwo było się oszukiwać, że gdybym tylko miała czas, ta powieść na pewno by powstała. Byłam święcie przekonana, że jedyne, co stoi mi na drodze, to właśnie jego brak. Postanowiłam więc spojrzeć na moje zwolnienie jak na znak od Boga, losu, czy kto tam tym wszystkim kieruje. A może to po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności. Nadszedł czas, by odciąć się od bodźców zewnętrznych i na poważnie zabrać się za pisanie.
Moje rozmyślania przerywa nadjeżdżający samochód. Stara, granatowa, mocno przerdzewiała skoda zatrzymuje się przy bramie. Szyby ma tak zakurzone, że zapewne ledwo co przez nie widać. Wysiada z niej niski, szczupły mężczyzna w obszernych, dresowych spodniach, brudnej, niebieskiej kurtce z mnóstwem kieszonek i czapce z daszkiem. Dokładnie tak wyobrażałam sobie Władka Sikorę, rozmawiając z nim przez telefon.
Od strony pasażera nieśmiało wyłania się około dziesięcioletni chłopiec - opalony blondynek o tak jasnych, że niemal niewidocznych brwiach i z mnóstwem ciemnych piegów.
- Dzień dobry, Sikora. - Mężczyzna podchodzi do mnie i ściskamy sobie dłonie. - Widzę, że piesek już się zadomowił!
Z zażenowaniem odkrywam, że Rumcajs właśnie obsikuje ogrodzenie.
- Paulina Gudejko. Długo jechaliśmy, więc sam pan rozumie...
- Pewnie, pewnie! Poza tym jak pani powiedziała, że przyjedzie z psem, to ja się nie spodziewał, że to będzie jaka maskotka. Ha, ha, ha! Pies żywy, to jasne, że będzie sikał i grubsze sprawy też będzie załatwiał. Zaraz pani pokażę, gdzie będzie można wyrzucać jego kupy. Proszę za mną.
Wyjmuje z kieszeni klucze i otwiera furtkę.
- Trawnik uprzątnięty, sama pani widzi. Tomek wybrał śmieci po poprzednich lokatorach. Nie uwierzy pani, jaki śmietnik niektórzy potrafią po sobie zostawić...
- Obiecuję, że ja zostawię go w nie gorszym stanie, niż jest teraz.
Nic nie odpowiada, tylko bez uśmiechu kiwa głową.
- W domu też posprzątane. Tomek był tu wczoraj i zrobił wszystko na błysk!
Ze zdziwieniem patrzę na chłopca.
- Sam posprzątałeś cały dom i ogródek?
Chłopak spuszcza wzrok i bąka pod nosem:
- No tak, ja.
- A co pani myślała? - mówi starszy Sikora. - U mnie nie ma, że dzieciak. Na swoje utrzymanie każdy musi zarobić. U mnie za darmo nic nie ma. Ha, ha, ha! No i co pani tak patrzy? Miastowe dzieciaki to może jak w jakiej cieplarni są chowane, ale tu trzeba inaczej. Ale Tomek nie narzeka, co nie, chłopie?
Znów wybucha głośnym śmiechem i uderza chłopca w plecy. Nieco zbyt mocno, jak na mój gust. Tomek podnosi na mnie wzrok, uśmiecha się półgębkiem i wzrusza ramionami.
- No, ale nie ma co tak stać. - Sikora zmienia temat. - Wejdźmy do środka, to wszystko pokażę, co i jak.
Drzwi przy otwieraniu lekko skrzypią. Gospodarz pokazuje mi parter i górę. Gdyby chcieć powiedzieć coś pozytywnego o domku, można by wspomnieć, że dobrze wpisuje się w modę na minimalizm: na dole kuchnia, niewielki salonik z jedną ścianą zajętą przez półkę ze starymi książkami i skromna łazienka. Góra to zaadaptowane poddasze: sypialnia i większa łazienka z wanną. To dobrze: zawsze przedkładałam porządne, gorące kąpiele nad prysznice. Dom pachnie drewnem. Słyszę jakiś trzask.
- Są tu myszy? - Patrzę z lękiem na gospodarza.
- Ha, ha, ha! Jakby były myszy, to by pani tupanie słyszała, a nie trzaski. Drewno pracuje. To zupełnie normalne. Tomek, zamieć no jeszcze te schody, boś chyba niezbyt dokładnie to wczoraj zrobił, chłopaku.
Dopiero teraz zauważam na schodach kilka ździebełek zeschniętej trawy.
- Nie trzeba - mówię. - Ja teraz będę bagaże wnosiła, to i tak się pobrudzą.
Pomijają moje słowa milczeniem. Facet rzuca synowi spojrzenie, które sprawia, że chłopak od razu chwyta za miotłę i zaczyna zamiatać.
- A my chodźmy, to pokażę pani, gdzie te kupy składować.
Wyprowadza mnie na zewnątrz, na tyły domu, pod siatkę graniczącą z lasem.
- Tu jest beczka. Proszę tu wszystko zrzucać, ha, ha, ha! na kupę. A potem ja to wywiozę. Kosze na śmieci ma pani przy wjeździe. Jak śmieciarze przyjeżdżają, to sami sobie otwierają, nie trzeba o niczym pamiętać. W tamtej skrzynce jest zawór wody, gaz do kuchenki idzie z butli. Powinno go jeszcze na miesiąc wystarczyć, ale gdyby zabrakło, proszę dzwonić, zaraz uzupełnimy. Ja tu niedaleko mieszkam. - Wręcza mi karteczkę ze swoim adresem. - Gdyby były jakieś problemy, wali pani jak w dym. Rozumiemy się?
- Tak.
- Ja wiem, że to nie żadne luksusy, ale odpocząć to tu można. Cisza, las, tylko na kąpiele w jeziorze już trochę za chłodno. - Bierze się pod boki, rozgląda wokół i głęboko wciąga powietrze nosem.
- Taaak... Ja się nie dziwię, że miastowi tu do nas uciekają. Bo jak człowiek od czasu do czasu nie pooddycha świeżym powietrzem, to co to takie życie warte? A pani co tu zamierza robić, jeśli można spytać? Proszę wybaczyć, ale i pora nietypowa, i pani tutaj sama...
- Będę się przymierzać do napisania książki. Potrzebuję ciszy i spokoju.
- O! Pisarka! - Jego ton wskazuje, że chyba trochę sobie ze mnie kpi.
- Jeszcze nie pisarka.
- Ja to się tam nie orientuję, od kiedy jest się pisarzem. Ja książek to nie mam czasu czytać. W ogóle mało na co mam czas. A ten mój safanduła, sama pani widzi, ile schody zamiata!
- To naprawdę miło z jego strony, że tak panu pomaga - próbuję oponować. - Powinien pan się cieszyć, że ma w nim takiego pomocnika.
Sikora splata ręce na piersiach i marszczy brwi.
- No, my sami jesteśmy, żona od dawna nie żyje, więc musimy sobie pomagać. Ja się do pani książek nie wtrącam, pani niech się nie wtrąca do tego, jak wychowuję syna. Widzę, jak pani patrzy. Nie musi się pani podobać, że chcę go nauczyć uczciwej roboty. Tomek! - Po chwili z domu wygląda chłopak ze szczotką w ręce. - Szoruj no do samochodu!
- Możemy rozliczyć się w innym terminie? Muszę podjechać do bankomatu.
- Zaliczka za pierwszy tydzień wpłacona, więc nie ma problemu. Przyjadę w przyszłą sobotę, to zapłaci mi pani resztę. A! I proszę pamiętać, że tu nie ma centralnego ogrzewania, jedynie kominek.
- Tak, uprzedzał pan przez telefon.
- W kredensie w przedpokoju jest koc. Proszę skorzystać, gdyby pani zmarzła. A teraz musimy już jechać. Robota czeka.
Żegnamy się oschłym uściskiem ręki, wręcza mi klucze, po czym odjeżdżają. Patrzę, jak znikają za tujami. Gdy pył na drodze opada, idę wprowadzić samochód. Nie ma co zwlekać - zabieram się za rozpakowywanie bagaży. Wchodząc na górę z torbami, zauważam, jak dokładnie zamiecione są schody. Naprawdę, tych kilka źdźbeł trawy nie zrobiłoby mi różnicy.
***
Siedzę na tarasie, na lichym plastikowym krześle i popijam najlepszego Earl Greya, jakiego udało mi się kupić w miejscowym supermarkecie. Zastanawiam się, o czym będzie moja książka, ale nie mam jeszcze konkretnego pomysłu, raczej zbitkę luźnych wyobrażeń, jaka powinna być i jaka na pewno być nie może. To nie wystarczy, by zacząć notować pierwsze słowa. Nie martwię się tym jednak. Będę teraz miała dużo czasu na myślenie. Nie oczekuję, że wrócę do Warszawy z pełnym tekstem w bagażniku. Dobry konspekt albo chociaż solidny początek, do tego dążę. Chłodny podmuch wiatru sprawia, że szczelniej otulam się dużym, zielonym swetrem.
- Rumcajs! - wołam i po chwili z krzaków wybiega mój cocker-spaniel.
Liże mnie po rękach. Uśmiecham się, patrząc w jego roześmiane oczy. Dopiero co się rozpakowaliśmy, a on już czuje się jak u siebie. Powrót do mieszkania w bloku będzie ciężki dla nas obojga, ale na razie staram się o tym nie myśleć. Czekają nas tu jeszcze cztery długie tygodnie.
Moje rzeczy leżą już porozkładane w szafie i komodzie. Między kuchnią a maleńkim salonem położyłam legowisko Rumcajsa, obok stanęły jego miski. Zaliczyłam szybki wypad do pobliskiego supermarketu i kupiłam trochę jedzenia. Wypełniłam dom swojskim zapachem placków ziemniaczanych. Udomowiliśmy tę przestrzeń na tyle, na ile było to możliwe w ciągu jednego dnia.
Las przylegający do siatki ogrodzeniowej powoli pogrąża się w mroku. Uśmiecham się na widok przemykającej po drzewie wiewiórki, która pędzi tak, jakby właśnie wypełniała Bardzo Ważną Misję. Biorę do ręki kubek i wypijam ostatni łyk zimnej herbaty. Czas chować się do środka.
Zamykając drzwi tarasowe, słyszę dwa przejeżdżające drogą samochody na sygnale, ale szybko o tym zapominam. Może gdybym mieszkała tu dłużej, byłoby inaczej, ale w mieście to przecież nic nadzwyczajnego - tam czasem łatwiej usłyszeć wycie syreny niż śpiew ptaków. Gdy zaciągam zasłony, już o tym nie pamiętam.
Teoretycznie zasłony nie są potrzebne - od strony tarasu jest tylko las, ale widok pogrążonej w ciemnościach gęstwiny przyprawia mnie o ciarki. Nigdy nie wiadomo, co może się tam czaić.
Sięgam po leżący na stole telefon, by sprawdzić, czy ktoś do mnie dzwonił. Widzę brak nieodebranych połączeń i oddycham z ulgą. Nie mam ochoty teraz z nikim rozmawiać. Poza tym zauważam, że zasięg łapie tu ledwo ledwo.
Na swoją zgubę, kierowana przyzwyczajeniem, przywiozłam ze sobą stosik powieści. Moje spojrzenie wędruje w stronę Magicznego lata Roberta McCammona i już wiem, że przynajmniej dziś z pisania nici. Może po prostu potrzebuję trochę czasu na rozbieg, uspokojenie myśli, skupienie się na tu i teraz.
Sprawdzam jeszcze raz, czy drzwi na pewno są zamknięte na klucz. Nalewam Rumcajsowi świeżą wodę, drapię go za uszami, po czym ruszam na górę.
Wkładam ciepłą piżamę i wchodzę do łóżka. Zamierzam poczytać tylko chwilę, ale odkładam książkę dopiero tuż przed pierwszą. Gasząc światło, słyszę przejeżdżające przed domem samochody, już nie na sygnale.