CZĘŚĆ I
1
Zacznijmy od początku. Jest wczesne styczniowe popołudnie. Wracam z krótkiego wypadu za miasto. Upragniony urlop minął w zaledwie kilka chwil, jak złudna nadzieja w oczekiwaniu na niespełnione marzenia. Przeczytałam kiedyś, że niespełnione marzenia umierają, zatem marzenia są po to, by je realizować. Jednak życie pisze inne scenariusze, bywa nieprzewidywalne i pełne niespodzianek, które potrafi spłatać nam los.
Jadę dosyć szybko mimo złych warunków na drodze. Ulica jest zaśnieżona i śliska. Podróż się dłuży i dłuży. Muszę być bardzo ostrożna. Czemu też wybrałam dłuższą trasę powrotną? - karcę się w myślach. Co jakiś czas autem zarzuca na boki, więc odrobinę zwalniam, ale niedostatecznie dużo. Zawsze lubiłam szybko jeździć.
Całe siedem dni wolnego spędziłam z rodziną. Mimo że w święta Bożego Narodzenia byliśmy wszyscy razem, stęskniłam się już za rodzicami. Czasami chciałabym, aby dni beztroskiego dzieciństwa wróciły. Nie musiałabym się martwić o rachunki, którymi zawsze zajmowała się mama, pieniądze, którymi muszę konsekwentnie i oszczędnie zarządzać, aby starczało od pierwszego do pierwszego, i wiele innych spraw. Teraz to ja jestem w pełni odpowiedzialna za swoje życie i tak jak je poprowadzę, takie ono będzie.
Na przekór losowi zaczął padać śnieg. Widoczność na drodze zmalała o połowę.
- Jeszcze śniegu mi tu brakowało - mruknęłam.
Jestem wykończona podróżą, chciałabym zjeść dobrą kolację, wziąć gorącą kąpiel, założyć wygodną piżamę, położyć się w łóżku i wylegiwać przed telewizorem cały wieczór. Obowiązkowo gorący kubek kakao. Ale przede mną jeszcze spory kawał drogi, a przez pogorszenie pogody powrót do domu wydłuży się nawet o godzinę.
Zwalniam jeszcze bardziej. Jakąś chwilę później pojawił się za mną samochód terenowy. Podjeżdżając coraz bliżej, znalazł się tuż na tyle mojego auta. Zaczął mnie wyprzedzać. Zauważyłam, że za kierownicą siedzi mężczyzna. Można było się tego domyślić. Im zawsze się spieszy. Ale wracając do zaśnieżonej i oblodzonej drogi, tuż po wyprzedzeniu mnie mężczyzna nie zjechał od razu na swój pas. Kilkaset metrów brnął pod prąd, a dopiero potem zaczął zjeżdżać na prawo. Niespodziewanie wpadł w poślizg. Gwałtownie przyhamowałam, aby uniknąć stłuczki, jednocześnie sama wpadłam w poślizg. Mężczyzna wyszedł z tego bez szwanku. Zahaczył lekko podwoziem o pobocze, po czym odjechał i tak zniknął z pola widzenia. Niestety ja nie miałam tyle szczęścia.
Siłując się z kierownicą, próbuję zapanować nad samochodem. Kręci mną w prawo i lewo. Ze strachu zaczynam panikować i tracić kontrolę nad autem. Śnieg sypie coraz gęściej i mocniej. Przez szybę nie widać dalej niż dwa-trzy metry przed maską. Staram się naprostować auto, hamuję, pocę się ze strachu, hamuję. Auto zwalnia, lecz tego, co nastąpiło potem, nie przewidziałam. Przed samochodem z zawiei śnieżnej wyłoniło się przybrzeżne drzewo. Jechałam wprost na nie. Manewry kierownicą zdały się na nic. Byłam za blisko. Mimo redukcji prędkości zderzenie i tak było cholernie bolesne. Walnęłam głową w kierownicę. Nie wiem, na jak długo straciłam przytomność. Jak przez mgłę czułam pulsujący ból głowy i tępy ucisk w klatce piersiowej. Nie miałam siły się ruszać oprócz wrażenia, że ciało odmówiło mi posłuszeństwa.
Szumiało, bębniło, huczało (i co tam jeszcze) mi w uszach czy jakkolwiek to nazwać. Krew, po uderzeniu w głowę, spływała wąskim strumyczkiem po twarzy. Straciłam zmysły, potem przytomność.
2
Budząc się jak co dzień w pokoju pełnym opróżnionych butelek po whisky, nie spodziewał się, że ten poranek odmieni jego dotychczasowy marny żywot. Przyzwyczaił się do pobudek na kacu. Poprzedniego wieczoru zasnął na kanapie kompletnie zalany. Przesiąknięte dymem z cygar i papierosów ubranie przyprawiało go o mdłości. Otarł dłonią twarz i z powrotem zwiesił rękę, przewracając kilka butelek. Ból głowy jest niemiłosierny. Usiłując wstać, strąca sporą kolekcję pustych puszek po piwie ze stojącego przy kanapie stolika. Hałas i kac wzbudzają jego gniew.
Powoli maszerując do łazienki, zdaje sobie sprawę, że nadeszła pora, aby w końcu posprzątać ten cały syf. Bierze szybki prysznic, wkłada nowe ubranie. Brudną i wymiętą koszulę wraz ze spodniami rzuca w kąt łazienki. Stanął przed zaparowanym lustrem, przetarł je dłonią i trwał tak w bezruchu dłuższą chwilę, wpatrując się we własne odbicie. Mokre włosy zaczesał do tyłu. Z szafki pod zlewem wyjął dwie farby - czarną i białą, oraz pędzel. Zaczął malować twarz powolnymi ruchami. Najpierw biel, a na końcu pociągnął oczodoły czernią.
Wyszedł z łazienki, podszedł do barku i nalał szklankę whisky. Usiadł w swoim ulubionym fotelu i jeszcze raz omiótł pokój niechętnym spojrzeniem. Kac nie daje za wygraną. Wypił wczoraj stanowczo za dużo, lecz to nie jego wina, że ból rozpieprza mu czaszkę. Napił się, bo sprawy nie potoczyły się po jego myśli, ktoś mu przeszkodził i szybko tego pożałował. Teraz ma na koncie jedną porażkę, ale jedna porażka pośród setek pomyślnie załatwionych spraw nic nie znaczy. Nie warto się tym przejmować, odbije sobie przy najbliższej okazji, a ta lada chwila się nadarzy. Jest tego pewny, czuje to.
Lubi spędzać czas w tej chacie, mimo że ma własny normalny dom. Odzwierciedla jego chłodne, mroczne i tajemnicze wnętrze. Jego zepsutą duszę. Nie byłby taki, gdyby los nie spłatał mu figla. Teraz ukrywa się pod maską bólu i gniewu.
Dopija alkohol, zarzuca czarny płaszcz i wychodzi na zewnątrz. Zimne powietrze uderza w twarz. Przenika najmniejszą szczelinkę w ubraniu. Mrozi dłonie i wyciska łzy z oczu. Mimo to chłodne powietrze jest jak lekarstwo na skutki pijaństwa poprzedniego wieczoru.
Rozgrzewa dłonie, idąc przed siebie bez celu i pośpiechu, wchodzi w las. Zaspy sięgają kolan. Dzisiejszy dzień jest wyjątkowo okropny tej zimy. Rozgląda się obojętnie i idzie dalej. Jedni powiedzieliby, że błąka się niczym maniak za swoją ofiarą, inni, że szuka drogi jak zbłąkana owieczka. Ale on nie szuka domu, lecz ofiary. Ktoś z jego wyglądem nie może mieć innego celu prócz czynienia zła, myśli pełnych morderczych zachowań, krwi i szaleństwa, przepełnionych żalem i wkurwieniem.
Doszedł na skraj lasu. Śnieg sypie coraz gęściej i mocniej, przysłania widok. Mimo złej widoczności coś nie pasuje mu w przestrzeni przed nim. Skrada się powoli, słychać śnieg chrupiący pod ciężarem ciała. Jest zdezorientowany, a jednocześnie coraz bardziej podniecony na samą myśl, co znajduje się w jego polu widzenia.
Zauważa unoszący się dym i samochód rozbity na drzewie. Może "rozbity" to zbyt wielkie słowo, ale auto nadaje się na złom. Uśmiecha się nieświadomie, oblizuje górną wargę. Podchodzi bliżej auta, zachowuje ostrożność i liczy na to, że jego nowa ofiara, jeśli nadal jest w środku, jeszcze żyje, inaczej cała zabawa straciłaby sens.
Przeskakuje zaspy i w mgnieniu oka jest przy samochodzie. Ostrożnie przechodzi obok, raptownie zagląda do wnętrza. Z tyłu pustka, nadal pochylony okręca głowę i dostrzega ją. Kobieta oparta o kierownicę, ranna, ale czy żywa? Na twarzy pojawia się złowieszczy uśmiech. Stawia krok w stronę drzwi kierowcy, rozgląda się, czy nikogo nie ma w pobliżu, i otwiera je. Musiał porządnie szarpnąć, bo przyblokowały się po uderzeniu.
Pochyla się i przygląda kobiecie. Moment osłupienia. Nie dowierza, kogo zobaczył - to ona... Zamurowało go, nigdy nie przypuszczałby, że takie coś może się w ogóle stać. Stracił jasność umysłu. Co teraz? Patrzy na nią i nie wie, co robić. To zmienia jego plany. Musi podjąć szybką decyzję, zanim ktoś się zjawi lub wezwie pomoc. Znowu rozgląda się i upewnia, czy są sami, po czym wyciąga ją z auta. Sprawdza, czy żyje, ponownie kontroluje, czy nie ma świadków, i odciąga ją dalej od samochodu w głąb lasu. Zatrzymuje się w połowie drogi i podnosi ranną kobietę, zarzuca ją przez ramię. Jest lekka, więc droga w zaspach nie sprawia mu większego problemu. Dochodzi na skraj lasu, jeszcze kawałek i będą na miejscu.
Ofiara nadal nie odzyskuje przytomności. Nie ma to dla niego najmniejszego znaczenia, najważniejsze, że żyje. Dociera z kobietą na ramieniu do domku. Targa ją do środka, kładzie bokiem na kanapie, na której niedawno leczył kaca. Szuka sznura i taśmy w szafce obok. Związuje jej nogi w kostkach i ręce z tyłu pleców, usta zakleja taśmą. Po wszystkim siada na stoliku przy kanapie i czeka. Czeka, aż ofiara odzyska przytomność, a gdy to się stanie, będzie wiedział, co robić. Wykrzywia usta w złowieszczym, parszywym uśmieszku. Musi jeszcze wrócić, by zabrać jej osobiste rzeczy i pozbyć się auta. Nikt nie może nic podejrzewać. Od teraz jest jego na wyłączność. Tego pragnął najbardziej od chwili, gdy zobaczył ją pierwszy raz.
Dobrze, że szybko pozbył się rozbitego samochodu. Wzbudzałby zbędne zainteresowanie nazbyt ciekawskich gapiów. Zresztą i tak nikt ich tutaj nie znajdzie.
Ciągle czeka. Siedzi nieruchomo i wpatruje się w kobietę. Mijają sekundy, minuty, godziny. Powoli się niecierpliwi, pociera dłonie, oblizuje wargi. Pochyla się nad ranną, odkleja jej taśmę z ust i przygląda się ranie na głowie. Szybko ją opatrzył i nakleił plaster. Odwiązał sznur z rąk i odłożył na bok, na razie nie będzie potrzebny. Jest w pełni podekscytowany, maskuje emocje i odruchy, ale nie może się doczekać ciągu dalszego. Jego wyobraźnia działa na pełnych obrotach, obrazy przesuwają się z prędkością światła, pragnienia wzrastają do monstrualnych poziomów, krew gotuje się w żyłach z niecierpliwości, a adrenalina sięga zenitu. Długo się tak nie czuł, omal zapomniał, jakie to uczucie, posiadać ofiarę w sidłach, posiadać kobietę. Być może los był aż nadto łaskawy i zesłał mu ją jak deszcz na nękanych suszą terenach, podstawił pod sam nos, ułatwił zadanie. Ale nie przejmuje się tym, nie to stanowi teraz problem. Problemem jest to, że kobieta nie odzyskuje przytomności. Może się pomylił i jednak jest martwa? Jego zapędy powoli się studzą, serce przyspiesza, pochyla się nad nią i delikatnie kładzie dłoń na jej klace piersiowej. Czuć, jak oddycha, powoli i niezbyt głęboko, lecz oddycha.
Wzdycha, przygląda się chwilę kobiecie, wstaje i idzie po kolejną szklaneczkę alkoholu. Pije whisky, odkąd pamięta, nie rozstaje się z nią. Podchodzi do szafki, nakłada lodu i nalewa alkoholu. Nie jest mu dane zauważyć, jak kobieta porusza ręką, jak powoli odzyskuje przytomność, jasność umysłu. Whisky zabiera całą jego uwagę. Delektuje się smakiem, zabija ostatnie oznaki wczorajszej libacji i nawet czuje się już całkiem dobrze. Odstawia pustą szklankę i wraca do obserwatorium. Przeciera dłońmi twarz. Ku jego zdziwieniu ofiara porusza głową, powoli unosi rękę i usiłuje dotknąć nią czoła. Gdy jej palce stykają się z raną, wydaje cichy jęk i wzdycha ociężale. Jej próby podniesienia powiek kończą się niepowodzeniem.
Obserwuje ją wytrwale, wzrokiem wywierca w niej dziurę. Jego żądza, która wzrastała z biegiem czasu, chce się wyswobodzić, wyzbyć. Z ledwością wytrzymuje napięcie, które z sekundy na sekundę staje się coraz większe.
- Ocknij się, ocknij. Otwórz te cholerne oczy - szepcze do siebie. Pomrukuje i wierci się, siedząc na stole. Brak mu cierpliwości, nigdy jej nie miał. Nie lubi czekać na swoje. Skoro coś mu się należy, to chce to mieć od razu. Taka zasada. Zapomniał o kacu, teraz tylko ona jest w jego głowie.
W końcu z trudem unosi powieki, twarz wykrzywia w grymasie bólu. Dłonią dotyka głowy. Na chwilę zapomina o wypadku, skasowanym samochodzie, że powinna znajdować się teraz w aucie z głową na kierownicy, w mrozie osiągającym temperaturę poniżej zera. Powoli dociera do niej, co tak naprawdę się stało.
A on bacznie ją obserwuje. Widzi, że jest zdezorientowana i zagubiona. Uśmiecha się. Czas zacząć zabawę. Długo wyczekiwaną zabawę.
3
Gdy zaczynałam odzyskiwać przytomność, nie zdawałam sobie sprawy, co czeka mnie po otwarciu oczu, jakie konsekwencje może mieć zwykły wypadek na drodze. W pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi na otoczenie, pulsujący ból głowy był nie do zniesienia, oszołomienie i zdezorientowanie po omdleniu przysłoniły trzeźwość umysłu.
Usiłuję otworzyć oczy. Dotykam ręką bolącej głowy. Co się stało? Ból jest nie do zniesienia, nie mogę się ruszyć. W końcu po kilku nieudanych próbach udaje mi się otworzyć oczy. Powieki są ciężkie jak kamienie, a do oczu napływają niekontrolowane łzy. Jak to możliwe, że... Miałam wypadek, tak, wypadek. Wyprzedzał mnie samochód, hamowałam i wpadłam w poślizg, uderzyłam w drzewo i... Powinnam być w aucie, na mrozie, więc gdzie ja, do cholery, jestem? Nie pamiętam, bym wychodziła z samochodu.
Jak przez mgłę dostrzegam drewniane, ciemne ściany i okno naprzeciw mnie. Czuję zapach wilgoci charakterystyczny dla piwnic. Opuszczam rękę, dotykam czegoś miękkiego, to zapewne jakiś koc, bo orientuję się, że leżę na kanapie. Próbuję się podeprzeć, aby usiąść, ale spostrzegam, że nie jestem sama. Oniemiałam z wrażenia. Okropnego wrażenia mrożącego krew w żyłach. Mimo bólu głowy i resztek zasychającej krwi na twarzy, która jeszcze chwilę temu płynęła z rany, gwałtownie i nieporęcznie siadam w kącie kanapy. Serce łomocze mi w piersi, a szeroko otwarte oczy wpatrują się w jeden określony cel. Nie wiem, czym ani kim on jest, ale wyglądem przyprawia o gęsią skórkę. Zobaczyłam swojego porywacza we własnej osobie. Cały czas siedział obok mnie, mężczyzna z poczochranymi włosami oraz rozmazanym makijażem, który częściowo zakrywa niewielkie blizny na twarzy.
W pierwszych sekundach nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa, ale po chwili odzywam się spanikowana:
- Czego ode mnie chcesz?... Kim jesteś?... I gdzie mnie przyprowadziłeś? - rzucam pytanie za pytaniem. Po każdym zdaniu przymrużam powieki z bólu. - No odpowiadaj, do cholery, nie patrz się tak na mnie!
Jego biała twarz, przyciemnione oczy i dłuższe, przetłuszczone włosy wprawiają mnie w panikę, niepokój. Wiem, że każdy niekontrolowany ruch jest niepożądany. Przełykam ślinę raz po razie, nagle zaschło mi w gardle. Ciągle wpatruje się we mnie, nie odrywa wzroku nawet na sekundę. Przez to mam aż ciarki na plecach. Nadal nie odpowiada na moje pytania, co mnie frustruje.
- Dlaczego nie odpowiadasz? - Niecierpliwię się, jego spojrzenie mnie wykańcza.
Czuję się, jakby przenikał moją duszę, prześwietlał ciało na wylot. Drąży spojrzeniem moje oczy, jego twarz nie wyraża żadnych emocji, a to niepokoi mnie najbardziej. Czego może ode mnie chcieć? Pieniędzy? Seksu? Sprzeda mnie handlarzom żywym towarem? Boże... Grunt to nie panikować, ale jak nie popadać w paranoję, skoro ten mężczyzna już samym wyglądem przypomina psychola.
- Zostaniesz ze mną - powiedział nagle, powoli i z przekonaniem, patrząc mi prosto w oczy.
Uśmiechnął się i wtedy zrozumiałam, że nie żartuje. Ten uśmiech wyraża więcej niż setki słów. Szukam odpowiedzi, omiatam go wzrokiem, oddycham szybciej i boję się go, panicznie boję. Wstaje, maszeruje w stronę potężnego fotela po drugiej stronie pokoju. W końcu wybucham, nie zostanę tu. Nigdy!
- Nie! - Szukam słów, nie wiem, co dalej mówić. Gwałtownie wdycham i wydycham powietrze. Przystanął, chwilę się nie ruszał, po czym obrócił lekko głowę. Uśmiech zniknął z jego twarzy. - Nie zostanę! Nigdy! W tej chwili zaprowadź mnie do samochodu. Słyszysz? Znikam stąd - puszczam wiązankę zdań. Obserwuję go, nadal stoi w poprzedniej pozycji, powoli uśmiecha się, parska i odkręca w moją stronę. Powolutku wstaję, mimo że kręci mi się w głowie. Przymykam na chwilę oczy, inaczej upadnę. Stawia kilka kroków w moim kierunku. - Nie zbliżaj się. Po prostu wypuść mnie stąd, pójdę sobie i zapomnę o wszystkim, ok?
O matko, jak on mnie przeraża. Ciągle się zbliża, uśmiecha i nic nie mówi. Nie wiem, czy jestem w stanie uciekać, nadal mam zawroty głowy, a rana boli, tak samo jak klatka piersiowa. Podczas mojej nieświadomości zabrał mi ciepłe ubranie, a na zewnątrz panuje mróz. Mam głowę pełną chaotycznych myśli. Kładę dłoń na piersi, bo cholernie boli, gdy wciągam powietrze.
- Powiedziałem, zostajesz ze mną - wymówił te słowa powoli i twardo.
Otarł usta wierzchem dłoni, nadal się uśmiechając. Zatrzymał się przed stolikiem, ma mnie na wyciągnięcie ręki. Hipnotyzuje mnie wzrokiem, aż siadam z powrotem na kanapie. Omiatam spojrzeniem pomieszczenie w poszukiwaniu możliwej ucieczki. Naprzeciw są drzwi wyjściowe, po lewej - zamknięte drzwi, z prawej - kolejne pomieszczenie. Muszę odwrócić jego uwagę lub zmusić go do zmiany położenia, aby przedostać się do wyjścia. A co, jeśli był na tyle sprytny i zamknął drzwi na klucz? Nie ma co martwić się na zapas. Tysiące myśli przepływa mi przez głowę, że może to seryjny morderca, gwałciciel młodych kobiet, psychopata, który potrzebuje ofiary do swych niecnych uczynków... Nie! Nie! NIE! O czym ja, do cholery, myślę?!
* * *
Stara się zachować spokój, ale ona nadal nic nie rozumie. Nakręca go jej strach, widzi, jak się boi, jakie przerażenie ma wymalowane na twarzy. Oczy i rozum chłoną więcej, niż mogą pojąć. Zostaniesz ze mną - tylko o tym myśli. Jeżeli nie przestanie narzekać, to zwiąże ją i zaklei jej usta, a jak i to nie pomoże, to utnie język. Już raz to zrobił. Mężczyzna w średnim wieku, lekko pijany, omal nie staranował jego dodge'a pick-upa. Podchmielony zabłądził w lesie i znalazł się na jego terenie. Usiłując wyminąć auto - zarysował je. Pojmał mężczyznę, który okazał się bardziej bezczelny niż bezmyślny, i w ramach rekompensaty uciął mu język, bez litości i skrupułów, po czym założył czarny worek na głowę i wywiózł w las. Ani auta, ani mężczyzny nigdy nie znaleziono. Jego dalsze losy go nie interesowały. Zrobił swoje. Ukarał winnego.
Patrzy na nią i się uśmiecha, nie może powstrzymać tego odruchu. Podnieca go jej ostry charakterek, to, jak się sprzeciwia, stawia na swoim. Podchodzi do niej, zatrzymuje się przy stoliku i znowu to wprawiające w ekstazę "zostaniesz ze mną". Te słowa są dla niego jak miód dla uszu, jak najpiękniejsza melodia, którą kiedykolwiek słyszał.
Pora na szklaneczkę whisky. Odszedł od stolika w kierunku rzędu szafek pod oknem przy fotelu. Nalewa więcej niż zazwyczaj. Wszystko układa się według planu. Jednak nie jest świadom tego, jak bardzo ostry temperament ma porwana dziewczyna, z kim będzie miał do czynienia. Kończy nalewać, odkłada butelkę z whisky i bierze szklankę do ręki. Nie zdaje sobie sprawy, że za plecami skrada się porwana.
* * *
To moja szansa, mam przeczucie, że druga taka okazja się nie nadarzy. Obok kanapy na stoliku nocnym stoi lampa. Biorę ją delikatnie w dłoń. Całe szczęście nie jest podłączona do kontaktu i kabel ma zwinięty na nodze. Psychol podszedł do barku z alkoholem i nalał whisky. Teraz albo nigdy. Cichutko na palcach zbliżam się do celu z lampą w ręku. Serce wali jak oszalałe, trzęsą się ręce, nogi miękną, a emocje uderzają do głowy. Nie wiem, co ze mną będzie, ale muszę to zrobić, walnąć go niespostrzeżenie lampą w tył głowy i uciec, ile sił w nogach. Krok po kroku, coraz bliżej. Przerażenie miesza się ze złością.
Stoję za nim. W momencie, gdy unosi szklankę z whisky, biorę zamach i uderzam z całym impetem. Jęknęłam z bólu. Wściekłość kipi ze mnie jak lawa z wulkanu, strach wyrywa serce z piersi, a panika wybałusza oczy. Mężczyzna wydaje stłumiony krzyk, krew odpływa mu z twarzy, upuszcza szklankę, która tłucze się na milion kawałeczków jak kryształ, i mimowolnie się zatacza, uderzając głową o poręcz fotela. Whisky rozlane na ziemi błyskawicznie wchłania się w starą drewnianą podłogę.
Dreszcz przeszył całe ciało, a przed oczami pojawił się czarny obraz. Nie, nie stracił przytomności, to tylko chwilowe zaćmienie, zaraz mu przejdzie. Stoję jak wryta. Oddycham coraz głośniej, jestem na granicy płaczu. Co dalej robić? Patrzę na mężczyznę, jak leży i nie wstaje. Nadal trzymam uszkodzoną lampę. Rzucam ją na ziemię, a moje spojrzenie wędruje w kierunku drzwi wyjściowych.
W końcu zrywam się z miejsca, dobiegam do drzwi, łapię pierwszą lepszą kurtkę i chwytam za klamkę... Chwila prawdy - otwarte czy zamknięte? Jeżeli drzwi okażą się zamknięte, to będę miała trzy możliwości: szukać klucza i wiać, oddać się w ręce szaleńca z pomalowaną twarzą bądź znaleźć inną drogę ucieczki. Żadna z nich nie wywołuje uśmiechu na mojej twarzy. Łapię za klamkę, naciskam i... kamień spada mi z serca, drzwi są otwarte. Słyszał, jak majstruję przy drzwiach, usiłując wyjść.
* * *
Wie, że daleko nie ucieknie, jest za zimno, a zresztą nie zna terenu, zabłądzi. Ciągle leży na ziemi, nie próbuje wstawać, głowa zbyt mocno go boli, tym bardziej że niedawno wyleczył się z kaca. Trzask drzwi. A więc uciekła.
* * *
Wybiegam na zewnątrz, omal nie upadam na ziemię przez schodek, którego nie zauważyłam. W biegu zakładam kurtkę, teraz nie ma znaczenia, czyja ona jest. Mijam budynek, wbiegam w coraz większe zaspy śniegu. Wydychane powietrze zamienia się w białą parę. Odbiegam spory kawałek i odwracam się za siebie. Widok mrozi mi krew w żyłach. Psychol biegnie za mną. To dodaje mi większej motywacji do ucieczki, nie żebym jej nie miała, ale perspektywa przebywania w jego obecności wzbudza we mnie irytację i przerażenie. Wzrok, jakim na mnie patrzył, słowa, które wypowiedział, są dla mnie czymś niepojętym.
Strach opanował całe moje ciało, przerażenie przeniknęło do każdej małej komóreczki. Rany po wypadku przestały teraz istnieć, liczy się tu i teraz, nie ma miejsca na słabości. Jestem nabuzowana adrenaliną od stóp po głowę. Biegnę przed siebie i boję się obejrzeć. Świadomość, że mógłby być bliżej niż poprzednio, przyprawia mnie o ciarki. To wszystko przez tego pieprzonego kierowcę, że też chciało mu się mnie wyprzedzać...
4
Powoli odzyskuje ostrość widzenia, delikatnie wstaje, podpierając się rękoma. Chwieje się na nogach, przeciera oczy i w ogóle się nie spieszy. Potrząsa głową i zaczyna się śmiać. Podchodzi do wieszaka i ściąga płaszcz, wkłada go, po czym wychodzi na zewnątrz. Zimno uderza w niego z całym impetem. Jest jeszcze chłodniej niż przedtem. Uśmiech ponownie wędruje na jego twarz. Zauważa ją, daleko nie uciekła, ma ogromne szanse, że dogoni ją, złapie i przyprowadzi z powrotem - dobrowolnie lub siłą.
Zaczyna biec. Całe zainteresowanie skupia na celu - porwanej. Kipi determinacją, a jednocześnie czuje gniew, jak śmiała go uderzyć, a potem uciec? Głowa boli jak wszyscy diabli, zapłaci mu za to, nie ominie jej kara, o nie. Biegnie coraz szybciej, zwinnie mija zaspy, przeskakuje przewrócone i zasypane konary drzew. Poły płaszcza obijają się o uda, po czym unoszą w powietrzu. Śmieje się, jest coraz bliżej dziewczyny, lecz większą satysfakcję daje mu widok obracającej głowę porwanej. Wie, że boi się, potwornie obawia się powrotu do jamy smoka, jego widoku, obecności. Wyraz jej twarzy, z której z daleka emanuje przerażenie, napawa go ekstazą, pewnością siebie. Karmi się tym, żyje czyimś strachem. Gdy słyszy jej wołanie o pomoc, szyderczo zaczyna się śmiać i przyspiesza bieg. Dziewczyna go nie słyszy, ale wie, że jest blisko. Dopadnie ją, będzie gonić do upadłego, ale dopadnie, zemści się, a potem... Potem przyjdzie czas na inne decyzje.
Serce zwiększa tempo, podniecenie bierze górę, emocje sięgają zenitu. Prawie ją ma, jest na wyciągnięcie ręki. Jeszcze chwila, może dwie, i znowu będą razem. Słyszy jej strach, jęki rozpaczy, głośne oddechy. Widzi uciekające coraz szybciej ciepło, panikę w oczach, obłęd na twarzy. Co zrobi, gdy ją złapie? Na pewno będzie się szarpać, wyrywać i spróbuje uciec... Nie czas na rozmyślania, będzie improwizował.
Wyciąga rękę przed siebie, jest na tyle blisko, aby ją złapać. Zaciska dłoń na jej ramieniu, mocno przyciąga dziewczynę do siebie, nagle upadają w zaspę. Wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie. Po upadku toczą się kawałek, po czym podnosi się na kolana i stalowym uściskiem chwyta dziewczynę za stopę, gdy ta podejmuje kolejną próbę ucieczki na czworaka. Ta upada. Krzyczy, aby ją zostawił, wzywa pomocy, ale i tak nikt tutaj jej nie usłyszy, to pustkowie, teren prywatny. Są sami - ona i on.
Porwana wyrywa się, drapie, kopie, krzyczy... Mężczyzna ma tego dość, już wystarczająco zepsuła mu humor. Wyrywa stopę i wymierza mu kopniaka w bark. Dobrze, że nie trafiła w głowę. Nienawidzi, gdy ktoś celuje w jego twarz. Wstała z zamiarem dalszej ucieczki, lecz nie dane jej zwiać. Chwyta jej ręce i mocno ściska. Wyszarpuje się, walczy jak lwica. Wkurwienie osiąga epicentrum, dość tego. Za długo się z nią bawi. Stalowym uściskiem łapie ją za rękę, a drugą z całej siły uderza w twarz. Dziewczyna traci przytomność.
Przygląda się jej, wykrzywia głowę ze zdziwienia, a jednocześnie ciekawości, lekko poklepuje dziewczynę po policzku. Kuca i podnosi ją, bez problemu przewiesza przez ramię i niesie z powrotem do domu.
- Na dobre i na złe - mówi sam do siebie ściszonym głosem. Wymowny wyraz twarzy, sposób, w jaki się uśmiecha, wszystko sugeruje, jakby to zaplanował. Przybiera maskę szaleńca, pewnego siebie tyrana osiągającego wszystko, czego zapragnie. Blizny na twarzy dodają mu zgrozy i respektu. W ciągu kilku sekund tysiące myśli przebiega mu przez głowę. - Na dobre, kurwa, i na złe. - Wpada w histeryczny śmiech, a po chwili milknie. Idzie przed siebie wraz ze zdobyczą na ramieniu. Z poważną miną kroczy bez zmęczenia do celu.
Docierają do chaty. Kładzie dziewczynę na kanapie, przygląda się jej chwilę, po czym odwraca w kierunku wyjścia. Nie zrobi z niego głupca, nie pozwoli jej na to, burza myśli nie daje mu spokoju. Drzwi. Nie popełni drugi raz tego samego błędu. Sięga ręką do kieszeni płaszcza i wyjmuje klucze. Zmierza ku wyjściu, podrzucając je w dłoni. Wkłada klucz do zamka i przekręca. Drzwi zamknięte. Zdejmuje płaszcz i odwiesza na miejsce. Klucze chowa do kieszeni w spodniach. Nie przewidział tej sytuacji, jej ucieczki. Musi być ostrożniejszy. Wybiła go z rytmu, a tak dobrze wszystko się układało.
Przeciera dłonią twarz, nadal stojąc przy drzwiach. Nieświadomie wzrok ma skierowany na dziewczynę leżącą na kanapie. Wtem rusza z miejsca ku butelce whisky. Nalewa pełną szklankę, odkłada butelkę i jednym pociągnięciem wypija połowę drinka. Lekko odchyla głowę i obrzuca spojrzeniem porwaną - odzyskuje przytomność, nareszcie.
Rozsiada się w fotelu. Poczeka, aż w pełni się wybudzi, a potem zwiąże jej ręce... Znowu się zamyślił. Nie może sobie na to pozwalać, traci wtedy kontakt z rzeczywistością, a dziewczyna może to wykorzystać. A wracając do niej - po kilkunastu minutach zupełnie odzyskała świadomość.
* * *
Po otwarciu oczu myślałam, że serce mi eksploduje, a włosy staną dęba. Znów tam byłam, w tej chacie, odrażającym miejscu, równie okropnym i strasznym jak jej właściciel. Uderzył mnie w twarz, mocno i perfidnie, aby mnie uciszyć i przywlec tu z powrotem. Łzy same napływają do oczu, ale powstrzymuję je, przymykając na chwilę powieki... I muszę się podnieść, nie mogę leżeć tak w nieskończoność.
Siadam dość niezdarnie, a w głowie wiruje mi jak po jeździe na karuzeli. Znowu przymykam oczy i przecieram je dłonią. Od razu lepiej, przynajmniej w tym przypadku. Wzrok kieruję wprost na niego, siedzi w fotelu i obserwuje mnie, a wszystko przyprawia smakiem whisky i papierosa. Czekał, aż oprzytomnieję, aby dalej mnie dręczyć. Gdy prostuję się na kanapie, w myślach wyzywam go od najgorszych.
* * *
Zatem pora wrócić do obowiązków. Upija resztę whisky i odstawia szklankę. Widzi zaskoczenie na twarzy porwanej, nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Zaskoczenie przeistacza się w strach, a zarazem gniew. Czyta to z jej twarzy, widzi w jej oczach strach burzący porządek rzeczy, zakłócający ład i zdrowy rozsądek.
* * *
Kiedy dostatecznie zakopcił płuca, odkłada szklankę i wstaje z fotela. Z nerwów zasycha mi w gardle, nogi miękną i nie mogę wydobyć z siebie ani jednego słowa. Idzie w moim kierunku, pewny siebie, malowany psychol z dwuznacznym uśmiechem. Jest coraz bliżej. Gdy staje na równi ze stolikiem, przesuwam się na drugi koniec kanapy, byle jak najdalej od porywacza. Serce bije mi jak oszalałe, nie wiem, jakie są jego zamiary, ale boję się, cholernie zżera mnie przerażenie na samą myśl, co mógłby mi zrobić. Zgwałcić, pobić, a co najgorsze - zamordować. Nie, nie, nie... Odsuwam od siebie te myśli, są okropne.
* * *
Podnosi linę leżącą na półeczce pod stolikiem i uśmiecha się do niej. Nie z sympatii, a z czystej chytrości.
- Nie rób mi krzywdy, błagam cię... - skamlającym tonem na granicy płaczu wydusza z siebie kilka słów.
To dodaje mu pewności siebie, jest jego, umiera z przerażenia i zrobi wszystko, aby ratować własną skórę. Zrywa się z kanapy w kierunku wyjścia, on tuż za nią. Przybiera surowy wyraz twarzy. W połowie drogi łapie ją za tułów. Porwana zaczyna krzyczeć i się szarpać.
- Nieee... Puść mnie, słyszysz?! Puszczaj, skurwielu! Nie dotykaj mnie! - wrzeszczy, ile sił w płucach, drapie i się wyrywa.
Wszystko na nic, mężczyzna jest tak silny, że wszelkie próby wyrwania się idą na nic. Odciąga ją do tyłu, rzuca na kanapę, odwraca plecami do siebie i siada na jej udach. Dziewczyna jeszcze bardziej zaczyna się szarpać i krzyczeć. Jej krzyki zagłusza śmiech, śmiech obłąkanego mężczyzny.
- Złaź ze mnie, zboczeńcu! - Nadal się nie poddaje, ale nie płacze, zapewne nie da mu tej satysfakcji i nie uroni ani jednej łzy.
Z trudem chwyta jej nadgarstki i zawiązuje linę. Pęta są ciasne i solidne. Nie schodzi z niej od razu, pochyla się nad głową dziewczyny i cicho mówi przy jej uchu:
- Nie za mocno? Przyzwyczaj się, bo zostaniesz tu ze mną na zawsze.
Po tych słowach odchyla się i zaczyna śmiać. Śmiech jest okrutny, przepełniony pogardą i szaleństwem. Odszedł powoli na swoje miejsce, wielki skórzany fotel w rogu, a obok barek, gdzie alkohol leje się strumieniami. Nalał sobie whisky. Usiadł, wsadził papierosa do ust i odpalił. Zaciągnął się powoli i głęboko, delektując się i chłonąc dym, jakby palenie dawało mu rozkosz.
Dziewczynie udaje się usiąść. Szarpie się z liną, ale jej wysiłki idą na marne. Poddaje się i obdarza mężczyznę gniewnym spojrzeniem, kipiącym odrazą i wzgardą.
- Żebyś smażył się w piekle! Nigdy tu nie zostanę, wolę zdechnąć, psycholu! - Jej słowa kipią nienawiścią. Jednocześnie trzęsie się ze strachu i zimna. On tylko unosi kącik ust w uśmiechu i zatraca się w nałogu. Kocha palić, mógłby to robić na okrągło.
Jeszcze nie tak dawno o niej marzył i śnił, a teraz jest na wyciągnięcie ręki. Jakie życie jest popaprane... W tym przypadku popapranie obróciło się na jego korzyść. I aby ten łut szczęścia nie poszedł na marne, musi ogrzać chatę, inaczej zamarznie mu tu na kość. Ale na razie da jej trochę nauczki. On jest panem w swoim domu. On tu rządzi.
* * *
Kiedy wziął linę ze stolika, nie wytrzymałam, błagałam go, aby nie robił mi krzywdy. Przyznaję, okazałam słabość, ale strach przenika mnie do kości, robi sieczkę z mózgu. Oczy miałam wielkie jak spodki od filiżanek. Zaraz zacznę płakać, a on jest coraz bliżej.
Mimo woli zrywam się z kanapy prosto do drzwi. Impuls, chwila, nielogiczne myślenie. Nie przebiegłam nawet metra, a czuję, jak jego ręce zaciskają się wokół mojej talii. Odciąga mnie do tyłu, usiłuję się uwolnić, krzyczę, ile sił w płucach, drapię i wymachuję rękoma. Wszystko na marne. Rzucił mnie perfidnie na kanapę. Spoliczkował tak solidnie, że rozciął mi wargę. Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Prawą ręką złapał mocno za szyję, zbliżył swoją twarz do mojej. Czułam jego oddech na policzku, nader spokojny, jakby to, co robi, było dla niego codziennością. Lewą rękę oparł na kanapie, nadal trzymając linę. Coraz trudniej było mi złapać oddech, moja krtań się kurczyła, a płytki, urywany oddech tego nie ułatwiał. Nie patrzyłam na niego, uciekłam wzrokiem. Odepchnął mnie, odwrócił tyłem, szarpnął za nadgarstki i owinął je liną, mocno zaciskając.
Nie spuszczał ze mnie wzroku. Ciągle palił i przenikał mnie na wylot. To było nie do wytrzymania. Usiadłam bokiem, opierając się o poręcz kanapy. Kleiłam się od potu, na dodatek warga ciągle krwawiła. Podkuliłam nogi, lecz nie mogłam ich otulić oburącz, więc przytknęłam je blisko piersi. Tak było cieplej.
Na dworze robiło się ciemno, a mnie ogarniało coraz większe zmęczenie. Bałam się zasnąć... Nie, nie mogłam zasnąć. To ostatnie, na co mogę sobie pozwolić. Gdy usnę, stracę czujność, a on zyska okazję.
Jednak zmęczenie wzięło górę. Ze snu wyrwało mnie skrzypienie drzwi. W pokoju panowała ciemność i złowieszcza cisza. Jedyne światło to blask księżyca wpadający przez okno. Słyszałam własny oddech. Nie było go, zostałam sama, prawdopodobnie to przeciąg lekko ruszał drzwiami do innego pomieszczenia. Postanowiłam wstać, cichutko i powoli. Widziałam, jak zamykał drzwi i chował klucz do kieszeni spodni, ale muszę się upewnić, inaczej nie zaznam spokoju, jeśli okaże się, że straciłam szansę na ucieczkę. Dzięki blaskowi księżyca wiedziałam, gdzie idę. Serce mi łomotało, oprócz oddechu to jedyny dźwięk, jaki teraz słychać w pokoju. Stanęłam tyłem i delikatnie dotknęłam klamki. Powoli naciskając, wstrzymałam oddech. Niestety, drzwi były zamknięte. Oparłam czoło o ramę i przymknęłam na chwilę oczy. Czułam rozczarowanie, mimo że dobrze wiedziałam, iż są zamknięte. Wróciłam na kanapę. Nawet nie wiem, kiedy ponownie zasnęłam.
Zbudził mnie koszmar i ból głowy. Koszmar z jego udziałem, gdy mnie tu zaciągnął. Ta twarz szaleńca, patrzył na mnie i śmiał się jak opętany. Obraz był za mgłą, a dźwięk przytłumiony. Już zawsze będzie mnie to prześladować.
Stał w pokoju ze skrzyżowanymi rękami na piersi, oparty o komodę z telewizorem, który nie należał do najnowocześniejszych. Palił papierosa i patrzył na mnie. Jego spojrzenie przyprawiało mnie o gęsią skórkę.
- Przestań się na mnie gapić! - strzeliłam wkurzona. Zero reakcji. - Po co mnie tu trzymasz? - spytałam i rzuciłam mu gniewne spojrzenie.
Ruszył w moim kierunku. Przykucnął przy kanapie, zaciągnął się papierosem i dmuchnął mi dymem prosto w twarz. Obróciłam głowę i zakaszlałam. Resztki dymu przegoniłam dłońmi, które rozwiązał mi z samego rana.
- Zaczynasz nowy rozdział w swoim życiu. Powinnaś mi podziękować. - Uśmiechnął się, wstał i odszedł po kolejną szklaneczkę whisky.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Co to ma w ogóle znaczyć? Nowy rozdział? Podziękować? Wolne żarty.
- Chyba sobie ze mnie kpisz?! - powiedziałam z niedowierzaniem. A on tylko zaśmiał się cicho. Złość zastępowała panikę, a wzburzenie narastało. - Zabierz mnie do szpitala, miałam wypadek, powinien mnie zbadać lekarz, strasznie boli mnie głowa...
- Cii... - przerwał. - Nic ci nie jest, więc na cholerę mieszać w to lekarza? - Wziął łyk alkoholu i zapalił kolejnego papierosa. Usiadł wygodnie w fotelu i kontynuował: - A jeśli w tej chwili nie zamkniesz jadaczki, to obiecuję, że zakleję ci usta taśmą lub utnę język, jeżeli i to nie pomoże. - Po raz kolejny zaciągnął się papierosem, głęboko i powoli. Dym wypuścił przez nos. Oparł głowę o fotel i zamknął oczy. Delektował się każdą sekundą palenia.
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że spełni swoje groźby. A widząc, jak wygląda i się zachowuje, jestem skłonna uwierzyć, że jest w stanie mnie skrzywdzić, tak jak obiecuje. Jak pech to pech. Na razie milczałam, nie igrałam z nim, nie chcę wpakować się w większe tarapaty. Ale nie dam się i będę walczyć, choćby miał powykręcać mi ręce. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, do czego jest zdolny. I żałuję, że było mi dane się o tym przekonać na własnej skórze. Diabeł w ludzkim wcieleniu.
5
Czas mijał, dzień po dniu. Widok malowanego szaleńca stał się moją codziennością. Kiedy obudziłam się rano, nie było go w pokoju, smród fajek też zniknął. Chociaż na moment mogłam odsapnąć pozornie czystym powietrzem. Postanowiłam, że trochę poszpieguję, ale najpierw musiałam upewnić się, że nie ma go w chacie.
- Hej, jestem głodna! - krzyknęłam w nadziei, że jednak nikt nie odpowie. - Słyszysz mnie? Halo. Jesteś tam? - Cisza.
Wstałam i małymi krokami podeszłam do drzwi przy kanapie. Były uchylone, więc zajrzałam do środka. Za drzwiami znajdowała się mała kuchnia, przeszłam dalej, upewniając się przy okazji, czy nie wraca. Po prawej stronie były kolejne drzwi. Położyłam rękę na klamce i już miałam ją nacisnąć, lecz usłyszałam szczekanie psa w oddali. Spanikowałam. To na pewno on. Wraca do chaty. Szybko wróciłam na kanapę i udawałam, że śpię.
Drzwi wejściowe się otworzyły i wszedł do środka. Mroźne powietrze wdarło się do chaty. Porywacz odwiesił płaszcz. Zrobił dwa kroki w moją stronę, trzymając w rękach czarny worek.
- Wiem, że nie śpisz. Masz, przebierz się. - Rzucił na kanapę worek.
- Nie chcę. Zostaw mnie w spokoju - odpowiedziałam bez namysłu i kopnęłam worek na podłogę.
Westchnął i przetarł kark lewą dłonią.
- Jak chcesz... Dziś nie mam siły na twoje fochy, ale jutro się tobą zajmę. - Wziął butelkę piwa z barku i zniknął za drzwiami, gdzie znajdowała się kuchnia.
Tego dnia już go nie widziałam. Jedno szczęście. Szczęście w nieszczęściu. Przerażała mnie jednak myśl, co mógłby mi zrobić, jak skrzywdzić. Odpychałam od siebie te myśli, lecz byłam świadoma, że prędzej czy później zrobi mi krzywdę, bo przecież nie porwał mnie, aby wpatrywać się we mnie jak w obrazek. Jestem kobietą, a on mężczyzną i w końcu jego potrzeby wezmą górę.
Wtuliłam się w poduszkę, zamknęłam oczy i myślami wróciłam do rodziny, do rodzinnego domu, przyjaciół, kochających ludzi, aż łzy same cisnęły się do oczu. Otarłam policzki. Muszę być silna, aby wytrwać. Inaczej będzie po mnie.
Następnego dnia zbudził mnie chłód. Z ust leciała para, a dłonie były lodowato zimne. Zorientowałam się, że drzwi na dwór były do połowy otwarte. Do środka wlatywało mroźne powietrze i płatki śniegu. Bicie serca nagle przyspieszyło. Rozejrzałam się po pokoju, byłam sama, więc pospiesznie wstałam i podeszłam do drzwi.
Stanęłam w wejściu, głęboko odetchnęłam i już miałam rzucić się do ucieczki, gdy pojawił się on. Ze spojrzeniem pełnym obłędu zastawił mi drogę, wyciągnął rękę w bok, mocno uderzając dłonią w ścianę. Krzyknęłam przerażona i cofnęłam się krok w tył.
- Dokąd to? - spytał i wepchnął mnie w głąb chaty.
Straciłam równowagę i się przewróciłam. Przez związane ręce, bo związuje mnie na noc, nie mogłam się podeprzeć podczas upadku i uderzyłam głową o podłogę. Wszystko na chwilę zawirowało. Zatrzasnął drzwi i zamknął na klucz. Obrócił się w moją stronę. Próbowałam wstać, ale był szybszy. Podszedł, mocno szarpnął za sznur i przeciągnął mnie do kanapy. Kucnął i uderzył mnie w twarz.
- I co ja mam z tobą zrobić? - westchnął i wstał, by odwiesić płaszcz.
Spojrzał na szafkę, więc powędrowałam wzrokiem w tym samym kierunku. Na środku leżał nóż. Długi, sprężynowy. Zapewne ostry jak diabli. Wziął go do ręki i sprawdził ostrze. Popatrzył na mnie. Miałam wrażenie, że na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zaczął iść w moją stronę.
- Po co ci ten nóż? Co chcesz zrobić? - spanikowałam. Nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko oddycham. Miałam wrażenie, że słyszę, jak świszczy mi oddech. Przykucnął i złapał mnie za szyję. Czułam jego oddech na twarzy i dym papierosowy z domieszką alkoholu, po czym przyłożył mi ostrze noża do policzka.
- Jeśli nie będziesz się słuchać, to potnę ci tę twoją śliczną twarzyczkę - szepnął cholernie niskim tonem.
Po chwili zabrał nóż, puścił moją szyję, co przyniosło ulgę, złapał sznur i go rozciął. Dotknęłam szyi, aby ją rozmasować po uścisku. Porywacz schował nóż, złapał mnie za rękę i siłą podciągnął.
- Idź pod prysznic i się przebierz. W worku masz parę ubrań. Tylko bez numerów. - Coraz mocniej ściskał mój nadgarstek. - To pierwsze ostrzeżenie i lepiej, aby było ostatnim. - Puścił mnie i otworzył drzwi z drugiej strony kanapy. Prowadziły do małej łazienki.
Wzięłam worek i posłusznie weszłam do środka. Przymknął drzwi, a ja mogłam odsapnąć z ulgą, że nie zrobił mi krzywdy tym nożem. Worek położyłam w kącie i stanęłam przy lustrze. Rozebrałam się i wskoczyłam pod prysznic. Woda była ciepła i przyjemna.
* * *
Gdy weszła do łazienki, nie zamknął drzwi do końca. Zostawił je leciutko uchylone, na tyle, aby móc ją podglądać. Odczekał, aż wejdzie pod prysznic. Stanął przy drzwiach i obserwował, co robi. Dawno nie miał kobiety. Kiedy to było? Pół roku, rok temu? Przypadkowy seks w knajpie na zapleczu. W dodatku był zalany w trupa i niewiele z tego pamiętał. A ona? Z nią ma być inaczej. Nie mógł oderwać od niej wzroku, napawał się tym widokiem. Wzbierało w nim coraz większe pożądanie. Miał ochotę ją posiąść, w tej chwili, natychmiast, lecz wiedział, że to teraz niemożliwe. Będzie się wzbraniać, bronić, szarpać. Najpierw musi ją oswoić, a jeśli to nie przyniesie rezultatu, to dopiero wtedy weźmie ją siłą.
Kiedy zakręciła wodę, odsunął się od drzwi, aby go nie zauważyła. Przetarł twarz, musiał ochłonąć, w dodatku stał mu kutas... Zapalił papierosa i wziął piwo. Rozsiadł się w fotelu, poprawił spodnie i czekał, aż wyjdzie z łazienki.
* * *
Od razu poczułam się lepiej. Wyszłam z kabiny i wzięłam ręcznik. Stanęłam przed lustrem i osuszyłam włosy. Przez chwilę wpatrywałam się we własne odbicie. Dotknęłam sińca pod lewą piersią, drugi, bardziej bolesny był na żebrach. Zauważyłam też zadrapania na lewym ramieniu. Miałam ogromne szczęście, że wyszłam cało z tego wypadku. Pecha, że on mnie znalazł. Zajrzałam do worka, w środku były spodnie dresowe, T-shirt i bluza. Nie miałam wyboru i włożyłam te ubrania. Pasowały idealnie. Związałam włosy w kucyk. Co teraz? Nie mogłam w nieskończoność siedzieć w łazience, muszę stawić mu czoła.
Podeszłam do drzwi i dopiero teraz zorientowałam się, że były cały czas otwarte. Zajrzałam przez lukę, był tam, siedział w fotelu i czekał na mnie, palił, pił i czekał na swoją ofiarę. Wyszłam powoli z łazienki i wróciłam na kanapę, usiadłam skulona jak skarcony piesek. I znowu to samo, lustrował mnie wzrokiem, nie spuszczał go ani na sekundę.
- Przestań - powiedziałam cicho jak do siebie. Zero reakcji z jego strony. - Przestań - rzuciłam, tym razem nieco głośniej, ale nadal nie reagował. - Przestań! Nie gap się na mnie! - powtórzyłam trzeci raz.
Zaśmiał się, odłożył butelkę z piwem i wstał, wzdychając z rezygnacją. Nadal trzymał papierosa. Podszedł powolnym krokiem, wsadził fajkę do ust, oparł ręce o kanapę i zaciągnął się papierosem. Wyjął go i wydmuchał mi dym w twarz. Zakrztusiłam się, nigdy nie przepadałam za paleniem, wręcz tego nienawidziłam, a on perfidnie to wykorzystuje.
- Jesteś okropny... - wymamrotałam i zakaszlałam jeszcze kilka razy.
- Zamknąć ci buźkę czy będziesz cicho? - spytał i patrzył, jakby czekał na odpowiedź. - Nie cierpię hałasu - dodał, a ja posłałam mu gniewne spojrzenie i się odwróciłam. - Tak myślałem. - Wyprostował się, zaciągnął papierosem i wrócił na wcześniej zajmowane miejsce.
Następnych parę dni minęło podobnie. Pobudka, chmura dymu, lejący się alkohol, dwa posiłki dziennie, niekończąca się nuda. Raz zimno, raz ciepło. Przynajmniej mogę iść do łazienki, kiedy chcę, i nie jestem już związana.
6
Dzisiejszy dzień miał okazać się jednym z najgorszych w moim życiu i jednym z wielu, które zapamiętam na zawsze jako podłe, okrutne i pozbawione człowieczeństwa. Dniem, którego nie da się wymazać z pamięci, chociaż starałoby się z całych sił.
Jak zawsze siedział w swoim fotelu, palił i pił. Dzień jak co dzień, ale z tą różnicą, że włączony był telewizor. Leciał jakiś stary western. Nudziłam się cholernie, ale wolałam milczeć, nie wychylać się, nie denerwować go. Tak lepiej dla mnie. Zastanawiają mnie tylko dwie sprawy. Skoro znaleźli mój samochód po wypadku i okazał się pusty, a rodzina zapewne zgłosiła moje zaginięcie, to czemu mnie nie szukają. Nie mógł mnie przecież zaciągnąć aż tak daleko. Przez okna chaty widać pola i lasy, więc mało prawdopodobne, że ominęliby ją w trakcie poszukiwań.
- Obmyślasz plan ucieczki? - jego głos wyrwał mnie z zamyślenia.
Spojrzałam w stronę porywacza na sekundę. Szedł w moim kierunku i znowu palił. Jak można tak dużo palić?
- Będziesz miał czarne płuca - powiedziałam bez zastanowienia.
Pochylił się nade mną i oparł ręce o kanapę.
- Już mam. Martwi cię to? - odpowiedział i się uśmiechnął.
- Ani trochę... - wymamrotałam i starałam się na niego nie patrzeć.
Zaciągnął się, ale tym razem wypuścił dym za siebie.
- To co, planujesz ucieczkę? - spytał.
Spojrzałam na niego z pogardą.
- I tak mnie znajdą. To kwestia dni. A ty pójdziesz siedzieć!
Zareagował śmiechem na moją odpowiedź.
- A jak mieliby cię tu znaleźć? Hm? - zapytał prześmiewczo.
- Auto. Przecież stoi na poboczu niedaleko stąd.
Znowu się zaśmiał.
- Pozbyłem się go - odpowiedział i kontynuował palenie.
- Jak to pozbyłeś się? Co z nim zrobiłeś? - spytałam nerwowo. Tego się nie spodziewałam, nie brałam w ogóle pod uwagę.
Złapał mnie za brodę dłonią, w której trzymał fajkę.
- A co, myślałaś, że jestem taki głupi, by cię tu przywlec i zostawić auto? Od razu przeczesaliby okolicę. - Przerwa na papierosa, po czym mówił dalej: - Pozbyłem się go, nie będzie ci już potrzebne. - Odszedł i zgasił niedopałek, a ja nie dowierzałam w to, co powiedział.
Cała moja nadzieja legła w gruzach. To auto na poboczu było jedyną deską ratunku. Wstałam z kanapy i zrobiłam parę kroków ku niemu.
- Ty gnoju! Jesteś jebnięty, wiesz o tym? - powiedziałam, będąc na granicy płaczu i paniki. Założyłam ręce za głowę i nie wiedziałam, co dalej. Zaskoczył mnie tym samochodem. Przetarłam twarz i zdałam sobie sprawę, że to nie kwestia dni ani tygodni, że pomoc może nadejść nawet za miesiąc, dwa... albo wcale. - Ty walnięty pojebie... - szepnęłam.
Gdy usłyszał moje słowa, zakrztusił się piwem. Otarł usta przedramieniem i odłożył butelkę. Podszedł do mnie, chwycił mocno za szyję i docisnął do długiej komody pod oknem. Miał obłęd w oczach, większy niż ostatnio. To doigrałam się za swój niewyparzony język.
- Przegięłaś, wiesz? Taka jesteś mądra? Chcesz wiedzieć, po co tu jesteś? To ci pokażę. - Z każdym słowem coraz mocniej zacieśniał uścisk.
Złapałam go za rękę i próbowałam się uwolnić. Ostatnie zdanie przyprawiło mnie o dreszcze. Nagle obrócił mnie tyłem, przyparł jeszcze mocniej do komody, złapał za kark i docisnął mi głowę do blatu. Gwałtownym ruchem ściągnął moje spodnie i majtki. Usiłowałam się bronić, uwolnić z potrzasku, ale był zbyt silny.
- Puszczaj mnie, bydlaku! Nie rób mi krzywdy! - krzyczałam przez płacz.
- Nie szarp się, bo będzie bolało. Sama się o to prosiłaś - wycedził przez zęby wściekłym tonem.
Rozpiął spodnie i zsunął je niżej, po czym wszedł we mnie zdecydowanym ruchem. Pchał coraz szybciej i mocniej. Na jego twarzy malowały się gniew, władczość, szaleństwo. Oddychał coraz głośniej, podniecało go to, że szarpałam się i chciałam uwolnić. Wchodził we mnie nieprzerwanie raz za razem i ani myślał zwalniać.
- Błagam, wypuść mnie - prosiłam zapłakana. Nie umiałam powstrzymać łez. Nie miałam też już siły bronić się przed gwałtem. W dodatku bolały mnie dogniatane sińce.
* * *
Wreszcie skończył, doszedł w niej. Dawno tak się nie czuł. Potrzebował tego. Rozładował napięcie i uwolnił pożądanie tłumione i rosnące od kilku dni. Zresztą zasłużyła na to, sama się o to prosiła. Tyle razy prosił, by zamknęła jadaczkę.
- Proszę cię, pozwól mi odejść - błagała.
- Nigdzie stąd nie pójdziesz - wyszeptał spokojnie, pochylając się nad nią. Pogładził dziewczynę po głowie i zsunął kosmyk włosów z twarzy.
- Chcę wrócić do domu - wyszeptała, nadal płacząc.
- Nie. Nie rozumiesz? Zostaniesz tu ze mną na zawsze, słyszysz? Na zawsze. - Przytknął twarz do włosów dziewczyny, przymknął oczy i napawał się ich zapachem, po czym puścił ją, poprawił spodnie i zapalił papierosa. - Ogarnij się - rzucił na odchodne i zniknął za kuchennymi drzwiami.
Tego dnia już go nie widziała.
* * *
Podniosłam się i ubrałam. Byłam roztrzęsiona, a łzy płynęły mi po policzkach. Szybko pobiegłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Chciałam zmyć z siebie jego dotyk, jego obecność. Nadal czułam ból w kroczu i brzydziłam się siebie za to, bo mogłam bardziej walczyć i być może uniknąć gwałtu. Czułam się winna, bo sama go sprowokowałam do agresji. A najgorsza była świadomość, że skończył we mnie - co, jeśli zajdę w ciążę? Siedziałam w rogu prysznica i płakałam. Chciałam, aby ten koszmar się skończył. Przechodziły mnie dreszcze, gdy cofałam się myślami do gwałtu, do jego silnych i brutalnych ruchów. Teraz nienawidziłam go jeszcze bardziej.
Nie wiem, jak długo siedziałam pod prysznicem, straciłam poczucie czasu. Uleciała ze mnie cała radość, chęć do życia. Chciałam zapaść się pod ziemię. Jak mogłam mu na to pozwolić? Wstałam i zakręciłam wodę. Wytarłam się i wysuszyłam włosy. Włożyłam ubranie i stanęłam przed lustrem. Ponownie zaczęłam płakać, to okropne uczucie. Bezradność rozrywająca od środka i strach, że teraz nie będzie się hamować przed zrobieniem tego ponownie. Zgwałcił mnie raz, więc zrobi to drugi.
Otarłam łzy i wróciłam niechętnie do pokoju. Położyłam się na kanapie i zwinęłam w kłębek. Nie chciałam spać, bo za każdym razem, gdy zamykam oczy, wracają ból i dreszcze. Czuję wtedy jego oddech na karku. Upokorzył mnie, bydlak bez sumienia. Boję się myśleć, co będzie jutro.
7
Minął dokładnie miesiąc od dnia gwałtu. Od tego czasu nie zrobił tego ponownie. Nie wiem, czy zniosłabym kolejne takie upokorzenie. Oczywiście przemoc fizyczna była na porządku dziennym, szczególnie gdy miałam własne zdanie. Sprzeciw był niemile widziany. Gdy zamykam oczy, nadal widzę ten straszny dzień, czuję każde pchnięcie, jakby to było sekundę temu. Nie płaczę już, to nie ma sensu. Wylałam morze łez i mimo że zdaję sobie sprawę, że moja sytuacja jest kiepska, to nadal mam nadzieję, że nadejdzie pomoc i uwolnię się od tego malowanego psychola.
Dzisiejszy dzień był trochę inny niż poprzednie. Zbudziłam się i o dziwo nie było go w pokoju jak zazwyczaj. Skorzystałam z łazienki i włożyłam nowe ubranie, które wczoraj mi przyniósł - czarne legginsy i zwykłą szarą koszulkę. Ciekawa jestem, skąd w ogóle bierze te ubrania. Wróciłam do pokoju, podeszłam do okna i zatęskniłam za poprzednim życiem. Na dworze była piękna pogoda, świeciło słońce. I mimo że to zima, na pewno było w miarę ciepło jak na tę porę roku. Miałam ochotę wyjść, pospacerować, korzystać z życia, a w zamian tkwiłam zamknięta w starej przegnitej i ohydnej chacie z szaleńcem.
Zegar pokazywał godzinę dziewiątą dwadzieścia rano. Powoli robiłam się głodna. Wolnym krokiem podeszłam do kuchennych drzwi. Uchyliłam je lekko i zajrzałam, czy jest pusto. Znowu ryzykowałam, narażałam się na jego gniew. Czy taka moja natura, aby pakować się w kłopoty na własne życzenie?
Weszłam do kuchni i odkryłam, że jest w niej jeszcze troje innych drzwi. Pierwsze po prawej i te z lewej były zamknięte. Drugie z prawej były uchylone i prawdopodobnie prowadziły do następnej łazienki, choć mogę się mylić. Podeszłam do lodówki i otworzyłam ją cichutko. Wtedy pojawił się on. Pomieszczenie zza pierwszych drzwi po prawej okazało się jego sypialnią. Wyszedł z niej jak duch. O mało nie dostałam zawału.
- Co tu robisz? - spytał z kamienną miną.
- Jestem głodna... - zaczęłam się tłumaczyć, ale mi przerwał.
- Wracaj do pokoju. - Wsadził dłonie do kieszeni i czekał, aż pójdę.
Zamknęłam lodówkę i posłusznie wróciłam na kanapę. Starałam się nie wkurzać go niepotrzebnie. Rozcięta warga i łuk brwiowy oraz sińce na ramieniu mi wystarczą. Moją uwagę i tak przykuło co innego. Nie miał pomalowanej twarzy jak dotychczas. Wyglądał zupełnie inaczej. Czy nastąpił jakiś przełom?
Po kilkunastu minutach przyniósł mi śniadanie i kawę, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło, a sam pomaszerował do swojej loży i delektował się papierosem. Po zjedzonym śniadaniu co chwilę się mu przyglądałam. Może zabrzmi to głupio i niewiarygodnie, ale był całkiem przystojnym, wysokim mężczyzną. Moim oczom ukazał się silny, okazały facet z wyraźnie zarysowaną szczęką, o przenikliwym spojrzeniu. Krótkie, brązowe włosy przed ramiona, często zaczesane do tyłu, bardzo męska twarz, brązowe oczy, szeroki nos, małe usta, ale za to pełny uśmiech, lekki zarost, ciało dobrze zbudowane, co było widać, bo często nosił bezrękawniki. W innej sytuacji, gdybym spotkała go przypadkiem na ulicy, na pewno zwróciłabym na niego uwagę. W innej sytuacji - gdybym go nie nienawidziła.
Obróciłam się bokiem, nie chciałam dłużej na niego patrzeć. Jeszcze coś sobie ubzdura, a jego miłosne zapędy nie są mi potrzebne. Nagle się odezwał:
- Skoro już wiesz, gdzie jest kuchnia, to po sobie posprzątaj. - Zgasił papierosa i stukał palcami o poręcz fotela.
Ma tupet, koleś, ale wykonam polecenie, tak dla własnego bezpieczeństwa. Nie zwlekając, wstałam i zaniosłam naczynia do kuchni. Zlew był pełen, więc śmiem sądzić, że zrobił to celowo. Umyłam naczynia i sprzątnęłam blaty. Gdy chowałam resztę jedzenia do lodówki, przyszedł do kuchni i zaszedł mnie od tyłu. Złapał za ramiona, był tak blisko, że czułam jego oddech na karku. Serce zaczęło wyrywać się z piersi. Ogarnął mnie paraliżujący strach. Gładził mnie po ramionach, po czym zgarnął włosy na lewą stronę i przysunął twarz do szyi tak blisko, jakby chciał mnie w nią pocałować. Powoli przesuwał ją wyżej aż do ucha.
- Mam na ciebie ochotę - wyszeptał.
Zamknęłam oczy, a serce waliło jak oszalałe. Byłam przerażona. Jeżeli spróbuje zrobić to jeszcze raz...
- Proszę cię, nie rób mi krzywdy - powiedziałam, z trudem powstrzymując płacz.
- Cii... - uciszył mnie i spojrzał w kierunku drzwi wyjściowych.
Dopiero wtedy usłyszałam, że nadjechał jakiś samochód.
Porywacz pospiesznie otworzył małą szufladę i wziął do ręki nóż. Drugą złapał mnie mocno za buzię, aby ją zasłonić, po czym przyłożył mi ostrze do gardła. Spanikowałam. Próbowałam uwolnić się z uścisku, ale jego ręka była jak ze stali. Auto okazało się być policyjnym radiowozem, z którego wysiadło dwóch policjantów. Zmierzali ku drzwiom wejściowym.
- Zacznij krzyczeć, piśnij choćby słówko albo zrób coś głupiego, to poderżnę ci gardło, a ich zabiję. Zrozumiano?
Nerwowo kiwnęłam głową na tak. Wepchnął mnie zza drzwi do pomieszczenia, które było jego sypialnią, i zamknął je na klucz.
Nacisnęłam klamkę kilka razy i nic. Zakryłam dłonią usta, aby stłumić dźwięk płaczu. I co mam teraz zrobić? Zrezygnowana usiadłam pod drzwiami. Jeżeli posłucham go i będę cicho, to stracę szansę na ratunek, a jeśli zacznę krzyczeć, to... no właśnie, to co wtedy? Czy faktycznie byłby zdolny do morderstwa? Nie chcę się o tym przekonywać. Nie chcę mieć na sumieniu śmierci tych policjantów.
* * *
Rozległo się pukanie do drzwi. Odłożył nóż na stół. Sięgnął po pojemnik leżący na wiszącej szafce kuchennej. W środku był pistolet. Ukrył go z tyłu za pasem od spodni, głęboko odetchnął i podszedł do drzwi. Tak jak się spodziewał, policjanci wypytywali o dziewczynę.
- Czy widział pan tę dziewczynę? Może kręciła się w okolicy? - spytał jeden z nich, pokazując fotografię.
Z wielką łaską spojrzał na zdjęcie.
- Nie, nie widziałem - odpowiedział krótko.
- Prawdopodobnie miała lekką stłuczkę tu niedaleko, ale auto zniknęło wraz z poszkodowaną. Może słyszał pan coś o tym? - kontynuował policjant.
- Jak już powiedziałem, nic nie widziałem i nic nie słyszałem - odpowiedział spokojnie, utrzymując kontakt wzrokowy.
- Zatem z naszej strony to wszystko. Prosimy o kontakt, jeżeli czegoś pan się dowie lub zauważy zaginioną dziewczynę. Do widzenia - pożegnali się i odjechali.
Porywacz zamknął drzwi i napił się whisky. Liczył się z tym, że policja będzie węszyć i w końcu trafią do chaty. Nie spodziewał się, że tak szybko. Musi pomyśleć o przygotowaniu nowej kryjówki, gdyby coś poszło nie tak. Zabranie jej do swojego domu odpada, bynajmniej nie teraz. Musi ją umieścić gdzieś daleko w głębi lasu, z dala od społeczności, aby nie wzbudzać podejrzeń. Przede wszystkim musi być ostrożny, a przy niej będzie ciężko, i ten jej charakterek.
* * *
Powoli otworzył drzwi sypialni. Siedziałam na podłodze przy łóżku. Gdy wszedł, szybko wstałam. Zbliżył się do mnie, dotknął palcami kosmyka włosów, po czym spojrzał mi prosto w oczy.
- Skoro jesteśmy już w sypialni, to... rozbierz się. - Nie spuszczał ze mnie wzroku i czekał na moją reakcję.
- Nie chcę - tyle byłam w stanie powiedzieć. To "rozbierz się" mnie sparaliżowało.
- Ja nie proszę, tylko rozkazuję. - Uśmiechnął się do mnie i cofnął o dwa kroki do leżanki przed łóżkiem. Ściągnął koszulkę. Staram się ignorować jego absurdalną liczbę mięśni i patrzeć gdziekolwiek indziej niż na jego tors. - Twoja kolej.
- Powiedziałam, że nie chcę. - Głośno przełknęłam ślinę.
- Nie obchodzi mnie, czego chcesz. Jesteś moją zdobyczą. To ja podejmuję decyzje - mówił twardo i przewiercał mnie wzrokiem.
- To niedorzeczne.
Serce waliło mi w klatce piersiowej niczym dzwon w kościele. Cofnęłam się, gdy powoli zbliżał się do mnie, ale nie miałam gdzie uciec. Krzyk też był bez sensu. Sami w chatce na odludziu, zupełnie odcięci od świata zewnętrznego, więc kto mnie usłyszy?
Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale on zakrywa mi je dłonią. Jego wyraz twarzy jest poważny, a spojrzenie przenikliwe. Spycham jego dłoń i przyglądam mu się. Jedno spojrzenie w oczy utwierdza mnie w przekonaniu, że przegrałam. Chwyta mnie w talii i przyciąga mocno do siebie. Skręcam się i próbuję wydostać z uścisku. Odpycham się i uderzam go w klatę, ale bezskutecznie.
- Im bardziej będziesz się ruszać, tym mocniej będę cię trzymać.
Próbuję się jeszcze raz od niego uwolnić, ale nie mam szans.
- Bydlak! - wykrzykuję mu prosto w twarz i się poddaję. Dalsza walka nie ma sensu, jest zbyt silny.
Zaśmiał się, pochylił nade mną i szepnął do ucha:
- Wynoś się stąd.
Nie czekając ani sekundy, uciekłam z pokoju. Boże, jaka ulga. Usiadłam na kanapie zwinięta w kłębek. Zamknęłam oczy i odetchnęłam z ulgą. Ale nie ma co się cieszyć na zapas. Dziś mi odpuścił, ale następnym razem zrobi to, zgwałci mnie ponownie, potraktuje jak zwykłą szmatę.
8
Każda chwila mojego życia jest szczegółowo planowana i poddana lustracji, każda minuta, każdy dzień. Miałam prawie wszystko, co można sobie wymarzyć. Wcześniejsze życie wydaje się snem, z którego zbudziłam się w odrażającej rzeczywistości. Nigdy nie powinnam była znaleźć się w tym miejscu.
Minęły kolejne dwa tygodnie, w trakcie których uderzył mnie tylko raz. Nie zmuszał mnie również do seksu. Siedziałam cicho i starałam się być posłuszna. Czy moje życie naprawdę miało tak wyglądać?
Bez słowa wyszedł dziś wcześnie rano, bo niby czemu miałby mi się tłumaczyć? Z nudów włączam telewizor. Pierwsza rzecz, jaką widzę, to prognoza pogody, więc przerzucam kanały, aż nagle... widzę swoją twarz na ekranie. Nadal nie wiedzą, co się stało, brak śladów, brak poszlak. Podejrzewają różne scenariusze: ucieczka z kochankiem, wypadek i amnezja, porwanie dla okupu, lecz do tej pory nikt nie wysłał wytycznych. Wciąż czekają na jakiś sygnał.
- Zero wytycznych? Czekają na sygnał? Co, do cholery?! Po co mnie porwał, skoro nie zażądał okupu? - mówię nerwowo sama do siebie. To bez sensu, wszystko jest bez sensu... Jeśli nie chce okupu, to po co mnie tu więzi?
Wyłączam telewizor i rzucam pilot na stolik. Jestem niewyobrażalnie wkurzona, a jednocześnie czuję niepokój. Jak wróci, to od razu wszystko mu wygarnę. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, ciągle się wiercę i zmieniam pozycję. Wszystko mnie wnerwia. Mija kolejna godzina, a on nie wraca. Staje się to irytujące, a w chacie powoli robi się zimno. Lepiej, aby się pospieszył.
Na jego szczęście po około dziesięciu minutach zauważyłam go przez okno.
- Nareszcie - wymamrotałam pod nosem.
Wszedł do chaty, wpuszczając dużo chłodnego powietrza. Dostałam gęsiej skórki i automatycznie próbowałam ogrzać sobie ramiona. Spojrzał na mnie na sekundę - zdawało się, że nie jest w najlepszym humorze - po czym ruszył w kierunku kuchni. Niósł kilka toreb, najwidoczniej był po zapasy jedzenia.
- Zimno mi - powiedziałam w jego kierunku.
Zatrzymał się, odłożył torby i stał tak przez moment. Nagle odwrócił się i powolnym krokiem ruszył ku mnie. Podniósł palcami mój podbródek, zmuszając mnie do patrzenia mu prosto w oczy. Jego spojrzenie było zimne i wyrachowane. Tkwiliśmy tak chwilę.
- Ogrzać cię? - spytał.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam. Odepchnęłam jego dłoń.
- Nie trzeba. - Uśmiechnął się lekko i już chciał odejść, ale musiałam go zapytać o ten reportaż w telewizji. - Dlaczego jeszcze nie zażądałeś okupu? - zaczęłam. - Szukają mnie i czekają na żądania od porywacza. Na co czekasz? - Serce biło mi jak oszalałe, a on jedynie westchnął, drapiąc się po karku. - Odpowiedz!
- Zadajesz za dużo pytań - powiedział niskim i spokojnym tonem.
- A ty udzielasz wymijających odpowiedzi.
Stanął bliżej mnie i zaczął gładzić dłonią mój policzek. Coś w jego spojrzeniu powoduje u mnie dreszcze.
- Nie jesteś tu dla pieniędzy. I nie mam zamiaru cię oddawać - mówił cicho, a jego głos wzbudzał grozę. Zamilkł na chwilę, po czym kontynuował: - Naprawdę masz niezły temperament jak na tak niewielką osóbkę - to powiedziawszy, zniknął z zakupami w kuchni, a mnie zamurowało.
Co teraz? "Nie mam zamiaru cię oddawać", a ja nie chcę tu zostać. To jakiś obłęd, oszaleję albo co gorsza, prędzej się zabiję...
Skuliłam się na kanapie i przykryłam kocem. Ciągle słyszałam w głowie jego głos, że nigdy mnie nie wypuści. Ta myśl doprowadza mnie do furii. Muszę znaleźć sposób na ucieczkę. Im szybciej, tym lepiej. On i zamknięte drzwi to jedyne widoczne przeszkody przed próbą ucieczki. Ale nie muszę ich widzieć, by mieć świadomość, że jestem więźniem. O tym ciężarze przypomina mi każde uderzenie serca. Być może rodzina i przyjaciele są dla mnie straceni na wieczność. To mój największy lęk.
Kilkanaście minut później w chacie zrobiło się nieco cieplej. Nagle wszedł do pokoju. Usiadł w swoim fotelu w wiadomym celu. I znów ten męczący dym papierosowy... Och, miałam go dość! Jego palenie działa mi na nerwy, a od jego uśmiechu robi mi się niedobrze. Bacznie mnie obserwuje, nie mówiąc ani słowa. Bezustannie się przygląda, niczym drapieżnik. Najchętniej wydrapałabym mu oczy.
To miejsce jest jak klatka. Nigdy nie powinnam była się w nim znaleźć. Tu czas płynie inaczej. W niektóre dni podstawowe czynności zajmują wieki, a w inne czas zlatuje jak pstryknięcie palców. Robi się coraz później i ciemniej. W tym świetle jego oczy wyglądają na ciemne i złowieszcze, a twarz ma jak ktoś, kto lubi zadawać ból. Materiał obcisłej białej podkoszulki opina się na jego klatce piersiowej. I jak co dzień otacza go siwa chmura dymu.
Nagle przerwał milczenie:
- Jesteś głodna?
- Czemu miałabym chcieć jeść? - odpowiadam sarkastycznie. Jestem przerażona i samotna. Jedzenie to ostatnia rzecz, której teraz potrzebuję.
- Nie wiem. Może dlatego, że ludzie muszą jeść, aby żyć, a ty chcesz żyć, prawda? - odpowiedział sarkazmem na mój sarkazm.
- Skończ z tym teatrzykiem! Trzymasz mnie tu wbrew mojej woli z przyczyn, których nie rozumiem. I tak po prostu proponujesz mi jedzenie? To jakiś absurd! Jesteś śmiechu warty! - Mam ochotę krzyczeć, a wyrzucam z siebie te zdania tylko lekko podniesionym głosem. Nie mam odwagi wrzeszczeć, konsekwencje byłyby tak złe jak wybuch złości. A on tylko zaśmiewał się z mojej irytacji.
Spiorunowałam go wzrokiem. Założyłam ręce na piersi, wkurzona, a on się uśmiechnął, bo wiedział, że wygrał tę sprzeczkę. Potem zostałam sama i już miałam upić łyk wody, gdy dotarło do mnie, że mnie obserwuje przez okno. Stał na zewnątrz i palił fajkę. Najwidoczniej chata ma drugie wejście, gdzieś od strony kuchni. Nawet nie drgnął ani nie mrugnął, gdy na mnie patrzył.
- Przestań! - zawołałam do niego. - Przestań się na mnie gapić. Nie robię nic złego - teraz mruknęłam już do siebie. Ukryłam twarz w dłoniach i oparłam głowę o kanapę. Zawsze mnie obserwuje, czeka na moje potknięcie... i to mnie cholernie przeraża.
Następnego dnia ponownie zniknął bez słowa. Przynajmniej dziś zostawił mnie w ciepłej chacie. Po paru godzinach bezczynnego oczekiwania na jego powrót postanowiłam trochę poszperać. W pokoju nie znalazłam nic interesującego. Ciuchy, narzędzia, zapas alkoholu, nic specjalnego. Kuchnia podobnie. Zaczęłam przeglądać szuflady.
Właśnie miałam wejść do jego sypialni, gdy moją uwagę przykuła gazeta w śmietniku. Wyjęłam ją. Była to gazeta informacyjna. Zaczęłam ją przeglądać. To, co zobaczyłam w środku, zamurowało mnie doszczętnie. Nie wierzyłam w to, co czytałam. Artykuł dotyczył zaginionej dziewczyny, czyli mnie. "Przyjaciele Oli twierdzą, że napisała do nich SMS-y, iż coś jej wypadło, musiała wyjechać, że złapie następny lot i spotka się z nimi w ich ulubionej kawiarni. Nie pojawiła się. Jedna z jej koleżanek (chce pozostać anonimowa) powiedziała dziennikarzom i policji, że ostatnio Ola dziwnie się zachowywała, była smutna i wycofana, więc zniknięcie i wiadomości nikogo nie zaniepokoiły. Zapytana, dlaczego żadne z nich nie zadzwoniło do rodziców lub na policję, odpowiedziała: "Nie chcieliśmy robić jej kłopotów i niepotrzebnie martwić rodziny". Rodzice Oli dowiedzieli się o jej zniknięciu dopiero po tygodniu". Obok widniała moja fotografia.
- Superznajomi - mruknęłam ironicznie pod nosem. Niemoc i negatywne emocje dusiły mnie w klatce piersiowej. Nie chcę tu zginąć...
Czytałam dalej, a tekst był coraz bardziej absurdalny. Nie mogłam oddychać, gdy zobaczyłam ostatnie zdanie napisane drukowanymi literami: POSZUKIWANIA TYMCZASOWO WSTRZYMANE. Zamarłam. Poczułam jeszcze silniejszy uścisk w klatce piersiowej, a z twarzy odpłynęła mi krew. Nikt mnie nie szuka, nikt się nie martwi, zostawili mnie samą na pastwę losu. Nie wiem, ile czasu wpatrywałam się w to zdanie.
Z zamyślenia wyrwał mnie głośny huk. Obróciłam się w kierunku hałasu. Boże, nawet nie zauważyłam, że on stoi w wejściu do kuchni. Uderzył mocno pięścią w blat szafki, stąd ten hałas. Napinał mięśnie twarzy i czekał na wyjaśnienia.
- Ja... - Speszyłam się i odruchowo wrzuciłam gazetę z powrotem do kosza, lecz nie umknęło mu, co czytałam. - Jak mogłeś mi to zrobić? - wydusiłam z siebie. Czy ten koszmar nigdy się nie skończy? Patrzyłam na niego z pretensją, a on był niewzruszony. Czy w ogóle kogokolwiek obchodzi mój los? Czy ratunek kiedyś nadejdzie?
- Skoro już wiesz, to zacznij się przyzwyczajać, że to twój nowy dom - mówił całkiem poważnie z kamiennym wyrazem twarzy, a ja zaniemówiłam.
Nowy dom? Wsadź sobie w dupę taki dom... Spleśniała chata prześmiardła fajkami i pijaństwem, rodem z horroru, w środku lasu na odludziu. Faktycznie spełnienie moich marzeń. Nie dam za wygraną i postaram się obmyślić plan ucieczki.
9
Myślałam o nim, gdy okręcałam na palcach swoje brązowe kosmyki włosów i patrzyłam w sufit. Moje myśli odpłynęły, dosłownie. Nagle kanapa pode mną się ugięła, co wyrwało mnie z zamyślenia. Skrzywiłam się, kiedy mój spokój i cisza zostały przerwane. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że usiadł obok i patrzył na mnie. Poczułam, że policzki mi płoną. Patrzę w jego oczy. Jego spojrzenie jest teraz głębokie i uważne. I wtedy poczułam, jak jego ręce łapią mnie wpół. Wpatruję się w niego, przebiegając palcami od jego klatki piersiowej w dół, aż do spodni... Wtedy się rozpłakałam. Nie wiem dlaczego. Może ze strachu przed tym, co nieuniknione? Otoczył mnie ramionami. Od razu poczułam się bezpiecznie.
- Cii... Będzie dobrze - powiedział spokojnym głosem, jednak czułam, że wszystkie mięśnie ma napięte. - Opowiedz mi dzisiejszy sen.
- Śniło mi się, że usłyszałam hałas przed domem. Jak strzał z broni lub wybuch fajerwerku. Ten hałas obudził mnie ze snu... - zaczynam pospiesznie i nieskładnie, a on zbliża się do mnie tak, że nasze usta prawie się dotykają. Czuję ciarki na plecach. Zamykam oczy, aby poddać się chwili.
Nagle obraz się urwał. Straciłam zmysły. Poczułam nieprzyjemny chłód. Otworzyłam oczy. Nie jestem już w jego objęciach, a leżę na kanapie przykryta kocem. Serce wali mi nierówno, tłucze jak szalone. Boże... to był sen. Tylko i aż sen. Śniłam o nim. Zasłoniłam twarz rękami i ją przetarłam. Jak to możliwe, że śnię o swoim porywaczu w tak pozytywny sposób? Zbluzgałam się w myślach za głupotę.
Podniosłam się i poznałam przyczynę chłodu. Majstrował coś przy frontowych drzwiach. Śniłam o nim, a on był tu przez cały czas. Poczułam wstyd. Zauważył, że nie śpię. Obserwując go, zaczęłam zastanawiać się, czy ten brutal jest zdolny do uczuć, takich pozytywnych jak we śnie. Na razie jest ich przeciwieństwem.
Nieoczekiwanie odezwał się do mnie, wyrywając mnie z zamyślenia:
- Uśmiechałaś się podczas snu, przynajmniej na początku. - Zerknął w moją stronę i kontynuował pracę przy drzwiach.
- Nie sądzę - odpowiedziałam krótko. - Nie mam powodu do śmiechu.
- Wiem, co widziałem.
Znowu zerkał. Po chwili wstał i zamknął drzwi. Dopiero wtedy zobaczyłam, co tak naprawdę przy nich robił. Zamontował drugi zamek. Skubany... Zamknął go, a klucz schował do kieszeni. Pozbierał narzędzia i posprzątał. Po pracy zasiadł do szklaneczki whisky. A ja bardziej opatuliłam się kocem.
- Umiesz gotować? - zapytał znienacka.
- Co? - Zmarszczyłam brwi zaskoczona jego pytaniem.
- Czy umiesz coś ugotować? - powtórzył pytanie, a ja parsknęłam śmiechem.
- Jaja sobie robisz? - zakpiłam.
- Nie. Pytam poważnie. - Miał niewzruszoną minę i nadal pił alkohol, a ja wciąż się naśmiewałam.
- Może umiem, a może nie, w każdym razie nie mam zamiaru ci gotować! - odpyskowałam i posłałam mu niemiłe spojrzenie.
- Narzekałaś na nudę, a skoro i tak przesiadujesz tu całe dnie, to mogłabyś zająć się gotowaniem.
Cholera, on mówi poważnie. Znowu zaczęłam się śmiać.
- Pozwól, że ci przypomnę. To ty mnie tu przywlokłeś i uwięziłeś, więc o mnie dbaj. Nie mam zamiaru ci niczego ułatwiać - odpowiedziałam uszczypliwie.
Teraz to on zaczął się śmiać i sięgnął po papierosa.
- A ty pozwól, że ci przypomnę, że to ja decyduję, co będziesz robić, a czego nie. Ja wydaję polecenia, a nie ty. I skoro każę ci iść do kuchni, to to zrobisz. Nie zmuszaj mnie, abym zaprowadził cię tam siłą. Zrozumiano? - Jego wzrok i mina kazały mi potraktować to ostrzeżenie poważnie.
- Zrozumiano - burknęłam pod nosem. Wstałam, złożyłam koc i poszłam do kuchni. O dziwo było tu zdecydowanie cieplej. Odwróciłam się do niego. - To czego pan sobie życzy? - zapytałam złośliwie.
- Zostawiam ci wolną rękę. - Zaciągnął się papierosem i kontynuował: - Wykaż się. - Posłał mi krótki uśmiech.
Wywróciłam oczami i westchnęłam.
Zaglądam do lodówki, szperam po szafkach i nadal pustka w głowie.
- Jakaś wskazówka? Skąd mam wiedzieć, co lubisz? - kieruję do niego pytanie.
Przestał klikać w smartfonie i skierował wzrok na mnie.
- Nie jestem wybredny. - Uśmiechnął się i kontynuował grzebanie w telefonie.
Nie jestem wybredny - powtarzam w myślach. Taka wskazówka to żadna wskazówka. Równie dobrze mógł powiedzieć, że lubi jeść, ale co? No cóż... muszę podjąć decyzję. Szkoda czasu, aby cokolwiek rozmrażać, więc pozostają dania wegetariańskie.
W lodówce znajduję sporo warzyw, różne sosy, ser, wędliny... Ponownie otwieram szafkę obok i decyduję się na makaron penne. Od razu wyciągam też cały asortyment przypraw. Wygląda na to, że dziś na obiad będzie zapiekanka makaronowa z warzywami. Nie zwlekając, zabieram się za gotowanie. Zaczynam od makaronu. W szafach i szufladach tuż za piekarnikiem znajduję potrzebne garnki, naczynia i sztućce. Tylko noży brak. Zapewne schował je wszystkie przede mną.
- Potrzebuję nóż. - Zero reakcji z jego strony. - Jak mam gotować, skoro nie mam czym pokroić warzyw?
Zerknął spode łba, po czym odłożył telefon i przyszedł do kuchni. Otworzył pierwszą szufladę z brzegu i wyjął nóż z samego jej końca.
- Bez sztuczek.
Podał mi go niechętnie. Nasz wzrok się spotkał. Wzięłam nóż i zabrałam się za krojenie. On się wycofał, robiąc parę kroków w tył, po czym obrócił się na pięcie i wrócił do pokoju.
Po dwudziestu minutach zapiekanka była w piekarniku. Wystarczy posprzątać i obiad gotowy. Gdy danie wyglądało na podpieczone, wyłączyłam piekarnik i lekko uchyliłam drzwiczki. Z wnętrza wydobywał się ładny i apetyczny zapach. Nie był to szczyt moich możliwości, ale wyglądało smacznie.
- Ładnie pachnie.
Stanął tuż obok mnie i oparł się o szafkę. Wyprostowałam się, a on złapał mnie jedną ręką w talii i przyciągnął, nasze oczy się spotkały. Lekko odpychałam się od niego, ale trzymał zbyt mocno. Przypomniało mi się, że na blacie leży nóż. Odruchowo spojrzałam w jego kierunku, to był błąd. Moje nietaktowne zachowanie mnie wydało.
- Wiem, co kołacze się w twojej głowie, ale nawet o tym nie myśl.
Czas stanął w miejscu. Miałam wrażenie, że nasze spojrzenie trwa wieczność. W ułamku sekundy wyciągnęłam rękę po nóż i już go trzymałam, gdy chwycił mnie prawą dłonią za nadgarstek. Ostrze zastygło między nami, a wzrok znowu się spotkał. Szybko oddychałam z przypływu adrenaliny. Siłowałam się z nim, aby uwolnić rękę z nożem, ale był cholernie silny. Nie wiem, jak to zrobił, że w mgnieniu oka tak wykręcił mi rękę, że przywarłam do niego tyłem. Nadal trzymał mój nadgarstek, a drugą ręką chwycił za szyję.
- Taki kaprys, co? - powiedział zdenerwowany. - Puść nóż.
- Nie.
Wzmocnił uścisk, aż jęknęłam z bólu.
- Puść, póki grzecznie proszę - szepnął.
- To ty puszczaj!
Próbowałam się uwolnić. Westchnął i tak skręcił mi rękę, że z bólu upuściłam nóż. Odepchnął mnie i wpadłam na stół kuchenny. Nie czekając ani chwili dłużej, schyliłam się szybko po ostrze, ale zdążył w nie kopnąć. Na mojej twarzy pojawiło się rozczarowanie. W natłoku adrenaliny i gniewu rzuciłam się na niego z pięściami, raz po raz uderzając go w klatkę piersiową. Odchylił nieznacznie głowę do tyłu i mrużył oczy, abym nie trafiła go w twarz. Moment później znowu złapał mnie za nadgarstki.
- Uspokój się, słyszysz?! Uspokój! - krzyknął, potrząsając mną.
Opanowałam się niechętnie, ale to zrobiłam. Karciłam się w myślach, że w sumie zachowuję się jak psychiczna. Posadził mnie na krześle, by podnieść nóż i schować go w głąb szuflady. Wyjął szklankę i nalał mi wody. Sam opierał się o szafkę. Obserwował mnie i kręcił głową. Wzięłam łyk wody, oddychając przez lekko otwarte usta, bo cała ta akcja mnie zmęczyła. Chciałam odłożyć szkło, ale dłonie zaczęły się trząść. Nagle szklanka mi się wyślizgnęła i potłukła na kawałki. Kurwa! Co się ze mną dzieje? Popatrzyłam na porywacza. Uniósł tylko brew i wzdychając z rezygnacją, wywrócił oczami z niemocy na moją niezdarność. Przykucnęłam natychmiast, aby posprzątać szkło. Zrobił to samo, jednak po to, by złapać mnie za rękę.
- Zostaw, bo się skaleczysz. Posprzątam to.
Szarpnęłam ręką, aby ją uwolnić, i od razu pożałowałam. Mocno uderzyłam nią w podłogę i w tym momencie ułamek szkła wbił mi się w lewą dłoń. Zajęczałam z bólu. On jedynie pokręcił głową i wziął moją małą rękę w swoje dłonie. Popatrzył mi w oczy, ale ja odwróciłam wzrok. Tak cholernie bolało.
- Trzeba wyciągnąć szkło. - Spojrzał na moją skaleczoną dłoń. - I najprawdopodobniej zszyć ranę.
Cofnęłam rękę i uparcie wstałam. Odsunęłam się od szkieł.
- Poradzę sobie.
Strasznie bolało, rana pulsowała i pewnie z każdym ruchem pogarszałam sprawę, ale przeraziłam się na hasło "zszyć". Wstał i podszedł do mnie.
- Pomogę ci, zaufaj mi.
Wyciągnął dłoń w moim kierunku. Patrzyłam raz na niego, raz na rękę i zgłupiałam. Zaufać mu? Szaleństwo... Chociaż może w tej sytuacji ma uczciwe zamiary. Przyjrzałam się mojej ranie, z której strużką płynęła krew. Wykorzystał sytuację i stanął przy mnie. Odskoczyłam od niego i to był błąd. Zderzyłam się plecami ze ścianą, uderzając o nią odruchowo rękami.
- Aua!
Zabolało jeszcze bardziej. Zacisnęłam powieki, złapałam nadgarstek i przytuliłam zranioną dłoń. Koszulka zaczęła przesiąkać krwią.
- Sama sobie robisz krzywdę.
Zrobił krok do przodu.
- Spadaj! - warknęłam.
Westchnął i oparł się o drugie krzesło, wsadzając dłonie do kieszeni.
- Jakaś ty nieposłuszna - odezwał się, a ja nadal stałam prosto, ściskając nadgarstek. Podszedł powoli i mówił dalej: - I kurewsko irytująca.
Serce podchodziło mi do gardła, ale nawet nie drgnęłam. Był kilka milimetrów ode mnie. Oparł łagodnie dłonie o ścianę po obu stronach mojej głowy. Spojrzał na moje usta, a potem w oczy. Z trudem łapałam oddech. Jego dłoń powędrowała na mój policzek i musnęła go delikatnie. Po chwili zraniona dłoń znalazła się w jego, jednak nie zamierzał się odsunąć. Przyłożył swój policzek do mojego, przez co poczułam delikatny zarost.
- Rozkazy to nie twoja działka. Opatrzę ranę - szepnął.
Pogładził jeszcze raz mój policzek, a następnie poszedł do pokoju. Łapczywie chwytałam powietrze i rozglądałam się za nim. Oparłam głowę o ramę drzwi. Czekał już na mnie z apteczką.
Przystawił mi krzesło obok komódki pod oknem i usiadł. Wyciągnął dłoń, abym podała mu swoją. Nie byłam pewna, czy tego chcę. Bałam się tak samo, jak boi się pacjent u dentysty.
- Zaufaj mi - powtórzył.
Czułam, jak pali mnie jego spojrzenie. Niechętnie podałam mu zranioną dłoń, która trzęsła się jak dłoń alkoholika. Gdy wyciągał kawałek szkła, mocno zacisnęłam powieki i jęknęłam, kiedy zabolało. Osuszył ranę z krwi. Cały czas starał się być delikatny.
- Tak myślałem. Trzeba zszyć, rana jest zbyt głęboka.
Zbladłam ze strachu. Przejechał palcem po moim policzku. Ten dotyk był elektryzujący, dosłownie naładowany prądem. Robiło mi się na przemian ciepło i zimno. I już wiedziałam, jeszcze zanim zobaczyłam blisko siebie te niemożliwie brązowe oczy, że to przełomowa chwila mojego życia.
Jego wąskie usta, znajdujące się kilka centymetrów od moich, gdy tak siedział przy mnie, wypowiadały słowa, których nie słyszałam. Byłam zbyt pochłonięta przyglądaniem się jego wargom w ruchu i wyobrażaniem sobie ich dotyku na moich. Dopiero kiedy polał mi ranę spirytusem, usłyszałam jego głęboki, pełen troski głos pytający, czy nic mi nie jest. W odpowiedzi skinęłam głową. Wypuściłam powietrze przez usta i zacisnęłam zęby oraz powieki z bólu.
- Zaraz przestanie szczypać. Gotowa?
Nerwowo potrząsnęłam głową.
- Już bardziej nie można...
Sięgnął po igłę, a ja odwróciłam głowę. Nie chciałam na to patrzeć. Gwałtownie wypuściłam powietrze. Drżały mi dłonie, nie mogłam powstrzymać ich trzęsienia.
- Wypij to.
Podał mi w połowie pełną szklankę whisky. Wypiłam wszystko jednym haustem. Przymrużyłam oczy i aż ścisnęło mi przełyk, tak mocny był alkohol. Odkaszlnęłam.
- Ohyda.
Lekko się uśmiechnął, widząc moją reakcję. Odczekał parę chwil i wziął się do roboty.
- To raptem trzy szwy - szepnął, zanim wbił igłę.
Moment wkłucia był bolesny. Zacisnęłam powieki, a z oczu popłynęły mi łzy. Każde kolejne ukłucie wyciskało kolejne łzy, a druga dłoń spoczywająca na udzie zaciskała się coraz mocniej, pozostawiając ślad po paznokciach. Odruchowo złapałam go za rękę.
- Proszę, przestań na chwilę.
- Koniec.
- Co? - Nie zrozumiałam.
- Skończyłem. Gotowe.
Spojrzałam na dłoń i faktycznie były na niej trzy szwy. Odetchnęłam z ulgą. Oczyścił wnętrze dłoni i ranę oraz założył opatrunek. Był łagodny i staranny. Nie znałam go z takiej strony. Jednak ten drań ma jakieś ludzkie odruchy i uczucia.
- Dziękuję - powiedziałam nieśmiało.
Odpowiedział mi uśmiechem.
Usiadłam wygodnie na kanapie, a on zajął się sprzątaniem po szyciu. Sporo krwi poleciało jak na taką niewielką ranę. Wyglądało to trochę komicznie. Facet taki jak on szorujący podłogę szmatą. Uśmiechnęłam się sama do siebie i nagle zdałam sobie sprawę, że nawet nie znam jego imienia. Ale czy to istotne? Myśl trzeźwo, Ola! Dziś zyskał plusa, ale to nie czyni z niego bohatera ani nikogo godnego zaufania czy też twoich uczuć. Jednak nie znajduję żadnego sensownego argumentu, aby wytłumaczyć jego troskę o mnie. Dość! Moje myśli wybiegają za daleko. Nie mogę stracić kontroli. Tu nie ma miejsca na jakąkolwiek miłość czy wdzięczność. A ból ręki przypomina mi o rzeczywistości... brutalnej rzeczywistości.
10
Leżę na kanapie już od godziny i nieustannie przewracam się z boku na bok, nie mogąc usnąć. Emocje ustąpiły, alkohol zszedł z organizmu, więc ból się spotęgował i rana pulsuje niemiłosiernie. Nie wytrzymam dłużej, muszę natychmiast wziąć coś przeciwbólowego.
Wstałam i stanęłam przy drzwiach kuchennych. Teraz najtrudniejsza część. Zbliżyłam się powoli do drzwi jego sypialni. Wzięłam głęboki wdech i wydech, przełknęłam ślinę i jeszcze raz wciągnęłam powietrze. Uniosłam zdrową rękę, aby zapukać, ale nie miałam odwagi zrobić tego od razu. Oparłam czoło o drzwi i zamknęłam oczy. Zbeształam się w myślach za tchórzostwo. Przecież nie zrobi mi krzywdy za to, że chcę go poprosić o pomoc. Ok. Druga próba. Zapukałam, i co teraz? Mam czekać na odpowiedź czy wejść bez zaproszenia? Położyłam dłoń na klamce, gdy usłyszałam jego głos:
- Wejdź. - Ostrożnie otworzyłam drzwi i zrobiłam krok do przodu. Leżał na łóżku z rękami założonymi za głową. Uniósł powieki, kiedy byłam już w środku. - Co jest? - zapytał.
- Potrzebuję coś przeciwbólowego, inaczej nie usnę.
Na początku nie zareagował, kompletnie mnie olał. I gdzie ta troska, którą okazał godzinę temu? Dopiero gdy zaszkliły mi się oczy, a policzki zrobiły bardzo czerwone, wstał z łóżka.
- Poczekaj tu, zaraz coś ci przyniosę.
Wyszedł, a ja usiadłam na łóżku. Lampka nocna na szafce lekko rozświetlała pomieszczenie. I w tej chwili zatęskniłam za swoją sypialnią, za swoim miękkim łóżkiem, jedwabną piżamą. Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos. Nawet nie zauważyłam, kiedy wrócił.
- Boli cię mocno czy bardzo mocno? - I pokazuje mi, co przyniósł.
W jednej ręce trzymał ampułkę ze strzykawką, a w drugiej słoiczek z tabletkami. Ciekawe, skąd to w ogóle ma.
- Mam dość igieł na dzisiaj - odpowiedziałam, aż przeszły mnie ciarki.
Schował roztwór do kieszeni. Dał mi tabletkę i podał szklankę wody ze stolika.
- Masz, popij. Za chwilę poczujesz się lepiej.
- Co to jest? - spytałam, przyglądając się tabletce.
- Bierzesz czy nie? - zaczynał się denerwować.
- Biorę, biorę... - mruknęłam i połknęłam lek, a on zniknął za drzwiami. Tabletka była ohydna i strasznie gorzka. Odłożyłam szklankę i ruszyłam do wyjścia, ale zagrodził mi drogę i zamknął drzwi.
- Dokąd to?
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, poderwał mnie z ziemi i posadził na łóżku. Nie miałam siły się bronić, przytuliłam do siebie zabandażowaną rękę.
- Daj spokój, chcę iść spać - odpowiedziałam niemal błagalnym tonem i wstałam z łóżka.
Natychmiast położył swoją rękę na mojej talii, zatrzymując mnie.
- Możesz spać tutaj.
Jego spojrzenie było intensywne, a ja z trudem przełykałam ślinę.
- To nie jest najlepszy pomysł - oznajmiłam.
- Nalegam - wyszeptał. Był tak blisko mnie, że czułam jego oddech. W pewnej chwili zabrał rękę i odsunął się nieznacznie. Zacisnął zęby, eksponując mocną szczękę. - Łóżko jest wygodniejsze niż kanapa, będzie ci łatwiej zasnąć. - Zamilkł na kilka sekund, po czym kontynuował: - Nie zrobię nic wbrew twojej woli.
Schował ręce do kieszeni i czekał na moją decyzję. A co, jeśli odmówię? Boże, nie mam siły się wykłócać. Dość wrażeń na dziś. Niech te leki w końcu zaczną działać. Jestem wyczerpana i nie mam najmniejszej ochoty na toczenie z nim kolejnej wojny.
- Dobra, wygrałeś - westchnęłam.
Minęłam łóżko, przechodząc na jego drugą stronę przy oknie. Odgarnęłam pościel i usiadłam. Ręka nadal mocno pulsowała. Na twarzy malował się grymas bólu.
- Masz zamiar spać w ubraniu? - spytał, nadal stojąc w miejscu.
- Nie będę rozbierać się przy tobie - odrzekłam, usiłując zdjąć bluzę, bez powodzenia.
- Mogę wyjść...
- Nie... - zaczęłam, wzdychając i przymykając oczy na sekundę. - Wystarczy, że się odwrócisz.
Przejechał dłonią po brodzie, po czym posłusznie się odwrócił. Podniosłam się i zaczęłam ściągać spodnie dresowe. Co chwilę próbował spojrzeć, ale cofał głowę. Pomimo że stara się być uprzejmy i zapewnić mi prywatność, jego oczy przepełnia pożądanie, które mówi mi, że wolałby na mnie patrzeć. Spróbowałam ponownie zdjąć bluzę. Widząc moją niezdarność i grymas bólu na twarzy, nie wytrzymał, postanowił podejść i mi pomóc.
- Pomogę ci...
Dotknął mojego ramienia.
- Nie.
Próbowałam odsunąć jego rękę, ale na próżno. W mgnieniu oka znalazł się za mną i delikatnie ściągnął moją bluzę. Odłożył ją na leżankę. Stanął przede mną. Znowu jest zbyt blisko, znów dzieje się to, co nie powinno. Jego palce wślizgują się pod moją bluzkę, a zimne powietrze powoduje, że przechodzą mnie ciarki. Instynktownie wpatruję się głęboko w jego oczy. Otwiera delikatnie usta. Jego wargi są o włos od moich. Ściąga mi koszulkę i oto stoję przed nim w samej bieliźnie. Pożera mnie wzrokiem, lustrując od stóp do głów, po czym wycofuje się i ściąga T-shirt.
- Wezmę prysznic. Połóż się i odpocznij. Lekarstwo powinno już działać.
Zniknął za drzwiami łazienki. Odsapnęłam, przymrużając powieki, i opadłam na łóżko. Sytuacja staje się niewygodna, takie jak ta nie mogą mieć miejsca. Nie tu i nie z nim. Przeszedł mnie zimny dreszcz, więc natychmiast weszłam do łóżka i przykryłam się pościelą. Była taka mięciutka i świeża. I faktycznie ból zaczął ustępować, jaka ulga. Mimo że leżałam w jego łóżku, czułam się wyjątkowo rozluźniona i spokojna, senność napływała stopniowo i coraz częściej mrużyłam oczy. Co on mi dał, do cholery? Jakieś prochy? Mniejsza z tym, pogadam z nim o tym jutro, teraz nie mogę się na tym skupić.
Mężczyzna wraca do pokoju kilka minut później, mając na sobie tylko białe bokserki. Krople wody błyszczą na jego skórze, kiedy przeciąga dłoń przez wilgotne włosy. Ma takie boskie ciało... Nie... Nie wierzę, że to pomyślałam. Przymykam powieki na moment. Jestem taka senna. Gdy położył się obok mnie, od razu poczułam ciepło jego ciała. Obrócił się w moją stronę i odgarnął kosmyk moich włosów za ucho.
- Jak ręka? - zapytał z troską, gładząc mój policzek.
Właśnie, jak ręka? Zapomniałam o niej, a to dlatego, że ból całkiem ustąpił.
- Nie boli. Nie wiem, co mi dałeś, ale te tabletki są magiczne.
Uśmiechnął się.
- Nie magiczne, a skuteczne. Śpij.
Pocałował mnie w czoło na dobranoc. Zamknęłam oczy i odpłynęłam.
Obudziły mnie jasne promienie słońca przedostające się pomiędzy firankami, więc obróciłam się tyłem do okna. Lekko podniosłam powieki i ujrzałam go śpiącego obok. Spał na brzuchu z rękami pod poduszką. Był taki spokojny... Kto by pomyślał, że to podły człowiek. Bynajmniej z takiej strony dał się poznać najlepiej. Wiem też, że drzemie w nim odrobina dobroci. Nie ma chyba ludzi stuprocentowo złych ani podłych. Nie potrafię go rozgryźć, człowiek zagadka.
Dziś ręka bolała zdecydowanie mniej. Zauważyłam, że opatrunek nieznacznie nasiąkł krwią. To nie wróży nic dobrego. Bandaż zapewne przykleił się do rany i diabelnie ciężko będzie go odczepić bezboleśnie. Czemu mnie to spotyka? W tej samej chwili zaczął się przebudzać. Spojrzał na mnie ospale. Podciągnął się i przysunął do mnie tak, że nasze usta delikatnie się o siebie otarły. Poczułam mrowienie na całym ciele. Tego już za dużo, pozwala sobie na zbyt wiele. Otoczył mnie ręką w pasie i zerknął na bandaż.
- Trzeba zmienić opatrunek - szepnął i niespodziewanie dał mi szybkiego buziaka w usta, po czym podniósł się i zaczął ubierać. Cham! - wrzasnęłam w myślach i otarłam usta wierzchem dłoni. Perfidnie wykorzystał moment, uwielbia się ze mną droczyć. - Wstawaj! - powiedział tonem niemal rozkazującym, podając mi ciuchy.
Gdy się ubrałam, dołączyłam do niego w kuchni. Siedział przy stole. Przysunął mi krzesło, abym usiadła obok. Podałam mu rękę i od razu przystąpił do zmiany opatrunku. Starał się być delikatny, ale każda kolejna warstwa zbyt mocno przywarła do rany. Namoczył bandaż i spróbował ponownie. Syknęłam z bólu.
Czuję łzy pod powiekami. Mija dłuższa chwila, zanim udaje się ściągnąć opatrunek. Lekko przemywa ranę i zakłada nowy. Pod świeżym bandażem ból jest odrobinę mniejszy, lecz znowu pulsuje. Mój oddech się nieznacznie wyrównuje. W końcu mogę głęboko odetchnąć.
- Grzeczna pacjentka - stwierdził, muskając kciukiem mój policzek. - Dam ci coś przeciwbólowego. Zagoi się i nie będzie problemu.
Idziemy do pokoju, gdzie porywacz wyciąga słoiczek z tabletkami i wysypuje mi jedną na otwartą dłoń. Nalewa wodę i natychmiast połykam tabletkę.
- Skąd to wszystko wiesz? - spytałam i usiadłam na kanapie.
- To znaczy co? - udawał, że nie wie, o co chodzi, i nalał sobie whisky. Potem oparł się o szafę.
- No... na przykład, jak zszyć ranę.
- Miałem ich wystarczająco dużo, aby się nauczyć.
Jego emocje i wyraz twarzy zmieniają się z sekundy na sekundę. Chwilę temu był troskliwy, teraz jest obojętny. Kiedy indziej chce mnie zatłuc, a za moment pożera mnie wzrokiem. Rozchwiany jak sinusoida.
Dopija alkohol i po chwili wychodzi z pomieszczenia. Wracam za nim do kuchni, a mężczyzna wyjmuje z piekarnika nasz wczorajszy obiad. Wyśmienicie pachnie. Podchodzę do stołu i zajmuję miejsce przy jednym z nakrytych talerzy. Co jakiś czas zerka na mnie.
- Czy mogę cię o coś zapytać? - rzekłam nieśmiało.
- Zależy o co - odpowiada obojętnie, nalewając mi soku.
- Nadal nie wiem, jak masz na imię... - wymamrotałam pod nosem. Chwilę potem się za to karcę, bo nie wydaje się szczególnie istotne, jak ma na imię ten cham.
- Czy to ważne? - Wbił we mnie spojrzenie.
Nic już nie odpowiedziałam. Usiadł naprzeciw i wziął widelec w dłoń. Przyglądał mi się badawczo i nagle odezwał się jakby od niechcenia:
- Heath. - Spuścił wzrok i zaczął jeść, a ja uśmiechnęłam się do niego w odpowiedzi.
Śniadanie zjadamy w ciszy. Ja rozkoszuję się pyszną zapiekanką, a on intensywnie o czymś myśli. Pierwsza kończę jeść, więc wstaję od stołu, by po sobie posprzątać. Chwyta moją dłoń, gdy chcę podnieść talerz.
- Zostaw to, przecież masz opatrunek. Sprzątnę, ty idź do pokoju.
Zabieram swoją dłoń i niepewnie odchodzę. Mam nadzieję, że to nie jest żadna pułapka.
Dostrzegam na komodzie telefon, podchodzę, aby go obejrzeć. To ten sam, którego używa na co dzień. Gdyby tylko udało mi się zadzwonić do rodziców lub na policję. Boże, zaraz wyskoczy mi serce z wrażenia, odżyły resztki nadziei. Próbuję go odblokować, ale na marne. Nie znam PIN-u. Zestresowałam się. Zamykam oczy i próbuję przypomnieć sobie, jakie wpisywał cyfry, gdy nagle słyszę głos:
- Co robisz?! - warczy na mnie, a ja aż podskakuję zlękniona.
Telefon wypada mi z dłoni. Spoglądam na Heatha, w jego oczach widzę wściekłość. Mężczyzna rusza w moją stronę. Wiem, że mnie ukarze. Chwyta mnie mocno, a gdy chcę się wyrwać, popycha na komodę.
- Niczego nie dotykaj! - wycedził przez zęby.
Obróciłam się do niego. Był coraz bardziej wkurzony. Podniósł i schował telefon.
- Nie chciałam...
- Nie tłumacz się głupio! - przerwał mi i wymierzył policzek.
Krzyknęłam, ale nie wiem, czy bardziej z bólu, czy z zaskoczenia. Policzek zaczął mocno piec. Heath szarpie mnie za rękę i stawia przy ścianie, przodem do siebie. Przestraszyłam się, znów miał obłęd w oczach. Byłam posłuszna i ani drgnęłam bez jego pozwolenia. Przylgnął do mnie wściekły i spragniony. Gwałtownie chwycił moją szyję.
- Masz się mnie słuchać, inaczej gorzko tego pożałujesz. Pamiętaj, nie rzucam słów na wiatr! - warczy mi prosto do ucha, coraz mocniej ściskając moją szyję.
Próbuję skinąć głową w odpowiedzi.
- Przepraszam... - wyszeptałam z trudem.
Czuję, jak jego ciało się napina, a ciepłe, smakujące niczym whisky usta odnajdują drogę do moich ust, uciszając mnie w okamgnieniu. Nasz pierwszy pocałunek... Chwytam delikatnie jego dłoń, którą cały czas trzyma na mojej szyi. Puszcza rękę i ciężko wzdycha. Automatycznie rozmasowuję obolałe miejsce.
- Wzbudzasz we mnie skrajne emocje. To bardzo wyczerpujące - oznajmia i przytyka usta do mojego czoła, jakby przepraszał za swoje zachowanie.
Stoję nadal jak kukła i nie wykonuję żadnych pochopnych ruchów.
11
- Chciałabym wyjść na dwór - zaczęłam nieśmiało. Omal nie zakrztusił się piwem. - Od tygodni nie oddychałam świeżym powietrzem. Proszę - nalegałam. Gapił się na mnie jak na wariatkę. Podparł ręką podbródek i pocierał go. - Proszę...
- Ok, ok - westchnął i pokręcił głową. Szczęśliwa gwałtownie zerwałam się z kanapy, aby założyć buty. Widząc moją reakcję, wstał pospiesznie i stanął za mną. - Powoli - studził moje podekscytowanie.
- Nie ma na co czekać. - Wyprostowałam się gotowa, a on tylko przetarł twarz dłońmi.
- Wykończysz mnie - odrzekł i otworzył drzwi.
Przekroczyłam próg. Zimne powietrze zmroziło moją skórę, ale nie przeszkadzało mi to. Minęłam dwa schodki i ruszyłam parę metrów do przodu, aby stanąć w słońcu. Heath szedł cały czas za mną. Odpalił fajkę i bacznie mnie obserwował.
- Bez numerów - wymamrotał. - Nie mam ochoty na maraton.
Nie zwracałam uwagi, co do mnie mówi. Cieszyłam się słońcem i świeżym powietrzem. Dreptałam, wystawiając twarz do promieni. Było tak przyjemnie... Sięgnęłam po garść śniegu. Lepiąc z niego kulę, uśmiechałam się jak dziecko. Odwróciłam się do Heatha, ukrywając śnieg za plecami.
- Orientuj się! - zawołałam i rzuciłam w niego śnieżką.
Nie spodziewał się tego. Trochę śniegu wpadło mu za białą koszulkę i próbował go wytrząsnąć. Zaczęłam się śmiać. Widząc mój ubaw, wyrzucił resztę papierosa, uniósł jeden kącik ust i ruszył w moim kierunku. Odbiegłam kawałek, ale chwycił mnie w pasie. Niechcący przewróciliśmy się na śnieg. Śmialiśmy się, a wtedy pochylił się nade mną i strząchnął śnieg z czoła. Pierwszy raz zobaczyłam, jak się śmieje, nie z przymusu lub kpiny, a tak zwyczajnie z radości.
- Masz słodki uśmiech, a ukrywasz go za tym groźnym spojrzeniem - palnęłam, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nie mam groźnego spojrzenia - odpowiedział i pogładził mnie po policzku.
Zbliżył twarz i pocałował mnie lekko w usta. Nie wiedząc czemu, dotknęłam jego twarzy. Był taki gorący. Nagle jego ciepłe usta zaczęły intensywnie całować moje. Czułam się tak dobrze, jednak nie mogłam na to dłużej pozwolić. Chciałam tego, a jednocześnie miałam ochotę go zabić. Nim się zorientowałam, uderzyłam go w twarz. Spojrzał na mnie złowrogo i wtedy dopiero dotarło do mnie, co zrobiłam. Boże, mam przeprosić czy milczeć? Przyłożyłam złożone dłonie do twarzy. Podniósł się, a ja od razu za nim. Znowu sobie przejebałam.
- Do środka - powiedział stanowczo, w ogóle na mnie nie patrząc. Stałam jak wryta. Byłam zaskoczona, że nie uderzył mnie, nie maltretował ani nie zwyzywał. - Wynocha! Już! - krzyknął.
Nie chciałam go bardziej denerwować, więc szybko pobiegłam do chaty. Skuliłam się na kanapie, gdy on zamykał za nami drzwi. Przeniósł na mnie swój wzrok, wiedziałam, że nie wróży to nic dobrego. Zjadają mnie nerwy, biorę kilka głębokich wdechów i przygotowuję się psychicznie na to, co nastąpi. Kara mnie chyba nie ominie.
- Mogłoby być zupełnie inaczej między nami, gdybyś się tak nie opierała i okazała mi odrobinę szacunku - stwierdza z gniewem, idąc wolnym krokiem w moim kierunku. - Ale nie, ty musisz być uparta - oznajmia z naciskiem na ostatnie słowo i gestykuluje.
Kiedy jest już przy mnie, opiera ręce po obu stronach mojej głowy. Tkwimy tak chwilę w niezręcznym spojrzeniu. Przełykam ślinę i nerwowo poprawiam się na kanapie. Nie jestem w stanie nic powiedzieć. Niespodziewanie chwyta mnie za nadgarstki, nie zwracając uwagi na chorą rękę, i mocno przyciska do kanapy. Jednym ruchem przywiera do mnie, zaciskając swoją dłoń na mojej żuchwie. Jęknęłam, bo to zabolało.
- Nigdy więcej tego nie rób - mówi, wpatrując się we mnie.
Pociera kciukiem kącik moich ust, a następnie gwałtownie puszczając moją brodę, odsuwa się i odchodzi.
Zostałam sama w pokoju. Z poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Nie wstawałam, tylko zwinęłam się w kłębek. Co ja znowu narobiłam?
Jestem skołowana. Nie pojawił się przez resztę dnia. Mam ogromne wyrzuty sumienia przez to, co zrobiłam. Czuję się winna tej sytuacji. I kompletnie tego nie rozumiem. Przejmuję się porywaczem? Czy ja do reszty oszalałam? Udało nam się nawiązać nić porozumienia, to prawda, ale to nie zmieni jego osobowości, zachowania i faktu, że mnie porwał. Tyle myśli, wątpliwości i żalu plącze się w mojej głowie. Zamykam oczy, a łzy płyną mimowolnie. Czy zaczynam się do niego przywiązywać? Czy to właśnie tak się odbywa? Taki miał plan? Może powinnam pogodzić się z losem i poddać jego woli? Oszczędziłabym sobie zbędnego bólu i poniżenia. Czy jestem gotowa poświęcić resztkę godności i stać się jego własnością... jego zabawką? Nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłabym się w nim zakochać. O nie! To odpada. Nawet jeśli miałoby to ułatwić mój los. Myśl, że przestali mnie szukać, sprawia, że zaczynam płakać. Przytulam do siebie poduszkę. Jakie to niesprawiedliwe...
* * *
Nie powinna była tego robić. To on tu rządzi i wydaje polecenia. Ma go słuchać i robić to, co sobie zażyczy. Jak mogła go uderzyć? Na samą myśl o tym zaciskają się mu pięści. Przeciągnął się na łóżku i założył obie ręce za głowę. Zza ściany dobiega go dźwięk cichego płaczu. Niech płacze, może zmięknie i będzie bardziej posłuszna. Sądził, że pójdzie łatwiej. Nie spodziewał się takich komplikacji. Boże, jaki ona ma temperament, jak go pociąga... Na samą myśl o niej czuje, że twardnieje. Wzdycha i zamyka oczy, aby ostudzić emocje.
12
Minął tydzień od wypadku. Rana ładnie się goi i nie noszę już opatrunku. Czasami boli i pulsuje, szczególnie przed snem. Jedyny plus w obecnej sytuacji.
Heath przestał się do mnie odzywać po ostatnich wydarzeniach. Czuję się samotna i porzucona. Ta bezsilność wypala mnie od środka. Nie mogę nic zrobić. Snuję się po pokoju znudzona i zmęczona jego obojętnością. Już wolałam, jak się na mnie wyżywał - pomyślałam.
Poszłam do łazienki i umyłam włosy, bo co tu robić? Stanęłam przed lustrem. Starłam dłonią parę i wpatrywałam się w swoje odbicie. Mam takie smutne oczy. Westchnęłam i sięgnęłam ręką po szczotkę. Rozczesałam włosy i wróciłam do pokoju. Słyszałam, że jest w kuchni. Teraz albo nigdy. Pójdę i wygarnę mu, jak mnie wkurza. Krok w przód. Nie. Nie zrobię tego. Zakładam ręce za głowę i rozchylam usta, by wyrównać oddech. Kroczek do przodu, drugi. Przymknęłam na sekundę powieki, jakby to miało mi dodać odwagi, i wparowałam do kuchni.
Siedział przy stole. Zastygłam, widząc, co robi... Boże... On ma broń. Czyścił ją i robił to z taką dokładnością, jakby zajmował się tym od zawsze. Położył ją, widząc, w jakim jestem szoku. Wytrzeszczyłam oczy i stałam sparaliżowana.
- Spokojnie, Ola - mówi, a ja stoję dalej zszokowana.
Chcę uciec stąd jak najprędzej, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Po dłuższej chwili wracam na kanapę.
Dociskam nogi do piersi i otaczam je rękami. Boże, nie chciałam tego zobaczyć. Do czego jest zdolny, mając broń? Teraz boję się go jeszcze bardziej.
Po tym incydencie, spoglądając na niego, czuję niechęć za każdym razem, gdy pojawia się w pokoju po alkohol. Nagle zaczęło mnie to irytować. Wróciło wzburzenie, że olewa moją obecność. Muszę coś zrobić, aby zwrócił na mnie uwagę. Podeszłam więc do jego fotela, wiedząc, że jest nadal w kuchni. Złapałam pierwszą butelkę z brzegu i otworzyłam ją. Zerknęłam na niego, ale był pochłonięty paleniem i składaniem broni. Powoli przechyliłam butelkę. Alkohol zaczął lać się na podłogę. Czuję adrenalinę i satysfakcję, że nie okiełzna mnie tak łatwo. Wiem, że po raz kolejny igram z ogniem.
- Czy ty jesteś, kurwa, normalna?!
Porywacz wpadł do pokoju niczym burza. Wyrwał mi z ręki do połowy opróżnioną butelkę ginu. Unoszę jeden kącik ust w uśmiechu, że cel został osiągnięty.
- Przestań mnie lekceważyć. To ty mnie tu sprowadziłeś, więc nie traktuj mnie teraz jak powietrze! - wyrzuciłam z siebie z żalem. Nie wiem, czy płakałam, czy byłam poważna. Wiem tylko, że spadł mi kamień z serca. Nareszcie rozmawiamy.
- Sama jesteś sobie winna - oznajmił, odkładając butelkę na szafę.
Parsknęłam śmiechem.
- A co takiego zrobiłam, że pana uraziłam? - drwiłam z niego.
Zaciskał szczękę z nerwów i wbijał we mnie wzrok.
- Posprzątaj to. - Wskazał wzrokiem na podłogę i wycofał się, śląc mi wrogie spojrzenie na odchodne.
Nie wierzę, po prostu, kurwa, nie wierzę! Znowu mnie olał i jeszcze kazał posprzątać ten bajzel... Myślałam, że wybuchnę z nerwów. Odruchowo złapałam butelkę i rzuciłam nią w jego kierunku. Szkło potłukło się na kawałki, a alkohol rozprysnął po pokoju. Automatycznie zasłonił głowę rękami, uchylając się przed drobinami szkła. Otworzyłam usta z wrażenia. Czy ja tak potrafię? Czy serio to zrobiłam? Spojrzał na mnie zza rąk, po czym się wyprostował. Wtedy dotarło do mnie, co naprawdę uczyniłam. Zbudziłam bestię.
Jego wzrok mnie pali. Gryzę się w usta, aby powstrzymać strach. Podchodzi do mnie wolnym krokiem, szkło chrupie mu pod butami. Zauważam, że odprysk zranił go w przedramię. Nie do końca chodziło mi o przyciągnięcie takiej uwagi. Przełykam ślinę i oddycham coraz szybciej. Pokornie przyjmę to, co zgotuje mi los. Sama jestem sobie winna.
Stanął przede mną na wyciągnięcie ręki. Niespodziewanie zamachnął się i uderzył mnie kantem dłoni. Siła uderzenia popchnęła mnie na komodę, o której brzeg rozbiłam głowę. Upadłam na podłogę. Rozmazał mi się obraz. W uszach był tylko szum. Miałam wrażenie, że widzę wszystko w zwolnionym tempie. Pokój wirował. Opierałam się rękami o podłogę i tkwiłam tak, próbując powstrzymać ból głowy. Zacisnęłam powieki tak mocno, że jęknęłam, gdy ból się spotęgował. Nagle na podłodze pojawiła się kropla krwi. Dotknęłam czoła i spojrzałam na palce. Były całe zakrwawione. Chwyciłam prawą dłonią blatu i spróbowałam się podnieść. Ból mnie po prostu pożerał, ugięły się pode mną nogi, więc usiadłam na podłodze i wybuchłam płaczem. Czułam, jak krew spływa mi po policzku. Przeniosłam wzrok na niego. Ścierał palcami krew ze zranionego przedramienia. Jego spojrzenie złagodniało. Przykucnął obok i złapał mnie delikatnie za żuchwę, aby obejrzeć ranę na czole. Odrzuciłam jego dłoń, otarłam łzy i podniosłam się niezdarnie, opierając o komodę. Rana zaczęła pulsować i zakręciło mi się w głowie. Na chwilę zamknęłam oczy i przeczekałam, aż mi przejdzie.
- Opatrzę ci ranę... - zaczął.
- Nie chcę twojej pomocy - mruknęłam pod nosem i odeszłam.
Weszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro na zakrwawioną twarz i przez ułamek sekundy poczułam, że zaraz zemdleję. Kurczowo złapałam się umywalki, czując ból głowy i w klatce piersiowej, jakby ktoś przyłożył mi wielki kawał lodu do brzucha i zaczął go ściskać. Zaczęłam głęboko oddychać i starać się uspokoić, sądząc, że to coś pomoże. Przed oczami miałam czarne plamki i trzęsły mi się ręce. W uszach słyszałam szum. CO SIĘ ZE MNĄ, DO CHOLERY, DZIEJE?! Czułam, że osuwam się na podłogę, na zimne kafle.
13
Dobiegł go hałas z łazienki. Poszedł sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Otworzył drzwi i zamarł. Leżała na podłodze z wciąż krwawiącą głową. W sekundę znalazł się przy niej.
- Ola, słyszysz mnie? - Głaskał ją nerwowo po twarzy. - Dziewczyno, wykończysz mnie...
Wziął ją na ręce, jakby ważyła tyle co piórko, i zaniósł do swojej sypialni. Nie zwlekając, zabrał się za opatrzenie rany. Na szczęście przestała krwawić. Gdy skończył, przykleił plaster. Przyglądał jej się, była teraz taka bezbronna i cicha. W końcu nie marudziła i nie pyskowała. Gładził ją po policzku. Uśmiechnął się na wspomnienie wylewanego ginu. Trzeba przyznać, ma cholerną odwagę. Ale to, jak rzuciła w niego butelką, całe szczęście trafiając w ścianę, wkurzyło go na maksa. Może niepotrzebnie ją uderzył, ale sobie zasłużyła. Należało jej się za nieposłuszeństwo. Po chwili zdał sobie sprawę, że znów zaciska pięści. Nie potrafi opanować złości. Tyle skrajnych emocji.
- Oszaleję przy niej...
Skrył twarz w dłoniach, po czym przeczesał palcami włosy i przetarł twarz. Pochylił się nad nią i pocałował w czoło. Potrzebował prysznica i spokoju, by pozbierać myśli. Jeszcze miesiąc z nią i jej fochami, a doprowadzi go do kurwicy.
* * *
Otworzyłam delikatnie powieki, po czym od razu je zamknęłam. Światło dzienne docierające do moich źrenic było zbyt intensywne. Spróbowałam ponownie, ale wolniej. Udało się. Zorientowałam się, że byłam w jego sypialni, a on spał obok. O nie, co tu się wczoraj wydarzyło? Delikatnie podniosłam się na jednej ręce, a drugą chwyciłam za głowę, która trochę pulsowała. Miałam plaster z prawej strony. Przymknęłam oczy i wzięłam dwa głębokie wdechy. Wstałam z łóżka, ale zakręciło mi się w głowie. Usiadłam z powrotem i próbowałam przypomnieć sobie, co się stało. Oby się nie obudził. Nie mam zamiaru z nim gadać ani teraz, ani później. Przetarłam twarz i poszłam do łazienki. Prysznic dobrze mi zrobi.
Jego łazienka była o wiele ładniejsza i przytulniejsza. Podeszłam do lustra i odkleiłam plaster. Rana była niewielka, zasiniona i mocno bolała.
- Cholera - podsumowałam widok.
Cieplutka woda natychmiast rozluźniła spięte ciało. Starałam się nie moczyć głowy. Gdy skończyłam, wzięłam świeży bialutki ręcznik z półki obok. Owinęłam się nim i z powrotem stanęłam przed lustrem. Oparłam się o umywalkę i zamknęłam oczy.
- Przypomnij sobie - wyszeptałam, siląc się na jakieś wspomnienia. Nagle wrócił obraz, który pojawił się przed oczami jak błyskawica, aż przeszły mnie ciarki. Uderzył mnie... Ten furiat znowu to zrobił. Wtedy drzwi do łazienki się otworzyły i stanął w nich Heath. Cholera, zapomniałam, że jestem w jego łazience - skarciłam się w myślach. I jak mam mu znowu spojrzeć w twarz po tym, co mi robi?
- Powinnaś poleżeć, przynajmniej dziś. - Założył ręce na piersi i przyglądał mi się.
Niech już skończy z tą udawaną troską.
- Bolała mnie głowa - mruknęłam. - Prysznic dobrze mi zrobił... Już stąd znikam. - Zaczęłam zbierać swoje ciuchy.
- Wracaj do łóżka - oznajmił zdecydowanym tonem i otworzył szerzej drzwi.
Oparł ręce o pas i czekał, aż wykonam polecenie, a ja go zignorowałam i poszłam do siebie, w ogóle na niego nie patrząc. Zaśmiał się z irytacją, że zlekceważyłam jego rozkaz.
W salonie było zimno, więc szybko się ubrałam w swojej łazience i udałam na kanapę. Czekał na mnie z papierosem między palcami. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Minęłam stolik i usiadłam na drugim końcu kanapy, oby jak najdalej od niego. Przyglądałam się zszytej dłoni. Nadal miałam szwy.
- Trzeba je ściągnąć - odezwał się, a ja udawałam, że nie słyszę i oparłam prawą rękę na oparciu, a na niej bolącą głowę. Tylko się uśmiechnął i wypuścił dym. - Jak chcesz...
Siedzieliśmy tak dłuższy czas, nie odzywając się. Kątem oka widziałam, że patrzy na mnie. Wkurwił mnie, nie odpuszczę. Biciem nic nie zdziała. Ale to nie był koniec atrakcji na dzisiaj.
- Koniec tych fochów.
Zgasił papierosa i wstał. Szarpnął mnie za przedramię, zmuszając tym do wstania.
- Co ty wyprawiasz? - wyjęczałam, bo nie było to przyjemne. Usiłował zaciągnąć mnie do sypialni. - Puszczaj mnie, to boli! - krzyknęłam.
Zaparłam się nogami i próbowałam wyrwać rękę z uścisku, lecz trzymał zbyt mocno. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie. Niespodziewanie przełożył mnie przez ramię, wniósł do sypialni i rzucił na łóżko, po czym się na mnie położył. Założył mi ręce za głowę, mocno dociskając nadgarstki jedną dłonią.
- Jesteś potworem - powiedziałam, próbując się uwolnić od jego uścisku, który coraz bardziej się nasilał. Panikowałam, nie miałam jak się bronić, a wiem, do czego zmierza ta sytuacja.
- Czyżby? - zapytał, kciukiem przejeżdżając po mojej dolnej wardze.
Oddychałam niespokojnie i intensywnie. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, strach ustąpił miejsca pożądaniu. Złagodził uścisk, a drugą dłonią przejechał po moim obojczyku i ramieniu. Ciepło bijące od jego dłoni wywoływało u mnie gęsią skórkę. Cały czas nie odwracał wzroku od moich oczu. Dłoń z ramienia przeniósł na szyję. Chwycił mnie za nią delikatnie i muskał kciukiem. Przełknęłam głośno ślinę. Nie mogę się tak łatwo poddać. Serce łomotało, dostało palpitacji, a żołądek skręcał się z emocji. Nienawidziłam go, a tak bardzo pragnęłam w tej chwili.
- Podoba ci się?
Naprawdę? Miałam ochotę parsknąć śmiechem. Otrząsnęłam się z amoku i odepchnęłam jego dłonie. Cofnęłam się na łóżku i popatrzyłam na niego z pogardą.
- Nie.
Oplotłam się ramionami. Z jego oczu biło pożądanie, ale nie mogłam się zapomnieć.
- Twoje ciało mówi co innego.
Na ułamek sekundy zerknął na moje piersi. Sterczały mi cholerne sutki, które odznaczały się przez sportowy stanik i cienki top.
- Daj mi święty spokój - zażądałam, próbując się zasłonić, na co on się zaśmiał.
- Nie rozkazuj mi. - Wstał i poprawił koszulę. - I uspokój się. Mój dom, moje zasady - mówił to wyważonym tonem, co jeszcze bardziej mnie wkurzało.
- Jak mam się uspokoić? Słyszysz, co mówisz? Porwałeś mnie i chcesz zrobić ze mnie sekszabawkę? - rzuciłam podniesionym głosem.
- Nie sekszabawkę, a swoją kobietę. Słuchaj się, to obojgu nam będzie lepiej. - Odwrócił się ode mnie i wyszedł, tak po prostu.
Ciężko oddychałam, a krew w moich żyłach wrzała. Co on sobie wyobraża? Wstałam i chodziłam podenerwowana po sypialni. Jak ja go nienawidzę! Stanęłam przy oknie i oparłam dłonie o parapet. Zraniona dłoń mocno pulsowała, mimo że minął już przeszło tydzień od wypadku. Wpatrując się w gwiazdy, starałam się złagodzić oddech. Przymknęłam oczy. Po chwili poczułam ciepłe i męskie dłonie na moich ramionach. Zaczęły delikatnie masować napięte mięśnie.
- Uspokoiłaś się? - jego niski spokojny ton rozbrzmiewał mi w uchu.
- Nie - wymamrotałam pod nosem, próbując strzepnąć jego dłonie. Z drugiej strony masaż był przyjemny, tego potrzebowałam.
Chwilę później silne dłonie powoli mnie odwróciły, ciągle obejmując w talii. Jak to możliwe, że raz mięknę, jak na mnie patrzy, pragnę go, gdy jest obok, a innym razem mam ochotę go zabić, nie zważając na konsekwencje.
- Kochaj się ze mną - wyszeptał mi do ucha.
Poczułam jego ciepły oddech na szyi, aż przeszły mnie ciarki. Będzie mi ciężko udawać, że mi się nie podoba. Wpatruję się głęboko w jego oczy, delikatnie kładąc dłonie na torsie, choć wcale tego nie chcę. Jego serce wali jak dzwon.
- Pragnę cię - mówiąc to, zdjął mi bluzę.
Położył rękę na mojej szyi, a drugą w talii. Jego spierzchnięte usta całują moje wyeksponowane ramię, podczas gdy ja odchylam się z oczami zamkniętymi z przyjemnej rozkoszy. Przenosi pocałunek na moje usta. Całujemy się namiętnie.
Boże... zaraz oszaleję z podniecenia. Czy naprawdę aż tak bardzo mnie kręci? Jego dłoń zjeżdża nagle w dół i wślizguje się pod moje udo, podnosząc moją nogę wyżej i przyciskając kolano do jego boku. Czuję, że jest twardy. Jednak to posuwa się już za daleko. Nie wiem, czy tego chcę, czy jestem gotowa, aby oddać mu siebie całą, mimo tego wszystkiego, co wydarzyło się między nami. To porywacz! Brutal! - krzyczę na siebie w myślach.
Heath znów zaczyna mnie całować. Jego dłonie wślizgują się tym razem pod moje oba uda i przenosi mnie na łóżko.
- Poczekaj... ja nie wiem...
Przymyka mi usta pocałunkiem. Ściąga koszulę przez głowę. Następnie efektownie zdejmuje swój pasek i spodnie. Nie spuszcza ze mnie wzroku. Jego ciało jest tak bosko umięśnione i napięte. Pochyla się nade mną i ponownie zaczyna całować. Przenosi usta na szyję, a jego ręce eksplorują moje ciało. Gładzę go po plecach, drugą dłonią dotykam głowy.
- Heath...
Ale on nie słucha i ściąga mi koszulkę, nie bacząc na moje wzbraniania. Zręcznie radzi sobie z moimi rękami i w mgnieniu oka mam na sobie tylko stanik. Jest jak w transie.
- Cii...
Dotyka mojego policzka i daje buziaka. Jednym pociągnięciem ściąga ze mnie spodnie i z powrotem kładzie się na mnie. Czuję się coraz bardziej niekomfortowo.
- Heath, ja nie chcę.
Patrzy mi prosto w oczy, oddychając przez usta. Całuje mnie delikatnie w policzek, a potem w dolną wargę. W międzyczasie ściągnął mi stanik. Przeniósł usta na piersi, pieszcząc moje nabrzmiałe sutki. Gładzę ręką jego ramię, drugą łapię za kark. Zamykam oczy z podniecenia, a jednocześnie chcę, aby przestał. Oddycham coraz gwałtowniej, gdy ściąga mi majtki. Leżę już całkiem naga. Gdy rozchyla moje nogi, nie wytrzymuję.
- Wystarczy - szepczę, z trudem powstrzymując płacz, ale on powoli przesuwa się do mnie, gładząc moje nogi coraz wyżej i wyżej, brzuch, piersi, aż jesteśmy twarzą w twarz.
- Za późno, kochanie - powiedział cichutko do ucha i przygryzł je.
Zsunął bokserki, po czym spojrzał mi głęboko w oczy i wszedł we mnie jednym zdecydowanym ruchem. Z oczu lecą mi łzy.
Zaciskam powieki i staram się zachować neutralny wyraz twarzy mimo burzy trwającej w mojej głowie. Na początku jego ruchy są łagodne i wolne, obsypuje mnie pocałunkami. Delikatnie pieści dłonią moje ciało, jest czuły i ostrożny. Tulę jego muskularne ciało, obejmuję go, aby być jeszcze bliżej, a tak naprawdę chcę ukryć swój smutek i to, jak podle się czuję.
Dłoń Heatha znów pociera moje udo, a jego usta stykają się z moimi. Drugą dłonią delikatnie wodzi po mojej lewej piersi. Co jakiś czas unikam pocałunków i spycham jego ręce, ale on nie przestaje, aż zaczynam cichutko jęczeć z frustracji. Chcę przestać, ale nie potrafię. Zakłada mi ręce za głowę i wplata swoje palce między moje. Jego ruchy stają się szybsze i mocniejsze. Patrzy na mnie z pożądaniem, a z każdym pchnięciem jego twarz zalewa nowa fala ekstazy. Oddycha coraz głośniej. Przytyka swoje czoło do mojego. Jest lekko wilgotne. Mocniej ściska moje dłonie, aż czuję ból w zszytej ranie. Ostatnie pchnięcia są gwałtowne, a on pojękuje z podniecenia. Zaraz potem dochodzi we mnie.
Oddycha przez otwarte usta. Powoli puszcza moje dłonie, jedną się podpiera, a drugą głaszcze mnie po policzku. Daje mi długiego buziaka i schodzi ze mnie. Odwracam twarz, nie chcę na niego patrzeć.
Poszedł do łazienki wziąć prysznic. Korzystając z jego nieobecności, pozbierałam ciuchy i zaczęłam się ubierać. Otarłam łzy. Jestem głupia! Dałam się ponieść emocjom. Mam ochotę krzyczeć, a wyrzuty sumienia duszą mi klatkę. Nie będę wyć w niebogłosy, bo już za późno. Wykorzystał moją naiwność, chwilę słabości, a ja, głupia, zbyt niemrawo protestowałam. Gdy wrócił, był zaskoczony, że chcę opuścić sypialnię. Chwycił mnie za dłoń.
- Nie musisz... - zaczął. - Zostań tu ze mną. - Wbijał we mnie wzrok, a ja błądziłam spojrzeniem po podłodze. - Oboje tego chcieliśmy... - Chyba zwariował, jeśli tak uważa.
- Nie! Ty tego chciałeś, ja prosiłam, byś przestał - przerwałam mu ze łzami w oczach. Chciałam zabrać rękę, ale szarpnął mocniej, przyciągając mnie do siebie.
- Wiecznie coś ci nie pasuje - warknął zdenerwowany. Zerknął na moje łzy i puścił rękę. Wyraz jego twarzy złagodniał. - Nie tylko ty cierpisz, ja też! - wypalił i westchnął. - Ale warto.
Co niby warto? Dać się upodlić czy pozwalać gwałcić? Usiadłam na leżance. Odłożyłam spodnie i bluzę na bok. Dałam upust emocjom i zaczęłam płakać. Nie tylko utknęłam w relacji bez miłości, ale też... resztka mojej wolności została mi właśnie odebrana.
Usiadł obok i zaczął mówić.
- Zrozum. Nie chcę dla ciebie źle, ale ty tego nie ułatwiasz.
Nagle wstał i wyjął z kieszeni spodni papierosy, wziął jednego i zapalił. Oparł się o ścianę naprzeciw mnie.
- Dlaczego tu jestem? - spytałam przez łzy, ale nie odpowiadał. - Zaplanowałeś to? - Wtedy Heath spiorunował mnie wzrokiem.
- Zamknij się - rzucił od niechcenia i podszedł do okna. - To był czysty przypadek, że byłaś w tym aucie. - Obrócił się do mnie i mówił dalej: - A dla mnie łut szczęścia.
14
Nie wiem, co w nim jest, ale nie potrafię trzymać się od niego z daleka. Wczoraj zostałam u niego na noc. Nie rozmawialiśmy więcej, gdy uznał mnie za swoje trofeum, za swój łut szczęścia. Położyłam się do łóżka, a on zaraz po mnie, gdy skończył palić. Nie mogłam zasnąć. W głowie non stop słyszałam jego słowa: "A dla mnie łut szczęścia". Co to znaczy?
Zbudziłam się wcześnie rano, ale jego nie było już w łóżku. Poczułam tępy ból brzucha. Wróciłam myślami do wczorajszego wieczoru. Próbowałam jakoś się usprawiedliwić. Heath dosłownie mnie osaczył, nie miałam wyboru i musiałam się na niego otworzyć, tyle że teraz będzie chciał więcej i więcej. Z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
- Wstaniesz na śniadanie? - zapytał.
Kiwnęłam twierdząco głową i wrócił do kuchni. Szybko się ubrałam i dołączyłam do niego.
Ból brzucha nie ustępował. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, jaka może być przyczyna. Szybko udałam się do łazienki, moje domysły się potwierdziły. Dostałam okres... Z jednej strony kamień spadł mi z serca, że nie zaszłam z nim w ciążę, bo nie zabezpieczył się ani podczas gwałtu, ani wczoraj, a z drugiej strony to najgorsze miejsce na świecie, by męczyć się jeszcze z okresem.
Przeszukuję szafki, ale nigdzie nie ma podpasek.
- Kurwa... - szepczę.
Co teraz? Mam iść do niego i prosić o alwaysy? Co za upokorzenie. Nie mam innego wyjścia...
Wzięłam kilka głębokich oddechów i lekko uchyliłam drzwi. Palił fajkę na fotelu. Stanęłam w drzwiach i patrzyłam na niego niepewnie. Od razu zauważył, że coś jest nie tak.
- Co jest? - Lustrował mnie wzrokiem zza wydmuchanego dymu.
- Bo... potrzebuję podpasek. - Boże, co za upokorzenie. Czułam, że oblewa mnie rumieniec wstydu.
- Później jadę po coś do jedzenia, to ci kupię - odpowiedział spokojnie.
- Potrzebuję ich teraz - szybko odpowiedziałam z naciskiem na "teraz" i skrzyżowałam ręce na piersi.
Ponownie wbił we mnie spojrzenie, po czym zgasił papierosa.
- Kurwa - mruknął i skierował się do wyjścia.
Wrócił po około trzydziestu minutach.
- Łap. - Rzucił mi paczkę.
Od razu pobiegłam do łazienki. Jaka ulga. Tylko ten ból brzucha... Tak źle, tak niedobrze. Jak pech to pech. Wróciłam na kanapę i skuliłam się z bólu.
* * *
Zerkał na nią co jakiś czas i widział, że nie czuje się zbyt dobrze. Nie lubi, gdy cierpi. Nachylił się i oparł łokciami.
- Chcesz coś przeciwbólowego? - spytał troskliwie, po czym zaciągnął się dymem.
- Nie trzeba... - odpowiedziała, obejmując rękami brzuch. Nawet teraz musi być taka uparta. Zaśmiał się na tę myśl. - Bawi cię to? - spytała oburzona.
- Nie. Ale nawet w takiej sytuacji musisz być tak uparta. - Nie odpowiedziała. Westchnął i wstał, kręcąc głową. Przyniósł jej tabletki i szklankę wody. Połknęła, nie czekając ani sekundy. - Grzeczna dziewczynka - pochwalił ją, a ona rzuciła mu gniewne spojrzenie.
* * *
Jakiś czas później ból ustąpił. Dotknęłam zranionej dłoni. Nadal niezdjęte szwy strasznie ciągnęły skórę i swędziały. Najwyższa pora się ich pozbyć. Wykorzystując to, że nadal siedział w pokoju i był nader łaskawy, postanowiłam podejść.
- Ściągnij je - oznajmiłam, pokazując mu dłoń. Nie zwlekając, wyciągnął z kieszeni rozkładany nóż z ostrym końcem. - Scyzorykiem? Żartujesz sobie, prawda? - Cofnęłam dłoń, ale złapał ją i z powrotem zbliżył do siebie. W ustach trzymał zapalonego papierosa.
- To nóż - sprostował i w mgnieniu oka rozciął szwy jeden po drugim, złożył nóż i wyciągnął je. Tyle hałasu o nic. W ogóle nie bolało.
- Dziękuję - powiedziałam, tuląc dłoń do piersi, a on schował ostrze do kieszeni.
- Nie ma za co - mruknął pod nosem.
Mam nadzieję, że nie będzie oczekiwać innej wdzięczności. Nie mam zamiaru odpłacać seksem za każdy miły gest.
15
Wilgotne powietrze skręca moje ciemne, długie włosy. Jest strasznie zimno, a ja mam na sobie jedynie dres i trampki. Nie wiem, gdzie jestem. Wokół tylko las i zaspy. Słyszę skrzypiący śnieg pod podeszwami. Oprócz tego panuje bezwzględna cisza. Robię parę kroków do przodu. Zęby zgrzytają mi z zimna i nagle słyszę strzał. Rozglądam się wokół, ale nikogo nie ma. Momentalnie przeszywa mnie palący i promieniujący ból w jamie brzusznej. Odchylam bluzę, a koszulka nasiąka gorącą krwią. Upadam na ziemię. Oddech staje się płytki, ale o dziwo czuję spokój. Zauważam przed sobą czyjeś buty. Uderzenie w głowę sprawia, że wybudzam się z krzykiem. Oblewa mnie pot. Łapczywie łapię oddech.
- To tylko sen. To tylko popieprzony sen - próbowałam się uspokoić. Minęły dwa miesiące od porwania, a przez ten czas miałam jeden sen, aż do dziś.
Pomoc nie nadchodziła. Próbowałam zdobyć więcej informacji od Heatha na temat jego życia, ale udzielał jedynie krótkich albo wymijających odpowiedzi. On wiedział o mnie wszystko, a ja o nim nic.
Umierałam tu, to wiadome. Nie dosłownie, ale dusiłam się. Odhaczałam dni w kalendarzu. Jak mogłam tu przeżyć aż tyle czasu? Dzisiaj znów uderzył mnie z byle powodu. Być może dla porządku dziennego, abym nie zapominała, gdzie moje miejsce.
* * *
Miał dziś wyjątkowo zły humor. Najmniejsza rzecz wytrącała go z równowagi. I jeszcze to przeczucie. Dostał cynk, że policja znalazła rozbite auto Oli. To zły znak. Chyba pora na plan B. Pił piwo jedno za drugim, a była zaledwie piąta po południu. To nie tak miało wyglądać. Miał inną wizję na przyszłość.
- Kurwa! - krzyknął i rzucił opróżnioną butelką w ścianę.
Przepełniała go złość, a jednocześnie niepokój, że mógłby ją stracić. Nie! Nie może jej stracić. Należy do niego. W jednej chwili zapragnął jej całym sobą. Była tuż obok w salonie. Tak blisko... Podniósł się z łóżka. Był porządnie podchmielony. Dawno nie był tak nawalony. Z trudnością mijał kawałki rozbitej butelki na podłodze.
Kiedy wszedł do pokoju, oglądała telewizję. Spojrzała na niego niepewnie, jakby wiedziała, po co przyszedł. I słusznie. Ma do niej słabość. Mógłby zrobić dla niej wszystko, gdyby dała mu szansę na dotarcie do siebie. Szansę na zaopiekowanie się nią. Gdy jest blisko i wszystko idzie dobrze, coś się psuje i musi zaczynać od nowa. To go wykańcza, wypala od środka. A ona mu tego nie ułatwia, robi krok w przód, a po chwili dwa w tył.
Usiadł przy niej, nie za blisko i nie za daleko. Chwilę wpatrywał się ślepo w telewizor, po czym objął ją ramieniem. Czuł, że jest spięta, a on tak bardzo jej pragnie. Tu i teraz. Nie chce robić jej krzywdy, ale wie, że po dobroci nie osiągnie zbyt wiele. Zdaje sobie również sprawę, że jest podpity. Alkohol zawsze wydobywał z niego to, co najgorsze. Jego oddech staje się szybszy, wzbiera w nim ochota. Teraz albo nigdy. Resztę pozostawia losowi.
* * *
Na odległość było czuć od niego alkohol. Tak długo, jak tu jestem, jeszcze nigdy nie widziałam go tak pijanego. Gdy usiadł obok i mnie objął, zesztywniałam. Od razu wiedziałam, czego chce. Boże... Tylko nie to. Siedziałam spięta i się nie odzywałam. Pożerał mnie stres na samą myśl, co za chwilę może nastąpić. Nerwowo skubałam paznokcie.
Postanowiłam, że ucieknę na chwilę do łazienki. Może znudzi mu się czekanie i wróci do siebie, ale w momencie, kiedy zdecydowałam się wstać, zagrodził mi drogę ręką, łapiąc poręcz kanapy. Przestraszona najpierw spojrzałam na jego rękę, a potem prosto w oczy. To było to samo spojrzenie co w sypialni. Przeniósł rękę na moje udo. Zbliżył swoją twarz do mojej, niechlujnie muskając ustami mój policzek. Z trudem przełykam ślinę.
- Wiem, że tego nie chcesz - wybełkotał, zaśmiewając się. - Nienawidzisz mnie. - Rękę z uda przeniósł na szyję, złapał mnie za żuchwę i obrócił do siebie. - Rozbierz się - szepnął, przesuwając kciukiem po moich wargach.
- Nie - wymamrotałam, kręcąc przecząco głową.
Wtedy usiłował mnie pocałować, puścił żuchwę i wsunął mi rękę pod bluzkę. Odpychałam go i prosiłam, aby przestał. Walnęłam go w usta, nie bardzo wiedząc, gdzie celowałam. Poskutkowało, ale konsekwencje były gorsze. Spoliczkował mnie. Jęknęłam zaskoczona. Gwałtownie wstałam, ale chwycił mnie za przegub. Spojrzałam na niego wściekła.
Wyszarpnęłam rękę i uciekłam do łazienki. Oparłam się o ścianę i oddychałam przez usta, nie potrafiąc się uspokoić. Z pokoju docierały do mnie dźwięki jego frustracji. Chyba kopnął stolik, a po chwili trzasnął drzwiami, zamknął się w sypialni. Całe szczęście. Mam nadzieję, że nie wróci. Dziś mi się udało, ale jutro mogę nie mieć takiego szczęścia.
Gdy zamykam za sobą drzwi łazienki, załamuję się. Nie jestem pewna, skąd biorą się łzy, chyba po prostu ze stresu wywołanego całą tą sytuacją. Zrobię to dziś w nocy, ucieknę. To moja szansa. Jest pijany, więc nawet nie zauważy.
16
Zbudziłam się w nocy. Byłam cała roztrzęsiona. Co ja chcę, do cholery, zrobić? Podniosłam się. Zasnęłam w ciuchach, więc nie musiałam tracić czasu na ubiór. Pamiętam, że w szafie pod oknem była latarka. Biorę ją i skradam się do kuchni. Oby nóż był jeszcze w szufladzie. Otworzyłam powoli szufladę i oświeciłam jej wnętrze latarką. Nóż leżał na samym końcu. Nie wysilił się - pomyślałam. Wzięłam go delikatnie, aby nie narobić hałasu. Podeszłam cichutko do drzwi porywacza. Mam nadzieję, że głęboko śpi. Powstrzymuję się przez dłuższy czas, szykując psychicznie na to, co zamierzam zrobić. Nie mogę tu dłużej zostać.
Odłożyłam latarkę. Nacisnęłam klamkę, starając się bezszelestnie otworzyć drzwi. Blask księżyca oświetlał sypialnię. Gdzieniegdzie leżały potłuczone szkło i dziesiątki butelek po piwie. Spojrzałam na niego. Spał na plecach rozłożony na łóżku. Bydlak... Uniosłam rękę z nożem, skradając się na palcach.
Adrenalina krąży mi w żyłach. Czuję, że rzeczywistość zaczyna mnie przytłaczać. Głęboko oddycham. Serce wyrywa się z piersi. Czy dam radę go zabić, czy jestem do tego zdolna?
Przekładam nogę nad nim i opieram się na łóżku. Moje ruchy są wolne i ostrożne. Modlę się w duchu, aby go nie obudzić. Poprawiam uścisk na nożu. Głęboki wdech i wydech. Biorę zamach i...
- Co ty robisz? - wymamrotał i lekko uniósł powieki.
Kurwa!!! To niemożliwe. Byłam taka ostrożna. Jakim cudem się obudził? Zamarłam i spanikowałam albo wszystko naraz. Co teraz?
Zauważył, że trzymam nóż. Chciał się podnieść, ale go zaatakowałam. Chwycił mnie za nadgarstek, powstrzymując ostrze parę centymetrów od siebie. Nie wiem, skąd znalazłam siłę, aby dociskać nóż do jego ciała. Złapał mnie drugą dłonią i chciał wykręcić rękę, ale byłam szybsza. Chwyciłam nóż obiema dłońmi i naparłam całym ciałem. Dotknął jego policzka i lekko rozciął mu skórę. Wściekł się i w przypływie złości odepchnął mnie tak, że rękojeść noża uderzyła mnie w twarz, rozcinając wargę. Spadłam na podłogę i upuściłam ostrze. Całe szczęście w tym miejscu nie było szkieł, ale upadek i tak był dosyć bolesny.
Fakt, że był pijany, dawał mi przewagę, bo z trudem podniósł się z łóżka. Zauważyłam obok siebie butelkę po whisky. Chwyciłam ją bez zastanowienia. Szybko domyślił się, co chcę zrobić.
- Oszalałaś...
Nie zdążył zareagować. Z całej siły walnęłam go w głowę. Upadł na podłogę. W miejscu uderzenia powolutku zaczęła sączyć się krew. Matko... czy ja go zabiłam? Zamiast uciekać, stałam nad nim i nie wiedziałam, co dalej. Upuściłam butelkę obok niego.
- Klucze - szepnęłam i pochyliłam się nad nim, aby sprawdzić, czy ma je przy sobie. Były w lewej kieszeni. - Przepraszam, Heath - rzuciłam na odchodne i pobiegłam do drzwi frontowych.
Trzęsły mi się ręce i nie mogłam trafić kluczem w zamek. Dopiero po drugiej próbie się udało. Wybiegłam na zewnątrz.
Deszcz leje strugami. W parę chwil ubranie jest całe przemoknięte. Przepełniała mnie adrenalina, więc nie czuję zimna. Wbiegam do lasu i przechodzę pomiędzy drzewami. Śnieg topnieje, dzięki czemu nie spowolni mnie jak za pierwszym razem, a deszcz rozmyje moje ślady. Gdzie uciekać? Wszędzie las. W normalnym życiu nigdy nie weszłabym nocą do lasu.
Wciąż idę przed siebie. Jest ciemno i strasznie. Jedna z gałęzi podrapała mnie w policzek. Nie da się biec pomiędzy nimi. Osłaniam się rękami, by uniknąć innych zadrapań. Gdzieś z tyłu usłyszałam hałas. Jęknęłam ze strachu. Przyspieszyłam kroku i doszłam do małej polanki. Na szczęście przestało padać. Jeśli mnie wzrok nie myli, to za polanką jest wąski pas drzew, a za nimi szosa. Jest małe światełko w tunelu, że uwolnię się od tego furiata.
Nagle usłyszałam krzyk, swoje imię. Obróciłam się i zamarłam. To był on. Odzyskał przytomność i wyruszył na łowy, by schwytać swoją ofiarę... schwytać mnie. Czy on jest nieśmiertelny?
* * *
Ocknął się z ogromnym bólem głowy. Wstał z trudem, był jeszcze trochę podchmielony. Ta mała suka ośmieliła się go zaatakować. Usiadł na łóżku, aby dojść do siebie. Dotknął głowy i spojrzał na palce. Były całe we krwi. Uderzyła go butelką, spryciara. Zauważył, że pod szafą leży nóż. Że też go nie ukrył... To wszystko przez nią, traci przy niej czujność. Nie ma czasu do stracenia, musi ją złapać. Na pewno nie uciekła daleko. Ma nad nią przewagę, bo zna teren.
Przeszedł do kuchni i sięgnął po pojemnik z bronią. Schował ją za pas spodni, założył buty i zdeterminowany ruszył przed siebie.
- Ola! - krzyknął z całych sił.
Zaśmiał się, a z oczu kipiała mu złość. Jak ją dorwie, to nie wie, co jej zrobi. Po co właściwie wziął broń? Przecież nie chce jej zabić. Nóż w kieszeni powinien wystarczyć, ale przezorny zawsze ubezpieczony.
Zauważa ślady butów, zapewne jej, bo przecież nikt inny się tu nie kręci. Na jego niekorzyść znikają przez topniejący śnieg. Musi się pospieszyć, lecz boląca głowa nie pomaga.
- Cholerny deszcz - mruknął i wbiegł między drzewa.
Wie, że jest przerażona i nie myśli trzeźwo. Uciekła, kiedy padało, więc jest przemoczona i zmarznięta. Nie może być daleko, tym bardziej że nie zna okolicy. Musi ją dorwać, zanim znajdzie szosę. Goni go czas, musi zdążyć, nim zacznie świtać.
Doszedł na polanę. Wytężył wzrok, ale nigdzie jej nie widzi. Czyżby się mylił i zdołała mu zwiać? Niemożliwe. Zrobił parę kroków i nagle coś zauważył. Metr przed nim wystawał ośnieżony, ledwo widoczny pień. Wokoło jest pełno śladów i... krew. Podbiegł prędko i kucnął przy drzewie. Musiała go nie zauważyć i upaść. Gdzieniegdzie widnieją odstające ostre drzazgi, a na jednej z nich krew. Niewiele, ale tu była. Jest ranna, więc musi być niedaleko. Teraz tym bardziej wie, że ją dorwie.
Minął polanę i wszedł między drzewa. Usłyszał dźwięk pękającej gałęzi. Jest tu... Kryje się przed nim jak sarenka przed myśliwym.
- Wiem, że tu jesteś - powiedział spokojnie i się uśmiechnął.
* * *
Wbiegłam na polanę. Nagle zahaczyłam o coś nogą. Przewróciłam się i zraniłam w nogę. Zatkałam dłonią usta, aby nie krzyknąć. Rozpłakałam się. Podwinęłam nogawkę, noga w okolicach łydki była mocno zadrapana, a może rozcięta, i krwawiła. Z ziemi wystawał mały pień z ostrymi brzegami. Na pewno to zauważy, ale nie mam czasu, by zacierać ślady.
Wstaję i z bólem nogi biegnę w stronę pasa drzew. Jakimś cudem trzęsące się nogi niosą mnie do przodu. Znów zaczyna padać. Zimne krople deszczu spływają mi po twarzy i szyi, ale biegnę dalej. Chowam się za drzewem, ocieram krople deszczu z twarzy i staję osłupiała. Ostatnie moje trzy ślady są zabarwione krwią.
- Tylko nie to - szepczę zapłakana.
Oby deszcz zdążył to zmyć, zanim tu dojdzie. Ale po chwili nie to było moim zmartwieniem. Zobaczyłam go. Wszedł na polanę. Bicie serca było nie do wytrzymania. Zakryłam usta. Nie potrafiłam powstrzymać płaczu i było mi tak strasznie zimno. Zmęczenie dawało się we znaki.
Obracam się ostrożnie, aby sprawdzić, gdzie idzie, ale już go tam nie ma. Zastanawiam się, gdzie zniknął. Ogarnia mnie niepokój. Jeszcze sekundy temu był kilkanaście metrów za mną. W ataku paniki rzucam się do ucieczki, i to jest błąd.
Nadepnęłam na gałąź. Hałas rozniósł się między drzewami. Stanęłam jak wryta za drzewem. Rozglądając się nerwowo, zaczęłam oddychać coraz głośniej. Wtedy usłyszałam jego głos. Był tak blisko. Ten cholerny psychol nie daje za wygraną.
Zdałam sobie sprawę, że nie ucieknę. Starałam się uspokoić, ale łzy spływały po policzkach, a on zaraz mnie schwyta. Miałam wrażenie, że zapanowała grobowa cisza. Wszystko ucichło. Pozostały mój oddech i bicie serca. Kiedy zorientowałam się, że stoi tuż za mną, było za późno. Usłyszałam dźwięk odbezpieczanej broni i po chwili przystawił mi pistolet do głowy. Zamknęłam oczy. To koniec.
- Niespodzianka - wycedził przez zęby. - Powoli się obróć. - Zrobiłam posłusznie, co kazał, nie ma sensu się opierać. Miał zakrwawioną głowę i kołnierzyk koszuli po uderzeniu butelką. Obszedł mnie naokoło, a ja stałam przerażona i czekałam na jego ruch. - Idź! - rozkazał.
Ruszyłam, lekko utykając na zranioną nogę. Wyprowadził mnie na polanę. Deszcz nie przestawał padać, a mi było coraz zimniej. Objęłam się rękami, łudząc się, że to mnie ogrzeje. Mam dość, poddaję się.
Stanął naprzeciw, nadal do mnie celując.
- Trzeba przyznać, masz odwagę, ale koniec z tym.
Zrobił krok w przód. Wbijał we mnie wzrok, ale nie widziałam w nim szaleństwa, lecz rozczarowanie.
- Zabij mnie i zakończ to wreszcie. Na co czekasz? - wykrzyczałam ze łzami w oczach. Zaczął się śmiać.
- Nie mam zamiaru cię zabijać, wręcz przeciwnie. Teraz dopiero poznasz gorzki smak bycia porwaną. - W sekundę wyraz jego twarzy zmienił się z rozczarowanej na wściekłą. - Odechce ci się ucieczek i nieposłuszeństwa. - Spuścił broń i zaczął krążyć dookoła mnie. Zaszedł mnie od tyłu, lufą pistoletu odgarnął mokre włosy z mojego prawego ramienia. Czułam ciepły oddech na szyi, aż dostałam gęsiej skórki.
- Teraz będziesz spełniać wszystkie moje zachcianki.
Znowu łzy, z trudem przełykam ślinę i coraz bardziej trzęsie mnie z zimna. Nie odzywam się, zresztą nie wiem, co miałabym powiedzieć.
Nieoczekiwanie wpadłam na pewien pomysł. Powoli opuściłam ręce, podczas gdy on przytknął swoją twarz do mojej głowy i gładził mnie po włosach. Niczego się nie spodziewając, uderzyłam go z łokcia w brzuch. Jęknął i zgiął się wpół. Rzuciłam się do ucieczki, ale był szybszy, chwycił mnie za włosy i przyciągnął z powrotem do siebie. Pisnęłam z bólu i rezygnacji.
- Myślisz, że jesteś taka cwana? - warknął mi do ucha.
Czułam zimną lufę pod żuchwą. Płacz i przerażenie ustąpiły miejsca złości. Czy on myśli, że trafił na pustą i tępą laskę? Nagle przypomniałam sobie, że miał w kieszeni składany nóż. Tylko jak go zdobyć? Podczas gdy on wsadzał mi rękę pod bluzkę i macał, postanowiłam wykorzystać jego nieuwagę i wybadałam palcami, czy ma nóż w tylnej kieszeni. Był tam. Delikatnie złapałam rękojeść i ostrożnie wysunęłam. Teraz wystarczy go rozłożyć.
- Proszę... nie rób mi krzywdy - błagałam udawanym płaczem, aby zagłuszyć dźwięk wysuwanego ostrza. Udało się.
Teraz albo nigdy. Nie czekając ani chwili, wbiłam mu nóż w udo. Krzyknął z bólu, upadając na kolano zranionej nogi, jednocześnie puszczając mnie. Od razu zaczęłam biec przed siebie.
- Ty mała suko! - wrzasnął i uniósł rękę z bronią. Wycelował we mnie i strzelił bez zastanowienia.
Zatrzymałam się i zachwiałam. Odchyliłam lewą stronę bluzy i zobaczyłam, jak bluzka nasiąka krwią. Ból był tępy i nieznośny. Palił mnie od środka, wściekle pulsował. Zacisnęłam powieki z bólu i osunęłam się na kolana. Przypomniał mi się mój ostatni sen, w którym zostałam postrzelona, a teraz stał się on rzeczywistością. Więc to tak miało się skończyć? Postrzelona przez psychopatę w środku lasu. Czy taki był mój scenariusz? Łapczywie oddychałam i pojękiwałam z bólu.
Podszedł do mnie i przykucnął. Teraz zamiast broni w dłoni trzymał zakrwawiony nóż. Jego noga krwawiła dosyć mocno. Złapałam się za brzuch, czułam, jak rana pulsuje. Strach minął. W jednej chwili wszystko stało się obojętne. Uśmiechnęłam się z grymasem bólu na twarzy.
- Co cię tak śmieszy? - spytał, przesuwając ostrzem noża po moim policzku i zostawiając szlaczek zabarwiony krwią.
- Jesteś żałosnym dupkiem. Mogłeś mnie mieć... - przerwałam, bo rana postrzałowa zaczęła kłuć.
- Dosyć - mruknął i zamachnął się, uderzając mnie rękojeścią noża w głowę. Potem była już tylko ciemność.
* * *
Gdy straciła przytomność, nie było ani chwili do stracenia. Powinien ucisnąć czymś ranę na udzie, ale miał zbyt mało czasu. Podniósł ją i przełożył przez ramię. Musiał szybko wrócić do chaty i opatrzyć im rany. Utykał, a to nie ułatwiało sprawy. Był w stanie znieść wiele bólu, ale gdyby ją stracił... Nie. Odsuwał od siebie te myśli. Utrzymać ją przy życiu - to teraz jego jedyny priorytet.
Kiedy dociera do chaty, zanosi ją do sypialni. Zrzuca pościel na podłogę, a prześcieradło natychmiast zabarwia się krwią. Podkłada pod nią kilka ciemnych ręczników, prześcieradło wrzuca do śmieci. Przynosi apteczkę i kładzie ją na łóżku. Ściąga z Oli mokre ciuchy i zabiera się za opatrzenie ran.
Najpierw zatamował krwawienie po postrzale, a potem zajął się nogą. Oczyścił ranę i założył opatrunek. Wstrzyknął jej morfinę i ponownie wrócił do rany na brzuchu. Pocisk przeszedł na wylot, więc jeden problem z głowy. Dokończył opatrywanie, założył jej jałowy opatrunek i okrył kocem.
Rozebrał się i poszedł do kuchni. Oczyścił ranę, ale nie mógł do końca zatamować krwawienia. To przez ten cholerny stres. I za dużo pije... Rozkminia, co zrobić. Musi przecież jakoś zamknąć ranę. Zapalił papierosa, to dla niego odstresowujące, i wpadł mu do głowy pewien pomysł. Jeżeli przypali ranę, to się zasklepi i przestanie krwawić. Wyjął nóż, otoczył rękojeść ręcznikiem i rozgrzał go palnikiem. Oparł stopę o krzesło, aby mieć lepszy dostęp do rany. Wziął kilka oddechów przez otwarte usta na odwagę. Przypalił ranę rozgrzanym ostrzem. Krzyknął przeraźliwie z bólu. Zacisnął zęby i zaczął gwałtownie oddychać, by poskromić uczucie bólu. Kropelki potu oblały jego twarz. Odsunął nóż. Na szczęście rana przestała krwawić. Nareszcie.
Ogarnął cały syf po bitwie i wziął szybki prysznic, aby zmyć krew z głowy. Nieźle go urządziła. Takiej wojny się nie spodziewał. Włożył nowe ubrania i zapalił kolejnego papierosa. Oparł się o ścianę i obserwował ją. Tyle ognia w takiej drobnej kobiecie. Musi przeżyć, inaczej to wszystko straci sens. Podjął też decyzję. Muszą stąd zniknąć, ktoś mógł usłyszeć strzał. Policja zacznie znów węszyć, skoro znaleźli auto. Ich już wtedy tu nie będzie. Niczego tu nie będzie.
Spakował najważniejsze rzeczy i te, które mogłyby świadczyć o jej obecności. Schował torbę do bagażnika. Przemoczone ubrania i prześcieradło zebrał do czarnego worka. Odpalił auto, aby się nagrzało. Wyjechał z garażu na bezpieczną odległość i wrócił do sypialni. Starał się być szybki. Ubrał ją ciepło i przeniósł ostrożnie do samochodu, po czym położył na tylnym siedzeniu. Wziął sznurek z półki i związał jej ręce, tak w razie czego. Gdy odzyska świadomość, na pewno nie będzie zadowolona, że z nim jest. To jej uniemożliwi głupie pomysły. Okrył ją kocem i zamknął drzwi. Pora zabrać się za robotę. Już czas.
Wyjął z garażu kanister z benzyną i wszedł do chaty. Oblał każde pomieszczenie, każdy przedmiot i kąt, aby mieć pewność, że wszystko spłonie. Na koniec wyszedł na zewnątrz i oblał całą chatę naokoło. Schował pusty kanister do bagażnika. Wsadził dłoń do kieszeni i wyjął metalową zapalniczkę, z którą nigdy się nie rozstawał. Otworzył ogień. Przyglądał mu się chwilę, po czym wrzucił zapalniczkę do chaty. Momentalnie wzniósł się ogień. Odczekał chwilę, aż cała chata zapłonęła. Patrzył w płomienie, patrzył, jak jego azyl powoli znika. Strzelały iskry, unosiły się kłęby dymu.
Wsiadł do auta i bez oglądania się za siebie odjechał. Zanim ktoś zgłosi pożar, będą daleko stąd. Znowu sami. Tylko ona i on. Nieuchwytni.