Rozdział 1
Bożena
Setki razy wyobrażałam sobie scenę spotkania z córką, którą trzydzieści dziewięć lat temu oddałam do adopcji. Układałam w głowie słowa, przygotowywałam przemowę, zastanawiałam się, jak zareaguje, kiedy jej powiem prawdę, i szukałam słów, w które ubiorę uczucie skruchy i żalu za to, co zrobiłam w przeszłości. Jako uznana pisarka nie powinnam mieć z tym problemów. A jednak w momencie, gdy na spotkaniu autorskim, na które mnie zaprosiła do swojej Księgarni pod Flisakiem w Toruniu, stanęłam naprzeciwko niej i usłyszałam: "Wiem, kim pani jest", potrafiłam jedynie odpowiedzieć, że ja wiem również, kim jest ona. I zamilknąć.
Pokonały mnie wzruszenie, wstyd, tęsknota za straconym czasem i żal, że nie zdążę jej już bliżej poznać. Miałam cztery tygodnie do operacji nowotworu, który niszczył mój organizm od dwóch lat. Chociaż lekarze dawali mi szansę na przeżycie, wierzyłam im z trudem.
Ostatnie tygodnie sierpnia spędziłam przy komputerze, kończąc w pośpiechu pierwszą część dwutomowej powieści, tak by mogła ukazać się przed Gwiazdką. Kolejny tom wydawca zaplanował na maj przyszłego roku. Nie chciałam myśleć, kto go napisze, jeśli mnie zabraknie.
Nie to jednak spędzało mi sen z powiek w ciągu ostatnich kilku tygodni. Czekałam na wiadomości od Wolskiego, detektywa starającego się odnaleźć moją biologiczną córkę. A kiedy wreszcie pojawił się z tą informacją, uwierzyłam, że ktoś tam, na górze, ma nade mną pieczę.
Nie dość bowiem, że Dagmara, bo takie właśnie imię nosiła moja córka, żyła i miała się dobrze, to jeszcze prowadziła księgarnię, z której dostałam zaproszenie na spotkanie autorskie. A mówią, że szczęśliwe zbiegi okoliczności zdarzają się jedynie w książkach i filmach.
Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że wie, kogo zaprasza.
Kiedy po spotkaniu wszyscy poza nami wyszli, a my stanęłyśmy naprzeciwko siebie świadome sytuacji, nie byłam w stanie wykrztusić niczego poza krótką odpowiedzią.
Dostrzegłam w oczach Dagmary chłód, zaskoczenie i chyba niechęć. Cóż, to nie dziwiło. Moja matka może nie była zbyt wylewna w stosunku do mnie, ale przynajmniej nie oddała mnie obcym ludziom... A ja?
Chwila naszej wzrokowej konfrontacji trwała wieczność. Nie liczyłam, że ona rzuci mi się na szyję, nie miałam nawet śmiałości spodziewać się wspólnej kolacji, chociaż w głębi duszy błagałam o kilka minut rozmowy. Miałam nadzieję, że córka pozwoli mi spotkać się ze sobą jeszcze w tym krótkim czasie, który pozostał do operacji. Stałam nieruchomo, przyglądając się jej z bliska, podziwiając tę piękną młodą kobietę z zielonymi oczami i półdługimi, gęstymi ciemnoblond włosami opadającymi miękko na ramiona. Był czas, kiedy wyglądałam bardzo podobnie. Nie miałam żadnych wątpliwości, że detektyw Wolski odnalazł właściwą osobę.
Potok myśli, które przetaczały się przez moją głowę, przerwały słowa Dagmary.
- Może usiądziemy? - zaproponowała. - Podać pani szklankę wody?
Zgodziłam się ochoczo i łapczywie upiłam kilka łyków, łagodząc suchość w ustach.
- Przepraszam, nie wiem, co powiedzieć - zaczęłam, kiedy zajęłyśmy miejsca w fotelach przy niewielkim stoliku. - Szukałam pani od jakiegoś czasu i jak widać, udało się - brnęłam w oczywistości.
- Ja dowiedziałam się dopiero dzisiaj. Detektyw zadzwonił w trakcie spotkania.
- To znaczy, że...
- Zapraszając panią do księgarni, nie miałam jeszcze świadomości, hm, naszych rodzinnych powiązań - wyjaśniła oględnie.
W kąciku Księgarni pod Flisakiem siedziały zatem dwie panie o "powiązaniach rodzinnych". A tej sytuacji winna byłam ja i tylko ja, nie zaś ta cudowna istota, której nie mogło przejść przez gardło słowo "mama". Rozumiałam ją, chociaż otwarta po tylu latach rana sączyła.
Nie byłam matką dla Dagmary na własne życzenie. Nie udało mi się stać nią dla Mirki ani nawet Tani, moich adoptowanych córek, z którymi przeszliśmy z Arturem drogę przez mękę. Okupiliśmy ją rozstaniem po dwudziestu kilku latach małżeństwa. Z trzydziestojednoletnią Mirką straciłam kontakt wiele lat temu, o dwa lata młodsza Tania łaskawie pozwalała się hołubić i sobie pomagać. I tak dziękowałam losowi za jej ustatkowanie się u boku Pawła i niesprzeciwianie się moim kontaktom z jej synem, a moim dziesięcioletnim wnukiem Jasiem, jedynym człowiekiem, który kochał mnie bezinteresownie i wychowywał się normalnie, bez odium adopcyjnego pokancerowanego przez życie dziecka.
- Rzeczywiście, to zbieg okoliczności, że starałyśmy się odnaleźć siebie w tym samym czasie - podjęłam próbę kontynuowania rozmowy, by przerwać ciszę, która ponownie zawisła nad nami.
Miałam na końcu języka wytłumaczenie swojej motywacji do odnalezienia Dagmary, ale zrezygnowałam ze szczerości. Nie czułaby się dobrze ze świadomością, że robię to z powodu rozrachunku przed śmiercią. Nie potrafiłabym jej zresztą wytłumaczyć, jak decyzja o adopcji zaważyła na moim życiu, jak bardzo przez nią cierpiałam. Nie w kilku słowach.
- Faktycznie, zbieg okoliczności - potwierdziła, przypatrując mi się wnikliwie.
- Powiesz mi coś o sobie? - szepnęłam.
Mimowolnie zwróciłam się do niej mniej oficjalnie.
Dagmara jednak nie porzuciła dystansu. Zachowując kulturalną układność, pokrótce opisała mi swoją sytuację.
- Mam osiemnastoletnią córkę Zosię i pięcioletniego Michasia. Jestem rozwiedziona. Do tej pory od czasu studiów mieszkałam we Wrocławiu, ale kilka miesięcy temu odziedziczyłam po mamie księgarnię i przeprowadziłam się do Torunia, gdzie się wychowałam. Próbuję sobie ułożyć życie na nowo. I tyle.
Powtórzyła informacje, jakie otrzymałam od detektywa. Same fakty, nic osobistego. Była na mnie zła i mocno mi niechętna.
Co dalej z naszą rozmową? - myślałam intensywnie, jak wybrnąć z ciemnego zaułka.
- Dagmara...? - zaczęłam. I zapytałam, czy mogę zwracać się do niej po imieniu.
Potwierdziła skinieniem głowy.
- Zatem wprost - wykrztusiłam, pokonując strach przed odrzuceniem. - Czy jesteś w stanie ze mną szczerze porozmawiać?
Usłyszałam własny odważny głos i natychmiast się przestraszyłam. A co, jeśli odmówi?
Przez chwilę nie odpowiadała, by w końcu przystać na moją propozycję. A kiedy zaproponowała kolację w lokalu, poczułam się tak, jakby spadł mi z ramion dwudziestokilogramowy ciężar.
A jednak się udało! Dostałam szansę na spowiedź stulecia i cokolwiek miało nastąpić później, w oczach mojego dziecka zasługiwałam przynajmniej na czyściec.
Pełna wiary i sił do działania pomogłam Dagmarze posprzątać po spotkaniu, oddając się kojącej atmosferze krzątaniny u jej boku, słuchając poleceń, gdzie mam odłożyć książki, a gdzie filiżanki, i powstrzymując się, by nie dotknąć jej włosów, nie przytulić, nie spojrzeć w oczy.
Natychmiast zapomniałam o chorobie, zapamiętując się w uroku chwili, która spadła mi z nieba jak największy prezent od losu.
Poszłam ze swoją córką do jednej z tych przytulnych knajpek na Starówce, którą znałam jeszcze z lat spędzonych w Toruniu, i cieszyłam się, że dostałam w podarunku parę godzin na rozmowę. Postanowiłam zamówić kilka dań, by nasz wieczór trwał jak najdłużej.
Odblokowywałam w sobie pokłady szczerości z nadzieją, że zostanę wysłuchana do końca. Pragnęłam wyrzucić z siebie całe życie, z opowieścią o zbliżającej się operacji włącznie.
Wszystko albo nic! - postanowiłam, przyglądając się Dagmarze zamawiającej dla nas makaron z czymś tam i butelkę wina. Przeczekałam, aż porozmawia ze swoją córką, a moją wnuczką, której byłam bardzo ciekawa, aż zakończy rozmowę z byłym mężem relacjonującym jej wakacje z Michasiem, moim wnukiem, którego zdjęcie chętnie bym obejrzała, aż burzliwie zakończy dialog z jakimś Adamem, jak oceniłam okiem pisarki-psycholożki - facetem, na którym jej zależy. Aż wreszcie usiądzie, wypuszczając z siebie resztki emocji, i zaproponuje kieliszek alkoholu.
- Przepraszam za telefony. Ostatnio dużo się dzieje - powiedziała, wyłączywszy komórkę.
- Nie szkodzi.
Po raz kolejny między nami zawisła cisza, którą szczęśliwie przerwał kelner. Postawił na stole dwa pokaźne talerze z pastą oszczędną w produkty, acz wspaniale pachnącą bazylią i serowym sosem.
- Smacznego - zachęciłam, zabierając się do nawijania spaghetti na widelec.
Dagmara przed przystąpieniem do posiłku opróżniła swój kieliszek i ponownie napełniła go czerwonym płynem. Uporała się z nim równie szybko, jak z pierwszym.
Rozumiałam ją. Nabierała odwagi, by w końcu zadać mi pytanie, na które czekałam. Sama nie potrafiłam zdobyć się na rozpoczęcie rozmowy o przeszłości.
- Dlaczego mnie oddałaś? Czym sobie na to zasłużyłam? - wyrzuciła wreszcie odważnie, patrząc mi w oczy.
Doczekałam zatem momentu, kiedy mogłam zacząć mówić...