Zostań sama w domu - Barbara Stenka

Reflow text when sidebars are open.
Dzisiaj znowu spotykamy się z Adolfem Szkanfem. Zaprosił nas ("najserdeczniej, całym sercem, z duszy najgłębiej" - jak stwierdził, elegancko żegnając się z nami niczym z najważniejszymi gośćmi świata) na "mały plażowy piknik z efektem specjalnym". Uważam, że on sam jest dostatecznym efektem specjalnym, a jego rodzice uzupełniają niecodzienny obrazek.
Nie wiem, co mi się stało, że nagle odważyłam się cokolwiek robić bez babci u boku. To pierwszy raz, gdy nie mam jej w zasięgu wzroku. Może dlatego, że wielgachna postać Władka przysłania mi widoki na cokolwiek poza jego szerokimi plecami.
Wiem, jestem złośliwa. Tak naprawdę to jestem mu wdzięczna za to, że tu przyjeżdża i... jest z nami, ze mną. Może z litości, bo podobać to się nikomu nie mogę, z tymi moimi jasnymi, lekko wybałuszonymi oczami i blizną gigantem - na całe udo. Może fascynuje go babcia? Może nasz skuter?
Znowu jestem złośliwa.
Babcia to się nawet trochę wzruszyła, że ja gdzieś wreszcie... samodzielnie.
A może to magia Adolfa, osobnika nie wiadomo skąd.
- Dianka, jedziesz? - Władek ogląda się poprzez przyczepkę, którą ściśle wypełnia jego tłusty, pokraczny pies, Pudler.
- Sugerujesz, że nie wytrzymuję tempa? - Akurat, jak zawsze z Pudlerem, Władek posuwa się bardzo wolno. Z przyczepką nie da się szybciej.
- Pudler nie odpuścił tym razem. Jęczał, wył. On mnie kocha. Nie znosi, kiedy jeżdżę do was bez niego.
- On nie znosi, kiedy DOKĄDKOLWIEK ruszasz się bez niego - dyszę i spluwam, bo kurz z czarnej drogi oblepił mi język. Jęzor Pudlera również jest pokryty ciemnym pyłem. Ale pies w ogóle się tym nie przejmuje. Zieje radośnie i nieruchomym wzrokiem wpatruje się we mnie, a szary łeb podskakuje mu w rytm jazdy. To zwierzę ma zwyczaj długo wlepiać gały w swoją ofiarę. Do tego lubi być jak najbliżej twarzy wybrańca. Już to znam. Zaczyna się niewinnie, a potem, centymetr po centymetrze, nagle masz rozwartą psią mordę, z zabójczym psim chuchem, tuż przed sobą. I to spojrzenie, przy którym zaczynasz czuć się głupio i masz poczucie winy. Żeby nieco poprawić sobie nastrój, na oślep szukasz ręką jakiegoś smakołyku, by dać biedactwu, które "taaak" patrzy. Na szczęście teraz chroni mnie odpowiednia odległość. Nie wyskoczy się z przyczepy, he, he.
- Podobno niektórzy każą psu biec za rowerem. Nawet chyba widziałam raz podobny przypadek. - Unikam wzroku Pudlera. Ma moc hipnotyzera. Jeszcze się wywalę.
- Pudler na to nie idzie. Jest za stary i za gruby. I w ogóle to strasznie nie fair, tak kazać psu biec. No i co ma pies z takiej męki? Nie powącha trawy, nie rozejrzy się, serce mu wali, płuca wypluwa. Co z tego ma?
- Na pewno nic w porównaniu do psa, który zawsze jeździ w przyczepie i też nie powącha trawy.
- Co?! - Władek obraca się na chwilę i o mało nie przewraca, trafiając przednim kołem w jeden z tysiąca dołków.
- Nic! - krzyczę. - Masz rację!
- Że co?!
- Że pstro! Jedź! Wyobrażam sobie, jak hrabia Adolf i jego szanowni rodzice ucieszą się z towarzystwa Pudlera. - Jednak to ostatnie zdanie mruczę już tylko cichutko do siebie. Pasek kasku trochę mnie ciśnie. Wysuwam brodę, łapię głębszy oddech. Roześmiany pies bacznie obserwuje każdy mój gest. Jęzor trzepocze mu jak strzępek materiału. Sztywne szare włosy tworzą sterczącą krzywą grzywkę nad oczami Pudlera. Nad różnymi i zezowatymi oczami. Jednym brązowym, większym i drugim błękitnym, mniejszym.
Przeczuwam kłopoty.
- Co to jest?! - Na moment zapominamy o dobrych manierach i dosłownie nas zatyka.
Nad brzegiem Miedwia (tym razem w ustronniejszym miejscu) rozstawiony jest stół, na nim leży idealnie biały obrus. Talerze i talerzyczki, szklanki i dzbanuszki. Potrawy, których nawet nie potrafimy nazwać. Adolf jako gospodarz i kelner uwijający się wokół nas i swoich rodziców. Dziś mamy w programie granatowy garniturek, białą koszulę z krawatem, a do tego - uważajcie - czerwone adidasy z migającymi diodami.
Ale nie to nas tak zadziwia. Piramida zdziwień rośnie, a na szczycie znajduje się obecnie to, co Adolf postawił na stole na szklanej tacy.
- Czy to, co znajduje się w tych przegródkach, jest... tym, o czym myślę? - pytam, pochylając się nad tacą.
- Niemożliwe... a jednak możliwe... Nie, niemożliwe... - plącze się Władek, bezskutecznie starając się opanować ciekawość.
- Wszystko jest możliwe, proszę Władka. - Mama Adolfa uśmiecha się. Już wiemy, że ma na imię Irena. Kostium dopasowany do sylwetki, prościutkie włosy, okulary, oszczędne ruchy. Ale miły, bardzo miły, łagodny uśmiech. Na początku obawiałam się jej. Teraz dystans zmalał.
- Pani Ireno, czy to jest... złoto? - Brzmi niedorzecznie, ale jak mam nazwać to, co widzę, skoro to jest właśnie... to.
- Adolf, w co ty pogrywasz? Sypiesz mi złoto na ciastko? Ale po co? - Władek przytrzymuje chudziutką rękę ozdobioną bielutkim mankietem i niesamowicie błyszczącym zegarkiem.
- Drodzy goście, oto jadalne złoto. Uświetnia nie tylko smak potraw, lecz także wzbogaca je niezapomnianymi efektami wizualnymi. Niech promienieją nie tylko wasze podniebienia, ale i oczy, i najgłębsze zakamarki waszych umysłów. - Wyjmuje srebrną pęsetę i nakłada cieniutkie złote płatki na nasze potrawy.
- Jadalne złoto?! - pytamy, zawisając głowami tuż nad talerzami.
- Synu, ja wolę złoto w postaci pudru - oświadcza bardzo elegancki brodaty pan Grzegorz, tata Adolfa. I wtedy, czego nie możemy już zupełnie pojąć, Adolf jak magik wydobywa zza siebie pudełeczko i za pomocą specjalnej pipetki umieszcza złoty pył na kawałku placka.
- Czy to naprawdę się je? - Władek aprobująco głaszcze Pudlera, który wspaniale dostosowuje się do sytuacji. Trzeba przyznać, że pani Irena przekroczyła wszelkie granice uprzejmości, kiedy na widok gramolącego się z przyczepki psa złożyła dłonie w zachwycie, powtarzając: "Jaki przepiękny, cudowny piesek. Słodkie stworzonko", i jednym palcem przejechała po grzbiecie drapiącego się akurat w ucho Pudlera. "Słodkie stworzonko" otrzepało się, usuwając kurz z sierści prosto na kostium mamy Adolfa. Pomachało niepokojąco długim ogonem i odtąd wpatrywało się intensywnie wyłącznie w tę niewinną kobietę, która jednak spokojnie znosiła jego hipnozę. A nawet poczęstowała Pudlera kawałkiem mięsa (nie znam nazw tych potraw, więc oszczędzę wam szczegółów).
- Jadalne złoto spożywa się w postaci płatków, pudru, pałek lub drobinek. Aplikuje się je pęsetą, większymi szczypczykami lub przez złote rurki - grzecznie tłumaczy Adolf. - Z oczywistych względów jada się tylko odrobinkę tego specjału, a nie na przykład łyżkami.
- Szkoda go jeść. Lepiej coś sobie z tego zrobić - stwierdzam, a rodzice Adolfa nie mogą ukryć dyskretnych uśmiechów. - Może pierścionek?
- Pozbierać ci płatki do pierścionka, Diana? - Ech, ten Władek. Trochę się peszę, a Adolf tłumaczy, że możemy spokojnie pozwolić sobie na konsumpcję tych płatków, bo nie nadają się one do celów jubilerskich.
- Musi być okropnie drogie. - Zamyślam się. Czy to aby na pewno właściwe? Coś mi mówi, że babcia nie poparłaby jadalnego złota.
- Właśnie dlatego jest tak cennym dodatkiem. - Pani Irena posypuje sobie potrawę złotym pyłem. Pudler, czego jeszcze nie zauważyła, jest coraz bliżej. Za chwilę położy łeb na jej spódnicy. - Synu? - zwraca się do Adolfa, on potakuje, więc mama chwyta pęsetą złote płatki i delikatnie przenosi je na jego talerz. Po jednym, powolutku.
- Smacznego, zapraszam z całego serca do degustacji. - Ulizane włosy Adolfa są symetrycznie rozłożone na jego głowie. Jak długo robił tę fryzurę?
- Młody człowieku, śmiało - zachęca Władka pan Grzegorz, widząc, że chłopakowi wręcz cieknie ślinka. Och, jak on lubi pojeść, znam możliwości mojego kolegi. Dałby radę całej misce złota i srebra, i wszystkiemu, co by tam tylko było.
- O, dziękuję! Od razu piszę się na dokładkę - docenia Władzio, ale ja z rezerwą odnoszę się do tak niejadalnie wyglądającego smakołyku. Czy wolno nam jeść takie dziwactwa? Uśmiecham się miło, ale jeszcze nie zaczynam.
I ta chwila wahania wystarczy: Pudler, najwyraźniej u kresu swych możliwości udawania kulturalnego słodkiego stworzenia, opiera się grubymi łapami o stół i natychmiast wywraca go na piasek. Obrus wraz z potrawami ląduje tam, gdzie według psa od początku powinien się znajdować. Zanim ktokolwiek zdąży zareagować, pies wylizuje wszystkie złote elementy! Co do jednego. Piszczymy i ratujemy drogocenny dobytek, ale już jest za późno.
Spełniony Pudler stoi triumfalnie nad obrusem. Wiatr rozwiewa mu krzaczastą grzywę. W rozwartej paszczy zwycięsko powiewa długi różowy jęzor z poprzyklejanymi na całej powierzchni złotymi płatkami.
I złotym pudrem.
- Babciu, skoro to taka bogata rodzina, dlaczego są tu na wakacjach? W niepozornym Morzyczynie, a nie na Hawajach? Nie na Florydzie? Nie na wyspach Zielonego Przylądka?
- Jestem tak zaintrygowana, że już nie mogę się doczekać, kiedy ich poznam. - Babcia oliwi kosiarkę, a ja zbieram szyszki. U nas trudno się kosi, bo nie mamy równo wysianego trawnika na wygładzonym terenie. Jest tu prawdziwe runo leśne. To oznacza nie tylko poziomki i grzybki. Także doły i wzniesienia. I masę szyszek, które rozbrajały każdy nóż kosiarki. Nie było rady - przed koszeniem zbierałam szyszki i patyki, choć było to monotonne.
- Żebyś wiedziała, jak cię zapraszali. Nie mogę uwierzyć, że wcale nie pogniewali się na nas za to, że Pudler zeżarł złoto. Zaaplikował sobie na jęzor wszystko, co było. I potłukł zastawę! I uwalał cały kostium pani Ireny.
- Bardzo miło z ich strony. Mają klasę. Możliwe, że to naprawdę uprzejmi, choć ekscentryczni ludzie. - W głosie babci wyczuwam prześmiewczą nutkę. O, to lekkie skrzywienie z prawej strony ust. - Już ich lubię. Że też ty, wnusiu, gdy tylko na chwilę spuściłam cię z oczu, od razu nawiązałaś tak... - wyprostowała się, jakby szukając natchnienia na niebie - tak nieoczywistą znajomość.
- Bo my to jesteśmy oczywiste, tak, babciu? - niepokoję się. - Ty i ja, oczywiste? Kobieta i dziewczyna to też prawdziwa rodzina?
- My jesteśmy pewne jak dzień i noc, jak piorun i grzmot. - Przesuwa palcami po moich plecach, a ja z zadowoleniem prężę się jak kot. - Jak "do" i "re"... Szczęśliwe, choć nie planuję dziś na obiadek jadalnego złota.
- A, to dobrze, to dobrze, babciu. - Łaszę się do niej, jak wiadomo kto, i już zabieram się do napełniania worka szyszkami. Za chwilę jest pełny, wynoszę go do drewnianej komórki.
- Babciu!
- Tak?
- Kupiłaś zapasowe koło do fosti grande? Tu leży. Nie było go.
- Yyyy... - Babcia waha się przez chwilę. - A, tak, tak. Zapasowe. To nie koło, to opona. Widzisz, Dianko?
- A, tak, opona! Boisz się, że nam znowu przetną?
- Nie, dziecko, nie, na pewno już nam nie przetną. Tak tylko kupiłam, bo okazja się trafiła.
- Że taniej?
- No... można tak powiedzieć. Pojedziemy potem po zakupy.
- Po koszeniu?
- Po.
- Nauczysz mnie prowadzić pierdziawkę?!
- Oho, za kilka lat, kochana.
- Obiecałaś, że mnie nauczysz!
- Może zaraz? Oszalałaś? Dwunastoletnia motocyklistka?
- No nie... za dwa lata...
- Wrócimy do tematu za dwa lata. A najlepiej za cztery.
- Dobrze, babciu! Babciu! Ale następnym razem to ja sama skoszę trawę kosiarką! Potrafię, już na pewno!
- Zgoda! Byle w kaloszach.
- Zgoda. Babciu!
- Nie babciuj mi już, bo włączam kosiarkę. No dobrze, jeszcze cię wysłucham.
- Opowiesz mi przed spaniem historyjkę o dwóch radiach?
- Masz to jak w banku! Już wymyślam tematy.
- Babciu!
- Znowu babciujesz?
- Kocham cię, kobieto!
- Wcale nie, nie odgapiaj, bo to ja cię kocham, dobra dziewczyno!
Babcia często opowiada mi historyjkę o dwóch radiach. To moja ulubiona. Ale nigdy nie jest taka sama. Zawsze jest nowa.
Oto dzisiejsza wieczorna historyjka babci o dwóch radiach:
Pewna dama słuchała radia. By nie tracić czasu, włączyła dwa odbiorniki naraz. W jednym nadawano sprawozdanie z obrad sejmu. W drugim program o pielęgnacji niemowląt. Głosy spikerów (spiker A i spiker B) mieszały się i brzmiało to mniej więcej tak:
A: Wszyscy posłowie i senatorowie...
B: ...muszą mieć regularnie zmieniane pampersy! Najlepszym śniadankiem dla...
A: ...marszałka sejmu...
B: ...jest butelka niesłodzonej kaszki! Ważne, by smoczek był odpowiednio dobrany...
A: ...co zapewni właściwy porządek obrad. Pierwsze posiedzenie sejmu...
B: ...pomoże na dokuczliwy problem z ząbkowaniem!
A: Kolejność głosowań ustalą...
B: ...niemowlęta, które już zaczynają gaworzyć!
A: Każdy poseł...
B: ...z łatwością powtórzy sylaby "da-da" i "ba-ba".
A: Drogę do sejmowej mównicy...
B: ...najlepiej pokonać w dziecięcym chodziku, który zabezpiecza przed upadkiem.
A: Ustawa o prokuraturze zostanie zmieniona...
B: ...na drewniane klocki o gładkich krawędziach! Różowa aksamitna pozytywka ucieszy zaś najbardziej niespokojne...
A: ...posłanki.
B: Podtrzymujmy główkę...
A: ...marszałkowi...
B: ...i innym milusińskim! Do usły...
A: ...szenia!
Turlam się ze śmiechu. Babcia genialnie naśladuje głosy spikerów! Co ja mówię, ona nie naśladuje, ona je tworzy! No, w końcu studiowała na wydziale lalkarstwa. Nie skończyła kierunku. Zachorował jej tatuś i musiała wracać do Gryfina. Jej tatuś, czyli mój pradziadek. Opiekowała się nim przez siedem lat - tyle wiem. Nawet oglądałam zdjęcia, babcia wszystko mi pokazała. Dobrze, że nie mamy tajemnic, bo ja najbardziej ze wszystkiego boję się tajemnic i niewyjaśnionych spraw. Spraw, których ledwie mogę się domyślać. Niespodzianki też źle na mnie działają, nawet te pozytywne. Na szczęście nie z babcią takie niepokoje.
Dodam, że nadal jest świetną lalkarką, i jestem pewna, że byłaby rewelacyjną aktorką. Tylko dla mnie korzysta ze swojego talentu i warsztatu, tym razem nie stolarskiego.
Czasem rozśmieszy mnie za bardzo i mam kłopot z zaśnięciem. Przewracam się z boku na bok, jak walec, wiele razy, bo mój tapczan jest wielki, trzyosobowy. Dlatego taki duży, żeby babcia czasami mogła ze mną spać. Jeszcze nie jestem gotowa na własny pokój, ale już jest pewien postęp - sypiam na własnym tapczanie. Babci łóżko jest obok, mogę w każdej chwili zobaczyć, jak śpi, usłyszeć, jak oddycha. I wiem, że kiedy będę się bała, mogę ją obudzić. Nie wpadnie w złość. Nie zamknie przede mną drzwi. Przeciwnie.
Mamy aż trzy pokoje, tu, w domku wakacyjnym w Morzyczynie. A w naszym mieszkaniu, w Gryfinie, mamy dwa, całkiem duże. Może kiedyś będę gotowa, by się wprowadzić do osobnego pokoju. Na razie mieszkamy razem. I wszystko robimy razem. O, przepraszam, nie wszystko, bo do Adolfa chodziłam już bez babci.
Moje pluszowe zwierzęta stoją rzędem wzdłuż ściany, zajmują sporą część tapczanu. Może też mam żyłkę do lalkarstwa? Choć przecież wiem, że na razie nie to mną kieruje. Czuję się z nimi bezpieczniej. Już nic mi nie grozi, a jednak wolę, gdy towarzyszą mi w nocy. Najwięcej jest psów. Babcia dokupiła mi niedawno takiego ogromnego beżowego labradora z Ikei. Mięciutki jest.
A na werandzie, na sznurku, suszy się psina wyłowiona z jeziora. Wygląda jak szmata, bo chwilowo jest bez wsadu. Tylko ogon ma ciężki, wypchany. Będzie długo sechł.
Otulam się kołdrą. Jestem trochę zanadto okrągła. (To babcia tak mnie odpasła, choć nie jest najlepszą kucharką). Dawniej byłam wręcz niesamowicie chuda i ciągle zmęczona. Ostatnio nabrałam więcej ciała. Nie wyglądam na swój wiek i mam nadzieję jeszcze długo pozostać małą, laleczkowatą kluseczką. Nie zgadzam się na dorastanie. Czuję się tak, jakbym już kiedyś była dorosła. Teraz mam plan, żeby być dzieckiem. Niestety, mam też świadomość, że prędzej czy później mój wygląd się unormuje. Trochę mnie to niepokoi. Ale bez przesady.
To był miły dzień. I dobry wieczór - w dosłownym znaczeniu, a nie tylko dlatego, że tak się mówi. Dobre wieczory są bardzo ważne.
Jeszcze mam przed oczami posłów z butelkami kaszki.
Spod zmrużonych powiek widzę, jak Anna Karaś wysypuje tabletkę z małej buteleczki, połyka ją (tabletkę, nie buteleczkę!), popija wodą. Potem gładzi mnie lekko po głowie i idzie do swojego łóżka.
Tylko jedna tabletka dziennie. Rowatinex - żółte żelowe kuleczki. Żeby człowiekowi nie tworzyły się kamienie w nerkach. Wszystko wiem. Nie ma tajemnic.
Oddycham z ulgą i zamykam oczy.
Moja mama łykała mnóstwo tabletek. Były wszędzie. W szufladach, szafkach, czasem na wierzchu - na stole, na krawędzi zlewu. Miałam zakaz dotykania ich i przestrzegałam go. Martwiłam się: mama musiała być bardzo chora, skoro zażywała aż tyle lekarstw.
- Mamo, jak nazywa się twoja choroba?
- Mamo, dokąd idziesz?
- Mogę pójść z tobą?
- Dlaczego nie mogę?
- Dlaczego nikt do nas nie przychodzi?
- Czy twoja mama też tak często wychodziła?
To był czas, gdy jeszcze zadawałam pytania. Najprostsze. Pozostawały bez odpowiedzi. Przyzwyczaiłam się do tego, że mama często połyka tabletki.
Ostrzegała mnie, że nie wolno mi nigdy ich dotykać, bo one strasznie szkodzą. Kiedy połknie je zdrowy człowiek, od razu jest z nim koniec. Że można umrzeć, a przedtem okropnie boli brzuch i nie można się poruszać. Nawet ona, choć musi je brać, odczuwa skutki uboczne.
Chyba to była prawda, bo mama często po tych tabletkach spała cały dzień. Nie szła wtedy do pracy (pracowała w księgowości, w sieci sklepów z artykułami papierniczymi, ale niezupełnie wiedziałam, co tam robi. Siedziała przy komputerze - podejrzewam, że mogła to robić także w domu, ale wolała albo musiała na zewnątrz, w siedzibach sklepów). A to, że czasami nie idzie do pracy, cieszyło mnie jak nic na świecie. Pilnowałam mamy, szczęśliwa, że jest w domu.
Jednak któregoś dnia - chociaż, jak mówiłam, nie tknęłam żadnej tabletki - strasznie rozbolał mnie brzuch.
I tu opowiem wam, dlaczego uważam, że szpital jest super!
Brzuch bolał mnie naprawdę mocno i długo. Zaczęło się, gdy byłam sama. Dzwoniłam do mamy, ale ona nigdy, przenigdy nie odbierała. Wytłumaczyła mi, że gdyby to zrobiła, dzwoniłabym bez przerwy. A telefon służy do komunikowania się w razie wyższej konieczności.
Poczułam, że to jest stan wyższej konieczności. Ale komórka mamy tradycyjnie odpowiadała długimi sygnałami. Poczta głosowa nie była włączona, od kiedy przez całe dnie nagrywałam komunikaty.
Mama nie była zła.
Nigdy nie zostawiała mnie samej na noc. Wiedziałam, że w końcu przyjdzie. Czekałam i chyba zasnęłam, bo obudziłam się w łóżku.
Kiedy do bólu brzucha doszła gorączka, a ja zwymiotowałam, chcąc powiedzieć mamie: "Dzień dobry", musiałyśmy pojechać do przychodni. Mama wraz z kierowcą taksówki musieli mnie nieść, bo nie byłam już w stanie samodzielnie iść.
Wkrótce wylądowałam w szpitalu. Smutne dzieci dookoła prezentowały jedyną słuszną reakcję: rozpaczliwy szloch. Ale szybko zrozumiałam, że oto trafiłam do raju, do Nibylandii, do najmilszego miejsca na świecie!
Może wkłuwanie igieł na wenflony nie było pieszczotą. Ale poza tym...
Ani przez chwilę nie byłam sama!
Wszyscy byli dla mnie strasznie, przecudownie mili. Uśmiechnięte twarze pochylały się nade mną. Głaskano mnie i przemawiano czułymi słowami. Na ścianach były namalowane kolorowe postacie z bajki o Kubusiu Puchatku.
Nie bardzo pamiętam samą operację wycięcia wyrostka. Spałam, a kiedy się obudziłam, siedziała przy mnie jedna z tych łagodnych, wesołych pielęgniarek. Przez całą noc! A w kolejne noce - inne pielęgniarki. I mama odwiedzała mnie codziennie! Odniosłam wrażenie, że też była zadowolona z tego układu: że tu jestem, a ona mnie tylko odwiedza.
Martwiło mnie, że rana po operacji boli tak słabo i że tak szybko się goi.
Cudowny był dzień, gdy do szpitala przyszli aktorzy i zrobili dla nas przedstawienie! Przez cały czas uśmiechałam się, rechotałam i chichrałam. Panie doktor nazywały mnie swoją ulubioną pacjentką. I tak się właśnie czułam.
Zaprzyjaźniłam się też z rodzicami innych dzieci. Był tam taki jeden szczególnie miły tatuś. Nawet przez tydzień nocował przy swojej córce, starszej ode mnie. Trzymał ją za rękę. Czy uwierzycie, że i mnie trzymał za rękę, kiedy go poprosiłam? To były najlepsze noce w moim życiu. Co rano - i to były najlepsze dni w moim życiu - plótł mi nowy warkocz, taki dziwny i skomplikowany, przepiękny. Nie wiedziałam, że można tak ładnie pleść.
Opowiadał mi swoje przygody z czasów, gdy był jeszcze chłopcem. Bardzo śmieszne.
Jego trzynastoletnia córka - szczęściara - miała na imię Julia. Wcale nie była na mnie zła za to chwilowe dzielenie się tatusiem. No pewnie. Wiedziała, że tak czy siak ma go na zawsze.
Karmiono mnie smakołykami - chociaż dzieci wybrzydzały, mnie smakowało wszystko. Ziemniaki, buraczki i kotlet, surówka z pomidora, zupa jarzynowa - podobne obiady jadałam w szkole. W domu odczuwałam brak ciepłych posiłków. A w szpitalu mogłam jeść je codziennie!
Gdy wracałam do zdrowia, chodziłam po korytarzach, miałam kolegów i koleżanki w wielu salach. Zawsze dobrze tańczyłam, robiliśmy sobie małe dyskoteki i pokazy, chociaż to było zakazane, bo mogły nam pęknąć szwy.
Nie miałabym nic przeciwko temu, by pękły mi szwy (założenie nowych i gojenie wydłużyłoby pobyt w tym pięknym miejscu), więc tańczyłam jak najenergiczniej. Ale szwy dobrze się trzymały, a rana się goiła- profesjonalna robota.
Nie zaprzyjaźniłam się - tak od serca - z żadną dziewczynką ani chłopcem. Długich rozmów unikałam. Miałam osiem lat i zauważałam, że moja rodzina jest zupełnie inna od wszystkich. Że dzieli nas przepaść. Moja mama nieraz mówiła, że zawsze może być gorzej, niż jest. Nie chciałam, żeby było gorzej, a przez rozmowy mogło tak się zdarzyć...
Korzystałam z mojego dobrego czasu, w szpitalu czułam się cudownie.
Płakałam tylko raz. Kiedy siostra Lucyna uświadomiła mi, że nie mam drugiego wyrostka! Bo planowałam kolejne zapalenie, wierząc, że często będę tu zaglądać. Taki turnus, jak na wczasach. Nic z tego. Człowiek ma tylko jeden wyrostek.
Żeby choć dwa, a najlepiej ze cztery...
Nic z tego.
Wreszcie nadszedł czas powrotu do domu. Nowi szczęściarze z bólem brzucha czekali na wolne łóżka i tygryski na ścianach.
Tego dnia, gdy przyjechałyśmy do domu, mama nie powiedziała: "Wychodzę". Nie zamknęła drzwi do swojego pokoju i pozwoliła, bym przyniosła jej tabletki. Czułam się wyróżniona.
Leżały w kuchni, na talerzyku. Było ich dużo. Kolorowe, najwięcej białych, ale też urocze niebieskie kapsułki potasu, czerwone hydroxyzinum, jakieś nieznane mi pomarańczowe. Postanowiłam ułożyć z nich kwiatek. Żeby było ładnie, żeby dobry humor mamy trwał. Starannie dobrałam tabletki i bardzo ostrożnie niosłam talerz z kwiatkiem, by się nie rozsypał. Postawiłam go na ławie przed tapczanem mamy i nagle przypomniałam sobie, że nie wolno mi nawet dotknąć żadnej tabletki. Co ja zrobiłam!
Zamarłam w przerażeniu.
Spojrzała na talerz. Potem na mnie, dziwnie powoli. I znowu na kwiatek.
"To koniec" - pomyślałam i ostro zabolało mnie miejsce po wyciętym wyrostku.
Ale ona wbiła wzrok w kwiatek, na jej twarz wypłynął prawie... uśmiech.
- Ładna mozaika, Diano. Dziękuję - pochwaliła. - Ale nigdy więcej tego nie rób.
- Obiecuję, nie zrobię - wyszeptałam, bojąc się spłoszyć tę chwilę.
A ona wyjęła z kieszeni telefon i sfotografowała mozaikę.
A potem, po kolei, połknęła wszystkie tabletki.
- Diana, teraz powiem ci coś takiego... Słuchasz?! - Władek szoruje siatką ścierną krawędź krzesła dla swojej mamy. Jego głos dobiega zza maski przeciwpyłowej. Ja też taką mam i szlifuję brzeg stołeczka (w stu procentach moja robota). - To przekracza wszelkie granice!
- No mów! - Przestaję skrobać, bo zanosi się na coś sensacyjnego. Władek nie jest gadułą i jeśli już robi taki wstęp, na pewno warto się skupić.
- Adolf wynajmuje Pudlera!
- Przestań!
- Wynajmuje go do pozowania!
- Pudler ma pozować Adolfowi?
- Jego mamie, pani Irenie! Adolf z Pudlerem!
- Władziu, gorzej ci? Co chcesz przez to powiedzieć? - Otwarcie się zaśmiewam. Oszalał ten chłopak czy co?
- Przyszli do mnie, to znaczy nad jezioro, gdy wyławiałem śmieci. Poprosili, bym im wynajął Pudlera. Pani Irena będzie malowała obraz.
- Ona maluje? Jest malarką?
- Też.
- Co: też?
- Tak mi odpowiedzieli, gdy zadałem właśnie to pytanie.
- Czy jest malarką.
- Tak. Odpowiedzieli mi, że "też". - Przerywamy pracę i siadamy na progu warsztatu. Szare, ciemne chmury wiszą nad naszym domkiem piórnikiem. Babcia pojechała coś załatwić, korzystając z tego, że Władek pobędzie u nas kilka godzin. No tak. Sama czuję, że dobrze by było, gdybyśmy już uporały się z problemem mojego zostawania bez babci, choćby na pół godziny. Ale nie udaje się nam. To znaczy... Mnie się nie udaje.
Babcia wciąż zapewnia, że chętnie będzie ze mną całe lata, bez najmniejszej przerwy. Że to dla niej przyjemność ("cała po mojej stronie" - jak powtarza). Uspokaja, powtarza. Stara się, bym uwierzyła. No i wierzę. Hm. Wiem. Ale łatwiej by nam było, gdybyśmy cokolwiek mogły zrobić osobno. Jeszcze nie za dobrze radzę sobie ze strachem.
- Mama Adolfa namaluje Pudlera?
- Przecież mówię! Namaluje Adolfa z Pudlerem jako dżentelmena z borsukiem. Taki będzie tytuł obrazu: Dżentelmen z borsukiem. Jako kontra, a raczej uzupełnienie Damy z gronostajem.
- Władziu, ty chyba masz gorączkę.
- Jeju, cytuję! Przytaczam ci wypowiedź pani Ireny!
- Widzę jedną nieścisłość. Pudler nie jest borsukiem.
- No to znajdź borsuka i przekonaj go, by zapozował. A Pudler za niewielką kulinarną zapłatę będzie chętnie pozował i robił, cokolwiek kto zechce.
- Wlepi gały w panią Irenę, to pewne. Psia hipnoza mistrza Pudlera Kupińskiego!
- Plus wygląd. - Władek naprawdę wierzy, że jego pokręcony pies przejdzie do historii i będzie wgapiał się w turystów fotografujących Dżentelmena z borsukiem stojącego obok Damy z gronostajem w Muzeum Narodowym w Krakowie. Prawie białe włosy stanęły chłopakowi dęba, wystające poza obręb twarzy poliki pałają żywą czerwienią na tle brązowej opalenizny.
- Że niby nikt nie odróżni psa od borsuka?
- Diana, uruchom wyobraźnię! Pani Irena namaluje borsuka na podstawie Pudlera!
- Tak się da...? - Zamyślam się. - Nawet jest ciut podobny. Szary, szorstki. Długi, ale krępy. Łapy w stylu rokoko. - Kiedyś babcia opowiadała mi o meblach w stylu rokoko. Pokazywała mi na targach taką komodę. Miała wygięte nóżki - wypisz wymaluj jak łapy psa Kupińskich.
- Pysk ma taki... zdziczały. - Władek ignoruje ironię w moim głosie, który już brzmi wyraźnie, bo zsunęłam na szyję maskę. - Oczy wyraziste, różne. Trochę się pozmienia i na obrazie będzie wiarygodny borsuk!
- Czyli przed Pudlerem otwierają się wrota do światowej sławy.
- Na to się zanosi.
- Zaraz, Władziu. Wynajęli go czy tak powiedziałeś?
- Tak.
- A opłaca się to? Zapłacą ci złotem? Może być niejadalne, co tam, zgodzimy się, prawda? Nie będziemy wybrzydzać.
- Jak to: my? To mój pies!
- Za to Adolf jest nasz wspólny. Pamiętasz, kto go wypatrzył? - drażnię się, marszcząc nos. - Ojojoj, jak mi zależy na tej zapłacie. Ojojoj, co też ja sobie kupię za to. Pół magazynów Amazona zgarnę.
- No dobrze. Nie chcesz, to mogę ci nie mówić. - Władek wreszcie orientuje się, że posuwam się w żartach coraz dalej. - A żebyś wiedziała, że się opłaca.
- Myślałam, że nie jesteś interesowny.
- Nie jestem. Zgodziłbym się bez niczego. Już ich polubiłem. Są ciekawi. Nie znamy takich drugich, co?
- Jakaś tajemnica w nich tkwi... - przytakuję. - I my ich jeszcze rozgryziemy. Ale też zdołałam ich polubić, choć gdyby ktoś mi ich opisał, byłoby inaczej.
- W moim przypadku chyba byłoby podobnie. Teraz, owszem, chętnie przyłożę się, razem z Pudlerem, do ich akcji.
- I ze mną. Bo zapomniałeś dodać. - Nadymam się.
- Zapomniałem. I z twoją babcią. Też będzie mogła oglądać powstawanie obrazu Dżentelmen z borsukiem.
- To co z tą opłacalną zapłatą? Złoto? Diamenty? Sprzęt kosmiczny?
- Teraz się zdziwisz. Nie ten kierunek. Zapłata to jest życzenie. Mam sobie zażyczyć, czego chcę. Ale ja nie mam specjalnych życzeń.
- Żartujesz?! To ryzykowne! Powariowali.
- I co teraz? Opłaca się?
- Aha. - Zerkam z szacunkiem na kolegę. Patrzcie tylko. Niby skromny chłopak z Jęczydołu, z rodziny wielodzietnej, ze starym rowerem i niewydarzonym psem, a proszę bardzo, jaki ma talent do interesów! - No, faktycznie to się opłaca. Myślisz już nad tym? Czego sobie zażyczysz?
- Zobaczysz. A teraz kończę krzesło. Wróci twoja babcia i płynę odśmieciować Miedwie.
- Wiesz, Władek, właściwie to twoje sprzątanie wody zupełnie się nie opłaca. Co wyłowisz i wyrzucisz do śmietników, to ludzie znowu wrzucą. Nowe. Następne. I tak w kółko. Zerowa opłacalność.
- Wychodząc z tego założenia, to właściwie niczego nie opłaca się robić, Diano. Bo i tak zawsze wyjdzie się na zero. Na przykład: w nocy śpię, żeby mieć siłę do działania w dzień. Z kolei w dzień każą mi się zmęczyć, żebym potem dobrze spał. A po to mam spać, żeby znowu w dzień móc się męczyć. Sama widzisz.
- Albo włosy - podejmuję temat, rzucając na trawę pilnik do szlifowania. - Najpierw je zapuszczam, żeby było z czego obcinać do uzyskania odpowiedniej fryzury. Tę odpowiednią mam krótko, bo włosy odrastają i to już nie to. - Potrząsam głową. - I znów czekam, aż bardziej odrosną, bo już mam nowe plany.
- Albo gimnastykowanie się. Muszę dużo ćwiczyć i ruszać się, żeby nie utyć. - Władek chyba przeoczył fakt, że zawsze, genetycznie, sam z siebie jest bardzo utyty. A przez cały dzień w ruchu i co? Pstro. - Spalam zbędne kalorie. Później każą mi dużo jeść, żeby znów mieć energię na nowy ruch. A jeszcze gdy jest smaczne! Po nowym ruszaniu się nieco schudnę, żeby znów mnóstwo zjeść, bo na przykład po... pływaniu ma się wielki apetyt! Zero opłacalności.
- Albo: rozum. Można poznać wszystko, co możliwe. Ale w czasie, gdy to poznajesz, świat robi krok do przodu. I już jest coś, czego nie wiesz. I co tu zrobić, kiedy nic się nie opłaca?
- Może leżeć? Wtedy nic się nie traci, a można wypoczywać. - Władek rzeczywiście wyciągnął się na trawie.
- Kiedyś trzeba wstać. A toaleta? A jedzenie? A mycie? - Kładę się obok mojego pulchnego kolegi. Dobrze tak czasem sobie poleżeć i popatrzeć w niebo.
- Po co? Żeby znów się pobrudzić?
- Przez jakiś czas będziesz czysty.
- O widzisz, Diano, o widzisz! - Władek siada gwałtownie i góruje nade mną jak... jak jakaś góra. - Chodzi o ten "jakiś czas". W nim jest opłacalność.
- Opłacalność czego?
- Życia. Zawsze jest "jakiś czas", gdy człowiek jest wyspany, najedzony i czysty. I tylko od niego zależy, jak ten czas wykorzysta.
- Ostatecznie można czekać, aż znowu zachce się jeść i spać - droczę się i też siadam, bo cień siedzącego Władka przytłacza mnie psychicznie.
- Żartujesz.
- No przecież. Kończymy to krzesło? Dziś chyba popłynę z tobą wyławiać śmieci. - Otrzepuję spodnie z suchych sosnowych igieł. Choć to się nie opłaca, bo za chwilę nowe igły się do mnie przyczepią. - Tylko zobaczę, czy babcia nie dzwoniła. - Spoglądam na ekran smartfona.
- Ale się zdziwi, gdy się dowie, że Pudler stanie w galerii Muzeum Narodowego obok Damy z gronostajem. Normalnie padnie.
- Ze śmiechu.
Dziś jest poniedziałek, 13 sierpnia - moje imieniny. Ale mylicie się, jeśli przypuszczacie, że zaraz opowiem o nich, zasypując was informacjami na temat niezliczonych prezentów i atrakcji.
Opowiem wam o innych imieninach - tych, które wczoraj wyprawiła mama Władka, pani Klara Kupińska.
Zacznę od chwili, gdy jedziemy na naszej pierdziawce, czyli starym fosti grande, bogatszej tym razem o przyczepkę. W przyczepce, owinięte różowym papierem w kwiaty, zabezpieczone folią bąbelkową, lekko kiwało się krzesło. Pamiętacie, prezent imieninowy, który Władek samodzielnie (no prawie) zrobił dla swojej mamy.
Musiałyśmy jechać z Morzyczyna do Jęczydołu na dwa razy. Najpierw zawiozłyśmy w przyczepce Pudlera, który był uprzejmy samodzielnie odwiedzić nas z samego rana i zostać, jak długo się dało. Władek szalał ze zdenerwowania, odkrywszy nieobecność psa. Na szczęście szybko poinformowałyśmy go przez telefon, gdzie przebywa "słodkie stworzenie".
- To straszne - jęczał Władek (babcia przełączyła na tryb głośnomówiący). - Jak on sam wyprawił się tak daleko?! Nigdy się nie oddalał. Mógł go potrącić samochód, bo pewnie biegł wzdłuż szosy. Mógł go ktoś porwać! - Tu mój kolega zdecydowanie przesadził, bo chyba tylko jakiś nieprzytomny desperat połakomiłby się na takiego psa. Chociaż... Panią Irenę zainspirował.
- Władziu, po prostu Pudler uznał nas za swoją drugą rodzinę - zauważyła babcia, która siedziała ze smartfonem na progu werandy. - Mamy problem, bo może chcieć powtórzyć odwiedziny...
Wylegiwałam się na łóżku polowym, z ręką na szorstko-miękkim grzbiecie Pudlera, który, bardzo zadowolony, leżał wyciągnięty obok. Westchnęłam. Pies był ciepły i miły, ale wciąż odczuwałam rezerwę. Później wam opowiem, skąd mój brak zaufania do psów. O ile Pudlera można do tego gatunku zaliczyć - bo w sumie to jest nie wiadomo kto. Jakiś ssak wszystkożerny.
- Przecież nie mogę go trzymać na smyczy - martwił się Władek. - To pies, który zawsze pilnował się nas. Nie przywiążę go.
- No myślę. - Babcia się poruszyła. - Nie będziesz podwyższał statystyk dotyczących złego traktowania zwierząt na wsi.
- Walczę z tym, z tą opinią, pani wie! - oburzył się chłopak, który nie tylko z tym stereotypem zmaga się z całych sił. Opinia o wieśniakach - brudasach i okrutnikach wobec swoich zwierząt - po prostu go dobija.
- Wiem! Przywieziemy psa, nie przejmuj się.
- Tylko... krzesło się nie zmieści. Zaraz przyjadę po Pudlera. Już ruszam.
- Stop, spokojnie. Szykuj z mamą te imieniny. Obrócimy dwa razy. Drobiazg. - Ech, ta dobra kobieta ma klasę, bez dwóch zdań. Patrzyłam na nią niemal tak intensywnie jak Pudler. Szkoła psiej hipnozy: stopień podstawowy zaliczony.
- Przepraszam za kłopot! Będę czekał przy szosie. Dziękuję!
- Trzymaj się, Władziu.
Gdy spotykamy się przed drogą prowadzącą do domu Władka, poprawiamy papier otulający krzesło. Doklejam gwiazdki z pasków wstążki - właśnie nauczyłam się, za pomocą YouTube'a, robić takie gwiazdki (nazywane gwiazdami Froebla). Władek jest szczęśliwy i Pudler jest szczęśliwy. Śmieje się z wywieszonym jęzorem, pryska śliną i nadeptuje nam na nogi. Co chwilę stawia przednie łapy na przyczepkę, a pewnie chętnie dosiadłby też fosti grande, gdyby potrafił. Wieziemy krzesło. I zestaw babek ziemniaczanych, które upiekłyśmy - ja i babcia. Jeszcze nigdy nie byłam na imieninach.
Tata Władka jest gruby jak jego syn i ma takie same, prawie białe włosy. Dobrze go widać wśród wielu, bardzo wielu gości siedzących wzdłuż ław ustawionych przed jasnym, gładko otynkowanym domem. Wokół rosną grube drzewa, wiszą na nich jeszcze niedojrzałe jabłka i gruszki. Dalej, w zielonej zagrodzie, chodzą sobie kury. Na słońcu drzemią koty i wcale się na nie nie rzucają (bo kiedyś słyszałam, że taki kot nic tylko natychmiast dusi wszystkie ptaki). Małe dzieci biegają i stoją w kolejce do dwóch huśtawek, przepychając się i śmiejąc.
Jest tu tyle osób, że trochę kręci mi się w głowie. Wszyscy mówią jednocześnie. Przytulam się do ręki babci, a ona na moment przyciska twarz do mojej głowy (oczywiście uważając na kocie uszka).
- Babciu, jest fajnie - uspokajam ją. - Tylko muszę się jeszcze trochę przyzwyczaić.
- Jeśli się zmęczysz, wrócimy.
- Nie, babciu, nie zmęczę się - gorliwie zaprzeczam i zaraz podchodzi do mnie malutka dziewczynka z pytaniem:
- Czy jesteś kotem? Czy ludziem? Bo ja jestem Alą. Nie mam tego. - I wskazuje na moją przepaskę.
- Czasami lubię być kotem. Przez chwilę. Chociaż tak na co dzień jestem dziewczyną, Dianą. A ty chcesz na chwilę być kotem? - Malutka otwiera buzię ze zdumienia i chwyta mnie za rękę.
- Chcem! - wykrzykuje, nie odrywając wzroku od kocich uszek.
Zdejmuję przepaskę i teraz to ona jest kotem. Od razu zaczyna się skradać i miauczeć, nie wypuszczając mojej ręki. Co mam robić, idę z dziewczynką... z Alą... i robimy kocią rundkę.
- Wujeeek! - Kilku małych chłopców biega za Władkiem, domagając się jego uwagi. - Wujek, chodź ze mną! Z nim już się bawiłeś!
- Chłopaki, spokój! Wszyscy będziemy się bawili!
- Wujek, stój blisko mnie! - Maluch z afro koloru blond pręży się blisko Władka, który od razu organizuje małego berka. A potem - jako wujek super-Władek - maluje chłopcom twarze specjalnymi farbami.
Widzę, że żeby być świetnym wujkiem, wcale nie trzeba być dorosłym.
Pani Klara, mama, solenizantka, dziś dla odmiany nie szaleje w kuchni. Siedzi sobie na artystycznym krześle, z lekko krzywym oparciem. Patrzy, szczęśliwa, na swojego syna. To znaczy na jednego z synów, bo ma ich aż czterech. Ale tylko jeden sam zrobił dla niej krzesło.
- Wygodnie, mamuś?! - Władek, jakby poczuł na sobie jej spojrzenie, odwraca się sponad dziecięcych twarzy, które ozdabia malunkami.
- Jak w raju, synuś!
Synuś. Mamuś.
Tak. Tak też bywa. Oni nawet nie wiedzą, że może być zupełnie, ale to zupełnie inaczej.
A może wiedzą? Różne sytuacje przytrafiają się ludziom. Nikt nie ma ich wypisanych na czole. Czasami zupełnie nie widać, co dzieje się z człowiekiem w środku. Bo z zewnątrz wydaje się zupełnie spokojny i nieciekawy. Można się pomylić. Na ogół się mylimy.
Nieważne. Chciałam jeszcze coś o nich powiedzieć.
Są dla mnie bardzo mili. Ja też ich polubiłam. I ja również mam do kogo pomachać i uśmiechnąć się z daleka. Moja dobra kobieta, zagadana, ale czujna, odmachuje mi natychmiast. I przesyła całusa.
Powoli zaczynam rozpoznawać ciocie, wujków, dziadków i kuzynów Władka. Jak ich dużo! Oni chyba nigdy nie muszą zostawać sami, ani na sekundę.
Nikt mnie o nic nie wypytuje. Nikt mnie do niczego nie zmusza. Traktują to wszystko na luzie. Wcale się nie kłócą, tak sobie tylko rozmawiają i chodzą. Niektórzy siedzą przy laptopach i przegrywają zdjęcia na pendrive'y. Nie biją się, nie wrzeszczą (a słyszałam, że na wsi tylko piją wódkę i tłuką się jak szaleni - już wiem, że nie wszyscy).
Jedna pani gra na gitarze. A chudy młody chłopak z białymi włosami (brat Władka, Wacek) - na akordeonie. Niektórzy tańczą na drewnianym podeście. Tu też nikt nikogo nie zmusza i nie ocenia. Kto chce, ten tańczy. Nagle czuję, że ja chcę, tak, bez wątpienia chcę. Więc tańczę. Kocham to. To trochę taniec nowoczesny, ale i balet. Właśnie go wymyślam. Muzyka mnie niesie, unosi, wznosi i ponosi, a najbardziej lubię właśnie taką, raczej romantyczną. Tańczę. Poza tym, że gra muzyka, jest dziwnie cicho. I wtedy zauważam, że wszyscy na mnie patrzą. A po chwili biją mi brawo. Babcia ma chyba łzy w oczach. Jeszcze nie jestem gotowa ani na brawa, ani na łzy.
Przestaję tańczyć, chowam się w namiocie z maluchami.
Ale coś dobrego pulsuje mi w uszach. Coś się we mnie rodzi, wykluwa.
Na razie bawię się plastikowym koniem z tą dziewczynką, z Alą. Boję się myśli, która bezwiednie przychodzi mi do głowy i sama "się myśli": jak to by było mieć taką siostrę?
Tak.
Fajnie jest na imieninach.
- Władek, wiesz co... - mówię kilka godzin później, gdy wymykamy się na skraj pola, żeby porozmawiać. Po prostu muszę porozmawiać.
- Jak ci jest na tych imieninach? - Gryziemy gotowane kukurydze, przez co trochę śmiesznie wyglądamy z żółtymi ziarnami między zębami.
- No przecież widzisz, że w porządku. Nie wiedziałam, że tak może być na imieninach. Powiem ci prawdę: odrobinę bałam się iść.
- Przecież ja tu jestem. Już cię trochę znam. Nie zapraszałbym cię, gdyby miało być niemiło albo... kłopotliwie.
- Bałam się, że będą mi się przyglądać albo wypytywać.
- U nas tak się nie robi. To nawet nie jest możliwe, przy tylu osobach. Każdy ma swój kram, swoją bajkę. - Z chrzęstem wgryza się w kolbę.
- Coś ci powiem. Moja mama nie znosiła imienin. Czasami musiała na jakieś iść, bo tak wypadało. - Nie wiem, dlaczego to mi się nagle wypsnęło. Pierwszy raz mówię Władkowi tak szczegółowo o moim dawnym życiu. Obiecałam sobie, że nigdy ani słowa ponad tych kilka niezbędnych. Nie ma tematu, nie ma pytań. A tu otworzył mnie jakiś niewidzialny klucz. I opowiadam dalej: - Kiedy czasem dostała od kogoś prezent, wściekała się.
- Dlaczego? - Władek nie okazuje, jak bardzo jest zaciekawiony, ale i tak to wyczuwam. Nawet przestał mielić w paszczęce kukurydzę.
- Obawiała się rewanżu. Że teraz ona coś będzie musiała komuś dać, a nie cierpiała kupowania prezentów. Nie miała ochoty i siły biegać po sklepach.
- Mnie się wydaje, że takie wybieranie jest najfajniejsze. Bo myśli się w tym czasie o tej osobie, dla której będzie prezent.
- Już wolę ci nie mówić, co można myśleć o takiej osobie. - Patrzyłam przed siebie, na równe ciemnozielone pola. - "Niech diabli wezmą tę Dorotę! Nie mogła dać mi po prostu kwiatka?!"
- No, coś w tym jest. Tak naprawdę nie wiem, czy ten ktoś naprawdę się cieszy, czy raczej złości, że jest zmuszany do rewanżu. Właściwie znam takie rodziny - mówi Władek i już teraz nie wiem, czy broni mojej mamy, czy odwrotnie.
- Tak?
- Nawet potrafią zrobić remont mieszkania, żeby dobrze wypaść przed gośćmi. Jakby goście mieli zaglądać za szafy albo podnosić dywany. Test białej rękawiczki. - Zaśmiewa się, a ja z nim. Znów gryziemy swoje kukurydze.
- To psuje całą radość, gdy chce się zadowolić gości za wszelką cenę. - Chyba zaczynam rozumieć, o co w tym chodzi.
- Bo to inni powinni wyprawić solenizantce imieniny. Tak jak u nas - wyjaśnia spokojnie Władek.
- Fakt! - dociera do mnie. - Każdy coś przyniósł i w czymś pomógł!
- Właśnie. A moja mama ma siłę, żeby się cieszyć. Na to też trzeba ją mieć. Za tydzień imieniny mojej siostry, Joanny. Urządzimy jej niezłą imprezę!
- Aha. - Żuję ziarna i już nic nie mówimy.
Aż tu nagle słyszymy tupot i dziecinne głosiki krzyczą:
- Są!!! Są!!! Tu jest wujek i dziewczyna kot!!! Pobawicie się z nami w odchody?!
- Chyba w podchody! - Skręca mnie od nagłego śmiechu, a Pudler skacze na nas czterema łapami naraz.
- Dianko, moja miła, nie pij zimnej wody, skoro przed sekundą jadłaś ogórki.
- Babciu, uwielbiam ogóreczki. I zimną wodę.
- To złe zestawienie. Nie mogłabyś lubić ich osobno?
- Dlaczego po ogórkach nie wolno pić zimnej wody?
- Żołądek tego nie lubi. - Babcia się zamyśla. - Tak naprawdę nie wiem dlaczego. Za to wiem, że boli, a to chyba wystarczający argument...
Siedzimy na pniu zwalonej sosny. Wybrałyśmy się do pobliskiego lasku. Co jakiś czas zbieramy kawałki korzeni, ogromne szyszki i różne elementy, z których w domu zrobimy ozdoby. Już teraz myślimy o choince i złotych szychach. Lubimy też robić malunki na kamieniach, więc zaraz wybierzemy najgładsze i najbardziej płaskie. Oczywiście nie w lesie, ale nad brzegiem Miedwia. Wracając.
- Babciu, już wiem, co zrobię. Stanę na głowie! Wtedy ogóry będą na górze, a woda na dole. Oszukam naturę. Czy wolno pić wodę przed zjedzeniem ogórków?
Ona unosi brew. Aureola z siwych falowanych włosów sprawia, że przypomina mi Einsteina. Nogi jak u bociana, w wąskich dżinsach (to ja uświadomiłam babci, że dzwonów nie nosi się już od ponad dziesięciu lat). Trampki. Co za ironiczna mina.
- Chcesz być sprytniejsza od przyrody?
- Nie zapominaj, że jestem częścią natury. Nie zapominaj, kto mi to ciągle powtarzał.
Mój współczesny prywatny Einstein cmoka z dezaprobatą.
- Gdybym tak cię nie kochała, powiedziałabym: "Spróbuj". Ogóreczki, woda i stanie na głowie. A ja sobie popatrzę i poczekam. I może nagram filmik. Będę miała dowód, że czasami warto posłuchać starszych. Ale powiem: "To nie przejdzie".
- Babciu, mamy klęskę z tymi ogórkami, co?
- Masz na myśli klęskę urodzaju?
- Tak. Kiedy plonów jest za dużo, mówi się "klęska". Ale jakby co, wiem, co znaczy to słowo. Nie trzeba mi wyjaśniać. - W moim głosie brzmi coś w rodzaju ostrzeżenia i babcia od razu to wychwytuje.
- I wiesz, że to niezbyt trafne zestawienie? Urodzaj to wielkie szczęście.
- Rozumiem. Czyli znowu kisimy?
- Tak, dzisiejszy wieczór upłynie nam na kameralnym kiszeniu ogóreczków.
- To też uwielbiam! Zgasimy telewizor! - Wpada mi do głowy pomysł na tyle nierealny, że babcia zamiera w pół gestu.
- Mówisz serio? Przymusu nie ma. Potrzebujesz, to włączaj. Zawsze do usług.
- W każdym razie spróbuję.
Może nie rozumiecie do końca tej sprawy z telewizją. Powiem wam na razie tyle, że kiedyś włączony telewizor był moim jedynym wsparciem. Chyba już o tym wspominałam, ale nie znacie skali tego zjawiska. Jeszcze nie doszłam do tego etapu, kiedy mogę żyć bez telewizora. Wiem, to jest źle widziane, ale babcia mnie rozumie. A nawet zauważyła postęp i pochwaliła mnie. Postęp polega na tym, że wcale nie muszę patrzeć na ekran ani nawet słuchać. Wystarczy, że odbiornik sobie szemrze w tle. Mogę być nawet tyłem do telewizora i jest dobrze. Coraz lepiej. Czuję, że już chyba go nie potrzebuję.
Chowam do plecaka butelkę z wodą mineralną. Ale troszkę za długo przypatruję się przezroczystej cieczy, która w połączeniu z surowymi ogóreczkami nie wygląda za ciekawie. "Czysta woda zdrowia doda" - przemyka mi przez myśl i znowu atakuje mnie wspomnienie.
Kiedy zrozumiałam, że moja mama potrzebuje pomocy? Że obie potrzebujemy pomocy?
Gdy zrezygnowała z filtra.
Najpierw miałyśmy taki filtr nałożony na kran. Nasze mieszkanko w Rzeszowie (trzecie piętro w wieżowcu) było już bardzo stare i rury ("cała ta ohydna hydraulika" - jak mówiła mama) zanieczyszczały wodę. To nawet było widoczne gołym okiem. Znaczy bez okularów i szkła powiększającego. Niefiltrowana woda zawierała osad: taki pyłek, proszek, a czasem cienkie płatki czegoś białego. To osiadało wewnątrz naczyń, a nawet można było złapać to palcem (po dotknięciu od razu rozpadało się na niewidzialne cząsteczki). Mówi się na to: "Kamień", chociaż wcale nie przypomina kamienia.
Zrozumiałe, że woda do celów spożywczych musi być oczyszczona za pomocą filtra. Zmieniało się wkład - co dwa miesiące, o ile pamiętam. Kupowałyśmy te wkłady - takie wałeczki - w niebieskich pudełkach.
Odkąd pamiętam, filtr zawsze był.
Aż kiedyś kran się popsuł. W dodatku strasznie dużo kosztował gaz z piecyka do podgrzewania wody. I mama postanowiła zainstalować podgrzewacz elektryczny. Nie sama, zrobił to hydraulik.
Problem polegał na tym, że do podgrzewacza prowadziła cienka wlewka (taka wygięta rurka i specjalny kranik), a do niej nie można było podłączyć filtra.
Na początku mama próbowała znaleźć odpowiedni model, ale się nie udało. Hydraulik przewidywał, że będzie trudno, i nie chciał angażować się w nasz problem. Nie oddzwonił.
Myślę, że w końcu znalazłoby się jakieś rozwiązanie, ale mama machnęła ręką. Poddała się. Dosłownie i w przenośni. Powiedziała, że to w końcu woda pitna i dzieci w Afryce wiele by za nią dały. Strasznie się na mnie rozzłościła, kiedy nie chciałam pić wody bez filtra. Nie było jej potem przez cały dzień (mamy, nie wody), a były to wakacje, czyli dzień za dniem musiałam siedzieć sama w domu. Miałam już dziewięć lat i zaczęłam się buntować. Za nic nie chciałam zostawać w mieszkaniu, coraz częściej zdarzały się spięcia między nami. Próbowałam biec za mamą, wychodziłam na ulicę. Każdy taki wybryk skutkował jeszcze dłuższą jej nieobecnością.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jedziemy skuterem do fryzjera, do miejscowości Kobylanka. My - czyli ja i babcia.
Usługi fryzjerskie nie są częstym elementem naszego życia. Prawda jest taka, że pierwszy raz będą mnie profesjonalnie ciąć. Żeby być precyzyjną, dodam, że pierwszy raz w życiu zasiądę na fotelu w zakładzie do ciachania.
- Nie po to twoja prababcia walczyła w drugiej wojnie światowej, żeby teraz płacić za obcinanie włosów. Wtedy robiono to bez tej całej otoczki. Czasem nawet wbrew woli strzyżonych, zapewniam cię.
Moja prababcia to mama babci. Nie miałam okazji jej poznać. Tuż po wojnie, gdy świętowała nadejście wolności, siedząc okrakiem na lufie nieużywanego już działa przeciwpancernego, użądlił ją szerszeń. Nikt nawet nie słyszał wtedy o podręcznych strzykawkach z adrenaliną na wypadek reakcji alergicznej. Tak więc prababcię znam tylko z opowieści jej córki, Anny Karaś, którą teraz pukam palcem w plecy.
- Babciu! Gąbka ci się wysuwa! - krzyczę i zjeżdżamy na pobocze. Ona jednym ruchem wpycha niebieską gąbkę kąpielową pod zbyt luźny kask, podobny do miski.
- Kiedy wreszcie kupisz sobie odpowiedni kask, moja kobieto? - pytam oskarżycielsko i dyskretnie sprawdzam dopięcie własnego, całkiem nowoczesnego, okrągłego i dobrze dopasowanego kasku. Kształtem przypomina kulisty statek kosmiczny. O ile istnieją kuliste statki. Ale raczej nie.
- Warkocz pod kask, moja dziewczyno. - Babcia się chichra, zadowolona, że i u mnie wystąpiło poważne uchybienie. W życiu nie kupi sobie nowego kasku, nowego skutera też nie. Chyboczemy się na starym fosti grande retro. I tak lepsze to niż całkiem zabytkowy komar, który choć odnowiony przez babcię Annę, niezbyt nadaje się do jazdy. Często strzela focha. Ma zbyt wiele humorów i kaprysów. Gdy nagle życzy sobie stanąć w szczerym polu, po prostu robi to i nawet taki świetny mechanik jak babcia nie przekona go, by sobie odpuścił.
- Warkocz! - Długi paluch udaje, że mi grozi, ale rozmyśla się i lekko muska mnie po dłoni.
- Przecież wiesz, że od dawna nie mieści się pod kaskiem. - Wpuszczam warkocz pod bluzkę i ruszamy dalej.
Warkocz grzeje mnie w plecy, jak gruby, ciepły wąż. Mam włosy do kolan. Nigdy ich nie obcinałam. Są niemal moją tożsamością. Codziennie ludzie przystają na mój widok, szepczą, czasem nawet robią zdjęcia i wrzucają na portale. No tak, wspaniałe. Ale mam dosyć. Jestem przesycona tego rodzaju sławą. Czas na wielkie cięcie. Chcę, żeby wreszcie zaczęto dostrzegać we mnie coś poza tym, co wyrosło mi na głowie. Czas zajrzeć do wnętrza. A ręczę, że jest tam świat, który warto odkrywać.
Ale to nie jedyna przyczyna rozstania z warkoczem.
- Babciu!
- Nie pleplaj mi tu w czasie jazdy! I tak nie słyszę. - Pulchny tułów, który obejmuję, wzdryga się. Plecy w skórzanej kamizelce, znane i bezpieczne. Przywieram do nich policzkiem.
- Może i ty zdecydujesz się na porządną fryzurę, kudłatko... - mruczę nie wiadomo do kogo, bo fosti grande - stara pierdziawka - terkocze uparcie. Wiatr szumi i spowija nas falami, na przemian zimna i gorąca.
- Obcinanie włosów nożyczkami dla przedszkolaków może jest fajne. Ale efekt bynajmniej nie upiększający - szepczę marudnie, prawie bezgłośnie.
- Nie mamrocz mi w plecy, Diano, bo to rezonuje w całym ciele! - A jednak! Tej czujnej, bystrej kobiecie nic nie umknie, możecie być pewni.
- Nie pleplaj mi tu w czasie jazdyyy! - odgryzam się i wybuchamy śmiechem, który stapia się z mechanicznym kaszlem mizernego silnika naszego fosti.
- Ile masz lat, dziewczynko? - rzuca fryzjer, któremu, szczerze mówiąc, pilnie przydałaby się wizyta u fryzjera. Bardzo wysoki i chudy elf ma szopę dredów pomieszanych z lokami i kolorowymi prostymi pasmami.
- Dwanaście, a pan, mężczyzno?
Zapada cisza. Babcia robi zadowoloną minę i patrzy wyczekująco na elfa z zieloną płachtą w szczupłych dłoniach. Oj, jaki ten fryzjer podobny do elfa...
- Yyy... jestem koło trzydziestki, powiem tajemniczo. - Uśmiecha się i zmienia w miłego elfa, jednak z lekkim odcieniem urazy.
- Czyli czterdzieści? - pytam niewinnie, odwzajemniając uśmiech. Z rozmachem siadam w fotelu i dyskretnie puszczam oczko do babci.
- No, wybacz, dziewczynko, ale ledwie trzydzieści dwa mi stuknęło! - Elf robi się jeszcze bardziej urażony.
Hm. A przecież dorośli wręcz chlustają na dzieci osobistymi pytaniami. Bez zastanowienia, zawsze. Ile masz lat, jak się nazywasz, ile ważysz, jakie masz stopnie, czemu jesteś taka gruba/chuda, niska/wysoka, nieśmiała/rozbrykana, czy masz chłopaka/dziewczynę, gdzie mieszkasz? I tak dalej. Nie wolno robić z tego sprawy, jeśli nie chce się kłopotów. Ale ja właśnie ostatnio nie omijam kłopotów. Zderzam się z nimi. Czołowo.
Zaraz, ale niby dlaczego ten jeden elf ma teraz oberwać za wszystkich...?
- Żartowałam... - łagodzę. - Dałabym panu trochę ponad dwadzieścia. - I w idealnej zgodzie ustalamy szczegóły wielkiego cięcia.
- Czy mogę spytać, skąd ta decyzja? - Elf rozczesuje moje niezwykłe włosy. Zgadzam się, by je sfotografował.
Babcia wzdycha, siedząc na kanapie pomiędzy kaskami.
Wybrałaby inne warianty. Pierwszy: żebym wciąż miała tożsamość określoną włosami do kolan (kostek, stóp, podłogi, drzwi, schodów, ulicy, centrum miasteczka...). W przyszłości zapewne stacje telewizyjne - TLC lub Nowa - zrobiłyby o mnie filmy. Lubią pokazywać unieszczęśliwionych przez naturę ludzi. Tkwiłabym na wysokim stołku barowym, a ciemny welon włosów spływałby, wypełniając cały kadr (ujęcie panoramiczne). Wymarzona przyszłość...
Wariant numer dwa: babcia obcina to wszystko własnoręcznie, małymi nożyczkami z zaokrąglonymi końcówkami. I kolorowymi ramionami, każde z plastikową otoczką. Kupuje te nożyczki w Lidlu, po pięć sztuk w opakowaniu.
- Gokarty! - Wyrywam z zamyślenia elfa i babcię.
- Gokarty... Czyli...? - Fryzjer rozdziela grzebieniem długie pasma.
- Chodzi o... ten prawdziwy horror z gokartem! - obwieszczam, dozując napięcie.
- Nie ogląda pan czasem telewizji? - docieka babcia i rozpina kamizelkę na okrągłym brzuchu. Siada z powrotem i prostuje długie chude nogi.
- Nie mam telewizora - oznajmia z dumą elf, więc prędko wyjaśniam:
- To stało się niedawno, w trakcie tych wakacji. Pewna dziewczyna miała tak długie włosy jak ja. Wsiadła do gokarta, a warkocz huśtał się na jej plecach. Odchyliła głowę do tyłu...
- Rozbawiona! - uzupełnia babcia, wachlując się jednym z czasopism, których mały stosik leży na owalnym szklanym stoliku.
- Tak: rozbawiona! Rozbawiona odchyliła głowę i wtedy... Warkocz wkręcił się w tryby mechanizmu napędzającego!
- Gokarta! - To znowu babcia.
- Tak: napędzającego gokarta! - Fryzjer blednie, co działa na mnie stymulująco. - Dwie sekundy i miała zdartą skórę z głowy!!! Jak gdyby zdjęto z niej skalp. Wie pan, co to jest skalp? - Przyhamowałam, widząc, że drży mu ręka z nożyczkami.
- Wiem.
- Pewnie czytał pan kiedyś książki o Indianach - wnioskuje babcia.
- Motyw skalpów jest w nich bardzo popularny - dodaję, kończąc makabreskę o warkoczu, który wraz ze skórą głowy został w trybach gokarta.
- Żyje? - dyszy fryzjer, najwyraźniej przeciążony psychicznie naszymi opowieściami.
- Na szczęście żyje! - Opadam na fotel. - Ale żegnajcie, włosy, żegnaj, skóro. Krwi wyleciało ze dwadzieścia litrów!
- Rozumiem. Już wszystko rozumiem, dziewczynko... Zaraz... jak ty masz na imię? Jeśli można zapytać... - zastrzega, słusznie przewidując konsekwencje pytania.
- Diana. A pan?
- Tymoteusz. Miło mi.
- Mnie w sumie też - decyduję po krótkim namyśle.
- Anna - włącza się babcia, uśmiechając się dość kwaśno.
- Tymoteusz.
- Brawo.
Przez ułamek sekundy nasze - moje i babci - spojrzenia łączą się poprzez lustrzane odbicie. Jest w nich porozumienie.
- Panie Tymoteuszu - kontynuuję - taki warkocz może też zaczepić się na przykład o siodło. Albo o olinowanie jachtu. Może zostać przytrzaśnięty drzwiami autobusu.
- A gdy bandyta goni, od razu ma za co uchwycić - babcia przytacza fragment swoich przemyśleń, a ja...
Stop! Wzdrygam się, jakby ktoś krzyknął.
Czas zatrzymuje się na sekundę.
"Bandyta za warkocz chwyta".
Tak.
Babcia patrzy pytająco.
Poruszam rękami pod peleryną fryzjerską. Szelest.
"Bandyta za warkocz chwyta".
Biorę oddech i pozwalam czasowi płynąć dalej.
Znów wyglądam beztrosko. Uśmiecham się łobuzersko, dziecinnie.
- Ho, ho, żeby tylko! - Nie chcę być gorsza. - Podczas nurkowania warkocz może uwięznąć pomiędzy elementami wraku!
- Wra-ku? - słabo wydusza blady elf Tymoteusz, czochrając nerwowo swoją bujną fryzurę.
- Nie inaczej. - Babcia stuka w kask dla wzmocnienia efektu dramaturgicznego.
- To ty... Diano... nurkujesz, jeździsz konno i pływasz jachtem?
- No... nie... - przyznaję i zamyślam się nad swoim życiem. - JESZCZE nie!
Fryzjer Tymoteusz zaplótł moje włosy w sześć równych warkoczyków. Każdy z nich zagumkował u dołu i u góry. I każdy (wreszcie przyszła ta chwila) starannie ściął tuż nad górną gumką. Będzie z nich część peruki. Trudno mi sobie wyobrazić, że kawałek mnie dostanie dziecko, któremu akurat brak własnych włosów! Miłe uczucie zamusowało we mnie jak gazowana mineralna. Potrząsnęłam lekko głową. Dziwne, krótkie, bezradne włosy nic nie ważyły. Jakby odcięli mi część ciała. Natychmiast poczułam w oczach piekące łzy. Aż zabrakło mi tchu.
- Dobrze. Dobrze zrobiłaś, odważna dziewczyno. - Babcia cichutko podeszła do mnie i pogładziła mą zdezorientowaną łepetynę. - Oho! Jeszcze będziemy...
- Wiem, dobra kobieto. - Od razu przestałam pociągać nosem. - Jeszcze będziemy tańczyć na moim weselu.
- Z nowymi włosami pod białym welonem. - Najwyraźniej Annie Karaś nie przyszło jeszcze na myśl, że nici z wesela i welonu. Nie planuję. Żadnych żon i matek. Definitywnie. - Potrząsnęłam tym, co mi zostało na głowie, ale już o wiele weselej. O, jak lekko. Jakby stale wiał wiatr.
- Uwolniłem cię - podsumował elf. - A teraz uformujemy prawdziwą fryzurę. - Zaszczękał długimi, lśniącymi nożyczkami. W końcu to najlepszy fryzjer w Kobylance. I jedyny.
Odwzajemniłam uśmiech, a Tymoteusz spakował moje warkoczyki do foliowej koperty.
Usadowiłam się na podłużnym siodełku naszej jakby wciąż zmęczonej pierdziawki. Poklepałam się po kieszeni czarnej kurtki. Miałam w niej pisemne zaświadczenie od fryzjera, że ja, Diana Sadowiak, z własnej woli oddałam swoje włosy fundacji Rak'n'Roll.
Zapięłam kask, skrywając nową fryzurę. Moje ramiona odruchowo szukały baryłkowatego tułowia babci. Nie ma go. Babcia stoi i nie wpycha gąbki pod dyndający kask.
- Zasnęłaś? Brum, brum! - przypominam się.
- Zobacz, Diano.
Staję obok niej i wykrzykuję:
- Och!
Ktoś przeciął tylną oponę w skuterze!
Wszerz. Nie za głęboko, ale wystarczająco, by nie móc już z niej korzystać.
- Co teraz? Kto to zrobił?! - Zupełnie zapominam o włosach.
Elf Tymoteusz załamuje ręce.
- Najmocniej przepraszam, kręcą się tu chłopaki, wakacje mają, nudzą się... To nie pierwszy raz... - pojękuje.
- Są gorsze kataklizmy na świecie! - Babcia z pewnością już znalazła punkt odniesienia dla naszego problemu. - Chyba jeszcze żyjemy, co? Chodzimy, oddychamy, śmiejemy się. - Mruga do mnie, wyjmując kufer z narzędziami i telefon. - Trzymaj, Diano.
I już znowu działamy. Ja i ona.
Opona jest do wyrzucenia.
- Ale, babciu... Przyznaj sama. - Zdejmuję kask. - Nastawiłyśmy się na wielkie cięcie. No i mamy wielkie cięcie.
- Teraz ty. Nie śpij, myśl - taka zachęta wyrywa mnie z błogiego letargu. Rozwalona na dużym żółtym pontonie, obserwuję kołyszące się trzciny. Spod przymrużonych powiek wymykają się rozmazane czarne kształty. Znikają między trzcinami. To łyski. Żyją ich tutaj setki. Lubię te ptaki, są takie uporządkowane i uparte. I śliczne - lśniąco czarne, ze swoimi białymi łysinkami. Dobrze opiekują się dziećmi. O, kilka maleńkich łysiątek zapiszczało między trzcinami. Niespokojna gruba łyska odpowiada im gardłowym gulgotem. Porozumienie.
U nas też porozumienie. Ponton czule harmonizuje nasze ciała i umysły. Razem w górę, razem w dół. Plusk, plusk.
Dokąd płyniemy? Donikąd. Do połowy zanurzone wiosła bezradnie taplają się w ciemnozielonej toni.
- Baaabciu... - Przeciągam się. - Oddam ci ruch. Nie mam siły. Upał.
- No, jak chcesz. - Na drugim końcu pontonu babcia zaciera rączki. Spod jej kapelusika na wszystkie strony sterczą białe, niegrzeczne włosy. - Jak chcesz, Dianko. Ale żeby nie było. - Jej błękitne oko niebezpiecznie błyska i wtedy otrząsam się z rozleniwienia.
- Sekunda, zmieniam zdanie! Nie oddaję ci ruchu.
- O, co za szkoda, co za żal... - Anna Karaś chichocze i zazdrośnie zakrywa swoje płytki z literami. Jej biała, zbyt luźna bluzka wygląda niemal jak żagiel. Skrzeczący głos sprawia wrażenie, jakby nie mówiła do końca serio. Taka babusia Jagusia z teatru. Ale ona jest bardzo serio. Na szczęście. Mogę być spokojna.
Na środku pontonu rozłożona jest plansza do scrabbli. Tych podróżnych, miniaturowych, z okienkami do wciskania liter. Nie wypadną, nie ma obawy. Gramy w scrabble na pontonie. To nasz rytuał. Od zawsze. To znaczy, odkąd spędzamy tu wakacje. Czyli od dwóch lat.
- Układam, babciu. - Poprawiam moją błękitną czapkę z daszkiem. I czarne kocie uszka - takie przyczepione do czarnej przepaski, którą nakładam na czapkę. Nie rozstaję się z nią. To dlatego niektórzy mówią na mnie "kocie uszy". Teraz, kiedy mam krótkie włosy, te aksamitne uszy przykuwają uwagę. Charakterystyczny element. Każdy człowiek ma jakiś charakterystyczny element.
- A istnieje słowo "kroć"? - Moja dłoń z literą "ć" zawisa niepewnie nad planszą.
- Hm... Albo "krocie", czyli dużo, wiele; albo "troć", nazwa ryby.
- Czyli nie istnieje...
- Niestety.
- A może istnieje... - Nie udaje mi się dokończyć, przerywa mi krótkie "bum" i nasz ponton na chwilę traci stabilność, puknięty w miękki bok dziobem kajaka.
- Władek!!! Przestań!!! - drzemy się wspólnie, ratując naszą planszę.
- Dzień dobry i cześć! - Na kajaku balansuje gruby, wysoki i niesamowicie opalony chłopak. Włosy ma w zasadzie białe, brwi też. Władek, mój wakacyjny kolega. Miejscowy z miłej pobliskiej wioski o śmiesznej nazwie - Jęczydół.
Teoretycznie nieletni chyba nie mogą samodzielnie pływać sobie kajakami bez opieki. Ale opiekuj się tu, człowieku, każdym osobno, gdy ma się siedmioro dzieci, roboty po uszy, sad, zwierzęta i pracę!
- Władziu, dobry, dobry, ale kiedyś puknę tę burtę moim wiosłem, aż zadrżysz razem z kajakiem, jeśli nie zmienisz sposobu powitania. - Babcia grozi mu prostym kościstym paluchem i podwija wyjątkowo długie nogi pod okrągły, wystający brzuch. Moja babcia to chyba cała jest charakterystycznym elementem.
- Pani zobaczy, ile wyłowiłem - nie zraża się Władek, wskazując na niebieski wór wypełniający połowę kajaka.
- Władziu, nie możesz tak po prostu wyławiać śmieci. - Babcia cmoka z dezaprobatą. - Złapiesz jakieś zarazki. Do tego potrzebny jest specjalny sprzęt.
- Mam gumowe rękawiczki. - Brudne, kiedyś żółte, teraz szarawe coś spoczywa na dnie kajaka. Drugie coś tkwi na pulchnej dłoni.
- Powinny być jednorazowe. Od ilu dni ich używasz?
- Nie liczyłem. O, proszę.
- Co za ohyda. - Wychylam się z pontonu, zatykając sobie nos.
- Prawie same reklamówki. Z naciskiem na "prawie". - Chłopak bierze w dwa palce coś ciemnoszarego, bezkształtnego, za to... jakby... z twarzą. - Uratujesz go, Dianka?
- To chyba... piesek. - Przez podaną mi przez babcię reklamówkę chwytam nieszczęsnego pluszaka. Uuu, niemal rozpada się w moich dłoniach. - To będzie wyzwanie.
- A my lubimy wyzwania - przypomina moja dobra kobieta i proponuje Władkowi obranego ogórka. Uwielbiamy ogórki. Bez kilku ogórków w pudełku śniadaniowym nie ruszamy się z domu.
- Lubimy. - Kładę mokre pluszakowe zwłoki obok planszy, a Władek przywiązuje kajak do naszego pontonu.
W niebieskim worze na śmieci - jak zwykle - szarzeje mętną wilgocią ludzki byt. Halo, świecie, to my, ludzie. Jesteśmy! Patrz!
Opakowania wszystkich możliwych produktów z pobliskiego sklepiku. I z wielu innych. Zużyte pieluchy. Oczywiście - to już prawdziwa zgroza - butelki, także te szklane, nadtłuczone, groźne z powodu swoich nieregularnych krawędzi. Jednorazowe kubeczki, tacki, rurki, sztućce i talerzyki. Reklamówki, woreczki, chusteczki, kapsle, tubki, szprychy, części garderoby, puszki... "I inni" - myślę - jak w napisach końcowych filmu, gdy podaje się obsadę i zostają mniej ważni artyści. "I inni". Gdy byłam mała, myślałam, że "inni" to nazwisko aktora, który gra w każdym filmie. Dziwiłam się, że "inni" (pewnie Włoch, bo oni mają nazwiska kończące się na "i") daje radę grać w tylu filmach. Ten Inni intrygował mnie, aż ktoś mi wreszcie wyjaśnił, o co chodzi. Ktoś - nie wiem kto. Aż mnie zatkało ze zdziwienia. To mój Włoch - Inni - nie istnieje?
- Władziu, mogę cię sfotografować? Umieszczę zdjęcie na mojej stronie. Może ktoś cię zasponsoruje... Albo spopularyzuje podobne działania wakacyjne. - Babcia wyjmuje aparat.
- No, jak tam pani uważa, ale to nie pasuje tematycznie - wydziwia chłopak, choć już się pręży ze swoim pełnym śmieci worem. Przez całe lato oczyszcza nasze ulubione jezioro. A ludzie wciąż wrzucają kolejne paskudztwa. Jakby nie było śmietników.
- Już ja sama wiem, co pasuje, i ręczę ci, że pasujesz do krzes-wow.pl. Moja strona zrzesza kulturalnych, wrażliwych ludzi.
- A mniej kulturalni nazywają mnie śmieciarzem. Da im pani pożywkę. Ale spoko, zawsze to jakaś reklama - uspokaja się Władek, kierując otwór wora prosto w obiektyw.
- Powinni cię cenić za tę inicjatywę, oczyszczanie Miedwia. Jesteś lokalnym dobrem. - Pewność w głosie babci nie przekonuje ani mnie, ani Władka.
- Kiedyś nawet prawie go pobili. I mówią: "Śmiecionurek" - wyjawiam, lecz Władek trąca mnie dyskretnie, więc się zamykam.
- Ale nie pobili?
- No... nie.
- Zgłosimy to. I kupię ci zapas rękawiczek. - Babcia bez przerwy pisze petycje, podania i interweniuje w różnych beznadziejnych sprawach. Już widzę, że przejęła i tę. Należy do ludzi, którzy szukają kłopotów. Są plusy takiego podejścia. Ale są i minusy.
Kiedy babcia fotografuje samozwańczego "czyściciela Miedwia", a potem przeprowadza z nim wywiad, układam jej taki wyraz na planszy, że odechce się jej scrabbli na wieki. He, he. Splatam ręce pod głową, oparta o mięciutki żółty brzeg pontonu. Obserwuję ludzi na plaży.
Trochę mi gorąco w rybaczkach, ale nigdy nie noszę krótkich spodenek. To przez moją wielką bliznę na udzie. Właściwie to nie sama blizna, ale całe wgłębienie, którego na razie nie udało się ładnie wypełnić. Pokryte nieco przykurczonymi tkankami skóry w kilku odcieniach czerwieni i bieli. Tak to wygląda. Niby już się do tej blizny przyzwyczaiłam, jest częścią mnie. Ale wolę za często na nią nie patrzeć. Nie miałabym jej, gdyby nie... Później wam o tym opowiem, bo musiałabym zacząć od najwcześniejszych wspomnień. Jeszcze musicie poczekać.
Wychylam się poza pulchną krawędź pontonu, przeglądam w wodzie. Mój pulsujący lekkimi falkami wodny portret pokazuje twarz z ciut zapadniętymi policzkami. To nie za bardzo pasuje do reszty, bo jestem lekko (zbyt!) zaokrąglona. Szerokie usta z dużymi zębami. Za duże oczy o jasnoszarych tęczówkach - jakbym stale czemuś się dziwiła. Włosy, odrobinę falujące (jak jezioro), od niedawna niezbyt imponującej długości - opadają mi na czoło, aż do brody. To ja, jeziorna wiedźma, drakulka-brzydulka. Dosyć.
Kieruję wzrok w zielonkawą ruchomą przestrzeń. I dalej, na plażę.
I wtedy to dostrzegam.
Charakterystyczny element. Zrywam się na równe nogi, o ile coś takiego jest w ogóle możliwe do wykonania na pontonie. Muszę to zobaczyć z bliska.
- Babciu, mogę pobawić się z Władkiem na brzegu? Mamy do pogadania.
- Sami? To znaczy we dwójkę? - dziwuje się babcia, bo pierwszy raz zasygnalizowałam potrzebę odosobnienia. Na godzinkę, dwie. Dla mnie samej jest to zaskakujące. Ja przecież zawsze z babcią, zawsze. Nie chcę wolności, miałam jej w życiu aż za dużo. Marzyłam o kontroli i obecności. Wygląda na to, że już się trochę uspokoiłam, skoro mam odwagę na chwilę samodzielności.
- Chyba tak... - Zdejmuję jej okulary przeciwsłoneczne i przeglądam się w jej oczach. - Na pewno tak... To jak? Mogę?
- Skończymy grać podczas następnego rejsu. Moja duża wnuczka ma swoje sprawy - w mig załapuje ta błyskotliwa kobieta (babcia, gdybyście się pogubili!), a ja ściskam ją za rękę, z wdzięcznością i na zapas.
- Poczekasz na mnie w zatoczce? - Jeszcze nie puszczam twardej i ciepłej dłoni.
- To oczywiste. - W jej głosie dźwięczy spokój. - Leć, Dianko. - Oddaje mi uścisk. Czuję musującą falę wdzięczności.
Oczywiste.
Jakie to jednak nieoczywiste.
Przypinam do paska etui z komórką.
Potem zręcznie przechodzę do kajaka.
- Władek! Władek, skończ to gwiazdorzenie. Patrz. I mów, co widzisz. - Biorę w dłonie jego wielką okrągłą głowę i obracam we właściwym kierunku. - No? Co widzisz? Tam, na plaży, na rozkładanym krzesełku. Nazwij to.
- O kurczę... To... garnitur.
Zwykle nie korzystamy z plaży. Tylko tyle, żeby odbić pontonem czy kajakiem i się oddalić. Właściwie nie należymy do planety plażowiczów. Władek pochodzi z Jęczydołu, a kajak na stałe zacumowany jest w morzyczyńskiej zatoczce. Ja z babcią nie wynajmujemy domku jak turystki. Nie mamy też wypasionej letniej rezydencji. Nasz podłużny drewniany domek w kształcie piórnika to własność Anny Karaś, a kiedyś jej męża, Edzia Karasia. Znaczy... dziadka. Znam go tylko z opowieści. Dziesięć lat temu był uprzejmy poślizgać się na łyżwach na środku zamarzniętego jeziora. "Tylko na moment, by uczcić nowy rok" - uparł się, no i uczcił nowy rok. Spektakularnie, bo własnym pogrzebem, jak mówi babcia. Mówi też, że gdyby wiedział, że ma wnuczkę, byłby bardziej odpowiedzialny. Żałuję, że nie zdążyłam spotkać dziadka Edzia. Ale wtedy przecież go nie znałam. Ani babci.
- Dianka, on naprawdę opala się w garniturze. - Siedzimy z Władkiem na zbyt małym ręczniku i z zacięciem obserwujemy chłopca... chłopaka... Nie, raczej chłopca sztywno wbitego w płócienne krzesełko. Odprasowany szary garnitur. Na głowie biała czapka, duża i dziwna. Też jakby taka... wyprasowana. Pałąk słuchawek na czapce. Nieco dwuznaczny uśmieszek - jakby tylko czekał na jakiś odzew, reakcję.
W ogóle się nie porusza.
- Ale dziki transfer na naszej plaży. Ciekawe, kto nam tu sprzedał ten manekin w garniturku. - Słyszę i czuję ciepły chuch prosto w moje ucho, to prawdziwe, nie kocie.
- Przestań tak się gapić. Każdy nosi, co ma. Tolerancja, mówi ci to coś? Każdy jej wymaga, ale sam... - powtarzam słowa babci, lecz o mało oczy mi nie wyłażą z orbit.
- Uważaj z tymi kocimi uszami, bo wyprujesz mi oko - rzuca Władek, po czym nieco odsuwa mnie od siebie.
- To się do mnie tak nie przybliżaj.
- Niby jak mam siedzieć na tej ściereczce, żeby się nie przybliżać?
- Na piasku, to proste.
- Sama sobie siedź na piasku.
- Ty mnie, Władek, nie denerwuj. Odbiło ci od tego gwiazdorstwa. - Chyba jestem trochę zazdrosna o zainteresowanie babci. Mnie nie proponowała wywiadu. Nie umieściła na stronie. Chociaż ja bardziej pasuję do tematu krzes-wow.pl, bo przecież pomagam jej przy tych krzesłach. Kiedyś miała pełną stolarkę w Gryfinie (tam mieszkamy), ale po śmierci dziadka Edzia sprofilowała się - jest specjalistką od drewnianych krzeseł. Z obiciami i bez obić. Nawet do teatrów robi. A moje ręce też już niejedno potrafią w tej branży. Nikt tak nie szlifuje małych powierzchni jak ja.
- Dianka, no co ty? - Odrywa wzrok od chłopca w garniturze. Robi mi się głupio. Bo jednak Władek to jest... Władek. Dobry chłopak. Odważny. Zawsze po mojej stronie. Choć nieraz mam wrażenie, że nasz fosti grande ma spory udział w tej przychylności.
- Żartowałam, balonie. - Pstrykam go lekko w wystające poza ręcznik opalone udo.
- Odkąd ścięłaś włosy, to trochę dziwna się zrobiłaś. - Krzywi się i zaraz rozpogadza. - Ale jedno ci powiem: ta wersja też jest w porządku.
- Skup się na sobie.
- Lepiej na nim. - Patrzymy, jak "garniturek" bierze duży rogal z rąk pani z bardzo prostymi włosami. Pani rozstawia biały plastikowy stolik, układa na nim sztućce (prawdziwe, stalowe, nie jednorazowe!) i talerze. Starszy pan z lokiem wieńczącym długą brodę wynosi z samochodu duże srebrne termosy i... filiżanki... tak, tak to się nazywa, przypominam sobie: filiżanki.
- Nigdy nie używałam tak eleganckiego zestawu.
- Ja też nie - szepcze Władek. - Nawet na imieninach.
Bo imieniny są w rodzinie Władka dosłownie co chwilę. To prawdziwa wielopokoleniowa rodzina. Samych braci ma Władek czterech. Nie licząc sióstr. Nawet już jest wujkiem! Pomyśleć: trzynastoletni wujek!
"Garniturek" wstaje z krzesła, podnosi je i stawia blisko stołu. Jego czarne lakierki pokrywa jasny, niezbyt już czysty w sierpniu plażowy piasek. Inni plażowicze też przyglądają się przez chwilę, ale zbyt są zajęci swoimi grillami. Pani (może mama "garniturka"?) ma idealnie dopasowaną suknię. Pan - kanciasty szary garnitur. To jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Dorośli pochodzą z przeszłości. Niektórzy są do niej bardzo przywiązani. Wręcz boją się od niej oderwać. Tak mówi babcia. Ona miała odwagę oderwać siebie od przeszłości. I nie tylko siebie.
Wyprostowani ludzie przy stoliku mówią sobie "smacznego". Kiwają powoli głowami. A nas już bolą karki od tego nieruchomego wpatrywania się w to... w to... w to zjawisko!
- Jazda stąd, bachory! - krzyczy na nas krótko ostrzyżony, brzuchaty pan w luźnych gaciach. Tak się zagapiliśmy, że podeptaliśmy jego koc.
Już od tygodnia codziennie obserwujemy "garniturka", przez co musimy regularnie przebywać na plaży. Uprzejmość nie jest mocną stroną plażowiczów. Pan trzyma w ręku aluminiową tackę z upieczonym plastrem karkówki. Kiedy macha w naszą stronę, by wzmocnić siłę przekazu, karkówka zsuwa się z tacki i ląduje pod stopami Władka.
- Bachory, no i co przez was?! - Pan żałuje ubrudzonego plastra, który po sekundzie zostaje porwany przez buldożka francuskiego, a psiaków tej rasy każdego dnia jest tu co najmniej kilka (obok yorków, maltańczyków, shih tzu i chihuahua). Taka tendencja.
- Uduszę was, bachory! - naciera były bachor, rzucając tacką, więc wiejemy przed siebie i za siebie, na oślep, byle dalej, i po chwili...
- Och! - Elegancka pani w sukni chwyta się za głowę, a my upadamy prosto pod nogi "garniturka", niemal zwalając go z krzesełka. Władek przygniata mi plecy, przez co omal nie wymiotuję. Stara się szybko podnieść, zahacza zwalistą nogą o wolne krzesełko starszego pana w garniturze i upada powtórnie, tym razem przygniatając mi bose stopy. Czas się zatrzymuje. Tak niekiedy mam, ze strachu. On naprawdę się zatrzymuje. Ale zaraz popycha go do przodu śmieszny głos. Trochę jak krasnala z kreskówki.
- Dzień dobry, dziewczynko. Mniemam, że te kocie uszka należą do ciebie.
Powoli unoszę zapiaszczoną twarz. Władek siada, rozcierając ramię. Pomaga mi podnieść się z piachu. Otrzepuje moją bluzkę. Dopiero potem patrzymy w kierunku głosu.
Przed nami stoi na baczność chłopiec w garniturze. Trzyma w smukłych (bardzo czystych!) dłoniach moją przepaskę.
- Dzień dobry, koleżanko i kolego z plaży.
- Siemka - sapie Władek.
- Przepraszam, myśmy nie chcieli. Dzięki. - Ostrożnie biorę od chłopca kocie uszka. Odważam się spojrzeć. Cała trójka - chłopiec, pani i pan - stoją nad nami z zatroskanymi minami.
- Adolf Szkanf - przedstawia się chłopiec, gdy wszyscy razem siedzimy już wokół stolika.
Onieśmieleni odwzajemniamy kolejne uściski dłoni. W brudnych koszulkach czujemy się trochę nie na miejscu.
Co ja mówię! Jesteśmy nad jeziorem. To oni są nie na miejscu. Chyba...
- Diana. - Uważam, że na początek samo imię wystarczy. Przecież nie wiemy, kim są ci ludzie. A jeśli przybyli tu z kosmosu?
- Władysław Kupiński. - Władek stara się sprostać sytuacji.
Chłopiec... to znaczy... Adolf... o głosie krasnoludka od razu wie, co odpowiedzieć. Ja bym miała kłopot.
- Reprezentujesz jednoosobową firmę oczyszczania Miedwia, jak zauważyłem. Miło nam was gościć.
- Skąd wiesz o tym oczyszczaniu? - Otwieramy usta ze zdziwienia.
- Już przeszło tydzień obserwuję otoczenie. Twoja działalność nie uszła mojej uwadze. Cenne, bardzo cenne. Wskazane byłoby wsparcie.
Nie miałam pojęcia, że i on nas obserwuje.
- A ty, Diano... - Adolf Szkanf spogląda na mnie maleńkimi szarymi oczkami. - Ty, jak mniemam, jesteś tu z babcią na wakacjach.
Milczę. Długo. Po czym wypowiadam tylko półtora zdania. Ani słowa więcej.
- Nie, Adolfie. Jestem z nią na całe życie.
- Wychodzę.
To słowo, twarde i wciskające mnie w ciemność, jest moim pierwszym wspomnieniem. Powinnam powiedzieć "wciskającym mnie w poduszkę", bo pamiętam je jeszcze z czasów, gdy przeważnie leżałam w łóżeczku.
- Wychodzę.
To oznaczało namacalną, prawdziwą, wcale nie w przenośni samotność.
"Wychodzę" oznaczało brak mamy. Brak wszystkich. Czekanie. Długie godziny nasłuchiwania. Podobno ludzki organizm tylko podświadomie pamięta słowa z najwcześniejszego okresu życia. Pamięta się odczucia, dźwięki, zapachy. Czasem kolory.
Ale ja dokładnie pamiętam to słowo. Moje łóżeczko miało białe szczebelki, których długo nie mogłam sforsować. To "wychodzę" przelatywało między szczebelkami i jakby uderzało mnie w głowę. Wtedy zaczynałam płakać. Zanosiłam się szlochem niemal bez przerwy, aż gardło odmawiało mi posłuszeństwa, i milkłam, rzężąc i kaszląc. Pamiętam mój krzyk. Miałam wrażenie, że to nie ja, że to krzyczy inne dziecko. Jednak to byłam ja.
Tak, przychodziła opiekunka. Później inna. I wiele, wiele następnych.
Ale przy każdej byłam niepocieszona. Jakbym przeczuwała, że wkrótce nawet opiekunki ze mną nie będzie.
Zaraz... pamiętam, że jedną lubiłam. Miała grube, czerwone usta i równie grube czarne brwi. Tak jakoś... podobała mi się. Była łagodna.
Przy innych wrzeszczałam, ile tylko się dało.
Myślę sobie teraz: przecież sąsiedzi musieli mnie słyszeć. Takie małe mieszkanka. Nikt niczego nie zrobił, nie sprawdził. Co w tym dziwnego, że dzidziuś płacze?
Ale czy to źle? Co by mi przyszło z jakiejś kontroli? Nie wiem. Mogę się tylko zastanawiać. Chociaż...
...miałam nie wracać tak często do "dawnego" życia, bo jak długo można przerabiać jeden temat?
Wyznam wam szczerze, że taki temat, niestety, przerabia się w nieskończoność.
Później, kiedy już byłam przedszkolakiem, myślałam, że to normalne. Że wszystkie matki mówią: "Wychodzę" i nie ma ich przez pół dnia, czasem cały dzień, gdy jest to sobota lub niedziela, lub święto. Wakacje stanowiły prawdziwe wyzwanie. Nie wyjeżdżałyśmy, nigdy. Mama wychodziła na cały dzień albo długo spała, połknąwszy kilka tabletek. Nie wiedziałam wtedy, że u innych tak nie jest. Zdawało mi się, że wszyscy rodzice wychodzą albo łykają tabletki i śpią.
Uwielbiałam przedszkole. Kiedy inne dzieci wyły w protestach, czepiając się rąk rodziców, ja chętnie szłam do naszej sali, w której nigdy nie byłam sama. Spokojnie spałam podczas leżakowania. Kochałam panie opiekujące się nami i pana od rytmiki, który ubrany w fioletowe legginsy podskakiwał z nami w kółeczko. Starałam się jak najlepiej wykonywać przedszkolne zadania. Wszystko mi się podobało. Byłam chwalona i solo tańczyłam w przedstawieniach, szczęśliwa, że jest ze mną tyle osób, że dorośli nieustannie zajmują się mną - małą przedszkolaczką. Nie widzieli powodów do niepokoju. Moje ubrania były czyste i ładne, włosy uczesane. Nie było widać żadnych rys na tym obrazku.
Smakowały mi obiady i desery.
W domu było zupełnie inaczej. Sama się bawiłam, sama sięgałam po jedzenie - niechętnie, bo nigdy nie miałam apetytu. W mieszkaniu zawsze było dużo zapasów, nie głodowałam. Chleb, herbatniki, bułki, czekolada, płatki, soki w kartonach (o ile udawało mi się je odkręcić). W lodówce parówki, serki, kabanosy, jogurty. Na stole czasem termos z herbatą lub zupą. Jednak niewiele mieściłam w wiecznie ściśniętym żołądku.
Oglądałam bajki w telewizji. Co się tylko dało. Postacie z kreskówek stanowiły moją rodzinę. Każdy potrzebuje kogoś ze swojego gatunku. Nie miałam ich na żywo, no więc zadowalałam się obecnością ludzi na ekranie. Wpadałam w seriale jak w ramiona bliskiej osoby. Rozmowy, śmiechy, kroki, płacz. Obecność.
Czasem nie były to bajki. Gdy miałam pięć lat i po powrocie z przedszkola słyszałam: "Wychodzę", znikałam w świecie zupełnie niebajkowym. Doskonale orientowałam się, kto kogo dziś dręczył i w jaki sposób. Ile osób zginęło w wypadkach, a kogo zamęczono na wojnie. Oglądałam spoty o dzieciach, które zaginęły bez wieści, i cieszyłam się, że jestem w mieszkaniu i mam dobrą mamę, która mnie zamyka. Może po prostu boi się, że zaginę?
Ale... przecież mogłaby trzymać mnie za rękę, gdybyśmy częściej wychodziły razem. Nawet bez tego umiałam bardzo grzecznie iść, pilnowałam się. Czasem musiałam podbiec, gdy szła zbyt szybko. Na ogół szła zbyt szybko.
W sklepie nigdy nie marudziłam, nie upierałam się, że chcę zabawkę czy coś słodkiego. Robiłam, co trzeba, czyli nie sprawiałam kłopotów. Cieszyłam się, bardzo się cieszyłam ze wspólnych zakupów, gdy wracałyśmy z przedszkola.
Nie była zła.
Nigdy mnie nie biła. Więc o co mi chodzi? Jak to określić?
Była na mnie zawsze... obrażona. Tak, to właściwe słowo. I chyba trochę się mnie brzydziła, choć odkąd pamiętam, nie protestowałam przy myciu, chciałam być czysta i pachnąca, by miło się mnie tuliło. Ewentualnie. A potem sama szorowałam się najlepiej, jak umiałam. Ale to nie działało. Starała się mnie nie dotykać.
Boczyła się na mnie.
Nie rozmawiała, lecz informowała.
Nie opiekowała się, lecz obsługiwała czy też hodowała. Karmiła, kupowała ubrania. Prowadziła do przedszkola.
Niestety, nie można mnie było po prostu podlać jak roślinkę i wyjść, więc od czasu do czasu wpadałam w histerię. Rzucałam się do jej nóg, wiłam jak robal, chwytając ją za spodnie i wrzeszcząc: "Mamaaaa! Nie idź! Mama, nie idź!!!".
To był błąd. Wtedy miałam gwarancję, że naprawdę, naprawdę długo będę tego dnia sama.
Jakby... zniechęcała się do mnie na dobre.
Czasem płakałam, leżąc przy drzwiach. Kiedy już mocno bolały mnie plecy, a nos kompletnie mi się zatykał, szłam na czworakach do dużego pokoju i włączałam telewizor (komputer też był w domu, ale internet nieaktywny). Wkładałam do ust wszystkie palce prawej dłoni naraz i zapadałam powoli w sen niesen. Czasem rzeczywiście zasypiałam. Zazwyczaj nie wypuszczałam z objęć pluszowych zwierząt: psów, tygrysów, kotów, węży. Miałam ich całe stosy.
Ona mi je kupowała. Może wiedziała, jak bardzo będą potrzebne. Mówiłam wam, że nie była zła.
Kiedy miałam zajęte ręce, wkładałam miękkiego psa czy małą poduszkę pod bluzkę albo do spodni. Chciałam czuć coś blisko, bliziutko. To mnie trochę uspokajało.
Bywało, że miałam dobry nastrój i wtedy urządzałam przedstawienia dla moich zabawek. Byłam tancerką, a one patrzyły na mnie. Każda muzyka porywała mnie do tańca. Wymyślałam kroki i układy ruchowe. Nauczyłam się też profesjonalnych ukłonów. Jakoś sobie radziłam. Z tańcem i z życiem.
Tak to wyglądało.
Żyłam od jednego "wychodzę" do następnego.
Całe szczęście, że ona... mama... zawsze wracała na noc.
W nocy spacerowałam po mieszkaniu, nasłuchując pod zamkniętymi drzwiami jej pokoju. Zamykała się. Ale przynajmniej tu była. To musiało mi wystarczyć.
Nie miałyśmy większej rodziny. To znaczy... tak myślałam. Że nie. Mieszkałyśmy w Rzeszowie. Jak na obcej planecie, tylko my dwie. Inne dzieci miały jakieś ciocie czy dziadków. Mama nie chciała ze mną rozmawiać na ten temat. Mówiła, że urodziła się na drugim końcu Polski. Dla mnie ten "drugi koniec" był daleko, tak daleko, że nie do ogarnięcia myślą, a co dopiero kilometrami.
Podobno mój tata wyjechał na zawsze, jeszcze przed moim urodzeniem. Tyle że nie na drugi koniec Polski, ale na drugi koniec świata. Tam gdzie się mówi po australijsku. Tak sobie to tłumaczyłam, bo niby po jakiemu można mówić w Australii. Tata nawet mnie nie widział. Był taki... oddzielony. Wiele moich koleżanek miało po jednym rodzicu, więc akurat to było dla mnie mniej więcej do przyjęcia.
Ale wiedziałam, że to raczej my dwie byłyśmy oddzielone. Także od siebie.
Nawet nie byłyśmy podobne. Myślę, że albo wdałam się w tatę, albo jeszcze inaczej. Może byłam podobna do jakiejś cioci czy babci? Miałam dość ciemne włosy, bardzo, bardzo długie. Falowały, ale nie były to loki, raczej lekkie zakręty. Mama miała proste i jasne, rzadkie, ale napuszone. Jakby dopiero co się obudziła. Moje brwi były ciemne i cienkie, a te mamy - jasne, podkreślone brązową kredką. Ona była wysoka, ja raczej niska jak na swój wiek. Za to obie byłyśmy szczupłe, prawie chude. Jej oczy miały kolor jasnobrązowy. Moje - jasnoszary. Nic się nie zgadzało. Za to dostrzegałam pewne podobieństwo w kształcie ust - szerokich, o ładnym kształcie. Chyba mówi się na to: "Wyrazista mimika". Taką właśnie mimikę miałyśmy.
Mama nie była młoda, późno mnie urodziła. Miała wtedy czterdzieści cztery lata. Przyszłam na świat trochę za wcześnie, nie umiałam dobrze oddychać, ale jakoś mnie uratowali. Tyle wiedziałam. I niemal niczego więcej.
Nie była zła.
Nie krzyczała na mnie. Kiedy wpadała w złość (a łatwo wpadała w złość i gniew), tak mocno do mnie mówiła, z bliska. Każde słowo przechodziło niemal z ust do ust, gdy była naprawdę rozzłoszczona i nie pozwalała nie słuchać.
Na wszelki wypadek czasami mnie przytrzymywała.
Za warkocz.
"Czego jeszcze chcesz? - syczała. - Że też dzieci zawsze są takie roszczeniowe. Ro... szszsz... czeniowe" - bum! Słowem w moją twarz.
"Roszczeniowe" - to znaczy, że ciągle czegoś chcą, oczekują, nie dając niczego w zamian. Wiem, co to znaczy, bo kiedyś spytałam panią w przedszkolu.
Nawet się nie wyrywałam. Czerpałam jakąś przyjemność z tej odrobiny bliskości.
No więc dobrze.
Niech już tak będzie i niech trzyma mnie za warkocz.
Był "haczykiem" na nią, bo każdego ranka musiała uczesać mnie i zapleść włosy. Przykładała się. Choć starała się unikać dotykania mnie, ta pieszczota (tak to odbierałam) stała się nieunikniona.
Niech ten warkocz nas łączy. Choćby w taki sposób.
O chwytaniu za warkocz nigdy nikomu nie mówiłam. Nikomu. Nawet pani psycholog, już potem, kiedy takie rozmowy stały się koniecznością.
Nigdy nie powiedziałam o tym także babci.
- Babciu, a opowiedz mi, skąd mamy to drzewko szczęścia... - marudzę, gładząc końcami palców pękate, sztywne liście stojącego na parapecie grubosza w doniczce.
- Dianko, już tyle razy to słyszałaś, dziecko. - Babcia spina szpilkami gruby materiał tapicerski. Będzie z niego pokrycie siedziska specjalnego krzesła.
- Babciu, ale nie szyj jeszcze. - Za chwilę maszyna włączy się do rozmowy, a wtedy to już sobie nie pogadamy. - Ostatni raz powiedz, jednym zdaniem. - Wącham listki naszego grubosza, ocieram je z kurzu wilgotną szmatką. To jedyna roślina, która jeździ z nami na wakacje. - Czyje kiedyś było to drzewko szczęścia?
- Należało do mojej koleżanki, którą zastrzelili.
- No tak. Prawdziwe drzewko szczęścia.
- Tak bywa. - Anna Karaś najwyraźniej nie ma dziś ochoty na powtarzane wiele razy zwierzenia.
- A te pawie pióra, babciu? - Mój palec zawisa nad pękiem pawich piór wetkniętych do wąskiego wazonu i pokrywających się kurzem. - Mówi się, że one przynoszą pecha, prawda?
- Jasne, dziecinko. To od innej koleżanki, która wygrała w lotto sto milionów i teraz mieszka...
- Wiem! W Las Vegas! - Znam na pamięć te intrygujące historyjki, co nie przeszkadza w wysłuchaniu ich kolejny raz. - I teraz jest...
- Właścicielką klubu jazzowego! - Babcia się uśmiecha, a ja ją prześcigam i krzyczę:
- Bo o tym zawsze marzyła! By promować ubogich, ale zdolnych...
- ...wo-ka-lis-tów! - drzemy się razem i dlatego nie od razu słyszymy, jak łomoczą adidasy na naszej werandzie.
- O! - Władek wpada do pokoju (nie mamy tu czegoś takiego jak "przedpokój") i przypada do babci. - To do mojego krzesła? Szalone zestawienie!
- Tak jak chciałeś, chłopcze. Powiedz mi, czy trudno jest powiedzieć "dzień dobry"? - wzdycha babcia, ale podsuwa Władkowi pod sam nos fioletowo-żółtą tkaninę.
- Skleroza. - Chłopak wali się dłonią w szerokie czoło (to naprawdę pulchne czoło; wiem, w zasadzie nie istnieją pulchne czoła, ale on je ma, przysięgam!). - Dzień dobry! Cześć, Diana. Pani mi mówi, co robić, a ja robię!
Babcia, z irytacją kręcąc głową, wstaje od maszyny i wychodzi z Władkiem z domku.
No tak. Teraz już nikt nie wyciągnie ich z warsztatu stolarskiego. Jak już mówiłam, moja babcia jest specjalistką od krzeseł. Kiedyś robiła różne ich rodzaje: uniwersalne, restauracyjne (ale tych trzeba zawsze robić bardzo dużo naraz, więc ten pomysł szybko odpadł, wielkie fabryki mebli wygrywały), kuchenne. Różne. Przez kilka lat, jak mówi, błądziła stylistycznie. Ale teraz, gdy wypracowała własną estetykę, jej krzesła są łatwo rozpoznawalne! Drewniane, z podłokietnikami, wykończone miniaturowymi rybkami (rozumiecie: karasie, od nazwiska). Babcia też jest wykończona karasiem - ma na ramieniu mały tatuaż przedstawiający tę rybkę.
Niektóre krzesła są twarde, a inne z miękkimi siedziskami, pięknie obitymi materiałem. Nawet z zagłówkami, jeśli ktoś życzy sobie takie mieć. Te krzesła fantastycznie pachną. Podobno drewnem, lakierem i impregnatami. Ale ja wiem swoje: one pachną babcią!
Nie chcę się chwalić, ale już zrobiłam swoje pierwsze krzesło. Skromne, z sosnowego drewna, raczej delikatnej konstrukcji. No dobrze, babcia nie pozwala mi jeszcze posługiwać się piłą tarczową i frezarką. Ale uczy mnie innych rzeczy i mogę się założyć, że niedługo będę śmigała całe krzesła, czarną robotę też, a nie tylko projekty, wykończenia i wygładzanie. Śruby, wkręty i gwoździe to już dla mnie pikuś. Wiertarka, wkrętarka - bułeczka z masełkiem. Mogę posługiwać się tym z zamkniętymi oczami. Nie dziwię się, że i Władek zaraził się krzesłomanią.
O, jaki się zrobił czerwony, jak to szlifuje swój skarb.
Stoję w drzwiach warsztatu.
- Jak tam, Władek? Nie zmęczyłeś się? - szukam zaczepki.
- Pilnuj swoich krzeseł. - Nawet na mnie nie spojrzy. Jak to się schyla, jaki zaangażowany.
- Uważaj, bo ci gacie zlecą. Już i tak za dużo ci widać - prycham.
- Przestań, Diana, idź albo milcz. - Czerwieni się jeszcze bardziej i podciąga spodenki. - Jak myślisz, spodoba się? - Przerywa pracę i patrzy na mnie trochę skośnymi oczami.
- Jeśli twoja mama lubi takie kształty, to na pewno się spodoba - uspokajam, ale chyba mi się nie udaje.
- To znaczy jakie kształty? - Chłopak przygląda się swojemu krzesłu o nieco rozchwianym oparciu. Nie jest zupełnie proste. Ma lekką falę. Można uznać to za charakterystyczny element.
- No... takie... nowoczesne!
- Ona jest w środku strasznie nowoczesna - wyjaśnia Władek. - Mało kto o tym wie. Normalnie to moja mama zasuwa codziennie, jak każdy w Jęczydole. Wiesz, praca w sadzie, dzieci, gotowanie, te sprawy. Ale w sobie, w środku ma pęd do sztuki. Właśnie takiej sztuki - przekonuje samego siebie.
- I w końcu mało kto dostaje krzesło na imieniny. - Kucam obok.
- Własnoręcznie zrobione przez syna.
- Osobiście zaprojektowane.
- I dowiezione fosti grande - przypomina Władek, ocierając pot z policzków wielką podrapaną dłonią.
- Dowieziemy, masz obiecane - potwierdzam i dziwię się, że nasza pierdziawka ma taki szacunek u Władka. To chyba dlatego, że on sam dysponuje ledwie starym rowerem, naprawdę okropnie już zużytym. Leży toto przed warsztatem, zahaczając o naszą werandę.
- Później wykrój sobie gąbkę do siedziska. Według tego szablonu; babcia wycięła. Masz tu. - Podaję sztywny szablon, rulon pianki tapicerskiej i idę do domku. Skoro wszyscy są tacy zajęci, biorę się do renowacji pluszaka. Tego wyłowionego z Miedwia przez - jak powiedział Adolf - jednoosobową firmę oczyszczania. Chwilowo próbującą wyrwać sobie zębami drzazgę z kciuka.
Nasz rekordowo wąski letni domek jest równocześnie wybitnie długim domkiem. Zanim dziadek z babcią go zbudowali, postanowili, że nie wytną ani jednego drzewa z działeczki. Po prostu wepchnęli domek tam, gdzie udało się go wcisnąć. Zmieścił się tylko w tunelu między sosnami. A jedna z sosen i tak przebija podłogę i dach werandy.
Właśnie opieram się o tę sosnę. To znaczy o ten jej fragment, który jest elementem naszej werandy. Reszta sosny znajduje się nad dachem, w którym wycięto dziurę. No i w ziemi, bo w podłodze też wycięto dziurę. Kiedy zobaczyłam to pierwszy raz, dwa lata temu, byłam zachwycona. To wiele mówi o ludziach. Nie wiedziałam dokładnie co, ale czułam, że coś dobrego.
Choć babcia twierdzi, że kiedyś ta sosna rozwali nam dom. Gdy wieje wiatr, drzewo "pracuje". Czyli porusza się i osłabia całą konstrukcję. Jakoś się tym nie martwię. Coś mi mówi, że przetrwamy tak jeszcze wiele lat.
Nazywam ten domek piórnikiem. Kiedyś moja koleżanka przywiozła sobie z Zakopanego taki wąziutki drewniany piórnik. Był kropka w kropkę jak ten nasz domek. Jakby stanowił jego miniaturę.
Po kryjomu całuję naszą sosnę, zerkam na babcię pochyloną nad maszyną i cichutko przechodzę dalej, do drugiego pokoju. Razem mamy trzy - trzy wspólne pokoje. Bo czego najbardziej nie znoszę, to mieć swój własny pokój. Lubię zawsze być z babcią. I żeby drzwi były pootwierane. I ta dobra kobieta pozwala mi na to.
Rozstawiam miski i biorę się do biednego pluszaka. Ciach, ciach - doktor Diana rozpoczyna sekcję. Rozpruwam mu cały brzuch i wytrząsam do worka na śmieci obrzydliwy wsad. Wydłubuję resztki sztucznej waty z końcówek łap i pyszczka. Tylko do ogona nie mam dojścia. Jest doszyty i jakiś... dziwnie ciężki. No nic, na razie zrobię, co się da. Skubię białe kłaczki z brązowego pluszu. Fuj. Niezbyt ładnie to pachnie.
Upycham cały stary wsad w worku i wynoszę do śmietnika. Zostaje żałosny flaczek z ciężkim ogonem. Idę do łazienki, by przyszykować pranie, i wtedy słyszę jakiś... nie, nie krzyk. Odgłos zamieszania.
Równocześnie z babcią i Władkiem wyskakuję na werandę. Za naszą furtką, na wysypanej czarnym piaskiem drodze, zbierają się ludzie.
- Babciu! - Pierwsza zauważam, co się stało. - Tam ktoś leży!
- Biegiem! - zarządza Anna Karaś i już pędzimy.
Na zakurzonej drodze zwija się człowiek. Wokół niego z przeraźliwym krzykiem skacze kobieta w opiętej pomarańczowej sukience na ramiączkach.
- Panie, żyjesz pan? - Jakiś obcy dorosły chłopak trąca stopą leżącego, a towarzysząca mu dziewczyna nagrywa wszystko smartfonem.
- Dianka, patrz, to ten gość! - szepcze głośno Władek.
- Kto? - Mężczyzna na ziemi ma wykrzywioną bólem twarz, zaciśnięte powieki.
- Były bachor!
Racja. To nikt inny jak znany nam z plaży były bachor skręca się, sycząc przez zęby.
- Proszę przestać nagrywać! - Babcia jest wściekła. - Proszę się oddalić! Gdzie pana boli? Tu? Proszę się o mnie oprzeć. O tak. Ciężar ciała na bok. Proszę nie nagrywać.
Ludzie nie chcą ustąpić, a skacząca w panice kobieta krzyczy:
- Jestem żoną! Ja się nie oddalam! Ja mam prawo! - Moim zdaniem lepiej by było, gdyby odpuściła, bo tylko potęguje chaos. Wszyscy pocą się w strasznym upale, wykonują masę zbędnych ruchów. Ale babcia w mig zaprowadza ład.
- Władziu, dzwoń na pogotowie. Pamiętasz nasz adres? Opiszesz miejsce? - Chłopak potakuje, a ona podaje mu swój telefon. - Diana, przynieś parasol i butelkę wody, bo nam się nasz chory upiecze.
Gnam do domku po parasolkę, a gdy wracam, były bachor ujawnia babci problem ze swoją znokautowaną nadmiarem pieczonego mięsa wątrobą.
- Już jadą. - Władkowi trochę trzęsą się ręce, mnie też, ale osłaniamy tego pana przed słońcem, a babcia robi mu okład na spocony kark.
- Jeszcze chwileczkę, proszę leżeć spokojnie. - Babunia gładzi po głowie naszego wroga z plaży, a on się uspokaja. - Podadzą panu leki rozkurczowe, za chwilę przestanie pana boleć. Możliwe, że to wątroba. Ale wolę nie leczyć pana samodzielnie. Wytrzyma pan jeszcze chwilę?
- I zbadają pana. Mają teraz dobre metody, a w szpitalu jest super, zazdroszczę panu. - Przysiadam obok, osłaniając chorego parasolem i wspominając swoje pobyty w szpitalu. (Później wam o tym opowiem). Czuję opary piwa, gdy leżący głośno dyszy.
Pocieszam, jak umiem, a żona tego pana, niestety, odzyskuje głos.
- A mówiłam, Mietek, mówiłam, że siedem plastrów to za dużo! Że sześć będzie w sam raz! A ty, że nie, że dopchać trzeba! No i dopchałeś! No i dopchałeś się na tamten świat!
- Proszę pani, mąż jeszcze żyje - zauważa babcia. - To nie pora na takie rozmowy. Nie można stresować chorego.
- Słyszałaś, Pamela. - Facet na chwilę odrywa dłoń od bolącej wątroby i słabo nią macha (dłonią, nie wątrobą). - Nie pora. A po coś mi tyle smażyła, po co? Jakbyś nie smażyła, tobym nie jadł. I leciałaś po dodatkowe piwo.
- Chyba to były dwa piwa. A może nawet cztery - zgaduje babcia.
- Więc to moja wina, tak? Moja? Zawsze moja! Szczodrością gardzisz! A żeś jadł i pił z ochotą! - Pani Pamela wywija torebką, a Władek się uchyla, żeby nie dostać w nos. Jak on nie cierpi kłótni. Widzę, jak się męczy.
- Władziu, wyjdź na drogę, pilotuj karetkę, lada chwila przyjedzie. No, spokojnie, panie Mietku, spokojnie. Jeśli za pięć minut nie przyjadą, połknie pan środek rozkurczający. Przyniesiesz, Dianko, apteczkę? - Podrywam się, kontrolując jednak ustawienie parasola nad głową chorego. - Na razie nie, za moment.
Stojący dookoła ludzie chyba liczyli na ciekawsze widowisko, bo na szczęście wyłączają kamery i odchodzą.
- Zgroza z tym nagrywaniem - mruczy babcia. Trzyma się dzielnie, więc i ja trzymam się dzielnie. Tylko spokojnie.
- Och... - jęczy nagle pani Pamela i przykuca obok męża.
- Co się dzieje? - pyta babcia i już otacza ramieniem osuwającą się kobietę.
- I mnie zaczyna boleć wątroba... - Wybałusza oczy na małżonka, który unosi krótko ostrzyżoną głowę.
- Od czego, Pamelko? Przecież zjadłaś tylko pięć kaszanek z grilla... - dziwi się pan Mietek i chwyta za brzuch. Już nie wiemy, kogo najpierw osłaniać i ratować, na szczęście słyszymy karetkę. Władek biegnie w jej kierunku, wzniecając chmurę ciemnego kurzu z naszej słynnej czarnej drogi.
A dziesięć minut później, składając parasolkę, ocieram zakurzoną twarz i mówię:
- Miałaś rację, babciu.
- Ho, ho, naprawdę? - Całuje mnie w czubek głowy, ostrożnie manewrując między kocimi uszkami. - W czym?
- Kiedy mówiłaś, że te grille to pierwszy stopień do zagłady świata.
- Tak pani mówiła? - dopytuje się Władek, oddychając z ulgą i tęsknie patrząc na drzwi warsztatu. - U mnie ciągle robią grilla. Ale po siedem plastrów to nie jemy. Jest nas za dużo, żeby każdy tyle dostawał. Poza tym wolę pierogi.
- Wiem, że przesadziłam - oświadcza moja kobieta, gdy idziemy noga w nogę po gęstej trawie, omijając krzaczki leśnych poziomek. Babcia zdejmuje koszulę w kratkę, a ja przelotnie palcem wskazującym gładzę małego karasia wytatuowanego na jej ramieniu. - Wszystkiego można używać do celów dobrych albo złych.
- Nawet wódki? - pytam z miną niewiniątka.
- Nawet pistoletu? - dołącza Władek, mrugając oczkami.
- Nawet śmieci w jeziorze?
- Nawet siedmiu plastrów smażonego mięsa?
- Oj, tak, tak. Ale wy, dzieci, spisałyście się dzisiaj na medal. Akcja ratunkowa w pełni profesjonalna - chwali nas babcia, wykręcając się od odpowiedzi. Jednak jesteśmy zadowoleni, bo to szczera pochwała.
- Tak naprawdę to się denerwowałam, babciu - przyznaję.
- A jak ja się denerwowałem. Zupełnie amatorsko.
- Nie chodzi o to, by się nie denerwować. Nie wyłączysz uczuć. Byle tylko choć trochę opanować emocje i nieść pomoc. - Babcia przysiada na progu werandy, a my wokół niej. - Najważniejsze, że uratowaliśmy tych... smażycieli.
- Smażycieli? - Zatyka nas, a potem zaczynamy się śmiać. - No faktycznie: smażyciele!
- Ale, babciu, my nie jesteśmy smażycielami, prawda? My nie? Smażyciele, o nie... - Wpatruję się w nią intensywnie. Krótko podcięte włosy spadają mi na twarz. Teraz już nie mogę wiązać ich nawet w kitkę. Co tam, odrosną. O ile im na to pozwolę.
- My, dziecinko, to jesteśmy marzyciele, nie smażyciele.
- W tej sytuacji i ja wolę być marzycielem, choć nie przepadałem za tym słowem. - Władek otrzepuje jasne włosy z kurzu. - To wy tu sobie marzcie, a nie smażcie. A ja idę kończyć moje krzesło!
- Tak, słucham?
- Dzień dobry, pani Anno. Tu Tymoteusz, fryzjer. Była pani u mnie tydzień temu, z wnuczką.
- Oczywiście, pamiętam. Czy o czymś zapomniałyśmy?
- Pani Anno, dostarczono mi dzisiaj przesyłkę dla pani.
- Przesyłkę? Do fryzjera, dla mnie? Cóż to takiego?
- Otóż to jest nowiutka opona do skutera. I dołączona pewna kwota, w kopercie, podpisanej: "Dla szanownej pani z wnuczką". Żadna inna pani z wnuczką nie była u mnie od tamtej pory. Nikt nie przyjechał też skuterem. Nie było żadnego innego podobnego... przypadku.
- Pan żartuje. Kto miałby nam najpierw nacinać oponę, a potem oddawać nową? To jakieś szaleństwo.
- Toż i ja jestem skołowany. Kompletnie skołowany, w temacie koła. Pani koła. Przydałoby się, żeby odebrała pani tę nową oponę.
- Już wymieniłam, wtedy, od razu, pamięta pan? Ale... dobrze. Jasne, przyjadę. Jak pan myśli, o co w tym chodzi?
- Zapewne chodzi o rekompensatę. Ktoś niszczy oponę, ktoś oddaje oponę. Te pieniądze to pewnie na opłacenie wymiany.
- Panie Tymoteuszu, a może to groźne, może zgłosić sprawę na policję? Tak chyba będzie najrozsądniej. Obawiam się o bezpieczeństwo. No i wnuczka, chronię ją przed takimi... niejasnościami. Nie chcę jej dodawać zmartwień, już ich dość miała... Przepraszam, ja tu prywatne sprawy...
- Pani Anno, to może na razie nie zawiadamiać policji. Przyjdą, zaczną przesłuchiwać, dziewczynka się zdenerwuje, nie ukryjemy tego przed nią. Dzieci zawsze się dowiadują.
- To fakt. Dzieci mają takie wewnętrzne anteny. Jesteśmy pewni, że coś do nich nie dotrze, a tu figa, i tak wiedzą, wyczuwają.
- Tak jest. No i dla mojego zakładu to też wątpliwa reklama. Jeszcze raz przepraszam, że nie upilnowałem pani skutera. Wcześniej zdarzało się, że skradli rower albo uszkodzili koło.
- Skradli, uszkodzili. Oni. Czyli kto? Warto by wiedzieć.
- Będę uważał, teraz nic mi nie umknie. Przepraszam, że dopiero teraz. Że nie wtedy.
- Przecież nie mógł pan, jest pan fryzjerem. Albo się obcina włosy, albo się pilnuje pojazdu.
- Rozumie pani.
- Rozumiem. Dobrze. Odbiorę oponę, a pieniądze zdeponujemy u pana w zakładzie.
- Będziemy obserwować, jak rozwinie się ta sprawa.
- Oby już się nie rozwijała, tylko definitywnie zamknęła.
- Oby. To do zobaczenia, pani Anno. Nie chciałem pani niepokoić, ale nie miałem lepszego pomysłu.
- Dobrze pan zrobił, że pan zadzwonił.
- Jeszcze coś, pani Anno.
- Tak?
- Gdyby chciała pani mieć nową fryzurę, to w ramach rekompensaty za te kłopoty ma pani u mnie gratis strzyżenie, farbowanie i co tylko pani sobie życzy.
- Czy ja mam złą fryzurę?
- Nie, nie to chciałem powiedzieć... Po prostu... To znaczy... Chciałem... Nie wiem, jak to ująć... O, śmieje się pani.
- Najserdeczniej dziękuję, panie Tymoteuszu. Doceniam pana intencje i talent. Nie czuję się poszkodowana, to nie pana wina z tym kołem. A z mojej fryzury jestem w pełni zadowolona.
- Oczywiście.
- To do zobaczenia, wszystkiego dobrego.
- Do zobaczenia, najserdeczniejsze ukłony, pani Anno.