Zostań sama w domu - Barbara Stenka

-
Proszę czekać

Jadalne złoto

Dzi­siaj znowu spo­ty­kamy się z Adol­fem Szkan­fem. Zapro­sił nas ("naj­ser­decz­niej, całym ser­cem, z duszy naj­głę­biej" - jak stwier­dził, ele­gancko żegna­jąc się z nami niczym z naj­waż­niej­szymi gośćmi świata) na "mały pla­żowy pik­nik z efek­tem spe­cjal­nym". Uwa­żam, że on sam jest dosta­tecz­nym efek­tem spe­cjal­nym, a jego rodzice uzu­peł­niają nie­co­dzienny obra­zek.

Nie wiem, co mi się stało, że nagle odwa­ży­łam się cokol­wiek robić bez babci u boku. To pierw­szy raz, gdy nie mam jej w zasięgu wzroku. Może dla­tego, że wiel­gachna postać Władka przy­sła­nia mi widoki na cokol­wiek poza jego sze­ro­kimi ple­cami.

Wiem, jestem zło­śliwa. Tak naprawdę to jestem mu wdzięczna za to, że tu przy­jeż­dża i... jest z nami, ze mną. Może z lito­ści, bo podo­bać to się nikomu nie mogę, z tymi moimi jasnymi, lekko wyba­łu­szo­nymi oczami i bli­zną gigan­tem - na całe udo. Może fascy­nuje go bab­cia? Może nasz sku­ter?

Znowu jestem zło­śliwa.

Bab­cia to się nawet tro­chę wzru­szyła, że ja gdzieś wresz­cie... samo­dziel­nie.

A może to magia Adolfa, osob­nika nie wia­domo skąd.

- Dianka, jedziesz? - Wła­dek ogląda się poprzez przy­czepkę, którą ści­śle wypeł­nia jego tłu­sty, pokraczny pies, Pudler.

- Suge­ru­jesz, że nie wytrzy­muję tempa? - Aku­rat, jak zawsze z Pudle­rem, Wła­dek posuwa się bar­dzo wolno. Z przy­czepką nie da się szyb­ciej.

- Pudler nie odpu­ścił tym razem. Jęczał, wył. On mnie kocha. Nie znosi, kiedy jeż­dżę do was bez niego.

- On nie znosi, kiedy DOKĄD­KOL­WIEK ruszasz się bez niego - dyszę i splu­wam, bo kurz z czar­nej drogi oble­pił mi język. Jęzor Pudlera rów­nież jest pokryty ciem­nym pyłem. Ale pies w ogóle się tym nie przej­muje. Zieje rado­śnie i nie­ru­cho­mym wzro­kiem wpa­truje się we mnie, a szary łeb pod­ska­kuje mu w rytm jazdy. To zwie­rzę ma zwy­czaj długo wle­piać gały w swoją ofiarę. Do tego lubi być jak naj­bli­żej twa­rzy wybrańca. Już to znam. Zaczyna się nie­win­nie, a potem, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, nagle masz roz­wartą psią mordę, z zabój­czym psim chu­chem, tuż przed sobą. I to spoj­rze­nie, przy któ­rym zaczy­nasz czuć się głu­pio i masz poczu­cie winy. Żeby nieco popra­wić sobie nastrój, na oślep szu­kasz ręką jakie­goś sma­ko­łyku, by dać bie­dac­twu, które "taaak" patrzy. Na szczę­ście teraz chroni mnie odpo­wied­nia odle­głość. Nie wysko­czy się z przy­czepy, he, he.

- Podobno nie­któ­rzy każą psu biec za rowe­rem. Nawet chyba widzia­łam raz podobny przy­pa­dek. - Uni­kam wzroku Pudlera. Ma moc hip­no­ty­zera. Jesz­cze się wywalę.

- Pudler na to nie idzie. Jest za stary i za gruby. I w ogóle to strasz­nie nie fair, tak kazać psu biec. No i co ma pies z takiej męki? Nie pową­cha trawy, nie rozej­rzy się, serce mu wali, płuca wypluwa. Co z tego ma?

- Na pewno nic w porów­na­niu do psa, który zawsze jeź­dzi w przy­cze­pie i też nie pową­cha trawy.

- Co?! - Wła­dek obraca się na chwilę i o mało nie prze­wraca, tra­fia­jąc przed­nim kołem w jeden z tysiąca doł­ków.

- Nic! - krzy­czę. - Masz rację!

- Że co?!

- Że pstro! Jedź! Wyobra­żam sobie, jak hra­bia Adolf i jego sza­nowni rodzice ucie­szą się z towa­rzy­stwa Pudlera. - Jed­nak to ostat­nie zda­nie mru­czę już tylko cichutko do sie­bie. Pasek kasku tro­chę mnie ciśnie. Wysu­wam brodę, łapię głęb­szy oddech. Roze­śmiany pies bacz­nie obser­wuje każdy mój gest. Jęzor trze­po­cze mu jak strzę­pek mate­riału. Sztywne szare włosy two­rzą ster­czącą krzywą grzywkę nad oczami Pudlera. Nad róż­nymi i zezo­wa­tymi oczami. Jed­nym brą­zo­wym, więk­szym i dru­gim błę­kit­nym, mniej­szym.

Prze­czu­wam kło­poty.

- Co to jest?! - Na moment zapo­mi­namy o dobrych manie­rach i dosłow­nie nas zatyka.

Nad brze­giem Mie­dwia (tym razem w ustron­niej­szym miej­scu) roz­sta­wiony jest stół, na nim leży ide­al­nie biały obrus. Tale­rze i tale­rzyczki, szklanki i dzba­nuszki. Potrawy, któ­rych nawet nie potra­fimy nazwać. Adolf jako gospo­darz i kel­ner uwi­ja­jący się wokół nas i swo­ich rodzi­ców. Dziś mamy w pro­gra­mie gra­na­towy gar­ni­tu­rek, białą koszulę z kra­wa­tem, a do tego - uwa­żaj­cie - czer­wone adi­dasy z miga­ją­cymi dio­dami.

Ale nie to nas tak zadzi­wia. Pira­mida zdzi­wień rośnie, a na szczy­cie znaj­duje się obec­nie to, co Adolf posta­wił na stole na szkla­nej tacy.

- Czy to, co znaj­duje się w tych prze­gród­kach, jest... tym, o czym myślę? - pytam, pochy­la­jąc się nad tacą.

- Nie­moż­liwe... a jed­nak moż­liwe... Nie, niemoż­liwe... - plą­cze się Wła­dek, bez­sku­tecz­nie sta­ra­jąc się opa­no­wać cie­ka­wość.

- Wszystko jest moż­liwe, pro­szę Władka. - Mama Adolfa uśmie­cha się. Już wiemy, że ma na imię Irena. Kostium dopa­so­wany do syl­wetki, pro­ściut­kie włosy, oku­lary, oszczędne ruchy. Ale miły, bar­dzo miły, łagodny uśmiech. Na początku oba­wia­łam się jej. Teraz dystans zma­lał.

- Pani Ireno, czy to jest... złoto? - Brzmi nie­do­rzecz­nie, ale jak mam nazwać to, co widzę, skoro to jest wła­śnie... to.

- Adolf, w co ty pogry­wasz? Sypiesz mi złoto na ciastko? Ale po co? - Wła­dek przy­trzy­muje chu­dziutką rękę ozdo­bioną bie­lut­kim man­kie­tem i nie­sa­mo­wi­cie błysz­czą­cym zegar­kiem.

- Dro­dzy goście, oto jadalne złoto. Uświet­nia nie tylko smak potraw, lecz także wzbo­gaca je nie­za­po­mnia­nymi efek­tami wizu­al­nymi. Niech pro­mie­nieją nie tylko wasze pod­nie­bie­nia, ale i oczy, i naj­głęb­sze zaka­marki waszych umy­słów. - Wyj­muje srebrną pęsetę i nakłada cie­niut­kie złote płatki na nasze potrawy.

- Jadalne złoto?! - pytamy, zawi­sa­jąc gło­wami tuż nad tale­rzami.

- Synu, ja wolę złoto w postaci pudru - oświad­cza bar­dzo ele­gancki bro­daty pan Grze­gorz, tata Adolfa. I wtedy, czego nie możemy już zupeł­nie pojąć, Adolf jak magik wydo­bywa zza sie­bie pude­łeczko i za pomocą spe­cjal­nej pipetki umiesz­cza złoty pył na kawałku placka.

- Czy to naprawdę się je? - Wła­dek apro­bu­jąco głasz­cze Pudlera, który wspa­niale dosto­so­wuje się do sytu­acji. Trzeba przy­znać, że pani Irena prze­kro­czyła wszel­kie gra­nice uprzej­mo­ści, kiedy na widok gra­mo­lą­cego się z przy­czepki psa zło­żyła dło­nie w zachwy­cie, powta­rza­jąc: "Jaki prze­piękny, cudowny pie­sek. Słod­kie stwo­rzonko", i jed­nym pal­cem prze­je­chała po grzbie­cie dra­pią­cego się aku­rat w ucho Pudlera. "Słod­kie stwo­rzonko" otrze­pało się, usu­wa­jąc kurz z sier­ści pro­sto na kostium mamy Adolfa. Poma­chało nie­po­ko­jąco dłu­gim ogo­nem i odtąd wpa­try­wało się inten­syw­nie wyłącz­nie w tę nie­winną kobietę, która jed­nak spo­koj­nie zno­siła jego hip­nozę. A nawet poczę­sto­wała Pudlera kawał­kiem mięsa (nie znam nazw tych potraw, więc oszczę­dzę wam szcze­gó­łów).

- Jadalne złoto spo­żywa się w postaci płat­ków, pudru, pałek lub dro­bi­nek. Apli­kuje się je pęsetą, więk­szymi szczyp­czy­kami lub przez złote rurki - grzecz­nie tłu­ma­czy Adolf. - Z oczy­wi­stych wzglę­dów jada się tylko odro­binkę tego spe­cjału, a nie na przy­kład łyż­kami.

- Szkoda go jeść. Lepiej coś sobie z tego zro­bić - stwier­dzam, a rodzice Adolfa nie mogą ukryć dys­kret­nych uśmie­chów. - Może pier­ścio­nek?

- Pozbie­rać ci płatki do pier­ścionka, Diana? - Ech, ten Wła­dek. Tro­chę się peszę, a Adolf tłu­ma­czy, że możemy spo­koj­nie pozwo­lić sobie na kon­sump­cję tych płat­ków, bo nie nadają się one do celów jubi­ler­skich.

- Musi być okrop­nie dro­gie. - Zamy­ślam się. Czy to aby na pewno wła­ściwe? Coś mi mówi, że bab­cia nie popar­łaby jadal­nego złota.

- Wła­śnie dla­tego jest tak cen­nym dodat­kiem. - Pani Irena posy­puje sobie potrawę zło­tym pyłem. Pudler, czego jesz­cze nie zauwa­żyła, jest coraz bli­żej. Za chwilę położy łeb na jej spód­nicy. - Synu? - zwraca się do Adolfa, on pota­kuje, więc mama chwyta pęsetą złote płatki i deli­kat­nie prze­nosi je na jego talerz. Po jed­nym, powo­lutku.

- Smacz­nego, zapra­szam z całego serca do degu­sta­cji. - Uli­zane włosy Adolfa są syme­trycz­nie roz­ło­żone na jego gło­wie. Jak długo robił tę fry­zurę?

- Młody czło­wieku, śmiało - zachęca Władka pan Grze­gorz, widząc, że chło­pa­kowi wręcz ciek­nie ślinka. Och, jak on lubi pojeść, znam moż­li­wo­ści mojego kolegi. Dałby radę całej misce złota i sre­bra, i wszyst­kiemu, co by tam tylko było.

- O, dzię­kuję! Od razu piszę się na dokładkę - doce­nia Wła­dzio, ale ja z rezerwą odno­szę się do tak nie­ja­dal­nie wyglą­da­ją­cego sma­ko­łyku. Czy wolno nam jeść takie dzi­wac­twa? Uśmie­cham się miło, ale jesz­cze nie zaczy­nam.

I ta chwila waha­nia wystar­czy: Pudler, naj­wy­raź­niej u kresu swych moż­li­wo­ści uda­wa­nia kul­tu­ral­nego słod­kiego stwo­rze­nia, opiera się gru­bymi łapami o stół i natych­miast wywraca go na pia­sek. Obrus wraz z potra­wami ląduje tam, gdzie według psa od początku powi­nien się znaj­do­wać. Zanim kto­kol­wiek zdąży zare­ago­wać, pies wyli­zuje wszyst­kie złote ele­menty! Co do jed­nego. Pisz­czymy i ratu­jemy dro­go­cenny doby­tek, ale już jest za późno.

Speł­niony Pudler stoi trium­fal­nie nad obru­sem. Wiatr roz­wiewa mu krza­cza­stą grzywę. W roz­war­tej pasz­czy zwy­cię­sko powiewa długi różowy jęzor z poprzy­kle­ja­nymi na całej powierzchni zło­tymi płat­kami.

I zło­tym pudrem.

Pyta­nia

- Bab­ciu, skoro to taka bogata rodzina, dla­czego są tu na waka­cjach? W nie­po­zor­nym Morzy­czy­nie, a nie na Hawa­jach? Nie na Flo­ry­dzie? Nie na wyspach Zie­lo­nego Przy­lądka?

- Jestem tak zain­try­go­wana, że już nie mogę się docze­kać, kiedy ich poznam. - Bab­cia oliwi kosiarkę, a ja zbie­ram szyszki. U nas trudno się kosi, bo nie mamy równo wysia­nego traw­nika na wygła­dzo­nym tere­nie. Jest tu praw­dziwe runo leśne. To ozna­cza nie tylko poziomki i grzybki. Także doły i wznie­sie­nia. I masę szy­szek, które roz­bra­jały każdy nóż kosiarki. Nie było rady - przed kosze­niem zbie­ra­łam szyszki i patyki, choć było to mono­tonne.

- Żebyś wie­działa, jak cię zapra­szali. Nie mogę uwie­rzyć, że wcale nie pognie­wali się na nas za to, że Pudler zeżarł złoto. Zaapli­ko­wał sobie na jęzor wszystko, co było. I potłukł zastawę! I uwa­lał cały kostium pani Ireny.

- Bar­dzo miło z ich strony. Mają klasę. Moż­liwe, że to naprawdę uprzejmi, choć eks­cen­tryczni ludzie. - W gło­sie babci wyczu­wam prze­śmiew­czą nutkę. O, to lek­kie skrzy­wie­nie z pra­wej strony ust. - Już ich lubię. Że też ty, wnu­siu, gdy tylko na chwilę spu­ści­łam cię z oczu, od razu nawią­za­łaś tak... - wypro­sto­wała się, jakby szu­ka­jąc natchnie­nia na nie­bie - tak nie­oczy­wi­stą zna­jo­mość.

- Bo my to jeste­śmy oczy­wi­ste, tak, bab­ciu? - nie­po­koję się. - Ty i ja, oczy­wi­ste? Kobieta i dziew­czyna to też praw­dziwa rodzina?

- My jeste­śmy pewne jak dzień i noc, jak pio­run i grzmot. - Prze­suwa pal­cami po moich ple­cach, a ja z zado­wo­le­niem prężę się jak kot. - Jak "do" i "re"... Szczę­śliwe, choć nie pla­nuję dziś na obia­dek jadal­nego złota.

- A, to dobrze, to dobrze, bab­ciu. - Łaszę się do niej, jak wia­domo kto, i już zabie­ram się do napeł­nia­nia worka szysz­kami. Za chwilę jest pełny, wyno­szę go do drew­nia­nej komórki.

- Bab­ciu!

- Tak?

- Kupi­łaś zapa­sowe koło do fosti grande? Tu leży. Nie było go.

- Yyyy... - Bab­cia waha się przez chwilę. - A, tak, tak. Zapa­sowe. To nie koło, to opona. Widzisz, Dianko?

- A, tak, opona! Boisz się, że nam znowu prze­tną?

- Nie, dziecko, nie, na pewno już nam nie prze­tną. Tak tylko kupi­łam, bo oka­zja się tra­fiła.

- Że taniej?

- No... można tak powie­dzieć. Poje­dziemy potem po zakupy.

- Po kosze­niu?

- Po.

- Nauczysz mnie pro­wa­dzić pier­dziawkę?!

- Oho, za kilka lat, kochana.

- Obie­ca­łaś, że mnie nauczysz!

- Może zaraz? Osza­la­łaś? Dwu­na­sto­let­nia moto­cy­klistka?

- No nie... za dwa lata...

- Wró­cimy do tematu za dwa lata. A naj­le­piej za cztery.

- Dobrze, bab­ciu! Bab­ciu! Ale następ­nym razem to ja sama sko­szę trawę kosiarką! Potra­fię, już na pewno!

- Zgoda! Byle w kalo­szach.

- Zgoda. Bab­ciu!

- Nie bab­ciuj mi już, bo włą­czam kosiarkę. No dobrze, jesz­cze cię wysłu­cham.

- Opo­wiesz mi przed spa­niem histo­ryjkę o dwóch radiach?

- Masz to jak w banku! Już wymy­ślam tematy.

- Bab­ciu!

- Znowu bab­ciu­jesz?

- Kocham cię, kobieto!

- Wcale nie, nie odga­piaj, bo to ja cię kocham, dobra dziew­czyno!

Histo­ryjka o dwóch radiach

Bab­cia czę­sto opo­wiada mi histo­ryjkę o dwóch radiach. To moja ulu­biona. Ale ni­gdy nie jest taka sama. Zawsze jest nowa.

Oto dzi­siej­sza wie­czorna histo­ryjka babci o dwóch radiach:

Pewna dama słu­chała radia. By nie tra­cić czasu, włą­czyła dwa odbior­niki naraz. W jed­nym nada­wano spra­woz­da­nie z obrad sejmu. W dru­gim pro­gram o pie­lę­gna­cji nie­mow­ląt. Głosy spi­ke­rów (spi­ker A i spi­ker B) mie­szały się i brzmiało to mniej wię­cej tak:

A: Wszy­scy posło­wie i sena­to­ro­wie...

B: ...muszą mieć regu­lar­nie zmie­niane pam­persy! Naj­lep­szym śnia­dan­kiem dla...

A: ...mar­szałka sejmu...

B: ...jest butelka nie­sło­dzo­nej kaszki! Ważne, by smo­czek był odpo­wied­nio dobrany...

A: ...co zapewni wła­ściwy porzą­dek obrad. Pierw­sze posie­dze­nie sejmu...

B: ...pomoże na dokucz­liwy pro­blem z ząb­ko­wa­niem!

A: Kolej­ność gło­so­wań ustalą...

B: ...nie­mow­lęta, które już zaczy­nają gawo­rzyć!

A: Każdy poseł...

B: ...z łatwo­ścią powtó­rzy sylaby "da-da" i "ba-ba".

A: Drogę do sej­mo­wej mów­nicy...

B: ...naj­le­piej poko­nać w dzie­cię­cym cho­dziku, który zabez­pie­cza przed upad­kiem.

A: Ustawa o pro­ku­ra­tu­rze zosta­nie zmie­niona...

B: ...na drew­niane klocki o gład­kich kra­wę­dziach! Różowa aksa­mitna pozy­tywka ucie­szy zaś naj­bar­dziej nie­spo­kojne...

A: ...posłanki.

B: Pod­trzy­mujmy główkę...

A: ...mar­szał­kowi...

B: ...i innym milu­siń­skim! Do usły...

A: ...sze­nia!

Tur­lam się ze śmie­chu. Bab­cia genial­nie naśla­duje głosy spi­ke­rów! Co ja mówię, ona nie naśla­duje, ona je two­rzy! No, w końcu stu­dio­wała na wydziale lal­kar­stwa. Nie skoń­czyła kie­runku. Zacho­ro­wał jej tatuś i musiała wra­cać do Gry­fina. Jej tatuś, czyli mój pra­dzia­dek. Opie­ko­wała się nim przez sie­dem lat - tyle wiem. Nawet oglą­da­łam zdję­cia, bab­cia wszystko mi poka­zała. Dobrze, że nie mamy tajem­nic, bo ja naj­bar­dziej ze wszyst­kiego boję się tajem­nic i nie­wy­ja­śnio­nych spraw. Spraw, któ­rych led­wie mogę się domy­ślać. Nie­spo­dzianki też źle na mnie dzia­łają, nawet te pozy­tywne. Na szczę­ście nie z bab­cią takie nie­po­koje.

Dodam, że na­dal jest świetną lal­karką, i jestem pewna, że byłaby rewe­la­cyjną aktorką. Tylko dla mnie korzy­sta ze swo­jego talentu i warsz­tatu, tym razem nie sto­lar­skiego.

Cza­sem roz­śmie­szy mnie za bar­dzo i mam kło­pot z zaśnię­ciem. Prze­wra­cam się z boku na bok, jak walec, wiele razy, bo mój tap­czan jest wielki, trzy­oso­bowy. Dla­tego taki duży, żeby bab­cia cza­sami mogła ze mną spać. Jesz­cze nie jestem gotowa na wła­sny pokój, ale już jest pewien postęp - sypiam na wła­snym tap­czanie. Babci łóżko jest obok, mogę w każ­dej chwili zoba­czyć, jak śpi, usły­szeć, jak oddy­cha. I wiem, że kiedy będę się bała, mogę ją obu­dzić. Nie wpad­nie w złość. Nie zamknie przede mną drzwi. Prze­ciw­nie.

Mamy aż trzy pokoje, tu, w domku waka­cyj­nym w Morzy­czy­nie. A w naszym miesz­ka­niu, w Gry­fi­nie, mamy dwa, cał­kiem duże. Może kie­dyś będę gotowa, by się wpro­wa­dzić do osob­nego pokoju. Na razie miesz­kamy razem. I wszystko robimy razem. O, prze­pra­szam, nie wszystko, bo do Adolfa cho­dzi­łam już bez babci.

Moje plu­szowe zwie­rzęta stoją rzę­dem wzdłuż ściany, zaj­mują sporą część tap­czanu. Może też mam żyłkę do lal­kar­stwa? Choć prze­cież wiem, że na razie nie to mną kie­ruje. Czuję się z nimi bez­piecz­niej. Już nic mi nie grozi, a jed­nak wolę, gdy towa­rzy­szą mi w nocy. Naj­wię­cej jest psów. Bab­cia doku­piła mi nie­dawno takiego ogrom­nego beżo­wego labra­dora z Ikei. Mię­ciutki jest.

A na weran­dzie, na sznurku, suszy się psina wyło­wiona z jeziora. Wygląda jak szmata, bo chwi­lowo jest bez wsadu. Tylko ogon ma ciężki, wypchany. Będzie długo sechł.

Otu­lam się koł­drą. Jestem tro­chę zanadto okrą­gła. (To bab­cia tak mnie odpa­sła, choć nie jest naj­lep­szą kucharką). Daw­niej byłam wręcz nie­sa­mo­wi­cie chuda i cią­gle zmę­czona. Ostat­nio nabra­łam wię­cej ciała. Nie wyglą­dam na swój wiek i mam nadzieję jesz­cze długo pozo­stać małą, lalecz­ko­watą klu­seczką. Nie zga­dzam się na dora­sta­nie. Czuję się tak, jak­bym już kie­dyś była doro­sła. Teraz mam plan, żeby być dziec­kiem. Nie­stety, mam też świa­do­mość, że prę­dzej czy póź­niej mój wygląd się unor­muje. Tro­chę mnie to nie­po­koi. Ale bez prze­sady.

To był miły dzień. I dobry wie­czór - w dosłow­nym zna­cze­niu, a nie tylko dla­tego, że tak się mówi. Dobre wie­czory są bar­dzo ważne.

Jesz­cze mam przed oczami posłów z butel­kami kaszki.

Spod zmru­żo­nych powiek widzę, jak Anna Karaś wysy­puje tabletkę z małej bute­leczki, połyka ją (tabletkę, nie bute­leczkę!), popija wodą. Potem gła­dzi mnie lekko po gło­wie i idzie do swo­jego łóżka.

Tylko jedna tabletka dzien­nie. Rowa­ti­nex - żółte żelowe kuleczki. Żeby czło­wie­kowi nie two­rzyły się kamie­nie w ner­kach. Wszystko wiem. Nie ma tajem­nic.

Oddy­cham z ulgą i zamy­kam oczy.

DRU­GIE WSPO­MNIE­NIE, czyli "Mozaika"

Moja mama łykała mnó­stwo table­tek. Były wszę­dzie. W szu­fla­dach, szaf­kach, cza­sem na wierz­chu - na stole, na kra­wę­dzi zlewu. Mia­łam zakaz doty­ka­nia ich i prze­strze­ga­łam go. Mar­twi­łam się: mama musiała być bar­dzo chora, skoro zaży­wała aż tyle lekarstw.

- Mamo, jak nazywa się twoja cho­roba?

- Mamo, dokąd idziesz?

- Mogę pójść z tobą?

- Dla­czego nie mogę?

- Dla­czego nikt do nas nie przy­cho­dzi?

- Czy twoja mama też tak czę­sto wycho­dziła?

To był czas, gdy jesz­cze zada­wa­łam pyta­nia. Naj­prost­sze. Pozo­sta­wały bez odpo­wie­dzi. Przy­zwy­cza­iłam się do tego, że mama czę­sto połyka tabletki.

Ostrze­gała mnie, że nie wolno mi ni­gdy ich doty­kać, bo one strasz­nie szko­dzą. Kiedy połknie je zdrowy czło­wiek, od razu jest z nim koniec. Że można umrzeć, a przed­tem okrop­nie boli brzuch i nie można się poru­szać. Nawet ona, choć musi je brać, odczuwa skutki uboczne.

Chyba to była prawda, bo mama czę­sto po tych tablet­kach spała cały dzień. Nie szła wtedy do pracy (pra­co­wała w księ­go­wo­ści, w sieci skle­pów z arty­ku­łami papier­ni­czymi, ale nie­zu­peł­nie wie­dzia­łam, co tam robi. Sie­działa przy kom­pu­te­rze - podej­rze­wam, że mogła to robić także w domu, ale wolała albo musiała na zewnątrz, w sie­dzi­bach skle­pów). A to, że cza­sami nie idzie do pracy, cie­szyło mnie jak nic na świe­cie. Pil­no­wa­łam mamy, szczę­śliwa, że jest w domu.

Jed­nak któ­re­goś dnia - cho­ciaż, jak mówi­łam, nie tknę­łam żad­nej tabletki - strasz­nie roz­bo­lał mnie brzuch.

I tu opo­wiem wam, dla­czego uwa­żam, że szpi­tal jest super!

Brzuch bolał mnie naprawdę mocno i długo. Zaczęło się, gdy byłam sama. Dzwo­ni­łam do mamy, ale ona ni­gdy, przeni­gdy nie odbie­rała. Wytłu­ma­czyła mi, że gdyby to zro­biła, dzwo­ni­ła­bym bez prze­rwy. A tele­fon służy do komu­ni­ko­wa­nia się w razie wyż­szej koniecz­no­ści.

Poczu­łam, że to jest stan wyż­szej koniecz­no­ści. Ale komórka mamy tra­dy­cyj­nie odpo­wia­dała dłu­gimi sygna­łami. Poczta gło­sowa nie była włą­czona, od kiedy przez całe dnie nagry­wa­łam komu­ni­katy.

Mama nie była zła.

Ni­gdy nie zosta­wiała mnie samej na noc. Wie­dzia­łam, że w końcu przyj­dzie. Cze­ka­łam i chyba zasnę­łam, bo obu­dzi­łam się w łóżku.

Kiedy do bólu brzu­cha doszła gorączka, a ja zwy­mio­to­wa­łam, chcąc powie­dzieć mamie: "Dzień dobry", musia­ły­śmy poje­chać do przy­chodni. Mama wraz z kie­rowcą tak­sówki musieli mnie nieść, bo nie byłam już w sta­nie samo­dziel­nie iść.

Wkrótce wylą­do­wa­łam w szpi­talu. Smutne dzieci dookoła pre­zen­to­wały jedyną słuszną reak­cję: roz­pacz­liwy szloch. Ale szybko zro­zu­mia­łam, że oto tra­fi­łam do raju, do Niby­lan­dii, do naj­mil­szego miej­sca na świe­cie!

Może wkłu­wa­nie igieł na wenflony nie było piesz­czotą. Ale poza tym...

Ani przez chwilę nie byłam sama!

Wszy­scy byli dla mnie strasz­nie, prze­cu­dow­nie mili. Uśmiech­nięte twa­rze pochy­lały się nade mną. Gła­skano mnie i prze­ma­wiano czu­łymi sło­wami. Na ścia­nach były nama­lo­wane kolo­rowe posta­cie z bajki o Kubu­siu Puchatku.

Nie bar­dzo pamię­tam samą ope­ra­cję wycię­cia wyrostka. Spa­łam, a kiedy się obu­dzi­łam, sie­działa przy mnie jedna z tych łagod­nych, weso­łych pie­lę­gnia­rek. Przez całą noc! A w kolejne noce - inne pie­lę­gniarki. I mama odwie­dzała mnie codzien­nie! Odnio­słam wra­że­nie, że też była zado­wo­lona z tego układu: że tu jestem, a ona mnie tylko odwie­dza.

Mar­twiło mnie, że rana po ope­ra­cji boli tak słabo i że tak szybko się goi.

Cudowny był dzień, gdy do szpi­tala przy­szli akto­rzy i zro­bili dla nas przed­sta­wie­nie! Przez cały czas uśmie­cha­łam się, recho­ta­łam i chi­chra­łam. Panie dok­tor nazy­wały mnie swoją ulu­bioną pacjentką. I tak się wła­śnie czu­łam.

Zaprzy­jaź­ni­łam się też z rodzi­cami innych dzieci. Był tam taki jeden szcze­gól­nie miły tatuś. Nawet przez tydzień noco­wał przy swo­jej córce, star­szej ode mnie. Trzy­mał ją za rękę. Czy uwie­rzy­cie, że i mnie trzy­mał za rękę, kiedy go popro­si­łam? To były naj­lep­sze noce w moim życiu. Co rano - i to były naj­lep­sze dni w moim życiu - plótł mi nowy war­kocz, taki dziwny i skom­pli­ko­wany, prze­piękny. Nie wie­dzia­łam, że można tak ład­nie pleść.

Opo­wia­dał mi swoje przy­gody z cza­sów, gdy był jesz­cze chłop­cem. Bar­dzo śmieszne.

Jego trzy­na­sto­let­nia córka - szczę­ściara - miała na imię Julia. Wcale nie była na mnie zła za to chwi­lowe dzie­le­nie się tatu­siem. No pew­nie. Wie­działa, że tak czy siak ma go na zawsze.

Kar­miono mnie sma­ko­ły­kami - cho­ciaż dzieci wybrzy­dzały, mnie sma­ko­wało wszystko. Ziem­niaki, buraczki i kotlet, surówka z pomi­dora, zupa jarzy­nowa - podobne obiady jada­łam w szkole. W domu odczu­wa­łam brak cie­płych posił­ków. A w szpi­talu mogłam jeść je codzien­nie!

Gdy wra­ca­łam do zdro­wia, cho­dzi­łam po kory­ta­rzach, mia­łam kole­gów i kole­żanki w wielu salach. Zawsze dobrze tań­czy­łam, robi­li­śmy sobie małe dys­ko­teki i pokazy, cho­ciaż to było zaka­zane, bo mogły nam pęk­nąć szwy.

Nie mia­ła­bym nic prze­ciwko temu, by pękły mi szwy (zało­że­nie nowych i goje­nie wydłu­ży­łoby pobyt w tym pięk­nym miej­scu), więc tań­czy­łam jak naj­ener­gicz­niej. Ale szwy dobrze się trzy­mały, a rana się goiła- pro­fe­sjo­nalna robota.

Nie zaprzy­jaź­ni­łam się - tak od serca - z żadną dziew­czynką ani chłop­cem. Dłu­gich roz­mów uni­ka­łam. Mia­łam osiem lat i zauwa­ża­łam, że moja rodzina jest zupeł­nie inna od wszyst­kich. Że dzieli nas prze­paść. Moja mama nie­raz mówiła, że zawsze może być gorzej, niż jest. Nie chcia­łam, żeby było gorzej, a przez roz­mowy mogło tak się zda­rzyć...

Korzy­sta­łam z mojego dobrego czasu, w szpi­talu czu­łam się cudow­nie.

Pła­ka­łam tylko raz. Kiedy sio­stra Lucyna uświa­do­miła mi, że nie mam dru­giego wyrostka! Bo pla­no­wa­łam kolejne zapa­le­nie, wie­rząc, że czę­sto będę tu zaglą­dać. Taki tur­nus, jak na wcza­sach. Nic z tego. Czło­wiek ma tylko jeden wyro­stek.

Żeby choć dwa, a naj­le­piej ze cztery...

Nic z tego.

Wresz­cie nad­szedł czas powrotu do domu. Nowi szczę­ścia­rze z bólem brzu­cha cze­kali na wolne łóżka i tygry­ski na ścia­nach.

Tego dnia, gdy przy­je­cha­ły­śmy do domu, mama nie powie­działa: "Wycho­dzę". Nie zamknęła drzwi do swo­jego pokoju i pozwo­liła, bym przy­nio­sła jej tabletki. Czu­łam się wyróż­niona.

Leżały w kuchni, na tale­rzyku. Było ich dużo. Kolo­rowe, naj­wię­cej bia­łych, ale też uro­cze nie­bie­skie kap­sułki potasu, czer­wone hydro­xy­zi­num, jakieś nie­znane mi poma­rań­czowe. Posta­no­wi­łam uło­żyć z nich kwia­tek. Żeby było ład­nie, żeby dobry humor mamy trwał. Sta­ran­nie dobra­łam tabletki i bar­dzo ostroż­nie nio­słam talerz z kwiat­kiem, by się nie roz­sy­pał. Posta­wi­łam go na ławie przed tap­cza­nem mamy i nagle przy­po­mnia­łam sobie, że nie wolno mi nawet dotknąć żad­nej tabletki. Co ja zro­bi­łam!

Zamar­łam w prze­ra­że­niu.

Spoj­rzała na talerz. Potem na mnie, dziw­nie powoli. I znowu na kwia­tek.

"To koniec" - pomy­śla­łam i ostro zabo­lało mnie miej­sce po wycię­tym wyrostku.

Ale ona wbiła wzrok w kwia­tek, na jej twarz wypły­nął pra­wie... uśmiech.

- Ładna mozaika, Diano. Dzię­kuję - pochwa­liła. - Ale ni­gdy wię­cej tego nie rób.

- Obie­cuję, nie zro­bię - wyszep­ta­łam, bojąc się spło­szyć tę chwilę.

A ona wyjęła z kie­szeni tele­fon i sfo­to­gra­fo­wała mozaikę.

A potem, po kolei, połknęła wszyst­kie tabletki.

Opła­cal­ność

- Diana, teraz powiem ci coś takiego... Słu­chasz?! - Wła­dek szo­ruje siatką ścierną kra­wędź krze­sła dla swo­jej mamy. Jego głos dobiega zza maski prze­ciw­py­ło­wej. Ja też taką mam i szli­fuję brzeg sto­łeczka (w stu pro­cen­tach moja robota). - To prze­kra­cza wszel­kie gra­nice!

- No mów! - Prze­staję skro­bać, bo zanosi się na coś sen­sa­cyj­nego. Wła­dek nie jest gadułą i jeśli już robi taki wstęp, na pewno warto się sku­pić.

- Adolf wynaj­muje Pudlera!

- Prze­stań!

- Wynaj­muje go do pozo­wa­nia!

- Pudler ma pozo­wać Adol­fowi?

- Jego mamie, pani Ire­nie! Adolf z Pudle­rem!

- Wła­dziu, gorzej ci? Co chcesz przez to powie­dzieć? - Otwar­cie się zaśmie­wam. Osza­lał ten chło­pak czy co?

- Przy­szli do mnie, to zna­czy nad jezioro, gdy wyła­wia­łem śmieci. Popro­sili, bym im wyna­jął Pudlera. Pani Irena będzie malo­wała obraz.

- Ona maluje? Jest malarką?

- Też.

- Co: też?

- Tak mi odpo­wie­dzieli, gdy zada­łem wła­śnie to pyta­nie.

- Czy jest malarką.

- Tak. Odpo­wie­dzieli mi, że "też". - Prze­ry­wamy pracę i sia­damy na progu warsz­tatu. Szare, ciemne chmury wiszą nad naszym dom­kiem piór­ni­kiem. Bab­cia poje­chała coś zała­twić, korzy­sta­jąc z tego, że Wła­dek pobę­dzie u nas kilka godzin. No tak. Sama czuję, że dobrze by było, gdy­by­śmy już upo­rały się z pro­ble­mem mojego zosta­wa­nia bez babci, choćby na pół godziny. Ale nie udaje się nam. To zna­czy... Mnie się nie udaje.

Bab­cia wciąż zapew­nia, że chęt­nie będzie ze mną całe lata, bez naj­mniej­szej prze­rwy. Że to dla niej przy­jem­ność ("cała po mojej stro­nie" - jak powta­rza). Uspo­kaja, powta­rza. Stara się, bym uwie­rzyła. No i wie­rzę. Hm. Wiem. Ale łatwiej by nam było, gdy­by­śmy cokol­wiek mogły zro­bić osobno. Jesz­cze nie za dobrze radzę sobie ze stra­chem.

- Mama Adolfa nama­luje Pudlera?

- Prze­cież mówię! Nama­luje Adolfa z Pudle­rem jako dżen­tel­mena z bor­su­kiem. Taki będzie tytuł obrazu: Dżen­tel­men z bor­su­kiem. Jako kon­tra, a raczej uzu­peł­nie­nie Damy z gro­no­sta­jem.

- Wła­dziu, ty chyba masz gorączkę.

- Jeju, cytuję! Przy­ta­czam ci wypo­wiedź pani Ireny!

- Widzę jedną nie­ści­słość. Pudler nie jest bor­su­kiem.

- No to znajdź bor­suka i prze­ko­naj go, by zapo­zo­wał. A Pudler za nie­wielką kuli­narną zapłatę będzie chęt­nie pozo­wał i robił, cokol­wiek kto zechce.

- Wlepi gały w panią Irenę, to pewne. Psia hip­noza mistrza Pudlera Kupiń­skiego!

- Plus wygląd. - Wła­dek naprawdę wie­rzy, że jego pokrę­cony pies przej­dzie do histo­rii i będzie wga­piał się w tury­stów foto­gra­fu­ją­cych Dżen­tel­mena z bor­su­kiem sto­ją­cego obok Damy z gro­no­sta­jem w Muzeum Naro­do­wym w Kra­ko­wie. Pra­wie białe włosy sta­nęły chło­pa­kowi dęba, wysta­jące poza obręb twa­rzy poliki pałają żywą czer­wie­nią na tle brą­zo­wej opa­le­ni­zny.

- Że niby nikt nie odróżni psa od bor­suka?

- Diana, uru­chom wyobraź­nię! Pani Irena nama­luje bor­suka na pod­sta­wie Pudlera!

- Tak się da...? - Zamy­ślam się. - Nawet jest ciut podobny. Szary, szorstki. Długi, ale krępy. Łapy w stylu rokoko. - Kie­dyś bab­cia opo­wia­dała mi o meblach w stylu rokoko. Poka­zy­wała mi na tar­gach taką komodę. Miała wygięte nóżki - wypisz wyma­luj jak łapy psa Kupiń­skich.

- Pysk ma taki... zdzi­czały. - Wła­dek igno­ruje iro­nię w moim gło­sie, który już brzmi wyraź­nie, bo zsu­nę­łam na szyję maskę. - Oczy wyra­zi­ste, różne. Tro­chę się pozmie­nia i na obra­zie będzie wia­ry­godny bor­suk!

- Czyli przed Pudle­rem otwie­rają się wrota do świa­to­wej sławy.

- Na to się zanosi.

- Zaraz, Wła­dziu. Wyna­jęli go czy tak powie­dzia­łeś?

- Tak.

- A opłaca się to? Zapłacą ci zło­tem? Może być nie­ja­dalne, co tam, zgo­dzimy się, prawda? Nie będziemy wybrzy­dzać.

- Jak to: my? To mój pies!

- Za to Adolf jest nasz wspólny. Pamię­tasz, kto go wypa­trzył? - draż­nię się, marsz­cząc nos. - Ojo­joj, jak mi zależy na tej zapła­cie. Ojo­joj, co też ja sobie kupię za to. Pół maga­zy­nów Ama­zona zgarnę.

- No dobrze. Nie chcesz, to mogę ci nie mówić. - Wła­dek wresz­cie orien­tuje się, że posu­wam się w żar­tach coraz dalej. - A żebyś wie­działa, że się opłaca.

- Myśla­łam, że nie jesteś inte­re­sowny.

- Nie jestem. Zgo­dził­bym się bez niczego. Już ich polu­bi­łem. Są cie­kawi. Nie znamy takich dru­gich, co?

- Jakaś tajem­nica w nich tkwi... - przy­ta­kuję. - I my ich jesz­cze roz­gry­ziemy. Ale też zdo­ła­łam ich polu­bić, choć gdyby ktoś mi ich opi­sał, byłoby ina­czej.

- W moim przy­padku chyba byłoby podob­nie. Teraz, ow­szem, chęt­nie przy­łożę się, razem z Pudle­rem, do ich akcji.

- I ze mną. Bo zapo­mnia­łeś dodać. - Nady­mam się.

- Zapo­mnia­łem. I z twoją bab­cią. Też będzie mogła oglą­dać powsta­wa­nie obrazu Dżen­tel­men z bor­su­kiem.

- To co z tą opła­calną zapłatą? Złoto? Dia­menty? Sprzęt kosmiczny?

- Teraz się zdzi­wisz. Nie ten kie­ru­nek. Zapłata to jest życze­nie. Mam sobie zaży­czyć, czego chcę. Ale ja nie mam spe­cjal­nych życzeń.

- Żar­tu­jesz?! To ryzy­kowne! Powa­rio­wali.

- I co teraz? Opłaca się?

- Aha. - Zer­kam z sza­cun­kiem na kolegę. Patrz­cie tylko. Niby skromny chło­pak z Jęczy­dołu, z rodziny wie­lo­dziet­nej, ze sta­rym rowe­rem i nie­wy­da­rzo­nym psem, a pro­szę bar­dzo, jaki ma talent do inte­re­sów! - No, fak­tycz­nie to się opłaca. Myślisz już nad tym? Czego sobie zaży­czysz?

- Zoba­czysz. A teraz koń­czę krze­sło. Wróci twoja bab­cia i płynę odśmie­cio­wać Mie­dwie.

- Wiesz, Wła­dek, wła­ści­wie to twoje sprzą­ta­nie wody zupeł­nie się nie opłaca. Co wyło­wisz i wyrzu­cisz do śmiet­ni­ków, to ludzie znowu wrzucą. Nowe. Następne. I tak w kółko. Zerowa opła­cal­ność.

- Wycho­dząc z tego zało­że­nia, to wła­ści­wie niczego nie opłaca się robić, Diano. Bo i tak zawsze wyj­dzie się na zero. Na przy­kład: w nocy śpię, żeby mieć siłę do dzia­ła­nia w dzień. Z kolei w dzień każą mi się zmę­czyć, żebym potem dobrze spał. A po to mam spać, żeby znowu w dzień móc się męczyć. Sama widzisz.

- Albo włosy - podej­muję temat, rzu­ca­jąc na trawę pil­nik do szli­fo­wa­nia. - Naj­pierw je zapusz­czam, żeby było z czego obci­nać do uzy­ska­nia odpo­wied­niej fry­zury. Tę odpo­wied­nią mam krótko, bo włosy odra­stają i to już nie to. - Potrzą­sam głową. - I znów cze­kam, aż bar­dziej odro­sną, bo już mam nowe plany.

- Albo gim­na­sty­ko­wa­nie się. Muszę dużo ćwi­czyć i ruszać się, żeby nie utyć. - Wła­dek chyba prze­oczył fakt, że zawsze, gene­tycz­nie, sam z sie­bie jest bar­dzo utyty. A przez cały dzień w ruchu i co? Pstro. - Spa­lam zbędne kalo­rie. Póź­niej każą mi dużo jeść, żeby znów mieć ener­gię na nowy ruch. A jesz­cze gdy jest smaczne! Po nowym rusza­niu się nieco schudnę, żeby znów mnó­stwo zjeść, bo na przy­kład po... pły­wa­niu ma się wielki ape­tyt! Zero opła­cal­no­ści.

- Albo: rozum. Można poznać wszystko, co moż­liwe. Ale w cza­sie, gdy to pozna­jesz, świat robi krok do przodu. I już jest coś, czego nie wiesz. I co tu zro­bić, kiedy nic się nie opłaca?

- Może leżeć? Wtedy nic się nie traci, a można wypo­czy­wać. - Wła­dek rze­czy­wi­ście wycią­gnął się na tra­wie.

- Kie­dyś trzeba wstać. A toa­leta? A jedze­nie? A mycie? - Kładę się obok mojego pulch­nego kolegi. Dobrze tak cza­sem sobie pole­żeć i popa­trzeć w niebo.

- Po co? Żeby znów się pobru­dzić?

- Przez jakiś czas będziesz czy­sty.

- O widzisz, Diano, o widzisz! - Wła­dek siada gwał­tow­nie i góruje nade mną jak... jak jakaś góra. - Cho­dzi o ten "jakiś czas". W nim jest opła­cal­ność.

- Opła­cal­ność czego?

- Życia. Zawsze jest "jakiś czas", gdy czło­wiek jest wyspany, naje­dzony i czy­sty. I tylko od niego zależy, jak ten czas wyko­rzy­sta.

- Osta­tecz­nie można cze­kać, aż znowu zachce się jeść i spać - dro­czę się i też sia­dam, bo cień sie­dzą­cego Władka przy­tła­cza mnie psy­chicz­nie.

- Żar­tu­jesz.

- No prze­cież. Koń­czymy to krze­sło? Dziś chyba popłynę z tobą wyła­wiać śmieci. - Otrze­puję spodnie z suchych sosno­wych igieł. Choć to się nie opłaca, bo za chwilę nowe igły się do mnie przy­cze­pią. - Tylko zoba­czę, czy bab­cia nie dzwo­niła. - Spo­glą­dam na ekran smart­fona.

- Ale się zdziwi, gdy się dowie, że Pudler sta­nie w gale­rii Muzeum Naro­do­wego obok Damy z gro­no­sta­jem. Nor­mal­nie pad­nie.

- Ze śmie­chu.

Pre­zent

Dziś jest ponie­dzia­łek, 13 sierp­nia - moje imie­niny. Ale myli­cie się, jeśli przy­pusz­cza­cie, że zaraz opo­wiem o nich, zasy­pu­jąc was infor­ma­cjami na temat nie­zli­czo­nych pre­zen­tów i atrak­cji.

Opo­wiem wam o innych imie­ni­nach - tych, które wczo­raj wypra­wiła mama Władka, pani Klara Kupiń­ska.

Zacznę od chwili, gdy jedziemy na naszej pier­dziawce, czyli sta­rym fosti grande, bogat­szej tym razem o przy­czepkę. W przy­czepce, owi­nięte różo­wym papie­rem w kwiaty, zabez­pie­czone folią bąbel­kową, lekko kiwało się krze­sło. Pamię­ta­cie, pre­zent imie­ni­nowy, który Wła­dek samo­dziel­nie (no pra­wie) zro­bił dla swo­jej mamy.

Musia­ły­śmy jechać z Morzy­czyna do Jęczy­dołu na dwa razy. Naj­pierw zawio­zły­śmy w przy­czepce Pudlera, który był uprzejmy samo­dziel­nie odwie­dzić nas z samego rana i zostać, jak długo się dało. Wła­dek sza­lał ze zde­ner­wo­wa­nia, odkryw­szy nie­obec­ność psa. Na szczę­ście szybko poin­for­mo­wa­ły­śmy go przez tele­fon, gdzie prze­bywa "słod­kie stwo­rze­nie".

- To straszne - jęczał Wła­dek (bab­cia prze­łą­czyła na tryb gło­śno­mó­wiący). - Jak on sam wypra­wił się tak daleko?! Ni­gdy się nie odda­lał. Mógł go potrą­cić samo­chód, bo pew­nie biegł wzdłuż szosy. Mógł go ktoś porwać! - Tu mój kolega zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dził, bo chyba tylko jakiś nie­przy­tomny despe­rat poła­ko­miłby się na takiego psa. Cho­ciaż... Panią Irenę zain­spi­ro­wał.

- Wła­dziu, po pro­stu Pudler uznał nas za swoją drugą rodzinę - zauwa­żyła bab­cia, która sie­działa ze smart­fo­nem na progu werandy. - Mamy pro­blem, bo może chcieć powtó­rzyć odwie­dziny...

Wyle­gi­wa­łam się na łóżku polo­wym, z ręką na szorstko-mięk­kim grzbie­cie Pudlera, który, bar­dzo zado­wo­lony, leżał wycią­gnięty obok. Wes­tchnę­łam. Pies był cie­pły i miły, ale wciąż odczu­wa­łam rezerwę. Póź­niej wam opo­wiem, skąd mój brak zaufa­nia do psów. O ile Pudlera można do tego gatunku zali­czyć - bo w sumie to jest nie wia­domo kto. Jakiś ssak wszyst­ko­żerny.

- Prze­cież nie mogę go trzy­mać na smy­czy - mar­twił się Wła­dek. - To pies, który zawsze pil­no­wał się nas. Nie przy­wiążę go.

- No myślę. - Bab­cia się poru­szyła. - Nie będziesz pod­wyż­szał sta­ty­styk doty­czą­cych złego trak­to­wa­nia zwie­rząt na wsi.

- Wal­czę z tym, z tą opi­nią, pani wie! - obu­rzył się chło­pak, który nie tylko z tym ste­reo­ty­pem zmaga się z całych sił. Opi­nia o wie­śnia­kach - bru­da­sach i okrut­ni­kach wobec swo­ich zwie­rząt - po pro­stu go dobija.

- Wiem! Przy­wie­ziemy psa, nie przej­muj się.

- Tylko... krze­sło się nie zmie­ści. Zaraz przy­jadę po Pudlera. Już ruszam.

- Stop, spo­koj­nie. Szy­kuj z mamą te imie­niny. Obró­cimy dwa razy. Dro­biazg. - Ech, ta dobra kobieta ma klasę, bez dwóch zdań. Patrzy­łam na nią nie­mal tak inten­syw­nie jak Pudler. Szkoła psiej hip­nozy: sto­pień pod­sta­wowy zali­czony.

- Prze­pra­szam za kło­pot! Będę cze­kał przy szo­sie. Dzię­kuję!

- Trzy­maj się, Wła­dziu.

Gdy spo­ty­kamy się przed drogą pro­wa­dzącą do domu Władka, popra­wiamy papier otu­la­jący krze­sło. Dokle­jam gwiazdki z pasków wstążki - wła­śnie nauczy­łam się, za pomocą YouTube'a, robić takie gwiazdki (nazy­wane gwiaz­dami Fro­ebla). Wła­dek jest szczę­śliwy i Pudler jest szczę­śliwy. Śmieje się z wywie­szo­nym jęzo­rem, pry­ska śliną i nadep­tuje nam na nogi. Co chwilę sta­wia przed­nie łapy na przy­czepkę, a pew­nie chęt­nie dosiadłby też fosti grande, gdyby potra­fił. Wie­ziemy krze­sło. I zestaw babek ziem­nia­cza­nych, które upie­kły­śmy - ja i bab­cia. Jesz­cze ni­gdy nie byłam na imie­ni­nach.

Tata Władka jest gruby jak jego syn i ma takie same, pra­wie białe włosy. Dobrze go widać wśród wielu, bar­dzo wielu gości sie­dzą­cych wzdłuż ław usta­wio­nych przed jasnym, gładko otyn­ko­wa­nym domem. Wokół rosną grube drzewa, wiszą na nich jesz­cze nie­doj­rzałe jabłka i gruszki. Dalej, w zie­lo­nej zagro­dzie, cho­dzą sobie kury. Na słońcu drze­mią koty i wcale się na nie nie rzu­cają (bo kie­dyś sły­sza­łam, że taki kot nic tylko natych­miast dusi wszyst­kie ptaki). Małe dzieci bie­gają i stoją w kolejce do dwóch huś­ta­wek, prze­py­cha­jąc się i śmie­jąc.

Jest tu tyle osób, że tro­chę kręci mi się w gło­wie. Wszy­scy mówią jed­no­cze­śnie. Przy­tu­lam się do ręki babci, a ona na moment przy­ci­ska twarz do mojej głowy (oczy­wi­ście uwa­ża­jąc na kocie uszka).

- Bab­ciu, jest faj­nie - uspo­ka­jam ją. - Tylko muszę się jesz­cze tro­chę przy­zwy­czaić.

- Jeśli się zmę­czysz, wró­cimy.

- Nie, bab­ciu, nie zmę­czę się - gor­li­wie zaprze­czam i zaraz pod­cho­dzi do mnie malutka dziew­czynka z pyta­niem:

- Czy jesteś kotem? Czy ludziem? Bo ja jestem Alą. Nie mam tego. - I wska­zuje na moją prze­pa­skę.

- Cza­sami lubię być kotem. Przez chwilę. Cho­ciaż tak na co dzień jestem dziew­czyną, Dianą. A ty chcesz na chwilę być kotem? - Malutka otwiera buzię ze zdu­mie­nia i chwyta mnie za rękę.

- Chcem! - wykrzy­kuje, nie odry­wa­jąc wzroku od kocich uszek.

Zdej­muję prze­pa­skę i teraz to ona jest kotem. Od razu zaczyna się skra­dać i miau­czeć, nie wypusz­cza­jąc mojej ręki. Co mam robić, idę z dziew­czynką... z Alą... i robimy kocią rundkę.

- Wuje­eek! - Kilku małych chłop­ców biega za Wład­kiem, doma­ga­jąc się jego uwagi. - Wujek, chodź ze mną! Z nim już się bawi­łeś!

- Chło­paki, spo­kój! Wszy­scy będziemy się bawili!

- Wujek, stój bli­sko mnie! - Maluch z afro koloru blond pręży się bli­sko Władka, który od razu orga­ni­zuje małego berka. A potem - jako wujek super-Wła­dek - maluje chłop­com twa­rze spe­cjal­nymi far­bami.

Widzę, że żeby być świet­nym wuj­kiem, wcale nie trzeba być doro­słym.

Pani Klara, mama, sole­ni­zantka, dziś dla odmiany nie sza­leje w kuchni. Sie­dzi sobie na arty­stycz­nym krze­śle, z lekko krzy­wym opar­ciem. Patrzy, szczę­śliwa, na swo­jego syna. To zna­czy na jed­nego z synów, bo ma ich aż czte­rech. Ale tylko jeden sam zro­bił dla niej krze­sło.

- Wygod­nie, mamuś?! - Wła­dek, jakby poczuł na sobie jej spoj­rze­nie, odwraca się spo­nad dzie­cię­cych twa­rzy, które ozda­bia malun­kami.

- Jak w raju, synuś!

Synuś. Mamuś.

Tak. Tak też bywa. Oni nawet nie wie­dzą, że może być zupeł­nie, ale to zupeł­nie ina­czej.

A może wie­dzą? Różne sytu­acje przy­tra­fiają się ludziom. Nikt nie ma ich wypi­sa­nych na czole. Cza­sami zupeł­nie nie widać, co dzieje się z czło­wie­kiem w środku. Bo z zewnątrz wydaje się zupeł­nie spo­kojny i nie­cie­kawy. Można się pomy­lić. Na ogół się mylimy.

Nie­ważne. Chcia­łam jesz­cze coś o nich powie­dzieć.

Są dla mnie bar­dzo mili. Ja też ich polu­bi­łam. I ja rów­nież mam do kogo poma­chać i uśmiech­nąć się z daleka. Moja dobra kobieta, zaga­dana, ale czujna, odma­chuje mi natych­miast. I prze­syła całusa.

Powoli zaczy­nam roz­po­zna­wać cio­cie, wuj­ków, dziad­ków i kuzy­nów Władka. Jak ich dużo! Oni chyba ni­gdy nie muszą zosta­wać sami, ani na sekundę.

Nikt mnie o nic nie wypy­tuje. Nikt mnie do niczego nie zmu­sza. Trak­tują to wszystko na luzie. Wcale się nie kłócą, tak sobie tylko roz­ma­wiają i cho­dzą. Nie­któ­rzy sie­dzą przy lap­to­pach i prze­gry­wają zdję­cia na pen­drive'y. Nie biją się, nie wrzesz­czą (a sły­sza­łam, że na wsi tylko piją wódkę i tłuką się jak sza­leni - już wiem, że nie wszy­scy).

Jedna pani gra na gita­rze. A chudy młody chło­pak z bia­łymi wło­sami (brat Władka, Wacek) - na akor­de­onie. Nie­któ­rzy tań­czą na drew­nia­nym pode­ście. Tu też nikt nikogo nie zmu­sza i nie oce­nia. Kto chce, ten tań­czy. Nagle czuję, że ja chcę, tak, bez wąt­pie­nia chcę. Więc tań­czę. Kocham to. To tro­chę taniec nowo­cze­sny, ale i balet. Wła­śnie go wymy­ślam. Muzyka mnie nie­sie, unosi, wznosi i ponosi, a naj­bar­dziej lubię wła­śnie taką, raczej roman­tyczną. Tań­czę. Poza tym, że gra muzyka, jest dziw­nie cicho. I wtedy zauwa­żam, że wszy­scy na mnie patrzą. A po chwili biją mi brawo. Bab­cia ma chyba łzy w oczach. Jesz­cze nie jestem gotowa ani na brawa, ani na łzy.

Prze­staję tań­czyć, cho­wam się w namio­cie z malu­chami.

Ale coś dobrego pul­suje mi w uszach. Coś się we mnie rodzi, wykluwa.

Na razie bawię się pla­sti­ko­wym koniem z tą dziew­czynką, z Alą. Boję się myśli, która bez­wied­nie przy­cho­dzi mi do głowy i sama "się myśli": jak to by było mieć taką sio­strę?

Tak.

Faj­nie jest na imie­ni­nach.

- Wła­dek, wiesz co... - mówię kilka godzin póź­niej, gdy wymy­kamy się na skraj pola, żeby poroz­ma­wiać. Po pro­stu muszę poroz­ma­wiać.

- Jak ci jest na tych imie­ni­nach? - Gry­ziemy goto­wane kuku­ry­dze, przez co tro­chę śmiesz­nie wyglą­damy z żół­tymi ziar­nami mię­dzy zębami.

- No prze­cież widzisz, że w porządku. Nie wie­dzia­łam, że tak może być na imie­ni­nach. Powiem ci prawdę: odro­binę bałam się iść.

- Prze­cież ja tu jestem. Już cię tro­chę znam. Nie zapra­szał­bym cię, gdyby miało być nie­miło albo... kło­po­tli­wie.

- Bałam się, że będą mi się przy­glą­dać albo wypy­ty­wać.

- U nas tak się nie robi. To nawet nie jest moż­liwe, przy tylu oso­bach. Każdy ma swój kram, swoją bajkę. - Z chrzę­stem wgryza się w kolbę.

- Coś ci powiem. Moja mama nie zno­siła imie­nin. Cza­sami musiała na jakieś iść, bo tak wypa­dało. - Nie wiem, dla­czego to mi się nagle wypsnęło. Pierw­szy raz mówię Wład­kowi tak szcze­gó­łowo o moim daw­nym życiu. Obie­ca­łam sobie, że ni­gdy ani słowa ponad tych kilka nie­zbęd­nych. Nie ma tematu, nie ma pytań. A tu otwo­rzył mnie jakiś nie­wi­dzialny klucz. I opo­wia­dam dalej: - Kiedy cza­sem dostała od kogoś pre­zent, wście­kała się.

- Dla­czego? - Wła­dek nie oka­zuje, jak bar­dzo jest zacie­ka­wiony, ale i tak to wyczu­wam. Nawet prze­stał mie­lić w pasz­częce kuku­ry­dzę.

- Oba­wiała się rewanżu. Że teraz ona coś będzie musiała komuś dać, a nie cier­piała kupo­wa­nia pre­zen­tów. Nie miała ochoty i siły bie­gać po skle­pach.

- Mnie się wydaje, że takie wybie­ra­nie jest naj­faj­niej­sze. Bo myśli się w tym cza­sie o tej oso­bie, dla któ­rej będzie pre­zent.

- Już wolę ci nie mówić, co można myśleć o takiej oso­bie. - Patrzy­łam przed sie­bie, na równe ciem­no­zie­lone pola. - "Niech dia­bli wezmą tę Dorotę! Nie mogła dać mi po pro­stu kwiatka?!"

- No, coś w tym jest. Tak naprawdę nie wiem, czy ten ktoś naprawdę się cie­szy, czy raczej zło­ści, że jest zmu­szany do rewanżu. Wła­ści­wie znam takie rodziny - mówi Wła­dek i już teraz nie wiem, czy broni mojej mamy, czy odwrot­nie.

- Tak?

- Nawet potra­fią zro­bić remont miesz­ka­nia, żeby dobrze wypaść przed gośćmi. Jakby goście mieli zaglą­dać za szafy albo pod­no­sić dywany. Test bia­łej ręka­wiczki. - Zaśmiewa się, a ja z nim. Znów gry­ziemy swoje kuku­ry­dze.

- To psuje całą radość, gdy chce się zado­wo­lić gości za wszelką cenę. - Chyba zaczy­nam rozu­mieć, o co w tym cho­dzi.

- Bo to inni powinni wypra­wić sole­ni­zantce imie­niny. Tak jak u nas - wyja­śnia spo­koj­nie Wła­dek.

- Fakt! - dociera do mnie. - Każdy coś przy­niósł i w czymś pomógł!

- Wła­śnie. A moja mama ma siłę, żeby się cie­szyć. Na to też trzeba ją mieć. Za tydzień imie­niny mojej sio­stry, Joanny. Urzą­dzimy jej nie­złą imprezę!

- Aha. - Żuję ziarna i już nic nie mówimy.

Aż tu nagle sły­szymy tupot i dzie­cinne gło­siki krzy­czą:

- Są!!! Są!!! Tu jest wujek i dziew­czyna kot!!! Poba­wi­cie się z nami w odchody?!

- Chyba w pod­chody! - Skręca mnie od nagłego śmie­chu, a Pudler ska­cze na nas czte­rema łapami naraz.

Ogó­reczki

- Dianko, moja miła, nie pij zim­nej wody, skoro przed sekundą jadłaś ogórki.

- Bab­ciu, uwiel­biam ogó­reczki. I zimną wodę.

- To złe zesta­wie­nie. Nie mogła­byś lubić ich osobno?

- Dla­czego po ogór­kach nie wolno pić zim­nej wody?

- Żołą­dek tego nie lubi. - Bab­cia się zamy­śla. - Tak naprawdę nie wiem dla­czego. Za to wiem, że boli, a to chyba wystar­cza­jący argu­ment...

Sie­dzimy na pniu zwa­lo­nej sosny. Wybra­ły­śmy się do pobli­skiego lasku. Co jakiś czas zbie­ramy kawałki korzeni, ogromne szyszki i różne ele­menty, z któ­rych w domu zro­bimy ozdoby. Już teraz myślimy o cho­ince i zło­tych szy­chach. Lubimy też robić malunki na kamie­niach, więc zaraz wybie­rzemy naj­gład­sze i naj­bar­dziej pła­skie. Oczy­wi­ście nie w lesie, ale nad brze­giem Mie­dwia. Wra­ca­jąc.

- Bab­ciu, już wiem, co zro­bię. Stanę na gło­wie! Wtedy ogóry będą na górze, a woda na dole. Oszu­kam naturę. Czy wolno pić wodę przed zje­dze­niem ogór­ków?

Ona unosi brew. Aure­ola z siwych falo­wa­nych wło­sów spra­wia, że przy­po­mina mi Ein­ste­ina. Nogi jak u bociana, w wąskich dżin­sach (to ja uświa­do­mi­łam babci, że dzwo­nów nie nosi się już od ponad dzie­się­ciu lat). Trampki. Co za iro­niczna mina.

- Chcesz być spryt­niej­sza od przy­rody?

- Nie zapo­mi­naj, że jestem czę­ścią natury. Nie zapo­mi­naj, kto mi to cią­gle powta­rzał.

Mój współ­cze­sny pry­watny Ein­stein cmoka z dez­apro­batą.

- Gdy­bym tak cię nie kochała, powie­dzia­ła­bym: "Spró­buj". Ogó­reczki, woda i sta­nie na gło­wie. A ja sobie popa­trzę i pocze­kam. I może nagram fil­mik. Będę miała dowód, że cza­sami warto posłu­chać star­szych. Ale powiem: "To nie przej­dzie".

- Bab­ciu, mamy klę­skę z tymi ogór­kami, co?

- Masz na myśli klę­skę uro­dzaju?

- Tak. Kiedy plo­nów jest za dużo, mówi się "klę­ska". Ale jakby co, wiem, co zna­czy to słowo. Nie trzeba mi wyja­śniać. - W moim gło­sie brzmi coś w rodzaju ostrze­że­nia i bab­cia od razu to wychwy­tuje.

- I wiesz, że to nie­zbyt trafne zesta­wie­nie? Uro­dzaj to wiel­kie szczę­ście.

- Rozu­miem. Czyli znowu kisimy?

- Tak, dzi­siej­szy wie­czór upły­nie nam na kame­ral­nym kisze­niu ogó­recz­ków.

- To też uwiel­biam! Zga­simy tele­wi­zor! - Wpada mi do głowy pomysł na tyle nie­re­alny, że bab­cia zamiera w pół gestu.

- Mówisz serio? Przy­musu nie ma. Potrze­bu­jesz, to włą­czaj. Zawsze do usług.

- W każ­dym razie spró­buję.

Może nie rozu­mie­cie do końca tej sprawy z tele­wi­zją. Powiem wam na razie tyle, że kie­dyś włą­czony tele­wi­zor był moim jedy­nym wspar­ciem. Chyba już o tym wspo­mi­na­łam, ale nie zna­cie skali tego zja­wi­ska. Jesz­cze nie doszłam do tego etapu, kiedy mogę żyć bez tele­wi­zora. Wiem, to jest źle widziane, ale bab­cia mnie rozu­mie. A nawet zauwa­żyła postęp i pochwa­liła mnie. Postęp polega na tym, że wcale nie muszę patrzeć na ekran ani nawet słu­chać. Wystar­czy, że odbior­nik sobie szem­rze w tle. Mogę być nawet tyłem do tele­wi­zora i jest dobrze. Coraz lepiej. Czuję, że już chyba go nie potrze­buję.

Cho­wam do ple­caka butelkę z wodą mine­ralną. Ale troszkę za długo przy­pa­truję się prze­zro­czy­stej cie­czy, która w połą­cze­niu z suro­wymi ogó­recz­kami nie wygląda za cie­ka­wie. "Czy­sta woda zdro­wia doda" - prze­myka mi przez myśl i znowu ata­kuje mnie wspo­mnie­nie.

TRZE­CIE WSPO­MNIE­NIE, czyli "Filtr"

Kiedy zro­zu­mia­łam, że moja mama potrze­buje pomocy? Że obie potrze­bujemy pomocy?

Gdy zre­zy­gno­wała z fil­tra.

Naj­pierw mia­ły­śmy taki filtr nało­żony na kran. Nasze miesz­kanko w Rze­szo­wie (trze­cie pię­tro w wie­żowcu) było już bar­dzo stare i rury ("cała ta ohydna hydrau­lika" - jak mówiła mama) zanie­czysz­czały wodę. To nawet było widoczne gołym okiem. Zna­czy bez oku­la­rów i szkła powięk­sza­ją­cego. Nie­fil­tro­wana woda zawie­rała osad: taki pyłek, pro­szek, a cza­sem cien­kie płatki cze­goś bia­łego. To osia­dało wewnątrz naczyń, a nawet można było zła­pać to pal­cem (po dotknię­ciu od razu roz­pa­dało się na nie­wi­dzialne czą­steczki). Mówi się na to: "Kamień", cho­ciaż wcale nie przy­po­mina kamie­nia.

Zro­zu­miałe, że woda do celów spo­żyw­czych musi być oczysz­czona za pomocą fil­tra. Zmie­niało się wkład - co dwa mie­siące, o ile pamię­tam. Kupo­wa­ły­śmy te wkłady - takie wałeczki - w nie­bie­skich pudeł­kach.

Odkąd pamię­tam, filtr zawsze był.

Aż kie­dyś kran się popsuł. W dodatku strasz­nie dużo kosz­to­wał gaz z pie­cyka do pod­grze­wa­nia wody. I mama posta­no­wiła zain­sta­lo­wać pod­grze­wacz elek­tryczny. Nie sama, zro­bił to hydrau­lik.

Pro­blem pole­gał na tym, że do pod­grze­wa­cza pro­wa­dziła cienka wlewka (taka wygięta rurka i spe­cjalny kra­nik), a do niej nie można było pod­łą­czyć fil­tra.

Na początku mama pró­bo­wała zna­leźć odpo­wiedni model, ale się nie udało. Hydrau­lik prze­wi­dy­wał, że będzie trudno, i nie chciał anga­żo­wać się w nasz pro­blem. Nie oddzwo­nił.

Myślę, że w końcu zna­la­złoby się jakieś roz­wią­za­nie, ale mama mach­nęła ręką. Pod­dała się. Dosłow­nie i w prze­no­śni. Powie­działa, że to w końcu woda pitna i dzieci w Afryce wiele by za nią dały. Strasz­nie się na mnie roz­zło­ściła, kiedy nie chcia­łam pić wody bez fil­tra. Nie było jej potem przez cały dzień (mamy, nie wody), a były to waka­cje, czyli dzień za dniem musia­łam sie­dzieć sama w domu. Mia­łam już dzie­więć lat i zaczę­łam się bun­to­wać. Za nic nie chcia­łam zosta­wać w miesz­ka­niu, coraz czę­ściej zda­rzały się spię­cia mię­dzy nami. Pró­bo­wa­łam biec za mamą, wycho­dzi­łam na ulicę. Każdy taki wybryk skut­ko­wał jesz­cze dłuż­szą jej nie­obec­no­ścią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wiel­kie cię­cie

Jedziemy sku­te­rem do fry­zjera, do miej­sco­wo­ści Koby­lanka. My - czyli ja i bab­cia.

Usługi fry­zjer­skie nie są czę­stym ele­men­tem naszego życia. Prawda jest taka, że pierw­szy raz będą mnie pro­fe­sjo­nal­nie ciąć. Żeby być pre­cy­zyjną, dodam, że pierw­szy raz w życiu zasiądę na fotelu w zakła­dzie do cia­cha­nia.

- Nie po to twoja pra­bab­cia wal­czyła w dru­giej woj­nie świa­to­wej, żeby teraz pła­cić za obci­na­nie wło­sów. Wtedy robiono to bez tej całej otoczki. Cza­sem nawet wbrew woli strzy­żo­nych, zapew­niam cię.

Moja pra­bab­cia to mama babci. Nie mia­łam oka­zji jej poznać. Tuż po woj­nie, gdy świę­to­wała nadej­ście wol­no­ści, sie­dząc okra­kiem na lufie nie­uży­wa­nego już działa prze­ciw­pan­cer­nego, użą­dlił ją szer­szeń. Nikt nawet nie sły­szał wtedy o pod­ręcz­nych strzy­kaw­kach z adre­na­liną na wypa­dek reak­cji aler­gicz­nej. Tak więc pra­bab­cię znam tylko z opo­wie­ści jej córki, Anny Karaś, którą teraz pukam pal­cem w plecy.

- Bab­ciu! Gąbka ci się wysuwa! - krzy­czę i zjeż­dżamy na pobo­cze. Ona jed­nym ruchem wpy­cha nie­bie­ską gąbkę kąpie­lową pod zbyt luźny kask, podobny do miski.

- Kiedy wresz­cie kupisz sobie odpo­wiedni kask, moja kobieto? - pytam oskar­ży­ciel­sko i dys­kret­nie spraw­dzam dopię­cie wła­snego, cał­kiem nowo­cze­snego, okrą­głego i dobrze dopa­so­wa­nego kasku. Kształ­tem przy­po­mina kuli­sty sta­tek kosmiczny. O ile ist­nieją kuli­ste statki. Ale raczej nie.

- War­kocz pod kask, moja dziew­czyno. - Bab­cia się chi­chra, zado­wo­lona, że i u mnie wystą­piło poważne uchy­bie­nie. W życiu nie kupi sobie nowego kasku, nowego sku­tera też nie. Chy­bo­czemy się na sta­rym fosti grande retro. I tak lep­sze to niż cał­kiem zabyt­kowy komar, który choć odno­wiony przez bab­cię Annę, nie­zbyt nadaje się do jazdy. Czę­sto strzela focha. Ma zbyt wiele humo­rów i kapry­sów. Gdy nagle życzy sobie sta­nąć w szcze­rym polu, po pro­stu robi to i nawet taki świetny mecha­nik jak bab­cia nie prze­kona go, by sobie odpu­ścił.

- War­kocz! - Długi paluch udaje, że mi grozi, ale roz­my­śla się i lekko muska mnie po dłoni.

- Prze­cież wiesz, że od dawna nie mie­ści się pod kaskiem. - Wpusz­czam war­kocz pod bluzkę i ruszamy dalej.

War­kocz grzeje mnie w plecy, jak gruby, cie­pły wąż. Mam włosy do kolan. Ni­gdy ich nie obci­na­łam. Są nie­mal moją toż­sa­mo­ścią. Codzien­nie ludzie przy­stają na mój widok, szep­czą, cza­sem nawet robią zdję­cia i wrzu­cają na por­tale. No tak, wspa­niałe. Ale mam dosyć. Jestem prze­sy­cona tego rodzaju sławą. Czas na wiel­kie cię­cie. Chcę, żeby wresz­cie zaczęto dostrze­gać we mnie coś poza tym, co wyro­sło mi na gło­wie. Czas zaj­rzeć do wnę­trza. A ręczę, że jest tam świat, który warto odkry­wać.

Ale to nie jedyna przy­czyna roz­sta­nia z war­ko­czem.

- Bab­ciu!

- Nie ple­plaj mi tu w cza­sie jazdy! I tak nie sły­szę. - Pulchny tułów, który obej­muję, wzdryga się. Plecy w skó­rza­nej kami­zelce, znane i bez­pieczne. Przy­wie­ram do nich policz­kiem.

- Może i ty zde­cy­du­jesz się na porządną fry­zurę, kudłatko... - mru­czę nie wia­domo do kogo, bo fosti grande - stara pier­dziawka - ter­ko­cze upar­cie. Wiatr szumi i spo­wija nas falami, na prze­mian zimna i gorąca.

- Obci­na­nie wło­sów nożycz­kami dla przed­szko­la­ków może jest fajne. Ale efekt by­naj­mniej nie upięk­sza­jący - szep­czę marud­nie, pra­wie bez­gło­śnie.

- Nie mam­rocz mi w plecy, Diano, bo to rezo­nuje w całym ciele! - A jed­nak! Tej czuj­nej, bystrej kobie­cie nic nie umknie, może­cie być pewni.

- Nie ple­plaj mi tu w cza­sie jaz­dyyy! - odgry­zam się i wybu­chamy śmie­chem, który sta­pia się z mecha­nicz­nym kasz­lem mizer­nego sil­nika naszego fosti.

- Ile masz lat, dziew­czynko? - rzuca fry­zjer, któ­remu, szcze­rze mówiąc, pil­nie przy­da­łaby się wizyta u fry­zjera. Bar­dzo wysoki i chudy elf ma szopę dre­dów pomie­sza­nych z lokami i kolo­ro­wymi pro­stymi pasmami.

- Dwa­na­ście, a pan, męż­czy­zno?

Zapada cisza. Bab­cia robi zado­wo­loną minę i patrzy wycze­ku­jąco na elfa z zie­loną płachtą w szczu­płych dło­niach. Oj, jaki ten fry­zjer podobny do elfa...

- Yyy... jestem koło trzy­dziestki, powiem tajem­ni­czo. - Uśmie­cha się i zmie­nia w miłego elfa, jed­nak z lek­kim odcie­niem urazy.

- Czyli czter­dzie­ści? - pytam nie­win­nie, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. Z roz­ma­chem sia­dam w fotelu i dys­kret­nie pusz­czam oczko do babci.

- No, wybacz, dziew­czynko, ale led­wie trzy­dzie­ści dwa mi stuk­nęło! - Elf robi się jesz­cze bar­dziej ura­żony.

Hm. A prze­cież doro­śli wręcz chlu­stają na dzieci oso­bi­stymi pyta­niami. Bez zasta­no­wie­nia, zawsze. Ile masz lat, jak się nazy­wasz, ile ważysz, jakie masz stop­nie, czemu jesteś taka gruba/chuda, niska/wysoka, nie­śmiała/roz­bry­kana, czy masz chło­paka/dziew­czynę, gdzie miesz­kasz? I tak dalej. Nie wolno robić z tego sprawy, jeśli nie chce się kło­po­tów. Ale ja wła­śnie ostat­nio nie omi­jam kło­po­tów. Zde­rzam się z nimi. Czo­łowo.

Zaraz, ale niby dla­czego ten jeden elf ma teraz obe­rwać za wszyst­kich...?

- Żar­to­wa­łam... - łago­dzę. - Dała­bym panu tro­chę ponad dwa­dzie­ścia. - I w ide­al­nej zgo­dzie usta­lamy szcze­góły wiel­kiego cię­cia.

- Czy mogę spy­tać, skąd ta decy­zja? - Elf roz­cze­suje moje nie­zwy­kłe włosy. Zga­dzam się, by je sfo­to­gra­fo­wał.

Bab­cia wzdy­cha, sie­dząc na kana­pie pomię­dzy kaskami.

Wybra­łaby inne warianty. Pierw­szy: żebym wciąż miała toż­sa­mość okre­śloną wło­sami do kolan (kostek, stóp, pod­łogi, drzwi, scho­dów, ulicy, cen­trum mia­steczka...). W przy­szło­ści zapewne sta­cje tele­wi­zyjne - TLC lub Nowa - zro­bi­łyby o mnie filmy. Lubią poka­zy­wać uniesz­czę­śli­wio­nych przez naturę ludzi. Tkwi­ła­bym na wyso­kim stołku baro­wym, a ciemny welon wło­sów spły­wałby, wypeł­nia­jąc cały kadr (uję­cie pano­ra­miczne). Wyma­rzona przy­szłość...

Wariant numer dwa: bab­cia obcina to wszystko wła­sno­ręcz­nie, małymi nożycz­kami z zaokrą­glo­nymi koń­ców­kami. I kolo­ro­wymi ramio­nami, każde z pla­sti­kową otoczką. Kupuje te nożyczki w Lidlu, po pięć sztuk w opa­ko­wa­niu.

- Gokarty! - Wyry­wam z zamy­śle­nia elfa i bab­cię.

- Gokarty... Czyli...? - Fry­zjer roz­dziela grze­bie­niem dłu­gie pasma.

- Cho­dzi o... ten praw­dziwy hor­ror z gokar­tem! - obwiesz­czam, dozu­jąc napię­cie.

- Nie ogląda pan cza­sem tele­wi­zji? - docieka bab­cia i roz­pina kami­zelkę na okrą­głym brzu­chu. Siada z powro­tem i pro­stuje dłu­gie chude nogi.

- Nie mam tele­wi­zora - oznaj­mia z dumą elf, więc prędko wyja­śniam:

- To stało się nie­dawno, w trak­cie tych waka­cji. Pewna dziew­czyna miała tak dłu­gie włosy jak ja. Wsia­dła do gokarta, a war­kocz huś­tał się na jej ple­cach. Odchy­liła głowę do tyłu...

- Roz­ba­wiona! - uzu­peł­nia bab­cia, wachlu­jąc się jed­nym z cza­so­pism, któ­rych mały sto­sik leży na owal­nym szkla­nym sto­liku.

- Tak: roz­ba­wiona! Roz­ba­wiona odchy­liła głowę i wtedy... War­kocz wkrę­cił się w tryby mecha­ni­zmu napę­dza­ją­cego!

- Gokarta! - To znowu bab­cia.

- Tak: napę­dza­ją­cego gokarta! - Fry­zjer bled­nie, co działa na mnie sty­mu­lu­jąco. - Dwie sekundy i miała zdartą skórę z głowy!!! Jak gdyby zdjęto z niej skalp. Wie pan, co to jest skalp? - Przy­ha­mo­wa­łam, widząc, że drży mu ręka z nożycz­kami.

- Wiem.

- Pew­nie czy­tał pan kie­dyś książki o India­nach - wnio­skuje bab­cia.

- Motyw skal­pów jest w nich bar­dzo popu­larny - dodaję, koń­cząc maka­bre­skę o war­ko­czu, który wraz ze skórą głowy został w try­bach gokarta.

- Żyje? - dyszy fry­zjer, naj­wy­raź­niej prze­cią­żony psy­chicz­nie naszymi opo­wie­ściami.

- Na szczę­ście żyje! - Opa­dam na fotel. - Ale żegnaj­cie, włosy, żegnaj, skóro. Krwi wyle­ciało ze dwa­dzie­ścia litrów!

- Rozu­miem. Już wszystko rozu­miem, dziew­czynko... Zaraz... jak ty masz na imię? Jeśli można zapy­tać... - zastrzega, słusz­nie prze­wi­du­jąc kon­se­kwen­cje pyta­nia.

- Diana. A pan?

- Tymo­te­usz. Miło mi.

- Mnie w sumie też - decy­duję po krót­kim namy­śle.

- Anna - włą­cza się bab­cia, uśmie­cha­jąc się dość kwa­śno.

- Tymo­te­usz.

- Brawo.

Przez uła­mek sekundy nasze - moje i babci - spoj­rze­nia łączą się poprzez lustrzane odbi­cie. Jest w nich poro­zu­mie­nie.

- Panie Tymo­te­uszu - kon­ty­nu­uję - taki war­kocz może też zacze­pić się na przy­kład o sio­dło. Albo o oli­no­wa­nie jachtu. Może zostać przy­trza­śnięty drzwiami auto­busu.

- A gdy ban­dyta goni, od razu ma za co uchwy­cić - bab­cia przy­ta­cza frag­ment swo­ich prze­my­śleń, a ja...

Stop! Wzdry­gam się, jakby ktoś krzyk­nął.

Czas zatrzy­muje się na sekundę.

"Ban­dyta za war­kocz chwyta".

Tak.

Bab­cia patrzy pyta­jąco.

Poru­szam rękami pod pele­ryną fry­zjer­ską. Sze­lest.

"Ban­dyta za war­kocz chwyta".

Biorę oddech i pozwa­lam cza­sowi pły­nąć dalej.

Znów wyglą­dam bez­tro­sko. Uśmie­cham się łobu­zer­sko, dzie­cin­nie.

- Ho, ho, żeby tylko! - Nie chcę być gor­sza. - Pod­czas nur­ko­wa­nia war­kocz może uwię­znąć pomię­dzy ele­men­tami wraku!

- Wra-ku? - słabo wydu­sza blady elf Tymo­te­usz, czo­chra­jąc ner­wowo swoją bujną fry­zurę.

- Nie ina­czej. - Bab­cia stuka w kask dla wzmoc­nie­nia efektu dra­ma­tur­gicz­nego.

- To ty... Diano... nur­ku­jesz, jeź­dzisz konno i pły­wasz jach­tem?

- No... nie... - przy­znaję i zamy­ślam się nad swoim życiem. - JESZ­CZE nie!

Fry­zjer Tymo­te­usz zaplótł moje włosy w sześć rów­nych war­ko­czy­ków. Każdy z nich zagum­ko­wał u dołu i u góry. I każdy (wresz­cie przy­szła ta chwila) sta­ran­nie ściął tuż nad górną gumką. Będzie z nich część peruki. Trudno mi sobie wyobra­zić, że kawa­łek mnie dosta­nie dziecko, któ­remu aku­rat brak wła­snych wło­sów! Miłe uczu­cie zamu­so­wało we mnie jak gazo­wana mine­ralna. Potrzą­snę­łam lekko głową. Dziwne, krót­kie, bez­radne włosy nic nie ważyły. Jakby odcięli mi część ciała. Natych­miast poczu­łam w oczach pie­kące łzy. Aż zabra­kło mi tchu.

- Dobrze. Dobrze zro­bi­łaś, odważna dziew­czyno. - Bab­cia cichutko pode­szła do mnie i pogła­dziła mą zdez­o­rien­to­waną łepe­tynę. - Oho! Jesz­cze będziemy...

- Wiem, dobra kobieto. - Od razu prze­sta­łam pocią­gać nosem. - Jesz­cze będziemy tań­czyć na moim weselu.

- Z nowymi wło­sami pod bia­łym welo­nem. - Naj­wy­raź­niej Annie Karaś nie przy­szło jesz­cze na myśl, że nici z wesela i welonu. Nie pla­nuję. Żad­nych żon i matek. Defi­ni­tyw­nie. - Potrzą­snę­łam tym, co mi zostało na gło­wie, ale już o wiele wese­lej. O, jak lekko. Jakby stale wiał wiatr.

- Uwol­ni­łem cię - pod­su­mo­wał elf. - A teraz ufor­mu­jemy praw­dziwą fry­zurę. - Zaszczę­kał dłu­gimi, lśnią­cymi nożycz­kami. W końcu to naj­lep­szy fry­zjer w Koby­lance. I jedyny.

Odwza­jem­ni­łam uśmiech, a Tymo­te­usz spa­ko­wał moje war­ko­czyki do folio­wej koperty.

Usa­do­wi­łam się na podłuż­nym sio­dełku naszej jakby wciąż zmę­czo­nej pier­dziawki. Pokle­pa­łam się po kie­szeni czar­nej kurtki. Mia­łam w niej pisemne zaświad­cze­nie od fry­zjera, że ja, Diana Sado­wiak, z wła­snej woli odda­łam swoje włosy fun­da­cji Rak'n'Roll.

Zapię­łam kask, skry­wa­jąc nową fry­zurę. Moje ramiona odru­chowo szu­kały barył­ko­wa­tego tuło­wia babci. Nie ma go. Bab­cia stoi i nie wpy­cha gąbki pod dyn­da­jący kask.

- Zasnę­łaś? Brum, brum! - przy­po­mi­nam się.

- Zobacz, Diano.

Staję obok niej i wykrzy­kuję:

- Och!

Ktoś prze­ciął tylną oponę w sku­te­rze!

Wszerz. Nie za głę­boko, ale wystar­cza­jąco, by nie móc już z niej korzy­stać.

- Co teraz? Kto to zro­bił?! - Zupeł­nie zapo­mi­nam o wło­sach.

Elf Tymo­te­usz zała­muje ręce.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, kręcą się tu chło­paki, waka­cje mają, nudzą się... To nie pierw­szy raz... - poję­kuje.

- Są gor­sze kata­kli­zmy na świe­cie! - Bab­cia z pew­no­ścią już zna­la­zła punkt odnie­sie­nia dla naszego pro­blemu. - Chyba jesz­cze żyjemy, co? Cho­dzimy, oddy­chamy, śmie­jemy się. - Mruga do mnie, wyj­mu­jąc kufer z narzę­dziami i tele­fon. - Trzy­maj, Diano.

I już znowu dzia­łamy. Ja i ona.

Opona jest do wyrzu­ce­nia.

- Ale, bab­ciu... Przy­znaj sama. - Zdej­muję kask. - Nasta­wi­ły­śmy się na wiel­kie cię­cie. No i mamy wiel­kie cię­cie.

Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment

- Teraz ty. Nie śpij, myśl - taka zachęta wyrywa mnie z bło­giego letargu. Roz­wa­lona na dużym żół­tym pon­to­nie, obser­wuję koły­szące się trzciny. Spod przy­mru­żo­nych powiek wymy­kają się roz­ma­zane czarne kształty. Zni­kają mię­dzy trzci­nami. To łyski. Żyją ich tutaj setki. Lubię te ptaki, są takie upo­rząd­ko­wane i uparte. I śliczne - lśniąco czarne, ze swo­imi bia­łymi łysin­kami. Dobrze opie­kują się dziećmi. O, kilka maleń­kich łysią­tek zapisz­czało mię­dzy trzci­nami. Nie­spo­kojna gruba łyska odpo­wiada im gar­dło­wym gul­go­tem. Poro­zu­mie­nie.

U nas też poro­zu­mie­nie. Pon­ton czule har­mo­ni­zuje nasze ciała i umy­sły. Razem w górę, razem w dół. Plusk, plusk.

Dokąd pły­niemy? Doni­kąd. Do połowy zanu­rzone wio­sła bez­rad­nie taplają się w ciem­no­zie­lo­nej toni.

- Baaab­ciu... - Prze­cią­gam się. - Oddam ci ruch. Nie mam siły. Upał.

- No, jak chcesz. - Na dru­gim końcu pon­tonu bab­cia zaciera rączki. Spod jej kape­lu­sika na wszyst­kie strony ster­czą białe, nie­grzeczne włosy. - Jak chcesz, Dianko. Ale żeby nie było. - Jej błę­kitne oko nie­bez­piecz­nie bły­ska i wtedy otrzą­sam się z roz­le­ni­wie­nia.

- Sekunda, zmie­niam zda­nie! Nie oddaję ci ruchu.

- O, co za szkoda, co za żal... - Anna Karaś chi­cho­cze i zazdro­śnie zakrywa swoje płytki z lite­rami. Jej biała, zbyt luźna bluzka wygląda nie­mal jak żagiel. Skrze­czący głos spra­wia wra­że­nie, jakby nie mówiła do końca serio. Taka babu­sia Jagu­sia z teatru. Ale ona jest bar­dzo serio. Na szczę­ście. Mogę być spo­kojna.

Na środku pon­tonu roz­ło­żona jest plan­sza do scrab­bli. Tych podróż­nych, minia­tu­ro­wych, z okien­kami do wci­ska­nia liter. Nie wypadną, nie ma obawy. Gramy w scrab­ble na pon­to­nie. To nasz rytuał. Od zawsze. To zna­czy, odkąd spę­dzamy tu waka­cje. Czyli od dwóch lat.

- Ukła­dam, bab­ciu. - Popra­wiam moją błę­kitną czapkę z dasz­kiem. I czarne kocie uszka - takie przy­cze­pione do czar­nej prze­pa­ski, którą nakła­dam na czapkę. Nie roz­staję się z nią. To dla­tego nie­któ­rzy mówią na mnie "kocie uszy". Teraz, kiedy mam krót­kie włosy, te aksa­mitne uszy przy­ku­wają uwagę. Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment. Każdy czło­wiek ma jakiś cha­rak­te­ry­styczny ele­ment.

- A ist­nieje słowo "kroć"? - Moja dłoń z literą "ć" zawisa nie­pew­nie nad plan­szą.

- Hm... Albo "kro­cie", czyli dużo, wiele; albo "troć", nazwa ryby.

- Czyli nie ist­nieje...

- Nie­stety.

- A może ist­nieje... - Nie udaje mi się dokoń­czyć, prze­rywa mi krót­kie "bum" i nasz pon­ton na chwilę traci sta­bil­ność, puk­nięty w miękki bok dzio­bem kajaka.

- Wła­dek!!! Prze­stań!!! - drzemy się wspól­nie, ratu­jąc naszą plan­szę.

- Dzień dobry i cześć! - Na kajaku balan­suje gruby, wysoki i nie­sa­mo­wi­cie opa­lony chło­pak. Włosy ma w zasa­dzie białe, brwi też. Wła­dek, mój waka­cyjny kolega. Miej­scowy z miłej pobli­skiej wio­ski o śmiesz­nej nazwie - Jęczy­dół.

Teo­re­tycz­nie nie­letni chyba nie mogą samo­dziel­nie pły­wać sobie kaja­kami bez opieki. Ale opie­kuj się tu, czło­wieku, każ­dym osobno, gdy ma się sied­mioro dzieci, roboty po uszy, sad, zwie­rzęta i pracę!

- Wła­dziu, dobry, dobry, ale kie­dyś puknę tę burtę moim wio­słem, aż zadrżysz razem z kaja­kiem, jeśli nie zmie­nisz spo­sobu powi­ta­nia. - Bab­cia grozi mu pro­stym kości­stym palu­chem i pod­wija wyjąt­kowo dłu­gie nogi pod okrą­gły, wysta­jący brzuch. Moja bab­cia to chyba cała jest cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem.

- Pani zoba­czy, ile wyło­wi­łem - nie zraża się Wła­dek, wska­zu­jąc na nie­bie­ski wór wypeł­nia­jący połowę kajaka.

- Wła­dziu, nie możesz tak po pro­stu wyła­wiać śmieci. - Bab­cia cmoka z dez­apro­batą. - Zła­piesz jakieś zarazki. Do tego potrzebny jest spe­cjalny sprzęt.

- Mam gumowe ręka­wiczki. - Brudne, kie­dyś żółte, teraz sza­rawe coś spo­czywa na dnie kajaka. Dru­gie coś tkwi na pulch­nej dłoni.

- Powinny być jed­no­ra­zowe. Od ilu dni ich uży­wasz?

- Nie liczy­łem. O, pro­szę.

- Co za ohyda. - Wychy­lam się z pon­tonu, zaty­ka­jąc sobie nos.

- Pra­wie same rekla­mówki. Z naci­skiem na "pra­wie". - Chło­pak bie­rze w dwa palce coś ciem­no­sza­rego, bez­kształt­nego, za to... jakby... z twa­rzą. - Ura­tu­jesz go, Dianka?

- To chyba... pie­sek. - Przez podaną mi przez bab­cię rekla­mówkę chwy­tam nie­szczę­snego plu­szaka. Uuu, nie­mal roz­pada się w moich dło­niach. - To będzie wyzwa­nie.

- A my lubimy wyzwa­nia - przy­po­mina moja dobra kobieta i pro­po­nuje Wład­kowi obra­nego ogórka. Uwiel­biamy ogórki. Bez kilku ogór­ków w pudełku śnia­da­nio­wym nie ruszamy się z domu.

- Lubimy. - Kładę mokre plu­sza­kowe zwłoki obok plan­szy, a Wła­dek przy­wią­zuje kajak do naszego pon­tonu.

W nie­bie­skim worze na śmieci - jak zwy­kle - sza­rzeje mętną wil­go­cią ludzki byt. Halo, świe­cie, to my, ludzie. Jeste­śmy! Patrz!

Opa­ko­wa­nia wszyst­kich moż­li­wych pro­duk­tów z pobli­skiego skle­piku. I z wielu innych. Zużyte pie­lu­chy. Oczy­wi­ście - to już praw­dziwa zgroza - butelki, także te szklane, nad­tłu­czone, groźne z powodu swo­ich nie­re­gu­lar­nych kra­wę­dzi. Jed­no­ra­zowe kubeczki, tacki, rurki, sztućce i tale­rzyki. Rekla­mówki, woreczki, chu­s­teczki, kap­sle, tubki, szpry­chy, czę­ści gar­de­roby, puszki... "I inni" - myślę - jak w napi­sach koń­co­wych filmu, gdy podaje się obsadę i zostają mniej ważni arty­ści. "I inni". Gdy byłam mała, myśla­łam, że "inni" to nazwi­sko aktora, który gra w każ­dym fil­mie. Dzi­wi­łam się, że "inni" (pew­nie Włoch, bo oni mają nazwi­ska koń­czące się na "i") daje radę grać w tylu fil­mach. Ten Inni intry­go­wał mnie, aż ktoś mi wresz­cie wyja­śnił, o co cho­dzi. Ktoś - nie wiem kto. Aż mnie zatkało ze zdzi­wie­nia. To mój Włoch - Inni - nie ist­nieje?

- Wła­dziu, mogę cię sfo­to­gra­fo­wać? Umiesz­czę zdję­cie na mojej stro­nie. Może ktoś cię zaspon­so­ruje... Albo spo­pu­la­ry­zuje podobne dzia­ła­nia waka­cyjne. - Bab­cia wyj­muje apa­rat.

- No, jak tam pani uważa, ale to nie pasuje tema­tycz­nie - wydzi­wia chło­pak, choć już się pręży ze swoim peł­nym śmieci worem. Przez całe lato oczysz­cza nasze ulu­bione jezioro. A ludzie wciąż wrzu­cają kolejne paskudz­twa. Jakby nie było śmiet­ni­ków.

- Już ja sama wiem, co pasuje, i ręczę ci, że pasu­jesz do krzes-wow.pl. Moja strona zrze­sza kul­tu­ral­nych, wraż­li­wych ludzi.

- A mniej kul­tu­ralni nazy­wają mnie śmie­cia­rzem. Da im pani pożywkę. Ale spoko, zawsze to jakaś reklama - uspo­kaja się Wła­dek, kie­ru­jąc otwór wora pro­sto w obiek­tyw.

- Powinni cię cenić za tę ini­cja­tywę, oczysz­cza­nie Mie­dwia. Jesteś lokal­nym dobrem. - Pew­ność w gło­sie babci nie prze­ko­nuje ani mnie, ani Władka.

- Kie­dyś nawet pra­wie go pobili. I mówią: "Śmie­cio­nu­rek" - wyja­wiam, lecz Wła­dek trąca mnie dys­kret­nie, więc się zamy­kam.

- Ale nie pobili?

- No... nie.

- Zgło­simy to. I kupię ci zapas ręka­wi­czek. - Bab­cia bez prze­rwy pisze pety­cje, poda­nia i inter­we­niuje w róż­nych bez­na­dziej­nych spra­wach. Już widzę, że prze­jęła i tę. Należy do ludzi, któ­rzy szu­kają kło­po­tów. Są plusy takiego podej­ścia. Ale są i minusy.

Kiedy bab­cia foto­gra­fuje samo­zwań­czego "czy­ści­ciela Mie­dwia", a potem prze­pro­wa­dza z nim wywiad, ukła­dam jej taki wyraz na plan­szy, że ode­chce się jej scrab­bli na wieki. He, he. Spla­tam ręce pod głową, oparta o mię­ciutki żółty brzeg pon­tonu. Obser­wuję ludzi na plaży.

Tro­chę mi gorąco w rybacz­kach, ale ni­gdy nie noszę krót­kich spode­nek. To przez moją wielką bli­znę na udzie. Wła­ści­wie to nie sama bli­zna, ale całe wgłę­bie­nie, któ­rego na razie nie udało się ład­nie wypeł­nić. Pokryte nieco przy­kur­czo­nymi tkan­kami skóry w kilku odcie­niach czer­wieni i bieli. Tak to wygląda. Niby już się do tej bli­zny przy­zwy­cza­iłam, jest czę­ścią mnie. Ale wolę za czę­sto na nią nie patrzeć. Nie mia­ła­bym jej, gdyby nie... Póź­niej wam o tym opo­wiem, bo musia­ła­bym zacząć od naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień. Jesz­cze musi­cie pocze­kać.

Wychy­lam się poza pulchną kra­wędź pon­tonu, prze­glą­dam w wodzie. Mój pul­su­jący lek­kimi fal­kami wodny por­tret poka­zuje twarz z ciut zapad­nię­tymi policz­kami. To nie za bar­dzo pasuje do reszty, bo jestem lekko (zbyt!) zaokrą­glona. Sze­ro­kie usta z dużymi zębami. Za duże oczy o jasno­sza­rych tęczów­kach - jak­bym stale cze­muś się dzi­wiła. Włosy, odro­binę falu­jące (jak jezioro), od nie­dawna nie­zbyt impo­nu­ją­cej dłu­go­ści - opa­dają mi na czoło, aż do brody. To ja, jeziorna wiedźma, dra­kulka-brzy­dulka. Dosyć.

Kie­ruję wzrok w zie­lon­kawą ruchomą prze­strzeń. I dalej, na plażę.

I wtedy to dostrze­gam.

Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment. Zry­wam się na równe nogi, o ile coś takiego jest w ogóle moż­liwe do wyko­na­nia na pon­to­nie. Muszę to zoba­czyć z bli­ska.

- Bab­ciu, mogę poba­wić się z Wład­kiem na brzegu? Mamy do poga­da­nia.

- Sami? To zna­czy we dwójkę? - dzi­wuje się bab­cia, bo pierw­szy raz zasy­gna­li­zo­wa­łam potrzebę odosob­nie­nia. Na godzinkę, dwie. Dla mnie samej jest to zaska­ku­jące. Ja prze­cież zawsze z bab­cią, zawsze. Nie chcę wol­no­ści, mia­łam jej w życiu aż za dużo. Marzy­łam o kon­troli i obec­no­ści. Wygląda na to, że już się tro­chę uspo­ko­iłam, skoro mam odwagę na chwilę samo­dziel­no­ści.

- Chyba tak... - Zdej­muję jej oku­lary prze­ciw­sło­neczne i prze­glą­dam się w jej oczach. - Na pewno tak... To jak? Mogę?

- Skoń­czymy grać pod­czas następ­nego rejsu. Moja duża wnuczka ma swoje sprawy - w mig zała­puje ta bły­sko­tliwa kobieta (bab­cia, gdy­by­ście się pogu­bili!), a ja ści­skam ją za rękę, z wdzięcz­no­ścią i na zapas.

- Pocze­kasz na mnie w zatoczce? - Jesz­cze nie pusz­czam twar­dej i cie­płej dłoni.

- To oczy­wi­ste. - W jej gło­sie dźwię­czy spo­kój. - Leć, Dianko. - Oddaje mi uścisk. Czuję musu­jącą falę wdzięcz­no­ści.

Oczy­wi­ste.

Jakie to jed­nak nie­oczy­wi­ste.

Przy­pi­nam do paska etui z komórką.

Potem zręcz­nie prze­cho­dzę do kajaka.

- Wła­dek! Wła­dek, skończ to gwiaz­do­rze­nie. Patrz. I mów, co widzisz. - Biorę w dło­nie jego wielką okrą­głą głowę i obra­cam we wła­ści­wym kie­runku. - No? Co widzisz? Tam, na plaży, na roz­kła­da­nym krze­sełku. Nazwij to.

- O kur­czę... To... gar­ni­tur.

Zwy­kle nie korzy­stamy z plaży. Tylko tyle, żeby odbić pon­to­nem czy kaja­kiem i się odda­lić. Wła­ści­wie nie nale­żymy do pla­nety pla­żo­wi­czów. Wła­dek pocho­dzi z Jęczy­dołu, a kajak na stałe zacu­mo­wany jest w morzy­czyń­skiej zatoczce. Ja z bab­cią nie wynaj­mu­jemy domku jak turystki. Nie mamy też wypa­sio­nej let­niej rezy­den­cji. Nasz podłużny drew­niany domek w kształ­cie piór­nika to wła­sność Anny Karaś, a kie­dyś jej męża, Edzia Kara­sia. Zna­czy... dziadka. Znam go tylko z opo­wie­ści. Dzie­sięć lat temu był uprzejmy pośli­zgać się na łyż­wach na środku zamar­z­nię­tego jeziora. "Tylko na moment, by uczcić nowy rok" - uparł się, no i uczcił nowy rok. Spek­ta­ku­lar­nie, bo wła­snym pogrze­bem, jak mówi bab­cia. Mówi też, że gdyby wie­dział, że ma wnuczkę, byłby bar­dziej odpo­wie­dzialny. Żałuję, że nie zdą­ży­łam spo­tkać dziadka Edzia. Ale wtedy prze­cież go nie zna­łam. Ani babci.

- Dianka, on naprawdę opala się w gar­ni­tu­rze. - Sie­dzimy z Wład­kiem na zbyt małym ręcz­niku i z zacię­ciem obser­wu­jemy chłopca... chło­paka... Nie, raczej chłopca sztywno wbi­tego w płó­cienne krze­sełko. Odpra­so­wany szary gar­ni­tur. Na gło­wie biała czapka, duża i dziwna. Też jakby taka... wypra­so­wana. Pałąk słu­cha­wek na czapce. Nieco dwu­znaczny uśmie­szek - jakby tylko cze­kał na jakiś odzew, reak­cję.

W ogóle się nie poru­sza.

- Ale dziki trans­fer na naszej plaży. Cie­kawe, kto nam tu sprze­dał ten mane­kin w gar­ni­turku. - Sły­szę i czuję cie­pły chuch pro­sto w moje ucho, to praw­dziwe, nie kocie.

- Prze­stań tak się gapić. Każdy nosi, co ma. Tole­ran­cja, mówi ci to coś? Każdy jej wymaga, ale sam... - powta­rzam słowa babci, lecz o mało oczy mi nie wyłażą z orbit.

- Uwa­żaj z tymi kocimi uszami, bo wypru­jesz mi oko - rzuca Wła­dek, po czym nieco odsuwa mnie od sie­bie.

- To się do mnie tak nie przy­bli­żaj.

- Niby jak mam sie­dzieć na tej ście­reczce, żeby się nie przy­bli­żać?

- Na pia­sku, to pro­ste.

- Sama sobie siedź na pia­sku.

- Ty mnie, Wła­dek, nie dener­wuj. Odbiło ci od tego gwiaz­dor­stwa. - Chyba jestem tro­chę zazdro­sna o zain­te­re­so­wa­nie babci. Mnie nie pro­po­no­wała wywiadu. Nie umie­ściła na stro­nie. Cho­ciaż ja bar­dziej pasuję do tematu krzes-wow.pl, bo prze­cież poma­gam jej przy tych krze­słach. Kie­dyś miała pełną sto­larkę w Gry­fi­nie (tam miesz­kamy), ale po śmierci dziadka Edzia spro­fi­lo­wała się - jest spe­cja­listką od drew­nia­nych krze­seł. Z obi­ciami i bez obić. Nawet do teatrów robi. A moje ręce też już nie­jedno potra­fią w tej branży. Nikt tak nie szli­fuje małych powierzchni jak ja.

- Dianka, no co ty? - Odrywa wzrok od chłopca w gar­ni­tu­rze. Robi mi się głu­pio. Bo jed­nak Wła­dek to jest... Wła­dek. Dobry chło­pak. Odważny. Zawsze po mojej stro­nie. Choć nie­raz mam wra­że­nie, że nasz fosti grande ma spory udział w tej przy­chyl­no­ści.

- Żar­to­wa­łam, balo­nie. - Pstry­kam go lekko w wysta­jące poza ręcz­nik opa­lone udo.

- Odkąd ścię­łaś włosy, to tro­chę dziwna się zro­bi­łaś. - Krzywi się i zaraz roz­po­ga­dza. - Ale jedno ci powiem: ta wer­sja też jest w porządku.

- Skup się na sobie.

- Lepiej na nim. - Patrzymy, jak "gar­ni­tu­rek" bie­rze duży rogal z rąk pani z bar­dzo pro­stymi wło­sami. Pani roz­sta­wia biały pla­sti­kowy sto­lik, układa na nim sztućce (praw­dziwe, sta­lowe, nie jed­no­ra­zowe!) i tale­rze. Star­szy pan z lokiem wień­czą­cym długą brodę wynosi z samo­chodu duże srebrne ter­mosy i... fili­żanki... tak, tak to się nazywa, przy­po­mi­nam sobie: fili­żanki.

- Ni­gdy nie uży­wa­łam tak ele­ganc­kiego zestawu.

- Ja też nie - szep­cze Wła­dek. - Nawet na imie­ni­nach.

Bo imie­niny są w rodzi­nie Władka dosłow­nie co chwilę. To praw­dziwa wie­lo­po­ko­le­niowa rodzina. Samych braci ma Wła­dek czte­rech. Nie licząc sióstr. Nawet już jest wuj­kiem! Pomy­śleć: trzy­na­sto­letni wujek!

"Gar­ni­tu­rek" wstaje z krze­sła, pod­nosi je i sta­wia bli­sko stołu. Jego czarne lakierki pokrywa jasny, nie­zbyt już czy­sty w sierp­niu pla­żowy pia­sek. Inni pla­żo­wi­cze też przy­glą­dają się przez chwilę, ale zbyt są zajęci swo­imi gril­lami. Pani (może mama "gar­ni­turka"?) ma ide­al­nie dopa­so­waną suk­nię. Pan - kan­cia­sty szary gar­ni­tur. To jesz­cze jestem w sta­nie zro­zu­mieć. Doro­śli pocho­dzą z prze­szło­ści. Nie­któ­rzy są do niej bar­dzo przy­wią­zani. Wręcz boją się od niej ode­rwać. Tak mówi bab­cia. Ona miała odwagę ode­rwać sie­bie od prze­szło­ści. I nie tylko sie­bie.

Wypro­sto­wani ludzie przy sto­liku mówią sobie "smacz­nego". Kiwają powoli gło­wami. A nas już bolą karki od tego nie­ru­cho­mego wpa­try­wa­nia się w to... w to... w to zja­wi­sko!

- Jazda stąd, bachory! - krzy­czy na nas krótko ostrzy­żony, brzu­chaty pan w luź­nych gaciach. Tak się zaga­pi­li­śmy, że pode­pta­li­śmy jego koc.

Już od tygo­dnia codzien­nie obser­wu­jemy "gar­ni­turka", przez co musimy regu­lar­nie prze­by­wać na plaży. Uprzej­mość nie jest mocną stroną pla­żo­wi­czów. Pan trzyma w ręku alu­mi­niową tackę z upie­czo­nym pla­strem kar­kówki. Kiedy macha w naszą stronę, by wzmoc­nić siłę prze­kazu, kar­kówka zsuwa się z tacki i ląduje pod sto­pami Władka.

- Bachory, no i co przez was?! - Pan żałuje ubru­dzo­nego pla­stra, który po sekun­dzie zostaje porwany przez bul­dożka fran­cu­skiego, a psia­ków tej rasy każ­dego dnia jest tu co naj­mniej kilka (obok yor­ków, mal­tań­czy­ków, shih tzu i chi­hu­ahua). Taka ten­den­cja.

- Udu­szę was, bachory! - naciera były bachor, rzu­ca­jąc tacką, więc wie­jemy przed sie­bie i za sie­bie, na oślep, byle dalej, i po chwili...

- Och! - Ele­gancka pani w sukni chwyta się za głowę, a my upa­damy pro­sto pod nogi "gar­ni­turka", nie­mal zwa­la­jąc go z krze­sełka. Wła­dek przy­gniata mi plecy, przez co omal nie wymio­tuję. Stara się szybko pod­nieść, zaha­cza zwa­li­stą nogą o wolne krze­sełko star­szego pana w gar­ni­tu­rze i upada powtór­nie, tym razem przy­gniatając mi bose stopy. Czas się zatrzy­muje. Tak nie­kiedy mam, ze stra­chu. On naprawdę się zatrzy­muje. Ale zaraz popy­cha go do przodu śmieszny głos. Tro­chę jak kra­snala z kre­skówki.

- Dzień dobry, dziew­czynko. Mnie­mam, że te kocie uszka należą do cie­bie.

Powoli uno­szę zapiasz­czoną twarz. Wła­dek siada, roz­cie­ra­jąc ramię. Pomaga mi pod­nieść się z pia­chu. Otrze­puje moją bluzkę. Dopiero potem patrzymy w kie­runku głosu.

Przed nami stoi na bacz­ność chło­piec w gar­ni­tu­rze. Trzyma w smu­kłych (bar­dzo czy­stych!) dło­niach moją prze­pa­skę.

- Dzień dobry, kole­żanko i kolego z plaży.

- Siemka - sapie Wła­dek.

- Prze­pra­szam, myśmy nie chcieli. Dzięki. - Ostroż­nie biorę od chłopca kocie uszka. Odwa­żam się spoj­rzeć. Cała trójka - chło­piec, pani i pan - stoją nad nami z zatro­ska­nymi minami.

- Adolf Szkanf - przed­sta­wia się chło­piec, gdy wszy­scy razem sie­dzimy już wokół sto­lika.

Onie­śmie­leni odwza­jem­niamy kolejne uści­ski dłoni. W brud­nych koszul­kach czu­jemy się tro­chę nie na miej­scu.

Co ja mówię! Jeste­śmy nad jezio­rem. To oni są nie na miej­scu. Chyba...

- Diana. - Uwa­żam, że na począ­tek samo imię wystar­czy. Prze­cież nie wiemy, kim są ci ludzie. A jeśli przy­byli tu z kosmosu?

- Wła­dy­sław Kupiń­ski. - Wła­dek stara się spro­stać sytu­acji.

Chło­piec... to zna­czy... Adolf... o gło­sie kra­sno­ludka od razu wie, co odpo­wie­dzieć. Ja bym miała kło­pot.

- Repre­zen­tu­jesz jed­no­oso­bową firmę oczysz­cza­nia Mie­dwia, jak zauwa­ży­łem. Miło nam was gościć.

- Skąd wiesz o tym oczysz­cza­niu? - Otwie­ramy usta ze zdzi­wie­nia.

- Już prze­szło tydzień obser­wuję oto­cze­nie. Twoja dzia­łal­ność nie uszła mojej uwa­dze. Cenne, bar­dzo cenne. Wska­zane byłoby wspar­cie.

Nie mia­łam poję­cia, że i on nas obser­wuje.

- A ty, Diano... - Adolf Szkanf spo­gląda na mnie maleń­kimi sza­rymi oczkami. - Ty, jak mnie­mam, jesteś tu z bab­cią na waka­cjach.

Mil­czę. Długo. Po czym wypo­wia­dam tylko pół­tora zda­nia. Ani słowa wię­cej.

- Nie, Adol­fie. Jestem z nią na całe życie.

PIERW­SZE WSPO­MNIE­NIE, czyli "Wycho­dzę"

- Wycho­dzę.

To słowo, twarde i wci­ska­jące mnie w ciem­ność, jest moim pierw­szym wspo­mnie­niem. Powin­nam powie­dzieć "wci­ska­ją­cym mnie w poduszkę", bo pamię­tam je jesz­cze z cza­sów, gdy prze­waż­nie leża­łam w łóżeczku.

- Wycho­dzę.

To ozna­czało nama­calną, praw­dziwą, wcale nie w prze­no­śni samot­ność.

"Wycho­dzę" ozna­czało brak mamy. Brak wszyst­kich. Cze­ka­nie. Dłu­gie godziny nasłu­chi­wa­nia. Podobno ludzki orga­nizm tylko pod­świa­do­mie pamięta słowa z naj­wcze­śniej­szego okresu życia. Pamięta się odczu­cia, dźwięki, zapa­chy. Cza­sem kolory.

Ale ja dokład­nie pamię­tam to słowo. Moje łóżeczko miało białe szcze­belki, któ­rych długo nie mogłam sfor­so­wać. To "wycho­dzę" prze­la­ty­wało mię­dzy szcze­bel­kami i jakby ude­rzało mnie w głowę. Wtedy zaczy­na­łam pła­kać. Zano­si­łam się szlo­chem nie­mal bez prze­rwy, aż gar­dło odma­wiało mi posłu­szeń­stwa, i mil­kłam, rzę­żąc i kasz­ląc. Pamię­tam mój krzyk. Mia­łam wra­że­nie, że to nie ja, że to krzy­czy inne dziecko. Jed­nak to byłam ja.

Tak, przy­cho­dziła opie­kunka. Póź­niej inna. I wiele, wiele następ­nych.

Ale przy każ­dej byłam nie­po­cie­szona. Jak­bym prze­czu­wała, że wkrótce nawet opie­kunki ze mną nie będzie.

Zaraz... pamię­tam, że jedną lubi­łam. Miała grube, czer­wone usta i rów­nie grube czarne brwi. Tak jakoś... podo­bała mi się. Była łagodna.

Przy innych wrzesz­cza­łam, ile tylko się dało.

Myślę sobie teraz: prze­cież sąsie­dzi musieli mnie sły­szeć. Takie małe miesz­kanka. Nikt niczego nie zro­bił, nie spraw­dził. Co w tym dziw­nego, że dzi­dziuś pła­cze?

Ale czy to źle? Co by mi przy­szło z jakiejś kon­troli? Nie wiem. Mogę się tylko zasta­na­wiać. Cho­ciaż...

...mia­łam nie wra­cać tak czę­sto do "daw­nego" życia, bo jak długo można prze­ra­biać jeden temat?

Wyznam wam szcze­rze, że taki temat, nie­stety, prze­ra­bia się w nie­skoń­czo­ność.

Póź­niej, kiedy już byłam przed­szko­la­kiem, myśla­łam, że to nor­malne. Że wszyst­kie matki mówią: "Wycho­dzę" i nie ma ich przez pół dnia, cza­sem cały dzień, gdy jest to sobota lub nie­dziela, lub święto. Waka­cje sta­no­wiły praw­dziwe wyzwa­nie. Nie wyjeż­dża­ły­śmy, ni­gdy. Mama wycho­dziła na cały dzień albo długo spała, połknąw­szy kilka table­tek. Nie wie­dzia­łam wtedy, że u innych tak nie jest. Zda­wało mi się, że wszy­scy rodzice wycho­dzą albo łykają tabletki i śpią.

Uwiel­bia­łam przed­szkole. Kiedy inne dzieci wyły w pro­te­stach, cze­pia­jąc się rąk rodzi­ców, ja chęt­nie szłam do naszej sali, w któ­rej ni­gdy nie byłam sama. Spo­koj­nie spa­łam pod­czas leża­ko­wa­nia. Kocha­łam panie opie­ku­jące się nami i pana od ryt­miki, który ubrany w fio­le­towe leg­ginsy pod­ska­ki­wał z nami w kółeczko. Sta­ra­łam się jak naj­le­piej wyko­ny­wać przed­szkolne zada­nia. Wszystko mi się podo­bało. Byłam chwa­lona i solo tań­czy­łam w przed­sta­wie­niach, szczę­śliwa, że jest ze mną tyle osób, że doro­śli nie­ustan­nie zaj­mują się mną - małą przed­szko­laczką. Nie widzieli powo­dów do nie­po­koju. Moje ubra­nia były czy­ste i ładne, włosy ucze­sane. Nie było widać żad­nych rys na tym obrazku.

Sma­ko­wały mi obiady i desery.

W domu było zupeł­nie ina­czej. Sama się bawi­łam, sama się­ga­łam po jedze­nie - nie­chęt­nie, bo ni­gdy nie mia­łam ape­tytu. W miesz­ka­niu zawsze było dużo zapa­sów, nie gło­do­wa­łam. Chleb, her­bat­niki, bułki, cze­ko­lada, płatki, soki w kar­to­nach (o ile uda­wało mi się je odkrę­cić). W lodówce parówki, serki, kaba­nosy, jogurty. Na stole cza­sem ter­mos z her­batą lub zupą. Jed­nak nie­wiele mie­ści­łam w wiecz­nie ści­śnię­tym żołądku.

Oglą­da­łam bajki w tele­wi­zji. Co się tylko dało. Posta­cie z kre­skó­wek sta­no­wiły moją rodzinę. Każdy potrze­buje kogoś ze swo­jego gatunku. Nie mia­łam ich na żywo, no więc zado­wa­la­łam się obec­no­ścią ludzi na ekra­nie. Wpa­da­łam w seriale jak w ramiona bli­skiej osoby. Roz­mowy, śmie­chy, kroki, płacz. Obec­ność.

Cza­sem nie były to bajki. Gdy mia­łam pięć lat i po powro­cie z przed­szkola sły­sza­łam: "Wycho­dzę", zni­ka­łam w świe­cie zupeł­nie nie­baj­ko­wym. Dosko­nale orien­to­wa­łam się, kto kogo dziś drę­czył i w jaki spo­sób. Ile osób zgi­nęło w wypad­kach, a kogo zamę­czono na woj­nie. Oglą­da­łam spoty o dzie­ciach, które zagi­nęły bez wie­ści, i cie­szy­łam się, że jestem w miesz­ka­niu i mam dobrą mamę, która mnie zamyka. Może po pro­stu boi się, że zaginę?

Ale... prze­cież mogłaby trzy­mać mnie za rękę, gdy­by­śmy czę­ściej wycho­dziły razem. Nawet bez tego umia­łam bar­dzo grzecz­nie iść, pil­no­wa­łam się. Cza­sem musia­łam pod­biec, gdy szła zbyt szybko. Na ogół szła zbyt szybko.

W skle­pie ni­gdy nie maru­dzi­łam, nie upie­ra­łam się, że chcę zabawkę czy coś słod­kiego. Robi­łam, co trzeba, czyli nie spra­wia­łam kło­po­tów. Cie­szy­łam się, bar­dzo się cie­szy­łam ze wspól­nych zaku­pów, gdy wra­ca­ły­śmy z przed­szkola.

Nie była zła.

Ni­gdy mnie nie biła. Więc o co mi cho­dzi? Jak to okre­ślić?

Była na mnie zawsze... obra­żona. Tak, to wła­ściwe słowo. I chyba tro­chę się mnie brzy­dziła, choć odkąd pamię­tam, nie pro­te­sto­wa­łam przy myciu, chcia­łam być czy­sta i pach­nąca, by miło się mnie tuliło. Ewen­tu­al­nie. A potem sama szo­ro­wa­łam się naj­le­piej, jak umia­łam. Ale to nie dzia­łało. Sta­rała się mnie nie doty­kać.

Boczyła się na mnie.

Nie roz­ma­wiała, lecz infor­mo­wała.

Nie opie­ko­wała się, lecz obsłu­gi­wała czy też hodo­wała. Kar­miła, kupo­wała ubra­nia. Pro­wa­dziła do przed­szkola.

Nie­stety, nie można mnie było po pro­stu pod­lać jak roślinkę i wyjść, więc od czasu do czasu wpa­da­łam w histe­rię. Rzu­ca­łam się do jej nóg, wiłam jak robal, chwy­ta­jąc ją za spodnie i wrzesz­cząc: "Mama­aaa! Nie idź! Mama, nie idź!!!".

To był błąd. Wtedy mia­łam gwa­ran­cję, że naprawdę, naprawdę długo będę tego dnia sama.

Jakby... znie­chę­cała się do mnie na dobre.

Cza­sem pła­ka­łam, leżąc przy drzwiach. Kiedy już mocno bolały mnie plecy, a nos kom­plet­nie mi się zaty­kał, szłam na czwo­ra­kach do dużego pokoju i włą­cza­łam tele­wi­zor (kom­pu­ter też był w domu, ale inter­net nie­ak­tywny). Wkła­da­łam do ust wszyst­kie palce pra­wej dłoni naraz i zapa­da­łam powoli w sen nie­sen. Cza­sem rze­czy­wi­ście zasy­pia­łam. Zazwy­czaj nie wypusz­cza­łam z objęć plu­szo­wych zwie­rząt: psów, tygry­sów, kotów, węży. Mia­łam ich całe stosy.

Ona mi je kupo­wała. Może wie­działa, jak bar­dzo będą potrzebne. Mówi­łam wam, że nie była zła.

Kiedy mia­łam zajęte ręce, wkła­da­łam mięk­kiego psa czy małą poduszkę pod bluzkę albo do spodni. Chcia­łam czuć coś bli­sko, bli­ziutko. To mnie tro­chę uspo­ka­jało.

Bywało, że mia­łam dobry nastrój i wtedy urzą­dza­łam przed­sta­wie­nia dla moich zaba­wek. Byłam tan­cerką, a one patrzyły na mnie. Każda muzyka pory­wała mnie do tańca. Wymy­śla­łam kroki i układy ruchowe. Nauczy­łam się też pro­fe­sjo­nal­nych ukło­nów. Jakoś sobie radzi­łam. Z tań­cem i z życiem.

Tak to wyglą­dało.

Żyłam od jed­nego "wycho­dzę" do następ­nego.

Całe szczę­ście, że ona... mama... zawsze wra­cała na noc.

W nocy spa­ce­ro­wa­łam po miesz­ka­niu, nasłu­chu­jąc pod zamknię­tymi drzwiami jej pokoju. Zamy­kała się. Ale przy­naj­mniej tu była. To musiało mi wystar­czyć.

Nie mia­ły­śmy więk­szej rodziny. To zna­czy... tak myśla­łam. Że nie. Miesz­ka­ły­śmy w Rze­szo­wie. Jak na obcej pla­ne­cie, tylko my dwie. Inne dzieci miały jakieś cio­cie czy dziad­ków. Mama nie chciała ze mną roz­ma­wiać na ten temat. Mówiła, że uro­dziła się na dru­gim końcu Pol­ski. Dla mnie ten "drugi koniec" był daleko, tak daleko, że nie do ogar­nię­cia myślą, a co dopiero kilo­me­trami.

Podobno mój tata wyje­chał na zawsze, jesz­cze przed moim uro­dze­niem. Tyle że nie na drugi koniec Pol­ski, ale na drugi koniec świata. Tam gdzie się mówi po austra­lij­sku. Tak sobie to tłu­ma­czy­łam, bo niby po jakiemu można mówić w Austra­lii. Tata nawet mnie nie widział. Był taki... oddzie­lony. Wiele moich kole­ża­nek miało po jed­nym rodzicu, więc aku­rat to było dla mnie mniej wię­cej do przy­ję­cia.

Ale wie­dzia­łam, że to raczej my dwie były­śmy oddzie­lone. Także od sie­bie.

Nawet nie były­śmy podobne. Myślę, że albo wda­łam się w tatę, albo jesz­cze ina­czej. Może byłam podobna do jakiejś cioci czy babci? Mia­łam dość ciemne włosy, bar­dzo, bar­dzo dłu­gie. Falo­wały, ale nie były to loki, raczej lek­kie zakręty. Mama miała pro­ste i jasne, rzad­kie, ale napu­szone. Jakby dopiero co się obu­dziła. Moje brwi były ciemne i cien­kie, a te mamy - jasne, pod­kre­ślone brą­zową kredką. Ona była wysoka, ja raczej niska jak na swój wiek. Za to obie były­śmy szczu­płe, pra­wie chude. Jej oczy miały kolor jasno­brą­zowy. Moje - jasno­szary. Nic się nie zga­dzało. Za to dostrze­ga­łam pewne podo­bień­stwo w kształ­cie ust - sze­ro­kich, o ład­nym kształ­cie. Chyba mówi się na to: "Wyra­zi­sta mimika". Taką wła­śnie mimikę mia­ły­śmy.

Mama nie była młoda, późno mnie uro­dziła. Miała wtedy czter­dzie­ści cztery lata. Przy­szłam na świat tro­chę za wcze­śnie, nie umia­łam dobrze oddy­chać, ale jakoś mnie ura­to­wali. Tyle wie­dzia­łam. I nie­mal niczego wię­cej.

Nie była zła.

Nie krzy­czała na mnie. Kiedy wpa­dała w złość (a łatwo wpa­dała w złość i gniew), tak mocno do mnie mówiła, z bli­ska. Każde słowo prze­cho­dziło nie­mal z ust do ust, gdy była naprawdę roz­złosz­czona i nie pozwa­lała nie słu­chać.

Na wszelki wypa­dek cza­sami mnie przy­trzy­my­wała.

Za war­kocz.

"Czego jesz­cze chcesz? - syczała. - Że też dzieci zawsze są takie rosz­cze­niowe. Ro... szszsz... cze­niowe" - bum! Sło­wem w moją twarz.

"Rosz­cze­niowe" - to zna­czy, że cią­gle cze­goś chcą, ocze­kują, nie dając niczego w zamian. Wiem, co to zna­czy, bo kie­dyś spy­ta­łam panią w przed­szkolu.

Nawet się nie wyry­wa­łam. Czer­pa­łam jakąś przy­jem­ność z tej odro­biny bli­sko­ści.

No więc dobrze.

Niech już tak będzie i niech trzyma mnie za war­kocz.

Był "haczy­kiem" na nią, bo każ­dego ranka musiała ucze­sać mnie i zapleść włosy. Przy­kła­dała się. Choć sta­rała się uni­kać doty­ka­nia mnie, ta piesz­czota (tak to odbie­ra­łam) stała się nie­unik­niona.

Niech ten war­kocz nas łączy. Choćby w taki spo­sób.

O chwy­ta­niu za war­kocz ni­gdy nikomu nie mówi­łam. Nikomu. Nawet pani psy­cho­log, już potem, kiedy takie roz­mowy stały się koniecz­no­ścią.

Ni­gdy nie powie­dzia­łam o tym także babci.

Krze­sło­ma­nia

- Bab­ciu, a opo­wiedz mi, skąd mamy to drzewko szczę­ścia... - maru­dzę, gła­dząc koń­cami pal­ców pękate, sztywne liście sto­ją­cego na para­pe­cie gru­bo­sza w doniczce.

- Dianko, już tyle razy to sły­sza­łaś, dziecko. - Bab­cia spina szpil­kami gruby mate­riał tapi­cer­ski. Będzie z niego pokry­cie sie­dzi­ska spe­cjal­nego krze­sła.

- Bab­ciu, ale nie szyj jesz­cze. - Za chwilę maszyna włą­czy się do roz­mowy, a wtedy to już sobie nie poga­damy. - Ostatni raz powiedz, jed­nym zda­niem. - Wącham listki naszego gru­bo­sza, ocie­ram je z kurzu wil­gotną szmatką. To jedyna roślina, która jeź­dzi z nami na waka­cje. - Czyje kie­dyś było to drzewko szczę­ścia?

- Nale­żało do mojej kole­żanki, którą zastrze­lili.

- No tak. Praw­dziwe drzewko szczę­ścia.

- Tak bywa. - Anna Karaś naj­wy­raź­niej nie ma dziś ochoty na powta­rzane wiele razy zwie­rze­nia.

- A te pawie pióra, bab­ciu? - Mój palec zawisa nad pękiem pawich piór wetknię­tych do wąskiego wazonu i pokry­wa­ją­cych się kurzem. - Mówi się, że one przy­no­szą pecha, prawda?

- Jasne, dzie­cinko. To od innej kole­żanki, która wygrała w lotto sto milio­nów i teraz mieszka...

- Wiem! W Las Vegas! - Znam na pamięć te intry­gu­jące histo­ryjki, co nie prze­szka­dza w wysłu­cha­niu ich kolejny raz. - I teraz jest...

- Wła­ści­cielką klubu jaz­zo­wego! - Bab­cia się uśmie­cha, a ja ją prze­ści­gam i krzy­czę:

- Bo o tym zawsze marzyła! By pro­mo­wać ubo­gich, ale zdol­nych...

- ...wo-ka-lis-tów! - drzemy się razem i dla­tego nie od razu sły­szymy, jak łomo­czą adi­dasy na naszej weran­dzie.

- O! - Wła­dek wpada do pokoju (nie mamy tu cze­goś takiego jak "przed­po­kój") i przy­pada do babci. - To do mojego krze­sła? Sza­lone zesta­wie­nie!

- Tak jak chcia­łeś, chłop­cze. Powiedz mi, czy trudno jest powie­dzieć "dzień dobry"? - wzdy­cha bab­cia, ale pod­suwa Wład­kowi pod sam nos fio­le­towo-żółtą tka­ninę.

- Skle­roza. - Chło­pak wali się dło­nią w sze­ro­kie czoło (to naprawdę pulchne czoło; wiem, w zasa­dzie nie ist­nieją pulchne czoła, ale on je ma, przy­się­gam!). - Dzień dobry! Cześć, Diana. Pani mi mówi, co robić, a ja robię!

Bab­cia, z iry­ta­cją krę­cąc głową, wstaje od maszyny i wycho­dzi z Wład­kiem z domku.

No tak. Teraz już nikt nie wycią­gnie ich z warsz­tatu sto­lar­skiego. Jak już mówi­łam, moja bab­cia jest spe­cja­listką od krze­seł. Kie­dyś robiła różne ich rodzaje: uni­wer­salne, restau­ra­cyjne (ale tych trzeba zawsze robić bar­dzo dużo naraz, więc ten pomysł szybko odpadł, wiel­kie fabryki mebli wygry­wały), kuchenne. Różne. Przez kilka lat, jak mówi, błą­dziła sty­li­stycz­nie. Ale teraz, gdy wypra­co­wała wła­sną este­tykę, jej krze­sła są łatwo roz­po­zna­walne! Drew­niane, z pod­ło­kiet­ni­kami, wykoń­czone minia­tu­ro­wymi ryb­kami (rozu­mie­cie: kara­sie, od nazwi­ska). Bab­cia też jest wykoń­czona kara­siem - ma na ramie­niu mały tatuaż przed­sta­wia­jący tę rybkę.

Nie­które krze­sła są twarde, a inne z mięk­kimi sie­dzi­skami, pięk­nie obi­tymi mate­ria­łem. Nawet z zagłów­kami, jeśli ktoś życzy sobie takie mieć. Te krze­sła fan­ta­stycz­nie pachną. Podobno drew­nem, lakie­rem i impre­gna­tami. Ale ja wiem swoje: one pachną bab­cią!

Nie chcę się chwa­lić, ale już zro­bi­łam swoje pierw­sze krze­sło. Skromne, z sosno­wego drewna, raczej deli­kat­nej kon­struk­cji. No dobrze, bab­cia nie pozwala mi jesz­cze posłu­gi­wać się piłą tar­czową i fre­zarką. Ale uczy mnie innych rze­czy i mogę się zało­żyć, że nie­długo będę śmi­gała całe krze­sła, czarną robotę też, a nie tylko pro­jekty, wykoń­cze­nia i wygła­dza­nie. Śruby, wkręty i gwoź­dzie to już dla mnie pikuś. Wier­tarka, wkrę­tarka - bułeczka z maseł­kiem. Mogę posłu­gi­wać się tym z zamknię­tymi oczami. Nie dzi­wię się, że i Wła­dek zara­ził się krze­słomanią.

O, jaki się zro­bił czer­wony, jak to szli­fuje swój skarb.

Stoję w drzwiach warsz­tatu.

- Jak tam, Wła­dek? Nie zmę­czy­łeś się? - szu­kam zaczepki.

- Pil­nuj swo­ich krze­seł. - Nawet na mnie nie spoj­rzy. Jak to się schyla, jaki zaan­ga­żo­wany.

- Uwa­żaj, bo ci gacie zlecą. Już i tak za dużo ci widać - pry­cham.

- Prze­stań, Diana, idź albo milcz. - Czer­wieni się jesz­cze bar­dziej i pod­ciąga spodenki. - Jak myślisz, spodoba się? - Prze­rywa pracę i patrzy na mnie tro­chę sko­śnymi oczami.

- Jeśli twoja mama lubi takie kształty, to na pewno się spodoba - uspo­ka­jam, ale chyba mi się nie udaje.

- To zna­czy jakie kształty? - Chło­pak przy­gląda się swo­jemu krze­słu o nieco roz­chwia­nym opar­ciu. Nie jest zupeł­nie pro­ste. Ma lekką falę. Można uznać to za cha­rak­te­ry­styczny ele­ment.

- No... takie... nowo­cze­sne!

- Ona jest w środku strasz­nie nowo­cze­sna - wyja­śnia Wła­dek. - Mało kto o tym wie. Nor­mal­nie to moja mama zasuwa codzien­nie, jak każdy w Jęczy­dole. Wiesz, praca w sadzie, dzieci, goto­wa­nie, te sprawy. Ale w sobie, w środku ma pęd do sztuki. Wła­śnie takiej sztuki - prze­ko­nuje samego sie­bie.

- I w końcu mało kto dostaje krze­sło na imie­niny. - Kucam obok.

- Wła­sno­ręcz­nie zro­bione przez syna.

- Oso­bi­ście zapro­jek­to­wane.

- I dowie­zione fosti grande - przy­po­mina Wła­dek, ocie­ra­jąc pot z policz­ków wielką podra­paną dło­nią.

- Dowie­ziemy, masz obie­cane - potwier­dzam i dzi­wię się, że nasza pier­dziawka ma taki sza­cu­nek u Władka. To chyba dla­tego, że on sam dys­po­nuje led­wie sta­rym rowe­rem, naprawdę okrop­nie już zuży­tym. Leży toto przed warsz­ta­tem, zaha­cza­jąc o naszą werandę.

- Póź­niej wykrój sobie gąbkę do sie­dzi­ska. Według tego sza­blonu; bab­cia wycięła. Masz tu. - Podaję sztywny sza­blon, rulon pianki tapi­cer­skiej i idę do domku. Skoro wszy­scy są tacy zajęci, biorę się do reno­wa­cji plu­szaka. Tego wyło­wio­nego z Mie­dwia przez - jak powie­dział Adolf - jed­no­oso­bową firmę oczysz­cza­nia. Chwi­lowo pró­bu­jącą wyrwać sobie zębami drza­zgę z kciuka.

Sma­ży­ciele

Nasz rekor­dowo wąski letni domek jest rów­no­cze­śnie wybit­nie dłu­gim dom­kiem. Zanim dzia­dek z bab­cią go zbu­do­wali, posta­no­wili, że nie wytną ani jed­nego drzewa z dzia­łeczki. Po pro­stu wepchnęli domek tam, gdzie udało się go wci­snąć. Zmie­ścił się tylko w tunelu mię­dzy sosnami. A jedna z sosen i tak prze­bija pod­łogę i dach werandy.

Wła­śnie opie­ram się o tę sosnę. To zna­czy o ten jej frag­ment, który jest ele­men­tem naszej werandy. Reszta sosny znaj­duje się nad dachem, w któ­rym wycięto dziurę. No i w ziemi, bo w pod­ło­dze też wycięto dziurę. Kiedy zoba­czy­łam to pierw­szy raz, dwa lata temu, byłam zachwy­cona. To wiele mówi o ludziach. Nie wie­dzia­łam dokład­nie co, ale czu­łam, że coś dobrego.

Choć bab­cia twier­dzi, że kie­dyś ta sosna roz­wali nam dom. Gdy wieje wiatr, drzewo "pra­cuje". Czyli poru­sza się i osła­bia całą kon­struk­cję. Jakoś się tym nie mar­twię. Coś mi mówi, że prze­trwamy tak jesz­cze wiele lat.

Nazy­wam ten domek piór­ni­kiem. Kie­dyś moja kole­żanka przy­wio­zła sobie z Zako­pa­nego taki wąziutki drew­niany piór­nik. Był kropka w kropkę jak ten nasz domek. Jakby sta­no­wił jego minia­turę.

Po kry­jomu całuję naszą sosnę, zer­kam na bab­cię pochy­loną nad maszyną i cichutko prze­cho­dzę dalej, do dru­giego pokoju. Razem mamy trzy - trzy wspólne pokoje. Bo czego naj­bar­dziej nie zno­szę, to mieć swój wła­sny pokój. Lubię zawsze być z bab­cią. I żeby drzwi były pootwie­rane. I ta dobra kobieta pozwala mi na to.

Roz­sta­wiam miski i biorę się do bied­nego plu­szaka. Ciach, ciach - dok­tor Diana roz­po­czyna sek­cję. Roz­pru­wam mu cały brzuch i wytrzą­sam do worka na śmieci obrzy­dliwy wsad. Wydłu­buję resztki sztucz­nej waty z koń­có­wek łap i pyszczka. Tylko do ogona nie mam doj­ścia. Jest doszyty i jakiś... dziw­nie ciężki. No nic, na razie zro­bię, co się da. Sku­bię białe kłaczki z brą­zo­wego plu­szu. Fuj. Nie­zbyt ład­nie to pach­nie.

Upy­cham cały stary wsad w worku i wyno­szę do śmiet­nika. Zostaje żało­sny fla­czek z cięż­kim ogo­nem. Idę do łazienki, by przy­szy­ko­wać pra­nie, i wtedy sły­szę jakiś... nie, nie krzyk. Odgłos zamie­sza­nia.

Rów­no­cze­śnie z bab­cią i Wład­kiem wyska­kuję na werandę. Za naszą furtką, na wysy­pa­nej czar­nym pia­skiem dro­dze, zbie­rają się ludzie.

- Bab­ciu! - Pierw­sza zauwa­żam, co się stało. - Tam ktoś leży!

- Bie­giem! - zarzą­dza Anna Karaś i już pędzimy.

Na zaku­rzo­nej dro­dze zwija się czło­wiek. Wokół niego z prze­raź­li­wym krzy­kiem ska­cze kobieta w opię­tej poma­rań­czo­wej sukience na ramiącz­kach.

- Panie, żyjesz pan? - Jakiś obcy doro­sły chło­pak trąca stopą leżą­cego, a towa­rzy­sząca mu dziew­czyna nagrywa wszystko smart­fo­nem.

- Dianka, patrz, to ten gość! - szep­cze gło­śno Wła­dek.

- Kto? - Męż­czy­zna na ziemi ma wykrzy­wioną bólem twarz, zaci­śnięte powieki.

- Były bachor!

Racja. To nikt inny jak znany nam z plaży były bachor skręca się, sycząc przez zęby.

- Pro­szę prze­stać nagry­wać! - Bab­cia jest wście­kła. - Pro­szę się odda­lić! Gdzie pana boli? Tu? Pro­szę się o mnie oprzeć. O tak. Cię­żar ciała na bok. Pro­szę nie nagry­wać.

Ludzie nie chcą ustą­pić, a ska­cząca w panice kobieta krzy­czy:

- Jestem żoną! Ja się nie odda­lam! Ja mam prawo! - Moim zda­niem lepiej by było, gdyby odpu­ściła, bo tylko potę­guje chaos. Wszy­scy pocą się w strasz­nym upale, wyko­nują masę zbęd­nych ruchów. Ale bab­cia w mig zapro­wa­dza ład.

- Wła­dziu, dzwoń na pogo­to­wie. Pamię­tasz nasz adres? Opi­szesz miej­sce? - Chło­pak pota­kuje, a ona podaje mu swój tele­fon. - Diana, przy­nieś para­sol i butelkę wody, bo nam się nasz chory upie­cze.

Gnam do domku po para­solkę, a gdy wra­cam, były bachor ujaw­nia babci pro­blem ze swoją zno­kau­to­waną nad­mia­rem pie­czo­nego mięsa wątrobą.

- Już jadą. - Wład­kowi tro­chę trzęsą się ręce, mnie też, ale osła­niamy tego pana przed słoń­cem, a bab­cia robi mu okład na spo­cony kark.

- Jesz­cze chwi­leczkę, pro­szę leżeć spo­koj­nie. - Babu­nia gła­dzi po gło­wie naszego wroga z plaży, a on się uspo­kaja. - Poda­dzą panu leki roz­kur­czowe, za chwilę prze­sta­nie pana boleć. Moż­liwe, że to wątroba. Ale wolę nie leczyć pana samo­dziel­nie. Wytrzyma pan jesz­cze chwilę?

- I zba­dają pana. Mają teraz dobre metody, a w szpi­talu jest super, zazdrosz­czę panu. - Przy­sia­dam obok, osła­nia­jąc cho­rego para­so­lem i wspo­mi­na­jąc swoje pobyty w szpi­talu. (Póź­niej wam o tym opo­wiem). Czuję opary piwa, gdy leżący gło­śno dyszy.

Pocie­szam, jak umiem, a żona tego pana, nie­stety, odzy­skuje głos.

- A mówi­łam, Mie­tek, mówi­łam, że sie­dem pla­strów to za dużo! Że sześć będzie w sam raz! A ty, że nie, że dopchać trzeba! No i dopcha­łeś! No i dopcha­łeś się na tam­ten świat!

- Pro­szę pani, mąż jesz­cze żyje - zauważa bab­cia. - To nie pora na takie roz­mowy. Nie można stre­so­wać cho­rego.

- Sły­sza­łaś, Pamela. - Facet na chwilę odrywa dłoń od bolą­cej wątroby i słabo nią macha (dło­nią, nie wątrobą). - Nie pora. A po coś mi tyle sma­żyła, po co? Jak­byś nie sma­żyła, tobym nie jadł. I lecia­łaś po dodat­kowe piwo.

- Chyba to były dwa piwa. A może nawet cztery - zga­duje bab­cia.

- Więc to moja wina, tak? Moja? Zawsze moja! Szczo­dro­ścią gar­dzisz! A żeś jadł i pił z ochotą! - Pani Pamela wywija torebką, a Wła­dek się uchyla, żeby nie dostać w nos. Jak on nie cierpi kłótni. Widzę, jak się męczy.

- Wła­dziu, wyjdź na drogę, pilo­tuj karetkę, lada chwila przy­je­dzie. No, spo­koj­nie, panie Mietku, spo­koj­nie. Jeśli za pięć minut nie przy­jadą, połknie pan śro­dek roz­kur­cza­jący. Przy­nie­siesz, Dianko, apteczkę? - Pod­ry­wam się, kon­tro­lu­jąc jed­nak usta­wie­nie para­sola nad głową cho­rego. - Na razie nie, za moment.

Sto­jący dookoła ludzie chyba liczyli na cie­kaw­sze wido­wi­sko, bo na szczę­ście wyłą­czają kamery i odcho­dzą.

- Zgroza z tym nagry­wa­niem - mru­czy bab­cia. Trzyma się dziel­nie, więc i ja trzy­mam się dziel­nie. Tylko spo­koj­nie.

- Och... - jęczy nagle pani Pamela i przy­kuca obok męża.

- Co się dzieje? - pyta bab­cia i już ota­cza ramie­niem osu­wa­jącą się kobietę.

- I mnie zaczyna boleć wątroba... - Wyba­łu­sza oczy na mał­żonka, który unosi krótko ostrzy­żoną głowę.

- Od czego, Pamelko? Prze­cież zja­dłaś tylko pięć kasza­nek z grilla... - dziwi się pan Mie­tek i chwyta za brzuch. Już nie wiemy, kogo naj­pierw osła­niać i rato­wać, na szczę­ście sły­szymy karetkę. Wła­dek bie­gnie w jej kie­runku, wznie­ca­jąc chmurę ciem­nego kurzu z naszej słyn­nej czar­nej drogi.

A dzie­sięć minut póź­niej, skła­da­jąc para­solkę, ocie­ram zaku­rzoną twarz i mówię:

- Mia­łaś rację, bab­ciu.

- Ho, ho, naprawdę? - Całuje mnie w czu­bek głowy, ostroż­nie manew­ru­jąc mię­dzy kocimi uszkami. - W czym?

- Kiedy mówi­łaś, że te grille to pierw­szy sto­pień do zagłady świata.

- Tak pani mówiła? - dopy­tuje się Wła­dek, oddy­cha­jąc z ulgą i tęsk­nie patrząc na drzwi warsz­tatu. - U mnie cią­gle robią grilla. Ale po sie­dem pla­strów to nie jemy. Jest nas za dużo, żeby każdy tyle dosta­wał. Poza tym wolę pie­rogi.

- Wiem, że prze­sa­dzi­łam - oświad­cza moja kobieta, gdy idziemy noga w nogę po gęstej tra­wie, omi­ja­jąc krzaczki leśnych pozio­mek. Bab­cia zdej­muje koszulę w kratkę, a ja prze­lot­nie pal­cem wska­zu­ją­cym gła­dzę małego kara­sia wyta­tu­owa­nego na jej ramie­niu. - Wszyst­kiego można uży­wać do celów dobrych albo złych.

- Nawet wódki? - pytam z miną nie­wi­niątka.

- Nawet pisto­letu? - dołą­cza Wła­dek, mru­ga­jąc oczkami.

- Nawet śmieci w jezio­rze?

- Nawet sied­miu pla­strów sma­żo­nego mięsa?

- Oj, tak, tak. Ale wy, dzieci, spi­sa­ły­ście się dzi­siaj na medal. Akcja ratun­kowa w pełni pro­fe­sjo­nalna - chwali nas bab­cia, wykrę­ca­jąc się od odpo­wie­dzi. Jed­nak jeste­śmy zado­wo­leni, bo to szczera pochwała.

- Tak naprawdę to się dener­wo­wa­łam, bab­ciu - przy­znaję.

- A jak ja się dener­wo­wa­łem. Zupeł­nie ama­tor­sko.

- Nie cho­dzi o to, by się nie dener­wo­wać. Nie wyłą­czysz uczuć. Byle tylko choć tro­chę opa­no­wać emo­cje i nieść pomoc. - Bab­cia przy­siada na progu werandy, a my wokół niej. - Naj­waż­niej­sze, że ura­to­wa­li­śmy tych... sma­ży­cieli.

- Sma­ży­cieli? - Zatyka nas, a potem zaczy­namy się śmiać. - No fak­tycz­nie: sma­ży­ciele!

- Ale, bab­ciu, my nie jeste­śmy sma­ży­cie­lami, prawda? My nie? Sma­ży­ciele, o nie... - Wpa­truję się w nią inten­syw­nie. Krótko pod­cięte włosy spa­dają mi na twarz. Teraz już nie mogę wią­zać ich nawet w kitkę. Co tam, odro­sną. O ile im na to pozwolę.

- My, dzie­cinko, to jeste­śmy marzy­ciele, nie sma­ży­ciele.

- W tej sytu­acji i ja wolę być marzy­cie­lem, choć nie prze­pa­da­łem za tym sło­wem. - Wła­dek otrze­puje jasne włosy z kurzu. - To wy tu sobie marz­cie, a nie smaż­cie. A ja idę koń­czyć moje krze­sło!

Tele­fon

- Tak, słu­cham?

- Dzień dobry, pani Anno. Tu Tymo­te­usz, fry­zjer. Była pani u mnie tydzień temu, z wnuczką.

- Oczy­wi­ście, pamię­tam. Czy o czymś zapo­mnia­ły­śmy?

- Pani Anno, dostar­czono mi dzi­siaj prze­syłkę dla pani.

- Prze­syłkę? Do fry­zjera, dla mnie? Cóż to takiego?

- Otóż to jest nowiutka opona do sku­tera. I dołą­czona pewna kwota, w koper­cie, pod­pi­sa­nej: "Dla sza­now­nej pani z wnuczką". Żadna inna pani z wnuczką nie była u mnie od tam­tej pory. Nikt nie przy­je­chał też sku­te­rem. Nie było żad­nego innego podob­nego... przy­padku.

- Pan żar­tuje. Kto miałby nam naj­pierw naci­nać oponę, a potem odda­wać nową? To jakieś sza­leń­stwo.

- Toż i ja jestem sko­ło­wany. Kom­plet­nie sko­ło­wany, w tema­cie koła. Pani koła. Przy­da­łoby się, żeby ode­brała pani tę nową oponę.

- Już wymie­ni­łam, wtedy, od razu, pamięta pan? Ale... dobrze. Jasne, przy­jadę. Jak pan myśli, o co w tym cho­dzi?

- Zapewne cho­dzi o rekom­pen­satę. Ktoś nisz­czy oponę, ktoś oddaje oponę. Te pie­nią­dze to pew­nie na opła­ce­nie wymiany.

- Panie Tymo­te­uszu, a może to groźne, może zgło­sić sprawę na poli­cję? Tak chyba będzie naj­roz­sąd­niej. Oba­wiam się o bez­pie­czeń­stwo. No i wnuczka, chro­nię ją przed takimi... nie­ja­sno­ściami. Nie chcę jej doda­wać zmar­twień, już ich dość miała... Prze­pra­szam, ja tu pry­watne sprawy...

- Pani Anno, to może na razie nie zawia­da­miać poli­cji. Przyjdą, zaczną prze­słu­chi­wać, dziew­czynka się zde­ner­wuje, nie ukry­jemy tego przed nią. Dzieci zawsze się dowia­dują.

- To fakt. Dzieci mają takie wewnętrzne anteny. Jeste­śmy pewni, że coś do nich nie dotrze, a tu figa, i tak wie­dzą, wyczu­wają.

- Tak jest. No i dla mojego zakładu to też wąt­pliwa reklama. Jesz­cze raz prze­pra­szam, że nie upil­no­wa­łem pani sku­tera. Wcze­śniej zda­rzało się, że skra­dli rower albo uszko­dzili koło.

- Skra­dli, uszko­dzili. Oni. Czyli kto? Warto by wie­dzieć.

- Będę uwa­żał, teraz nic mi nie umknie. Prze­pra­szam, że dopiero teraz. Że nie wtedy.

- Prze­cież nie mógł pan, jest pan fry­zje­rem. Albo się obcina włosy, albo się pil­nuje pojazdu.

- Rozu­mie pani.

- Rozu­miem. Dobrze. Odbiorę oponę, a pie­nią­dze zde­po­nu­jemy u pana w zakła­dzie.

- Będziemy obser­wo­wać, jak roz­wi­nie się ta sprawa.

- Oby już się nie roz­wi­jała, tylko defi­ni­tyw­nie zamknęła.

- Oby. To do zoba­cze­nia, pani Anno. Nie chcia­łem pani nie­po­koić, ale nie mia­łem lep­szego pomy­słu.

- Dobrze pan zro­bił, że pan zadzwo­nił.

- Jesz­cze coś, pani Anno.

- Tak?

- Gdyby chciała pani mieć nową fry­zurę, to w ramach rekom­pen­saty za te kło­poty ma pani u mnie gra­tis strzy­że­nie, far­bo­wa­nie i co tylko pani sobie życzy.

- Czy ja mam złą fry­zurę?

- Nie, nie to chcia­łem powie­dzieć... Po pro­stu... To zna­czy... Chcia­łem... Nie wiem, jak to ująć... O, śmieje się pani.

- Naj­ser­decz­niej dzię­kuję, panie Tymo­te­uszu. Doce­niam pana inten­cje i talent. Nie czuję się poszko­do­wana, to nie pana wina z tym kołem. A z mojej fry­zury jestem w pełni zado­wo­lona.

- Oczy­wi­ście.

- To do zoba­cze­nia, wszyst­kiego dobrego.

- Do zoba­cze­nia, naj­ser­decz­niej­sze ukłony, pani Anno.