Zostań po sygnale - Willow Charlotte

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3. Za dnia

NINA

W pokoju Jagody zasłony nie dochodziły do siebie. Przez szczelinę wpadał wąski pasek światła, który po południu przesuwał się po poduszce prosto na twarz Niny. Od tygodni zamierzała kupić klamrę albo chociaż spiąć je agrafką. Zwykle przypominała sobie o tym właśnie wtedy, gdy miała ochotę pospać jeszcze godzinę.

Telefon dzwonił na podłodze, obok łóżka. Sięgnęła po niego na oślep.

- Obudziłam cię? - zapytała Ewa.

- Już nie śpię.

Usiadła, odgarniając włosy. Było po trzynastej. Za ścianą Jagoda przesuwała garnki, coś spadło i zadźwięczało o kafelki.

- Chciałam zapytać, jak pierwsza noc. Dzwonił operator, interesuje go, kiedy będą jakieś wstępne wnioski.

Nina oparła plecy o chłodną ścianę.

- Na wnioski za wcześnie. Widziałam jedną zmianę. Na pewno zgłaszają gotowość aut przed rozładunkiem, sami to robią. Ale twierdzą też, że część błędnych statusów nadaje program. Potrzebuję zapisów, żeby to rozdzielić.

- Dostaniesz je?

- Obiecali. Mają jeszcze problemy z płatnościami, a Konrad bierze za dużo zmian. Chcę porozmawiać z pozostałymi kierowcami.

Ewa przez chwilę coś pisała. Nina słyszała stukanie klawiatury, znajome z ich poprzednich projektów.

- Przekażę, żeby dali ci pracować. Nie wyjeżdżaj tylko z nimi na każdą noc. Musisz mieć kiedy przejrzeć dane.

- Wiem, dzisiaj podjadę na krótko do biura.

- I Nina... Po tym projekcie chciałabym wrócić do naszej rozmowy o styczniu. Nadal jesteś zainteresowana stałą współpracą?

Na krześle wisiały ubrania przygotowane przed nocnym wyjazdem. Obok stała walizka, od niedawna pusta. Nina popatrzyła na nią i potarła odciśnięty na policzku szew poduszki.

Jeszcze miesiąc temu od razu poprosiłaby o warunki. Kilka lat pracy na kontraktach zmęczyło ją bardziej, niż lubiła przyznawać. Ciągłe ustalanie terminów, przerwy pomiędzy fakturami, telefon włączony wieczorami, bo ważny klient akurat wtedy miał czas. Stała kwota na koncie była bardzo kusząca.

- Jestem. Ale najpierw skończmy to zlecenie, dobrze?

- W porządku. Odezwij się, gdyby czegoś brakowało.

Po rozmowie Nina posiedziała jeszcze na łóżku. Z kuchni dobiegło pukanie łyżką o brzeg garnka.

- Herbatę robisz czy remont? - zawołała.

Jagoda zajrzała przez uchylone drzwi.

- Odgrzewam zupę. Miałaś spać do czternastej, co się stało?

- Ewa zadzwoniła.

- To niech ci załatwi wolne po nocce. Ja swoją przespałam i nadal nienawidzę ludzi.

Miała spodnie od piżamy w śliwki i krzywo spięte włosy. Pracowała w szpitalu dziecięcym; wracała czasem z dyżuru tak milcząca, że Nina przestała pytać od progu, jak minęła noc. Dzisiaj Jagoda przyniosła jej herbatę i bez zaproszenia usiadła na końcu materaca.

- Wstawaj, zanim zasnę z talerzem. I opowiesz mi, jak było.

Nina odsunęła kołdrę. Pod stopami zaszeleścił paragon z piekarni.

- Przelew za pokój zrobiłam wczoraj - przypomniała, schylając się po papier.

Jagoda popatrzyła na nią znad kubka.

- Widziałam. Naprawdę nie musisz mi co miesiąc meldować. Nie spóźniasz się.

- Wolę, żebyś wiedziała.

- Wiem. A zupa stygnie.

Poszła do kuchni. Nina została jeszcze chwilę, patrząc na mały pokój. Na półce stały dwie książki i krem do rąk, pod biurkiem pudło z dokumentami. Jagoda wynajmowała jej go od końca sierpnia. Przez pierwsze dni Nina żyła z walizki, przekonana, że to tylko na chwilę, chociaż nie umiała powiedzieć, co miałoby się później zmienić. Pewnego popołudnia wróciła i znalazła pusty wieszak w szafie. Jagoda przesunęła swoje kurtki do przedpokoju, nie komentując tego ani słowem.

Przy jedzeniu zapytała o Pawła.

- Był telefon od rzeczoznawcy?

- Ma przyjść w czwartek. Pojadę tam.

Nina zamieszała zupę. W starym mieszkaniu została większość jej książek i bluzka, której nie mogła znaleźć od rozwieszania prania ostatniego wspólnego weekendu. Wszystko tam pamiętała. Nie tęskniła jednak za powrotami po pracy, kiedy każde siadało ze swoim ekranem i oboje pytali z przyzwyczajenia, jak minął dzień.

- Potrzebujesz, żebym z tobą pojechała? - Jagoda odstawiła talerz.

- Nie. Musimy to załatwić sami. Zresztą chyba łatwiej mi będzie, kiedy Paweł też tam będzie.

- No dobrze. Daj znać, jak wrócisz.

Po śniadaniu Nina usiadła przy kuchennym stole z laptopem. W pokoju biurko było za małe, żeby rozłożyć notes obok komputera. Przesunęła cukiernicę, podłączyła ładowarkę i zaczęła spisywać nocne obserwacje. Przy opisie statusów zatrzymała się na nazwie jednego z pól.

Znała ją.

Przejrzała przesłaną wcześniej specyfikację systemu, potem otworzyła archiwum projektów. Półtora roku temu pracowała przy modelu dostępności dla tego samego operatora. Projekt miał inną nazwę, dotyczył pilotażu, a po oddaniu opracowania Nina przeszła do następnego klienta. Nie zajmowała się wdrożeniem.

Odnalazła folder i zaczęła porównywać schematy. Miejsce postoju, średni czas obsługi, przewidywana gotowość - kolejne pola układały się w znajomą całość. W załączniku dotyczącym pustych powrotów znalazła własną uwagę: za mało danych, by wiarygodnie przewidzieć, kiedy kierowca może dostać następne zadanie. Pamiętała, że mówili o kontroli po wdrożeniu.

Nie pamiętała, kto miał ją przeprowadzić.

Nina przestała słyszeć Jagodę w drugim pokoju. Otwierała następne wersje pliku, sprawdzała daty, przeszukiwała korespondencję. Jej zastrzeżenie zostało w załączniku, ale w końcowym podsumowaniu zajmowało jedno zdanie. Pod dokumentem widniało również jej nazwisko.

Zadzwoniła do Ewy.

- Potrzebuję materiałów z pilotażu dostępności, tego sprzed półtora roku. Wszystkich wersji po odbiorze.

- Co znalazłaś?

- Ten sam układ statusów. Możliwe, że system u Konrada jest rozwinięciem naszego modelu. Chcę sprawdzić, co z niego wykorzystali.

Ewa zamilkła.

- Wyślę, co mamy w archiwum. Nie wyciągaj jeszcze wniosków, bo operator mógł to przebudować.

- Właśnie dlatego dzwonię.

Po rozłączeniu Nina wpatrywała się w ekran tak długo, aż przygasł. Kiedy odezwał się telefon, była pewna, że to Ewa. Na wyświetlaczu pojawił się jednak ojciec.

- Jadłaś coś? - usłyszała.

- Zupę. Tato, jestem trochę zajęta.

- To tylko zapytam: mama Jagody mówiła, że po nocach jeździsz lawetami. Co to za pomysł?

Nina przetarła oczy. Matki zawsze zdążały przekazać sobie informacje szybciej, niż ona znalazła dogodną chwilę na telefon.

- Sprawdzam firmę pomocy drogowej. Muszę zobaczyć, jak pracują. Nic mi nie jest.

- Ale jeździsz z obcymi ludźmi. Wiesz w ogóle, kto tam pracuje?

- Sprawdzę to w ramach zlecenia - odparła, odrobinę ostrzej, niż zamierzała. - Nie mogę za każdym razem tłumaczyć ci przez telefon, że umiem wykonywać własną pracę.

Ojciec odchrząknął. Po drugiej stronie zadzwoniły naczynia. Pewnie właśnie kończył obiad, jak co dzień o tej samej porze.

- Przecież tylko pytam. Przyjedziesz w niedzielę?

Nina spojrzała na swoją zimną herbatę. Powinna była odebrać później, gdy nie siedziała nad tym nieszczęsnym załącznikiem.

- Przyjadę. Zadzwonię wcześniej i powiem, o której.

- Z Pawłem?

Zacisnęła palce na uchwycie kubka. Mówiła mu przecież. Wiedział, że od sierpnia mieszka u Jagody. A jednak najwyraźniej nadal zostawiał w niedzielnym planie miejsce dla człowieka, którego polubił i którego nie chciał stracić przy stole.

- Sama, tato.

- A, dobrze. To kupię mniej ziemniaków.

Nie miała siły niczego dodawać. Pożegnali się, a ona odłożyła telefon i zasłoniła dłonią twarz. Łzy przyszły tak nagle, że pierwsza spadła prosto na otwarty notes.

Wytarła ją rękawem. Była zła na siebie, na ojca, na tę zwyczajną miskę ziemniaków, w której brak jednej porcji oznaczał koniec sześciu wspólnych lat.

Kiedy się uspokoiła, wróciła do dokumentu. Jej podpis nadal tkwił na dole strony. Przypomniała sobie, z jaką pewnością pytała w nocy o status lawety.

Zapisała numer wersji. Potem cofnęła się do pierwszego załącznika i zaczęła czytać od początku.

4. Stan zastany

KONRAD

W czwartek od rana w warsztacie pachniało rozgrzaną gumą. Ołeksij wymieniał uszczelkę przy jednej z bram, Krzysztof co chwilę wołał, żeby ktoś przytrzymał skrzydło, a Konrad próbował skończyć naprawę zamka w dostawczaku, nie wchodząc nikomu pod nogi.

Usłyszał kroki przy wejściu i odruchowo podniósł głowę. Nina stała za żółtą linią na posadzce. Miała ciężkie buty na grubej podeszwie, dżinsy i krótszą kurtkę niż pierwszej nocy. Pod pachą niosła karton.

- Tym razem nie zamierzam wracać z wodą w butach - powiedziała, zauważając, na co patrzy.

- Dobra decyzja. U nas zwykle jest albo mokro, albo brudno.

Odłożył narzędzie i wytarł ręce. Nina podała mu karton, żeby zapiąć torbę.

- Toner. Daria pisała, że drukarka nie działa. Byłam obok sklepu, to odebrałam zamówienie.

- Szkoda, przez chwilę myślałem, że ciasto.

- Toner przyda się bardziej.

Daria wychyliła się z biura.

- Nie słuchaj go. Od rana wszystkich pyta, czy przynieśli coś do jedzenia. Chodź, pokażę ci tę naszą drukarkę, zanim Krzysztof wystawi ją za bramę.

Nina odebrała pudełko i poszła za nią. Konrad wrócił do zamka. Z tej strony hali widział przez otwarte drzwi, jak obie pochylają się nad urządzeniem, jak Daria odsuwa tacę i wyciąga spod niej zgniecioną kartkę. Nina coś powiedziała, a siostra się roześmiała.

Przez pierwszą noc Konrad miał ją za sztywną i nieprzystępną. Najwyraźniej potrafiła być swobodna, gdy nie rozmawiała z nim.

Basia wróciła z trasy koło dziesiątej. Zatrzasnęła drzwi samochodu, zabrała termos i weszła do warsztatu, otrzepując buty przy progu. Miała pięćdziesiąt dwa lata, krótko ścięte włosy i talent do natychmiastowego rozpoznawania pracy, którą ktoś zamierzał przerzucić na nią pod koniec zmiany.

Nina wyszła z notesem.

- Ma pani teraz pół godziny? Chciałabym zapytać o wyjazdy.

- W godzinach pracy bardzo chętnie. I mów mi Basia, bo od "pani" zaraz poczuję się jeszcze starsza.

Poszły do małego pomieszczenia za biurem, gdzie przechowywali dokumenty. Kiedyś miała tam powstać osobna dyspozytornia, ale skończyło się na stole i regałach. Konrad słyszał urywki rozmowy przez uchylone drzwi: nocne zmiany, dodatkowe kursy, odpoczynek.

- Ja odmawiam - mówiła Basia. - Mam wizytę u córki, to jadę do córki. Olek chce dorobić, przy małym dziecku każda złotówka się liczy. A Konrad bierze wszystko, co zostanie. Potem chodzi taki, jak go pani widziała... jak go widziałaś pierwszego dnia.

Konrad wsunął szufladę z kluczami odrobinę za mocno. Ołeksij spojrzał na niego spod uniesionej bramy.

- Domknij drzwi, jak nie chcesz słuchać.

- Pracuję.

- Właśnie widzę. Ten zamek zaraz będzie zrobiony na śmierć.

Konrad odsunął się od samochodu. Dopiero wtedy zauważył, że od kilku minut obraca tę samą śrubę w palcach.

W południe Daria przywiozła garnek zupy od matki. Jedli przy stole w biurze, zmieniając się co kilkanaście minut. Konrad usiadł, gdy Basia już wstawała, a Nina przysuwała jej miskę bliżej Krzysztofa, żeby zwolnić miejsce.

Rozmowa zeszła na klientów. Krzysztof opowiadał o mężczyźnie, który zamówił lawetę na wielopoziomowy parking, ale nie potrafił znaleźć własnego samochodu.

- Trzy razy mu mówiłem: niech pan zostanie przy windzie. Schodzę, jego nie ma. Dzwonię, a on znowu na innym piętrze.

- Znaleźliście w końcu? - Nina przechyliła miskę, zbierając resztę zupy.

- Po czterdziestu minutach. Postawił auto w drugiej części budynku.

- To przynajmniej wiedział, kiedy zadzwonić po pomoc.

Basia parsknęła, zakręcając termos. Konrad też się uśmiechnął. Nina otarła usta serwetką; przy nadgarstku miała niewielką plamkę toneru, której najwyraźniej nie zauważyła. Pomyślał o tym, żeby jej powiedzieć, ale w tej samej chwili na plac wjechał Kamil.

Jego SUV zatrzymał się w poprzek wjazdu do warsztatu. Konrad wstał, zanim tamten wysiadł.

Znali się od lat. Kamil prowadził większą firmę i zawsze wiedział, komu kończy się umowa, kto szuka kierowcy i kto zalega z ratą. Konrad nie lubił ani jego uśmiechu, ani tego, że czasem opłacało się go słuchać.

- Zajmę ci pięć minut - powiedział Kamil, chowając telefon. - Słyszałem, że możecie pozbywać się trzeciej lawety.

- Od kogo słyszałeś?

- Ludzie gadają. Nie ma się co obrażać, po prostu pytam.

Obszedł auto, przyglądając się platformie. Nie dotykał go, lecz robił to z taką swobodą, jakby cenę już uzgodnili.

- Nie wystawiłem jej na sprzedaż - odparł Konrad. - I przestaw samochód, blokujesz bramę.

Kamil wyjął kluczyki, ale nie ruszył się z miejsca.

- Mam zlecenia, do których by pasowała. Mogę zapłacić szybko. Przy waszych potrąceniach pewnie przydałaby się gotówka.

Konrad zacisnął szczękę. Z tyłu skrzypnęły drzwi biura. Nina niosła pusty garnek do samochodu Darii i zwolniła przy nich.

- Pani robi ten audyt? - zagadnął Kamil. - To pewnie niedługo się dowiemy, czy mam przyjeżdżać po lawetę.

- Nie sprzedaję panu niczego - przerwał mu Konrad. - Przestaw auto i jedź.

Nina stanęła z garnkiem przy biodrze. Kamil popatrzył najpierw na nią, potem na Konrada. Przez sekundę jego twarz straciła uprzejmy wyraz.

- Oferta będzie w mailu. Rozmawiajmy o pieniądzach, nie o tym, czy mnie lubisz.

Wsiadł do SUV-a. Konrad odsunął się dopiero, gdy usłyszał silnik. Za późno zauważył, jak mocno zaciska dłonie.

Nina zaniosła garnek, zamknęła bagażnik i podeszła do niego.

- Rozważacie sprzedaż? - zapytała. - Krzysztof wspominał, że trzecia rata sporo was kosztuje.

- Rozważamy różne rzeczy. Nie chcę podejmować decyzji dlatego, że Kamil przyjedzie i zacznie straszyć końcem firmy.

- Warto policzyć oba warianty. Z autem i bez niego.

Skinął głową, ale myślami był już gdzie indziej. Kamil znał nie tylko stan ich finansów. Wiedział o wyroku, o dawnej pracy, o tym, z czego Konrad wyszedł osiem lat wcześniej. Jeśli uzna, że warto o tym wspomnieć konsultantce, zrobi to od niechcenia, w pół zdania.

Nina ruszyła do biura. Konrad zawołał ją, zanim zamknęła drzwi.

- Jutro ma pani jechać ze mną. Proszę przyjść chwilę wcześniej. Chciałbym najpierw o czymś powiedzieć.

Zatrzymała się.

- To może teraz?

Z wnętrza biura dobiegł dzwonek. Daria przechodziła za szybą z dokumentami, Ołeksij wołał z warsztatu, że potrzebuje drugiej pary rąk.

- Jutro. Bez tego wszystkiego - wskazał halę.

Nina przyjrzała mu się uważniej.

- Dobrze. Będę wcześniej.

Kiedy zniknęła za drzwiami, Konrad wrócił do warsztatu. Ołeksij podał mu rękawice, tym razem bez żartu. Stanęli po przeciwnych stronach bramy i wspólnie unieśli skrzydło.

5. Przed wyjazdem

NINA

W piątek przyjechała przed dwudziestą drugą. Na placu panował większy ruch niż poprzednim razem: klient odbierał samochód z warsztatu, Daria pokazywała mu dokumenty, a za uchyloną bramą hali ktoś sprzątał podłogę. Konrad czekał przy lawecie. Nie ruszył w jej stronę, tylko odstawił kubek na schodek kabiny i wyjął ręce z kieszeni.

Nina zamknęła samochód. Przez cały dzień zastanawiała się, co chciał powiedzieć. Podejrzewała następne zaległości, kłopot z którymś kierowcą albo coś, czego Krzysztof nie zdążył jej wyjaśnić. Teraz, gdy zobaczyła, jak Konrad czeka, zrobiło jej się nieswojo.

- Daria wie, żeby przez chwilę nas nie wołać - powiedział. - Możemy tu?

Skinęła głową. Stali pod ścianą warsztatu, osłonięci od wiatru. Nad nimi buczała stara lampa, a pod jej światłem wirowały drobne krople deszczu.

Konrad przez chwilę patrzył na kubek.

- Byłem karany za pobicie. Odsiedziałem czternaście miesięcy. Wyszedłem osiem lat temu.

Nina wsunęła dłoń głębiej w kieszeń kurtki. Nie odpowiedziała od razu. Za jego plecami Daria zamykała bramę po ostatnim kliencie; metal przesuwał się z chrobotem po prowadnicy.

- Dlaczego mówi mi pan o tym teraz?

- Bo mamy jeździć razem. Powinienem powiedzieć wcześniej. - Podniósł na nią wzrok. - I dlatego, że Kamil o tym wie. Wolałem, żeby usłyszała to pani ode mnie.

Wczorajszą rozmowę przy SUV-ie zobaczyła teraz inaczej. Tamten krótki grymas, napięte dłonie Konrada. Zatrzymała się jednak przed dopowiadaniem reszty.

- Co się wydarzyło?

Konrad odetchnął przez nos.

- Pracowałem przy odbieraniu aut od ludzi, którzy mieli długi. Nie wszystko robiliśmy tak, jak powinniśmy. Był jeden człowiek, nie chciał oddać samochodu. Wdałem się z nim w kłótnię. Potem go uderzyłem. Kilka razy.

Mówił wolniej niż zwykle. Kiedy spojrzał w stronę bramy, Nina zobaczyła wyraźnie mokrą skórę przy jego skroni.

- Upadł i złamał rękę - dodał. - Zostały mu problemy z dłonią.

- On pana zaatakował?

- Nie. Byłem wściekły, że nie mogę tego załatwić. Tyle.

Nina zacisnęła palce na kluczach w kieszeni. Człowiek, który kilka dni wcześniej podał starszej kobiecie rękę przy wysiadaniu, opowiadał teraz, że pobił kogoś, ponieważ nie dostał tego, czego chciał. Nie potrafiła łatwo złożyć tych obrazów.

- Kontaktuje się pan z nim?

- Przez prawników. Spłacam ugodę. Nie spotykamy się prywatnie.

Sprężarka w hali ucichła. Konrad przestąpił z nogi na nogę, ale nie podszedł bliżej.

- Może pani jechać z Basią albo zostać w biurze. Nie musi pani decydować teraz. Powiem Darii, żeby zmieniła plan.

Popatrzyła na kabinę. Dotąd jazda z nim nie budziła w niej lęku. Bywał nieprzyjemny, poirytowany, jednak ani razu nie próbował jej przestraszyć. To wciąż było zaledwie kilka spotkań.

- Dzisiaj pojadę - powiedziała w końcu. - Ale będę o to jeszcze pytać. Nie obiecuję, że przestanę myśleć o tej rozmowie, kiedy wsiądę.

- Nie oczekuję tego.

Zabrał kubek ze stopnia i wylał kawę do odpływu. Nina poczekała przy samochodzie, aż wróci z biura z kartą zlecenia. Wsiadając, posłała Darii krótkie spojrzenie. Kobieta patrzyła na brata; jej twarz była poważna.

Pierwsza klientka czekała pod blokiem, przy małym aucie wciśniętym między dostawczaka a wysoki krawężnik. W oknach nad parkingiem paliły się pojedyncze światła. Kobieta wyszła im naprzeciw, zapinając płaszcz na piżamowej bluzie.

- Ja bardzo przepraszam, nie wiedziałam, że tu jest tak mało miejsca. Rano ktoś znowu stanął obok. Muszę zaraz do pracy, a samochód nawet nie drgnie.

Konrad obejrzał podjazd, potem poprosił ją o kluczyki.

- Najpierw sprawdzę akumulator. Może nie trzeba będzie w ogóle ruszać auta. Proszę tylko odsunąć się za ten słupek.

Nina stała przy kabinie. Patrzyła, jak podnosi maskę, świeci latarką i rozkłada przewody. Klientka mówiła bez przerwy; usprawiedliwiała się, że nie zna się na samochodach, że mąż kiedyś pilnował takich rzeczy, że mechanik twierdził miesiąc temu, iż wszystko jest dobrze.

Konrad nie uciszał jej. Poprosił tylko, żeby usiadła za kierownicą i spróbowała uruchomić silnik na jego znak. Kiedy auto wreszcie zapaliło, kobieta z ulgi aż oparła czoło o kierownicę.

Nina odwróciła wzrok. Nie chciała robić z każdego cierpliwego gestu Konrada dowodu w sprawie, o której prawie nic nie wiedziała. Zapięła kurtkę wyżej i wróciła do kabiny, kiedy dał jej znak.

Po następnym wyjeździe zatrzymali się na stacji. W środku było jasno, niemal rażąco. Dwie osoby w roboczych ubraniach czekały przy ekspresie, pracownica wykładała na półkę kanapki. Nina kupiła herbatę i coś do jedzenia. Konrad przyniósł samą kawę.

- Nie chce pan kanapki? - zapytała, siadając przy wysokim blacie. - Od wyjazdu nic pan nie jadł.

- Zjadłem przed zmianą. Jajka, chleb, pomidora. Daria pilnowała, więc może pani sprawdzić.

Powiedział to z bladym uśmiechem. Nina rozwinęła papier, odkładając go tak, żeby nie dotykał mokrego kubka.

- O jedzenie jeszcze jej nie wypytuję.

- To dobrze. Zaczęłaby opowiadać od dzieciństwa.

Za szybą przejechała ciężarówka. Światło z jej reflektorów przesunęło się po blacie i dłoniach Konrada. Na kostkach miał zadrapania. Nina spojrzała na nie, zanim zdążyła się powstrzymać.

Zauważył.

- Od pasów - powiedział, cofając rękę pod blat.

Zrobiło jej się gorąco.

- Nie musimy sprawdzać w ten sposób każdego ruchu. Po prostu potrzebuję chwili.

- Jasne. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Nina przełknęła kęs i odłożyła kanapkę. Lubiła go dotąd za to, że nie próbował być miły na siłę. Teraz sama przyłapała się na szukaniu takiej odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby zbyt ostro.

- Jest jeszcze coś w tej historii, czego mi pan nie powiedział? Coś ważnego, nie każdy szczegół sprawy.

Konrad spojrzał na nią znad kubka.

- Nie pominąłem tego, co zrobiłem. Jeżeli chce pani zobaczyć dokumenty, mogę je pokazać. To nie była bójka dwóch równych sobie ludzi.

Nina skinęła głową. Doceniała tę odpowiedź, chociaż nie przyniosła jej ulgi.

Przez kilka minut jedli i pili w ciszy. Potem zapytał, czy pracowała już wcześniej w tak małej firmie. Opowiedziała o zakładzie, w którym jedyne wolne biurko stało obok pakowarki, i o tym, jak przez tydzień wracała z pracy z włosami pachnącymi prażoną kawą. Konrad słuchał, opierając łokieć o blat. Powoli przestawała czuć, że każde zdanie jest egzaminem.

- Możemy mówić sobie po imieniu? - zaproponowała przed wyjściem. - Z Darią już tak rozmawiam, a z panem od godziny siedzę nad kanapką i robi się niezręcznie.

- Konrad - powiedział, podając jej kurtkę.

- Nina. I mogę sama włożyć rękaw, nie zemdlałam jeszcze po nocy.

Uśmiechnął się, puszczając materiał. Wyszli na zewnątrz, gdzie od razu uderzył ich chłód.

Nad ranem Daria czekała przed biurem z telefonem przy uchu. Na widok brata uniosła kciuk. Konrad podszedł do niej, zanim Nina zdążyła wyjąć torbę z kabiny. Siostra zaczęła coś opowiadać, gestykulując wolną ręką, a on rozluźnił ramiona.

Przy własnym samochodzie Nina odczytała wiadomość od Pawła. Rzeczoznawca musiał przełożyć wizytę na poniedziałek. Paweł pytał, czy termin jej odpowiada, i dopisał, że w mieszkaniu została jeszcze jej niebieska bluzka.

Odpisała od razu, konkretnie, uprzejmie. Dopiero zamykając rozmowę, obejrzała się w stronę biura.

Konrad nadal słuchał Darii. Śmiał się teraz, oparty o framugę, z głową przechyloną ku siostrze. Nina przyglądała mu się dłużej, niż zamierzała.

6. Ziemniaki

KONRAD

Fred usłyszał go jeszcze na klatce. Pazury zastukały po panelach, potem coś głucho uderzyło o drzwi. Matka odsunęła zasuwę, trzymając w drugiej ręce obieraczkę.

- Nie wpuszczaj go na schody, dopiero wróciliśmy. I zdejmij buty, bo wszędzie mi nanosicie tego błota.

Konrad wcisnął się do przedpokoju. Pies napierał na jego nogi całym ciężarem, więc schylił się i podrapał go za uchem. Fred miał siwy pysk i uważał, że każda wizyta powinna zaczynać się od kilku minut poświęconych wyłącznie jemu.

Z kuchni dobiegł głos Darii.

- Jak się położysz na podłodze, już stamtąd nie wstaniesz. Obiad zaraz będzie.

Siedziała przy oknie w swetrze, którego Konrad nie znał, z rozpuszczonymi włosami. Na stole leżał jej telefon, odwrócony ekranem do dołu. Przez chwilę nie pasowała mu do obrazu siostry, którą codziennie zastawał w biurze z długopisem za uchem.

- Dobrze wyglądasz - powiedział, siadając.

- Bo się wyspałam. Polecam.

Matka postawiła przed nimi ziemniaki i mięso. Z kuchennego okna widać było balkon sąsiadów i anteny na dachu następnego bloku. Konrad znał każdy odprysk na parapecie, wzór ceraty i szufladę, która zacinała się, jeśli wsunęło się ją zbyt szybko. Ojciec od rozwodu przychodził tu rzadko. Przy stole zostały trzy miejsca, chociaż krzesła wciąż były cztery.

Przez pierwsze minuty słuchał opowieści o sąsiadce zastawiającej klatkę doniczkami. Matka pokazywała widelcem, jak niewiele miejsca zostało przy schodach. Daria śmiała się, a Konrad chciał, żeby jeszcze chwilę rozmawiały o czymś tak zwyczajnym.

Siostra w końcu odłożyła widelec.

- W piątek mam drugi etap. Muszę pojechać do Gdańska. Chcą się spotkać na miejscu.

Matka od razu się uśmiechnęła.

- To świetnie. Wiedziałam, że do ciebie oddzwonią.

Konrad spojrzał na nią.

- Wiedziałaś o tej rekrutacji?

- Daria opowiadała mi po pierwszej rozmowie. Weź mięsa, bo wystygnie.

Nałożył sobie kawałek, chociaż stracił apetyt. Daria patrzyła prosto na niego.

- Jeżeli się dogadamy, zaczęłabym od stycznia. Jest czas na znalezienie kogoś. Mogę przeszkolić tę osobę, wszystko opisać.

- A udziały? Też zamierzasz zostawić?

- Chcę je rozliczyć. Nie podejmiemy tej decyzji przy obiedzie.

- Próbuję zrozumieć, jak ty to widzisz.

- Na razie widzę rozmowę w piątek. Potem będę wiedziała więcej.

Fred wsunął nos pod stół. Konrad odsunął jego łeb kolanem, z większą irytacją, niż zasłużył na to pies.

- Daria, wiesz, co się teraz dzieje. Ledwo układamy zmiany, operator nas sprawdza. Jak ty znikniesz...

- Nie znikam. Mówię ci dwa miesiące wcześniej.

Matka zatrzymała dłoń na uchwycie garnka. Daria usiadła prościej.

- W zeszłym tygodniu miałam wyjść na urodziny do koleżanki. Pamiętasz? - zapytała. - Zostałam do dziesiątej. W sierpniu wróciłam z urlopu dzień wcześniej, bo Rafał zachorował. Potem była awaria programu, potem problem z wypłatami. Zawsze coś jest.

- Wszyscy zostajemy dłużej.

- Ale nie do wszystkich dzwonisz, jak nie możesz znaleźć rachunku albo przypomnieć sobie kodu do alarmu. I nie wszyscy mają po pracy czuć się winni, że brat siedzi sam w biurze.

Konrad chciał zaprzeczyć. Otworzył usta, ale przypomniał sobie poprzednią sobotę, kiedy zadzwonił do niej tylko na chwilę, a skończyło się na godzinie szukania dokumentów przez telefon.

- Przecież płacimy ci za pracę.

Daria zaśmiała się krótko i odsunęła talerz.

- Za etat. Spróbuj znaleźć kogoś za te pieniądze, kto będzie odbierał na chorobowym, pamiętał wszystkie terminy i jeszcze przywoził wam obiad. Części rzeczy nie robię dlatego, że jestem dyspozytorką. Robię, bo jesteś moim bratem. I jestem już zmęczona.

Matka postawiła garnek na podkładce.

- Poczekajcie. Zjedzcie, zanim zaczniecie się przekrzykiwać.

- Ja się nie przekrzykuję - rzucił Konrad.

- Słyszę, jak mówisz.

Wstał i wyszedł na balkon. Fred próbował przecisnąć się za nim, ale zamknął drzwi. Na podwórku ktoś trzepał mały dywan. Każde uderzenie niosło się pomiędzy blokami. Konrad oparł dłonie na zimnej balustradzie i patrzył w dół, starając się nie wrócić do kuchni z następnym argumentem.

Matka wyszła po chwili, podając mu sweter.

- Narzuć. Jeszcze się przeziębisz.

Wziął go bez dyskusji. Stanęła obok, nie dotykając poręczy.

- Ona nie wyjeżdża przeciwko tobie - powiedziała.

- Wiem. Tylko nie mam pojęcia, jak bez niej to ułożymy.

- To jej tak powiedz. Przed chwilą mówiłeś, jakby chciała wam zrobić krzywdę.

Konrad naciągnął sweter na ramiona. Był ojca, stary, rozciągnięty przy szyi. Matka używała go do wychodzenia na balkon z praniem.

- Myślałem, że buduję coś dla nas. Że będzie miała swoją część, spokojną pracę.

- Ma swoją część. Spokojnej pracy na razie nie ma.

Nie znalazł odpowiedzi. Za szybą Daria pakowała resztki do pojemników, tak samo jak po każdym niedzielnym obiedzie. Pomyślał, że nawet teraz sprząta po ich kłótni.

Matka odsunęła się od balustrady.

- A ta Nina? Jak się z nią dogadujecie?

Spojrzał na nią niechętnie.

- Daria już zdążyła opowiedzieć?

- Mówiła, że jeździ z tobą i nie daje się zbyć. To dobrze. Ktoś musi.

- Powiedziałem jej o wyroku.

Matka spoważniała. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów z kuchni.

- Jak to przyjęła?

- Została. Pojechaliśmy razem na zmianę. Nie wiem, co sobie pomyślała.

Pokiwała głową i otworzyła drzwi balkonowe. Nie zaczęła zapewniać, że Nina na pewno go zrozumie. Konrad był jej za to wdzięczny, choć nie powiedział niczego na głos.

W kuchni usiadł naprzeciwko Darii.

- Wezmę piątek wieczorem. Z Krzysztofem ustalimy resztę. Jedź na tę rozmowę.

Daria zatrzymała rękę na pokrywce pojemnika.

- Nie musisz mnie puszczać, Konrad. Potrzebuję tylko dogadać grafik.

- Źle powiedziałem. Dogadamy go.

Przez moment patrzyła na niego ostrożnie, potem podała mu zapakowane mięso.

- Dzięki. I nie jedz tego jutro o trzeciej w nocy nad klawiaturą.

Wziął pojemnik. Tym razem uśmiechnęli się oboje.

Po obiedzie zabrał Freda na spacer. Pies zatrzymywał się przy każdym drzewie, a Konrad nie miał do kogo oddzwonić i nigdzie nie musiał zdążyć. Gdy telefon zawibrował, od razu wyciągnął go z kieszeni.

Nina pytała o brakujący marcowy załącznik. Odpisał, że dzisiaj nie jest w bazie, ale sprawdzi rano.

Jasne, rano wystarczy. Miłego wolnego.

Schował telefon i pozwolił Fredowi jeszcze chwilę obwąchiwać mokre liście. Dopiero przy następnej ławce zorientował się, że nadal się uśmiecha.

8. Niepogoda

KONRAD

We wtorek deszcz zaczął padać przed południem i nie przestał do wieczora. Woda zbierała się przy zatkanym odpływie, wiatr szarpał płachtą na oponach. Najstarsza laweta stała w warsztacie bez sprawnego oświetlenia. Ołeksij rozłożył lampy na stole, ale części, które zamówił, miały przyjechać dopiero rano.

Zostały dwa auta i telefon, który dzwonił bez przerwy.

Konrad zobaczył Ninę, kiedy zamykał skrzynkę ze sprzętem. Szła przy ścianie z kapturem naciągniętym niemal na oczy. Pod kurtką ściskała papierową torbę.

- Jagoda zrobiła kanapki - powiedziała w biurze. - Dla mnie i, jak się okazuje, dla połowy firmy.

Daria zajrzała do środka.

- Powiedz jej, że od dziś jest moją ulubioną osobą.

Konrad wziął jedną kanapkę, odwinął papier. Od poniedziałkowej rozmowy zdążył przejrzeć część dokumentów Niny. Nadal miał do niej żal, choć wiedział, że nie może odpowiadać za każdą decyzję operatora. Było mu niewygodnie siedzieć z nią nad wyjaśnieniami, a godzinę później cieszyć się, że przyjechała.

- Dzisiaj możesz zostać w biurze - powiedział. - Będzie ciężka noc. Pewnie połowę czasu przesiedzimy na poboczu.

- Właśnie takie wyjazdy mam obejrzeć. Tylko nie każ mi stać na deszczu, kiedy nie trzeba.

Zapięła torbę i sięgnęła po kamizelkę. Nie wyglądała na osobę, którą trzeba będzie namawiać do odwrotu albo martwić się, że pójdzie nie tam, gdzie należy. Konrad ustąpił.

Pierwsze zgłoszenie poszło sprawnie. Przy drugim trafili pod złą bramę dużego magazynu. Ogrodzenie ciągnęło się wzdłuż drogi, za nim świeciły lampy na wysokich słupach. Klient zapewniał przez telefon, że stoi przy wjeździe. Konrad widział przed sobą tylko zapięty łańcuch i tablicę z nazwą firmy.

- Niech pan wyjdzie pod światło - powtórzył. - Nie widzę pana.

Z głośnika dobiegło trzaskanie i urwane wyjaśnienie. Konrad zacisnął palce na kierownicy.

Nina wyciągnęła rękę.

- Daj mi go na chwilę. Zatrzymaj się, bo zaraz miniesz miejsce, w którym można zawrócić.

Włączył awaryjne. Słuchał, jak pyta klienta o napis na portierni, o numery bram i o drogę, którą przyjechał. Nie przerywała, kiedy mężczyzna zaczynał się gubić, tylko wracała do jednego pytania.

Po kilku minutach kazała Konradowi objechać cały budynek. Przy bocznym wjeździe stał biały samochód, a obok niego człowiek machający telefonem.

- Nawigacja wszystkim pokazuje tamtą bramę - wyjaśnił, podchodząc do kabiny.

Konrad wysiadł, nie komentując. W drodze powrotnej spojrzał na Ninę.

- Sam bym się z nim jeszcze dziesięć minut kłócił o adres.

- Byłeś już zdenerwowany. Ja siedziałam obok i niczego nie musiałam prowadzić.

Miała mokry rękaw od opuszczonej szyby. Odwinęła mankiet i przyłożyła go do nawiewu. Konrad podkręcił ogrzewanie, zanim zdążyła poprosić.