Zostań na zawsze - Aneta Sołopa

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Zapowiada się piękny dzień. Lipiec w tym roku jest wyjątkowo upalny. Właśnie kończymy kolejny rok studiów. Marzy nam się, aby wziąć koc i pójść na ukwieconą łąkę z koszem pełnym pyszności.

Ale nie.

Żadna z nas nie ma na to czasu. Wszystko, na co możemy sobie pozwolić, to mały drink w naszym ulubionym barze, który w soboty zamienia się w dyskotekę.

Ja sama rzadko tu przychodzę, więc mówienie "mój ulubiony bar" jest już grubą przesadą. Moja obsesja, że ktoś może mi czegoś dosypać do drinka, na to nie pozwala. No i w ogóle niespecjalnie lubię wychodzić z domu, najczęściej tylko do pracy, na zakupy i z powrotem.

Ale tym razem daję się namówić koleżankom z roku.

- To przecież koniec semestru, musisz iść - przekonują.

Dla mnie nie jest to tylko koniec kolejnego etapu nauczania i zdobywania wykształcenia.

Mam jeszcze coś innego do świętowania.

Od niedawna zaczęłam pracę w gazecie. Mam niewielką rubryczkę do samodzielnego prowadzenia. Redaktor naczelny, a także moi wykładowcy i ludzie, którzy widzieli, jak piszę, mówili, że mam lekkie pióro. Głównie jednak zajmuję się pisaniem prześmiewczych tekstów na temat naszych polityków, celebrytów i innych znanych osób. Redaguję też większość tekstów każdego numeru i komuś wyżej to się zaczyna podobać.

W ostatnich dniach naczelny wezwał mnie do siebie i oznajmił, że nowy współwłaściciel chce mnie poznać osobiście. To bardzo dobry powód do świętowania.

No dobrze, powiem prawdę.

Jesteśmy tu po prostu dlatego, że dziewczyny mają kolejną wymówkę, aby się napić i rozerwać. Niech im będzie, tym razem przystaję na to niemalże z ochotą.

Już pół godziny stoję przed otwartą szafą, próbując wybrać coś odpowiedniego. Nie mogę ciągle wyglądać jak zakonnica, ale też nie może to być nic wyzywającego. Bóg wie, kto w tym barze będzie jeszcze siedział. No, nie mam w co się ubrać, marudzę i marudzę sama do siebie.

W końcu rzuca mi się w oczy typowo sportowa, czerwona sukienka z białymi lampasami po bokach, akurat do kolan, z krótkimi rękawami, bez większego dekoltu. Okej, niech będzie to. Do tego zamierzam włożyć trampki, moją nową, czarną ramoneskę i będzie w porządku.

Czerwone jak cegły włosy zostawiam dzisiaj rozpuszczone, a usta maluję dla odmiany różową pomadką. Jak szaleć, to szaleć, myślę sobie.

Tuż przed siódmą zjawiam się przed barem, gdzie dziewczyny czekają już całą ekipą. Wieczór jest naprawdę upalny, tak samo jak i dzień, więc moja ramoneska musi zawisnąć na ramieniu. Dziewczyny aż gwiżdżą na mój widok.

- Co się stało? - pytam, rozglądając się dookoła.

- Ada w sukience, muszę to gdzieś zapisać! - odpowiada Magda, najbliższa z moich koleżanek, całując mnie w policzek.

Ona jedyna domyśla się czegokolwiek o moim nastawieniu, na szczęście nigdy niczego nie komentuje ani nie prosi o wyjaśnienia. I pewnie dlatego jest mi najbliższa.

Poznałyśmy się na pierwszym roku edytorstwa, teraz ona pracuje dla korpo, a ja - od niedawna w gazecie. Każda z nas ma już co robić, więc takie wspólne wypady rzadko się nam zdarzają.

Dziewczyny mówią i mówią i w sumie nawet się cieszę, że z nimi wyszłam.

Jeszcze zanim wejdziemy, pierwszą kolejkę z zakorkowanej porządnie butelki pijemy za mnie! Za moją nową pracę, nowe stanowisko i nowy, zajebisty sukces. Wznosimy toast, a dziewczyny śpiewają mi Sto lat i biją brawo.

Wszystkie są wolne. Założyły gang samotnych czarownic, do którego według nich należę. Ale co z tym gangiem dalej - chyba same nie wiedzą.

Wchodzimy do środka i zajmujemy miejsca w loży obok stołu bilardowego. Dziewczyny uznają, że tu będą miały najlepszy widok, by móc wyhaczyć kogoś do wspólnego imprezowania.

Nie gram w bilard. Uważam, że to gra, która przykuwa męskie nachalne oczy do kobiecych tyłków. A od tego już niedaleko do jednego. Dziewczyny mnie nie namawiają. Przez cztery lata zdążyły dość dobrze poznać zarówno mnie, jak i różne moje obsesje.

Wyjmuję więc butelkę małej whisky pod stołem, wlewam do pustej szklanki i mieszam z colą z puszki, którą kupiłam przy barze.

Tak jest po prostu najbezpieczniej, ale niebezpieczne jest to, że ktoś spoza moich znajomych mógłby to zobaczyć.

Po jakichś piętnastu minutach dziewczyny wracają do stolika i zamawiają kilka kolejek wódki. Chichoczą jak nastolatki, a ja staram się rozumieć, co do mnie mówią.

Wypijam jednego słabego drinka i chcę się zmywać, ale Magda mnie szturcha i szturcha, wskazując na bar.

Siedzi tam najprzystojniejszy facet, jakiego kiedykolwiek widziałam. Ubrany w samego Armaniego. Garnitur skrojony na miarę, śnieżnobiała koszula, lekko poluzowany krawat. Włosy czarne jak węgiel, krótko przystrzyżone, twarz pociągła z wystającymi kośćmi policzkowymi, smukła.

I te oczy - przenikliwe, również czarne jak noc. Wydatne usta, które z pewnością niejedną kobietę całowały, a na kolanach delikatne jak u kobiety dłonie.

Skąd to skojarzenie o całowaniu?

Do tego gapi się właśnie na mnie, czego Magda nie omieszkuje mi co chwilę szeptać do ucha. Po kilku minutach spoglądam ponownie w jego stronę, a Supermen podnosi swojego drinka, patrząc prosto na mnie. To mnie szokuje do tego stopnia, że również podnoszę swojego.

To się jeszcze nie zdarzyło!

Kurwa, kto to jest i czemu gapi się akurat na mnie, kiedy wokół jest tyle pięknych, fajnie ubranych dziewczyn?

To na pewno jakiś zboczeniec, myślę sobie.

A potem cichy głosik w mojej głowie podpowiada mi bezczelnie, że moja obsesja mnie wykończy.

Ubezpieczony zawsze zabezpieczony, jak to mówią.

Nie zamierzam się nabrać na ten słodki lep. Zresztą, jak na żaden inny. Pora na ciebie, Ada, pora do domu.

Jest tak głośno, że w tym hałasie nie mogę zadzwonić po taksówkę. Proszę więc Magdę, aby wyszła ze mną na zewnątrz.

Zanim uda się nam opuścić zgrupowanie, podchodzi do mnie kelner ze szklaneczką whisky i szepcze, że pan Supermen przy barze ma życzenie, abym z nim wypiła.

Chyba, kurwa, się przesłyszałam.

Wszystko we mnie broni się przed atakiem paniki, a jednocześnie zastanawiam się, czego ten nieznajomy chce.

Zaczynam oddychać głęboko, trzymając Magdę za ramię. Słyszę, jak powtarza mi prosto do ucha: spokojnie to ja, spokojnie to ja, aż wreszcie to pomaga. Kilka głębszych oddechów i naprawdę jest mi lepiej.

Postanawiam się nie dać. Biorę drinka i swoje rzeczy, Magda wychodzi zamówić dla mnie taksówkę, a ja podchodzę do baru, stawiając szklankę przed Supermenem.

- Czego pan tu dosypał? - pytam, krzyżując ręce na piersiach.

- Słucham? - odpowiada pytaniem na pytanie, chociaż dobrze słyszał, co mówię.

- Zapytałam, czego pan tu dosypał - powtarzam spokojnie.

Patrzę mu w oczy, ale i on nie odwraca wzroku. Uśmiecha się, a moim oczom ukazują się białe, równe zęby.

- Zapewniam panią, że nie muszę się uciekać do takich sztuczek. Kobiety zazwyczaj same rozkładają przede mną nogi - odpowiada, również krzyżując ręce na piersiach.

Czuję się, jakby mi ktoś dał w twarz otwartą dłonią. Co za palant.

- Jak miło wiedzieć, z jakimi kobietami się pan zadaje. Wszystkich pan mierzy swoją miarą? - pytam ostro, wprawiając go w osłupienie, i wychodzę.

Taksówka już na mnie czeka.

Nie zastanawiając się, wsiadam i odjeżdżam do domu, nie obejrzawszy się za siebie. Jestem bardzo zdenerwowana. Dzisiaj znowu mogło mi się przydarzyć coś złego. Albo to moja paranoja.

Spoglądam na zegarek, jest chwilę po dziesiątej. Dzwonię do brata i pokrótce opowiadam mu, co się stało. Słucha mnie z uwagą, a potem naprawdę stwierdza, że to moje urojenia.

- Nieważne. Możesz mnie jutro zawieźć do pracy czy nie? - pytam niecierpliwie.

- Mogę. Ale umów się z psychologiem, bo znowu zaczynasz świrować - odpowiada groźnie.

A ja po prostu całą sobą czuję, że tym razem to nie jest moja wyobraźnia.

Nie mogę spać.

Co chwilę się budzę, śni mi się, że mnie ktoś goni i naprawdę mnie łapie. Co za koszmar.

Dzisiaj zaczynam o siódmej. Muszę zrobić na jutro numer i do dziewiątej posłać go do drukarni. Podoba mi się ta praca. Jest nas niewielu, a ja dostałam swój zamykany kąt i niczego więcej mi nie trzeba.

Zanim wsiądę do auta, rozglądam się kilka razy w cztery strony świata, a Patryk patrzy na mnie spod byka.

- Hej - witam się, zdejmując apaszkę "nierozpoznawalności" w aucie.

Mój brat tylko kręci głową. Kurwa, o co mu chodzi? Już zapomniał, jak to było? I jak trudno było mi się pozbierać? O to też go pytam.

- Ale ty się nie pozbierałaś. Musisz z tym walczyć, ta obsesja cię wykończy - odpowiada, a potem dodaje: - Dlaczego nie zaczniesz się z kimś spotykać? Może to by ci pomogło i poczułabyś się bezpieczniej? Może po prostu wpadłaś temu facetowi w oko!

- Przestań! - krzyczę z paniką w głosie. - Jeszcze by tego brakowało, żebym kogoś unieszczęśliwiła, to po pierwsze. A po drugie, ja nigdy nie będę w stanie być w związku. Zapamiętaj to sobie - mówię zdecydowanie.

Na to mój kochany brat nie znajduje już żadnej riposty.

Kiedy parkuje pod biurowcem, w którym moja gazeta wynajmuje piętro, błagam go jeszcze, żeby odprowadził mnie pod drzwi. Jest naprawdę wściekły i zmartwiony, ale przynajmniej przestaje się stawiać. Bierze mój laptop i wchodzimy razem do środka.