Zośka Ryzykantka - Lara Bergen

-
Proszę czekać

Zosia zerknęła do kub­ka stojącego przed nią. Był pełny. Pra­wie po brze­gi. Nie wyglądał faj­nie.

- Wy­pij to! - po­na­glił ją Ja­cek, po­chy­lając się do niej. - No już! A może się bo­isz?

Dzie­ci z kla­sy Zosi po­rzu­ciły swo­je posiłki i stanęły wokół nich.

- Wy­pij to! Wy­pij to! - zaczęły wołać.

- Do­brze, wy­piję - zgo­dziła się wresz­cie Zo­sia. - Prze­cież wie­cie, że nie prze­straszę się żad­ne­go wy­zwa­nia.

Mimo to od­ru­cho­wo od­chy­liła się w krześle. Fuj! Za­pach był fa­tal­ny!

Za­pew­ne tak samo fa­tal­ny, jak smak pie­kiel­nej mik­stu­ry, którą miała za­raz wypić. Cho­ciaż lubiła każdy z jej skład­ników z osob­na - mle­ko, oranżadę, pud­ding, ke­czup, sok jabłkowy, sos czosn­ko­wy oraz rosół z dro­biu z ma­ka­ro­nem.

Ale wszyst­kie ra­zem?

Ra­czej nie.

Jed­nak sama się o to pro­siła. A dokład­niej sama do­po­mi­nała się o wy­zwa­nie. Bo jak in­a­czej mogła wy­ka­zać wiel­kość swo­je­go no­we­go imie­nia?

Zośka Ry­zy­kant­ka!

Jak świet­nie to brzmi! Jak wyjątko­wo! Jak im­po­nująco! Zo­sia za­wsze ma­rzyła o imie­niu, które wyróżniałoby ją z tłumu. I wresz­cie je zna­lazła!

Wymyśliła je w chwi­li, gdy zo­stała zmu­szo­na do założenia czap­ki, którą wcześniej obślinił Ar­chi­me­des Dąbek.

- Nie ośmie­lisz się jej założyć - po­wie­dział.

- Tak myślisz? - Prychnęła.

I zro­biła to!

Nikt nie przy­pusz­czał, że po­dej­mie ta­kie ry­zy­ko! (Kto wie, ja­kie za­raz­ki były w śli­nie Ar­chie­go?). Ale Zo­sia po­pa­trzyła mu w oczy i wy­rzu­ciła za­raz­ki z myśli.

To zro­zu­miałe, że kie­dy wróciła do domu, bar­dzo, bar­dzo sta­ran­nie wy­prała czapkę.

Zo­sia do­sko­na­le zda­wała so­bie sprawę, że jeśli spro­sta temu wy­zwa­niu, spro­sta wszyst­kim in­nym wy­zwa­niom, ja­kie ist­nieją na świe­cie. Dla­te­go następne­go dnia śmiało oznaj­miła przy­ja­ciołom:

- Wy­zwij­cie mnie! No, da­lej, po­dejmę każde ry­zy­ko!

I od razu zaczęła wymyślać wspa­niałe wy­zwa­nia god­ne swo­je­go no­we­go imie­nia. Ta­kie jak wspi­na­nie się na wiel­ki dąb. Albo skok z huśtaw­ki. Albo wstrzy­ma­nie od­de­chu na całą mi­nutę. (To ostat­nie na­wet przećwi­czyła).

Nie­ste­ty nic nie poszło tak, jak pla­no­wała. Przy­ja­cie­le ocho­czo zachęcali ją do wy­czynów. Bar­dzo ocho­czo. Jed­nak ich wy­zwa­nia były... zupełnie inne.

Były ZŁOŚLIWE.

Wszyst­kie, bez wyjątku.

A przy­najm­niej na ra­zie. Zo­sia zdążyła już po­li­zać as­falt i szybę w szkol­nym au­to­bu­sie.

Powąchała te­nisówki Dar­ka (obie!) i usiadła na ta­jem­ni­czej mo­krej pla­mie.

A te­raz to stołówko­we wy­zwa­nie! Wca­le nie było śmiesz­ne. Kie­dyś już mu­siała wypić taki kosz­mar­ny kok­tajl.

Zo­sia zerknęła na glu­to­wa­ty płyn. Na wierz­chu pływała nit­ka ma­ka­ro­nu.

- Wy­pij to! Wy­pij to! Wy­pij to! - wołały dzie­ci.

Ka­sia, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Zosi, po­kle­pała ją po ple­cach.

- Po pro­stu za­mknij oczy i wy­obraź so­bie, że to kok­tajl. Tak jak ostat­nim ra­zem - po­ra­dziła.

- Do­brze. - Zo­sia skrzy­wiła się i z wysiłkiem przełknęła ślinę, czując gulę w gar­dle.

Za­sta­na­wiała się, czy po tym kie­dy­kol­wiek będzie w sta­nie wypić praw­dzi­wy kok­tajl. Chy­ba tyl­ko wte­dy, gdy ktoś znów rzu­ci jej wy­zwa­nie. Ale zro­bi to pod przy­mu­sem.

Wy­pro­sto­wała się i jedną ręką sięgnęła po ku­bek, a drugą za­tkała nos. Moc­no za­cisnęła po­wie­ki.

- Gul... gul... gul...

Zo­sia czuła, jak gęsty płyn spływa jej do gardła.

Uch! Zro­biło się jej trochę nie­do­brze.

"Czy było war­to?", pomyślała, wmu­szając w sie­bie ostat­ni łyk.

Nad jej głową roz­legły się okrzy­ki.

- Bra­wo, Zośka!

Uśmiechnęła się sze­ro­ko. Czy było war­to? Ja­sne, że tak! Po­ka­zała wszyst­kim, że jest praw­dziwą ry­zy­kantką.

Zo­sia miała na­dzieję, że przy­ja­ciołom znu­dziło się rzu­ca­nie wy­zwań. Odwróciła się do Kasi i przy­biły so­bie piątki.

Nie­spo­dzie­wa­nie Ewa pod­sunęła Zosi ta­lerz.

- Hej, a zjesz to? - za­py­tała wy­zy­wająco.

O, rany!

Zośka spoj­rzała na ta­lerz.

Leżała na nim ka­nap­ka. Po­wo­li uniosła wierzch­ni kawałek chle­ba. Można było się tego spo­dzie­wać - ka­nap­ka wyglądała tak, jak­by każdy uczeń ze stołówki dołożył do niej coś od sie­bie. Tyl­ko trud­no było od­gadnąć co, bo wszyst­ko zalał cze­ko­la­do­wy budyń.

- Zjedz to! Zjedz to! Zjedz to! - za­in­to­no­wał chór.

- Trud­no uda­wać, że to jest kok­tajl, co? - Za­chi­cho­tała Ka­sia.

Zośka przewróciła ocza­mi. Nie mo­gli wymyślić cze­goś lep­sze­go? Ale cóż, taki jest los ry­zy­kant­ki - musi podjąć każde wy­zwa­nie, także zja­da­nie nie­ape­tycz­nych rze­czy.

Dla­cze­go nie każą jej je­chać na ro­we­rze bez trzy­man­ki? Albo za­pu­kać do drzwi tej sta­rej złośnicy, pani Ko­ryc­kiej? Albo pędzić na de­sko­rol­ce z opaską na oczach?

Co nie zna­czy, że ma­rzyła o ta­kich wy­zwa­niach!

Zo­sia skrzyżowała ra­mio­na na pier­si.

- Je­stem Zośka Ry­zy­kant­ka, a nie Zośka Śmiet­nicz­ka - oświad­czyła poważnie. - Czy ni­ko­go z was nie stać na rzu­ce­nie mi praw­dzi­we­go wy­zwa­nia? - za­py­tała wy­zy­wająco.

Ewa zmarsz­czyła czoło i spoj­rzała na ka­napkę. Inne dzie­ci wzru­szyły ra­mio­na­mi. Jesz­cze inne kiwnęły głowa­mi i na­wet spra­wiały wrażenie, że za­sta­na­wiają się nad tym pro­ble­mem.

"Do­brze", pomyślała Zo­sia. Może jej żołądek wresz­cie ode­tchnie!

Ener­gicz­nie za­tarła dłonie.

- Niech ktoś wresz­cie mnie wy­zwie! No, da­lej!

- Ja mam dla cie­bie wy­zwa­nie - po­wie­dział ktoś.

Zo­sia odwróciła się do nie­go.

To był Tobi Maj­cher!

Ups!

Zosia usiłowała się nie mar­twić. Co ta­kie­go okrop­ne­go mógł wymyślić Tobi? Gdy tyl­ko za­czy­nała o tym myśleć, miała co­raz więcej obaw.

Cały pro­blem z To­bim po­le­gał na tym, że nig­dy nie było wia­do­mo, co mu strze­li do głowy. Kie­dy Zo­sia do­cho­dziła do wnio­sku, że jest naj­gor­szym łobu­zem pod słońcem, jak na złość robił coś miłego. Wo­bec tego za­czy­nała sądzić, że jed­nak jest w porządku - a wte­dy Tobi wykręcał obrzy­dli­wy nu­mer, jak pod­su­nięcie Ar­chie­mu jej czap­ki do po­li­za­nia!

Poza tym w pierw­szej kla­sie na­prawdę był jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem!

No tak, ale to było daw­no. Te­raz Zo­sia wolała o nim nie myśleć. Lecz Tobi miał dla niej wy­zwa­nie. Wy­zwa­nie, o które sama pro­siła.

- Okej - po­wie­działa. - Nie ma ta­kie­go wy­zwa­nia, którego bym nie podjęła.

Tobi wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. "Oj, oj!", pomyślała Zo­sia. To nie wyglądało do­brze.

Dzie­cia­ki przy sto­le na­sta­wiły uszu.

- Wy­zy­wam cię... żebyś weszła do to­a­le­ty dla chłopców! - zawołał Tobi.

- Oooch! - roz­legło się nad stołem.

Dreszcz prze­szedł Zosię od stóp do głów.

Wejść do to­a­le­ty dla chłopców?!

Strasz­ne, kosz­mar­ne wy­zwa­nie!

Tak strasz­ne i kosz­mar­ne, że aż po pro­stu wspa­niałe!

Zo­sia miała nie­mal ochotę po­dziękować To­bie­mu. Oczy­wiście nie zro­biła tego, tyl­ko odwróciła się do Kasi.

Ka­sia była tak samo po­ru­szo­na, jak Zo­sia.

- Zro­bisz to?

- A żebyś wie­działa! - odpowie­działa jej zde­cy­do­wa­nie Zo­sia.

Po­now­nie odwróciła się do To­bie­go i po­pa­trzyła pro­sto w jego bla­de oczy wyglądające jak gu­zi­ki.

- Przyj­muję two­je wy­zwa­nie - oznaj­miła głośno.

- Se­rio? - za­py­tał za­sko­czo­ny.

Resz­ta kla­sy miała różne miny.

Niektórzy wy­da­wa­li się za­chwy­ce­ni. Inni nie.

Pau­la miała zmar­twioną minę.

- To jest nie­zgod­ne z za­sa­da­mi - stwier­dziła.

Maja miała prze­rażoną minę.

- Fuj! Ile tam musi być za­razków!

Ja­cek miał wątpiącą minę.

- Skąd będzie­my wie­dzie­li, że tam weszłaś? Na lek­cji możemy wy­cho­dzić do to­a­le­ty tyl­ko po­je­dyn­czo - przy­po­mniał.

- Co? Nie ufasz mi? Jak możesz?! - obu­rzyła się Zo­sia. - Za­po­mniałeś, że jesz­cze nie­daw­no byłam Zośką Uczciwą?

- Tak, wie­my - przy­taknęła Ewa.

- Jed­nak dowód by się przy­dał - dodał Da­rek.

"Hmm, do­brze". Zo­sia pomyślała, że mogłaby wziąć z domu apa­rat.

Lecz Tobi miał inny po­mysł.

- A może ja wejdę pierw­szy? Na­piszę coś na pa­pie­rze to­a­le­to­wym, a ty przy­nie­siesz go nam jako dowód.

Ar­chi klepnął go po ple­cach.

- Do­bre! - za­re­cho­tał. - Będzie mu­siała wejść do ka­bi­ny!

Uch! Zosię znów prze­szedł dreszcz. Usiłowała go stłumić. Miała tyl­ko zaj­rzeć do to­a­le­ty dla chłopców, a po­tem wrócić. Ale wejść do środ­ka? To było bar­dzo...

- Co z tobą, Ry­zy­kant­ko? - za­py­tał Tobi. - Strach cię ob­le­ciał?

Ka­sia objęła Zosię opie­kuńczym ra­mie­niem.

- Za­mknij dziób, Tobi. Zośka nig­dy nie stchórzy.

"Pew­nie, że nie - pomyślała Zo­sia. - Nig­dy!". Wy­zwa­nia nig­dy nie są łatwe i za­wsze wywołują dreszcz. Po pro­stu ta­kie już są.

Zo­sia wy­zy­wająco skrzyżowała ra­mio­na na pier­si i posłała To­bie­mu spoj­rze­nie typu "Jesz­cze ci pokażę!".

W tym mo­men­cie po­deszła ich wy­cho­waw­czy­ni, pani Mu­cha.

- Od­nieście tace - po­le­ciła uczniom.

Przy­stanęła przy krześle Zosi i spoj­rzała na ka­napkę, którą zro­biła Ewa.

- Czy to twój obiad, Zo­siu M.? - za­py­tała.

Zo­sia wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- To ra­czej jest obiad wszyst­kich - od­po­wie­działa.

* * *

Zosia, jak na praw­dziwą ry­zy­kantkę przy­stało, nie mogła się do­cze­kać, kie­dy zmie­rzy się z wy­zwa­niem To­bie­go.

Pro­blem w tym, że Tobi mu­siał wyjść do to­a­le­ty, żeby zo­sta­wić tam wia­do­mość. Tym­cza­sem minęła pra­wie go­dzi­na, a Tobi nie ru­szył się z ławki.

Naj­pierw, na po­obied­niej prze­rwie, mu­siał po­grać w ko­sza. Jakże by in­a­czej!

Po­tem, kie­dy wrócili do kla­sy, mu­siał za­cze­kać, aż Ma­dzia poczęstu­je wszyst­kich uro­dzi­no­wy­mi ba­becz­ka­mi.

Ja­sne, Zo­sia też lubiła ba­becz­ki. Kla­so­we uro­dzi­ny za­wsze były faj­ne (mimo że przy­po­mi­nały jej o własnych uro­dzi­nach. Wy­pa­dały 30 czerw­ca, dla­te­go nig­dy nie mogła ich urządzić w kla­sie). W re­zul­ta­cie po raz pierw­szy Zo­sia żałowała, że uro­czy­stość koleżanki nie przy­pa­da in­ne­go dnia. Bo dzi­siaj w jej głowie kłębiły się wy­zwa­nia, a żołądek mu­siał tra­wić Kosz­mar­ny Kok­tajl.

Zo­sia ob­ser­wo­wała, jak Ma­dzia cho­dzi po kla­sie i częstu­je dzie­ci ba­becz­ka­mi. "Po­spiesz się!", po­ga­niała ją w myśli. Dla­cze­go ona się tak guz­drze?

Wresz­cie do­stała wa­ni­liową ba­beczkę. Była w błyszczącej pa­pie­ro­wej fo­rem­ce. Szko­da, że nie cze­ko­la­do­wa. To jed­nak wy­da­wało się zro­zu­miałe. Kuba, naj­lep­szy przy­ja­ciel Ma­dzi, był uczu­lo­ny na cze­ko­ladę.

Zo­sia za­sta­na­wiała się, czy te­raz, gdy skończyła osiem lat, Ma­dzia zmie­ni zda­nie. Z Kubą można było się faj­nie bawić. I świet­nie grał w kom­pu­te­ro­we­go ho­ke­ja. Ale czy wart był re­zy­gno­wa­nia z cze­ko­la­dy? Zda­niem Zosi nie­ko­niecz­nie.

Kie­dy wszy­scy zje­dli swo­je ba­becz­ki, przyszła ko­lej na uro­dzi­nową pio­senkę. Na znak pani Mu­chy kla­sa za­in­to­no­wała "Sto lat!". No, może nie cała kla­sa. Tobi i Ar­chi szcze­ka­li jak psy, a Zo­sia bezgłośnie po­ru­szała usta­mi. Zda­rzało się bo­wiem, że śpie­wając, wy­da­wała dziw­ne dźwięki, więc wolała się nie wy­chy­lać.

Wresz­cie uro­czy­stości się zakończyły. Zo­sia zerknęła na To­bie­go. Pójdzie czy nie pójdzie?

Nie.

Zgniótł opa­ko­wa­nie po ba­becz­ce w ciasną kulkę i pstryk­nięciem posłał ją do Ar­chie­go. Ech!

"Na co cze­kasz, Tobi? - znie­cier­pli­wiła się Zo­sia. - Idź wresz­cie do tej to­a­le­ty! Proszę!".

Jak na zawołanie Tobi pod­niósł rękę.

- Proszę pani, czy mogę wyjść na chwilę do to­a­le­ty?

"Tak!".

Ser­ce Zosi zabiło szyb­ciej.

Pani Mu­cha kiwnęła głową.

- Oczy­wiście, Tobi - po­wie­działa. - Tyl­ko nie siedź tam tak długo, jak ostat­nio. Dzi­siaj za­czy­na­my ułamki i nie chciałabym, żebyś stra­cił choćby ułamek tej wie­dzy!

Zo­sia wraz z resztą kla­sy pa­trzyła, jak Tobi wsta­je i zmie­rza do drzwi. Po­ma­chał im na pożegna­nie. Ale nie pa­trzył na Zosię.

- Do­brze, dzie­ci - ode­zwała się na­uczy­ciel­ka. - Za­cznij­my od połówek.

Zo­sia, która uważała tyl­ko połowicz­nie, nie była całkiem pew­na, co po­wie­działa pani.

Dru­ga połowa jej umysłu była sku­pio­na na To­bim oraz nie­cier­pli­wym ocze­ki­wa­niu na jego powrót. Zosi niełatwo było sie­dzieć spo­koj­nie i słuchać, kie­dy w środ­ku wszyst­ko jej bu­zo­wało!

Czy każdy ry­zy­kant tak się czu­je przed podjęciem wy­zwa­nia? Za­pew­ne. Zo­sia przy­pusz­czała, że będzie mu­siała się przy­zwy­czaić do tego od­czu­cia.

Powrót To­bie­go przedłużał się w nie­skończo­ność. Pani Mu­cha upo­rała się z połówka­mi i przeszła do ćwiar­tek.

Wresz­cie za­skrzy­piały drzwi i Tobi wszedł do kla­sy. Tym ra­zem po­pa­trzył pro­sto na Zosię.

Zo­sia wzięła głęboki od­dech i pod­niosła rękę. Jak naj­wyżej.

Na­resz­cie!

Te­raz na nią ko­lej!