PRZYPISY KOŃCOWE
WSTĘP
1 Tomasz Szarota w swoim studium życia codziennego w okupowanej Warszawie pisze: "Jeśli zorganizowano by plebiscyt na najpoczytniejszą książkę w konspiracji, to prawdopodobnie palmę pierwszeństwa otrzymałyby właśnie Kamienie na szaniec. Młodzież akowska z entuzjazmem przyjęła opowieść o chłopcach z Szarych Szeregów, czytano ją z zapałem także w innych środowiskach, mówiono o niej i dyskutowano" (Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Studium historyczne, wyd. 4, Czytelnik, Warszawa 2010, s. 313). Podobnie stwierdza Jerzy Święch: "Nie było w podziemiu drugiej książki tak gwałtownie dyskutowanej, jak Kamienie na szaniec. Budziła ona z jednej strony gorącą aprobatę, z drugiej - nie mniej zdecydowany sprzeciw" (Literatura polska w latach II wojny światowej, PWN, Warszawa 1997, s. 186).
2 Tomasz Strzembosz, Całym życiem, "Tygodnik Powszechny" 1983, nr 32, s. 4.
3 Zdanie rozpoczynające rozdział Pod Arsenałem.
4 Ostatnie zdanie końcowego rozdziału Wielka gra.
5 Andrzej Mencwel, Przedwiośnie czy Potop albo co jest do zrobienia [w:] tegoż, Przedwiośnie czy potop 2. Nowe krytyki postaw polskich, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, s. 7-8.
6 Na przykład z historii Legionów Polskich Jana Henryka Dąbrowskiego został nam mazurek, ojciec Basi, książę Pepi w nurtach Elstery i szarża pod Somosierrą, zagubiły się natomiast idee postępowego republikanizmu i Uniwersytetu Latającego, jaki organizował dla swoich żołnierzy generał Dąbrowski. Młodopolski pisarz Wacław Berent wymyślił podział na "bios" i "logos" historii. Bios to wszystko, co działo się tam i wtedy, na gorąco - wydarzenia i przeżycia, których jeszcze sobie nie opowiedziano, nie nadano im sensu. Logos zaś to wszystko, co sobie o historii opowiadamy - to legendy, mity, stereotypy, a czasem także plotki i pogłoski, które w świadomości społecznej (narodowej) stają się ważniejsze niż to, "jak było naprawdę". Bios jest tym, co robili ludzie, logos tym, co o ich "robieniu" opowiedziano, lecz również tym, co zostało pominięte, zapomniane, wyrzucone na margines opowieści. Dla Berenta rozróżnienie to było tak istotne, ponieważ dostrzegał on w historii kultury i mentalności utajony proces degeneracji najcenniejszych wartości. Jak pisze historyk literatury Włodzimierz Bolecki w Historia i biografia. "Opowieści biograficzne" Wacława Berenta (Ossolineum, Wrocław 1979, s. 127): "Nie chodzi tu o zjawisko przemijania [...] lecz właśnie o niszczenie, o wyrodnienie i przeistaczanie się wartości we własne przeciwieństwo w czasie historycznym. O zmianę funkcji, zmianę znaczeń, celów i zastosowań wartości w dziejach". Berentowski podział na bios i logos historii wykorzystuje także Danuta Zawadzka w książce Pokolenie klęski 1812 roku. O Antonim Malczewskim i odludkach (IBL, Warszawa 2000). Bolecki i Zawadzka interesująco pokazują, jaką historię romantyzmu polskiego woleliśmy sobie opowiadać, a jakiej nie. Obie pozycje były dla mnie bardzo inspirujące, choć dotyczyły odmiennej epoki historycznej niż ta, którą się zajmuję.
7 Flagowe przedsięwzięcie Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, czyli program upamiętniający Polaków zamordowanych przez Niemców za pomoc Żydom podczas okupacji.
8 Jan Ołdakowski, Maciej Mazur, Muzeum. Miejsce, które zwróciło Warszawie duszę, The Facto, Warszawa 2014, s. 49.
Rozdział pierwszy. O MIŁOŚCI
1 Depesza Polskiej Agencji Prasowej została przedrukowana przez wiele serwisów, które korzystały z usług PAP, największą popularność zdobyła jednak w powiązaniu z adresami "Gazety Wyborczej". Po rozwiązaniu przez Agorę współpracy z PAP wszystkie te adresy stały się nieaktywne, a pierwszym serwisem, który pojawia się po wpisaniu w wyszukiwarkę tytułu depeszy, jest strona Dzieje.pl, z którego korzystam. Agata Szwedowicz (PAP), Dr Janicka z PAN: mit "Kamieni na szaniec" domaga się analizy, Dzieje.pl, 4 kwietnia 2013, aktualizacja: 14 lipca 2016, https://dzieje.pl/aktualnosci/dr-janicka-z-pan-mit-kamieni-na-szaniec-domaga-sie-analizy (dostęp: 20.10.2025).
Klara Cykorz (Kukowska) w pracy magisterskiej Dialektyka elementarza. Spory wokół literatury dla dzieci i młodzieży jako narzędzia kształtowania postaw etycznych (Uniwersytet Warszawski 2014) wnikliwie przeanalizowała ten "skandal interpretacyjny", rozpoznając wypowiedź Janickiej jako postulat "czytania publicznego, politycznego, świadomie proponującego pewien projekt etyczny" i wskazując jednocześnie, że postulat ten został przez większość komentatorów odebrany nie jako postulat, a jako oskarżenie pod adresem książki Kamińskiego.
2 Jacek Gądek, "Zośka" i "Rudy" byli gejami? Oburzeni zasypali PAN listami, Onet Wiadomości, 11 maja 2013, https://wiadomosci.onet.pl/kraj/zoska-i-rudy-byli-gejami-oburzeni-zasypali-pan-listami/y1m8ls6 (dostęp: 20.10.2025).
3 Marta Brzezińska, Badaczka PAN: "Zośka" i "Rudy" mogli być gejami. "Prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowych, infekowanie społeczeństwa dewiacjami", Fronda.pl, 3 kwietnia 2013, https://www.fronda.pl/a/badaczka-pan-zoska-i-rudy-mogli-byc-gejami-prymitywne-proby-kradziezy-bohaterow-narodowych-infekowanie-spoleczenstwa-dewiacjami,27313.html (dostęp: 20.10.2025).
4 Filip Memches, Wszyscy jesteśmy świniami, Rzeczpospolita, 23 maja 2013, https://www.rp.pl/opinie-polityczno-spoleczne/art13078031-wszyscy-jestesmy-swiniami (dostęp: 20.10.2025).
5 Marta Brzezińska, Badaczka PAN...
6 Tomasz Lis, "Rudy", "Zośka", geje i hetero, NaTemat.pl, 7 kwietnia 2013 [link nieaktywny].
7 Marcin Meller, Za mundurem chłopy sznurem, Newsweek, 10 kwietnia 2013, https://www.newsweek.pl/opinie/cotygodniowy-felieton-marcina-mellera/w2t8kzs (dostęp: 20.10.2025).
8 Literaturoznawca i krytyk literacki Błażej Warkocki w rozmowie z Anną Zawadzką o "skandalu Janickiej", która wydana została pod znamiennym tytułem "No i co z tego", opisał heteronormę jako wstęgę Möbiusa: "Mężczyzna powinien być blisko z innymi mężczyznami, ale nie za blisko, bo to oznacza "pedalstwo". To paradoks wstęgi Möbiusa: idzie się w słusznym kierunku i nagle jest się już po drugiej stronie. Nie dlatego, że coś naprawdę się zdarzyło, ale dlatego, że tak to będzie postrzegane". "No i co z tego". O dyskusji wokół "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego z Bożeną Keff, Magdą Szcześniak, Tomaszem Tomasikiem i Błażejem Warkockim rozmawia Anna Zawadzka, "Studia Litteraria Historica" 2014/2015, nr 3-4, s. 26.
9 Marta Piwińska, Miłość romantyczna, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1984, s. 519.
10 Tamże, s. 520.
11 Piwińska uznaje miłość romantyczną za fundament "niesystemowej rewolucji filozoficznej" i tłumaczy: "Była ona przede wszystkim filozofią życia - i właśnie dlatego warto ją rozpatrzyć w oderwaniu od interpretacji socjologicznych, psychologicznych i psychoanalitycznych, które wyrażają filozofię życia naszej epoki". Tamże, s. 523.
12 Józef Zawadzki, Fragmenty urywków ze wspomnień, maszynopis, 1943 [cyt. za:] Anna Zawadzka, Jan Rossman, Tadeusz Zawadzki "Zośka", Oficyna Wydawnicza Interim, Warszawa 1991, s. 96.
13 Jan Rossman, Jak powstała książka "Kamienie na szaniec" napisana przez Aleksandra Kamińskiego w roku 1943, "Bibliofil Harcerski" 1988-1989, nr 7-12, s. 8.
14 Nie zaś, jak się często podaje, w swoim podmiejskim domu w Zalesiu. Hanka Zawadzka opowiada, że relacja Zośki wcale nie powstawała w zaciszu, ale w gwarze (może tego właśnie potrzebował Zośka?): "I właśnie w Szczęsnem Tadeusz zdecydował się na pisanie relacji o akcji pod Arsenałem, a więc na zrealizowanie pomysłu, do którego jeszcze niedawno odniósł się tak sceptycznie. Trudno powiedzieć, co go do tego skłoniło, gdyż warunki nie były sprzyjające: z trudem znajdował spokojniejsze miejsce, gdzie mógłby się ze swoją robotą schronić". Anna Zawadzka, Jan Rossman, Tadeusz Zawadzki..., s. 191.
15 Relacja została po raz pierwszy opublikowana (w obszernych fragmentach) w "Gazecie Ludowej" na trzecią rocznicę akcji pod Arsenałem, później przez Stanisława Broniewskiego jako aneks do jego książki Pod Arsenałem (1957), następnie jako aneks do książki siostry Zośki Anny Zawadzkiej i Jana Rossmana Tadeusz Zawadzki "Zośka" (1991) i wreszcie w zbiorze pod redakcją Tomasza Strzembosza Bohaterowie "Kamieni na szaniec" w świetle dokumentów (1994 i nast.), w którym została opatrzona obszernymi przypisami - i za tą wersją cytuję.
16 Jan Rossman, Jak powstała książka "Kamienie na szaniec"..., s. 9.
17 Marta Piwińska, Miłość romantyczna..., s. 585.
18 Tamże.
19 Tamże, s. 526.
20 Tamże, s. 527.
21 Tamże, s. 531.
22 Tamże.
23 Tamże, s. 533.
24 Tamże, s. 585.
25 A właśnie o "niedyskrecję" i "niestosowność" oskarżano Krzysztofa Tomasika po publikacji pierwszego wydania Homobiografii. Reakcje strony konserwatywnej i liberalnej analizował Błażej Warkocki: "Ogólnie rzecz ma się tak: wedle konserwatystów to agresywny atak na "naszą" kulturę (poprzez apoteozę grzechu homoseksualnego), a wedle liberałów to raczej śmiesznostka, ploteczki rodem z internetowego "Pudelka", ale koniec końców niebezpieczne, bo sprowadzające homoseksualną sublimację na bruk trywialnej emancypacji". Błażej Warkocki, O żałobie, żartach i liberalnych strażnikach "szafy", "Czas Kultury" 2008, nr 5, s. 151.
WSTĘP
Dla kogo jest ta książka?
Dla wszystkich tych, których historia Polski fascynuje, oraz dla tych, których frustruje - a najlepiej, jak robi jedno i drugie równocześnie. To książka dla tych, którzy nie mogą się uwolnić od Kamieni na szaniec, i dla tych, którzy nie rozumieją ich fenomenu. Moim celem nie było obalenie pomników bohaterów Polski Walczącej, raczej delikatne odbrązowienie i poszerzenie cokołu, na którym je ustawiono, pokazanie tła, które często ginie w opowieściach o tamtych ludziach i czasach. Jednocześnie bardzo zależało mi na tym, żeby nie mówić Czytelniczkom i Czytelnikom, co mają myśleć, ale raczej, przedstawiając szerszy kontekst, zaproponować możliwości innych spojrzeń, podpowiedzieć, na co można zwrócić uwagę.
Nie chciałem pisać pracy naukowej, ale książkę, jak to się mówi, "do czytania". Dla młodzieży, dla rodziców nastolatków przerabiających w szkole Kamienie na szaniec, dla nauczycielek, które muszą je omawiać. Z nadzieją, że znajdą tu coś ciekawego, świeżego, dającego do myślenia, bo i dla mnie dowiadywanie się rzeczy związanych z bohaterami tej książki było przede wszystkim zajęciem ciekawym. Ale też często bolesnym, czasem łamiącym serce, czasem wymagającym konfrontacji z własnymi wyobrażeniami, sentymentami, miłościami, przekonaniami.
Książka składa się z pięciu rozdziałów, z których każdy stanowi odrębną całość, choć rozdziały czwarty i piąty są ze sobą powiązane ściślej niż trzy pozostałe. Nie trzeba jednak czytać ich w ustalonej kolejności. Dla ułatwienia i wygody czytania na końcu zamieszczam objaśnienia - ściągę z ludzi i instytucji pojawiających się w każdej z części książki.
O Kamieniach na szaniec
Jeśli czytacie teraz te słowa, to pewnie choć trochę kojarzycie, czym i o czym są Kamienie na szaniec: książka legenda, książka ramota, książka lektura. Takie zresztą było moje wyjściowe założenie - że każdy ten tytuł mniej więcej kojarzy, że wszyscy się jakoś, kiedyś z Kamieniami... zetknęli, a jej protagoniści: Rudy, Alek i Zośka, funkcjonują w zbiorowej wyobraźni w charakterze na poły mitycznym, na poły historycznym, gdzieś pomiędzy czytanką a panteonem bohaterów narodowych. Dla porządku jednak przypomnijmy. Książkę napisano i wydano latem 1943 roku w Warszawie, po słynnej akcji pod Arsenałem, w której, z inicjatywy Zośki, odbito aresztowanego i torturowanego przez gestapo Rudego, zaś Alek odniósł śmiertelną ranę. Pierwsze Kamienie na szaniec były skromnych rozmiarów - sześćdziesiąt osiem stron w formacie pozwalającym się schować do kieszeni. W 1944 roku było już drugie wydanie, poszerzone o dwa rozdziały, ale opowieść tę wciąż dało się przeczytać w jeden wieczór. Współczesne wydania Kamieni na szaniec, ze wstępem, ilustracjami, uwagami i bibliografią, nie przekraczają dwustu pięćdziesięciu stron przyjaznego dla oka druku.
Jest to opowieść o życiu i śmierci trzech przyjaciół, harcerzy i żołnierzy Polski Podziemnej: Alka (Macieja Aleksego Dawidowskiego), Rudego (Jana Bytnara) i Zośki (Tadeusza Zawadzkiego). Czas akcji obejmuje wspomnienie "słonecznych dni" przedwojennych, wrześniową zawieruchę i okupacyjne lata 1939-1943, podczas których bohaterowie szukają odpowiednich form walki z okupantem, angażując się najpierw w uliczną propagandę (mały sabotaż), a potem w walkę z bronią w ręku (wielka dywersja), by w końcu w tej walce zginąć, lecz nie wszystek umrzeć: pozostawiają po sobie zgrany zespół towarzyszy broni, wzorzec harcerskiego stylu pracy i walki oraz wyjątkowo żywą pamięć.
Książka najpierw stała się podziemnym bestsellerem1, szybko - legendą, a w okresie powojennym - lekturą szkolną. Nigdy właściwie nie rozstrzygnięto - i tak już musi pozostać - jej skomplikowanego statusu gatunkowego: czy jest dokumentem, fabularyzowanym reportażem, czy może szlachetną agitką na kanwie prawdziwych wydarzeń? W nakładaniu się tych gatunków i funkcji leży zapewne siła i moc oddziaływania książki. Najtrafniej ujął to chyba Tomasz Strzembosz, nie szukając syntezy gatunkowej, ale wymieniając wszystko to, czym były (i są) Kamienie na szaniec: "To zarazem pierwsze historyczne opracowanie, próba świadectwa, dydaktyczna opowieść dla współczesnych i dla potomnych oraz osobista relacja, dokument historyczny (dokument świadomości i dokument epoki), żarliwe wyznanie dopiero co przeżytej prawdy o ludziach"2.
Autor Kamieni..., Aleksander Kamiński, nie był zawodowym literatem, choć z pewnością posiadał talent pisarski. Pisarstwo traktował jednak zawsze służebnie, widząc w nim narzędzie pracy pedagogicznej, którą prowadził przez całe życie: jako wychowawca młodzieży w bursach uczniowskich, instruktor harcerski, twórca metody zuchowej, redaktor naczelny najważniejszego podziemnego tytułu prasowego - "Biuletynu Informacyjnego", Komendant Organizacji Małego Sabotażu "Wawer" (tej od rysowania kotwic na murach i hasła "tylko świnie siedzą w kinie"), szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej ak na Warszawę. Po wojnie Kamiński kontynuował działalność społeczną i naukową jako wybitny pedagog związany z Uniwersytetem Łódzkim. Zmarł w 1978 roku w Warszawie, trzydzieści pięć lat po swoich bohaterach, od których był dwie dekady starszy.
Osoba autora jest wyjątkowo silnie spleciona z książką. Kamienie na szaniec są nie tylko dokumentem i świadectwem historycznym, ale wyrastają z emocji i uczuć Kamińskiego, są wykładem jego sposobu myślenia o zadaniach harcerzy i harcerstwa wobec społeczeństwa, o ideach braterstwa i służby. Jako takie stanowią bardzo cenny dokument pewnej formacji ideowej. Bez pobieżnego choćby nakreślenia jego postaci trudno byłoby w pełni zrozumieć, czym miały być Kamienie na szaniec.
Pierwszy raz przeczytałam Kamienie... w wieku 12 lat jako lekturę szkolną i do dziś pamiętam smak i temperaturę łez, które ciekły mi po twarzy nieprzerwanie od zdania: "Pewnej nocy gestapo aresztowało jednego z towarzyszy broni Rudego..."3, aż do słów "Warszawa, kwiecień 1944 roku"4. I pamiętam też swoje ówczesne przekonanie, że teraz to ogólnie kicha i nuda, nie ma żadnej wojny, nie zostanę bohaterem, wszystko do kitu (chociaż pan Kamiński napisał, że trzeba nie tylko "pięknie umierać", ale i "pięknie żyć", więc może jest dla mnie jakaś nadzieja nawet w czasach pokoju). Mój dom nie był jakoś specjalnie patriotyczny - rodziców cechowała raczej duża nieufność wobec romantycznych porywów i wzniosłych frazesów. Ich ulubioną książką o wojnie było Cafe pod Minogą Wiecha, ulubionym bohaterem Leon Kuraś z serialu Polskie drogi. W obu przypadkach chodziło o docenienie "radzenia sobie", umiejętności zadbania o najbliższych i zachowywania humoru w najpodlejszych okolicznościach, o bohaterstwo niewzniosłe i niepatetyczne. Być może właśnie dlatego tak mnie "brały" romantyczne lektury.
Jednocześnie wydawało mi się wówczas, że jestem socjalistą, przy czym socjalizm pociągał mnie bardziej od strony uczuciowej niż rozumowej, jako idea protestu przeciwko ludzkiej krzywdzie, postulat równości i braterstwa, walki z wyzyskiem, jako atrakcyjna czerwień powiewającego sztandaru, miks Międzynarodówki, piosenek o odbudowie Warszawy i hitów z brytyjskiego musicalu Nędznicy.
Wiedziałem więc, że istnieje tradycja lewicowego patriotyzmu i złościło mnie, że prawica zawłaszcza miłość do ojczyzny, a lewica przełomu wieków w ogóle nie była romantyczna ani porywająca. Irytowało mnie też, choć nie umiałem jeszcze tego właściwie nazwać, że ci, którzy - podobnie jak ja - kochali Kamienie na szaniec, robili to zawsze w taki egzaltowany, napuszony sposób. W późniejszych latach było jeszcze gorzej: często ludzie, którzy deklarowali cześć i chwałę dla bohaterów polskiego podziemia, byli jednocześnie pełni nienawiści do innych i obcych, stowarzyszeni ze skrajną prawicą. Jakby w ogóle tego Kamińskiego nie czytali.
W roku 2004 otwarto w Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego i wkrótce potem wybuchła "moda na powstanie". Kotwice Polski Walczącej zaczęły się pojawiać na co drugim samochodowym zderzaku i co trzeciej umięśnionej łydce, a warszawiacy śpiewali radośnie zakazane piosenki - bardzo mnie to dziwiło. Przecież nie pasuje to do powagi bohaterów Kamińskiego, do ich wstrzemięźliwości w używaniu patriotycznej frazeologii i symboliki, do ich skupienia na konkretnej pracy - którą nazywali służbą - a nie na performowaniu patriotyzmu.
Po latach udało mi się odnaleźć opis analogicznego nieporozumienia w pracy Andrzeja Mencwela Przedwiośnie czy Potop. Wokół Potopu Henryka Sienkiewicza i Przedwiośnia Stefana Żeromskiego zorganizowane są dwa typy polskich postaw. Żeromski jest patronem "progresywnego reformizmu polskiego", którego dziedzictwo chce Mencwel przypomnieć i przeciwstawić "konserwatywnemu tradycjonalizmowi", cechującemu wielbicieli Potopu. Z tym że ten potop (pisany małą literą) miał, w intencjach Sienkiewicza, oznaczać powszechne powstanie przeciwko szwedzkiemu najeźdźcy - powszechne, a więc i ludowe, chłopskie. Wyobraźnią czytelników zawładnęły jednak "partyzanckie podchody Kmicica i, nade wszystko, "obrona Częstochowy", która stała się porzekadłem tak popularnym, że powtarzanym często przez sprawozdawców sportowych"5. Moim zdaniem Kamienie na szaniec powinny się znaleźć po stronie Przedwiośnia, czyli tego progresywnego reformizmu, przeciw determinizmowi krwi i ofiary, nacjonalizmowi i sarmackiemu rąbaniu szablą, niesprawiedliwości społecznej, po stronie wezwania do, niekoniecznie spektakularnej, ale na pewno wytrwałej służby Polsce, rozumianej jako konkretna, międzyludzka wspólnota. A jednak w powszechnym odbiorze książka Kamińskiego jest przeciągana na stronę Potopu: jej ładunek pozytywny, społeczny jest pomijany, zostają bohaterskie wyczyny, piękni bohaterowie i heroiczne śmierci. Kamienie na szaniec są Przedwiośniem, które wciąż czytamy jak Potop.
Nie jest to przypadek nadzwyczajny. W opowieściach o historii Polski to, co bojowe i straceńcze, męskie i waleczne, wypiera to, co cywilne i społeczne, opiekuńcze i nastawione na podtrzymanie życia, polepszenie jego warunków6. Z czasów drugiej wojny światowej wolimy czcić nieudane powstanie i wmawiać sobie, że w jakiś przedziwny sposób zawdzięczamy mu wolność, niż przypominać o gigantycznym wysiłku tajnego nauczania, jaki podjęto wówczas w skrajnie niesprzyjających warunkach. Świadomość różnego rodzaju wysiłków opiekuńczych (opieka nad dziećmi, więźniami, gwałtownie zubożałą ludnością, aprowizacja głodnych miast), podejmowanych przede wszystkim przez kobiety, niemal w ogóle nie funkcjonuje w szerszej pamięci zbiorowej. Z okresu powojennego też wolimy czcić "wyklętych", niż opowiadać o heroicznym wysiłku odbudowy kraju i awansie klasowym, który stał się udziałem ogromnej części społeczeństwa. Z historii Solidarności - związku zawodowego, który upominał się o prawa pracownicze i godne warunki życia robotników - zrobiono powtórkę z konspiracji i dość abstrakcyjny "antykomunizm". Przykłady można by mnożyć.
Po co w ogóle zajmować się dziś Kamieniami na szaniec?
Pytanie jest poniekąd zbyteczne, bo dopóki Kamienie... są w kanonie lektur szkolnych, to i tak musimy się nimi zajmować. Na razie nie zapowiada się, żebyśmy mogli uciec od polityki historycznej. Co rozumiem przez to pojęcie? Po pierwsze, że pewna określona wizja historii jest elementem polityki państwa. Po drugie, że ta właśnie wizja jest uprzywilejowana w dyskursie publicznym i propagandzie, a często także w edukacji. I nie chodzi tu bynajmniej tylko o to, co się pisze i mówi, ale również o to, co i jak się przedstawia i performuje: jakie święta się obchodzi, jakie rocznice celebruje, jakie muzea otwiera, czyimi imionami nazywa ulice i tak dalej. Równie ważne jest jednak to, o czym się nie opowiada i nie pamięta, co jest lekceważone, a co aktywnie i pracowicie zapominane. Po trzecie, polityka historyczna to także instytucjonalne, organizacyjne i finansowe wsparcie dla mediów (przekaźników) tej polityki, czyli mówiąc mniej uczenie: wszystkie narodowe instytuty tego i owego, wspieranie takich, a nie innych muzeów, polityka edukacyjna, finansowanie badań naukowych na faworyzowane tematy i cała ta machina pamięci i propagandy, którą przez ostatnie dekady rozbudowywano z osobliwą pomysłowością.
Polityka historyczna może być mniej lub bardziej obecna w budowaniu tożsamości państwowej czy wspólnotowej. Możemy śmiało powiedzieć, że w ostatnich latach (a nawet dekadach) była obecna niezwykle intensywnie. Wizja Polski jako kraju udręczonego przez historię, gnębionego przez sąsiadów, oszukanego przez sojuszników, wizja narodu męczeńskiego i bohaterskiego, niezłomnego i niewinnego stanowiła kluczowy składnik tożsamości zbiorowej kształtowanej za czasów ośmiu lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale nie była wynalazkiem tej formacji, ona po prostu zintensyfikowała emocjonalną siłę tej wizji (czasem do granic parodii), co było możliwe za sprawą nowych środków wyrazu i przekazu patriotycznej wizji historii.
Co składa się na współczesną politykę historyczną? W sferze wartości: antykomunizm, dobre imię Polski, obsesyjna obrona paradygmatu polskiej niewinności i niezłomności. W sferze tematów i bohaterów: powstania (zwłaszcza warszawskie), żołnierze wyklęci, Polscy Sprawiedliwi, a ostatnio "Zawołani po imieniu"7 i rzeź wołyńska. Jakie są jej cechy? Wsobność i asekuracyjność, powierzchowność i infantylizm, abstrakcyjność i ignorowanie kontekstu. Dwie pierwsze oznaczają, że polska polityka historyczna koncentruje się na... no cóż, Polsce wyabstrahowanej z szerszych procesów dziejowych (a jednocześnie nieustannie poniewieranej przez wrogie siły), traktowanej jako wspólnota etniczna i religijna, bez uwzględniania historyczności samych kategorii narodu i państwa. Polska staje się metafizycznym bytem niosącym przez wieki swoją polską esencję, niezależnym od zmian politycznych, ustrojowych, społecznych czy kulturowych. Zarazem owa wsobność nastawiona jest nie tylko do wewnątrz, ale również trzyma nieustanną gardę wobec "świata", najczęściej zachodniego, który pragnie umniejszyć polskie cierpienia, nie docenia heroizmu, oskarża Polaków o obojętność wobec Zagłady lub nawet współudział, nie pamięta zasług. Asekuracja i interwencja to główne postawy przyjmowane wobec - realnej bądź wyimaginowanej - opinii zewnętrznej.
Powierzchowność i infantylizm przejawiają się w sposobie opowiadania historii i doborze środków przekazu. Stoi za tym przekonanie, że głównym odbiorcą treści lansowanych przez politykę historyczną powinna być młodzież, a zatem że przekaz ma być "atrakcyjny", "nowoczesny" (cokolwiek to znaczy) i "multimedialny" (jeśli muzea - to interaktywne, jeśli książki - to ilustrowane, jeśli filmy - to musi być bullet time, współczesna muzyka i piękni aktorzy). Nie ma tematów zbyt poważnych, aby nie mogły stać się muralem czy grą planszową. Pierwszą instytucją, która świadomie podjęła się przedstawiania tragicznej historii w sposób atrakcyjny, rozpraszający grozę i aktywujący pragnienie przygody, było Muzeum Powstania Warszawskiego, którego spiritus movens i pierwszy dyrektor Jan Ołdakowski inspirował się kanadyjskim Muzeum Wielorybnictwa. Ołdakowski nigdy nie ukrywał, że traktuje historię jako produkt do sprzedania - jeśli nie za pieniądze, to za emocje. "Założyliśmy, że przyszłym muzeum powinna rządzić podobna filozofia jak naszą knajpą. Tyle że zamiast piwa do zaproponowania będziemy mieli opowieść o historii. Działaliśmy zgodnie ze starą zasadą marketingu, która głosi, że ryby łapie się na to, co lubi ryba, a nie na to, co lubi rybak"8 - opowiadał. mpw stało się wielkim przedsięwzięciem pamięci, którego działalność wykracza poza muzealne sale i aktywnie kształtuje przestrzeń zarówno fizyczną, jak i debaty publicznej.
Przez abstrakcyjność i ignorowanie kontekstu rozumiem posługiwanie się hasłami typu "wolność", "honor", "bohaterstwo" i wiązanie ich z konkretnymi wydarzeniami historycznymi przy jednoczesnym pomijaniu kontekstu politycznego i społecznego tych wydarzeń. I tak na przykład powstanie warszawskie było zwycięską walką o wolność, choć właściwie nie wiadomo, w jaki sposób śmierć miasta i ludzi przyczyniła się do odzyskania tejże wolności, zwłaszcza że dla wielu wyznawców polityki historycznej następne czterdzieści lat było zniewoleniem. Klarowność związków przyczynowo-skutkowych nie jest jednak niezbędnym składnikiem polityki historycznej.
Innym przykładem jest dyskurs wokół Zagłady Żydów, Sprawiedliwych i upamiętniania Polaków zamordowanych za pomoc Żydom podczas drugiej wojny światowej. W tej opowieści również mamy pewne sprzeczności i niedomówienia. Polacy ratujący Żydów przedstawieni są jako wyjątkowi bohaterzy, ale zarazem reprezentanci postawy typowej dla całego narodu (czyli gotowości do niesienia pomocy Żydom). Nie mówi się przy tym o przedwojennym antysemityzmie panującym w Polsce i pomija niewygodne pytania o to, kto donosił na bohaterów - ponieważ najczęściej byli to właśnie sąsiedzi Polacy. Pominięta jest też zasadnicza sprzeczność: skoro tylu Polaków ratowało Żydów, to dlaczego było to takie bohaterstwo i dlaczego tak niewielu Żydów zostało ocalonych? Ten przykład dobrze ilustruje też wsobność polskiej polityki historycznej - w centrum zainteresowania są Polacy jako bohaterskie ofiary, natomiast ratowani Żydzi pozostają najczęściej bezimienni i obsadzeni w rolach trzecioplanowych.
Polityka historyczna podlega oczywiście różnym korektom i przeobrażeniom. Można korygować ją w sposób addytywny - do historii wojen dodawać historię społeczną i gospodarczą, "cywilną": do dzielnych chłopców - mężne sanitariuszki, do pamięci o bohaterach - zadumę nad ofiarami. Można też podejmować próbę kontrowania bohaterskiej wizji historii przez pokazywanie, że historia wojen powinna być historią ofiar, a historia potęgi i rozwoju jest historią dominacji i eksploatacji. Można też wywrócić stolik. "Nie zdemontujesz domu pana przy użyciu jego narzędzi" - mówiła amerykańska feministka Audre Lorde, co można rozumieć jako wezwanie do kwestionowania kategorii, jakie porządkują nasz świat. "Czy lewica w ogóle potrzebuje polityki historycznej?" - spytał kiedyś, chyba prowokacyjnie, Jan Sowa, ale jest to zasadne pytanie. Skoro polityka historyczna to narzędzie konstytuowania wspólnoty, to wpływając na jej kształt, można wpłynąć na wartości dla tej wspólnoty istotne. Zawsze jednak będzie to jakieś działanie odgórne, praca selekcji faktów i wygładzania chropawych szczegółów. Może więc, szukając wartości, wokół których można by wytworzyć inną wspólnotę, powinniśmy koncentrować się na zupełnie innych zadaniach niż "odzyskiwanie" historii? Pozostaje jednak pytanie, co zrobić z tym dorobkiem kulturalnym i tym dziedzictwem historycznym, które już mamy. Podrzeć, wyrzucić, zacząć jeszcze raz? Przemeblować kanon lektur albo w ogóle zrezygnować z jakichkolwiek kanonów? A może drobiazgowo i mozolnie tłumaczyć młodzieży, że to były "inne czasy, inne zwyczaje", cierpliwie słuchając ich krytyki i zdumienia wobec starych tekstów? To nigdy nie były dla mnie pytania retoryczne i niezmiernie mnie irytowało traktowanie ich jako takich.
Odpowiedź na powyższe pytania jest procesem i nie może być łatwa. Jasne, że to niemożliwe, aby historyczka lub historyk kultury mogli być bezstronnymi obserwatorami przeszłości. Powinni jednak wkładać maksymalnie dużo wysiłku w zrozumienie sposobów myślenia ludzi, którzy tę historię tworzyli. Tylko że jednocześnie nie powinni tracić zdolności dziwienia się, że kiedyś tak mogło być, że ludzie mogli tak właśnie myśleć i działać.
Wydaje mi się, że można robić dwie rzeczy naraz: jako aktywiści czy społecznicy możemy szukać nowych narzędzi do demontażu "domu pana", a jako badacze przyglądać się temu, jak skonstruowany jest ten dom. Ze świadomością, że mieszka w nim sporo osób i pewnie niektórzy go lubią - może dach przecieka, ale przynajmniej daje trochę cienia. Trzeba przy tym zadawać pytanie, co w architekturze tego domu powoduje, że niektórzy się w nim nie mieszczą, a dla innych to wcale nie dom, tylko na przykład więzienie. Wierzę, że można jednocześnie podważać i ocalać. Denaturalizować aksjomaty i kwestionować kategorie, które wyznaczają horyzonty mentalne i etyczne naszej kultury (jak na przykład bohaterstwo, męstwo, odwaga, rywalizacja, pracowitość, honor), i z wrażliwością przyglądać się konkretom i szczegółom w heroicznej historii. Pytanie: "jak to jest zrobione?", zadawane na poziomie mikro, adresowane do pozornie przypadkowych słów, niepozornych pominięć, nieświadomych klisz może nam pozwolić lepiej przyjrzeć się naszej kulturze niż wielkie syntezy. Do tego taka książka jak Kamienie na szaniec świetnie się nadaje. Na jej przykładzie bardzo dobrze widać, jak wielki wpływ na ludzkie zachowania mają silnie zinternalizowane wartości, które nie są poglądami, lecz uczuciami, i jak kształt kultury nie tylko wyznacza pewne modele postępowania, ale też uniemożliwia pomyślenie o innych.
Rozdział pierwszy
O MIŁOŚCI
Afera
"No i co, byli, czy nie...?" - to pytanie zadawano mi chyba najczęściej, kiedy mówiłam, że piszę o Kamieniach na szaniec. Tylko niekiedy pytano naiwnie, w oczekiwaniu, że udzielę jednoznacznej, twierdzącej albo przeczącej, odpowiedzi, że znajdę jakieś bomby w archiwach albo że dysponuję tajemną wiedzą, która pozwala na wykorzystanie konkretnych kryteriów do rozstrzygnięcia tej kwestii (długość grzywki, sposób mrużenia oczu, krzywizna uśmiechu, a może tajny szyfr, w którym "sten" oznacza sami wiecie co, a "powstanie" - to już w ogóle...). W większości przypadków było to jednak pytanie podchwytliwe: jak sobie poradzę z tym skomplikowanym tematem? Czy nie wpadnę w pułapkę anachronizmu (to chyba najcięższy możliwy zarzut dla historyka kultury) lub prezentyzmu, czyli rzutowania dzisiejszych pojęć (jak na przykład "homoseksualność") na przeszłą rzeczywistość, w której one albo nie istniały, albo nie były powszechnie używane, co wpływało na sposób myślenia i działania ówczesnych ludzi. Czy uwzględnię odpowiednie konteksty historyczne i obyczajowe, przemiany języka i konwencji stylistycznych? A może z brawurą podniosę tęczowy sztandar i zatknę go na narodowym pomniku? Czy raczej sprytnie ucieknę od tego pytania i będę wywodzić, że jest ono źle postawione, że istnieje na nie co najmniej kilkanaście różnych, złożonych odpowiedzi, z których każda musi zawierać w sobie jakieś "ale"? A może w ogóle stchórzę przed tym wyzwaniem i nie podejmę tematu?
Nie zadawano by mi jednak tego pytania, gdyby nie to, że kilka lat wcześniej wybuchł pewien skandal, który na chwilę wydobył Kamienie na szaniec z bezpiecznej formaliny szkolnej ramoty. 2 kwietnia 2013 roku ukazała się depesza Polskiej Agencji Prasowej zawierająca wypowiedzi doktor Elżbiety Janickiej z Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Nie do końca był to wywiad, jak później pisano, a jedynie kilka akapitów w mowie pozornie zależnej, którym ręka redaktorki nadała tytuł: Dr Elżbieta Janicka z PAN: "Kamienie na szaniec", czyli mit domaga się analizy. Postacie zastygłe w dyskursie homofobicznym1.
Następnego dnia rozpętała się burza. "Prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowych, infekowanie społeczeństwa dewiacjami"; "Zboczone interpretacje opisów przyjaźni w Kamieniach na szaniec"; "Czy "Zośka" i "Bytnar" [sic!] to geje? Kradzież cudzej tożsamości"; "Chcą zrobić z "Zośki" i "Rudego" gejów"; "Tadeusz gejem? Rany boskie! To są bzdury zupełne!"; "Czy pozwolicie nas opluwać?". To tylko mały wyciąg z oburzonych nagłówków.
Było to święte oburzenie. Święte, ponieważ propozycje interpretacyjne badaczki dotyczące lektury Kamieni na szaniec potraktowano jako atak na tekst kanoniczny, to znaczy taki, który ma uświęcone, obowiązujące reguły czytania, określoną wykładnię. Sugestie na temat relacji mogących łączyć bohaterów książki uznano za dyskredytację narodowych świętych, całą wypowiedź zaś - za zamach na polskość. Reakcja była histeryczna, ale taka być musiała, bo święte oburzenie to coś więcej niż tylko niezgoda z jakimś stwierdzeniem - to przypisanie temu stwierdzeniu mocy destrukcyjnej i zarazem histeryczne wyolbrzymienie, przejaskrawienie tego, co zostało powiedziane. Hiperbola nie jest figurą retoryczną oburzenia - jest jego istotą, a oburzenie jest odmową polemiki. Jak w tych rolkach z Instagrama, w których kobieta oświadcza: "Dzisiaj mój mąż powiedział mi, że już mnie nie kocha i chce się ze mną rozwieść". "Nic takiego nie powiedziałem" - krzyczy męski głos zza kadru - "powiedziałem tylko, że nie zgadzam się, byśmy wzięli kolejnego kota". "To przecież to samo" - stwierdza kobieta ze smutną miną. I w zasadzie ma rację, ale o tym za chwilę.
Oburzenie pociąga za sobą mobilizację, zwarcie szeregów. W przypadku reakcji na wypowiedź Janickiej była to nie tylko mobilizacja emocjonalno-retoryczna, ale także organizacyjna. Wezwano do protestów i opracowano wzór, skrypt niezgody, który należało wysłać na skrzynkę mailową Polskiej Akademii Nauk:
Jestem dogłębnie wstrząśnięty i oburzony artykułem dr Elżbiety Janickiej [...], w którym ośmieliła się bezczelnie zasugerować, że dwóch bohaterskich harcerzy [...] z okresu niemieckiej okupacji Tadeusza Zawadzkiego i Jana Bytnara, znanych powszechnie jako "Zośka" i "Rudy", miała łączyć dewiacja homoseksualna2.
Jeśli przemawia się w obronie świętości, to nie ma co się patyczkować, nie ma co wzdragać się przed pleonazmem i tautologią. Potrzeba dopowiedzeń, dookreśleń, epitetów, dużo epitetów! Nie wystarcza "wstrząśnięcie", trzeba dodać jeszcze "oburzenie". Sugestia Janickiej jest "bezczelna", dotyczy harcerzy "bohaterskich", a "homoseksualizm" jest - to chyba oczywiste - "dewiacją".
Przyjrzyjmy się głównym zarzutom: "kradzież narodowych bohaterów" i "szarganie świętości"3. "Kradzież" oznacza, że ci bohaterowie już do kogoś należą (nie można wszak ukraść ani tego, co niczyje, ani tego, co wspólne) i tym kimś na pewno nie jest Janicka - ani jako badaczka, ani nawet jako Polka. Bo mimo posiadania polskiego obywatelstwa Janicka przynależy do tajnego lobby czyhającego na tradycyjne wartości. Należało zdyskredytować ją jako badaczkę ("pseudoliteraturoznawczyni"), ale to za mało: trzeba było również wyszydzić cały nurtu badań krytycznych we współczesnej humanistyce, oczywiście z gender studies na czele. Filip Memches określił je jako "postmodernistyczne zabawy zmanierowanych humanistów" i rozpoznał jako performans: jedni performerzy "delektują się maczaniem krucyfiksu w urynie", a inni - przebrani za historyków - "czerpią satysfakcję z odbrązawiania bohaterów narodowych i profanowania narodowych świętości"4.
O komentarz do wypowiedzi Janickiej serwis Fronda.pl poprosił Artura Zawiszę, byłego już wówczas posła, polityka związanego w trakcie swojej kariery z różnymi skrajnie nacjonalistycznymi ugrupowaniami. Wcześniej Zawisza "bronił Marii Konopnickiej przed nieuzasadnionym posądzaniem jej o homoseksualizm" i proponował, by za "kłamstwo konopnickie" karać jak za kłamstwo oświęcimskie. Znowu przyczepmy się do języka: o homoseksualność można być "posądzonym", jest to zarzut, przed którym należy siebie lub bohatera bronić. Poseł wyjaśniał, o co w tej całej krytyce chodzi i jaki jest cel bynajmniej nie jednej pani doktor Janickiej, ale - wiecie - "środowisk".
Środowiska pederastyczno-lesbijskie nie chcą dobrej woli, współczucia i tolerancji. Chcą zniszczyć uniwersalną kulturę wywodzącą się z europejskiego antyku i przepojoną chrześcijaństwem. Ich celem jest światowa rewolucja przeciwko małżeństwu i rodzinie w celu odwrócenia świata na opak i uczynienia go antyświatem niszczącym człowieka i grożącym Bogu5.
Kłopot w tym, że poseł Zawisza nie jest pozbawiony racji. Humanistyka jest polityczna, a jednym z celów (ktoś inny powiedziałby: efektów) odnajdywania nienormatywnych postaci w historii jest oswajanie normatywnej części społeczeństwa z tym, co uznane za inne. Prawdą jest też, że społeczność lgbtq (w jego języku: "środowiska pederastyczno-lesbijskie") nie chce współczucia. Nie chce, bo chodzi jej raczej o równouprawnienie - o ile w ogóle można ustalić jakieś jedno wspólne pragnienie "środowisk". Rzeczywiście, inkluzja wykluczonych będzie stawiać pod znakiem zapytania "uniwersalność" kultury chrześcijańskiej i odsłaniać jej przemocowe i dyskrymiujące elementy. W tym sensie "ideologia lgbt" jest jak najbardziej do pomyślenia - byłaby ona zwróceniem uwagi, że kultura zachodnia opiera się na nieustannie rozgrywanym podziale płci (czyli na, rzekomo odwiecznej, grze w "baby są jakieś inne") oraz na domyślnej heteroseksualności wszystkich ludzi. Oczywiście - i piszę to jako osoba ze "środowiska pederastyczno-lesbijskiego" - nie wszyscy chcemy światowej rewolucji przeciwko małżeństwu i rodzinie; niektórzy pragną jedynie swojego miejsca w tym porządku świata. Nie można jednak zaprzeczyć, że queerowe okulary - niezależnie od tego, czy się je zakłada, "bo taki się urodziłem", czy z wyboru - sprawiają, że inaczej patrzy się na to, co jest uznawane za oczywiste i naturalne. Nie trzeba mieć doktoratu z gender studies, by zauważać, ale też przede wszystkim doświadczać bolesnego niedopasowania modelu "tradycyjnej rodziny" do potrzeb większości ludzi. Z perspektywy ponad dekady, która upłynęła od tamtego "skandalu", ironiczne (czyli smutne) jest to, jak nieznacznie zmienił się dyskurs publiczny. Rozczarowanie patriarchatem jest wciąż przebierane przez konserwatystów w kostium zagrożenia przybywającego z zewnątrz, humanistyka krytyczna to ciągle modne bzdury, jedynie "poprawność polityczna" (która nigdy w Polsce nie istniała) została podmieniona na "kulturę woke" (która też nie istnieje).
Histeryczna i, przyznajmy, często ocierająca się o śmieszność retoryka przesady jest przedmiotem zarówno kpin, jak i lekceważenia ze strony liberalnej. I może właśnie dlatego warto przyjrzeć się temu, jak liberalni publicyści zareagowali na słowa Janickiej. Okazuje się, że również "zdroworozsądkowa" strona dyskursu podważała jej badawcze kompetencje, choć nie z wściekłością, a z właściwym sobie zdystansowanym sceptycyzmem i pobłażliwością. Tak pisał Tomasz Lis, czołowy wówczas publicysta liberalny, na łamach świeżo przez siebie współzałożonego i aspirującego do roli opiniotwórczej serwisu NaTemat:
Sama wieść ta żadnego na mnie wrażenia nie robi. Może byli, może nie, jakie ma to w końcu znaczenie. Ale akt dość natrętnej sekso-lustracji mych idoli wprowadził mnie jednak w zakłopotanie. Nawet nie dlatego, że ktoś się ich orientacją zajął, ale ze względu na pewne natręctwo, z którym jedna strona to czyniła, a druga na to reagowała. Obie strony mają tu swoją agendę, żadna ze stron (i z agend) nie wydaje mi się czysta6.
Możliwość rewizji tradycyjnego odczytania historii Rudego i Zośki Lis odpiera tolerancją: oczywiście orientacja seksualna bohaterów młodości nie ma dla niego znaczenia, ale po co w tym grzebać? Można rzecz jasna odwrócić tę logikę i zapytać: skoro nie ma znaczenia, to dlaczego o tym nie pisać? Wówczas jednak okaże się, że to, "czy byli, czy nie", nie ma znaczenia tylko wtedy, kiedy na wszelki wypadek nie będziemy sprawdzać, czy byli.
Dziennikarz i prezenter Marcin Meller (w latach 2003-2012 redaktor naczelny polskiej edycji magazynu "Playboy") również wychodził z wielkodusznie tolerancyjnego "i co z tego", ale zarazem, nieco nerwowo, kpił z "mody" czy "obsesji" dopatrywania się homoerotycznego potencjału w męskich relacjach. Im żarliwiej zaś kpił, tym cieńsza stawała się warstewka ironii, pod którą skrywa się zaniepokojenie możliwością istnienia takiego potencjału.
I pojąłem, że w zasadzie, zgodnie z najsłuszniejszym trendem współczesnej humanistyki, moje całe życie "było bardzo blisko wymiaru homoerotycznego". Harcerstwo już mamy omówione, a o zuchach aż się boję wspomnieć, zwłaszcza że wtedy oglądałem pierwszy raz Czterech pancernych. Jak dziś o tym pomyślę, to wszystko staje się jasne: czterech facetów non stop razem, długa lufa, babki daleko w tle, tylko ten Szarik... Aż strach pomyśleć, co odkryją badacze śmielsi intelektualnie od dr Janickiej. [...] Potem było tylko gorzej. Kąpiele nago nocą w Bałtyku i na Mazurach? Co z tego, że niby szpanowaliśmy przed czekającymi na brzegu dziewczynami? Heloł! Dosyć udawania! A uliczne demonstracje na studiach i chłop z chłopem, ramię w ramię? I jak tak sobie teraz analizuję, to jedynymi niehomoerotycznymi mężczyznami, jakich spotkałem w życiu, jest tych paru gejów, których znam7.
Mamy tu opowieść o homospołecznych praktykach, które przecież są odgrywaniem i potwierdzaniem męskości - normatywnej i heteroseksualnej. Ale dramat normatywnej męskości polega właśnie na tym, że owym praktykom zawsze towarzyszy panika przed omsknięciem się homospołecznego w homoerotyczne. I jeszcze większy lęk przed posądzeniem, że coś takiego mogło się stać. To stary jak nasza kultura paradoks heteronormatywnego patriarchatu: dziewczyny są głupie, z dziewczynami nie chodzimy na uliczne demonstracje na studiach, dziewczyny czekają na brzegu, gdy wygłupiamy się nocą w Bałtyku z chłopakami. Wszystko, co wartościowe i ciekawe, robimy z chłopakami, to inni chłopacy są dla nas punktem odniesienia, może więc... ale nie, stop! Przecież robimy to tylko po to, żeby zaimponować tym dziewczynom, które stoją na brzegu, prawda? Prawda?! Nothing gay about it. A w ogóle to co jakaś histeryczka Janicka, zamknięta w akademii, z głową nabitą modnymi bzdurami, może wiedzieć o praktykach męskiej przyjaźni. Na pewno nigdy nawet nie spała pod namiotem.
Obrona męskości to wyczerpujące zadanie, nieustanne gorączkowe manewry, żeby nie dopuszczać dziewczyn do swojej frajdy, żeby trzymać sztamę, ale niezbyt czule, bo wtedy wszystko weźmie w łeb, jeszcze ktoś sobie coś pomyśli8. Homofobia staje się więc zarówno spoiwem, jak i potencjalnym detonatorem męskich relacji, zazdrośnie strzeże ich granic i zamyka w parach złowrogich przeciwieństw: przyjaźń - pedalstwo. Zauważmy, że granice relacji mężczyzn z kobietami są równie pilnie strzeżone: przyjaźń czy koleżeństwo budzą podejrzenie, są "niemożliwe", bo przecież sytuacja, w której mężczyzna i kobieta nie pożądają się nawzajem (albo chociaż jednostronnie), jest podobnie rebeliancka i niebezpieczna dla heteronormy.
I to w zasadzie pokazuje wywrotowość gestu Janickiej - ośmieliła się ona sprowokować pytanie bardzo silnie tabuizowane: a co, jeśli homospołeczne jest jednocześnie, lub może być, homoerotyczne? Dlaczego nasza kultura tak wiele wysiłku wkłada w utrzymanie między nimi granicy? Dlaczego tak bardzo dowartościowuje wszystko, co męskie, dlaczego heroizując, a nawet romantyzując męskie relacje, zarazem tak silnie broni ich przed możliwością stania się relacjami innymi niż "twarda męska przyjaźń"? Istnieje wiele odpowiedzi na owo "dlaczego", ja jednak chcę poddać pod rozwagę jedną: być może dlatego, że zasadą warunkującą liberalną "tolerancję" czy "akceptację" jest właśnie zasada mniejszości. Odstępstwa od tego, co uznane za normalne (czyli, przypomnijmy: normalne są dwie płcie, które może niespecjalnie za sobą przepadają, ale odczuwają wzajemne seksualne pożądanie), mogą być akceptowane tylko jako orientacja mniejszościowa właśnie. I najlepiej, żeby członkowie i członkinie tej mniejszości odwzorowywali w swoich relacyjnych praktykach (czyli sposobach kochania się) heteroseksualne skrypty: monogamiczne związki, rozdział przyjaźni i erotyki i tak dalej. Sama więc koncepcja "mniejszości seksualnej" jest - uwaga, banał - konstruktem, powołanym do życia po to, aby zachować "tradycyjny porządek", nawet za cenę włączenia doń "kochających inaczej", jeśli przyjmą oni swoją mniejszościową tożsamość.
Ale "co, jeśli...?" (o, najbardziej szatańskie z pytań!). Co, jeśli rozmyje się granicę między mniejszością a większością? Jeśli okaże się, że same zasady, na podstawie których jednych zalicza się do mniejszości, a drugich do większości, zostały wymyślone przez heteronormę i patriarchat? Co, jeśli okaże się, że nieheteronormatywna wizja miłości i przywiązania jest tak atrakcyjna, że naprawdę dałoby się ją promować?
No dobrze, a co tak naprawdę powiedziała Elżbieta Janicka? Celowo odwlekam oddanie jej głosu, bo cały skandal wokół tej wypowiedzi jest historią spiętrzonych niedoczytań, a właściwie historią odmowy czytania. A zdanie, które wywołało burzę, brzmiało tak: "Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników".
Daleko tej delikatnej, zapośredniczonej przez starożytny literacki topos sugestii do "przypisywania" czy "konstatowania" homoseksualności. Cała wypowiedź Janickiej dotyczyła potrzeby ponownej, wnikliwej, krytycznej lektury Kamieni na szaniec. Janicka nie postulowała skreślenia książki Kamińskiego z kanonu lektur, ale domagała się uważnego czytania: publicznego, polemicznego, politycznego, ale i podejrzliwego. A przy tym - wrażliwego na kontekst historyczny. O tym bowiem mówiła w wywiadzie: że książka powstała w określonym momencie dziejowym (wiosna 1943), że nie ma w niej nic o getcie warszawskim ani o powstaniu, które w nim wybuchło chwilę po akcji pod Arsenałem, że bardzo niewiele jest o Zagładzie Żydów; że jej protagonistów traktuje się "wyznawczo", a nie "poznawczo", to znaczy jako bezdyskusyjnych narodowych bohaterów, a nie jak podejmujących określone wybory ludzi uwikłanych w historię; że opowieść Kamińskiego się infantylizuje - traktując ją jako "literaturę młodzieżową", przygodową powieść dla chłopców - a jednocześnie pacyfikuje jej, być może wywrotowy, potencjał. Nie oszukujmy się - jeśli wsadzi się coś do słoika z formaliną, na którym napisane jest "lektura szkolna", to to coś natychmiast nabiera atrakcyjności rozgotowanego szpinaku albo dwudniowej kanapki z mielonką.
Z punktu widzenia socjolożki czy kulturoznawcy reakcja na wypowiedź Janickiej była ciekawsza i więcej mówiła o naszym społeczeństwie niż sama sugestia, którą rzuciła badaczka, bo przecież "tego i tak nie da się udowodnić". Ale ja właśnie nie chcę na tym poprzestawać, chcę pójść za tą sugestią - wycieczka w krainę rozważań nad tym, "byli, czy nie byli", wcale nie musi być bezcelowa.
Janeczek
"Miłości romantycznej kultura polska nie zna i nie lubi, nie rozumie i nie chce rozumieć" - pisała literaturoznawczyni Marta Piwińska w jednym z najpiękniejszych polskich esejów9. Zauważała, że żadne wielkie teksty o miłości, jakie wyszły spod pióra polskich romantyków, nie weszły "w żywy krwioobieg kultury", że się kultura polska miłością romantyczną nie przejęła. Nie było na to czasu - były ważniejsze sprawy: wolność, niepodległość, "bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła". Niechętni miłości byli wszyscy najważniejsi, ponad podziałami, "wydała się [ona] niegodną konkurencją interesu zbiorowego, czy rozumiano go maksymalistycznie czy minimalistycznie, organicznie czy rewolucyjnie, gatunkowo, narodowo czy klasowo"10. W swoim szkicu z 1984 roku Piwińska daje głęboką wykładnię tego, czym była i czym nie była miłość romantyczna, która do tej pory ma złą prasę. Kojarzy się z omdlewaniem pod balkonem, dużą liczbą westchnień i frenetycznymi gestami typu strzelanie sobie w głowę czy zażywanie trucizn, względnie: szybką jazdą konno przez step; z egotycznym miotaniem się wte i wewte, z dramatycznymi gestami na pokaz albo po prostu z chorobami wieku dziecięcego, z czymś, z czego się wyrasta i czego nikt normalny w poważnym i dojrzałym życiu nie oczekuje. Tymczasem to zupełnie nie o to chodzi.
Miłość romantyczna nie jest tym, za co brano ją do tej pory: stylistyczną przesadą, rozszalałą namiętnością, popędem ku śmierci ani sakralizacją erotyki. Jest przeniesieniem uczucia z dziedziny psychologii w dziedzinę filozofii. Siłą wywrotową. Można ją nazwać za badaczką "propagandą aktywistycznego i mistycznego personalizmu"11. Ale dla mnie - mam nadzieję, że nie popełniam wielkiego nadużycia, pisząc to - miłość romantyczna to prostu miłość queerowa. Ze słowem "queer" wiąże się w polskiej rzeczywistości językowej pewna niewygoda. Jest bardzo niepolskie to "q", to podwójne "e". W dodatku ma ono jakiś taki akademicki nalot, gdzieś w tłumaczeniu zagubiła się jego wywrotowa historia jako obelgi, którą adresaci przechwycili na swój własny użytek. Spróbujmy jednak go użyć, jest to bowiem wygodny termin parasolowy. Jeśli potraktujemy queer jako niezgodę na zastany układ spraw, jako poszukiwanie i wcielanie w życie nowych rodzajów relacji, czyli owo słynne "wywrócenie stolika" - czy może raczej, w tym przypadku, łóżka - będzie to bardzo podobne do tego, czym była dla romantyków miłość romantyczna.
A teraz zajrzyjmy do Kamieni na szaniec:
Po śmierci Rudego i Alka stan psychiczny Zośki był okropny. Stracił sprężystość, tylko siłą woli wymuszał na sobie załatwianie bieżących spraw organizacji i życia codziennego. Z rana leżał długo bezmyślnie wpatrzony w sufit. Spóźniał się na spotkania. Chodził zaniedbany. Nie chciał z nikim rozmawiać, był zawsze posępny.
Ojciec Tadeusza zapisał w notatkach: "Stracił całą swoją wesołość, a w gronie rodziny, znajomych prawie wcale się nie odzywał, odpowiadał półsłówkami, a z twarzy jego znikł tak dlań charakterystyczny i pociągający wszystkich uśmiech"12.
Rodzina, przyjaciele i przełożeni martwili się nie tylko stanem psychicznym młodego człowieka, ale także jego kondycją jako żołnierza. Był to, przypominam, środek okupacji niemieckiej - wiosna 1943 roku - czas, w którym oddziały Armii Krajowej coraz śmielej przechodziły do działań zbrojnych. Profesor Zawadzki "zastanawiał się, jak przeciwdziałać przygnębieniu Tadeusza, jak przywrócić mu wiarę w to, że robił słusznie i powinien dalej tak działać. Że tego wymaga - wojna i nasz w niej udział"13. Doradził więc synowi spisanie wspomnień o zmarłym przyjacielu i relacji z akcji pod Arsenałem, w czym poparli go siostra Zośki, Anna Zawadzka "Hanka", i starszy nieco przyjaciel wychowawca z Szarych Szeregów, Jan Rossman "Pan Janek". Zośka początkowo nie był zachwycony pomysłem. Płonęło getto, harcerze z Grup Szturmowych (gs) szykowali akcję pomocową, która nie doszła do skutku. Uległ jednak namowom bliskich. Święta Wielkanocne 1943 roku Zawadzcy (ojciec, brat i siostra) spędzili razem w mająteczku Szczęsne pod Grodziskiem, w domu ich kuzyna14, i to właśnie tam Zośka zabrał się za pisanie: ołówkiem, w małym bloczku ze zrywanymi kartkami. Ukończonej relacji nadał tytuł Kamienie przez Boga rzucane na szaniec15, ale jak wspomina Rossman, nie przywiązywał większej wagi do swojego dzieła, "dał mi to z tak dla niego charakterystycznym uśmiechem zażenowania"16.
Można przypuszczać, że Zośka poddał się nie bardzo chcianej sesji terapeutycznej, tylko że zamiast kozetki i psychologa miał notes i ołówek. Pisanie było bolesne, ale do pewnego stopnia spełniło swoją wyzwalającą rolę, a dla Zośki proces był znacznie ważniejszy niż efekt, o którym nie myślał zapewne, że stanie się zaczątkiem jednej z najważniejszych polskich książek xx wieku. Co innego Rossman: nie tylko przepisał rękopis na maszynie w czterech egzemplarzach, ale i wiedział od razu, że ma do czynienia z zaczynem wielkiego literackiego wydarzenia. Ale to właśnie Zośka - tak przynajmniej opowiadał Rossman - wpadł na pomysł, by relacją zainteresować Aleksandra Kamińskiego, który pracował wówczas w Biurze Informacji i Propagandy Armii Krajowej, był redaktorem naczelnym "Biuletynu Informacyjnego" i zajmował się czymś, co dziś nazwalibyśmy animacją podziemnego życia wydawniczego, literacko-publicystycznego. Litą narrację Rossman podzielił na pięć małych rozdziałów: Pomarańczarnia, Janeczek, Aresztowanie, Czy odbijamy?, Odbity. Rozdzialik Pomarańczarnia to właściwie mocno skondensowana fabuła Kamieni na szaniec do momentu akcji pod Arsenałem i oficjalny, uroczysty portret Rudego jako kolegi i żołnierza: "Był dla nas wzorem żołnierza i instruktora ss [Szarych Szeregów - K.S.]" (pz).
Nas jednak interesuje rozdział zatytułowany Janeczek, który jest osobistym portretem przyjaciela i intymną, choć temperowaną obowiązkiem męskiej dzielności, historią przyjaźni. Zwróćmy uwagę na dynamikę tej relacji: Rudy z Zośką znali się od wielu lat, byli przecież kolegami ze szkoły i z drużyny harcerskiej, jednak "odnaleźli się" wzajemnie dopiero wiosną 1942 roku - wtedy ich przyjaźń nabrała intensywności. Znacie to, prawda? Co innego znać się z kimś od przedszkola jak łyse konie, a co innego nagle zauważyć w kimś bratnią duszę. Wzajemne rozpoznanie to wstępny warunek romantycznej miłości. Kochankowie - my pozostańmy przy słowie "przyjaciele", choć w paradygmacie miłości romantycznej kochanek/kochanka absolutnie nie oznacza partnera seksualnego - "nie poznają się, ale rozpoznają. Los mówi, że są podobni jak odbicia w lustrze, jak rodzeństwo"17. Zośka pisze:
Zaczęło się od rozmów po wykładach u p. Janka; od razu weszło w zwyczaj, że cały wieczór spędzaliśmy razem, albo na ulicy, albo u mnie, czasem u Maryny. [...] Łączyła nas sympatia i szczęśliwi byliśmy, znajdując wspólne zainteresowania. [...] Starałem się zawsze w tych początkach rozmów naszych dostosować do jego zainteresowań. Niemniej wracał często do tematów przeze mnie poruszanych, początkowo pominiętych, ale już z wielkim zapałem, często większym, niż ja sam początkowo go miałem. Kwiecień i maj [1942] to początek prawdziwego już przywiązania. Nie okazywaliśmy go sobie i nie wiedziałem, o ile to prawdziwa przyjaźń, a o ile przejściowa sympatia (pz).
Miłość romantyczna, jak pisze Piwińska, jest miłością niemożliwą, ponieważ przekracza granice, nie mieści się w konwenansach. Jest skierowana zarówno przeciw hedonistycznej erotyce, która jest dla niej nieporozumieniem, jak i przeciwko instytucjom formalizującym związki międzyludzkie, czy raczej - miłosne:
Właśnie przeciw ołtarzowi i łóżku powstało marzenie wczesnego romantyzmu o kazirodczej i niewinnej miłości rodzeństwa, które czuje, że jest sobie przeznaczone i jednak się kocha, wbrew prawom Boga i natury. Nie ma dlań żadnego życiowego rozwiązania, bo ta miłość się nie mieści ani w zmysłowości, ani w instytucji. I nie powinna się mieścić. Bo to, co pociąga brata do siostry u Chateaubrianda, Byrona, Goethego, Słowackiego i wielu innych, jest miłością fatum, nie miłością-erosem18.
Brata do siostry lub brata do brata. "Nie wiedziałem, o ile to prawdziwa przyjaźń, a o ile przejściowa sympatia" - pisze Zośka i zaraz potem dodaje: "Wtedy najwięcej denerwowałem się robotami ms [małego sabotażu - K.S.], wtedy kolosalnie zależało mi na zrobieniu mu przyjemności na imieniny". Jasne, zestawienie ważnych spraw organizacji podziemnej i imienin kolegi może być przypadkiem. Ale może też nim nie być. Dalej:
Wspólne noce na Agricoli i niejedna nad kreślonymi przez niego arkuszami - to coraz lepsze wzajemne porozumienie. To okres prawdziwego rozumienia naszej pracy, to coraz nowe pierwiastki, odkrywane i natychmiast wprowadzane w życie. Dwudniowa wycieczka do Popiel to dwa dni oddane prawdziwemu odpoczynkowi i przyjemności. Każdy z nas chciał, by drugiemu było najprzyjemniej. [...] Przejście do gs związało nas ostatecznie i nierozdzielnie.
Agricola to nazwa tajnego kursu podchorążych - Rudy i Zośka byli uczestnikami drugiego turnusu. Zajęcia odbywały się nieopodal pałacu Królikarnia, na odległym, wówczas niemal podmiejskim Wierzbnie, z widokiem na zieloność ogrodów, chaszczy, działek, rozciągającym się z warszawskiej skarpy. Romantycznie.
Miłość romantyczna to poszukiwanie swojego odbicia w drugim. Nie chodzi w niej o posiadanie drugiego, ale "o odbicie w drugim "samego siebie"". O szukanie "istoty bliźniej", aby się w niej poznać i rozpoznać. "Miłość romantyczną określano często jako poszukiwanie sobowtóra innej płci"19. To, że w tym przypadku sobowtóry był tej samej płci, jest rzeczą układu okoliczności, przypadkiem.
Przez ostatnie dni dosłownie nie rozstawaliśmy się ze sobą. Noc z soboty na niedzielę spędzona razem, pełna zabawy i planów pracy. Czytał wtedy Znanieckiego, i jak zwykle on, szukał tam siebie i nas. [...] Jak zwykle w ostatnich czasach nasze poglądy wyrażały jedno; rozumieliśmy się doskonale. [...] Z zapałem czytał książki (Znaniecki, Pigoń, Dzieje Anglii, Szczepanowski), uczył się z uporem maniaka angielskiego, mimo że bardzo mu w tym przeszkadzałem. Poświęcał na to wczesny ranek i wieczorne godziny, gdy wcześnie kładł się do łóżka, by czytać i tylko na bosaka wylecieć do telefonu na wieczorne ze mną rozmowy (pz).
Piwińska wykłada to tak: "Tak więc miłość dla romantyków była cenna, bo budziła "ja" do życia autentycznego. Była odkrywcza, bo uczyła przekraczać granice "świeckie" kultury i "zwierzęce" skończoności cielesnej"20.
Romantycy wiedzieli, że ich pragnienia są nierealne, a jednak traktowali miłość jako drogę do przemiany świata.
Wiedzieli, że większość woli szczęście, bezpieczeństwo, pewność siebie i sytuacji niż wolność oraz przeżywanie odkrywczych i niszczących namiętności. Ale na świecie istnieje jednak miłość. Ona ma tę moc dokonywania cudów, której już nie ma sztuka ani religia. Tylko miłość może więc każdego wyzwolić i przenieść w sferę zarezerwowaną dla wybranych, dla władców, świętych, bohaterów i artystów21.
Każdy, kto pokochał, staje się genialny i wolny. Miłość jest twórczym impulsem, paliwem działalności społecznej, napędem wspólnego działania; jej echo słychać w Marsyliance, jako że "wiązała się - daleko - z wolnością, równością, braterstwem"22. Tylko że nad tym utopijnym, a przecież realnie doświadczanym projektem nieuchronnie wisi katastrofa.
Nie mogła się spełnić na ziemi, nie można takiej miłości "mieć"; można ją tylko poznać, oczywiście z zachwytem, który obrzydza wszystko inne. Dlatego miłość romantyczna "w praktyce" obiecuje nieszczęście i cierpienie, rozpacz i szaleństwo, poczucie "odstosowania się" od życia, które Mickiewicz ujął w obraz wywichniętych do góry skrzydeł23.
Miłość to cud, "człowiek żywcem przenosi się do nieba, życie staje się nadzwyczajne. Ale zwyczajnego życia już nie ma i rozum się od tego mąci"24. Skoro kochający się przemienia, a reszta świata pozostaje taka sama - katastrofa jest nieunikniona. W pamiętniku Zośki rozdzialik Janeczek kończy się słowami:
W niedzielę znowu razem [...] Gdy jak zwykle odprowadzał mnie ze Stefanem do domu, mówił "Nie mam już teraz żadnych zmartwień, choćbym chciał - nie mam. Teraz Tadeusz musi się czymś martwić". Wieczorem, jak zwykle, zadzwoniłem do niego, leżał już w łóżku, na bosaka podszedł do telefonu, umówiliśmy się na rano, na 8. przed fontanną. Krótkośmy rozmawiali. "Dobranoc" powiedział, i położył telefon.
Rano przed 7. dzwonek, nie podejrzewałem nic złego, myślałem, że to Felek pomylił się i nie mogąc się doczekać, przyszedł do mnie. Ubrałem się prędko i zastałem Duśkę [siostrę Rudego - K.S.], która powiedziała mi: "Wzięli Janka i Ojca".
Rudy z nierozpoznanym kolegą, być może na dziedzińcu Politechniki Warszawskiej albo szkoły Wawelberga. Zdjęcie z czasów okupacji.
Domniemania
Uderzająca jest nie tylko czułość, z jaką Zośka pisze o zmarłym przyjacielu, ale przede wszystkim ekscytacja, jaka wiąże się z poznawaniem go, z rozwojem samej przyjaźni, będącej skarbem większym niż suma dwóch osób. Współczesnym językiem powiedzielibyśmy, że podmiotem wspomnień Zośki jest nie tylko postać Rudego, ale również, a może przede wszystkim, ich relacja. Jeśli gaydar jest opartą na intuicji i doświadczeniu zdolnością do rozpoznawania znajomego przegięcia w morzu osób nieprzegiętych, to lovedar może być zdolnością dostrzegania, wyczuwania miłości, kiedy ta znajduje się w pobliżu. Myślę, że nie tylko mój lovedar mówi w tym momencie, że dynamika relacji Zośki i Rudego była dynamiką romansu. To iskra, piorun, fenomen, który zaczyna się nagle: "To ty? Gdzie byłeś przez całe moje życie?", kula śniegowa, która tocząc się coraz szybciej - potężnieje.
Gdyby takie wspomnienie pozostawiła o przyjacielu kobieta, biografowie nie mieliby oporów przed określeniem ich jako pary. Pisano by o młodzieńczym uczuciu przerwanym brutalnością wojny, o bliskości Erosa i Tanatosa i inne tego typu natrętne, wyświechtane zdania. Domniemanie heteroseksualności działa dwojako: nie tylko zakłada, że wszyscy są heteroseksualni, ale także że osoby o tak zwanych przeciwnych płciach łączyć może w zasadzie jeden określony rodzaj uczucia. To domniemanie jest tak wszechpotężne, że wystarczą mu najwątlejsze poszlaki, najmniejsze sugestie. Jest też zupełnie przezroczyste: raczej nie widzimy w uromantycznianiu kobieco-męskich czy chłopięco-dziewczęcych przyjaźni nic niewłaściwego, niestosownego, a w ich opisywaniu nic wymagającego szczególnej dyskrecji25.
To, że ludzie (lub bohaterowie literaccy) żyli w epoce "przedemancypacyjnej", nie oznacza, że badacz nie może zadawać pytań o sposoby odczuwania przez nich relacji międzyludzkich. A zadawanie ich nie oznacza, że chce się "zrobić z nich gejów", wyemancypować na siłę. Chodzi raczej o wyemancypowanie samej możliwości, samego pytania, samej alternatywy wobec domniemania heteroseksualności, razem z jego pazernym i boleśnie nudnym scenariuszem tego, co i jak łączyć może dwie osoby.
Analizując, czy może po prostu prezentując, poszlaki i dowody w sprawie "byli, czy nie", musimy pamiętać, że poruszamy się w różnych obszarach, mamy różne rodzaje źródeł - literaturę i historię, relacje z "tam i wtedy" i wspomnienia spisywane po latach, z perspektywy czasu, który często układa przeszłe zdarzenia w zgrabną opowieść. Choć książka Kamienie na szaniec, która ustanowiła legendę Zośki i Rudego, jest oparta na faktach i znakomita większość opisanych tam wydarzeń miała miejsce w rzeczywistości, choć Aleksander Kamiński wielokrotnie podkreślał, że był tylko "medium piszącym", pośrednikiem między historią żywą a słowami książki, to jednak książka ta jest literackim przetworzeniem tejże historii, nosi wyraźne piętno stylu autora i jest podporządkowana jego wychowawczej wizji. Powstaje zatem pytanie: czy Kamiński, który znał przecież dobrze swoich bohaterów, opisywał to, co widział i wiedział, czy też sposób, w jaki o tym pisał, powoduje, że teraz my dostrzegamy w tym coś, co wprawia w drżenie nasz gaydar? Poza książką mamy do dyspozycji fakty i opowieści o faktach, pamiętnik Zośki, kilka zachowanych listów z kręgu paczki koleżeńskiej Rudego, wspomnienia przyjaciół obu chłopców (czy raczej młodych mężczyzn) oraz intrygujące relacje literackie. Zajrzyjmy więc do tych źródeł.