Zośka Bohaterka - Lara Bergen

Reflow text when sidebars are open.
Zośka była Bohaterką. Na serio! Najprawdziwszą Bohaterką! I tylko o tym mówili wszyscy w autobusie jadącym do szkoły.
Zwłaszcza mówiła o tym Zosia.
- Proszę pani! Słyszała pani? Jestem Bohaterką! - wołała już od wejścia do pani Blat, kierowcy autobusu. - Od teraz proszę mnie nazywać "Zośką Bohaterką". Prawda, Elu?
Zosia odwróciła się do Eli Fryzik, niewysokiej stojącej za nią sześciolatki.
- Prawda! - potwierdziła Ela. - Zośka Bohaterka! I to moja Bohaterka!
Zosia uśmiechnęła się. Potem pogłaskała Elę po głowie. To było coś, czego dawna, zwyczajna Zosia w życiu by nie zrobiła. Lecz ona nie była już dawną, zwyczajną Zośką.
Tamta Zosia uważała, że jej sąsiadka Ela jest jak prawdziwa zaraza. Nigdy nie zostawiała Zosi w spokoju, nawet gdy Zosia bawiła się w jedną z ważnych zabaw trzecioklasistów z Kasią Berek, swoją najlepszą przyjaciółką.
Teraz wszystko się zmieniło. Teraz Zosia była bohaterką Eli! I dzięki Eli miała nowe, wspaniałe imię. To imię czyniło ją wyjątkową i mówiło wszystko - tak, jak pragnęła Zosia!
I co z tego, że nie było już "Zośki Wspaniałej"; imienia, które wymyśliła wcześniej? Zosia przekonała się, że trochę trudno być bez przerwy Wspaniałą. Bycie Bohaterką było w porządku. Było wręcz super!
- Bohaterka? - spytała pani Blat. Po czym wychyliła się i zamknęła drzwi autobusu. - No, proszę, siadajcie, dziewczynki, i opowiadajcie. Siadać tam z tyłu! - zawołała do dzieciaków z końca autobusu.
Zosia, Kasia i Ela szybko wślizgnęły się na siedzenia za panią Blat. Zosia lubiła siedzieć z tyłu z Kasią, a nie z Elą. Ale to nie był zwyczajny dzień. Już na przystanku Ela opowiedziała całe zdarzenie dzieciakom, które tego nie widziały. Zosia nie mogła się doczekać, kiedy znów o tym usłyszy!
- Mów, Elu - ponagliła ją Zosia.
- To było tak - zaczęła Ela. - Potknęłam się i wyleciały mi wszystkie chodzące sprężynki1. Prosto na ulicę!
- I Zośka je złapała? - spytała pani kierowca autobusu. Wcisnęła gaz i pojazd ruszył do przodu. - To rzeczywiście było bohaterskie, prawda?
Trzy dziewczynki pokręciły głowami.
- Nie. Zośka złapała Elę - powiedziała Kasia i z uznaniem poklepała Zosię po ramieniu.
- Chciałam pozbierać moje sprężynki. Ale Zosia nie dała mi wybiec na ulicę - dodała Ela.
- I nie zapomnijcie dodać, że właśnie wtedy nadjechała pani Klakson - przypomniała im Zosia.
- Właśnie! - powiedziała Ela. - I wtedy nadjechała pani Klakson! Wtedy! - odwróciła się do Zosi i mocno ją uściskała. - Uratowałaś mi życie!
We wstecznym lusterku oczy pani Blat się rozszerzyły.
- Ojej, Zosiu. Naprawdę jesteś Bohaterką!
Zosia pęczniała z dumy, kiedy Ela się schyliła i wyciągnęła z plecaka kartkę papieru. Podała ją Zosi. Był to rysunek przedstawiający dziewczynkę z dwiema kreskami brązowych włosów. Stała na linii zielonej trawy, a dookoła niej były kwiaty w kształcie serc. Była też niebieska kreska u góry, czyli niebo, żółte słońce w rogu i duże, tęczowe litery tworzące napis: "ZOŚA BOCHA".
Zosia zaczęła się uśmiechać, ale po chwili wykrzywiła usta. I nie chodziło wcale o to, że na rysunku wyglądała jak strach na wróble z przesadnym makijażem.
- Nie to kazałam ci napisać, Elu - powiedziała Zosia, wskazując litery na kartce.
- Och, zabrakło miejsca - wyjaśniła Ela i uśmiechnęła się. - Reszta jest z tyłu.
Zosia odwróciła kartkę. Były tam wielkie litery: T, E, R, K oraz A. Plus "Kocham cię. Ela. XXXOOO".
- Widzisz? - powiedziała Ela i spojrzała na Zosię wielkimi, piwnymi oczami. Zosia zauważyła plamkę zaschniętego fioletowego dżemu na jej policzku. - Nie podoba ci się? - spytała Ela.
Zosia westchnęła.
- Myślę, że jest super - wtrąciła Kasia i uśmiechnęła się do Zosi ponad głową Eli. - I wygląda dokładnie jak ty, Zosiu... Bocha!
Zosia przewróciła oczami, ale musiała się uśmiechnąć.
- Jest bardzo ładny, Elu - przyznała.
Następnie wsunęła rysunek do swojego plecaka. Zgoda. Nie był to portret bohaterki, na jaki liczyła, ale Zosia nie potrzebowała portretu, aby udowodnić, że jest Bohaterką.
Fakty mówiły za siebie. Podobnie jak okrzyki, które wydawały z siebie Kasia i Ela podczas jazdy autobusem:
- Raz, dwa, trzy, sześć, kto naszą bohaterką jest?
- Zośka!
- Zośka Bohaterka!
* * *
W szkole Zosia porzuciła Elę przed salą zerówki (Ela wisiała na jej ramieniu podczas całej drogi, co było trochę miłe... a trochę nie). Potem wraz z Kasią pospieszyły do swojej sali numer 10. Zosia już miała wejść, lecz nagle się zatrzymała.
- Ups! - stęknęła Kasia, wpadając na Zosię. - Dlaczego się zatrzymałaś?
Zosia odciągnęła Kasię od drzwi.
- Musisz mnie przedstawić! - oświadczyła.
Kasia zmarszczyła czoło.
- Przecież wszyscy cię znają - powiedziała.
Zosia zniżyła głos:
- Ale nie jako Zośkę Bohaterkę - dodała.
- Racja! - Kasia uniosła brwi i uśmiechnęła się.
Po chwili jednak jej uśmiech zniknął.
- Co jest? - spytała Zosia.
- Wiesz... - zaczęła Kasia i wzruszyła ramionami. - Chodzi o to, że... To super, że jesteś Bohaterką. Ale ja się czuję trochę odsunięta.
- Och! Nie ma mowy! - zapewniła ją Zosia i położyła ręce na ramionach przyjaciółki. Nie sądziła, że jej odwaga może być trudna dla Kasi. - Nie zapominaj - dodała - że jesteś najlepszą przyjaciółką Bohaterki. Właściwie to... - Nagle coś przyszło jej do głowy. - Jesteś moją... Jak oni się nazywają?
- Asystenci? - podsunęła Kasia.
- No właśnie! - Zosia się rozpromieniła. - Jesteś moją asystentką! - Idealnie się składało.
Każdy bohater potrzebował asystenta!
Kasia zastanowiła się przez chwilę i uśmiech, tym razem większy, powrócił na jej buzię.
- Już lepiej? - spytała Zosia.
- O wiele! - zapewniła ją Kasia. - Asystenci mają najfajniejsze zadania i są zabawni jak ja. Chodź, przedstawię cię!
Kasia pozostawiła Zosię na korytarzu i wkroczyła do sali numer 10.
- Proszę państwa! I wszyscy pozostali! - oświadczyła Kasia (Zosia była pewna, że przyjaciółka miała na myśli ohydnego Archiego Dąbka i Tobiego Majchra). - Czy mogę prosić o uwagę?
Zosia słyszała, jak klasa się ucisza. Naprawdę. Raju! Jakie to szczęście mieć taką asystentkę jak Kasia. Jej przyjaciółka była w tym świetna!
- O co chodzi? - ktoś spytał.
Wtedy Kasia chwyciła Zośkę za rękę i wciągnęła ją do klasy.
- Chcę wam przedstawić niepowtarzalną Zośkę Bohaterkę! - wykrzyknęła Kasia.
- Zośkę jaką?
- Zosię co?
Zosia ukłoniła się i chrząknęła.
- Zośkę Bohaterkę - powiedziała.
I właśnie tak, jak sobie wymarzyła, opowiedziały z Kasią jeszcze raz historię ze sprężynkami.
I jeszcze raz!
- Jeju! Jesteś Bohaterką! - orzekły Ewa, Maja, Paula i Karola, kiedy historia dobiegła końca.
- Może będziemy cię nazywać Zosią B. zamiast Zosią M. - zaproponowała Zosia A., druga Zosia w klasie. - Jako skrót od "Zosia Bohaterka".
Zosia zastanawiała się nad tym przez chwilę, ale pokręciła głową. Nie. "Zośka Bohaterka" była lepsza. Sto procent lepsza.
- Chętnie rozdam autografy - dodała. - Czy ktoś ma długopis?
- Zaraz, zaraz - rozległ się wyniosły głos należący do Wery Hoffman.
Gdyby Zosia miała coś do powiedzenia, Wera nazywałaby się Wera Wredna.
- A co się stało ze sprężynkami? - spytała Wera.
Zosia wzruszyła ramionami:
- Pani Klakson je pozbierała.
- Czyli to ona jest prawdziwą bohaterką - orzekła Wera, krzyżując ramiona i przybierając minę, którą mama Zosi na pewno określiłaby jako impertynencką.
- Właśnie - przytaknęła Lilka Lebiodka. Lubiła naśladować Werę, więc zrobiła identyczną minę. - Skoro pani Klakson uratowała sprężynki, to ona jest prawdziwą bohaterką - oświadczyła.
- Co ty mówisz?! - zawołała Kasia. - Zośka uratowała sześciolatkę! Kogo obchodzą sprężynki?
- Kosztują tylko złotówkę czy jakoś tak - dodał Benek. - Sześciolatki kosztują o wiele więcej.
Poczciwy Benek. Zosia odwróciła się do niego z uśmiechem.
Naprawdę czuła się jak Bohaterka. I to było bardzo przyjemne uczucie!
Ale Wera wzruszyła ramionami.
- No, może i tak - powiedziała. - Ale to tylko sześciolatka. Przecież Zośka nie uratowała pięciu kociąt z płonącego domu jak kotka Mrunia. Pamiętacie? To była prawdziwa bohaterka.
- Tak, to prawdziwa bohaterka - powtórzyła Lila.
Zosia przypomniała sobie historię, którą rok wcześniej czytała im nauczycielka z drugiej klasy, pani Guzek. To była prawdziwa opowieść o dzikiej kotce, która uratowała wszystkie swoje kocięta. Kiedy w domu, w którym mieszkały, wybuchł pożar, kotka wyniosła je jedno po drugim.
Zgoda. Tak. Zosia wiedziała, że ta kotka była prawdziwą bohaterką. Ale ona też nią była!
Zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się Tobi Majcher:
- Ty w ogóle nie masz pojęcia, o czym mówisz - powiedział do Wery.
Zosia aż otworzyła buzię. Nie mogła w to uwierzyć. Czyżby Tobi ją bronił?
Jeszcze rok temu Zosi by to nie zaskoczyło. Do zeszłego roku byli z Tobim najlepszymi przyjaciółmi. Ale wszystko zmieniło się w drugiej klasie. Tobi zaczął kolegować się z ohydnym Archimedesem Dąbkiem, a do miasteczka sprowadziła się Kasia. Teraz Zosia i Kasia były najlepszymi przyjaciółkami, a Zosia i Tobi nie mogli na siebie patrzeć.
A jeśli już patrzyli, to wywalali na siebie języki.
Ale może coś się zmieniło...
Zosia przypomniała sobie, że poprzedniego dnia Tobi zrobił dla niej coś naprawdę miłego. Wcale nie nabijał się z jej aktualnego imienia: "Zośka Wspaniała".
Czy to możliwe? Czyżby Tobi zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni?
- Prawdziwi bohaterowie ratują świat przed groźnymi kosmitami, gigantycznymi asteroidami i robotami-mordercami! - oświadczył Tobi.
Potem spojrzał na Zosię i wywalił język.
Nie. Zosia westchnęła. Jak widać się nie zmienił.
- Tak! - potwierdził Archi. - I do tego bohaterowie mają mutancią moc. - Mówiąc to, wskazał Zosię brudnym, grubym paluchem. - A czy ty masz mutancią moc? - spytał.
Tobi zatkał nos.
- Superpacha! - krzyknął i roześmiał się głośno.
- To nie jest śmieszne! - powiedziała Kasia.
Ale Zosia przewróciła oczami i dyskretnie zbliżyła nos do swojej pachy. Na wszelki wypadek.
Nie. Nie miała Superpachy. I bez względu na to, co Tobi, Archi czy Wera mówili, Zosia była Bohaterką.
Wywaliła na Tobiego język.
A, masz!
Zosia opowiedziała swoją bohaterską przygodę tyle razy, że mogła być pewna, iż wszyscy ją usłyszeli. Ale następnego dnia, zaraz po przybyciu do szkoły, chętnie by ją opowiadała od nowa. Przecież to była wspaniała historia! Jednak lepiej byłoby, gdyby inni ją opowiadali. Ten pomysł też jej się podobał.
Kłopot w tym, że nikt już nie chciał słuchać tej historii.
Było coś jeszcze gorszego. Nikt nie miał ochoty nazywać Zośki Bohaterką.
Nie mogła tego zrozumieć!
Jednego dnia była Bohaterką i wszyscy o niej mówili, a drugiego już mówili o takich sprawach jak nowa fryzura Darka. I o zębie, który wypadł Ewie. I o rybce Zosi A., bo miała dzieci. I o mamie Benka, która też urodziła dziecko.
"Zgoda. Może fryzura Darka wyglądała dość zabawnie. I może rybka z dziećmi jest fajna. Ale wszystkim wypadają zęby. I wszystkie mamy rodzą dzieci. Przynajmniej jedno dziecko - myślała Zosia. - A nie każdy jest bohaterem!".
Jak mogli tak szybko o niej zapomnieć? A przecież tego ranka narysowała flamastrem na swojej koszulce wielkie B. B jak Bohaterka.
Nawet Kasia, asystentka Zosi, żartowała z fryzury Darka.
- Wyglądasz jak wielka szczoteczka do zębów! - mówiła.
"No trudno" - pomyślała Zosia, próbując się pocieszyć.
Może znów zaczną o niej mówić, kiedy Darkowi odrosną włosy?
Taką miała nadzieję. Naprawdę bardzo, ale to bardzo jej się podobało bycie Zośką Bohaterką. I naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciała znów być Zosią Nijaką.
Głęboko westchnęła.
Zadzwonił dzwonek na lekcję i pani Mucha napisała na tablicy dwa duże słowa. Zosia przeczytała je i życie znów stało się piękne.
NASI BOHATEROWIE
Zosia nie wierzyła własnym oczom. Pani Mucha zamierzała nauczać o niej! A Zosia jeszcze nie opowiedziała pani swojej bohaterskiej historii. Jeju! Oczywiście pani Mucha na pewno ją słyszała. Zosia była pewna, że w pokoju nauczycielskim mówi się tylko o tym.
- Mamy dziś dwoje wyjątkowych gości - zaczęła pani Mucha.
Hm... Zdziwiła się Zosia. Kto był tym drugim? Ela? Pani Klakson? One nie były tak bohaterskie jak Zosia. Ale przecież należały do tej opowieści.
- Pomóżcie mi ich powitać - kontynuowała pani Mucha.
Zosia wzięła głęboki wdech i przygotowała się, by wstać.
- Oto nasi dzielni strażacy: pan Burnus i pani Jonka.
Co?!!!
Zosia oparła się o ławkę i spojrzała na wchodzących strażaków.
Jeden był wysokim mężczyzną ze śladami zarostu. Wyglądał jak tata Zosi w czasie, gdy zapuszczał brodę. Drugim strażakiem była niska i bardzo ładna kobieta. Była ubrana jak mężczyzna: w niebieską koszulę, spodnie i wielkie czarne buciory.
- Dzień dobry, dzieci - powiedziała ładna pani strażak.
- Dzień dobry - odpowiedziała chórem cała klasa.
Oczywiście z wyjątkiem Zosi, której z zaskoczenia dosłownie odebrało mowę.
- Strażacy Burnus i Jonka opowiedzą nam o bezpiecznym obchodzeniu się z ogniem - wyjaśniła pani Mucha. - Słuchajcie uważnie. Ta wiedza może wam kiedyś uratować życie.
Zosia westchnęła. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że nie była jedyną bohaterką na świecie.
Przyglądała się, jak strażacy zdejmują hełmy i rozwieszają plakaty, które przynieśli. Ładna pani strażak uśmiechnęła się do Zosi, a Zosia usiadła prosto, tak, by litera B na jej koszulce wystawała ponad ławkę. Zastanawiała się, czy pani Jonka domyśliła się, że Zosia jest Bohaterką.
Zosia widziała, że bohaterowie muszą darzyć się szacunkiem. Więc uważnie słuchała wszystkiego, co mówili strażacy.
Zapamiętała zasadę: "Nie chowaj się, wyjdź na dwór, jeśli w domu wybuchnie pożar" oraz: "Pochyl się i biegnij. Im bliżej ziemi, tym łatwiej uniknąć dymu".
Natomiast Zosia nie słuchała zbyt uważnie, kiedy strażacy podawali numer, na który trzeba zadzwonić w razie pożaru lub innej sytuacji alarmowej. Nie słuchała, gdyż dobrze znała ten numer: 112. Oczywiście.
Słuchała natomiast, kiedy opowiadali, w jaki sposób zostali strażakami. Nie wiedziała, że trzeba zdać testy i chodzić do szkoły pożarniczej.
Słuchała uważnie również wtedy, gdy opowiadali, co robią w pracy - poza jeżdżeniem do sklepu spożywczego wozem straży pożarnej w pełnym umundurowaniu (Zośka widziała ich nie raz w supermarkecie).
Wreszcie nadeszła chwila, na którą Zosia czekała: pora na pytania!
Uniosła rękę tak szybko i tak wysoko, jak się dało. Na szczęście dawno już przywykła do tego, że nigdy nie była pierwsza. Ani w kolejkach, ani w wyścigach, ani podczas zadawania pytań. Wysunęła rękę i czekała, aż Tobi pierwszy zada pytanie.
- Jaki największy pożar ugasiliście? - spytał Tobi.
Strażacy spojrzeli na siebie.
- Chyba ten czwartego stopnia w magazynie - odpowiedziała kobieta. - Musieliśmy wezwać nasze trzy wozy oraz dodatkowe trzy z innego miasta.
- Super! - zachwycił się Tobi.
Następny był Archi.
- Bardzo się pocicie w tych mundurach? - spytał. - I czy śmierdzą tak strasznie jak ochraniacze futbolowe mojego brata?
Ładna pani strażak uśmiechnęła się i odpowiedziała:
- Czasami tak.
Potem Karola spytała, czy w straży pożarnej mieli dalmatyńczyka.
Nie mieli. Ale mieli jaszczurkę o imieniu Godzilla. Dostali ją z podziękowaniem od właścicieli sklepu ze zwierzętami, który uratowali przed spaleniem.
- Czy to wy wyciągnęliście moją babcię, kiedy zaklinowała się w starym fotelu ogrodowym? - To było pytanie Benka. - To było ekstra! Strażacy musieli użyć Szczęk Śmierci!
- Chyba chodzi ci o Szczęki Życia. - Wysoki strażak uśmiechnął się. - Niestety, to nie byliśmy my.
- Uratowaliście kiedyś kiciusia siedzącego na drzewie? - zabrzmiało pytanie Mai.
- Nie - odrzekła ładna pani Jonka. - Ale wyciągaliśmy szczeniaka ze studni.
I w końcu...
Nareszcie!
Wysoki strażak wskazał Zosię.
Zosia roztarła zdrętwiałą rękę i wygładziła koszulkę. Potem dumnie odchrząknęła.
- Chciałabym tylko wiedzieć... - zaczęła. - Czy powstrzymaliście kiedyś przed wbiegnięciem na ulicę sześciolatkę, która chciała pozbierać swoje sprężynki, i uratowaliście ją przed prawdopodobnym rozjechaniem przez samochód? Czy kogoś, kto to zrobił, nazwalibyście bohaterem?
Pani strażak pokręciła głową.
- Nie, jeszcze tego nie zrobiliśmy - odpowiedziała. - Ale to bohaterskie zachowanie. Prawda, Jerzy?
Zosia czuła, jak jej policzki i uszy różowieją, a całe wnętrze ciała rozgrzewa się.
Wąsaty strażak przytaknął.
- No pewnie - powiedział. - A przy okazji pamiętajcie: nie wolno wybiegać na ulicę. W żadnym wypadku. Nigdy.
Wtem rozległo się ciche kaszlnięcie i Wera podniosła rękę. Zdaniem Zosi jej mina zawsze była złośliwa. Ale w tej chwili była złośliwa do kwadratu.
- Mam dwuczęściowe pytanie - zapowiedziała Wera.
- Dobrze - zgodził się wąsaty strażak. - Pytaj.
- Pierwsze - zaczęła Wera. - Czy uratowaliście kiedyś pięcioro kociąt z płonącego budynku jak kotka Mrunia? I drugie: czy zgodzicie się, że ona jest jedną z największych bohaterek na świecie?
Strażacy najpierw pokręcili głowami.
- Nie uratowaliśmy nigdy piątki kociąt - a potem przytaknęli: - Tak, kicia jest bohaterką.
Wera odwróciła się do Zosi. Wyglądała mega-, superimpertynencko. Zosia na to skrzyżowała ramiona, podniosła brodę i odwzajemniła jej spojrzenie.
Tymczasem pani Mucha wstała i uścisnęła strażakom ręce.
- To była wspaniała wizyta - powiedziała. - Nie mam słów, by wam dziękować. Wiem, że musicie wracać do straży. A my musimy pójść do sali gimnastycznej - mówiąc to, rozejrzała się po klasie. - Dzieci, podziękujcie, proszę, strażakom za wizytę. I za to, że na co dzień są naszymi bohaterami.
Strażacy pomachali dzieciom.
- Do widzenia! Dziękujemy! - wołali uczniowie.
- Dziękuję! - krzyknęła Zosia.
Właściwie to wrzasnęła tak głośnio, że nawet Tobi na nią spojrzał.
Ale Zośka nie dbała o nic. Ani o Tobiego. Ani o Werę. W ogóle o nic. Strażacy się wypowiedzieli. Znów była Zośką Bohaterką!
Zrozumiała coś jeszcze. Jeśli ma zostać Bohaterką, musi być jak strażacy. Musi być Bohaterką na co dzień.
"I będę!" - postanowiła.
Niech bohaterskie dzieło się rozpocznie!