Zośka Bohaterka - Lara Bergen

-
Proszę czekać

Zośka była Bo­ha­terką. Na se­rio! Naj­praw­dziwszą Bo­ha­terką! I tyl­ko o tym mówili wszy­scy w au­to­bu­sie jadącym do szkoły.

Zwłasz­cza mówiła o tym Zo­sia.

- Proszę pani! Słyszała pani? Je­stem Bo­ha­terką! - wołała już od wejścia do pani Blat, kie­row­cy au­to­bu­su. - Od te­raz proszę mnie na­zy­wać "Zośką Bo­ha­terką". Praw­da, Elu?

Zo­sia odwróciła się do Eli Fry­zik, nie­wy­so­kiej stojącej za nią sześcio­lat­ki.

- Praw­da! - po­twier­dziła Ela. - Zośka Bo­ha­ter­ka! I to moja Bo­ha­ter­ka!

Zo­sia uśmiechnęła się. Po­tem pogłaskała Elę po głowie. To było coś, cze­go daw­na, zwy­czaj­na Zo­sia w życiu by nie zro­biła. Lecz ona nie była już dawną, zwy­czajną Zośką.

Tam­ta Zo­sia uważała, że jej sąsiad­ka Ela jest jak praw­dzi­wa za­ra­za. Nig­dy nie zo­sta­wiała Zosi w spo­ko­ju, na­wet gdy Zo­sia bawiła się w jedną z ważnych za­baw trze­cio­kla­sistów z Kasią Be­rek, swoją naj­lepszą przy­ja­ciółką.

Te­raz wszyst­ko się zmie­niło. Te­raz Zo­sia była bo­ha­terką Eli! I dzięki Eli miała nowe, wspa­niałe imię. To imię czy­niło ją wyjątkową i mówiło wszyst­ko - tak, jak pragnęła Zo­sia!

I co z tego, że nie było już "Zośki Wspa­niałej"; imie­nia, które wymyśliła wcześniej? Zo­sia prze­ko­nała się, że trochę trud­no być bez prze­rwy Wspa­niałą. By­cie Bo­ha­terką było w porządku. Było wręcz su­per!

- Bo­ha­ter­ka? - spy­tała pani Blat. Po czym wy­chy­liła się i za­mknęła drzwi au­to­bu­su. - No, proszę, sia­daj­cie, dziew­czyn­ki, i opo­wia­daj­cie. Sia­dać tam z tyłu! - zawołała do dzie­ciaków z końca au­to­bu­su.

Zo­sia, Ka­sia i Ela szyb­ko wśli­zgnęły się na sie­dze­nia za panią Blat. Zo­sia lubiła sie­dzieć z tyłu z Kasią, a nie z Elą. Ale to nie był zwy­czaj­ny dzień. Już na przy­stan­ku Ela opo­wie­działa całe zda­rze­nie dzie­cia­kom, które tego nie wi­działy. Zo­sia nie mogła się do­cze­kać, kie­dy znów o tym usłyszy!

- Mów, Elu - po­na­gliła ją Zo­sia.

- To było tak - zaczęła Ela. - Po­tknęłam się i wy­le­ciały mi wszyst­kie chodzące sprężynki1. Pro­sto na ulicę!

- I Zośka je złapała? - spy­tała pani kie­row­ca au­to­bu­su. Wcisnęła gaz i po­jazd ru­szył do przo­du. - To rze­czy­wiście było bo­ha­ter­skie, praw­da?

Trzy dziew­czyn­ki pokręciły głowa­mi.

- Nie. Zośka złapała Elę - po­wie­działa Ka­sia i z uzna­niem po­kle­pała Zosię po ra­mie­niu.

- Chciałam po­zbie­rać moje sprężynki. Ale Zo­sia nie dała mi wy­biec na ulicę - dodała Ela.

- I nie za­po­mnij­cie dodać, że właśnie wte­dy nad­je­chała pani Klak­son - przy­po­mniała im Zo­sia.

- Właśnie! - po­wie­działa Ela. - I wte­dy nad­je­chała pani Klak­son! Wte­dy! - odwróciła się do Zosi i moc­no ją uści­skała. - Ura­to­wałaś mi życie!

We wstecz­nym lu­ster­ku oczy pani Blat się roz­sze­rzyły.

- Ojej, Zo­siu. Na­prawdę je­steś Bo­ha­terką!

Zo­sia pęczniała z dumy, kie­dy Ela się schy­liła i wyciągnęła z ple­ca­ka kartkę pa­pie­ru. Podała ją Zosi. Był to ry­su­nek przed­sta­wiający dziew­czynkę z dwie­ma kre­ska­mi brązo­wych włosów. Stała na li­nii zie­lo­nej tra­wy, a do­okoła niej były kwia­ty w kształcie serc. Była też nie­bie­ska kre­ska u góry, czy­li nie­bo, żółte słońce w rogu i duże, tęczo­we li­te­ry tworzące na­pis: "ZOŚA BO­CHA".

Zo­sia zaczęła się uśmie­chać, ale po chwi­li wy­krzy­wiła usta. I nie cho­dziło wca­le o to, że na ry­sun­ku wyglądała jak strach na wróble z prze­sad­nym ma­ki­jażem.

- Nie to kazałam ci na­pi­sać, Elu - po­wie­działa Zo­sia, wska­zując li­te­ry na kart­ce.

- Och, za­brakło miej­sca - wyjaśniła Ela i uśmiechnęła się. - Resz­ta jest z tyłu.

Zo­sia odwróciła kartkę. Były tam wiel­kie li­te­ry: T, E, R, K oraz A. Plus "Ko­cham cię. Ela. XXXO­OO".

- Wi­dzisz? - po­wie­działa Ela i spoj­rzała na Zosię wiel­ki­mi, piw­ny­mi ocza­mi. Zo­sia za­uważyła plamkę za­schniętego fio­le­to­we­go dżemu na jej po­licz­ku. - Nie po­do­ba ci się? - spy­tała Ela.

Zo­sia wes­tchnęła.

- Myślę, że jest su­per - wtrąciła Ka­sia i uśmiechnęła się do Zosi po­nad głową Eli. - I wygląda dokład­nie jak ty, Zo­siu... Bo­cha!

Zo­sia przewróciła ocza­mi, ale mu­siała się uśmiechnąć.

- Jest bar­dzo ładny, Elu - przy­znała.

Następnie wsunęła ry­su­nek do swo­je­go ple­ca­ka. Zgo­da. Nie był to por­tret bo­ha­ter­ki, na jaki li­czyła, ale Zo­sia nie po­trze­bo­wała por­tretu, aby udo­wod­nić, że jest Bo­ha­terką.

Fak­ty mówiły za sie­bie. Po­dob­nie jak okrzy­ki, które wy­da­wały z sie­bie Ka­sia i Ela pod­czas jaz­dy au­to­bu­sem:

- Raz, dwa, trzy, sześć, kto naszą bo­ha­terką jest?

- Zośka!

- Zośka Bo­ha­ter­ka!

* * *

W szko­le Zo­sia po­rzu­ciła Elę przed salą zerówki (Ela wi­siała na jej ra­mie­niu pod­czas całej dro­gi, co było trochę miłe... a trochę nie). Po­tem wraz z Kasią po­spie­szyły do swo­jej sali nu­mer 10. Zo­sia już miała wejść, lecz na­gle się za­trzy­mała.

- Ups! - stęknęła Ka­sia, wpa­dając na Zosię. - Dla­cze­go się za­trzy­małaś?

Zo­sia odciągnęła Kasię od drzwi.

- Mu­sisz mnie przed­sta­wić! - oświad­czyła.

Ka­sia zmarsz­czyła czoło.

- Prze­cież wszy­scy cię znają - po­wie­działa.

Zo­sia zniżyła głos:

- Ale nie jako Zośkę Bo­ha­terkę - dodała.

- Ra­cja! - Ka­sia uniosła brwi i uśmiechnęła się.

Po chwi­li jed­nak jej uśmiech zniknął.

- Co jest? - spy­tała Zo­sia.

- Wiesz... - zaczęła Ka­sia i wzru­szyła ra­mio­na­mi. - Cho­dzi o to, że... To su­per, że je­steś Bo­ha­terką. Ale ja się czuję trochę od­su­nięta.

- Och! Nie ma mowy! - za­pew­niła ją Zo­sia i położyła ręce na ra­mio­nach przy­ja­ciółki. Nie sądziła, że jej od­wa­ga może być trud­na dla Kasi. - Nie za­po­mi­naj - dodała - że je­steś naj­lepszą przy­ja­ciółką Bo­ha­ter­ki. Właści­wie to... - Na­gle coś przyszło jej do głowy. - Je­steś moją... Jak oni się na­zy­wają?

- Asy­sten­ci? - pod­sunęła Ka­sia.

- No właśnie! - Zo­sia się roz­pro­mie­niła. - Je­steś moją asy­stentką! - Ide­al­nie się składało.

Każdy bo­ha­ter po­trze­bo­wał asy­sten­ta!

Ka­sia za­sta­no­wiła się przez chwilę i uśmiech, tym ra­zem większy, powrócił na jej buzię.

- Już le­piej? - spy­tała Zo­sia.

- O wie­le! - za­pew­niła ją Ka­sia. - Asy­sten­ci mają naj­faj­niej­sze za­da­nia i są za­baw­ni jak ja. Chodź, przed­sta­wię cię!

Ka­sia po­zo­sta­wiła Zosię na ko­ry­ta­rzu i wkro­czyła do sali nu­mer 10.

- Proszę państwa! I wszy­scy po­zo­sta­li! - oświad­czyła Ka­sia (Zo­sia była pew­na, że przy­ja­ciółka miała na myśli ohyd­ne­go Ar­chie­go Dąbka i To­bie­go Maj­chra). - Czy mogę pro­sić o uwagę?

Zo­sia słyszała, jak kla­sa się uci­sza. Na­prawdę. Raju! Ja­kie to szczęście mieć taką asy­stentkę jak Ka­sia. Jej przy­ja­ciółka była w tym świet­na!

- O co cho­dzi? - ktoś spy­tał.

Wte­dy Ka­sia chwy­ciła Zośkę za rękę i wciągnęła ją do kla­sy.

- Chcę wam przed­sta­wić nie­po­wta­rzalną Zośkę Bo­ha­terkę! - wy­krzyknęła Ka­sia.

- Zośkę jaką?

- Zosię co?

Zo­sia ukłoniła się i chrząknęła.

- Zośkę Bo­ha­terkę - po­wie­działa.

I właśnie tak, jak so­bie wy­ma­rzyła, opo­wie­działy z Kasią jesz­cze raz hi­sto­rię ze sprężyn­ka­mi.

I jesz­cze raz!

- Jeju! Je­steś Bo­ha­terką! - orzekły Ewa, Maja, Pau­la i Ka­ro­la, kie­dy hi­sto­ria do­biegła końca.

- Może będzie­my cię na­zy­wać Zosią B. za­miast Zosią M. - za­pro­po­no­wała Zo­sia A., dru­ga Zo­sia w kla­sie. - Jako skrót od "Zo­sia Bo­ha­ter­ka".

Zo­sia za­sta­na­wiała się nad tym przez chwilę, ale pokręciła głową. Nie. "Zośka Bo­ha­ter­ka" była lep­sza. Sto pro­cent lep­sza.

- Chętnie roz­dam au­to­gra­fy - dodała. - Czy ktoś ma długo­pis?

- Za­raz, za­raz - roz­legł się wy­niosły głos należący do Wery Hof­f­man.

Gdy­by Zo­sia miała coś do po­wie­dze­nia, Wera na­zy­wałaby się Wera Wred­na.

- A co się stało ze sprężyn­ka­mi? - spy­tała Wera.

Zo­sia wzru­szyła ra­mio­na­mi:

- Pani Klak­son je po­zbie­rała.

- Czy­li to ona jest praw­dziwą bo­ha­terką - orzekła Wera, krzyżując ra­mio­na i przy­bie­rając minę, którą mama Zosi na pew­no określiłaby jako im­per­ty­nencką.

- Właśnie - przy­taknęła Lil­ka Le­biod­ka. Lubiła naśla­do­wać Werę, więc zro­biła iden­tyczną minę. - Sko­ro pani Klak­son ura­to­wała sprężynki, to ona jest praw­dziwą bo­ha­terką - oświad­czyła.

- Co ty mówisz?! - zawołała Ka­sia. - Zośka ura­to­wała sześcio­latkę! Kogo ob­chodzą sprężynki?

- Kosz­tują tyl­ko złotówkę czy jakoś tak - dodał Be­nek. - Sześcio­lat­ki kosz­tują o wie­le więcej.

Po­czci­wy Be­nek. Zo­sia odwróciła się do nie­go z uśmie­chem.

Na­prawdę czuła się jak Bo­ha­ter­ka. I to było bar­dzo przy­jem­ne uczu­cie!

Ale Wera wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- No, może i tak - po­wie­działa. - Ale to tyl­ko sześcio­lat­ka. Prze­cież Zośka nie ura­to­wała pięciu kociąt z płonącego domu jak kot­ka Mru­nia. Pamięta­cie? To była praw­dzi­wa bo­ha­ter­ka.

- Tak, to praw­dzi­wa bo­ha­ter­ka - powtórzyła Lila.

Zo­sia przy­po­mniała so­bie hi­sto­rię, którą rok wcześniej czy­tała im na­uczy­ciel­ka z dru­giej kla­sy, pani Gu­zek. To była praw­dzi­wa opo­wieść o dzi­kiej kot­ce, która ura­to­wała wszyst­kie swo­je kocięta. Kie­dy w domu, w którym miesz­kały, wy­buchł pożar, kot­ka wy­niosła je jed­no po dru­gim.

Zgo­da. Tak. Zo­sia wie­działa, że ta kot­ka była praw­dziwą bo­ha­terką. Ale ona też nią była!

Za­nim zdążyła coś po­wie­dzieć, ode­zwał się Tobi Maj­cher:

- Ty w ogóle nie masz pojęcia, o czym mówisz - po­wie­dział do Wery.

Zo­sia aż otwo­rzyła buzię. Nie mogła w to uwie­rzyć. Czyżby Tobi ją bro­nił?

Jesz­cze rok temu Zosi by to nie za­sko­czyło. Do zeszłego roku byli z To­bim naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółmi. Ale wszyst­ko zmie­niło się w dru­giej kla­sie. Tobi zaczął ko­le­go­wać się z ohyd­nym Ar­chi­me­de­sem Dąbkiem, a do mia­stecz­ka spro­wa­dziła się Ka­sia. Te­raz Zo­sia i Ka­sia były naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami, a Zo­sia i Tobi nie mo­gli na sie­bie pa­trzeć.

A jeśli już pa­trzy­li, to wy­wa­la­li na sie­bie języki.

Ale może coś się zmie­niło...

Zo­sia przy­po­mniała so­bie, że po­przed­nie­go dnia Tobi zro­bił dla niej coś na­prawdę miłego. Wca­le nie na­bi­jał się z jej ak­tu­al­ne­go imie­nia: "Zośka Wspa­niała".

Czy to możliwe? Czyżby Tobi zmie­nił się o sto osiem­dzie­siąt stop­ni?

- Praw­dzi­wi bo­ha­te­ro­wie ra­tują świat przed groźnymi ko­smi­ta­mi, gi­gan­tycz­ny­mi aste­ro­ida­mi i ro­bo­ta­mi-mor­der­ca­mi! - oświad­czył Tobi.

Po­tem spoj­rzał na Zosię i wy­wa­lił język.

Nie. Zo­sia wes­tchnęła. Jak widać się nie zmie­nił.

- Tak! - po­twier­dził Ar­chi. - I do tego bo­ha­te­ro­wie mają mu­tan­cią moc. - Mówiąc to, wska­zał Zosię brud­nym, gru­bym pa­lu­chem. - A czy ty masz mu­tan­cią moc? - spy­tał.

Tobi za­tkał nos.

- Su­per­pa­cha! - krzyknął i roześmiał się głośno.

- To nie jest śmiesz­ne! - po­wie­działa Ka­sia.

Ale Zo­sia przewróciła ocza­mi i dys­kret­nie zbliżyła nos do swo­jej pa­chy. Na wszel­ki wy­pa­dek.

Nie. Nie miała Su­per­pa­chy. I bez względu na to, co Tobi, Ar­chi czy Wera mówili, Zo­sia była Bo­ha­terką.

Wy­wa­liła na To­bie­go język.

A, masz!

Zosia opo­wie­działa swoją bo­ha­terską przy­godę tyle razy, że mogła być pew­na, iż wszy­scy ją usłysze­li. Ale następne­go dnia, za­raz po przy­by­ciu do szkoły, chętnie by ją opo­wia­dała od nowa. Prze­cież to była wspa­niała hi­sto­ria! Jed­nak le­piej byłoby, gdy­by inni ją opo­wia­dali. Ten po­mysł też jej się po­do­bał.

Kłopot w tym, że nikt już nie chciał słuchać tej hi­sto­rii.

Było coś jesz­cze gor­sze­go. Nikt nie miał ocho­ty na­zy­wać Zośki Bo­ha­terką.

Nie mogła tego zro­zu­mieć!

Jed­ne­go dnia była Bo­ha­terką i wszy­scy o niej mówili, a dru­gie­go już mówili o ta­kich spra­wach jak nowa fry­zu­ra Dar­ka. I o zębie, który wy­padł Ewie. I o ryb­ce Zosi A., bo miała dzie­ci. I o ma­mie Ben­ka, która też uro­dziła dziec­ko.

"Zgo­da. Może fry­zu­ra Dar­ka wyglądała dość za­baw­nie. I może ryb­ka z dziećmi jest faj­na. Ale wszyst­kim wy­pa­dają zęby. I wszyst­kie mamy rodzą dzie­ci. Przy­najm­niej jed­no dziec­ko - myślała Zo­sia. - A nie każdy jest bo­ha­te­rem!".

Jak mo­gli tak szyb­ko o niej za­po­mnieć? A prze­cież tego ran­ka na­ry­so­wała fla­ma­strem na swo­jej ko­szul­ce wiel­kie B. B jak Bo­ha­ter­ka.

Na­wet Ka­sia, asy­stent­ka Zosi, żar­to­wała z fry­zu­ry Dar­ka.

- Wyglądasz jak wiel­ka szczo­tecz­ka do zębów! - mówiła.

"No trud­no" - pomyślała Zo­sia, próbując się po­cie­szyć.

Może znów za­czną o niej mówić, kie­dy Dar­ko­wi od­rosną włosy?

Taką miała na­dzieję. Na­prawdę bar­dzo, ale to bar­dzo jej się po­do­bało by­cie Zośką Bo­ha­terką. I na­prawdę bar­dzo, ale to bar­dzo nie chciała znów być Zosią Ni­jaką.

Głęboko wes­tchnęła.

Za­dzwo­nił dzwo­nek na lekcję i pani Mu­cha na­pi­sała na ta­bli­cy dwa duże słowa. Zo­sia prze­czy­tała je i życie znów stało się piękne.

NASI BO­HA­TE­RO­WIE

Zo­sia nie wie­rzyła własnym oczom. Pani Mu­cha za­mie­rzała na­uczać o niej! A Zo­sia jesz­cze nie opo­wie­działa pani swo­jej bo­ha­ter­skiej hi­sto­rii. Jeju! Oczy­wiście pani Mu­cha na pew­no ją słyszała. Zo­sia była pew­na, że w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim mówi się tyl­ko o tym.

- Mamy dziś dwo­je wyjątko­wych gości - zaczęła pani Mu­cha.

Hm... Zdzi­wiła się Zo­sia. Kto był tym dru­gim? Ela? Pani Klak­son? One nie były tak bo­ha­ter­skie jak Zo­sia. Ale prze­cież należały do tej opo­wieści.

- Pomóżcie mi ich po­wi­tać - kon­ty­nu­owała pani Mu­cha.

Zo­sia wzięła głęboki wdech i przy­go­to­wała się, by wstać.

- Oto nasi dziel­ni strażacy: pan Bur­nus i pani Jon­ka.

Co?!!!

Zo­sia oparła się o ławkę i spoj­rzała na wchodzących strażaków.

Je­den był wy­so­kim mężczyzną ze śla­da­mi za­ro­stu. Wyglądał jak tata Zosi w cza­sie, gdy za­pusz­czał brodę. Dru­gim strażakiem była ni­ska i bar­dzo ładna ko­bie­ta. Była ubra­na jak mężczy­zna: w nie­bieską ko­szulę, spodnie i wiel­kie czar­ne bu­cio­ry.

- Dzień do­bry, dzie­ci - po­wie­działa ładna pani strażak.

- Dzień do­bry - od­po­wie­działa chórem cała kla­sa.

Oczy­wiście z wyjątkiem Zosi, której z za­sko­cze­nia dosłownie ode­brało mowę.

- Strażacy Bur­nus i Jon­ka opo­wiedzą nam o bez­piecz­nym ob­cho­dze­niu się z ogniem - wyjaśniła pani Mu­cha. - Słuchaj­cie uważnie. Ta wie­dza może wam kie­dyś ura­to­wać życie.

Zo­sia wes­tchnęła. Oczy­wiście zda­wała so­bie sprawę z tego, że nie była je­dyną bo­ha­terką na świe­cie.

Przyglądała się, jak strażacy zdej­mują hełmy i roz­wie­szają pla­ka­ty, które przy­nieśli. Ładna pani strażak uśmiechnęła się do Zosi, a Zo­sia usiadła pro­sto, tak, by li­te­ra B na jej ko­szul­ce wy­sta­wała po­nad ławkę. Za­sta­na­wiała się, czy pani Jon­ka domyśliła się, że Zo­sia jest Bo­ha­terką.

Zo­sia wi­działa, że bo­ha­te­ro­wie muszą da­rzyć się sza­cun­kiem. Więc uważnie słuchała wszyst­kie­go, co mówili strażacy.

Za­pa­miętała za­sadę: "Nie cho­waj się, wyjdź na dwór, jeśli w domu wy­buch­nie pożar" oraz: "Po­chyl się i bie­gnij. Im bliżej zie­mi, tym łatwiej uniknąć dymu".

Na­to­miast Zo­sia nie słuchała zbyt uważnie, kie­dy strażacy po­da­wa­li nu­mer, na który trze­ba za­dzwo­nić w ra­zie pożaru lub in­nej sy­tu­acji alar­mo­wej. Nie słuchała, gdyż do­brze znała ten nu­mer: 112. Oczy­wiście.

Słuchała na­to­miast, kie­dy opo­wia­da­li, w jaki sposób zo­sta­li strażaka­mi. Nie wie­działa, że trze­ba zdać te­sty i cho­dzić do szkoły pożar­ni­czej.

Słuchała uważnie również wte­dy, gdy opo­wia­da­li, co robią w pra­cy - poza jeżdżeniem do skle­pu spożyw­cze­go wo­zem straży pożar­nej w pełnym umun­du­ro­wa­niu (Zośka wi­działa ich nie raz w su­per­mar­ke­cie).

Wresz­cie na­deszła chwi­la, na którą Zo­sia cze­kała: pora na py­ta­nia!

Uniosła rękę tak szyb­ko i tak wy­so­ko, jak się dało. Na szczęście daw­no już przy­wykła do tego, że nig­dy nie była pierw­sza. Ani w ko­lej­kach, ani w wyści­gach, ani pod­czas za­da­wa­nia pytań. Wy­sunęła rękę i cze­kała, aż Tobi pierw­szy zada py­ta­nie.

- Jaki naj­większy pożar uga­si­liście? - spy­tał Tobi.

Strażacy spoj­rze­li na sie­bie.

- Chy­ba ten czwar­te­go stop­nia w ma­ga­zy­nie - od­po­wie­działa ko­bie­ta. - Mu­sie­liśmy we­zwać na­sze trzy wozy oraz do­dat­ko­we trzy z in­ne­go mia­sta.

- Su­per! - za­chwy­cił się Tobi.

Następny był Ar­chi.

- Bar­dzo się po­ci­cie w tych mun­du­rach? - spy­tał. - I czy śmierdzą tak strasz­nie jak ochra­nia­cze fut­bo­lo­we mo­je­go bra­ta?

Ładna pani strażak uśmiechnęła się i od­po­wie­działa:

- Cza­sa­mi tak.

Po­tem Ka­ro­la spy­tała, czy w straży pożar­nej mie­li dal­ma­tyńczy­ka.

Nie mie­li. Ale mie­li jasz­czurkę o imie­niu Go­dzil­la. Do­sta­li ją z po­dzięko­wa­niem od właści­cie­li skle­pu ze zwierzętami, który ura­to­wa­li przed spa­le­niem.

- Czy to wy wyciągnęliście moją bab­cię, kie­dy za­kli­no­wała się w sta­rym fo­te­lu ogro­do­wym? - To było py­ta­nie Ben­ka. - To było eks­tra! Strażacy mu­sie­li użyć Szczęk Śmier­ci!

- Chy­ba cho­dzi ci o Szczęki Życia. - Wy­so­ki strażak uśmiechnął się. - Nie­ste­ty, to nie byliśmy my.

- Ura­to­wa­liście kie­dyś ki­ciu­sia siedzącego na drze­wie? - za­brzmiało py­ta­nie Mai.

- Nie - od­rzekła ładna pani Jon­ka. - Ale wyciągaliśmy szcze­nia­ka ze stud­ni.

I w końcu...

Na­resz­cie!

Wy­so­ki strażak wska­zał Zosię.

Zo­sia roz­tarła zdrętwiałą rękę i wygładziła ko­szulkę. Po­tem dum­nie odchrząknęła.

- Chciałabym tyl­ko wie­dzieć... - zaczęła. - Czy po­wstrzy­ma­liście kie­dyś przed wbie­gnięciem na ulicę sześcio­latkę, która chciała po­zbie­rać swo­je sprężynki, i ura­to­wa­liście ją przed praw­do­po­dob­nym roz­je­cha­niem przez sa­mochód? Czy kogoś, kto to zro­bił, na­zwa­li­byście bo­ha­te­rem?

Pani strażak pokręciła głową.

- Nie, jesz­cze tego nie zro­bi­liśmy - od­po­wie­działa. - Ale to bo­ha­ter­skie za­cho­wa­nie. Praw­da, Je­rzy?

Zo­sia czuła, jak jej po­licz­ki i uszy różowieją, a całe wnętrze ciała roz­grze­wa się.

Wąsaty strażak przy­taknął.

- No pew­nie - po­wie­dział. - A przy oka­zji pamiętaj­cie: nie wol­no wy­bie­gać na ulicę. W żad­nym wy­pad­ku. Nig­dy.

Wtem roz­legło się ci­che kaszl­nięcie i Wera pod­niosła rękę. Zda­niem Zosi jej mina za­wsze była złośliwa. Ale w tej chwi­li była złośliwa do kwa­dra­tu.

- Mam dwuczęścio­we py­ta­nie - za­po­wie­działa Wera.

- Do­brze - zgo­dził się wąsaty strażak. - Py­taj.

- Pierw­sze - zaczęła Wera. - Czy ura­to­wa­liście kie­dyś pięcio­ro kociąt z płonącego bu­dyn­ku jak kot­ka Mru­nia? I dru­gie: czy zgo­dzi­cie się, że ona jest jedną z naj­większych bo­ha­te­rek na świe­cie?

Strażacy naj­pierw pokręcili głowa­mi.

- Nie ura­to­wa­liśmy nig­dy piątki kociąt - a po­tem przy­taknęli: - Tak, ki­cia jest bo­ha­terką.

Wera odwróciła się do Zosi. Wyglądała mega-, su­per­im­per­ty­nenc­ko. Zo­sia na to skrzyżowała ra­mio­na, pod­niosła brodę i od­wza­jem­niła jej spoj­rze­nie.

Tym­cza­sem pani Mu­cha wstała i uścisnęła strażakom ręce.

- To była wspa­niała wi­zy­ta - po­wie­działa. - Nie mam słów, by wam dziękować. Wiem, że mu­si­cie wra­cać do straży. A my mu­si­my pójść do sali gim­na­stycz­nej - mówiąc to, ro­zej­rzała się po kla­sie. - Dzie­ci, po­dziękuj­cie, proszę, strażakom za wi­zytę. I za to, że na co dzień są na­szy­mi bo­ha­te­ra­mi.

Strażacy po­ma­cha­li dzie­ciom.

- Do wi­dze­nia! Dzięku­je­my! - wołali ucznio­wie.

- Dziękuję! - krzyknęła Zo­sia.

Właści­wie to wrzasnęła tak głośnio, że na­wet Tobi na nią spoj­rzał.

Ale Zośka nie dbała o nic. Ani o To­bie­go. Ani o Werę. W ogóle o nic. Strażacy się wy­po­wie­dzie­li. Znów była Zośką Bo­ha­terką!

Zro­zu­miała coś jesz­cze. Jeśli ma zo­stać Bo­ha­terką, musi być jak strażacy. Musi być Bo­ha­terką na co dzień.

"I będę!" - po­sta­no­wiła.

Niech bo­ha­ter­skie dzieło się roz­pocz­nie!