Zosia i porucznik - Gabriela Feliksik

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (35,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Epilog

Rozdział 1

Zosia Ratajska z ogromną dumą, ale też ze skrywanym lękiem zerkała na swoją matkę. Widziała na jej twarzy zmęczenie, ale ta, zamiast odpoczywać, chodziła od posłania do posłania i sprawdzała stan leżących w salonie rannych mężczyzn. Pani Maria zawsze przedkładała dobro innych nad swoje i dziewczyna cieszyła się, że ma taką rodzicielkę. Wiedziała, że wiele kobiet nie przejmuje się ani swoimi dziećmi, oddając je pod opiekę licznym nianiom, ani nie skupia na innych. A już na pewno nie każda przyjęłaby pod swój dach rannych powstańców i pielęgnowała z takim oddaniem, jak robiła to Maria. Zosia ocknęła się z zadumy i omiotła wzrokiem salę, w której przebywali. Kiedyś było to miejsce, gdzie urządzano wspaniałe, znane na całą okolicę przyjęcia. Okoliczna szlachta zjeżdżała się regularnie, by rozmawiać i bawić się przy akompaniamencie najlepszej muzyki i delektować wyśmienitym jedzeniem. Zdarzali się też goście naprawdę z daleka, gdyż bale urządzane przez Ratajskich były znane w całej Rzeczypospolitej. Raz nawet ponoć gościł tutaj ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski ze swoją ówczesną kochanką. Krążyły plotki o maskaradzie, którą wtedy zorganizowano na ich cześć. Niestety, nic nie zostało zapisane, więc pozostały tylko strzępy informacji przekazywane z pokolenia na pokolenie. A jak wiadomo, służba lubiła plotkować. W tych opowieściach frywolnie ubrane kobiety skrywały się po całej posesji, a panowie, na czele z królem, poszukiwali ich w licznych altankach ogrodowych. Każda zaś altanka została odpowiednio przygotowana na przyjęcie utrudzonych poszukiwaniami łowców. Ławy były wyściełane miękkimi poduchami, a na malutkich stoliczkach stały misy pełne przekąsek i dzbany z winem. Pary mogły więc ukryć się przed wścibskimi oczyma. A że relacje pozamałżeńskie zdarzały się dość często, doceniano takie miejsca jak majątek Ratajskich. Przynajmniej takie opowieści krążyły o majątku. Nowa Wola słynęła także ze znakomitych kucharzy, sprowadzanych specjalnie z Francji. Dania często potem kopiowano po dworach, a kucharze podkupywani przez sąsiadów, bo każdy chciał mieć ich w swoim domu. Przodkowie Zosi odnosili także znaczące sukcesy na arenie politycznej. Służyli jako królewscy doradcy, przebywali na licznych europejskich dworach, wiele podróżowali, ale nigdy nie zapominali o swoich dobrach. Majątek więc był zadbany i szczycił się jedną z najlepszych stadnin w kraju oraz doskonałymi zarządcami, dzięki którym ziemia przynosiła świetny dochód. Chłopi też wydawali się zadowoleni, wszelakie bunty, które przetaczały się przez Europę, jakoś zawsze omijały majątek Ratajskich. Zwłaszcza że wyzwoleni przez dziadka Zosi pracowali jako wolnorolni, bez przymusu, za ustalone wynagrodzenie i przydzieloną im ziemię, na której budowali sobie chaty. Mało który z nich decydował się opuszczać gościnne progi majątku Ratajskich, było sporo nowo przybyłych, którzy przez lata zgłaszali się z chęcią osiedlenia w Nowej Woli i to właśnie ich potomkowie zamieszkiwali wioskę leżącą w pobliżu dworu, ale nie będącą już własnością Zosi i jej matki. Niestety, sytuacja polityczna w Polsce wpłynęła bardzo negatywnie na losy ich rodzinnego domu. Po pierwszym rozbiorze Polski majątek utracił swoją świetność. Głównie dlatego, że Ratajscy byli patriotami z dziada pradziada i jawnie opowiadali się przeciwko Rosji. Brali udział w powstaniu w 1794 roku, na czele którego stanął znakomity dowódca Tadeusz Kościuszko, jak i w powstaniu 1830 roku. Majątek był więc regularnie konfiskowany i ziemie rozdzielane pomiędzy popleczników carskich. Ratajscy stracili więc dwa pomniejsze dwory, kilka wsi, stadninę koni i wiele urodzajnych pól. Aż został sam dwór, funkcjonujący tylko po części, czyli kilka pokoi, kuchnia i dawna sala balowa przerobiona już po raz drugi na szpital. Ich wierny kamerdyner Mikołaj powtarzał, że i tak mieli wiele szczęścia, że po 1830 roku nie stracili wszystkiego. A że był on u nich od zawsze, to Zosia wierzyła mu, bo ten wierny staruszek wiele przeżył i wiele widział. Dziewczyna cieszyła się, że została im mała stajnia, tylko z dwoma końmi, na więcej nie było ich stać. Utrzymanie wierzchowców było przecież wyjątkowo kosztowne. A ona kochała te zwierzęta. Dawały jej niesamowite poczucie wolności i nieraz wymykała się na którymś, galopując po pobliskich polach czy lasach. Matka drżała, gdy Zosia znikała, jednakże wierzyła w umiejętności jeździeckie swojej córki, nie miała wiec serca jej zabronić tych samotnych przejażdżek. Mieli też jedną krowę, która dawała mleko i kilka kur dostarczających jajek. Klara, ich kucharka, zarządziła także uprawianie małego ogródka, więc matka Zofii najęła jedną dziewczynę ze wsi do jego pielęgnowania. Sama też uwielbiała spędzać w nim czas. Klara, chociaż też była już w sędziwym wieku i skarżyła się na ból pleców, lubiła pielić ogródek albo nadzorowała pracę Marii, którą bardziej traktowała jak swoją córkę, niźli panią. Dzięki temu miały też świeże warzywa i zioła. We dworze nie było wielu mieszkańców. Czasy, kiedy Ratajscy zatrudniali liczną służbę, dawno już minęły. Kiedyś było kilkanaście pokojówek, kilku lokali, stajenni, panny kuchenne, ogrodnicy i parobkowie do drobnych prac. Obecnie mieszkali tu oprócz niej i matki, kamerdyner Mikołaj, który pełnił też funkcję lokaja, a przez Zosię traktowany był jak dziadek, oraz kucharka Klara, wcześniej pełniąca rolę piastunki Zosi. Maria i Zosia traktowały oboje staruszków jak członków rodziny. Czasami dorywczo przychodzili do pomocy chłopi ze wsi. Jakoś sobie radziły na tym niewielkim gospodarstwie. Wydarzenia, które miały miejsce ostatnio, sprawiły, że zdecydowały się otworzyć drzwi domu rannym powstańcom, ryzykując przy tym wiele. Maria jednak nie mogła postąpić inaczej. Dwór znowu więc posłużył za mały szpitalik. Dziewczyna pamiętała z opowieści matki, że w czasie poprzedniego powstania w 1830 roku, ta dawna sala balowa również była wykorzystywana jako lazaret dla rannych.

No ale przynajmniej na coś się przydała, pomyślała w duchu Zosia i rozejrzała po leżących na ziemi mężczyznach. Było ich dziesięciu, więc nie tak dużo. Większość z nich należałoby raczej nazwać właściwie chłopcami, tylko dwóch wyglądało na takich, co mogli ukończyć już dwadzieścia pięć lat. Jeden leżał spokojnie, patrzył całkiem przytomnie, ale właściwie się nie odzywał. Ponoć stracił w walkach jedynego brata, w dodatku widział jego śmierć, więc Zosia strasznie mu współczuła. Sama nie miała rodzeństwa, ale potrafiła sobie wyobrazić, jak wielki ból musiał odczuwać ten młodzieniec. Dlatego starała się do niego uśmiechać, bo nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć, żeby ukoić jego smutek. Drugi zaś z mężczyzn leżał nieprzytomny, nie ruszał się, a bandaże, nie tak dawno zmienione, znów przesiąkły krwią. Matka też to zauważyła, bo zbliżyła się do młodzieńca.

- Ja mu zmienię opatrunek, a ty, córeczko, podaj pozostałym wodę. Muszą dużo pić. Potem dopilnuj, żeby napalono w kominku, w sali powinno być w miarę ciepło, żeby nasi kawalerowie mogli szybko wrócić do zdrowia. Mówiłam o tym Mikołajowi, ale on ma tyle pracy, że może nie pamiętać...

Zosia posłusznie skinęła głową i zaczęła się krzątać między rannymi, podając każdemu kubek z wodą. Uśmiechała się do mężczyzn promiennie, zadawała pytania na temat ich samopoczucia, bo zależało jej, żeby zarażać ich swoją radością. Wierzyła, że dzięki temu szybciej wyzdrowieją. Jednak obserwując ich rany, widząc zmęczenie w oczach, próbowała zrozumieć, po co to wszystko. Walka o utraconą wolność wymaga ofiar, zgadzała się z tym, ale nie za taką cenę. Tylu młodych cierpiących, a jeszcze tylu straci życie. Zdawała sobie sprawę, że ten zryw pozostawi po sobie wiele załamanych rodzin, rozpaczających po stracie bliskich, ale i narazi ich na dodatkowe represje. Nie wierzyła, że ta walka doprowadzi do oswobodzenia ojczyzny. Rodzice często opowiadali jej o poprzednim powstaniu. Obaj jej dziadkowie w nim walczyli, a hrabia Ratajski został za udział w powstaniu zesłany na Sybir i zmarł po drodze z wycieńczenia i z powodu odniesionych ran, tak przynajmniej przypuszczała jego żona. Bo podróż na te dzikie tereny była okropnym wysiłkiem i niewielu ją przeżywało. Mężczyzna zapłacił największą cenę za swoje ideały. Stracił wielu przyjaciół, którzy zginęli w licznych potyczkach z Rosjanami, a sam został złapany i zesłany. Babcia ponoć chciała za nim podążyć. Zwyciężył jednak strach o dzieci. Była już w końcu matką jednego dziecka, a drugie nosiła pod sercem. Dziadek nigdy nie poznał drugiego potomka. Dowiedział się tylko, że żona jest w błogosławionym stanie i musiał ją opuścić. Tata też słabo pamiętał ojca, był młody, kiedy ten zniknął z jego życia. Więc nie opowiadał o dziadku ani Zosi, ani nie wspominał o nim swojej żonie Marii. Po prostu nie znał go, słyszał jedynie o nim opowieści. Wychowywały go głównie kobiety, a kiedy zaraz po urodzeniu zmarła jego maleńka siostrzyczka, babcia całą miłość przelała na niego. I babcia, chociaż patriotka, starała się wychowywać syna mądrze, przestrzegając przed bezmyślnym buntem. Zosia pamiętała ją jako mądrą i spokojną kobietę, która nie obawiała się głosić swoich przekonań, ale prosiła, żeby walczyć o wolną Polskę z rozwagą. Tata więc raczej organizował potajemne spotkania, wieczory z przyjaciółmi, na których wspólnie czytali dzieła polskich autorów, modlili się, czy zastanawiali, jak uderzyć w cara, ale wszystko odbywało się w zaciszu dworskich bibliotek. Potem dołączyła do niego Maria, matka Zosi i oboje prowadzili otwarty dom, w którym dyskutowano o ciężkiej sytuacji Polski. Dlatego dziewczyna, która od dziecka wszystkiemu się przysłuchiwała, kochała swoją ojczyznę, uważała jednak, że bezsensowny rozlew krwi nie przywróci jej niepodległości.

Polska już przecież tyle wycierpiała, chociażby w ostatnich miesiącach. W czasie licznych manifestacji i pochodów organizowanych w 1860 roku w Warszawie, kiedy domagano się od cara reform i większej swobody obywatelskiej, zginęło wiele osób. Zosia nie widziała na oczy tych protestów, w Warszawie nigdy nie była, obie z matką praktycznie nie opuszczały dworu, jednak docierały do nich stamtąd wiadomości. Rosjanie nie oszczędzili nikogo, więc kraj pogrążył się w żałobie. Naród przywdział czerń, nawet kobiety nie protestowały i decydowały się na ubrania w tym kolorze. A w Królestwie Polskim działo się coraz gorzej. Liczne garnizony rosyjskie, ograniczone przywileje, zakaz demonstrowania polskości i nagradzanie tylko tych, którzy byli posłuszni Moskalom, powodowały coraz większe niezadowolenie wśród ludności. Wprawdzie duża część kobiet narzekała z powodu konieczności noszenia żałobnych sukien, jednak były i takie, jak Zosia i jej matka, które głęboko przeżywały sytuację w kraju, dlatego kiedy w styczniu 1863 roku Polacy postanowili po raz kolejny zawalczyć o swoją wolność i niepodległość, czuły się rozdarte. Nie wierzyły, że taka garstka może coś wskórać, no i bały się, że ten zryw pociągnie za sobą wiele niewinnych ofiar. Zwłaszcza że nie była to decyzja podjęta przez cały naród, raczej akcja wywołana przez grupę arystokratów i szlacheckich synów. Pretekstem do wybuchu walk stała się przymusowa branka młodych Polaków do wojska rosyjskiego. Margrabia Wielopolski, bojąc się konfrontacji niezadowolonych odbieraniem przywilejów rodaków z Rosjanami, postanowił w ten sposób ukrócić działania konspiracyjne. Tydzień po wcieleniu do wojska siłą tysiąca młodych Polaków, spiskowcy zaatakowali w nocy z 22 na 23 stycznia kilka rosyjskich garnizonów stacjonujących w Warszawie. Nie byli odpowiednio uzbrojeni, ale mieli przy sobie manifesty ogłaszające wybuch powstania, uwłaszczeniowy i znoszący bariery stanu.

Z racji na znaczną liczebną i zbrojeniową przewagę wroga powstanie od samego początku przyjęło charakter partyzancki. Dochodziło jednak do drobnych starć, bitew, jak chociażby zwycięska potyczka stoczona początkiem lutego 1863 roku pod Węgrowem. Obie panie wiedziały o przebiegu powstania w tych pierwszych dniach od przyjaciela rodziny, Jana Matlińskiego, który, tak się złożyło, był jednym z przywódców powstania.

Ponieważ rodowe ziemie Zosi znajdowały się nieopodal Węgrowa, gdzie niedawno rozegrała się krwawa bitwa, matka bez wahania, na prośbę Jana, zgodziła się przyjąć kilku rannych powstańców. On sam też został lekko draśnięty, także leżał w dawnej sali balowej i obserwował swoich ludzi.

To właśnie nad nim nachylała się matka, kiedy ją zawołała:

- Zosieńko, podaj mi proszę czyste bandaże, muszę zmienić opatrunek panu Janowi. - Z czułością uśmiechnęła się do leżącego, a ten odwzajemnił się jej uśmiechem pełnym wdzięczności. Znali się już od lat, łączyła ich prawdziwa przyjaźń, dlatego pomimo ogromnego ryzyka przyjęła powstańców pod swój dach. To w końcu Jan pomagał jej przez pierwsze miesiące po śmierci męża, kiedy Zosia miała zaledwie sześć lat. Tadeusz zmarł na serce, od małego miał z nim problemy. Maria początkowo nie wiedziała, co zrobić, jak ma sobie sama poradzić z dzieckiem, no i z majątkiem, na szczęście wtedy pojawił się Jan. Przyjaciel męża, uczestnik ich patriotycznych spotkań, znali się więc z Marią bardzo dobrze. Żal mu się zrobiło wdowy z małą córeczką. Służył więc wsparciem w zarządzaniu gospodarstwem, doradzał przy wyborze zaufanych służących, których i tak potem trzeba było zwolnić, no i od lat trwał przy nich, a Zosia podejrzewała nawet, że kocha się w jej matce. Miał jednak żonę, dlatego nigdy nie okazywał żadnego innego uczucia do Marii prócz serdecznej przyjaźni. Dziewczyna jednak, lubiąca zaczytywać się w miłosnych opowieściach, dostrzegała w oczach tych dwojga coś więcej. Małżeństwo było jednak instytucją świętą, dlatego podziwiała po prostu platoniczną więź między matką a wujaszkiem, bez doszukiwania się szczęśliwego zakończenia.