Zosia - Beata Kępińska

-
Proszę czekać

Nazywam się Zofia Trzecińska. Przyszłam na świat na łódzkich Bałutach, prawdopodobnie pod koniec lutego lub na początku marca 1895 roku. Tak przynajmniej twierdziła mama, a tata jak zwykle się z nią zgadzał, choć przyznawał, że dokładnie nie pamięta, gdyż wkrótce potem urodziła się Mania i oba te wydarzenia jakoś mu się pomieszały. Ochrzczono mnie w domu, na razie tylko wodą, i nie sporządzano metryki, ponieważ robiłam wrażenie słabowitej. Mama bała się nieść mnie do kościoła, bo akurat zima w swojej końcówce dała się mocno we znaki; spadło dużo śniegu i zapanował mróz, który trzymał aż do Wielkanocy. Po świętach z kolei mama źle się czuła, a wkrótce okazało się, że znów jest w ciąży. Odłożono zatem mój chrzest do czasu narodzin tego następnego, czwartego już z kolei dziecka, by obmyć nas razem w kościele z grzechu pierworodnego.

Marianna urodziła się duża, zdrowa i silna w styczniu 1896. Po trudnym porodzie mama słabowała nieco dłużej niż poprzednio, więc rodzice pomyśleli o chrzcie, moim i siostry, dopiero wiosną. Tata widocznie niezbyt jasno tłumaczył proboszczowi, że chce ochrzcić urodzone w różnym czasie córki, albo ksiądz czegoś nie dosłyszał, w każdym razie zostałyśmy obie wpisane do kościelnego rejestru jako urodzone 17 kwietnia 1896 roku. W ten sposób stałyśmy się dziwnymi bliźniaczkami. Gdy ja zaczynałam już chodzić, siostra ledwie podnosiła głowę. Mania, chcąc chyba szybko zniwelować tę moją początkową przewagę, rosła jak na drożdżach i rozwijała się prędko. Wkrótce więc zaczęto ją postrzegać jako tę starszą.

Moi rodzice, Stanisław Trzeciński i Paula z domu Pankoenick, pochodzili z zupełnie innych światów. Pobrali się wbrew woli rodziców mamy, którzy byli Niemcami z pochodzenia i zagorzałymi ewangelikami. Na tereny zdobyte przez Prusy w wyniku drugiego rozbioru Polski przybyli ze Szwabii pod koniec XVIII wieku i początkowo osiedli w Brzezinach. Ojciec mamy, Gustaw, ożenił się z córką właściciela małej łódzkiej manufaktury tkackiej. Na działce teścia położonej w centrum miasta przy ulicy Spacerowej wybudował ładny dom, a przy nim sporą piekarnię.

Wielu Niemców, którzy przyjechali do nas z różnych tamtejszych krain, wkrótce silnie związało się z nową ziemią i jej mieszkańcami. Jednak w domu naszych dziadków jeszcze po przeszło stu latach nadal mówiło się po niemiecku, a Polacy traktowani byli jako ludzie pośledniejszego gatunku. Choć Stanisław Trzeciński dobrze mówił po niemiecku, gdyż dzieciństwo oraz wczesną młodość spędził na terenie zaboru pruskiego w Śremie, i jako dyplomowany mistrz kotlarski zarabiał całkiem godnie, nie był przez Pankoenicków pożądanym kandydatem do ręki ich najmłodszej córki.

Gustaw uważał, że w Łodzi i okolicy mieszka wystarczająco dużo czystej krwi Niemców, żeby każda z jego trzech córek mogła wybrać sobie spośród nich odpowiedniego męża. Poza tym był bardzo przywiązany do swego wyznania i nie wyobrażał sobie, by jego wnuki miały być papistami. Tymczasem ten bezczelny Polak, który w metryce chrztu nie miał nawet wpisanego nazwiska ojca, co oznaczało, że jest bękartem, prosząc o rękę Pauli, od razu odmówił przejścia na protestantyzm i zastrzegał sobie, że ślub może wziąć tylko w obrządku katolickim. Nic dziwnego, że pomimo płaczów i histerycznych omdleń ukochanej córki, Gustaw Pankoenick powiedział stanowcze "nie".

Paula była wprawdzie słabego zdrowia - cierpiała na dychawicę - ale za to zwracała uwagę delikatnością rysów, zgrabną figurą i niepospolitym wdziękiem. Ojciec liczył na to, że trafi się jej lepszy kandydat na męża niż ten polski bękart. Po groźnej reprymendzie wysłano ją zatem do domu dziadków w Brzezinach i surowo zakazano nawet myśleć o Stanisławie. Działania te okazały się jednak chyba nieco spóźnione i w miesiąc później odbył się w katolickim kościele cichy ślub obojga młodych. Wesela nie było. Można się domyślać, jakie to okoliczności złamały opór rodziny Pankoenicków, lecz mnie jako córce Pauli nie wypada o tym pisać. W każdym razie już w kilka miesięcy po ślubie w 1889 roku przyszedł na świat mój najstarszy brat Roman.

Rodzina Pankoenicków nie darowała wyrodnej córce takiej zniewagi i pozbawiła ją posagu, a rodzice odtąd traktowali ją jak powietrze. Nigdy nas nie odwiedzili i my także nie bywaliśmy w ich domu. Sporadycznie zjawiały się u nas tylko siostry mamy, gdy rodził się bądź umierał ktoś w ich familii. Rozmawiały z mamą po niemiecku, więc my, dzieciaki, nie mogliśmy nic zrozumieć. Zresztą ciotki nie zwracały na nas najmniejszej uwagi i podobnie traktowały naszego tatę.

Mimo tej przykrej sytuacji małżeństwo moich rodziców było bardzo zgodne i szczęśliwe. Rodzice okazywali sobie nie tylko szacunek i przywiązanie, lecz także w każdym ich geście i słowie widać było gorące uczucie. Nawet kiedy mieli już sporą gromadkę dzieci, można było ich często zobaczyć przytulonych do siebie i namiętnie się całujących. Po takich gorących pieszczotach udawali się razem do pokoiku na górce, który tata wygrodził z części strychu. Zamykali się tam przed nami czasami nawet w środku dnia, zwłaszcza w niedzielę. Mama z górki schodziła łagodniejsza, radosna i pełna energii.

Nasza rodzicielka nie miała zbyt wiele sił, ale wciąż krzątała się żwawo po domu. Bardzo lubiła porządek i chciała, żeby wszystko lśniło czystością. Dzień miała wypełniony sprzątaniem, gotowaniem, szyciem i opieką nad nami. Nie chodziła na ploteczki do sąsiadek, nie wpadały też do niej żadne kumy, a i do nas nie za wiele się odzywała. Zajmowała się szyciem, więc musiała rozmawiać z klientkami, ale w stosunku do nich była bardzo konkretna. Nie poruszała innych tematów niż te dotyczące szycia. Ożywiała się wyraźnie, stawała się rozmowna i śmiała się głośno dopiero wtedy, gdy ojciec wracał z pracy.

Mama do końca życia mówiła z twardym akcentem niemieckim. Głos jej wydawał mi się ostry, czasami wręcz nieprzyjemny. Ale kiedy odzywała się do ojca, ściszała go i tak modulowała, że stawał się pełen słodyczy. Zupełnie inaczej zwracała się do nas, zwłaszcza do córek. Właściwie nie krzyczała na nas, ale ostro instruowała, co i jak mamy zrobić. Niby się jej nie bałyśmy, lecz na wszelki wypadek wolałyśmy być posłuszne. Choć starałyśmy się każdą pracę wykonywać solidnie, to i tak dość często bywała niezadowolona. Skarżyła się na nas ojcu, a nawet domagała, by karał nas laniem. Potrzebowała takiego egzekutora, gdyż jej samej brakowało sił.

Dyscyplina, czyli specjalny przyrząd do karania dzieci, wisiała w kuchni, na gwoździu wbitym we framugę drzwi, zawsze gotowa do użycia. Składała się z drewnianego trzonka i przytwierdzonych doń kilku rzemyków. Zadawane nią razy bywały bolesne i zostawiały czerwone pręgi na siedzeniu. Nasz ojciec jednak nie bywał porywczy i nie chciał nas bić. Wolał z dziećmi rozmawiać, tłumaczył, co jest złe, a co dobre. Czasem jednak dla świętego spokoju i w trosce o zdrowie mamy sięgał po dyscyplinę. Kazał się wtedy winowajcy kłaść na taborecie i bił przeważnie niewinny stołek, a dziecko i tak wrzeszczało jak zarzynane.

Mieszkaliśmy przy ulicy Zgierskiej, w niewielkim, drewnianym domku wynajmowanym od Lejzera Bronickiego, Żyda, który posiadał więcej takich domów oraz jeszcze dwie duże kamienice. Jak na łódzkie warunki mieliśmy duże i dobre mieszkanie. Składało się z dwóch pokoi z kuchnią oraz tego pokoiku na strychu, o którym już wspominałam. Za kuchnią znajdowała się jeszcze mała spiżarka. Niewielu robotniczym rodzinom mieszkającym w sąsiedztwie powodziło się tak dobrze. Tata co miesiąc zarabiał trzydzieści rubli w złocie, a mama szyciem i haftowaniem dorabiała jeszcze przynajmniej połowę tego co on. Miała wiele klientek, a wśród nich były nawet bardzo eleganckie damy. Gdyby nie jej nasilająca się okresowo dychawica oraz konieczność zajmowania się coraz liczniejszym potomstwem, mogłaby swoją pracą znacząco wspierać domowy budżet.

Miałam poczucie, że żyjemy godnie i dostatnio. Nie brakowało nam nigdy jedzenia, mieliśmy w domu ładne sprzęty i byliśmy porządnie ubrani. Oprócz codziennego odzienia posiadaliśmy też stosowne do pory roku elegantsze ubrania świąteczne, do kościoła i na spacer. Rodziców stać było nawet na rozrywki. Chodzili na różne festyny do parków oraz na organizowane w salach tanecznych zabawy. Z rzadka, ale bywali także w teatrze. Tata bardzo lubił kulturalne spędzanie czasu, lecz mama zawsze miała obiekcje, że jest to marnowanie pieniędzy, bo bilety do teatru były drogie.

W lecie rodzice zabierali nas niekiedy do parku Helenów. Tam również trzeba było kupować bilety wstępu, ale za to można było obejrzeć dzikie zwierzęta oraz różne ciekawe pokazy i wystawy. W tym parku pierwszy raz widziałam, jak w niebo wznosi się wypełniony podgrzanym powietrzem ogromny balon. Zazdrościłam śmiałkom, którzy w koszu zawieszonym pod balonem wybrali się w podniebny rejs. Tata chciał zapytać, ile trzeba zapłacić za taką przyjemność, ale mama zaraz go stamtąd odciągnęła, mówiąc, że umarłaby ze strachu o niego.

Uwielbiałam chodzić z ojcem po alejkach w Helenowie. Tata wyróżniał się urodą, a elegancją dorównywał wielu spacerującym tu, a na pewno zamożniejszym od niego panom. Kiedy przez chwilę nie było przy nim nas i mamy, przechodzące obok damy przyglądały mu się zalotnie spod woalek i rond swoich ogromnych kapeluszy. Nasz ojciec ubierał się bowiem inaczej niż robotnicy, których znałam. Nie wychodził na ulicę bez melonika, rękawiczek z miękkiej, giemzowej skórki i laseczki ze srebrną gałką. Buty musiał mieć zawsze dokładnie wyglancowane, a najbardziej lubił nosić lakierki. Chodził lekko, niemalże tanecznym krokiem. Kiedy miał na sobie wyjściowe, mocno dopasowane spodnie sztuczkowe i krótszy z przodu, a wydłużony z tyłu tużurek z aksamitnym kołnierzem, widać było, jak zgrabną ma sylwetkę, wąskie biodra i ładnie rozszerzający się ku górze tors.

Sąsiedzi i koledzy z pracy trochę pokpiwali z niego, że nosi się, jakby był jakimś paniczykiem albo wysoko postawionym biuralistą. Sprawiał wrażenie człowieka wykształconego. Potrafił nie tylko poprawnie się wysłowić, lecz także pisać po polsku, niemiecku i po rosyjsku. Przestrzegał dobrych manier i starał się je wpoić także nam. Zwyczaje miał też nieco inne niż większość robotników. Po alkohol sięgał rzadko i pił z umiarem, dużo natomiast kupował i czytał gazet oraz książek, również tych zakazanych przez carską cenzurę.

Gdybym była chłopcem, pewnie starałabym się go we wszystkim naśladować, ale niestety miałam pecha urodzić się dziewczyną i to jedną z wielu w naszej rodzinie. Oczkiem w głowie obojga rodziców był ich pierworodny syn. Tata od początku zaplanował, że Roman otrzyma wykształcenie i na ten cel odkładał pieniądze. My, dziewczyny, od małego uczyłyśmy się przy mamie opieki nad dziećmi i różnych zajęć domowych. Podporą dla mamy w krawiectwie była Stasia, młodsza od Romana o trzy lata, a starsza ode mnie o trzy.

Ja nie wyróżniałam się niczym specjalnym i właściwie za nic mnie nie chwalono. Byłam poważna i zrównoważona, podobnie jak starsza siostra, którą uważałam za wzór do naśladowania. Tyle że Stasię mama ceniła za talent do igły, a mnie ganiła za nadmierną religijność i nieśmiałość. Mania natomiast miała usposobienie z piekła rodem. Chyba powinna być chłopcem, bo najbardziej odpowiadały jej chłopięce psoty i zabawy. Wciąż coś psuła, komuś dokuczała, niczego się nie bała i nikogo nie słuchała. Ze wszystkich dzieci to ona najczęściej dostawała lanie. Czasami i na mnie ściągała burze, bo przecież od tych podwójnych chrzcin właściwie stale przebywałyśmy razem.

Mama narzekała, że przez Mariannę czuje się ciągle podenerwowana i zmęczona. Kiedy po trzech latach zaszła w następną ciążę, to nawet głośno prosiła Pana Boga, żeby dziecko było spokojne. W 1900 roku, w którym przepowiadano koniec świata, urodził się naszym rodzicom następny syn. Radość ojca była wielka, a zatem szczęście mamy ogromne. Ojciec był wówczas aktywnym członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej, a zatem dla swojego syna wybrał imię Józef, na cześć Piłsudskiego.

Towarzysz Wiktor, bo taki pseudonim konspiracyjny nosił Piłsudski, od przeszło roku mieszkał w Łodzi przy Wschodniej i wydawał tam nielegalne pismo "Robotnik". W lutym 1900 roku, miesiąc przed urodzeniem się naszego Józia, drukarnia została wykryta przez policję, a jej redaktor aresztowany. Nasz ojciec zajmował się między innymi kolportażem tej gazety. Przynosił wówczas do domu pliki ulotek, a sterty gazet i różnych zakazanych lektur leżały u nas na strychu. Mama z tego powodu żyła jak na wulkanie i błagała, by tata zaprzestał tej działalności. Obawiała się, że któregoś dnia carscy żandarmi wpadną do nas, aresztują tatę, a może także i ją. Drżała, gdy tylko ktoś zapukał do naszych drzwi i wciąż zdawało jej się, że widzi spacerujących pod oknami tajniaków. Tata jednak twardo odmawiał, do momentu, gdy na naszego Józia przyszła nagła i ciężka choroba.

Braciszek już uczył się chodzić i wyraźnie mówił "mama", gdy zachorował na zapalenie opon mózgowych. Lekarze byli przekonani, że dziecko nie przeżyje, ale Józio jakimś cudem wyżył. Tylko że stał się już całkiem na wszystko obojętny. Leżał jak kawałek drewna i nie potrafił nawet sam podnieść głowy. Nie mówił, a jedynie dziwnie kwilił. Wciąż trzeba go było pilnować, żeby nie zakrztusił się jedzeniem albo nawet własną śliną. Kołysałyśmy go w kolebce, woziłyśmy w wózku specjalnie dla niego zrobionym przez tatę. To głównie ja go niańczyłam, bo Stasia była zajęta szyciem, a Mania zbyt roztrzepana.

W 1902 roku urodziła się nam dziewczynka, której dano na imię Julianna. Była bardzo podobna do mamy, taka jaśniutka i śliczna - prawdziwy aniołek. Oschła w stosunku do starszych córek mama okazywała jej naprawdę dużo czułości. Rozpieszczał ją tata, a nawet Roman, który wszystkie dziewczyny traktował z wyższością, do tej małej miał słabość i dosłownie nosił ją na rękach. Jej jednak to nie zepsuło, rosła cichutka i nieśmiała, nie sprawiając właściwie żadnych problemów. A kiedy tylko trochę podrosła, mama miała z niej, jak ze Stasi, dużą wyrękę, bo Jula także uwielbiała szyć i wykazywała w tej dziedzinie staranność i zręczność, jakich trudno było oczekiwać od dziecka.

Jula miała cztery lata, gdy na świat przyszedł trzeci z kolei w naszej rodzinie chłopiec. Choć tata kochał swoje córki, to jednak narodziny syna dawały mu dużo więcej satysfakcji. W roku 1906 wiosną radowaliśmy się, chrzcząc Czesia, a jesienią pochowaliśmy nieszczęsnego Józia. Czesio na szczęście był zdrów, miał znakomity apetyt i wciąż głośno domagał się karmienia. Podobny był trochę do mamy, a trochę do taty. Ale z usposobienia to chyba najbardziej do Mani, bo też roznosiła go energia. Zanim skończył rok, umiał już chodzić, a wkrótce potem biegać. Stale coś tłukł, rozlewał, ściągał na siebie, a my musiałyśmy opatrywać mu głowę, kolana i łokcie, a także naprawiać szkody. Tata z dumą patrzył na tego niesfornego chłopaka i mówił, że potrzebni są właśnie tacy silni, zdecydowani i odważni mężczyźni, żeby w przyszłości nie wahali się walczyć o wolność ojczyzny. Mama zaś dodawała z uśmiechem, że lepiej, żeby nie musiał o nic walczyć. Była dla tego ancymonka tak samo łagodna jak dla Romana i nigdy nie dała mu nawet klapsa. W stosunku do dziewczyn nie bywała tak wyrozumiała.

Józio zmarł w nocy. Nikt z nas nawet nie zauważył, kiedy to się stało. Lekarz powiedział, że on i tak, dzięki naszym staraniom, długo żył. Mama na co dzień nie poświęcała mu zbyt wiele czasu i uwagi, ale bardzo przeżyła jego śmierć. Może nie mogła sobie darować, że spała i nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wciąż powtarzała, że pewnie cierpiał, a ona mu nie pomogła. To ciągłe rozpamiętywanie sprawiło, że osłabła. Nie miała siły do szycia ani sprzątania. Dużo polegiwała w łóżku i choć nie męczyły jej wtedy zbyt częste ataki dychawicy, to nie chciała wyjść na spacer nawet z tatą.

Trwało to wiele miesięcy, a potem nagle ją ten smutek opuścił i ze zdwojoną energią zabrała się za porządki. Minęło jeszcze trochę i Mania zauważyła, że mama, choć blada jeszcze na twarzy, znacznie przytyła w pasie. I tak na początku zimy 1908 roku powitaliśmy na świecie niezwykle piękną dziewczynkę. Michalinka była chyba najładniejszym dzieckiem na świecie. Miała czarniutkie, mocno kręcone włoski, wielkie zielone oczy i buzię z uroczymi dołeczkami w policzkach. Zachwycały się nią wszystkie sąsiadki, a nawet całkiem obce osoby przystawały przy wózku i aż kręciły głowami z zachwytu. Choć radość z narodzenia Michalinki była bardzo duża, to któregoś dnia mama, spoglądając w lustro, stwierdziła ze smutkiem, że czuje się już stara i wolałaby, żeby Bóg nie dawał jej więcej dzieci.

Ojciec naturalnie gorliwie zaczął ją przekonywać, że nadal wygląda jak młoda dziewczyna i on nie zna piękniejszej niż ona kobiety. Mama się śmiała, ale już jakby coraz mniej chętnie dawała się ojcu zaciągnąć na stryszek. Po pięciu latach powiła nam jednak jeszcze jedną dziewczynkę. To dziewiąte z kolei dziecko naszych rodziców urodziło się nieco przedwcześnie i było malutkie jak okruszek. Baliśmy się, że zaraz umrze albo będzie ułomne jak Józio. Hania jednak przeżyła najtrudniejsze pierwsze tygodnie i potem rozwijała się całkiem normalnie, choć pozostała już taka delikatna i filigranowa. Ona jako jedyna z nas nie urodziła się w tym drewnianym domku przy Zgierskiej, bowiem rodzice wyprowadzili się na wieś.

Nie mogę się skarżyć, miałam dobre dzieciństwo, bezpieczny dom, byłam zawsze syta i czysto, ładnie ubrana. Dzieci zwykłych robotników nieczęsto miały w tamtych czasach tyle szczęścia. Nasz ojciec szanował mamę i nigdy się nie awanturował, co, niestety, robiło wielu mężczyzn z naszego sąsiedztwa. Nam poświęcał dużo czasu, uczył właściwego zachowania, panowania nad sobą i dobroci wobec słabszych. Mama była bardziej niecierpliwa i nerwowa, ale to pewnie wynikało z jej choroby. Gdy zamykam oczy, by przywołać jakiś obraz z dzieciństwa, widzę ją siedzącą przy otwartym, nawet w największy mróz, lufciku i oddychającą ciężko. Łódzkie powietrze było fatalne. Wokoło dymiło mnóstwo kominów fabrycznych, a podwórka śmierdziały wychodkami i wylewanymi do rynsztoków pomyjami. Mamie zatem strumień tego zimnego i zanieczyszczonego powietrza nie przynosił żadnej ulgi. Chorowała od dziecka na astmę, a mimo to urodziła aż dziewięcioro dzieci. Oczywiście, starsze dzieci, zwłaszcza dziewczęta, musiały pomagać jej w pracach domowych, ale tak było we wszystkich wielodzietnych rodzinach, które nie mogły sobie pozwolić na służbę. Nie obciążano nas jednak ponad nasze siły, mieliśmy również czas na zabawę.

Nasz tata, co było na owe czasy dość niezwykłe, wykonywał wiele tak zwanych kobiecych obowiązków. Pamiętam go robiącego przepierki, szorującego i pastującego podłogi oraz zmywającego statki. A w sobotę wieczorem obowiązkowo stawiał na piecu wielkie sagany z wodą i szykował dla wszystkich kąpiel. Do niego należało także mycie długich i grubych warkoczy córek. Używało się do tego celu szarego mydła, a potem płukało włosy wodą z octem. Z czystą już głową każda z nas podchodziła do mamy, która siedząc na łóżku, rozczesywała nam mokre włosy dużym, metalowym grzebieniem, a przy okazji sprawdzała, czy nic się w nich nie zalęgło. Następnie wcierała nam we włosy trochę nafty, po której rosły grube i mocne, a jej paskudny zapach działał zniechęcająco na robactwo.

Bardzo tego nie lubiłyśmy, dlatego, kiedy dziewczynka wkraczała w wiek panieński, mama po użyciu nafty skrapiała jej głowę swoją mocno pachnącą wodą kwiatową. Potem zaplatała nam wilgotne jeszcze włosy w warkocze i zawiązywała na głowach białe, bawełniane chusteczki, tak zwane rogówki. Wodę z mydłem po umyciu włosów wykorzystywało się do kąpieli. Wchodziłyśmy po kolei do dużej, drewnianej balii, poczynając od najmłodszej do najstarszej. Tata w tym czasie wychodził z kuchni, a mama sama nadzorowała dalsze mycie dziewcząt. Na końcu kąpał się Roman. Józia, nawet gdy miał już kilka lat, trzeba było myć oddzielnie jak niemowlaka. To również brał na siebie ojciec.

Po kąpieli, gdy kuchnia była już wysprzątana, a wciąż mocno nagrzana, siadaliśmy wokół dużego stołu. Dziewczynki w tych białych chustkach i w długich koszulach nocnych wyglądały jak aniołki. W pewnym momencie ojciec nakazywał spokój, otwierał książkę i zaczynał czytać głośno wybraną dla nas lekturę. Najpierw były to baśnie i wiersze dla maluchów. Potem starsze dzieci słuchały na przykład ballad Mickiewicza, łatwiejszych utworów Słowackiego czy czegoś z Asnyka. Niektórych wierszy, zwłaszcza patriotycznych, tata kazał uczyć się na pamięć. Na końcu takiego posiedzenia, w części przeznaczonej tylko dla najstarszych, odbywała się nauka historii ojczystej ze Śpiewów historycznych Niemcewicza. Wolałam jednak, kiedy ojciec albo Romek czytali nam fragmenty powieści Kraszewskiego, Sienkiewicza, Orzeszkowej czy Prusa albo ich całe krótkie utwory.

Tata, czytając, robił długie dygresje i wiele nam objaśniał. Stasia z Manią często przysypiały na tych wykładach, a ja słuchałam, nie chcąc uronić ani słówka. Miałam ambicje wiedzieć tyle, co Roman. Byłam zazdrosna o to, że Romek chodzi do prawdziwej szkoły. Najbardziej złościłam się na brata, gdy czasami, zastępując ojca w tym sobotnim nauczaniu patriotycznym, zadawał nam pytania, na które nie mogłyśmy znać odpowiedzi. Strasznie się wtedy nadymał i wymyślał nam od ciemniaków.

Tak, byłyśmy ciemniakami, ale przecież nie z własnej winy, skoro nie posyłano nas do szkoły. W naszym środowisku nikogo nie dziwiło, że dziewczyny się nie uczą. Dużo kobiet i dziewcząt z sąsiedztwa nie umiało się nawet podpisać. Nasza rodzina była jednak inna. Ojciec przez trzy lata uczęszczał do niemieckiego gimnazjum, ale szkoły tej nie ukończył z powodu tarapatów, w jakie popadli jego opiekunowie. Skończył natomiast w Śremie szkołę rzemieślniczą. Jego dyplom mistrza kotlarstwa oprawiony w złocone ramki wisiał na ścianie w pokoju stołowym. Poza tym tata stale coś czytał, kupował książki i je także wypożyczał. Mama ponoć też odebrała jakąś podstawową edukację w języku niemieckim, ale nigdy nie widziałam jej z książką w ręku, ani niemiecką, ani polską. Przeglądała za to francuskie żurnale, choć nie znała francuskiego, ale nauczyła się korzystać z zamieszczanych tam wykrojów.

Mamie umiejętność czytania nie za bardzo przydawała się w życiu, dlatego zapewne uważała, że i córkom nie będzie potrzebna. Kiedy więc tata delikatnie wprowadzał do rozmów temat wysłania starszych córek do szkoły, mama natychmiast zaczynała narzekać na zdrowie i biadoliła, że nie da sobie bez nas rady z szyciem i młodszymi dziećmi. Stasia zatem siedziała w domu i robiła fastrygi, obrzucała szwy i obdziergiwała dziurki do zapinania guzików. Ja najwięcej czasu spędzałam przy Józiu, a Mania latała na posyłki. Śmigała po kilka razy na dzień do Żyda po sprawunki, odnosiła bliżej mieszkającym klientkom uszyte już rzeczy i wcale sobie tego nie krzywdowała. Miała dzięki temu więcej swobody i znajomości wśród dzieci z okolicznych podwórek.

Ja także lubiłam wyprawy poza nasz dom, bo na ulicy, na targu czy na podwórzach dużych kamienic, kryjących w głębi jeszcze oficyny, działo się znacznie więcej ciekawych rzeczy niż u nas. Jeśli mama nas chwilowo nie potrzebowała w domu, to mogliśmy się pobawić z dzieciakami z sąsiedztwa. W okolicznych domach mieszkało wielu Żydów, więc naszymi towarzyszami zabaw były ich śniade i czarnookie dzieci.

Roman, od kiedy zaczął uczęszczać do Rosyjskiego Gimnazjum Rządowego, mieszczącego się przy Mikołajskiej 44, niewiele czasu spędzał już na podwórkowych zabawach. Uważał chyba, że nie ma tam właściwego dla niego towarzystwa. Dużo się uczył i sporym nakładem pracy utrzymywał się na pozycji klasowego prymusa, dlatego rodzice bogatszych uczniów zapraszali go do swoich domów, by pomagał ich słabiej radzącym sobie w nauce synom. Roman nie brał za to pieniędzy, wystarczała mu satysfakcja.

Bardzo pragnęłam mieć, jak on, książki, kajety, raniec, mundurek i uczniowską czapkę. Marzyłam o pójściu do szkoły, choćby tej rosyjskiej, gdzie nie wolno było powiedzieć ani słowa po polsku. Kiedyś wyciągnęłam z tornistra brata kajet do języka rosyjskiego i próbowałam na pakowym papierze ołówkiem odwzorowywać zapisane przez niego wyrazy. Bukwy wychodziły mi nawet dość zgrabne, ale nie miałam pojęcia, jak je odczytać. Potem jednak zapomniałam spakować mu ten kajet i Roman oberwał pałę. Po powrocie ze szkoły awanturował się i płakał na zmianę, dopóki tata nie użył dyscypliny i nie przetrzepał mi tyłka. Wtedy dopiero usatysfakcjonowany kujon się uspokoił. Ponieważ podczas bicia rzemyki paręrazy dosięgły moich pośladków, tata następnego dnia kupił mi na pocieszenie gruby brulion i przybory do pisania. Odwzorowywałam już odtąd drukowane litery z wierszyków, które umiałam na pamięć. Ćwiczyłam w ten sposób rękę i bezwiednie nauczyłam się czytać.

Moje marzenie o rozpoczęciu nauki szkolnej w końcu się urzeczywistniło, lecz niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Nie była to bowiem prawdziwa szkoła, a w dodatku cała ta edukacja trwała bardzo krótko.

Otóż około 1902 roku, w kamienicy przy Starym Rynku, czyli całkiem niedaleko od nas, zamieszkały dwie zubożałe damy, matka i córka. Przybyły skądś ze wschodu, co zdradzała ich specyficzna, śpiewna wymowa. Nikt dokładnie nie wiedział, co je wygnało z rodzinnych stron i przywiodło właśnie do naszej fabrycznej Łodzi. Wkrótce tak zwaną pocztą pantoflową rozeszła się po okolicy wieść, że ta młoda jest prospołecznie usposobioną patriotką i za niewielką opłatą naucza po polsku, rzecz jasna potajemnie, dzieci z rodzin robotniczych. Tata, dowiedziawszy się o tym, postanowił zapisać na te komplety najstarszą córkę, która miała już przeszło dziesięć lat i wciąż była analfabetką. Przeglądał potem jej zeszyty, przepytywał z tego i owego i widać był zadowolony z postępów Stasi, bo zdecydował, że po Nowym Roku także ja i Marianna będziemy się uczyć u panny Anny Wolskiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki