Prolog
Zapiski z wyprawy, 12 lutego 1988 r.
W samo południe wylądowaliśmy na Sun Glacier. Podczas lotu pozbyłem się
francowatego kaca, a roztaczające się wokół widoki przywołały mnie do
rzeczywistości. Niebo czyste, błękitne jak kryształ. Tego typu błękit
wciskają na widokówki, a chcąc jeszcze bardziej skusić turystów, dodają
delikatną mgiełkę wokół zimnego, białego słońca. Zakładam, że to dobry
znak i rzeczywiście powinienem wybrać się na wspinaczkę. Wiatr wieje z prędkością około dziesięciu węzłów, balsamiczne powietrze może mieć
około dwudziestu stopni poniżej zera. Lodowiec jest szeroki jak dupa
Kurwiastej Kate i zimny jak jej serce.
Muszę przyznać, że Kate ładnie nas wczoraj pożegnała. Nawet dała nam
coś, co można by nazwać grupową zniżką.
Nie mam pojęcia, co my tu, do diabła, robimy, chociaż z drugiej strony
każdy człowiek musi gdzieś być i coś robić. Zimowa wspinaczka na No Name
jest tak samo dobra jak wszystko inne, a może nawet lepsza.
Mężczyzna musi od czasu do czasu wybrać się na tygodniową wyprawę w poszukiwaniu przygód, jednak pod warunkiem, że owe przygody nie mają nic
wspólnego z alkoholem i rozwiązłymi kobietami. Jakże inaczej można
doceniać alkohol i kobiety, jeśli czasem się od nich nie ucieknie?
Fakt, że spotkałem dwóch równie narwanych jak ja kumpli, nie tylko
przyniósł mi szczęście w kartach, ale również znacznie poprawił mi
nastrój. Niewiele rzeczy działa na mnie tak odpychająco jak normalna
robota za dniówkę, czyli zwyczajny kierat typowych wołów roboczych, ale
muszę przyznać, że pewna pani umie pociągnąć za odpowiednie sznurki.
Nieoczekiwanie wpadło mi w ręce nieco gotówki, co powinno
usatysfakcjonować moje dziewczyny, uważam więc, że teraz mam prawo
urządzić sobie kilkudniową wyprawę z kumplami, zrobić coś tylko dla
siebie.
Muszę sobie przypomnieć, że wciąż jeszcze żyję, a czyż jest lepszy
sposób na to niż zmaganie się z naturą i bezsensowne ryzykowanie życia
albo kończyn w towarzystwie innych mężczyzn? W dodatku robienie tego z czystej głupoty, nie za pieniądze, nie z obowiązku i nie dlatego, że
jakaś kobieta koniecznie chce sprawdzić, czy aby na pewno jestem facetem
z jajami, świadczy o tym, że jeszcze tli się we mnie jakaś iskierka.
Na Alasce robi się coraz tłoczniej. Drogi biegną tam, gdzie niegdyś w ogóle ich nie było, ludzie mieszkają na bezludnych dotychczas terenach.
Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zaludnienie było znacznie
mniejsze, a cholerni stanowi nie wtykali nosa w nie swoje sprawy.
Jakieś zezwolenie na wspinaczkę? Na wędrówkę po górach? Chrzanić
zezwolenie i chrzanić stanowych, ich przepisy i papierki! Góry stały tu
wcześniej, nim pieprzeni biurokraci wymyślili, w jaki sposób zbić na
nich majątek. I będą stały nadal, gdy urzędnicy powędrują do piekła.
Tymczasem jestem tutaj, na ziemi, która nie należy do nikogo. Święta
ziemia nie może do nikogo należeć.
Gdyby tylko istniał jakiś sposób, żeby można było zamieszkać na tej
górze, rozbiłbym na niej namiot i nigdy nie schodził w dolinę. Niestety,
niezależnie od tego, czy ktoś uważa tę ziemię za świętą, czy nie, jest w stanie zabić człowieka, co więcej, potrafi zrobić to bezlitośnie i o wiele szybciej niż najbardziej dokuczliwa żona.
Postanowiłem więc spędzić tu tydzień w towarzystwie mężczyzn, którzy
myślą podobnie jak ja, wspinając się na szczyt, który nie ma nazwy i wznosi się nad miasteczkiem, nad rzeką i jeziorami, na granicy, którą
wymyślili urzędnicy. Wyznaczyli ją na ziemi, która drwi z ich mizernych
prób ujarzmienia i zachowania w nienaruszonym stanie.
Alaska nie należy do nikogo, sama sobie jest panią, niezależnie od tego,
ile pojawi się na niej dróg, znaków i przepisów. To ostatnia z dzikich
kobiet i Bóg ją za to kocha. Ja też.
Nim zdążyliśmy założyć bazę, słońce schowało się za majestatycznymi
szczytami, a my zanurzyliśmy się w typowo zimowej ciemności. Stłoczeni w namiocie, najedliśmy się do syta, wypaliliśmy trawkę i pogadaliśmy o jutrze.
Jutro czeka nas wspinaczka.
1
W drodze do Lunacy, 28 grudnia 2004 r.
Ignatious Burke leciał między ośnieżonymi zboczami gór w stronę
miasteczka zwanego Lunacy. Tkwił uwięziony w trzęsącej się puszce na
zupę, beztrosko nazywanej przez niektórych samolotem, a za skutą lodem
szybą dmuchał lodowaty wiatr. W takich oto warunkach doznał nagle
olśnienia.
Wcale nie był tak przygotowany na śmierć, jak mu się wydawało.
Była to potworna myśl, zwłaszcza że jego los spoczywał w rękach obcego
człowieka, który miał na sobie kanarkowożółtą, watowaną kurtkę i niemal
całkowicie ukrywał twarz w fałdach pomarszczonej skóry.
Na lotnisku w Anchorage sprawiał wrażenie dobrego pilota, ale pewnie
tylko dlatego, że najpierw serdecznie uścisnął dłoń Nate'a, a dopiero
potem wskazał kciukiem puszkę na zupę ze śmigłami.
-?Mów mi Palant -?zaproponował.
Wtedy Nate po raz pierwszy poważnie się zaniepokoił.
Co za idiota wsiada do fruwającej puszki, którą pilotuje facet zwany
Palantem?
Niestety, o tej porze roku jedynym pewnym sposobem dostania się do
Lunacy był samolot. Tak przynajmniej twierdziła pani burmistrz Hopp,
kiedy Nate omawiał z nią szczegóły podróży.
Samolot ostro skręcił w prawo. Czując ucisk w żołądku, Nate zaczął się
zastanawiać, jak pani burmistrz Hopp rozumie słowo "pewny".
W końcu doszedł do wniosku, że to i tak nie ma większego znaczenia.
Życie lub śmierć -?czymże to jest wobec wieczności? Kiedy w Baltimore-Washington wchodził na pokład ogromnego odrzutowca, uznał, że
tak czy inaczej jego życie powoli dobiega kresu.
Policyjny psychoanalityk radził Nate'owi, żeby nie podejmował ważnych
decyzji, póki nie pokona depresji, mimo to bez żadnego konkretnego
powodu złożył podanie o stanowisko komisarza policji w Lunacy. O wyborze
zadecydował fakt, że nazwa miejscowości wydała mu się jak najbardziej
odpowiednia. W końcu "lunacy" to szaleństwo, obłęd.
Przyjmując stanowisko, jedynie wzruszył ramionami w geście, który mówił:
"A kto by się tym przejmował".
Teraz jednak, walcząc z mdłościami i drżąc z powodu nagłego olśnienia,
Nate zdał sobie sprawę, że nie tyle martwi go sama śmierć, co sposób, w jaki mógłby zginąć. Po prostu nie chciał rozstawać się z tym światem,
pakując się w pieprzonym mroku w zbocze góry.
Gdyby został w Baltimore, słuchał rad psychoanalityka i zwierzchników,
mógłby przynajmniej wykonywać swoje obowiązki. To nie byłoby wcale takie
straszne.
Prawda wyglądała tak, że w którymś momencie po prostu go poniosło i oddał legitymację. Być może nie spalił za sobą mostów, ale z pewnością
je podpalił, a teraz skończy marnie jako krwawa plama gdzieś w górach
Alaski.
-?Tam zawsze trochę telepie -?wyjaśnił Palant z typowo teksaskim
akcentem.
Nate przełknął kluchę, która utkwiła mu w gardle.
-?Ale tu jest lepiej.
Palant uśmiechnął się i puścił do Nate'a perskie oko.
-?To był pikuś. Powinien pan zobaczyć, co się dzieje przy czołowym
wietrze.
-?Dziękuję, nie skorzystam. Ile drogi nam jeszcze zostało?
-?Niedużo.
Samolocik podskakiwał i drżał. Nate poddał się i zamknął oczy. Modlił
się, żeby przed niezbyt dostojną śmiercią wcześniej nie obrzygać sobie
butów.
Nigdy więcej nie wsiądzie do samolotu. Jeśli przeżyje, wyjedzie z Alaski... albo opuści ją na piechotę... lub wypełznie. Na pewno już nigdy
nie wzbije się w powietrze.
Samolot gwałtownie zanurkował. Nate mimo woli otworzył oczy. Przez
przednią szybę ujrzał efekt wspaniałego zwycięstwa słońca nad mrokiem,
zdumiewającą jasność, która zabarwiła niebo na perłowo, a świat w dole
pokryła białymi i błękitnymi smugami, gwałtownymi wzniesieniami,
lśniącymi skupiskami pokrytych lodem jezior i długimi rzędami obsypanych
śniegiem drzew.
Na wschodzie widać było giganta, którego miejscowi nazywają Denali albo
po prostu Góra. Chociaż Nate sprawdził w przewodnikach tylko
najważniejsze rzeczy na temat Alaski, dowiedział się, że jedynie
przybysze z zewnątrz nazywają ją McKinley.
Przyglądając się jej z samolotu, uznał, że jest zbyt ogromna, by mogła
być realna. Gdy promienie słońca rozprzestrzeniły się po błękitnym
niebie niczym boże palce, wszędzie się pojawiły cienie, niebieskie plamy
na białym tle.
Coś drgnęło w sercu Nate'a. Na chwilę zapomniał o podchodzącym do gardła
żołądku, ciągłym warkocie silnika, nawet o przenikliwym chłodzie, który
panował we wnętrzu samolotu.
-?Jest ogromna, no nie?
-?Taak. -?Nate odetchnął głęboko. -?Rzeczywiście jest ogromna.
Chociaż skierowali się na zachód, ani na chwilę nie stracili z oczu
potężnego szczytu. Teraz Nate zauważył, że to, co wcześniej uznał za
pokrytą lodem drogę, było wijącą się, zamarzniętą rzeką. Nad jej
brzegami stały domy i zabudowania, auta i ciężarówki.
Miał wrażenie, że właśnie znalazł się w zamarzniętej, śnieżnej krainie,
którą trzeba potrząsnąć, żeby obudzić ją do życia, krainie, gdzie
wszystko jest białe, nieruchome i pogrążone w oczekiwaniu.
Nagle coś stuknęło o podłogę.
-?Co to?
-?Podwozie. To Lunacy.
Samolot tak gwałtownie obniżył lot, że Nate kurczowo chwycił się
siedzenia i zaparł się nogami.
-?Co takiego? Lądujemy? Gdzie?
-?Na rzece. O tej porze roku jest całkowicie zamarznięta. Nie ma się
czym martwić.
-?Ale...
-?Lądujemy na płozach.
-?Takich większych nartach?
Nate nagle sobie przypomniał, że nienawidzi sportów zimowych.
-?Nie lepsze byłyby łyżwy?
Palant wybuchnął gromkim śmiechem. Samolot dotknął lodu.
-?To byłoby straszne gówno. Samolot na łyżwach! Kretyński pomysł.
Samolot podskoczył, prześlizgnął się kawałek, po czym z wdziękiem
zatrzymał się na środku rzeki. Palant wyłączył silniki. W nagłej ciszy
Nate usłyszał bicie własnego serca.
-?Niezależnie od tego, ile by panu zapłacili, zawsze będzie to za mało -
wydukał Nate. -?Nie ma szans, żeby mogli zapłacić panu tyle, ile
powinni.
-?Do diabła, tam! -?Palant poklepał Nate'a po ramieniu. -?Nie chodzi o pieniądze. Witamy w Lunacy, panie komendancie.
-?Cieszę się, że tu jestem.
Nate zrezygnował z pocałowania ziemi. Obawiał się, że nie tylko
wyglądałoby to śmiesznie, ale na dodatek mógłby do niej przymarznąć.
Wystawił zdrętwiałe nogi z samolotu i modlił się, żeby zechciały go
donieść do jakiegoś ciepłego, spokojnego i w miarę normalnego miejsca.
Na razie musiał się skupić na pokonaniu sporego kawałka lodu bez
połamania sobie nóg lub skręcenia karku.
-?Niech się pan nie martwi, panie komendancie, o swój bagaż! -?zawołał
Palant. -?Zaraz go przyniosę.
-?Dzięki.
Nate z trudem utrzymywał równowagę. W pewnej chwili zauważył, że ktoś
stoi na brzegu. Osoba ta miała na sobie brązową kurtkę z kapturem
obszytym czarnym futerkiem. Niecierpliwie paliła papierosa, wypuszczając
co chwila niewielkie obłoczki dymu. Traktując ją jako drogowskaz, Nate
wędrował po lodzie, starając się zachować resztki godności.
-?Ignatious Burke?
Głos był zachrypnięty, wyraźnie należał do kobiety i unosił się w powietrzu wraz z obłokami dymu. Nate po raz ostatni poślizgnął się,
odzyskał równowagę i z bijącym sercem wyszedł na brzeg.
-?Anastasia Hopp -?przedstawiła się.
Wyciągnęła rękę i nie zdejmując rękawiczki, jakimś cudem uścisnęła mu
dłoń.
-?Trochę pan zzieleniał. Palancie, czyżbyś po drodze próbował zabawiać
naszego nowego komendanta?
-?Nie, psze pani, ale trochę wiało.
-?Zawsze wieje. Widzę, że jest pan przystojny. Nawet gdy ma pan
nudności. Proszę, to panu pomoże.
Wyjęła z kieszeni srebrną piersiówkę i wcisnęła mu ją do ręki.
-?Eee...
-?Niech się pan nie wzbrania. Jeszcze nie jest pan na służbie. Odrobina
brandy na pewno nie zaszkodzi.
Nate w głębi duszy zgodził się z panią burmistrz, odkręcił więc butelkę
i pociągnął z niej spory łyk. Natychmiast poczuł, jak płynny ogień
spływa mu prosto do żołądka.
-?Dzięki.
-?Pokażę panu pokój w Lodge, gdzie będzie pan mógł nieco odsapnąć.
Prowadziła Nate'a wydeptaną ścieżką.
-?Później, gdy przestanie się panu kręcić w głowie, oprowadzę pana po
miasteczku. Kawał drogi z Baltimore.
-?Taak, spory kawał.
Wszystko wyglądało jak na planie filmowym. Zielone i białe drzewa,
rzeka, śnieg, budynki z drewnianych bali, dym unoszący się kłębami z kominów i rur. Wszystko senne i rozmazane. W tym momencie Nate zdał
sobie sprawę, że widzi świat w ten sposób nie tylko z powodu mdłości,
ale i wyczerpania. Podczas podróży samolotem w ogóle nie spał. Obliczył,
że po raz ostatni znajdował się w pozycji horyzontalnej niemal
dwadzieścia cztery godziny temu.
-?Piękny, jasny dzień -?powiedziała. -?Góry w pełnej krasie... Takie
obrazki przyciągają do nas turystów.
Rzeczywiście widok przypominał kartkę pocztową, może dlatego trochę
przytłaczał. Nate czuł się tak, jakby nagle znalazł się na planie
filmowym... albo w czyimś śnie.
-?Widzę, że odpowiednio się pan ubrał. -?Mówiąc to, zmierzyła go
wzrokiem od stóp do głów. -?Wielu przybyszów z okolic położonych poniżej
czterdziestego ósmego równoleżnika pojawia się tu w eleganckich
płaszczach i botkach. Potem odmrażają sobie tyłki.
Wszystko, co miał na sobie, łącznie z grubą bielizną i zawartością
walizek, zamówił bezpośrednio u Eddiego Bauera zgodnie z sugestiami i listą, które Hopp przekazała mu pocztą elektroniczną.
-?Bardzo dokładnie napisała mi pani, czego mogę się tu spodziewać.
Przytaknęła.
-?Bardzo dokładnie napisałam również, czego my się spodziewamy. Nie
zawiedź mnie, Ignatiousie.
-?Nate. Nie mam zamiaru, proszę pani.
-?Mów mi Hopp. Wszyscy tak mnie tu nazywają.
Weszła na długą drewnianą werandę.
-?To Lodge. Hotel, bar, restauracja, centrum życia towarzyskiego. W ramach twojego wynagrodzenia wynajęliśmy ci tu pokój. Jeśli będziesz
chciał zamieszkać gdzie indziej, masz wolną rękę. Właścicielką Lodge
jest Charlene Hidel. Podaje dobre posiłki i dba o czystość. Zajmie się
tobą. Spróbuje również dorwać się do twoich portek.
-?Słucham?
-?Jesteś przystojnym mężczyzną, a Charlene ma słabość do mężczyzn. Jest
dla ciebie nieco za stara, chociaż z pewnością wcale tak nie uważa. Sam
zadecydujesz, czy jej ulec, czy nie. Wszystko w twoich rękach.
Kiedy się uśmiechnęła, Nate dostrzegł pod kapturem okrągłą jak jabłko,
rumianą twarz. Hopp miała błyszczące, orzechowobrązowe oczy, wąskie,
duże usta o ruchliwych kącikach.
-?Jak na całej Alasce, tak i tutaj mamy sporą nadwyżkę mężczyzn, ale to
wcale nie oznacza, że wkrótce wokół ciebie nie zacznie krążyć sporo
kobiet. Jesteś świeżym kąskiem i wiele z nich będzie miało ochotę
sprawdzić, do czego się nadajesz. W wolnym czasie możesz robić, co
zechcesz, Ignatiousie. Tylko nie uganiaj się za dziewczynami, gdy
będziesz na służbie.
-?Zapiszę to sobie.
Jej śmiech zabrzmiał jak klakson. Były to dwa krótkie wybuchy. Chcąc je
podkreślić, poklepała go po ramieniu.
-?Może powinieneś...
Jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wprowadziła Nate'a do cudownie
ciepłego pomieszczenia.
Poczuł zapach dymu, kawy, smażonej cebuli i damskich perfum typu
"przeleć mnie".
Przestronne pomieszczenie tylko symbolicznie podzielone zostało na
restaurację z pięcioma boksami oraz kilkoma stolikami i bar. Przy barze
stał rządek wysokich krzeseł z czerwonymi, wytartymi przez lata
siedzeniami.
Z prawej strony, w sporej niszy, Nate zobaczył ogromny stół bilardowy i połyskujące światła szafy grającej.
Na prawo od niej znajdowało się coś, co przypominało lobby. Stało tam
biurko, a w szafce z przegródkami leżały klucze i kilka kopert.
W kominku płonęły polana, a frontowe okna zostały zamontowane pod pewnym
kątem, żeby lepiej było widać zachwycającą panoramę gór.
Obsługująca gości kelnerka była w ciąży. Czarne, lśniące włosy splotła w długi warkocz. Na widok jej zachwycająco pięknej twarzy Nate zamrugał
powiekami. Miał przed sobą alaskijską wersję Madonny o łagodnych,
ciemnych oczach i złocistej skórze.
Nalewała kawę dwóm klientom, którzy okupowali jeden z boksów. Przy
sąsiednim stoliku siedział mniej więcej czteroletni chłopiec. Kolorował
rysunki w książeczce. Miejsce przy barze zajmował mężczyzna w tweedowej
marynarce. Palił papierosa i czytał zniszczony egzemplarz Ulissesa.
W głębi lokalu widać było jakiegoś mężczyznę z brązową brodą, która
opadała mu na klatkę piersiową i na wyblakłą flanelową koszulę w kratkę.
Sprawiał wrażenie, jakby toczył pełną złości dysputę z samym sobą.
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wchodzących. Głośno powitano
Hopp, która zrzuciła kaptur, odsłaniając gęste, szpakowate włosy. Potem
spojrzenia przeniosły się na Nate'a. Była w nich ciekawość i spekulacja.
Tylko właściciel brody nie krył wrogości.
-?To Ignatious Burke, nasz nowy komendant policji -?oświadczyła Hopp,
rozpinając zamek błyskawiczny kurtki. -?Panowie w boksie to Dex Trilby i Hans Finkle, właścicielem ponurej miny jest Bing Karlovsky. Kelnerka
nazywa się Rose Itu. Jak dzisiaj spisuje się maleństwo, Rose?
-?Bardzo kopie. Witamy w Lunacy, panie Burke.
-?Dzięki.
-?To jest Profesor.
Hopp podeszła do baru i poklepała po ramieniu Tweedową Marynarkę.
-?Czy w twojej książce coś się zmieniło od czasu, kiedy po raz ostatni
ją czytałeś?
-?Zawsze warto sprawdzić -?odparł Profesor, zsuwając na czubek nosa
okulary w metalowej oprawce, by lepiej przyjrzeć się Nate'owi. -?Długa
podróż.
-?Tak -?zgodził się Nate.
-?Widzę, że jeszcze się nie skończyła.
Profesor podsunął okulary i wrócił do lektury.
-?A to urocze diablątko to Jesse, synek Rose.
Chłopiec przez cały czas miał głowę pochyloną nad książką. Kiedy uniósł
wzrok, spod gęstej, czarnej grzywki błysnęły duże, ciemne oczy.
Wyciągnął rękę i pociągnął Hopp za brzeg kurtki. Pochyliła się, żeby
usłyszeć szept chłopca.
-?Nie martw się. Damy mu.
Drzwi za barem się otworzyły. Pojawił się w nich ogromny ciemnoskóry
mężczyzna w białym fartuchu.
-?To Wielki Mike -?przedstawiła Hopp. -?Pracuje tu jako kucharz. Niegdyś
był marynarzem, póki gdzieś na Kodiaku nie wpadła mu w oko jedna z tutejszych dziewcząt.
-?Złapała mnie jak pstrąga -?wyznał Wielki Mike z promiennym uśmiechem
na ustach. -?Witamy w Lunacy.
-?Dzięki.
-?Znajdzie się coś smacznego i gorącego dla naszego nowego komisarza
policji?
-?Dzisiaj mamy dobrą zupę rybną -?powiedział Wielki Mike. -?Powinna panu
dobrze zrobić. Chyba że woli pan, panie komendancie, kawał czerwonego
mięcha.
Nate dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że mówią do niego "panie
komendancie". W tym samym momencie poczuł na sobie spojrzenia wszystkich
obecnych.
-?Chętnie zjem zupę rybną.
-?Zaraz ją przyniosę.
Mike wrócił do kuchni, a Nate usłyszał, jak dźwięcznym barytonem
wyśpiewuje Baby, It's Cold Outside.
Tak jak w filmie lub na kartce pocztowej -?pomyślał Nate. Lub w teatrze.
Tak czy inaczej w miejscu, którym człowiek się zachwyca, chociaż sam
Nate czuł się jak zakurzony rekwizyt.
Hopp wskazała Nate'owi miejsce, po czym pomaszerowała do lobby, obeszła
biurko i wyjęła klucz z jednego ze schowków.
W tym momencie w głębi za biurkiem otworzyły się drzwi. Pojawiła się w nich seksbomba.
Była blondynką. Nate zawsze uważał, że ten kolor włosów najlepiej pasuje
do seksbomb. Falująca kaskada opadała aż do wyjątkowo imponujących
piersi, które doskonale uwydatniał głęboki dekolt obcisłego,
niebieskiego sweterka. Nate dopiero po minucie dotarł spojrzeniem do
twarzy. Stało się tak dlatego, że sweterek był wetknięty w obcisłe
dżinsy, które z pewnością miażdżyły wszystkie organy wewnętrzne.
Nate jednak się nie skarżył.
Jasnoniebieskie oczy seksbomby były tak niewinne, że pozostawały w jaskrawym kontraście z wydatnymi, czerwonymi ustami. Kobieta wyraźnie
nie oszczędzała na makijażu. Przypominała Nate'owi laleczkę Barbie.
Barbie -?pogromczynię mężczyzn.
Na przekór ograniczeniom, jakie stwarzał strój, wszystko, co mogło
podrygiwać, podrygiwało, gdy obchodziła biurko i stukając wysokimi
obcasami, wędrowała do jadalni. Tam stanęła przy barze i przybrała
odpowiednią pozę.
-?Cześć, przystojniaczku!
Jej głos przypominał gardłowy pomruk -?musiała go ćwiczyć -?i zdecydowanie był obliczony na to, że odciągnie krew z głowy mężczyzny i obniży jego IQ do poziomu zielonej rzepy.
-?Bądź grzeczna, Charlene. -?Hopp zadzwoniła kluczykami. -?Ten chłopiec
jest zmęczony i prawie chory. Nie ma sił, żeby się w tej chwili przed
tobą bronić. Komendant Burke, Charlene Hidel. To jej hotel. W ramach
twojego wynagrodzenia, Nate, miasto opłaca ci tu pokój i jedzenie, więc
nie musisz się czuć zobowiązany do żadnych dodatkowych usług.
-?Jesteś taka wstrętna, Hopp.
Na przekór tym słowom Charlene uśmiechała się jak głaskany kociak.
-?Może zaprowadzę pana, panie komendancie, na piętro, i pokażę pański
pokój? A potem przyniosę coś ciepłego do zjedzenia?
-?Zaprowadzę go.
Hopp z pełną rozwagą mocno zacisnęła kluczyk w dłoni, tak że spomiędzy
palców zwisała tylko duża czarna etykietka z numerem pokoju.
-?Palant zaraz przydźwiga jego bagaże. Nie zaszkodziłoby, gdyby za
chwilę Rose przyniosła panu komendantowi zupę rybną, którą obiecał mu
Mike. Chodź, Ignatiousie. Będziesz zawierał bliższe znajomości, gdy
nieco odzyskasz siły.
Oczywiście, mógł sam się bronić, ale nie widział sensu. Powędrował za
Hopp schodami na piętro tak posłusznie, jak szczenię wędruje za swoim
panem.
Opuszczając salę, usłyszał, że ktoś powiedział: cheechako, jakby
wypluwał nieświeże mięso. Domyślił się, że to obelga, ale puścił ją mimo
uszu.
-?Charlene w gruncie rzeczy jest nieszkodliwa -?wyjaśniła Hopp -?ale
lubi drażnić się z mężczyzną, jeśli tylko wyczuje, że ma u niego choćby
minimalną szansę.
-?Poradzę sobie, mamusiu.
Znów wybuchnęła donośnym śmiechem, po czym wsunęła klucz do zamka pokoju
203.
-?Jej facet odszedł od niej mniej więcej piętnaście lat temu. Zostawił
ją z córeczką, którą musiała samotnie wychować. Dość dobrze sobie
poradziła, jeśli chodzi o Meg, chociaż teraz niemal bez przerwy drą ze
sobą koty. Charlene miała wielu mężczyzn, chociaż z roku na rok wybiera
coraz młodszych. Powiedziałam ci wcześniej, że jest dla ciebie za stara.
-?Hopp obejrzała się przez ramię. -?Prawdę mówiąc, z jej punktu widzenia
prawdopodobnie to ty jesteś za stary dla niej. Masz trzydzieści dwa
lata, prawda?
-?Tyle miałem, gdy wyjeżdżałem z Baltimore. Ile lat minęło od tego
czasu?
Hopp potrząsnęła głową i otworzyła drzwi.
-?Charlene jest starsza od ciebie przynajmniej o kilkanaście lat. Ma
dorosłą córkę prawie w twoim wieku.
-?Myślałem, że wy, kobiety, drwicie sobie z tej, która upoluje mężczyznę
młodszego od siebie.
-?Chyba bardzo mało wiesz o kobietach. Prawdę mówiąc, jesteśmy wkurzone,
że to nie my upolowałyśmy go jako pierwsze. Tak, tak to już jest.
Weszła do obitego boazerią pokoju z żelaznym łóżkiem, szafą i lustrem po
jednej stronie, małym stolikiem, dwoma krzesłami i niewielkim biurkiem
po drugiej.
Pokój był czysty, skromny, i niemal tak interesujący jak torebka białego
ryżu.
-?Tu jest maleńka kuchnia.
Hopp odsunęła czarno-niebieską zasłonę, za którą stała mała lodówka,
dwupalnikowy piecyk i zlew rozmiaru dłoni Nate'a.
-?Na twoim miejscu jadałabym posiłki na parterze, chyba że bardzo lubisz
gotować. Dobrze dają jeść.
Omiotła wzrokiem pomieszczenie.
-?To nie Ritz, chociaż Charlene ma lepsze pokoje. Niestety, nasze
fundusze są ograniczone. -?Przeszła na drugą stronę pokoju i otworzyła
drzwi. -?Tu jest łazienka.
-?O kurczę!
Uniósł głowę.
Zlew był większy od kuchennego, chociaż niewiele. Nie było wanny, uznał
jednak, że kabina z prysznicem w zupełności mu wystarczy.
-?Pańskie bagaże, panie komendancie.
Palant przydźwigał dwie walizki i torbę, jakby nic w nich nie było.
Rzucił je na łóżko. Materac ugiął się pod ich ciężarem.
-?Gdyby jeszcze mnie pan potrzebował, będę na dole jadł posiłek.
Przenocuję tutaj i jutro rano wrócę do Talkeetny.
Dotknął palcem czoła, udając, że salutuje, i wyszedł.
-?Cholera, zaczekaj! -?Nate zaczął grzebać w kieszeni.
-?Dam mu napiwek -?zapewniła Hopp. -?Póki dla nas pracujesz, jesteś
gościem rady miejskiej Lunacy.
-?Doceniam to.
-?Mam zamiar dopilnować, żebyś na to wszystko zapracował, więc na razie
zbytnio się nie ciesz.
-?Obsługa hotelowa!
Charlene ze śpiewem wniosła tacę do pokoju. Podchodząc do stolika,
kołysała biodrami, co przypominało chodzący metronom.
-?Przyniosłam panu dobrą zupę rybną, panie komendancie, i porządną
kanapkę, odpowiednią dla mężczyzny. Kawa jest gorąca.
-?Wspaniale pachnie. Jestem pani wdzięczny, pani Hidel.
-?Mów mi Charlene.
Zatrzepotała rzęsami. Nate był pewien, że to również ćwiczyła.
-?Wszyscy tutaj stanowimy jedną wielką szczęśliwą rodzinę.
-?Gdyby naprawdę tak było, nie potrzebowalibyśmy komendanta policji.
-?Och, nie strasz go, Hopp. Czy pokój ci odpowiada, Ignatiousie?
-?Nate. Tak, dziękuję. Jest ładny.
-?Zjedz coś i odpocznij -?poradziła Hopp. -?Jak nabierzesz nieco sił, po
prostu do mnie zadzwoń. Pokażę ci miasto. Twoim pierwszym oficjalnym
obowiązkiem będzie uczestnictwo w zebraniu mieszkańców jutro po
południu. Mamy zamiar przedstawić cię w ratuszu wszystkim osobom, które
zechcą przyjść. Jeśli będzie ci na tym zależało, wcześniej możesz
zobaczyć posterunek, poznać dwóch swoich zastępców i Peach. Wtedy
dostaniesz gwiazdę.
-?Jaką gwiazdę?
-?Jesse chciał, żebyś koniecznie nosił gwiazdę. Chodź, Charlene. Dajmy
mu teraz święty spokój.
-?Gdybyś czegokolwiek potrzebował, zadzwoń na dół. -?Charlene przesłała
mu zachęcający uśmiech. -?Będę czekać.
Stojąca za jej plecami Hopp wbiła wzrok w sufit. Pragnąc postawić na
swoim, położyła dłoń na ramieniu Charlene i pociągnęła ją w stronę
drzwi. Rozległ się stukot obcasów na drewnianej podłodze, kobiecy pisk,
potem trzaśnięcie drzwi.
Zza nich Nate usłyszał cichy, obrażony głos Charlene:
-?Co się z tobą dzieje, Hopp? Ja tylko staram się być miła.
-?Kiedy właścicielka stara się być miła, hotel łatwo zamienia się w burdel. Może pewnego dnia to zrozumiesz.
Nate odczekał, aż kobiety się oddalą, dopiero potem podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku. Następnie zdjął kurtkę i opuścił ją na
podłogę, to samo zrobił z czapką. Rozwinął szalik, rzucił go. Rozpiął
ocieplaną kamizelkę i dołożył ją na zrzucone ubrania.
Gdy został w koszuli, spodniach, ciepłej bieliźnie i butach, podszedł do
stolika, wziął zupę, łyżkę i zabrał posiłek w stronę ciemnego okna.
Zegarek obok łóżka pokazywał wpół do czwartej, a było już ciemno jak o północy. Jedząc zupę, przyglądał się latarniom ulicznym, po chwili
zaczął również dostrzegać zarysy budynków. Zauważył świąteczne
dekoracje: kolorowe światełka, święte Mikołaje, kartonowe renifery.
Tylko nigdzie nie widział żadnych ludzi -?ani śladu życia, ani śladu
ruchu.
Jadł automatycznie, zbyt zmęczony i zbyt głodny, żeby zwracać uwagę na
smak.
Wszystko, co jest za tym oknem, stanowi jedynie dekorację filmową -
pomyślał. Budynki to kartonowe fasady, a ludzie, których spotkał na
parterze, są jedynie postaciami z iluzorycznego świata.
Może to wszystko jest jedną wielką iluzją, zrodzoną z depresji, żalu i złości, podłej mieszaniny uczuć, które rzuciły go na wiatr i kazały
wylądować w tej zapadłej dziurze?
Wkrótce obudzi się w swoim mieszkaniu w Baltimore i będzie próbował
wykrzesać z siebie tyle energii, by przebrnąć przez następny dzień.
Zjadł kanapkę, stojąc w oknie i spoglądając na pusty, czarno-biały świat
z dziwnymi świątecznymi światełkami.
Może warto byłoby wyjść na zewnątrz, do tego pustego świata? Zostać
jednym z bohaterów niecodziennej iluzji? Potem rozpłynąć się w ciemności, jak ostatnia scena niemego filmu. Żeby było już po wszystkim.
Kiedy doszedł do wniosku, że właściwie chciałby, aby było już po
wszystkim, w jego polu widzenia pojawiła się jakaś postać. Miała na
sobie krzykliwe, jasnoczerwone ubranie, które wyraźnie odcinało się od
pozbawionej barw scenerii i wniosło w nią element ruchu.
Ruchu, zdecydowania i energii. Życia z wyraźnym celem, podążania w określonym kierunku. Postać szła szybkim, zdecydowanym krokiem i zostawiała wyraźne ślady na śniegu.
Jakby chciała pokazać, że tu była. Że żyje.
Nate nie wiedział, czy to mężczyzna, kobieta, czy dziecko, jednak coś w barwnej plamie i w pewności kroków wyraźnie go zaciekawiło.
Postać, jakby wyczuła, że ktoś ją obserwuje, zatrzymała się i uniosła
głowę.
Nate znów odniósł wrażenie, że świat został zdominowany przez czerń i biel. Biała twarz, czarne włosy. Rozmyte z powodu ciemności i odległości.
Przez długą chwilę panował bezruch i cisza. Potem postać znów ruszyła
przed siebie, w stronę wejścia do Lodge, i zniknęła Nate'owi z pola
widzenia.
Nate zasłonił okno i odsunął się od niego.
Po chwili zastanowienia zdjął walizki z łóżka i rzucił je na podłogę.
Rozebrał się do naga i nie zważając na chłód panujący w pokoju, wpełznął
pod grubą warstwę koców, tak jak niedźwiedź wpełza do gawry.
Miał trzydzieści dwa lata i rozczochraną masę gęstych, kasztanowych
włosów wokół pociągłej, drobnej twarzy, na której widać było ogromne
wyczerpanie. Rozpacz przesłoniła oczy szarą chmurą. Pod jednodniowym
zarostem skóra była blada ze zmęczenia. Pomimo pełnego żołądka Nate
wciąż był osłabiony jak człowiek, który jeszcze nie do końca zdołał
pokonać grypę.
Wolałby, żeby Barbie-Charlene zamiast kawy przyniosła mu butelkę czegoś
mocniejszego. Nie przepadał za alkoholem, co z pewnością uchroniło go
przed nałogiem, mimo to po kilku głębszych łatwiej uwolniłby mózg od
zbędnych myśli i zapadł w sen.
Usłyszał wycie wiatru. Poprzednio panował bezruch powietrza, teraz mocne
podmuchy przywodziły na myśl jęczące dusze. Oprócz tego Nate słyszał
skrzypienie ścian budynku i własny oddech.
Trzy samotne dźwięki, samotne trio.
Nie słuchaj ich -?pomyślał. Wycisz się.
Postanowił, że prześpi się kilka godzin. Potem umyje się po podróży i napompuje kawą.
Wtedy będzie czas, żeby zadecydować, co, do diabła, dalej robić.
Gdy wyłączył światło, cały pokój zalała nieprzenikniona ciemność. Po
kilku sekundach wzięła w objęcia również i jego.
2
Kiedy koszmar wytrącił go ze snu, ze wszystkich stron otaczała go
ciemność, która wciągała jak bagno. Z trudem zaczerpnął powietrza i próbował wydostać się na powierzchnię. Gdy w końcu wyplątał się z pościeli, był zlany zimnym potem.
Wyczuł jakieś dziwne zapachy: cedru, nieświeżej kawy, cytryny. Potem
przypomniał sobie, że nie jest w swoim mieszkaniu w Baltimore.
Oszalał i wyjechał na Alaskę.
Sądząc po tym, co wskazywały błyszczące cyferki na zegarku przy łóżku,
była piąta czterdzieści osiem.
To by oznaczało, że trochę się zdrzemnął, zanim ten sam od dawna koszmar
wyrwał go ze snu.
W powracającym koszmarze zawsze panowała ciemność. Była czarna noc,
padał brudny deszcz. W powietrzu unosił się zapach prochu i krwi.
-?Jezu, Nate, Jezu! Oberwałem!
Zimny deszcz spływał Nate'owi po twarzy, ciepła krew przeciekała mu
przez palce. Jego krew i krew Jacka.
Nie był w stanie jej zatamować, tak samo jak nie mógł powstrzymać
potoków deszczu. I jedno, i drugie przytłoczyło go w ciemnym zaułku w Baltimore i wyprało z wszelkich uczuć.
To powinienem być ja -?myślał. Nie Jack. On powinien być w domu z żoną,
dzieciakami, a nie umierać w śmierdzącej przecznicy, w strugach brudnego
deszczu.
Nate został postrzelony w nogę, druga kula trafiła go nieco powyżej
pasa. Nie mógł dalej biec, upadł. Tylko dlatego Jack wpadł w zaułek
pierwszy.
Wystarczyło kilka sekund, kilka drobnych zbiegów okoliczności, by zginął
taki dobry człowiek!
Nate musiał z tym jakoś żyć. Przez jakiś czas zastanawiał się nad
samobójstwem, ale było to egoistyczne rozwiązanie, które nie
przyniosłoby zaszczytu jego przyjacielowi, a jednocześnie partnerowi.
Życie z tą świadomością było trudniejsze od śmierci.
Życie stanowiło większą karę.
Nate wstał i powędrował do łazienki. Ogromną radość sprawiła mu cienka
strużka gorącej wody, która płynęła z prysznica. Zmycie warstwy brudu i potu wymagało dobrej chwili, ale Nate wcale się tym nie przejmował. Miał
dość czasu.
Ubierze się, zejdzie na parter i napije się kawy. Potem zadzwoni do Hopp
i pójdzie z nią na posterunek. Postara się być bardziej rozmowny i spróbuje wymazać pierwsze wrażenie, jakie musiał na niej zrobić: kretyna
o przekrwionych oczach.
Kiedy wziął prysznic i ogolił się, poczuł się znacznie lepiej. Wyjął
świeże ubranie i starannie włożył na siebie warstwa po warstwie.
Zdejmując z wieszaka kurtkę, przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze.
-?Komendant policji w Lunacy na Alasce, Ignatious Burke. -?Potrząsnął
głową i niepewnie się uśmiechnął. -?No cóż, panie komendancie,
dostaniesz gwiazdę.
Schodząc na parter, był zaskoczony całkowitą ciszą. Z tego, co czytał,
lokale takie jak Lodge są na Alasce miejscem spotkań towarzyskich.
Długie i ciemne zimowe noce skazują ludzi na samotność, w związku z tym
spodziewał się, że usłyszy typowo barowe odgłosy: stukot kul
bilardowych, stare piosenki country z szafy grającej.
Tymczasem, gdy zszedł do restauracji, piękna Rose tak jak poprzednio
nalewała kawę. Być może lała ją wciąż tym samym dwóm mężczyznom, chociaż
Nate nie był tego wcale pewien. Synek Rose siedział przy stole i nadal
pracowicie kolorował książeczkę.
Nate zerknął na zegarek, który przestawił na miejscowy czas. Dziesięć po
siódmej.
Rose odwróciła się od stolika i z uśmiechem spojrzała na Nate'a.
-?Witamy, panie komendancie.
-?Ale spokojny wieczór!
Twarz młodej kobiety rozpromieniła się.
-?Nie wieczór, tylko ranek.
-?Słucham?
-?Jest siódma rano. Przypuszczam, że chętnie zje pan jakieś śniadanie.
-?To...
-?Na pewno musi upłynąć trochę czasu, zanim się pan przyzwyczai. -
Skinieniem głowy wskazała na ciemne okna. -?Za kilka godzin się
rozjaśni, ale tylko na chwilę. Może pan usiądzie? Na początek przyniosę
panu filiżankę kawy.
Musiał przespać ponad dwanaście godzin. Teraz nie wiedział, czy powinien
być zażenowany, czy zadowolony. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni spał
dłużej niż cztery, pięć godzin.
Rzucił kurtkę na ławkę w boksie, potem postanowił zawrzeć pierwsze
znajomości. Podszedł do stolika, przy którym siedział Jesse, i poklepał
oparcie krzesła.
-?Czy to miejsce jest wolne?
Chłopiec przyjrzał mu się spod grzywki, kiwnął głową i wrócił do
kolorowania rysunku. Robił to z takim zapałem, że aż przygryzał język.
Nate usiadł.
-?Jaka ładna fioletowa krowa! -?skomentował, bacznie przyglądając się
pracy malca.
-?W rzeczywistości krowy nigdy nie są fioletowe, chyba że się je tak
pokredkuje.
-?Coś o tym słyszałem. Chodzisz w szkole średniej na plastykę?
Oczy Jesse'ego zaokrągliły się ze zdumienia.
-?Nie chodzę jeszcze do szkoły. Mam dopiero cztery lata.
-?Żartujesz. Cztery? Myślałem, że bliżej ci do szesnastu.
Nate rozparł się w krześle i puścił perskie oko do Rose, kiedy stawiała
przed nim duży, biały kubek i nalewała do niego kawy.
-?Niedawno miałem urodziny. Było ciasto i milion balonów. Prawda,
mamusiu?
-?Prawda, Jesse.
Wsunęła jadłospis pod łokieć Nate'a.
-?A w ogóle to wkrótce będziemy mieć dzidziusia. Mamy też dwa psy i...
-?Jesse, pozwól panu komendantowi zajrzeć do menu.
-?Prawdę mówiąc, właśnie miałem zamiar poprosić Jesse'ego, żeby mi coś
polecił. Co warto zamówić na śniadanie, Jesse?
-?Naleśniki!
-?W takim razie proszę o naleśniki.
Nate oddał menu Rose.
-?Chętnie spróbuję.
-?Gdyby zmienił pan zdanie, proszę zawołać.
Pomimo to zarumieniła się z zadowolenia.
-?Jakie psy? -?spytał Nate.
Przez całe śniadanie wysłuchiwał opowiastek o ulubieńcach chłopca.
Talerz naleśników i rozmowa z uroczym malcem to znacznie lepszy początek
dnia niż rozmyślanie o koszmarnym śnie. Nastrój Nate'a wyraźnie się
poprawił. Właśnie miał zamiar zadzwonić do Hopp, kiedy pojawiła się w drzwiach.
-?Słyszałam, że już wstałeś -?powiedziała, zrzucając kapuzę i strząsając
z kurtki płatki śniegu. -?Dzisiaj wyglądasz już trochę lepiej.
-?Przepraszam, ale wczoraj naprawdę leciałem z nóg.
-?Nie ma sprawy. Przespałeś się, zjadłeś porządne śniadanie.
Posiedziałeś w miłym towarzystwie -?dodała, uśmiechając się do malca. -
Jesteś gotów na zwiedzanie?
-?Jasne.
Wstał, żeby się ubrać.
-?Jesteś chudszy, niż przypuszczałam.
Spojrzał z góry na Hopp. Zdawał sobie sprawę, że jest wymizerowany. Miał
prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i normalnie ważył siedemdziesiąt dwa
kilogramy, ale ostatnio w krótkim czasie stracił pięć kilogramów, w związku z tym musiał wyglądać mizernie.
-?Wkrótce przybiorę na wadze. Będę codziennie rano jadł naleśniki.
-?Masz za to bardzo gęste włosy.
Założył czapkę.
-?Po prostu dobrze rosną na mojej głowie.
-?Lubię, gdy mężczyzna ma gęste włosy. -?Otworzyła drzwi. -?Zwłaszcza
gdy są rude.
-?Nie rude, tylko brązowe -?poprawił niemal automatycznie i naciągnął
czapkę bardziej na uszy.
-?W porządku. Daj chwilę odpocząć nogom, Rose! -?zawołała Hopp przez
ramię, wychodząc na śnieg i wiatr.
Zimno uderzyło go jak rozpędzony pociąg.
-?Jezu Chryste! Czuję, że zaraz zamarzną mi oczy.
Wskoczył do Forda Explorera, którego Hopp zaparkowała przy krawężniku.
-?Masz jeszcze rzadką krew.
-?Nawet jeśli będzie gęsta jak pasta, nie przestanę uważać, że jest tu
francowacie zimno. Przepraszam.
-?Nie rumienię się przy każdym brzydszym słowie. Poza tym wiem, że jest
francowacie zimno. W końcu mamy grudzień. -?Wybuchnęła gromkim śmiechem
i zapuściła silnik. -?W takim razie zaczniemy zwiedzać miasteczko
samochodem. Nie ma sensu potykać się w ciemności.
-?Ile osób rocznie zamarza tu albo umiera z powodu hipotermii?
-?Zazwyczaj w górach ginie kilka osób, ale są to przeważnie turyści albo
szaleńcy. Trzy lata temu człowiek o nazwisku Teek pewnej nocy spił się
jak głupiec i zamarzł na śmierć w swojej ubikacji za domem, czytając
"Playboya". Tyle że to był idiota. Ludzie, którzy tu mieszkają, wiedzą,
jak radzić sobie z zimnem, a cheechakos, którzy próbują przetrwać tu
zimę, uczą się tej sztuki... albo wyjeżdżają.
-?Cheechakos?
-?Przybysze z zewnątrz. Nie można lekceważyć natury, ale człowiek uczy
się żyć z nią w zgodzie, a jeśli jest wystarczająco bystry, potrafi
nawet wykorzystywać ją do własnych potrzeb. Jeździ na nartach lub
łyżwach, używa rakiet śnieżnych, łowi ryby w przeręblu. -?Wzruszyła
ramionami. -?Podejmuje odpowiednie środki ostrożności i cieszy się z tego, co ma, ponieważ wie, że niczego nie zmieni.
Z ogromną wprawą pokonywała zasypaną śniegiem ulicę.
-?To nasza przychodnia. Mamy własnego lekarza i pielęgniarkę.
Nate przyjrzał się uważnie niewielkiemu budyneczkowi.
-?A jeśli z czymś nie mogą sobie poradzić?
-?Wtedy zawozimy chorego do Anchorage. Na obrzeżach miasta mieszka jeden
z alaskijskich pilotów. Meg Galloway.
-?Kobieta?
-?Czyżbyś był seksistą, Ignatiousie?
-?Nie. -?Może... -?pomyślał. -?Tylko pytam.
-?Meg jest córką Charlene. To trochę postrzelona istota, ale moim
zdaniem świetnie spisuje się jako pilot. Miała cię zabrać z Anchorage,
ale twój przylot wypadł o dzień później, niż myśleliśmy, a Meg była już
zajęta, dlatego zadzwoniliśmy do Palanta z Talkeetny. Prawdopodobnie
poznasz Meg na popołudniowym spotkaniu z mieszkańcami miasteczka.
To nie będzie wcale takie śmieszne -?pomyślał Nate.
-?W Sklepie na Rogu jest wszystko, czego możesz potrzebować, a jeśli
nie, znajdą sposób, żeby jak najszybciej to sprowadzić. To najstarszy
budynek w Lunacy. Wybudowali go traperzy na początku dziewiętnastego
wieku. Harry i Deb kupili go w osiemdziesiątym trzecim roku i znacznie
rozbudowali.
Był dwa razy większy od przychodni i miał dwie kondygnacje. W oknach
płonęły światła.
-?Na razie poczta mieści się tu, nad rzeką, ale w lecie mamy zamiar
przenieść ją w inne miejsce. Ten maleńki budyneczek obok to Italian
Place. Można tu zamówić dobrą pizzę, chociaż dowożą ją tylko w granicach
miasta.
-?Pizzeria na Alasce?
-?Nowojorski Włoch, Johnny Trivani, trzy lata temu przyjechał tu na
polowanie. Zakochał się w mieście i już został. Początkowo nazwał swój
lokal "U Trivaniego", ale wszyscy mówili na niego: Italian Place, i tak
już zostało. Johnny myśli o dobudowaniu piekarni. Mówi też, że chce
zamówić sobie przez Internet rosyjską narzeczoną. Może rzeczywiście to
zrobi.
-?Czy to oznacza, że wtedy będą świeże bliny?
-?Kto wie? Lokalna gazeta już pisała o tym na tytułowej stronie -
powiedziała Hopp na zakończenie. -?Małżeństwo, które ją redaguje,
zabrało dzieciaki na przerwę świąteczną do San Diego, dlatego w tej
chwili nie ma ich w Lunacy. A to KLUN -?lokalna radiostacja. Prowadzi je
właściwie jednoosobowo Mitch Dauber. Przeważnie jest dość rozrywkowy.
-?Nastawię odbiornik.
Hopp zawróciła i ruszyła z powrotem drogą, którą jechali.
-?Niecały kilometr na zachód od miasteczka znajduje się szkoła.
Zapewniamy w niej naukę dzieciom od przedszkola do dwunastej klasy.
Obecnie mamy siedemdziesięciu ośmiu uczniów. Tam również prowadzimy
wszelkie kursy dokształcające dla dorosłych. Gimnastyka, rysunek i malowanie, tego typu rzeczy. Od zamarznięcia do rozmarznięcia wypełniamy
naszym mieszkańcom długie wieczory. Potem dzień coraz bardziej się
wydłuża.
-?Zamarznięcie? Rozmarznięcie?
-?Kiedy zaczynają puszczać pierwsze lody, jest to znak, że nadchodzi
wiosna. Gdy rzeka zamarza, zaczynają się długie wieczory.
-?Kapuję.
-?W granicach miasta mamy pięćset sześć dusz, następne sto dziesięć, sto
kilkanaście mieszka nieco dalej, ale wciąż w naszym dystrykcie. Teraz
twoim dystrykcie.
Nate wciąż odnosił wrażenie, że to wszystko jest nierealne i bardziej
przypomina plan filmowy lub scenografię teatralną. Jak więc miał uznać
tę rzeczywistość za swoją?
-?Straż pożarna składa się z samych ochotników i mieści się tutaj. Obok
jest ratusz.
Zatrzymała samochód przed budynkiem z grubych bali.
-?Trzydzieści lat temu mój mąż pomagał go budować. Był pierwszym
burmistrzem Lunacy i pełnił tę funkcję aż do śmierci. W lutym miną
cztery lata.
-?Jak zmarł?
-?Na atak serca. Grał w hokeja na jeziorze. Strzelił gola, przewrócił
się i umarł. Tak po prostu.
Nate chwilę odczekał.
-?Kto wygrał?
Hopp wybuchnęła śmiechem.
-?Jego gol rozstrzygnął o wyniku meczu. Nie dokończyli go.
Przejechała jeszcze kawałek.
-?A to twój posterunek.
Nate usiłował przebić wzrokiem ciemność i padający śnieg. Ujrzał ładny
budyneczek z drewna, wyraźnie nowszy niż sąsiednie domy. Przypominał
nieco bungalow, miał niewielką werandę i dwa okna, po jednym po każdej
stronie drzwi. Wszystko było zasłonięte zielonymi okiennicami.
Od ulicy do drzwi prowadziła ścieżka, z której ktoś odgarnął starannie
śnieg. Niewielki podjazd, wyraźnie również niedawno odśnieżony,
pokrywała już kilkunastocentymetrowa warstwa świeżego puchu. Od
stojącego tam niebieskiego wozu terenowego do drzwi biegła wąska
ścieżynka.
W obu oknach płonęło światło, a z ciemnego komina buchały kłęby dymu.
-?Tak wcześnie zaczynamy pracę?
-?Przyszli ze względu na ciebie. Wiedzą, że dzisiaj się pojawisz. -
Zaparkowała obok pikapa. -?Jesteś gotów na spotkanie ze swoimi
podwładnymi?
-?Zawsze.
Gdy wysiadł, tak samo jak poprzednio był zaszokowany przenikliwym
zimnem. Oddychając przez zęby, powędrował za Hopp wąską ścieżynką, która
prowadziła do drzwi.
-?Za nimi znajduje się pomieszczenie, które nazywamy tu, na Alasce,
arktycznym przedsionkiem.
Rzeczywiście było to miejsce, do którego nie miał dostępu ani wiatr, ani
niska temperatura.
-?Dzięki takiemu rozwiązaniu straty ciepła w głównym budynku są o wiele
mniejsze. Tu można zostawić ciepłą odzież.
Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na haku obok innej. Nate poszedł za jej
przykładem. W kieszeniach zostawił również rękawiczki, czapkę i szalik.
Zastanawiał się, kiedy przywyknie do tego, że ilekroć chce się tu gdzieś
wyjść, trzeba się ubierać jak na podbój bieguna północnego.
Hopp pchnęła następne drzwi i weszła do pomieszczenia, w którym wyczuł
dym i zapach kawy.
Ściany były pomalowane na beżowo, na podłodze leżało nakrapiane
linoleum. W tylnym prawym rogu stał piec na drewno, a na nim olbrzymi
żelazny czajnik, z którego buchały kłęby pary.
Z prawej strony były dwa metalowe biurka, rządek plastikowych krzeseł i ława zarzucona gazetami. Wzdłuż tylnej ściany biegł blat, na którym
stała krótkofalówka, komputer i porcelanowa choinka w kolorze zielonym,
jakiego nie wymyśliła matka natura.
Nate zauważył, że po obu stronach są drzwi, dostrzegł też tablicę
informacyjną z poprzyczepianymi karteluszkami i notatkami.
W pomieszczeniu znajdowały się trzy osoby, które udawały, że wcale mu
się nie przyglądają.
Domyślił się, że dwaj mężczyźni to jego zastępcy. Jeden z nich wyglądał
na tak młodego, że chyba od bardzo niedawna mógł głosować, drugi był
wystarczająco stary, by dawno, dawno temu oddać swój głos na
Kennedy'ego. Obaj mieli na sobie grube wełniane spodnie, wysokie buty i flanelowe koszule z przyczepionymi odznakami.
Młodszy wyraźnie pochodził z Alaski, miał czarne, proste, długie do
ramion włosy, głęboko osadzone, niemal czarne oczy w kształcie migdałów,
ładne kości policzkowe i niewinny wyraz twarzy.
Starszy miał twarz osmaganą wiatrem, na głowie jeżyka, obwisłe policzki,
wyblakłe niebieskie, lekko zezowate oczy i głębokie kurze łapki. Był
potężnie zbudowany w przeciwieństwie do szczupłego partnera.
Prawdopodobnie były wojskowy -?pomyślał Nate.
Kobieta była okrąglutka, miała pulchne, różowe policzki i obfity biust,
ukryty pod różowym sweterkiem w białe płatki śniegu. Szpakowate włosy
splotła w warkocz i upięła w kok na czubku głowy. Z koka sterczał
ołówek. W rękach trzymała talerz ze słodkimi bułeczkami.
-?No cóż, oto cała ekipa w komplecie. To pan komendant Burke, a to,
panie komendancie, pańscy ludzie. Zastępca Otto Gruber.
Jeżyk wystąpił z szeregu i wyciągnął rękę.
-?Witam pana, panie komendancie.
-?Witam pana, panie Gruber.
-?Zastępca Peter Notti.
-?Dzień dobry, panie komendancie.
Uśmiech na twarzy młodzieńca wywołał u Nate'a pewne skojarzenie.
-?Jest pan w jakiś sposób spokrewniony z Rose?
-?Tak, sir. To moja siostra.
-?A to twoja prawa ręka, sekretarka i specjalistka od bułeczek
cynamonowych, Marietta Peach.
-?Cieszę się, że pan do nas przyjechał, panie komendancie.
Miała typowo południowy akcent, który przywodził na myśl miętówkę
sączoną na werandzie.
-?Mam nadzieję, że już lepiej się pan czuje.
-?Tak, zdecydowanie. Dziękuję, pani Peach.
-?Oprowadzę pana komendanta po posterunku, a potem was zostawię,
żebyście się lepiej poznali. Może, Ignatiousie, zechciałbyś obejrzeć
swoje... pokoje gościnne?
Wyprowadziła go przez drzwi z prawej strony. Za nimi znajdowały się dwie
cele z pryczami, trochę przypominającymi koje. Ściany sprawiały wrażenie
świeżo pomalowanych, podłoga wyraźnie została umyta. Nate wyczuł zapach
lizolu.
W celach nie było żadnych lokatorów.
-?Czy ktoś ich w ogóle używa? -?spytał Nate.
-?Przede wszystkim pijacy i osoby, które zakłócają porządek publiczny.
Trzeba dobrze się schlać i narozrabiać, żeby spędzić noc w areszcie na
posterunku policji w Lunacy. Czasami zdarzają się awantury, jakiś akt
wandalizmu, ale zazwyczaj sprawcami są znudzone dzieciaki. Powiem twoim
ludziom, żeby podali ci wszelkie szczegóły na temat przestępczości w Lunacy. Nie mamy adwokata, więc jeśli komuś bardzo na nim zależy, musi
zadzwonić do Anchorage albo Fairbanks, chyba że zna kogoś, kto mieszka
gdzie indziej. Mamy natomiast emerytowanego sędziego, chociaż człowiek
ten więcej czasu spędza na łowieniu ryb w przeręblu niż rozwiązywaniu
problemów natury prawnej.
-?W porządku.
-?O rany, masz zamiar zagadać mnie na śmierć?
-?Nigdy nie umiałem trzymać buzi na kłódkę.
Hopp z chichotem potrząsnęła głową.
-?Teraz pora, żebyś zobaczył swoje biuro.
Wrócili do pierwszego pomieszczenia, gdzie wszyscy udawali, że ciężko
pracują. Po drugiej stronie tylnej ściany, tuż przy drzwiach, stała
szafka z bronią palną. Nate doliczył się sześciu śrutówek, pięciu
strzelb, ośmiu rewolwerów i czterech paskudnie wyglądających noży.
Wsunął ręce do kieszeni i nadął policzki.
-?A cóż to? Żadnych mieczy?
-?Warto być przygotowanym na wszystko.
-?Taak, zwłaszcza na mającą wkrótce nastąpić inwazję.
Nie skomentowała jego słów, jedynie z uśmiechem na ustach otworzyła
drzwi obok szafki.
-?To twoje biuro.
Miało mniej więcej metr kwadratowy, jedno okno i szare metalowe biurko.
Na biurku stał komputer, telefon i czarna lampka. Przy bocznej ścianie
ktoś ustawił dwie szafki na kartoteki, a nad nimi biegł krótki blat.
Stał na nim już pełen ekspres do kawy, dwa brązowe kamionkowe kubki,
koszyczek z torebkami cukru i opakowaniami śmietanki. Nie zabrakło
również na razie pustej tablicy z korka, dwóch składanych krzeseł dla
ewentualnych petentów i kołków do wieszania ubrań.
Z powodu świateł, które odbijały się w czarnej szybie, pomieszczenie
wydawało się bardziej bezosobowe i obce niż w rzeczywistości.
-?Peach napełniła szuflady twojego biurka, ale gdyby czegoś brakowało,
zgłoś zapotrzebowanie do ratusza. John wszystko załatwi.
-?W porządku.
-?Masz jakieś pytania?
-?Mnóstwo.
-?Może zatem je zadasz?
-?Dobrze. Zacznę od pierwszego, które przychodzi mi na myśl, zwłaszcza
że reszta zależy od odpowiedzi, jaką uzyskam. Dlaczego mnie zatrudniłaś?
-?No tak. Mogę? -?spytała, wskazując ręką na dzbanek z kawą.
-?Bardzo proszę.
Nalała kawę do kubków, wręczyła mu jeden, potem usiadła na jednym ze
składanych krzeseł.
-?Potrzebowaliśmy komendanta policji.
-?Może tak, może nie.
-?Jesteśmy małą mieściną oddaloną od całego świata i całkiem nieźle
sobie radzimy, ale potrzebny nam ktoś, kto wprowadziłby tu ład i porządek. Kto wyznaczyłby granicę między tym, co dobre i co złe, i kto
potem pilnowałby tejże granicy. Mój mąż pracował nad tym przez wiele
lat, zanim wpakował swego ostatniego gola do bramki.
-?Teraz ty przejęłaś pałeczkę.
-?Tak. Teraz ja przejęłam pałeczkę. Własny oddział policji świadczy o tym, że sami troszczymy się o siebie i nie potrzebujemy tutaj żadnych
urzędników stanowych ani służb federalnych. O miasteczku takim jak
Lunacy można całkowicie zapomnieć ze względu na to, jakie jest i gdzie
się znajduje. Wcześniej mogliśmy się już poszczycić dobrą szkołą, dobrym
hotelem, tygodnikiem i rozgłośnią radiową. Teraz mamy na dodatek swoją
policję i straż pożarną. Gdy nadchodzi zima, która całkowicie odcina nas
od bożego świata, umiemy być samowystarczalni, potrzebny nam jednak ład
i porządek, a ten budynek i ludzie, którzy w nim pracują, symbolizują
tenże ład i porządek.
-?Jednym słowem zatrudniłaś symbol.
-?Do pewnego stopnia można tak to powiedzieć. -?Wytrzymała przez chwilę
jego wzrok. -?Ludzie czują się bezpieczniej, gdy da się im pewne
symbole. Z drugiej strony mam jednak nadzieję, że zrobisz to, co do
ciebie należy, i że zrobisz to dobrze, jednym słowem, że utrzymasz w miasteczku porządek i dotychczasowy stan rzeczy. Dlatego poświęciłam
nieco czasu, żeby pokazać ci najważniejsze instytucje w mieście, podać
nazwiska, powiedzieć, co kto robi. Nie zaprezentowałam ci jednak
wszystkich. Bing ma warsztat samochodowy, naprawia silniki i obsługuje
ciężki sprzęt, między innymi pług śnieżny i koparkę. Lunatic Air
odpowiada za zaopatrzenie miasta i transport osób. Zawozi również
turystów w góry i na polowania.
-?Lunatic Air?
-?Czyli Meg -?wyjaśniła Hopp z półuśmiechem na ustach. -?Znajdujemy się
na krańcu świata. Sami przeobraziliśmy miasteczko założone przez
osadników, awanturników, poszukiwaczy przygód i hipisów w spokojną
mieścinę. Poznasz mieszkańców, dowiesz się, co ich łączy, a co dzieli.
Wtedy będziesz wiedział, jak sobie z nimi radzić.
-?W związku z tym wracam do pierwszego pytania. Czemu mnie zatrudniłaś?
Dlaczego nie wzięłaś kogoś, kto już to wszystko wie?
-?Uznałam, że ktoś, kto zna miasto od podszewki, mógłby kierować się w swojej pracy własnymi przekonaniami i uprzedzeniami. Dawać wyraz swoim
urazom, wykorzystywać powiązania. Ktoś z zewnątrz to człowiek świeży.
Jesteś młody, twój wiek przemawia na twoją korzyść. Nie masz żony ani
dzieci, które nie chciałyby się tu przeprowadzić i namawiały cię, żebyś
wrócił na tereny położone poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika.
Pracowałeś na policji ponad dziesięć lat. Masz kwalifikacje, na których
mi zależało, i nie targowałeś się o pobory.
-?Rozumiem twój punkt widzenia, ale można spojrzeć na to z innej strony.
Co ja mam tu, do diabła, robić?
-?Hmm. -?Dopiła kawę. -?Odnoszę wrażenie, że jesteś młodym,
inteligentnym mężczyzną. Na pewno znajdziesz sobie jakieś zajęcie. No
dobrze. -?Wstała. -?Pozwolę ci zacząć. Spotkanie na ratuszu odbędzie się
o drugiej po południu. Liczę na to, że powiesz kilka słów.
-?O rany!
-?Jeszcze jedno. -?Włożyła rękę do kieszeni i wyjęła pudełko. -?Przyda
ci się.
Wyjęła z pudełka srebrną gwiazdę i przypięła mu ją do koszuli.
-?Do zobaczenia o drugiej, panie komendancie.
Stał na środku pokoju, wpatrując się w niedopitą kawę. Przez chwilę zza
drzwi dochodziły przytłumione głosy. Naprawdę nie wiedział, co robić,
uznał więc, że pora zacząć. Wyszedł z pokoju.
Hopp powiedziała prawdę. Nie miał żony ani dzieci. Nikt nie będzie go
namawiał, żeby wrócił na południe. Do normalnego świata. Jeżeli chce tu
zostać, musi się dobrze spisać. Jeśli schrzani sprawę, jeśli nie
wykorzysta niecodziennej szansy, jaką dano mu w maleńkiej mieścinie na
krańcu świata, nie będzie miał gdzie się podziać. Nie będzie miał co ze
sobą począć.
Wychodząc z kawą w ręku do swoich współpracowników, czuł niemiły ucisk w żołądku, taki sam jak podczas lotu.
-?Chciałbym wam zająć kilka minut.
Nie był pewien, gdzie stanąć, potem zdał sobie sprawę, że na pewno nie
powinien stać, w związku z tym podszedł do plastikowych krzeseł.
Przeniósł dwa z nich do biurka, na którym wcześniej postawił swoją kawę,
i uśmiechnął się do Peach.
-?Mogę panią prosić, pani Peach? Proszę usiąść.
Chociaż czuł, że żołądek nie zdążył jeszcze przetrawić sporej porcji
naleśników, powiedział z uśmiechem:
-?Może przyniosłaby pani ze sobą bułeczki cynamonowe? Fantastycznie
pachną.
Wyraźnie zadowolona postawiła na biurku talerz i położyła serwetki.
-?Częstujcie się, chłopcy -?zaproponowała.
-?Wydaje mi się, że sytuacja jest dla was wszystkich tak samo niezręczna
jak dla mnie -?zaczął Nate, kładąc bułeczkę na serwetce. -?Nie znacie
mnie. Nic nie wiecie o mnie jako o gliniarzu ani człowieku. Z kolei ja
nie pochodzę stąd i nic nie wiem o tej części świata. Tymczasem macie
wykonywać moje rozkazy. Będziecie wykonywać moje rozkazy -?poprawił się.
Ugryzł bułeczkę.
-?Nawet święty by się im nie oparł -?pochwalił.
-?To dzięki smalcowi.
-?Tak myślę.
Wyobraził sobie, jak jego tętnice gwałtownie się zamykają.
-?Trudno wykonywać rozkazy kogoś, kogo się nie zna, komu się nie ufa.
Nie macie powodu, by mi ufać. Co więcej, na pewno będę popełniał błędy.
Nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli uznacie za stosowne, by zwrócić
mi na nie uwagę, proszę tylko, żebyście robili to w cztery oczy. Będę
również liczył na to, że wszyscy... naprawdę wszyscy będziecie dostarczać
mi niezbędnych informacji. Powiecie to, co powinienem wiedzieć,
przedstawicie ludzi, których powinienem poznać. Na razie jednak chcę was
spytać, czy coś u mnie wam się nie podoba. Powiedzmy to sobie od razu i prosto w oczy, może dzięki temu uda nam się zaradzić ewentualnym
problemom.
Otto upił kawę.
-?Na razie nie wiem, czy coś mi się u pana podoba, czy nie. Najpierw
muszę pana poznać.
-?Rozumiem. Jeśli coś nie będzie panu odpowiadało, proszę mi o tym
powiedzieć. Może przyznam panu rację, może powiem, żeby poszedł pan do
diabła, ale przynajmniej będziemy wiedzieli, na czym stoimy.
-?Panie komendancie?
Nate spojrzał na Petera.
-?Mówcie do mnie Nate. Mam nadzieję, że mieszkańcy miasteczka nie wezmą
przykładu z pani burmistrz i nie będą przez cały czas mówili do mnie
Ignatiousie.
-?No cóż, przyszło mi na myśl, że dobrze by było, gdyby na początku ktoś
jeździł z panem na wezwania i patrole, na przykład Otto lub ja. Póki nie
pozna pan miasteczka.
-?To dobry pomysł. Pani Peach i ja opracujemy tygodniowy harmonogram
dyżurów.
-?Możesz mówić do mnie Peach. Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, liczę
na to, że na posterunku będzie czysto i że obowiązki, w tym również
sprzątanie ubikacji, Otto, znajdą się w harmonogramie razem z wszystkim
innym. Miotły, wiadra i szczotki to nie tylko narzędzia dla kobiet.
-?W umowie przyznano mi funkcję zastępcy, a nie sprzątaczki.
Peach miała typową, łagodną twarz matki. Może dlatego, jak każda matka,
była w stanie jednym zdecydowanym spojrzeniem wywiercić dziurę w stali.
-?A ja jestem prawą ręką i sekretarką, a nie babcią klozetową. Tymczasem
pewne rzeczy ktoś musi zrobić.
-?Proponuję, żebyśmy na razie wykonywali te obowiązki na zmianę -
przerwał Nate, dostrzegając wojownicze błyski w oczach obydwojga. -
Porozmawiam z panią burmistrz na temat naszego budżetu. Może uda nam się
nieco zaoszczędzić i zatrudnić kogoś, kto raz w tygodniu nam posprząta.
Kto ma kluczyki do szafki z bronią?
-?Są w mojej szufladzie -?powiedziała Peach.
-?Chciałbym je dostać. Ciekaw jestem również, jakie macie kwalifikacje
do posługiwania się bronią.
-?Gdybym chciał, mógłbym strzelać nawet z armaty -?wybuchnął Otto.
-?Może to i prawda, ale nosimy odznaki.
Nate odchylił się na krześle i baczniej przyjrzał się rewolwerowi w kaburze Ottona.
-?Masz zamiar traktować trzydziestkęósemkę jak rewolwer służbowy?
-?To mój rewolwer i dobrze mi służy.
-?Świetnie. Ja wezmę z szafki siga dziewięć milimetrów. Peterze,
odpowiada ci dziewiątka, którą masz przy sobie?
-?Tak, sir.
-?Peach, umiesz się posługiwać bronią?
-?Mam w swoim biurku kolta czterdziestkępiątkę. To jest broń mojego
ojca, który nauczył mnie strzelać, gdy miałam pięć lat. Poza tym umiem
się posługiwać wszystkim, co znajduje się w tej szafce, i robię to nie
gorzej niż nasz wojak Joe.
-?Służyłem w armii -?wybuchnął Otto z taką samą złością. -?W piechocie
morskiej.
-?W porządku. -?Nate przełknął ślinę. -?Możecie mi powiedzieć, ilu
mieszkańców miasteczka ma broń?
Wszyscy troje przez dobrą chwilę przyglądali mu się w milczeniu.
-?Prawie wszyscy -?powiedział w końcu Otto.
-?Świetnie. Czy mamy listę mieszkańców, którym odebrano licencję?
-?Mogę ją przygotować -?zaofiarowała się Peach.
-?Byłoby wspaniale. A znajdą się gdzieś kopie miejskich rozporządzeń?
-?Zdobędę je.
-?Jeszcze jedno -?powiedział Nate, gdy Peach wstawała. -?Gdybyśmy
musieli kogoś zaaresztować, to kto ustala kaucję, decyduje o długości
aresztu, wysokości kary i tak dalej?
Po długim milczeniu odezwał się Peter:
-?Chyba pan, panie komendancie.
Nate cicho gwizdnął.
-?To może być nawet dość zabawne!
Wrócił do swojego biura, zabierając po drodze robotę papierkową, którą
dała mu Peach. Wiedział, że nie zajmie mu to dużo czasu, ale liczył na
to, że będzie mógł przyczepić coś do korkowej tablicy.
Porządkował kartki, gdy w drzwiach pojawiła się jego sekretarka.
-?Przyniosłam ci kluczyki, Nate. Te są od szafki z bronią. Te od
posterunku, od drzwi wejściowych i tylnych, od cel i twojego samochodu.
Wszystkie są opisane.
-?Mojego samochodu? Mam samochód?
-?To Grand Cherokee. Stoi na ulicy. -?Wrzuciła mu kluczyk do ręki. -
Hopp powiedziała, żebyśmy ci pokazali, jak zamontować ogrzewacz do
silnika.
Czytał gdzieś o tym. Przy bardzo niskich temperaturach ogrzewacze
umożliwiają utrzymanie temperatury silnika.
-?Na wszystko przyjdzie czas.
-?Słońce wschodzi.
-?Słucham?
Odwrócił się i wyjrzał przez okno.
Potem wstał i z opuszczonymi rękami patrzył, jak słońce maluje na niebie
pomarańczowe i różowe plamy. Imponujące góry nagle ożyły, a po białych
zboczach zaczęły się przesuwać złociste smugi.
Nate zaniemówił z wrażenia.
-?Nie ma nic wspanialszego niż pierwszy zimowy wschód słońca na Alasce.
-?Chyba tak.
Jak zahipnotyzowany podszedł do okna.
Spojrzał na rzekę, na miejsce, w którym poprzedniego dnia wylądował. Był
tam długi, zniszczony pomost, którego wcześniej nie zauważył. Lód
połyskiwał i odbijał błękitne niebo. Z mroku wyłoniły się zwały śniegu,
domy, kępki drzew, a nawet ludzie. Tak, byli tam nawet ludzie, chociaż
dzięki grubemu ubraniu przypominali kolorowe kule prześlizgujące się po
bieli.
Obok smużki wznoszącego się dymu... o Jezu!... czyż to nie orzeł wzbija się
w niebo? W tym momencie grupka dzieciaków biegiem ruszyła w stronę
skutej lodem rzeki. Wszyscy mieli w rękach kijki hokejowe i łyżwy
przerzucone przez ramię.
W oddali wznosiły się majestatyczne góry. Milczący bogowie.
Patrząc na nie, Nate zapomniał o przenikliwym chłodzie, wietrze,
izolacji i własnym smutku.
Patrząc na nie, poczuł, że żyje.
3
Może było za zimno, może ludzie starali się zachowywać jak najlepiej, a może po prostu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem zapanował
świąteczny nastrój, tak czy inaczej pierwszy telefon zadzwonił dopiero w południe.
-?Nate? -?Peach stanęła w drzwiach z drutami i kłębkiem fioletowej
wełny. -?Dzwoni Charlene. Wygląda na to, że w Lodge dwóch facetów pobiło
się przy bilardzie. Trochę rozrabiają.
-?W porządku.
Wstał z krzesła i wędrując w stronę drzwi, wyjął z kieszeni
ćwierćdolarówkę.
-?Co wybieracie? -?spytał Ottona i Petera.
-?Orzeł -?odparł Otto, przyglądając się, jak jego zwierzchnik wyrzuca
monetę w powietrze.
Nate złapał ją na wierzch dłoni.
-?Reszka. W porządku. W takim razie jedzie ze mną Peter. Drobna awantura
w Lodge.
Przypiął krótkofalówkę do pasa, wszedł do przedsionka i zaczął się
ubierać.
-?Jeżeli awantura nie skończy się przed naszym przyjazdem -?powiedział
do Petera -?chcę, żebyś w dużym skrócie przedstawił mi głównych
bohaterów i wytłumaczył, o co chodzi. Czy sytuacja jest naprawdę groźna,
czy wystarczy kilka ostrych słów.
Pchnął drzwi. Ze wszystkich stron otoczyło go przeraźliwie zimne
powietrze.
-?To mój samochód? -?spytał, wskazując czarnego dżipa.
-?Tak, sir.
-?A ten przewód podłączony do słupka trzeba wetknąć do ogrzewacza do
silnika, tak?
-?Przyda się panu, jeśli samochód będzie stał nieco dłużej. Na tylnym
siedzeniu jest gruby koc. Można nim przykryć silnik, wtedy jest szansa,
że utrzyma ciepło przez jakieś dwadzieścia cztery godziny. Tylko potem
czasami człowiek zapomina go zdjąć, a wtedy silnik łatwo się przegrzewa.
Przewody rozruchowe też są z tyłu -?mówił, wyciągając wtyczkę. -?Tak
samo jak race, apteczka i...
-?Na wszystko przyjdzie czas -?przerwał mu Nate, zastanawiając się, czy
pokonanie drogi nazywanej Lunatic Street będzie wymagało użycia rac i apteczki. -?Sprawdźmy, czy uda nam się dojechać do Lodge w jednym
kawałku.
Usiadł za kierownicą i włożył kluczyk do stacyjki.
-?Podgrzewane siedzenia -?zauważył. -?Widać jednak Bóg istnieje.
W świetle dziennym miasteczko bez wątpienia wyglądało inaczej. Jest o wiele mniejsze -?uznał Nate, manewrując wśród zasp. Spaliny zostawiły
przy krawężnikach wyraźne smugi na białym śniegu, wystawy sklepowe już
nie były takie lśniące, a świąteczne dekoracje w świetle słonecznym
nosiły wyraźne ślady zużycia.
To już była rzeczywistość, a nie kartka pocztowa, chyba że spojrzało się
wyżej, na góry... chociaż i one straciły nieco swoją surowość.
Nie, nie surowość, raczej posągowość -?pomyślał. Teraz spoglądał na
ludzką osadę wyrzeźbioną z lodu, śniegu i kamienia, usadowioną na
brzegach krętej rzeki, otoczoną gęstymi lasami, w których z pewnością
grasowały watahy wilków.
Nate zastanawiał się, czy w lesie są niedźwiedzie, uznał jednak, że do
wiosny nie ma się czym martwić. Chyba że opowieści o śnie zimowym to
jedna wielka bzdura.
Droga z posterunku do hotelu zajęła im niecałe dwie minuty. Nate po
drodze doliczył się dziesięciu przechodniów, minął brązowego pikapa,
potem suva, dostrzegł trzy zaparkowane skutery śnieżne i jedną parę nart
wspartych o ścianę Italian Place.
Wyglądało na to, że mieszkańcy Lunacy nie poszli w ślady niedźwiedzi i nie zapadli w zimowy sen.
Nate wszedł do środka pierwszy, Peter za nim.
Awantura trwała nadal. Słychać było głośne okrzyki zachęty: "Skop mu ten
tłusty tyłek, Mackie!", odgłosy uderzeń i burknięcia. Nate doliczył się
pięciu gapiów. Jak na warunki Lunacy należało to prawdopodobnie uznać za
tłum. Tworzyło go pięciu mężczyzn we flanelowych koszulach, chociaż po
bliższych oględzinach okazało się, że jeden z nich jest kobietą.
W środku kręgu dwaj mężczyźni o skołtunionych, brązowych włosach turlali
się po podłodze, próbując jednocześnie okładać się pięściami. Jedyną
bronią widoczną w polu widzenia był złamany kij bilardowy.
-?To bracia Mackie -?wyjaśnił Peter.
-?Bracia?
-?Taak. Bliźniacy. Od urodzenia nic nie robią, tylko się tłuką. Rzadko
zdarza się, by podnieśli rękę na kogoś innego.
-?W porządku.
Nate łokciami utorował sobie drogę do środka kręgu. Na jego widok
okrzyki nieco ucichły i zamieniły się w ciche pomruki, zwłaszcza gdy
chwycił za tyłek bliźniaka numer jeden, który znajdował się na wierzchu.
-?No dobra, zabawa skończona.
Bliźniak numer dwa wyrwał się spod spodu i odskoczył do tyłu. Przy
okazji wymierzył potężny cios w szczękę brata.
-?Rzeka Czerwona, ośla pało! -?krzyknął.
Następnie uniósł pięści i rozpoczął taniec zwycięstwa. Jego brat
bezwładnie opadł w ramiona Nate'a.
-?Peterze, na litość boską -?warknął Nate, widząc, że jego zastępca stoi
w bezruchu.
-?Och, przepraszam, panie komendancie. Jim, uspokój się.
Jim Mackie nie przerywał swojego tańca, zachęcany okrzykami tłumu.
Nate zauważył, że pieniądze przechodzą z ręki do ręki, ale postanowił to
zignorować.
-?Weź go.
Przekazał nieprzytomnego mężczyznę Peterowi, potem zastąpił drogę
samozwańczemu zwycięzcy.
-?Zastępca kazał ci się uspokoić.
-?Taak?
Jim uśmiechnął się od ucha do ucha, ukazując białe zęby i iście po
diabelsku błyskając brązowymi oczami.
-?No to co? Wcale nie muszę słuchać rozkazów tego dupka.
-?Musisz. Zaraz pokażę ci, dlaczego.
Nate gwałtownym ruchem obrócił mężczyznę, pchnął go na ścianę i w niecałe dziesięć sekund założył mu kajdanki.
-?Hej! -?zaprotestował zdetronizowany zwycięzca.
-?Spróbuj podskoczyć, a wylądujesz w celi za stawianie oporu i nie
tylko. Peterze, gdy drugi ptaszek odzyska przytomność, przyprowadź go na
posterunek.
Nie okazując ani cienia lojalności, tym razem tłum miauczeniem i gwizdami poparł Nate'a, który siłą prowadził Jima Mackiego w stronę
drzwi.
Nate zatrzymał się na widok wychodzącej z kuchni Charlene.
-?Masz zamiar wnieść oskarżenie? -?spytał.
Przez chwilę patrzyła na niego zaskoczona, potem zamrugała oczami.
-?Hmmm... do diabła, nie. Nikt nigdy wcześniej mnie o to nie pytał. Jakie
oskarżenie?
-?Pewnie coś ci zniszczyli, połamali...
-?Och, zawsze po fakcie płacą za szkody, chociaż, prawdę mówiąc,
wypłoszyli kilku turystów, którzy mieli zamiar zamówić lunch.
-?To Bill zaczął.
-?Daj spokój, Jim -?ucięła. -?Zawsze obaj rwiecie się do walki. Mówiłam
wam, żebyście przestali wszczynać burdy, ponieważ przepędzacie mi
klientów. Nie chcę wnosić oskarżenia. Zależy mi tylko na tym, żeby wasze
głupie bijatyki ustały. I musicie zapłacić za szkody.
-?Rozumiem. Chodź, załatwmy sprawę, Jim.
-?Nie rozumiem, dlaczego...
Nate rozwiał jego wątpliwości, wypychając go na ziąb.
-?Jezu Chryste, przydałoby mi się moje ubranie.
-?Zastępca Notti ci je przyniesie. Możesz wsiąść do samochodu albo
zostać na zewnątrz i odmrozić sobie tyłek. Wybór należy do ciebie.
Otworzył drzwi i wepchnął Jima do środka.
Gdy Nate usiadł za kierownicą, Jim próbował odzyskać nieco godności,
pomimo podbitego oka i strużki krwi, która sączyła się z rozciętej
wargi.
-?Uważam, że nie powinno się tak traktować ludzi. To niesprawiedliwe.
-?A ja uważam, że niesprawiedliwością było zdzielenie brata w chwili,
gdy ktoś trzymał go za ręce.
Jim, nie kryjąc rozgoryczenia, wcisnął brodę w klatkę piersiową.
-?Zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Poniosło mnie. Poza tym ten
sukinsyn mnie wkurzył. Jesteś tym nowym, który ma być naszym
komendantem, tak?
-?Ale z ciebie bystrzacha, Jim!
Jim boczył się przez całą drogę na posterunek. Potem razem z Nate'em
wszedł do środka.
-?Przybysz z terenów położonych poniżej czterdziestego ósmego
równoleżnika -?zadrwił, zwracając się do Ottona i Peach. -?Nie wie, jak
wygląda życie w Lunacy.
-?Może mu to wyjaśnisz?
W oczach Ottona pojawił się błysk. Może radości?
-?Potrzebna mi będzie apteczka. Zapraszam do siebie, do biura, Jim.
Nate wprowadził Jima do środka, pchnął go na krzesło, a potem rozpiął
część kajdanków i przyczepił ją do oparcia.
-?Daruj sobie -?zaproponował Jim. -?Jeśli będę chciał wyjść, mogę po
prostu zabrać krzesło ze sobą.
-?Jasne, a ja wtedy dodam do listy twoich wykroczeń kradzież sprzętu z posterunku policji.
Jim ponownie zaczął się boczyć. Był kościstym mężczyzną około
trzydziestki. Miał potargane brązowe włosy, pociągłą twarz, zapadnięte
policzki i brązowe oczy. Lewe było opuchnięte po jednym z ciosów brata.
Z rozciętej wargi kapała krew.
-?Nie lubię cię -?zdecydował.
-?Wolno ci. To nie jest sprzeczne z prawem, w przeciwieństwie do
zakłócania spokoju, niszczenia cudzej własności i bijatyki.
-?Tutaj, w Lunacy, jeśli człowiek ma ochotę stłuc na kwaśne jabłko
swojego przygłupiastego brata, to jest jego i tylko jego sprawa.
-?Już nie. Tutaj, w Lunacy, od tej chwili człowiek ma szanować cudzą
własność i przestrzegać porządku publicznego. Ma również okazywać
szacunek stróżom prawa.
-?Peterowi? Temu głupkowi?
-?Teraz to zastępca Głupek.
Jim ciężko westchnął, tak ciężko, że z jego rozciętej wargi prysnęły
kropelki krwi.
-?Na litość boską, znałem go, nim się jeszcze urodził.
-?Kiedy ma przypiętą odznakę i mówi ci, żebyś się uspokoił, masz się
uspokoić, niezależnie od tego, czy znałeś go in vitro, czy nie.
Jim sprawiał wrażenie zaciekawionego, a jednocześnie zaskoczonego.
-?Nie wiem, o czym, do diabła, mówisz.
-?Właśnie widzę.
Zerknął na wchodzącą Peach.
-?Przyniosłam apteczkę i lód.
Podała lód Jimowi, a apteczkę ustawiła na biurku przed Nate'em. Potem
wzięła się pod boki.
-?Jak to się dzieje, Jimie Mackie, że w ogóle nie mądrzejesz?
-?To Bill zaczął.
Zarumienił się i przycisnął lód do krwawiącej wargi.
-?To ty tak twierdzisz. A gdzie jest Bill?
-?Peter zaraz go przyprowadzi -?wyjaśnił Nate. -?Kiedy numer dwa odzyska
przytomność.
Peach prychnęła.
-?Przypuszczam, że matka podbije ci drugie oko, gdy będzie musiała
zapłacić za ciebie kaucję...
Wygłosiwszy ponurą przepowiednię, wyszła, trzaskając drzwiami.
-?Jezu! Chyba nie masz zamiaru zamykać mnie za to, że zdzieliłem brata
przez łeb.
-?Kto wie? Może jeszcze sam nieźle ci dołożę, zważywszy, że to mój
pierwszy dzień w pracy. -?Nate oparł się o krzesło. -?O co poszło?
-?No dobrze, posłuchaj.
W ramach przygotowania do własnej obrony Jim klepnął się po kolanach.
-?Ten pozbawiony mózgu osioł twierdzi, że najlepszym westernem, jaki
kiedykolwiek nakręcono, był Dyliżans, podczas gdy nawet dziecko wie,
że Rzeka Czerwona bije całą resztę na głowę.
Nate przez długą chwilę milczał.
-?Naprawdę?
-?Na litość boską!
-?Po prostu chcę mieć pewność, czy rzeczywiście dobrze cię zrozumiałem.
Ty i twój brat urządziliście sobie bijatykę, ponieważ nie zgadzacie się
co do zalet Dyliżansu i Rzeki Czerwonej z oeuvre Johna Wayne'a.
-?Czego?
-?Biliście się o to, który film Johna Wayne'a jest lepszy?
Jim poruszył się na krześle.
-?Chyba tak. Wyrównamy Charlene wszystkie straty. Czy mogę już iść?
-?Zwrócicie Charlene za zniszczenia i każdy z was zapłaci sto dolarów
grzywny za zakłócanie porządku publicznego.
-?Niech to diabli! Nie możesz...
-?Mogę.
Nate wychylił się do przodu i obrzucił Jima zimnym, spokojnym
spojrzeniem, pod wpływem którego bliźniak numer jeden zaczął
niespokojnie wiercić się na krześle.
-?Posłuchaj, Jim, co ci powiem. Nie chcę, żebyście obaj z Billem
wszczynali burdy w Lodge. Ani w żadnym innym miejscu, chociaż na razie
przede wszystkim chodzi mi o hotel. Pomyślcie o małym chłopcu, który
spędza tam większość czasu.
-?E tam, do diabła, w razie bójki Rose zawsze zabiera Jesse'ego do
kuchni. Bill i ja nie chcemy skrzywdzić tego malca. Jesteśmy po prostu...
no wiesz... trochę popędliwi.
-?W takim razie, będąc w mieście, musicie zapanować nieco nad swoją
popędliwością.
-?Sto dolarów?
-?Do zapłacenia u Peach w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin.
Jeśli tego nie zrobisz, z każdym dniem opóźnienia podwoję stawkę. Jeśli
nie chcesz płacić grzywny, możesz spędzić trzy najbliższe dni tutaj, w bardzo dobrych warunkach.
-?Zapłacimy -?mruknął Jim, ciężko wzdychając. -?Ale, na litość boską,
Dyliżans?
-?Osobiście lubię Rio Bravo.
Jim otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnował z tego
pomysłu. Widocznie w końcu zdał sobie sprawę z ewentualnych
konsekwencji.
-?To cholernie dobry film -?przyznał -?chociaż daleko mu do Rzeki
Czerwonej.
Nate doszedł do wniosku, że jeśli takie przestępstwa są w Lunacy normą,
być może podjął słuszną decyzję, przylatując właśnie tutaj.
Prawdopodobnie największym wyzwaniem, jakie przed nim stoi, będą bójki
między braćmi.
Nie szukał wielkich wyzwań.
Bracia Mackie nie stanowili żadnego problemu. Rozmowa z Billem
przebiegła niemal dokładnie tak samo jak z Jimem, chociaż Bill z większym zapałem bronił Dyliżansu i używał w tym celu mocniejszych
słów. Prawdopodobnie mniejszą przykrość sprawiło mu to, że oberwał po
twarzy, niż fakt, iż nie przyznano mu racji, jeśli chodzi o jego
ulubiony film.
Peter wstawił głowę w drzwi.
-?Panie komendancie? Dzwoni Charlene. Mówi, że powinien pan przyjechać
do hotelu na lunch.
-?Doceniam jej troskę, ale muszę przygotować się na spotkanie.
Kiedy w Lodge ciągnął Jima w stronę drzwi, dostrzegł błysk w oku
Charlene.
-?Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił, Peterze. Podjedź tam, przygotuj
listę zniszczeń i postaraj się oszacować, jakie koszty będzie musiała
ponieść Charlene. Dopilnuj, żeby bracia Mackie dostali ten wykaz i w ciągu dwudziestu czterech godzin zapłacili za szkody.
-?Jasne. Świetnie pan sobie poradził, panie komendancie.
-?Nie było z czym sobie radzić. Mam zamiar napisać raport. Będę chciał,
żebyś go przejrzał i w razie konieczności dodał coś od siebie.
Usłyszawszy ryk, od którego aż zadrżały szyby, Nate obejrzał się za
siebie.
-?Co to takiego? Trzęsienie ziemi? Wybuch wulkanu? Wojna atomowa?
-?Bóbr -?wyjaśnił Peter.
-?Niemożliwe, żeby na Alasce były tak olbrzymie i tak głośne bobry.
Peter ze śmiechem wskazał na okno.
-?Mówię o samolocie Meg Galloway. Nazywa się Bóbr. Przywiozła
zaopatrzenie.
Odwróciwszy się, Nate ujrzał czerwony samolocik, jeden z tych, które
bardziej kojarzyły mu się z zabawkami. Na wspomnienie niedawnej podróży
w stalowym ptaku o mniej więcej podobnych rozmiarach poczuł ucisk w żołądku. Odwrócił się od okna.
Nacisnął guzik brzęczącego interkomu.
-?O co chodzi, Peach?
-?Grupka dzieciaków obrzuciła szkołę kulkami śniegu. Wybiły okno i uciekły.
-?Wiemy, kto to zrobił?
-?Tak. Znamy nazwiska całej trójki.
Zastanawiał się przez chwilę, co z tym zrobić.
-?Sprawdź, czy Otto może się tym zająć.
Spojrzał na Petera.
-?Jakieś pytania?
-?Nie. Nie, sir. Po prostu cieszę się, że jest coś do roboty -?dodał z uśmiechem.
-?Taak. Ja też nie lubię siedzieć z założonymi rękami.
Szukał sobie zajęć, póki nie nadszedł czas, żeby wyjść na spotkanie.
Załatwiał przede wszystkim sprawy organizacyjne, ale dzięki nim czuł się
tak, jakby przygotowywał sobie miejsce pracy.
Niezależnie od tego, jak długo miał tu zostać.
Co prawda podpisał umowę na rok, ale zarówno on, jak i rada miejska w ciągu dwóch miesięcy mogli się z niej wycofać.
Uspokajała go świadomość, że jeśli będzie chciał, może stąd wyjechać
choćby jutro... albo w przyszłym tygodniu. Jeśli przetrwa dwa miesiące, na
pewno będzie wiedział, czy zdoła wytrzymać do końca kontraktu.
Postanowił pójść do ratusza na piechotę. Głupotą byłoby pokonywanie
samochodem tak niewielkiej odległości.
Niebo było czyste i tak niebieskie, że białe góry odcinały się od niego,
jakby ktoś wyrzeźbił je ostrym nożem. Temperatura była nieludzka, mimo
to Nate zobaczył dzieci, które tak samo jak w każdym innym mieście
wybiegły ze Sklepu na Rogu z batonami w rękach. Pełne zapału i oczekiwania.
Gdy tylko znalazły się na chodniku, w drzwiach sklepu pojawiły się
jakieś ręce i odwróciły karteczkę z napisem OTWARTE. Teraz każdy mógł
przeczytać, że jest ZAMKNIĘTE.
Tym razem na ulicy stało więcej terenówek i samochodów, następne
mozolnie posuwały się po zasypanej śniegiem drodze.
Wyglądało na to, że na spotkaniu w ratuszu będzie mnóstwo ludzi.
Nate poczuł ucisk w żołądku. Tak samo było przed wszelkimi publicznymi
wystąpieniami podczas studiów. Fatalna cecha u działacza.
Bardzo lubił prowadzić rozmowy. Chętnie przesłuchiwał podejrzanych,
wyciągał zeznania od świadków, ale na samą myśl o konieczności
wystąpienia przed publicznością i wygłoszenia kilku sensownych zdań po
karku spływała mu strużka potu.
Po prostu spróbuj jakoś przez to przebrnąć -?rozkazywał sobie. Przeżyj
następną godzinę, a potem już nigdy nie będziesz musiał tego robić. Taką
miał przynajmniej nadzieję.
Wszedł do środka, do ciepłego wnętrza, które wypełniał cichy pomruk
ludzkich głosów. W holu wisiała ogromna ryba, jakiej Nate nigdy w życiu
nie widział. Był tak zaskoczony, że przez dobrą chwilę nie odrywał od
niej wzroku, zastanawiając się, czy to jakiś wieloryb mutant i jak, na
litość boską, ktoś zdołał go złapać, nie wspominając już o przyczepieniu
do ściany.
Dzięki temu nie myślał o dużej liczbie ludzi, którzy zerkali w jego
stronę, i tłumie siedzącym już w części przeznaczonej na zebranie.
Wszyscy zajmowali składane krzesła i byli zwróceni twarzami do
podwyższenia i mównicy.
-?To łosoś królewski -?wyjaśniła Hopp, stając za plecami Nate'a.
Nadal patrzył na ogromną srebrną rybę, która odsłaniała czarne dziąsła w czymś, co do pewnego stopnia przypominało szyderczy uśmiech.
-?To ma być łosoś? Jadałem łososia. Widywałem go w restauracjach. Jest
taki duży. -?Pokazał wielkość rękami.
-?Nie jadłeś łososia królewskiego z Alaski. Chociaż, prawdę mówiąc, ten
sukinsyn rzeczywiście jest wyjątkowo duży. Złapał go mój mąż. Ryba
ważyła ponad czterdzieści dwa kilogramy. Trochę mniej, niż wynosi
rekord, ale to i tak wspaniały okaz.
-?Czego użył? Podnośnika widłowego?
Wybuchnęła gromkim śmiechem i po przyjacielsku poklepała go po plecach.
-?Łowisz ryby?
-?Nie.
-?W ogóle?
-?Nie mam nic przeciwko wędkowaniu, po prostu nigdy tego nie robiłem.
Potem odwrócił się i, zaskoczony, zmarszczył czoło. Hopp miała na sobie
elegancki kostium w drobną biało-czarną kratkę. W uszy wpięła niewielkie
perełki i pomalowała wargi na czerwono.
-?Pani wygląd naprawdę robi wrażenie, pani burmistrz.
-?Wrażenie może robić dwustuletnia sekwoja.
-?No cóż, chciałem powiedzieć, że wyglądasz seksownie, ale uznałem, że
to może być nieodpowiednie określenie.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
-?Jesteś mądrym chłopcem, Ignatiousie.
-?Chyba nie bardzo.
-?Jeśli ja mogę wyglądać seksownie, czemu ty nie możesz być mądry? W końcu to tylko wygląd. Może zatem rozpoczniemy przedstawienie? Najpierw
zaprezentuję cię członkom rady miejskiej, a potem wygłosimy nasze mowy.
Wzięła go pod ramię tak, jak robi to kobieta, która prowadzi mężczyznę
przez tłum ludzi zebranych na przyjęciu.
-?Słyszałam, że poznałeś już braci Mackie.
-?Och, to tylko drobne nieporozumienie z powodu westernów.
-?Jeśli o mnie chodzi, lubię filmy z Clintem Eastwoodem. Wczesne. A to
Ed Woolcott. Pozwól, Edzie, że przedstawię ci naszego nowego komendanta
policji.
Woolcott, surowy z wyglądu mężczyzna koło pięćdziesiątki, uścisnął
Nate'owi rękę jak wytrawny polityk. Jego gęste, siwe włosy odczesane
były do tyłu. Twarz miał wyrazistą. Nad lewym okiem widniała niewielka,
biała szrama.
-?Prowadzę tu bank -?objaśnił Nate'owi, co usprawiedliwiało granatowy
garnitur i krawat w drobne prążki. -?Spodziewam się, że wkrótce otworzy
pan u nas konto.
-?Będę musiał się nad tym zastanowić.
-?Nie jesteśmy tu po to, żeby omawiać interesy, Edzie. Chciałabym
przedstawić Ignatiousa innym.
Poznał Deb i Harry'ego Minerów, którzy prowadzili Sklep na Rogu, Alana
B. Royce'a, emerytowanego sędziego, Waltera Nottiego, ojca Petera,
hodowcę psów husky. Wszyscy oni byli członkami rady miejskiej.
-?Nasz lekarz, Ken Darby, przyjdzie, gdy tylko będzie mógł.
Pojawiła się również Bess Mackie: chuda jak tyczka kobieta z szokująco
czerwonymi włosami. Stanęła przed Nate'em, skrzyżowała ręce na chudej
klatce piersiowej i prychnęła.
-?To ty upupiłeś moich chłopców?
-?Taak, psze pani, można tak powiedzieć.
Zaczerpnęła powietrza przez niewielkie nozdrza i dwukrotnie kiwnęła
głową.
-?To dobrze. Następnym razem porozwalaj im łby i oszczędź mi kłopotu.
Kiedy odeszła, żeby poszukać wolnego krzesła, Nate uznał, że, zważywszy
na okoliczności, było to całkiem miłe powitanie.
Hopp poprowadziła go w stronę podwyższenia, na którym stały krzesła dla
niej, Nate'a i wiceburmistrza Woolcotta.
-?Deb rozpocznie zebranie od kilku bieżących spraw, ogłoszeń i tego typu
rzeczy -?wyjaśniła Hopp. -?Potem Ed wygłosi mowę, następnie ja powiem
kilka słów i przedstawię cię mieszkańcom miasteczka. Po twoim
wystąpieniu zamkniemy zebranie. Mogą się pojawić jakieś pytania.
Nate poczuł skurcz żołądka.
-?W porządku.
Wskazała mu krzesło obok siebie i kiwnięciem głowy dała znak Deb Miner.
Deb, krępa kobieta o ładnej twarzy i jasnych włosach, weszła na
podwyższenie i stanęła na mównicy.
Mikrofon zaskrzypiał i zapiszczał, gdy go ustawiała. Kiedy odchrząknęła,
jej głos odbił się echem od ścian.
-?Witam wszystkich zgromadzonych. Zanim przejdziemy do naszej
najważniejszej sprawy, chciałabym odczytać kilka ogłoszeń. Uroczyste
powitanie Nowego Roku w Lodge zacznie się mniej więcej o dziewiątej.
Oprawę muzyczną zapewni zespół The Caribous. Będziemy zbierać pieniądze,
więc nie skąpcie datków. W następny piątek w szkole urządzamy kolację we
włoskim stylu. Opłaty za wstęp zostaną przeznaczone na zakup strojów dla
drużyny hokejowej. Mamy szansę na wygranie regionalnych mistrzostw, więc
powinniśmy odpowiednio ubrać członków naszej drużyny. Uroczystość
zaczyna się o piątej. Kolacja będzie się składała z dania głównego,
sałatki, rolady i zimnych napojów. Wstęp dla dorosłych: sześć dolarów,
dzieci od sześciu do dwunastu lat: cztery dolary. Poniżej sześciu -
wstęp wolny.
Potem szczegółowo omówiła najbliższy wieczór filmowy, który miał się
odbyć w ratuszu. Nate słuchał jej jednym uchem, starając się nie myśleć
o swojej kolejce przy mikrofonie.
Nagle dostrzegł ją w drzwiach.
Czerwona kurtka i coś w sposobie poruszania się podpowiedziało mu, że
patrzy na tę samą kobietę, którą poprzedniego wieczoru widział przez
okno. Zdjęła kaptur, na głowie zostawiła jedynie czarną wełnianą
czapeczkę, spod której wystawały gęste, czarne, proste włosy.
Przy tych obu zdecydowanych kolorach jej twarz sprawiała wrażenie
wyjątkowo jasnej, kości policzkowe wyraźnie odcinały się od tła. Chociaż
dzieliła ich cała długość sali, Nate zauważył, że nieznajoma ma
niebieskie oczy. Jasnoniebieskie jak lód.
Miała na sobie męskie spodnie i zniszczone czarne, wysokie buty, przez
ramię przerzuciła płócienną torbę.
Lodowatobłękitne oczy skierowały się prosto na Nate'a i wytrzymywały
jego spojrzenie przez cały czas, kiedy szła między rzędami składanych
krzeseł, a potem usiadła obok chudego mężczyzny, który wyglądał na
rdzennego mieszkańca Alaski.
Nie odezwali się do siebie ani słowem, ale Nate wyczuł, że są sobie
bardzo bliscy, chociaż nie w sensie fizycznym. Nieznajoma zdjęła kurtkę.
W tym czasie Deb przeszła od wieczoru filmowego do zapowiedzi
najbliższych meczów hokejowych.
Pod kurtką właścicielka jasnoniebieskich oczu miała oliwkowozielony
sweter. Pod swetrem, zdaniem Nate'a, znajdowało się krępe, wysportowane,
drobne ciało.
Próbował się zdecydować, czy nieznajoma jest ładna. Daleko jej było do
kanonów piękna: miała zbyt proste brwi, lekko garbaty nos i za obfite
usta.
Jednak tworząc w myślach listę jej niedoskonałości, Nate czuł, że coś w nim drgnęło. Może dlatego uznał, że jest interesująca. Od kilku miesięcy
trzymał się z dala od kobiet, co, biorąc pod uwagę stan jego umysłu,
wcale nie było takie trudne. Niemniej na widok przypominającej bryłkę
lodu nieznajomej w jego żyłach szybciej zaczęła krążyć krew.
Otworzyła płócienną torbę i wyjęła z niej papierową torebkę. Zanurzyła w niej rękę i, ku zdumieniu Nate'a, wyjęła garść prażonej kukurydzy.
Włożyła do ust kilka ziarenek i zaproponowała poczęstunek swojemu
sąsiadowi. W tym czasie Deb skończyła czytać ogłoszenia.
Miejsce na mównicy zajął Ed. Omówił pracę rady miejskiej i czynione
przez nią postępy. W tym czasie kobieta wyjęła z torby srebrny termos i nalała do kubka coś, co wyglądało na czarną kawę.
Kto to, do diabła, może być? Córka siedzącego obok tubylca? Dzieliła ich
odpowiednia różnica wieku, ale Nate nie dostrzegł ani cienia
podobieństwa, które mogłoby świadczyć o tym, że łączą ich więzy krwi.
Chociaż Nate bacznie jej się przyglądał, ani się nie zarumieniła, ani
nie zamrugała oczami, jedynie skubała kukurydzę, sączyła kawę i patrzyła
mu prosto w oczy.
Kiedy Ed zapowiedział Hopp, rozległy się brawa. Z pewnym wysiłkiem Nate
wrócił do rzeczywistości.
-?Nie mam zamiaru tracić czasu na politykowanie. Postanowiliśmy zapewnić
miastu bezpieczeństwo i zgodnie z tradycją naszego wspaniałego stanu
zatroszczyć się sami o siebie. Najpierw w głosowaniu opowiedzieliśmy się
za wybudowaniem posterunku policji i zatrudnieniem stróżów prawa. Potem
rozgorzała długa dyskusja, podczas której każdy z nas miał coś do
powiedzenia, dzięki czemu rozpatrzyliśmy wszelkie za i przeciw. W rezultacie podczas ponownego głosowania postanowiliśmy sprowadzić z zewnątrz kogoś z odpowiednim doświadczeniem, człowieka, któremu obce
będą stosunki panujące w Lunacy. Liczyliśmy na to, że dzięki temu będzie
sprawiedliwy, a jego mądrość pozwoli mu wprowadzić w mieście przepisy
prawa bez jakichkolwiek uprzedzeń. Dowiódł tego dzisiaj, zakładając
kajdanki Jimowi Mackiemu, który pobił się z bratem w Lodge.
Rozległy się chichoty. Obaj bracia z posiniaczonymi twarzami uśmiechnęli
się ze swoich miejsc.
-?Obłożył nas grzywną! -?zawołał jeden z nich.
-?Dzięki czemu budżet miasta wzbogacił się o dwieście dolarów. Biorąc
pod uwagę wasze dotychczasowe postępowanie, możemy mieć nadzieję, że
sami pokryjecie koszty zakupu wozu dla straży pożarnej. Ignatious Burke
przyjechał do nas z Baltimore w stanie Maryland, gdzie przez jedenaście
lat służył w tamtejszej policji. Możemy uznać się za szczęściarzy,
ponieważ mamy teraz komendanta, który zatroszczy się o spokój i bezpieczeństwo mieszkańców naszego miasteczka. Powitajmy naszego nowego
komendanta policji.
Kiedy mieszkańcy Lunacy zaczęli bić brawo, Nate pomyślał: O cholera!
Kolej na mnie. Podszedł do mównicy, mając w głowie kompletną pustkę.
Wtedy ktoś z tłumu zawołał:
-?Cheechako!
Rozległ się pomruk, a przyciszone głosy podjęły sprzeczkę. Nate
zapomniał o zdenerwowaniu, górę wzięła złość.
-?To prawda. Jestem cheechako. Przybyszem z zewnątrz. Przybyszem z terenów położonych poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika.
Rozmowy ucichły. Nate bacznie przyjrzał się tłumowi.
-?Niemal wszystko, czego dowiedziałem się na temat Alaski, wyczytałem w przewodniku, znalazłem w Internecie albo zobaczyłem w kinie. Niewiele
wiem o Lunacy oprócz tego, że jest tu cholernie zimno, że bracia Mackie
lubią się bić i że macie tu widok, który zapiera w piersiach dech. Wiem
natomiast, jak być gliniarzem, i dlatego tu jestem.
Kiedyś wiedziałem -?poprawił się w myślach. Kiedyś wiedziałem, jak nim
być. Poczuł, że dłonie mu się pocą.
Wiedział, że lada chwila się zatnie. Czuł to. Wówczas jego wzrok
napotkał spojrzenie lodowatych, błękitnych oczu kobiety w czerwieni. Na
jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Nie odrywając oczu od Nate'a,
uniosła srebrny kubek i upiła następny łyk kawy.
Nate słyszał własne słowa. A może to ona podpowiedziała mu ten tekst?
-?Przyjechałem tutaj, żeby służyć temu miastu i ochraniać jego
mieszkańców. Może będziecie źli, że przybywam z zewnątrz i mówię, co wam
wolno, a czego nie, ale wszyscy musimy się do tego przyzwyczaić. Ja ze
swojej strony obiecuję, że dołożę wszelkich starań. Wy zadecydujecie,
czy to wystarczy. Dziękuję.
Rozległy się nieśmiałe brawa, które po chwili przybrały na sile. Nate
znów złapał się na tym, że patrzy w oczy nieznajomej. Poczuł ucisk w żołądku, kiedy jeden kącik jej ust uniósł się w delikatnym uśmiechu.
Usłyszał, że Hopp zamyka zebranie. Kilka osób chciało z nim porozmawiać,
dlatego stracił nieznajomą z oczu. Kiedy znów ją dostrzegł, czerwona
kurtka przesuwała się w stronę tylnych drzwi.
-?Kto to taki?
Tak długo się cofał, aż udało mu się dotknąć ramienia Hopp.
-?Ta kobieta, która się spóźniła... Miała czerwoną kurtkę, czarne włosy i niebieskie oczy.
-?Pewnie masz na myśli Meg. Meg Galloway. Córkę Charlene.
Chciała dobrze mu się przyjrzeć. Poprzedniego dnia w oknie wyglądał na
pogrążonego w myślach i zgorzkniałego bohatera jakiejś mrocznej
powieści.
Uznała, że jest wystarczająco przystojny do takiej roli, ale z bliska
sprawiał wrażenie raczej smutnego niż zgorzkniałego.
Szkoda. Bardziej odpowiadałoby jej zgorzknienie.
Musiała przyznać, że nieźle sobie poradził. Pomimo obelgi -?ten dupek,
Bing! -?powiedział, co do niego należało, i po chwili wahania dokończył
swoją mowę.
Uznała, że jeśli po Lunacy mają się snuć gliniarze, mogli gorzej trafić.
Dla niej to nie miało znaczenia dopóty, dopóki nikt nie będzie wtykał
nosa w jej sprawy.
Skoro już była w mieście, postanowiła zrobić zakupy.
Zobaczywszy w Sklepie na Rogu wywieszkę ZAMKNIĘTE, ciężko westchnęła.
Potem wyjęła z torby pęczek kluczy, znalazła oznaczony skrótem Snr,
otworzyła i weszła do środka.
Zabrała dwa duże pudła i zaczęła wędrować między regałami. Do jednego
wrzuciła płatki śniadaniowe, makaron, jajka, jedzenie w puszkach, papier
toaletowy, mąkę i cukier. Położyła je na ladzie i zaczęła napełniać
drugie.
Właśnie dźwigała ogromną torbę karmy dla psów, gdy otworzyły się drzwi i do sklepu wszedł Nate.
-?Zamknięte.
Meg sapnęła i położyła torbę na ladzie.
-?Widzę.
-?Jeśli widzi pan, że zamknięte, to co pan tu robi?
-?Śmieszne. To ja powinienem o to zapytać.
-?Potrzebuję kilku rzeczy.
Weszła za ladę, wzięła stamtąd kilka niewielkich pudełeczek i dorzuciła
je do dużego pudła.
-?Tego mogłem się domyślić, ale gdy ludzie biorą to, czego potrzebują,
kiedy sklep jest zamknięty, zazwyczaj uznaje się to za kradzież.
-?Coś o tym słyszałam.
Wyjęła spod lady ogromną księgę i przerzuciła kilka kartek.
-?Idę o zakład, że poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika aresztuje
się ludzi za coś takiego.
-?Tak. Oczywiście.
-?Ma pan zamiar wprowadzić ten zwyczaj tu, w Lunacy?
-?Tak. Oczywiście.
Roześmiała się. Jej śmiech w jakimś stopniu stanowił dopełnienie śmiechu
Hopp. Wyjęła skądś długopis i zaczęła pisać w księdze.
-?No cóż, proszę pozwolić, że skończę, a potem będzie mnie pan mógł
aresztować. Trzy aresztowania w ciągu dnia. Prawdziwy rekord.
Pochyliwszy się nad ladą, zauważył, że córka Charlene dokładnie wpisuje
wszystko, co wrzuciła do pudeł.
-?To byłaby jedynie strata czasu.
-?Taak, ale w Lunacy nigdy go nie brakuje. Cholera, zapomniałam o mydle
oliwkowym. Poda mi je pan? Jest tam.
-?Jasne.
Podszedł, przejrzał zawartość półki i wziął buteleczkę.
-?Wczoraj widziałem panią przez okno.
Dopisała do listy mydło oliwkowe.
-?Ja też pana widziałam.
-?Jest pani alaskijskim pilotem.
-?Nie tylko. -?Spojrzała na Nate'a. -?To zaledwie jedno z moich zajęć.
-?Co robi pani oprócz tego?
-?Gliniarz z wielkiego miasta szybko powinien się zorientować.
-?Trochę już wiem. Gotuje pani. Ma pani psa. Może nawet dwa spore psy.
Lubi pani swój dom. Jest pani uczciwa, przynajmniej wtedy, kiedy to pani
odpowiada. Lubi pani czarną kawę i dużo masła na prażonej kukurydzy.
-?To tylko wierzchołek góry lodowej. -?Stuknęła długopisem o księgę. -
Interesuje pana reszta, panie komendancie?
Jaka bezpośrednia -?pomyślał. Dawno temu przestał być bezpośredni. Może
pora wrócić do starych przyzwyczajeń?
-?Nawet bardzo.
Uśmiechnęła się tak samo jak w ratuszu: najpierw uniosła prawy kącik
ust, dopiero później lewy.
-?Charlene już pana zaliczyła?
-?Słucham?
-?Jestem ciekawa, czy Charlene zgotowała panu poprzedniej nocy specjalne
powitanie w Lunacy.
Nie wiedział, co wkurzyło go bardziej: pytanie czy chłód, z jakim mu się
przyglądała.
-?Nie.
-?Nie jest w pańskim typie?
-?Nie bardzo. Nie podoba mi się też sposób, w jaki mówi pani na temat
matki.
-?Nagle stał się pan przewrażliwiony, co? Niech się pan nie martwi.
Wszyscy wiedzą, że Charlene próbuje kręcić z każdym przystojnym facetem,
który się tu pojawi. Problem w tym, że unikam okruchów z jej stołu.
Skoro jednak nie wywarła na panu specjalnego wrażenia, może pozwolę,
żeby dowiedział się pan czegoś więcej na mój temat.
Zamknęła książkę i odłożyła ją na miejsce.
-?Zechce mi pan pomóc w zapakowaniu moich rzeczy do samochodu?
-?Jasne. Wydawało mi się, że pani środkiem lokomocji jest samolot.
-?Był. Zamieniłam się z przyjacielem środkami transportu.
-?W porządku.
Dźwignął torbę z karmą dla psów i zarzucił ją na ramię.
Na zewnątrz stał czerwony pikap z brezentem, sprzętem do biwakowania,
rakietami śnieżnymi i kilkoma butlami gazu. W kabinie widać było
rewolwer i strzelbę.
-?Poluje pani? -?spytał.
-?Zależy od zwierzyny.
Zamknęła pakę auta i uśmiechnęła się do Nate'a.
-?Co pan tu, do diabła, robi, panie komendancie?
-?Jeśli będzie pani mówić do mnie "Nate", odpowiem pani na to pytanie,
gdy tylko sam rozwiążę tę zagadkę.
-?W porządku. Może w takim razie zobaczymy się podczas sylwestra?
Sprawdzimy, czy do siebie pasujemy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki