Żony mundurowych - Magdalena Majcher

Kup ebooka

42.99 zł
35.25 zł (21,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Ni­g­dy nie oka­zu­ję mo­je­mu mężo­wi stra­chu

Ju­sty­na zna­ła swo­je­go męża wła­ści­wie od za­wsze. Do­ra­sta­li w jed­nym, nie­du­żym mie­ście, cho­dzi­li do tej sa­mej szko­ły, kil­ka razy byli na tych sa­mych im­pre­zach, choć ni­g­dy nie w swo­im to­wa­rzy­stwie. "Nie roz­pa­try­wa­łam go w ogó­le w ta­kich ka­te­go­riach", przy­zna­je ze śmie­chem Ju­sty­na - atrak­cyj­na trzy­dzie­sto­pi­ęcio­lat­ka. Ktoś po­wie­dział jej, że Pio­trek krót­ko po ma­tu­rze zło­żył pa­pie­ry do po­li­cji, ale nie przy­wi­ąza­ła do tej in­for­ma­cji wi­ęk­szej uwa­gi. Mia­ła wte­dy chło­pa­ka, z któ­rym pla­no­wa­ła przy­szło­ść. Była za­ko­cha­na, dziś sama przy­zna­je - śle­po za­ko­cha­na. Nie wi­dzia­ła, a może nie chcia­ła wi­dzieć, że jej chło­pak częściej niż z nią spędza czas z ko­le­ga­mi na im­pre­zach i że wca­le nie jest je­dy­ną dziew­czy­ną w jego ży­ciu. Ta re­la­cja roz­pa­dła się po kil­ku­na­stu mie­si­ącach.

Nie pla­no­wa­ła ko­lej­ne­go zwi­ąz­ku, chcia­ła dać so­bie czas na wy­li­za­nie ran. Mężczyzn trak­to­wa­ła ra­czej jako kum­pli. Pew­ne­go dnia za­ło­ży­ła kon­to w apli­ka­cji rand­ko­wej, jak sama przy­zna­je, bar­dziej dla za­bi­cia cza­su niż z rze­czy­wi­stej chęci na­wi­ąza­nia no­wej re­la­cji. Zdzi­wi­ła się, wi­dząc zna­jo­mą twarz. Od szko­ły śred­niej nie mie­li ze sobą kon­tak­tu. Od razu do nie­go na­pi­sa­ła, nie ma­jąc żad­nych ocze­ki­wań. Po pro­stu za­py­ta­ła, co sły­chać. Pi­sa­li ze sobą do pó­źnej nocy, a może ra­czej do wcze­sne­go ran­ka. Na­stęp­ne­go dnia Pio­trek za­pro­sił ją na kawę. Po­my­śla­ła: "Wła­ści­wie... dla­cze­go nie? Prze­cież to tyl­ko kawa".

Osiem mie­si­ęcy pó­źniej ra­zem za­miesz­ka­li, a rok po pierw­szym spo­tka­niu Ju­sty­na była w ci­ąży. Wzi­ęli ślub, kie­dy ich có­recz­ka mia­ła pół roku. Nie było ro­man­tycz­nych oświad­czyn w trak­cie ko­la­cji przy świe­cach. Pod­czas wspól­ne­go go­to­wa­nia Pio­trek po pro­stu za­py­tał: "A może by­śmy się hajt­nęli?", co sta­no­wi­ło dla Ju­sty­ny osta­tecz­ne po­twier­dze­nie, że to mężczy­zna dla niej. Śmie­je się, że chy­ba spa­li­ła­by się ze wsty­du, gdy­by klęk­nął przed nią w ele­ganc­kiej re­stau­ra­cji pe­łnej lu­dzi i po­pro­sił ją o rękę. "To nie mój świat", za­zna­cza. "Dla mnie wa­żniej­sza od ro­man­tycz­nych oświad­czyn i we­se­la na sto osób była pew­no­ść, że to jest czło­wiek, przy któ­rym chcę się ze­sta­rzeć". W ko­ńcu już raz się spa­rzy­ła.

Na­stęp­ne­go dnia byli w urzędzie sta­nu cy­wil­ne­go, gdzie usta­li­li datę ślu­bu. Za dwa mie­si­ące. Za­pro­si­li tyl­ko naj­bli­ższą ro­dzi­nę i przy­ja­ciół, w tym naj­lep­sze­go kum­pla Piotr­ka, z któ­rym po­łączy­ły go szko­ła po­li­cji i lata słu­żby.

Nie­daw­no świ­ęto­wa­li ósmą rocz­ni­cę ślu­bu.

***

Umó­wi­łam się z Ju­sty­ną w ka­wiar­ni w du­żym cen­trum han­dlo­wym, ob­le­ga­nym przez klien­tów w zwi­ąz­ku z se­zo­no­wy­mi wy­prze­da­ża­mi. Ni­g­dy wcze­śniej jej nie wi­dzia­łam, roz­ma­wia­ły­śmy ze sobą tyl­ko przez te­le­fon, a mimo to, kie­dy tyl­ko ją zo­ba­czy­łam, z ja­kie­goś po­wo­du od razu wie­dzia­łam, że to wła­śnie ona. Już pod­czas pierw­sze­go te­le­fo­nicz­ne­go kon­tak­tu Ju­sty­na zro­bi­ła na mnie wra­że­nie ko­bie­ty prze­bo­jo­wej i pew­nej sie­bie. I wła­śnie ta­kim kro­kiem we­szła do ka­wiar­ni. Ro­zej­rza­ła się, a kie­dy do niej po­ma­cha­łam, uśmiech­nęła się sze­ro­ko. Rzu­ci­ła to­reb­kę na wol­ne krze­sło i za­częła pa­plać: "Ile lu­dzi, nor­mal­nie ist­ny szał, po­win­nam się ro­zej­rzeć za pre­zen­tem dla Piotr­ka, nie­dłu­go ma uro­dzi­ny, ale jak wi­dzę te tłu­my, to się ode­chcie­wa, pew­nie za­mó­wię coś przez neta. No, ale po­wiedz sama, co ku­pić fa­ce­to­wi, któ­ry ma wszyst­ko, co naj­lep­sze?".

Ju­sty­na pra­cu­je w me­diach, tyl­ko tyle chce o so­bie po­wie­dzieć. Pro­si, aby nie po­da­wać zbyt wie­lu szcze­gó­łów i zmie­nić per­so­na­lia jej i męża. "Kie­dyś, jak on odej­dzie na eme­ry­tu­rę, będę mo­gła to wszyst­ko opo­wie­dzieć pod wła­snym na­zwi­skiem", wy­ja­śnia. Pio­trek miał w pra­cy do czy­nie­nia z ró­żny­mi lu­dźmi, dla­te­go ona nie chwa­li się na pra­wo i lewo tym, gdzie pra­cu­je jej mąż. "Po co ku­sić los?", pyta. "Ci, co mają wie­dzieć, wie­dzą".

Pio­trek od pi­ęt­na­stu lat pe­łni słu­żbę w od­dzia­le pre­wen­cji. Nie spędził za biur­kiem ani jed­ne­go dnia, cały czas pra­cu­je na uli­cy. Teo­re­tycz­nie mó­głby już ode­jść na eme­ry­tu­rę, ale Ju­sty­na wie, że tego nie zro­bi, i wca­le tego od nie­go nie ocze­ku­je. Bo Pio­trek po­sze­dł do po­li­cji nie dla­te­go, że nie miał na sie­bie in­ne­go po­my­słu. On ma­rzył o tej ro­bo­cie. "Ta pra­ca jest jego pa­sją. Pio­trek ma na­dzie­ję, że będzie mógł jak naj­dłu­żej pra­co­wać na uli­cy. Nie za­le­ży mu na sta­no­wi­sku czy stop­niach. On ma mi­sję i re­ali­zu­je ją na co dzień", wy­ja­śnia.

Włączam dyk­ta­fon, przy­gląda­jąc się dys­kret­nie swo­jej roz­mów­czy­ni. Jest wy­so­ka, szczu­pła, ele­ganc­ko ubra­na. Zer­kam na logo mar­ki umiesz­czo­ne na jej to­reb­ce. "To nie z po­li­cyj­nej pen­sji", rzu­ca ze śmie­chem. "Cho­ciaż stan­dard ży­cia funk­cjo­na­riu­szy i ich ro­dzin ostat­nio nie­co się po­lep­szył. Wy­wal­czy­li so­bie pod­wy­żki, a po­li­cjan­ci pra­cu­jący w od­dzia­łach pre­wen­cji do­sta­li do­da­tek w wy­so­ko­ści pi­ęciu­set zło­tych. Pio­trek śmie­je się, że do­sta­li te pie­ni­ądze, bo nikt nie chciał pra­co­wać w pre­wen­cji i kto mógł, szyb­ko stam­tąd ucie­kał. Bo oni są na pierw­szej li­nii ognia, za­wsze tam, gdzie coś się dzie­je. To nie­wdzi­ęcz­na ro­bo­ta i, cóż tu ukry­wać, chy­ba naj­bar­dziej za­an­ga­żo­wa­na w po­li­ty­kę. To wła­śnie chło­pa­ków z pre­wen­cji wy­sy­ła się te­raz na gra­ni­cę, oni za­bez­pie­cza­ją me­cze, straj­ki, ma­ni­fe­sta­cje. A w po­li­cji roz­kaz to rzecz świ­ęta". Wi­dać po niej, że ten te­mat jest dla niej szcze­gól­nie dra­żli­wy, dla­te­go nic nie mó­wię, li­cząc, że sama go po­ci­ągnie. Mam ra­cję. "Jak czy­tam te wszyst­kie mądro­ści w in­ter­ne­cie, to krew mnie za­le­wa. Lu­dzie nie mają po­jęcia, o czym mó­wią. Ow­szem, zda­rza­ją się nad­uży­cia, ale gdzie ich nie ma? Boli mnie to, że po­je­dyn­cze in­cy­den­ty psu­ją wi­ze­ru­nek ca­łej for­ma­cji. Nie mówi się o tym, jak wie­le do­bre­go zro­bi­ła po­li­cja, pod­kre­śla się tyl­ko to, co złe, a ja na­praw­dę jak nikt inny wiem, jak ogrom­ną cenę za co­dzien­ną słu­żbę pła­cą ci fa­ce­ci i ich ro­dzi­ny. Świ­ęta w pra­cy, wiel­ka nie­wia­do­ma, kie­dy wró­cą do domu z ja­kie­goś za­bez­pie­cze­nia, strach o ży­cie i zdro­wie, kie­dy w ich stro­nę lecą ka­mie­nie i kost­ka bru­ko­wa, dźwi­ga­nie na swo­ich bar­kach pro­ble­mów in­nych lu­dzi, od­ci­na­nie sznu­ra, na któ­rym wisi sa­mo­bój­ca, czło­wiek umie­ra­jący na ich rękach...", wy­li­cza Ju­sty­na. Coś zmie­nia się w jej spoj­rze­niu. "A po­tem je­den z dru­gim na­pi­szą mu w in­ter­ne­cie, że jest chu­jem i przy­no­si wstyd swo­jej ro­dzi­nie".

Po­roz­ma­wiaj­my o stra­chu.

O stra­chu? Ale to chy­ba z moim mężem po­win­naś na ten te­mat po­roz­ma­wiać. To on jest na pierw­szej li­nii fron­tu.

Ty się nie bo­isz?

(dłu­ższa ci­sza) To nie tak, że się nie boję. Boję się, oczy­wi­ście, że się boję, ale cho­wam głębo­ko ten strach. Zresz­tą, ten lęk nie to­wa­rzy­szy mi bez­u­stan­nie, ka­żde­go dnia. Po pro­stu są ta­kie mo­men­ty, mam tu­taj na my­śli oczy­wi­ście naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ne in­ter­wen­cje, kie­dy strach chwy­ta mnie za gar­dło i utrud­nia nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie, ale ni­g­dy nie oka­zu­ję tego stra­chu mo­je­mu mężo­wi. Pew­nie jak to prze­czy­ta, będzie zdzi­wio­ny, bo jak tak te­raz o tym my­ślę, to nie było w na­szym domu ta­kiej roz­mo­wy.

Kie­dy naj­bar­dziej się ba­łaś?

Je­de­na­ste­go li­sto­pa­da, ale nie pa­mi­ętam, któ­ry to był rok. Chy­ba dwa ty­si­ące czter­na­sty albo dwa ty­si­ące pi­ęt­na­sty. W ogó­le Świ­ęto Nie­pod­le­gło­ści to jest u nas trud­ny te­mat. Za­wsze już pod ko­niec pa­ździer­ni­ka za­czy­na się ner­wów­ka: po­je­dzie czy nie po­je­dzie, będą bur­dy czy ich nie będzie? W po­li­cji wła­ści­wie nic nie jest pew­ne do sa­me­go ko­ńca. Cza­sem dzień przed wy­jaz­dem oka­zu­je się, że Pio­trek, cho­ciaż nie było go na li­ście wy­jaz­do­wej, musi zja­wić się w pra­cy spa­ko­wa­ny na kil­ka dni, bo chy­ba jed­nak po­je­dzie. Chy­ba. No i on się pa­ku­je, bie­rze wa­liz­kę do pra­cy, a po­tem się oka­zu­je, że nie je­dzie, a ja wte­dy od­dy­cham z ulgą, bo tym ra­zem mu się upie­kło.

Je­śli je­dzie, to włączam pro­gram in­for­ma­cyj­ny i przez cały czas trwa­nia mar­szu sie­dzę przed te­le­wi­zo­rem i śle­dzę, co się dzie­je w War­sza­wie. Wte­dy było szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nie, w stro­nę po­li­cji po­szła kost­ka bru­ko­wa, pły­ty chod­ni­ko­we, zna­ki dro­go­we. Na pa­sku po­ja­wi­ły się in­for­ma­cje o ko­lej­nych ran­nych, rów­nież po stro­nie po­li­cji. Nie mo­głam tak po pro­stu za­dzwo­nić do Piotr­ka, bo wie­dzia­łam, że on jest w sa­mym środ­ku tego ga­li­ma­tia­su i ostat­nim, na co mógł so­bie po­zwo­lić, było ode­bra­nie te­le­fo­nu od spa­ni­ko­wa­nej żony. Pró­bo­wa­łam my­śleć ra­cjo­nal­nie, że prze­cież tam jest tylu po­li­cjan­tów i, sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, szan­sa na to, że ran­ny zo­stał wła­śnie mój mąż, jest mi­ni­mal­na, ale ka­żda z nas wte­dy so­bie tak wma­wia­ła, a prze­cież to byli mąż, oj­ciec, brat, syn któ­re­jś z nas. O tym się nie my­śli na co dzień, bo to by­ła­by pro­sta dro­ga do sza­le­ństwa, ale w ta­kich chwi­lach, kie­dy ktoś z na­szych zo­sta­je ran­ny albo, co gor­sza, gi­nie na słu­żbie, nie spo­sób wy­rzu­cić tego z gło­wy. Prze­cież to mógł być on.

Pa­mi­ętam po­grzeb an­ty­ter­ro­ry­sty za­strze­lo­ne­go pod­czas in­ter­wen­cji w Wisz­ni Ma­łej. Na pew­no o tym sły­sza­łaś, to była gło­śna spra­wa, wła­ma­nie do ban­ko­ma­tu. Pio­trek po­de­słał mi link do wzru­sza­jącej prze­mo­wy ko­le­gi zma­rłe­go, z tej sa­mej jed­nost­ki, któ­ry na po­grze­bie zwró­cił się do jego żony i dzie­ci: "Iwon­ko, dzie­cia­ki, twój mąż i wasz tata był bo­ha­te­rem! On wzi­ął na sie­bie kulę, by inni mo­gli wy­ko­nać za­da­nie". Na­wet te­raz mam łzy w oczach. (dłu­ższa ci­sza) I w ta­kich chwi­lach, kie­dy uświa­do­misz so­bie, że to prze­cież mógł być twój mąż... Wspó­łczu­jesz tej ko­bie­cie, ale gdzieś z tyłu gło­wy jest myśl: "Boże, jak do­brze, że to nie był Pio­trek". Albo ta tra­gicz­na hi­sto­ria z Ra­ci­bo­rza. W dniu po­grze­bu za­strze­lo­ne­go po­li­cjan­ta o dwu­na­stej w po­łud­nie za­wy­ły sy­re­ny. Chy­ba ka­żda z nas my­śla­ła wte­dy o tym sa­mym, że na jego miej­scu mógł być naj­bli­ższy nam czło­wiek. Oczy­wi­ście, tak jak mó­wię, nie my­śli się o tym przez cały czas, bo by czło­wiek zwa­rio­wał, ale kie­dy gi­nie ja­kiś po­li­cjant, po­ja­wia­ją się czar­ne my­śli. Przy­tła­cza­jąca jest świa­do­mo­ść, jak nie­bez­piecz­na jest ta pra­ca.

Dla­cze­go więc ni­g­dy nie roz­ma­wia­łaś o tym stra­chu ze swo­im mężem?

Bo on tam, na uli­cy, musi dźwi­gać swój strach. Nie chcę, żeby brał na sie­bie rów­nież mój. Były ta­kie in­ter­wen­cje, pod­czas któ­rych po­tra­fił my­śleć tyl­ko o tym, że chce wró­cić do domu, i mu­siał zro­bić wszyst­ko, aby wy­jść z tego cało ra­zem ze swo­im ko­le­gą. Kie­dyś po­je­chał na zda­rze­nie, któ­re za­po­wia­da­ło się ca­łkiem nie­win­nie, a sko­ńczy­ło się praw­dzi­wym kosz­ma­rem, jed­nym tru­pem i jed­nym ran­nym w po­wa­żnym sta­nie. Mąż opo­wia­dał mi po­tem, że kie­dy spoj­rzał w oczy tam­te­mu czło­wie­ko­wi, zo­ba­czył w nich czy­ste zło, sza­le­ństwo, dia­bła - sam nie wie­dział, jak to na­zwać. Po­my­ślał wów­czas, że tam ktoś zgi­nie, i tak się rze­czy­wi­ście sta­ło. Sy­tu­acja była dy­na­micz­na i tam­ten fa­cet stra­cił ży­cie pod­czas pró­by uciecz­ki. To był nie­szczęśli­wy wy­pa­dek, bo gość wy­brał naj­gor­szą z mo­żli­wych dróg - przez okno. Oczy­wi­ście Biu­ro Spraw We­wnętrz­nych prze­pro­wa­dzi­ło do­cho­dze­nie i nie wy­ka­za­ło żad­nych uchy­bień, ale to był do­dat­ko­wy stres. Kie­dy cze­ka­li na pro­ku­ra­to­ra, Pio­trek za­dzwo­nił do mnie: "Słu­chaj, będę na­praw­dę pó­źno, mamy tu­taj tru­pa, gru­ba ak­cja, było na­praw­dę gro­źnie, idź spać". I ja rze­czy­wi­ście po­szłam spać, bo co by mi to dało, gdy­bym sie­dzia­ła i się za­mar­twia­ła, sko­ro było już po wszyst­kim? Rano zna­la­złam w lo­dów­ce na pół opró­żnio­ną bu­tel­kę wód­kę. Po­my­śla­łam, że rze­czy­wi­ście mu­sia­ło być gru­bo. Mój mąż nie pije ja­koś często, na im­pre­zach, wia­do­mo, na­pi­je się, cza­sem wie­czo­rem strze­li so­bie ja­kie­goś bro­wa­ra, ale nie ma pro­ble­mu z al­ko­ho­lem. Wte­dy mu­siał się na­pić, żeby w ogó­le za­snąć, i ja ab­so­lut­nie nie mia­łam do nie­go o to pre­ten­sji. Ro­zu­mia­łam go. O tej in­ter­wen­cji pi­sa­ły me­dia, nie tyl­ko te lo­kal­ne. Ja zna­łam ją z re­la­cji męża, bo kie­dy się obu­dził, opo­wie­dział mi wszyst­ko ze szcze­gó­ła­mi. W me­diach przed­sta­wio­no to ina­czej, z do­nie­sień wy­ni­ka­ło, że po­li­cjan­ci byli nie­udol­ni, bo po­dej­rza­ny ode­brał so­bie ży­cie. Lu­dzie w ko­men­ta­rzach py­ta­li, co ro­bi­li po­li­cjan­ci, kie­dy to się wy­da­rzy­ło. Co ro­bi­li? Udzie­la­li pierw­szej po­mo­cy ran­ne­mu. Nie mo­gli go zo­sta­wić, bo by się wy­krwa­wił i uma­rł, a gdy­by je­den z nich zo­stał z nim, a dru­gi po­sze­dł za spraw­cą, pew­nie zgi­nęło­by wi­ęcej osób, a ja by­ła­bym wdo­wą. Mu­sie­li cze­kać na wspar­cie. No, ale in­ter­nau­ci wie­dzą le­piej...

Jak z tą sy­tu­acją po­ra­dził so­bie twój mąż?

Jak? Tak, jak ra­dzi się so­bie z ta­ki­mi spra­wa­mi w po­li­cji - czar­nym hu­mo­rem. Miał pro­po­zy­cję wy­jaz­du na taki spe­cjal­ny tur­nus re­lak­sa­cyj­ny dla po­li­cjan­tów, ale ko­niec ko­ńców nic z tego nie wy­szło. W su­mie na­wet nie wiem dla­cze­go, te­mat uma­rł śmier­cią na­tu­ral­ną. Teo­re­tycz­nie do dys­po­zy­cji po­li­cjan­tów cały czas jest psy­cho­log, ale umów­my się: kto w ta­kim zma­sku­li­ni­zo­wa­nym śro­do­wi­sku wy­rwie się przed sze­reg in­nych sam­ców alfa i sam po­pro­si o po­moc? We­dług mnie ta­kie wi­zy­ty u psy­cho­lo­ga po­win­ny być obo­wi­ąz­ko­we i re­gu­lar­ne, a nie do­bro­wol­ne.

O co cho­dzi z tym czar­nym hu­mo­rem?

Oni za­bi­ja­ją stres śmie­chem. Mnie też już tro­chę ten czar­ny hu­mor się udzie­lił, choć są żar­ty, któ­rych na­dal, mimo upły­wu lat, nie ro­zu­miem i chy­ba ni­g­dy nie zro­zu­miem. Po­tra­fią so­bie dow­cip­ko­wać na­wet z naj­tra­gicz­niej­szych zda­rzeń. Pew­nie w taki spo­sób wy­pie­ra­ją to, co prze­ży­li, umniej­sza­ją temu.

Po­li­cjan­tem się jest czy się bywa?

Zde­cy­do­wa­nie się jest. Te­raz, po tylu la­tach ma­łże­ństwa z po­li­cjan­tem, po­tra­fię wy­ło­wić ich wśród tłu­mu na uli­cy, na­wet kie­dy nie mają na so­bie mun­du­rów. Jest coś cha­rak­te­ry­stycz­ne­go w spo­so­bie ich za­cho­wa­nia, cho­dze­nia, lu­stro­wa­nia oto­cze­nia. A z tym lu­stro­wa­niem... Boże. Cza­sem wście­kam się na mo­je­go Piotr­ka, bo je­ste­śmy w skle­pie, a on wci­ąż wo­dzi wzro­kiem po twa­rzach in­nych lu­dzi, ob­ser­wu­je, co ro­bią, czy nie za­cho­wu­ją się w ja­kiś spo­sób po­dej­rza­nie. A kie­dy już ktoś, za­zwy­czaj jest to ja­kiś wy­so­ki, bar­czy­sty, łysy fa­cet (śmiech), ten jego wzrok podła­pie, to Pio­trek ab­so­lut­nie nie ucie­ka spoj­rze­niem, tyl­ko wy­trzy­mu­je, do­pó­ki tam­ten nie zmi­ęk­nie. Jest to iry­tu­jące, ale przy­zwy­cza­iłam się do tego. Albo ostat­nio je­cha­li­śmy gdzieś z dziec­kiem i na­gle Pio­trek wy­pa­la: "Wi­dzia­łaś tych pi­ęciu go­ści w gol­fie? Na pew­no coś ze sobą mają". Coś, czy­li nar­ko­ty­ki. Ja na­wet nie za­uwa­ży­łam, że prze­je­żdżał ja­kiś golf, a on od­no­to­wał, że w środ­ku było pi­ęciu mło­dych, po­dej­rza­nie wy­gląda­jących chło­pa­ków.

Nie ka­żdy po­li­cjant tak się za­cho­wu­je, bo, umów­my się, nie ka­żdy, kto słu­ży w tej for­ma­cji, się do tego na­da­je. Nie­któ­rzy przyj­mu­ją się, bo nie mają na sie­bie in­ne­go po­my­słu. Oni po pro­stu pra­cu­ją od-do, dają z sie­bie ab­so­lut­ne mi­ni­mum, nie mają tego in­stynk­tu. Ale mój Pio­trek jest psem z krwi i ko­ści. On na­praw­dę jest do tego stwo­rzo­ny, dla­te­go będę go wspie­rać do dnia, w któ­rym sam stwier­dzi, że już mu wy­star­czy. Ab­so­lut­nie nie za­mie­rzam wpły­wać na jego de­cy­zję. Odej­dzie wte­dy, kie­dy będzie na to go­tów. Na­sza ro­dzi­na pła­ci wy­so­ką cenę za jego słu­żbę, ale z dru­giej stro­ny, gdy­by nie był tym, kim jest, to nie by­ło­by moje ży­cie, to nie by­ło­by moje ma­łże­ństwo.

Za­trzy­mał kie­dyś ko­goś poza go­dzi­na­mi pra­cy, w two­jej obec­no­ści?

Nie, ale je­chał za tak­sów­ka­rzem, któ­ry nie ustąpił pierw­sze­ństwa ro­dzi­nie prze­cho­dzącej przez pasy i gdy­by oni się nie za­trzy­ma­li, praw­do­po­dob­nie by ich po­trącił. Kie­dy Pio­trek to zo­ba­czył, ru­szył z pi­skiem opon za tam­tą tak­sów­ką. Za­je­chał jej dro­gę i so­lid­nie opie­przył kie­row­cę. Chy­ba ni­g­dy nie wi­dzia­łam go tak po­ru­szo­ne­go.

Wy­ci­ągnął le­gi­ty­ma­cję?

Nie, nie (śmiech). Pio­trek ra­czej nie nosi ze sobą cały czas le­gi­ty­ma­cji, a już na pew­no nie ma­cha nią lu­dziom przed ocza­mi. Po pro­stu po­wie­dział tak­sów­ka­rzo­wi, co o nim my­śli, i za­py­tał, czy ma świa­do­mo­ść, że za­bra­kło se­kund, aby za­mor­do­wał ro­dzi­nę z dziec­kiem. Jak się tak nad tym za­sta­no­wić, to wła­śnie spra­wy z udzia­łem dzie­ci po­ru­sza­ją go naj­bar­dziej. Trud­no jest pa­trzeć na krzyw­dę naj­młod­szych, już abs­tra­hu­jąc od tej sy­tu­acji. To jest wła­ści­wie je­dy­na rzecz w tej pra­cy, z któ­rą Pio­trek so­bie nie po­ra­dził, i wiem, że to ra­czej nie na­stąpi.

Utrzy­mu­je­cie kon­takt z in­ny­mi po­li­cjan­ta­mi i ich part­ner­ka­mi? Spo­ty­ka­cie się pry­wat­nie?

Tak, cza­sem tak. Ja w ogó­le je­stem pe­łna po­dzi­wu dla so­li­dar­no­ści, jaka pa­nu­je w po­li­cyj­nym śro­do­wi­sku. Ta słyn­na nie­bie­ska li­nia na­praw­dę ist­nie­je, je­den za dru­gim stoi mu­rem. To za­ufa­nie jest po­trzeb­ne, bo kie­dy wy­je­żdża się ra­zem na słu­żbę, two­je ży­cie za­le­ży nie tyl­ko od cie­bie, ale też od two­ich ko­le­gów. Ale to wi­dać też poza pra­cą. Ja­kiś czas temu była or­ga­ni­zo­wa­na zbiór­ka na le­cze­nie dla dziec­ka po­li­cjan­ta i po­li­cjant­ki. W kil­ka dni uda­ło się ze­brać całą wy­ma­ga­ną kwo­tę, w śro­do­wi­sku była ogrom­na mo­bi­li­za­cja. Kie­dyś jed­ne­mu chło­pa­ko­wi z pra­cy mo­je­go męża po­wi­nęła się noga i miał pro­ble­my fi­nan­so­we, a Pio­trek z ko­le­ga­mi zor­ga­ni­zo­wa­li dla nie­go zbiór­kę.

Kil­ka razy byli u nas ko­le­ga Piotr­ka z żoną, in­nym ra­zem my ich od­wie­dzi­li­śmy. Pa­no­wie za­wsze w ko­ńcu scho­dzą na te­ma­ty zwi­ąza­ne z pra­cą, a my prze­wra­ca­my ocza­mi, bo ile mo­żna roz­ma­wiać o po­li­cji? (śmiech) Na pew­no wie­my o słu­żbie w po­li­cji wi­ęcej niż prze­ci­ęt­ny oby­wa­tel, ale my na­dal je­ste­śmy cy­wi­la­mi. Po­przez ma­łże­ństwo z mun­du­ro­wym jed­ną nogą tkwi­my w słu­żbie, ale jed­nak je­ste­śmy poza nią. Pew­nych spraw na­dal nie ro­zu­mie­my i ni­g­dy nie zro­zu­mie­my.

Czy­li ja­kich?

Mnie dłu­go za­jęło zro­zu­mie­nie tego, że to jest słu­żba, a nie pra­ca. Na po­cząt­ku zda­rza­ło mi się zło­ścić, bo na przy­kład mój brat miał przy­je­chać ze swo­ją na­rze­czo­ną za­pro­sić nas na ślub, a Pio­trek na­gle dzwo­ni, że pięć mi­nut przed za­ko­ńcze­niem słu­żby pod­jęli in­ter­wen­cję i mu­si­my to prze­ło­żyć. Trud­no się przy­zwy­cza­ić do tej nie­prze­wi­dy­wal­no­ści.

Albo kwe­stie roz­ka­zów i ich wy­pe­łnia­nia. Po­glądy czy opi­nie po­li­cjan­ta są ostat­nią rze­czą, jaką ten po­wi­nien brać pod uwa­gę pod­czas wy­pe­łnia­nia roz­ka­zów. Kie­dyś mu po­wie­dzia­łam, że jak po­je­dzie pa­cy­fi­ko­wać ko­bie­ty na Straj­ku Ko­biet, to nie będzie miał do­kąd wra­cać. Na szczęście nie do­stał ta­kie­go roz­ka­zu. Wiem, że gdy­by wy­sła­no go na ta­kie za­bez­pie­cze­nie, czu­łby się roz­dar­ty, bo on po­pie­ra te po­stu­la­ty o do­stępie do abor­cji, tyl­ko... no wła­śnie. Po­li­cja jest upo­li­tycz­nio­ną jed­nost­ką i to jest naj­po­tężniej­szy mi­nus tej pra­cy. Dla­te­go wła­śnie for­ma­cji w ostat­nich la­tach tak bar­dzo się do­sta­ło: ści­ga­nie lu­dzi za brak ma­se­czek, straj­ki ko­biet, ob­sta­wia­nie wil­li na Żo­li­bo­rzu. Na tej pod­sta­wie wszy­scy po­li­cjan­ci stra­ci­li wi­ze­run­ko­wo, a prze­cież to jest uła­mek ich pra­cy.

Czy twój mąż przy­no­si pra­cę do domu?

Nie, ra­czej nie, choć na po­cząt­ku zwi­ąz­ku by­wa­ły mi­ędzy nami zgrzy­ty. W ogó­le wy­da­je mi się, że mło­dym po­li­cjan­tom włącza się coś, co ja na­zy­wam syn­dro­mem sze­ry­fa. Do­sta­ją od­zna­kę, pi­sto­let i wła­dzę i mają za­pro­wa­dzić po­rządek na uli­cy. To może da­wać złud­ne po­czu­cie wy­ższo­ści. Pio­trek swe­go cza­su miał pro­ble­my z kon­tro­lą. Nie po­tra­fił od­dzie­lić pra­cy od ży­cia pry­wat­ne­go. Wy­da­wa­ło mu się, że sko­ro na uli­cy ka­żdy na jego we­zwa­nie musi oka­zać do­ku­men­ty, to ma też pra­wo do tego, żeby przej­rzeć mi te­le­fon. Ja­sno po­sta­wi­łam gra­ni­ce, po­wie­dzia­łam mu, że so­bie tego nie ży­czę, dużo na ten te­mat roz­ma­wia­li­śmy i rze­czy­wi­ście zro­zu­miał, prze­stał tak ro­bić.

O po­li­cjan­tach krążą ró­żne opo­wie­ści. Wiesz, na przy­kład ta­kie, że do naj­wier­niej­szych ma­łżon­ków to oni nie na­le­żą...

Umów­my się: lu­dzie od za­wsze się zdra­dza­li, zdra­dza­ją i zdra­dzać będą. My­ślę, że to nie za­le­ży od wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du, a od war­to­ści, ja­ki­mi w ży­ciu kie­ru­je się dany czło­wiek. Roz­ma­wia­my z Piotr­kiem ab­so­lut­nie o wszyst­kim. Ja na­wet wiem, któ­ry z jego ko­le­gów miał ro­mans i jak się ten ro­mans sko­ńczył. Znam ich żony, ale w ży­ciu bym im o tym nie po­wie­dzia­ła, bo utra­ci­ła­bym za­ufa­nie mo­je­go męża, a poza tym ja lu­dziom nie za­glądam do łó­żek. To nie moja spra­wa, kto z kim śpi. Żal mi tych żon, ale świa­ta i ludz­kich sła­bo­ści nie zmie­nię. Ja­sne, że po­li­cjan­ci zdra­dza­ją, tak jak zdra­dza­ją ban­kow­cy, kie­row­cy, ak­to­rzy, na­uczy­cie­le czy bu­dow­la­ńcy. W ka­żdym z tych śro­do­wisk znaj­dą się lu­dzie, któ­rzy za nic mają ta­kie war­to­ści jak ro­dzi­na czy ma­łże­ństwo, ale też tacy, któ­rzy po­zo­sta­ją wier­ni swo­im part­ne­rom. Uwa­żam, że nie mo­żna ge­ne­ra­li­zo­wać. Nie je­stem z tych, któ­re mó­wią: "Mój mąż ni­g­dy by tak nie zro­bił", bo nie mo­że­my prze­wi­dzieć, jak w kon­kret­nej sy­tu­acji za­cho­wa­łby się dany czło­wiek. Praw­da jest taka, że na­wet sa­mych sie­bie do ko­ńca nie po­zna­li­śmy, a co do­pie­ro mó­wić o dru­gim czło­wie­ku, ale na ten mo­ment je­stem pew­na mo­je­go męża. Wiem, że jest mi wier­ny, więc to nie tak, że ka­żdy po­li­cjant zdra­dza swo­ją żonę. Ja­sne, może mają ku temu wi­ęcej oka­zji, no bo jed­nak "za mun­du­rem pan­ny sznu­rem", a oni nie pra­cu­ją od-do, cza­sem się zda­rza, że słu­żba trwa osiem go­dzin, in­nym ra­zem dzie­si­ęć, a jesz­cze in­nym dwa­na­ście albo i wi­ęcej, więc ła­twiej ten ro­mans ukryć, ale nie ka­żdy z tej mo­żli­wo­ści ocho­czo ko­rzy­sta. Mój mąż kie­dyś do­stał pro­po­zy­cję od dziew­czy­ny, któ­rą za­trzy­my­wa­li w jej miesz­ka­niu. "Pa­no­wie, zro­bię wam do­brze i za­po­mni­my o ca­łej spra­wie", po­wie­dzia­ła. Oczy­wi­ście nie zgo­dzi­li się, a kie­dy Pio­trek wró­cił do domu, o wszyst­kim mi opo­wie­dział. Do­ce­niam tę jego szcze­ro­ść. Bo nie ka­żdy by się na nią zdo­był.

A są rze­czy, o któ­rych ci nie mówi?

Ja­sne, że tak. Nie mówi mi o spra­wach, o któ­rych zwy­czaj­nie nie może mi po­wie­dzieć, ta­kich, od któ­rych za­le­ży bez­pie­cze­ństwo pu­blicz­ne. Nie opo­wia­da mi ze szcze­gó­ła­mi, kogo i za co za­trzy­my­wał, gdzie był i komu się na­ra­ził. Ni­g­dy nie po­da­je mi żad­nych da­nych, mówi ra­czej ogól­ni­ka­mi, a ja nie do­cie­kam. Zda­rza się tak, że o pew­nych rze­czach mówi mi do­pie­ro po dłu­gich mie­si­ącach, a na­wet la­tach, zwłasz­cza o tych dla nie­go naj­trud­niej­szych. Naj­pierw sam musi je so­bie prze­pra­co­wać.

Co jest dla nie­go naj­trud­niej­sze w tej pra­cy?

Chy­ba za­cho­wy­wa­nie spo­ko­ju, pa­no­wa­nie nad emo­cja­mi, któ­re w szcze­gól­nych sy­tu­acjach aż w nim bu­zu­ją. Kie­dyś dy­żur­ny wy­słał go na in­ter­wen­cję do prze­mo­cy do­mo­wej. Sąsie­dzi za­dzwo­ni­li pod sto dwa­na­ście i zgło­si­li, że w miesz­ka­niu obok jest awan­tu­ra. Pio­trek po­je­chał tam z ko­le­gą, na miej­scu oka­za­ło się, że mężczy­zna po­bił do nie­przy­tom­no­ści swo­ją żonę, a jesz­cze do­sta­ło się ich trzy­let­nie­mu syn­ko­wi. Pio­trek po­tem opo­wia­dał mi, że kie­dy zo­ba­czył tego prze­ra­żo­ne­go, za­pła­ka­ne­go chłop­czy­ka, po­czuł chęć, by sa­me­mu wy­mie­rzyć spra­wie­dli­wo­ść, ale oczy­wi­ście nie mógł tego zro­bić. Ten fa­cet znęcał się nad swo­ją ro­dzi­ną, wy­zy­wał też po­li­cjan­tów, któ­rzy przy­je­cha­li na miej­sce, a Pio­trek mu­siał z nim kul­tu­ral­nie roz­ma­wiać, przed­sta­wić mu jego pra­wa i do­pro­wa­dzić go ca­łe­go i zdro­we­go do PdOZ-u [Po­miesz­cze­nie dla Osób Za­trzy­ma­nych].

Była jesz­cze inna in­ter­wen­cja, o któ­rej te­raz so­bie przy­po­mnia­łam, a któ­ra od­bi­ła się na na­szym co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu, bo wte­dy w ruch po­szła broń, a w po­li­cji wia­do­me jest, że jak już uży­wa się ostrej amu­ni­cji, to ma się prze­je­ba­ne na ca­łej li­nii. Dużo prze­kli­nam, praw­da? To chy­ba też efekt ubocz­ny ma­łże­ństwa z po­li­cjan­tem. To aku­rat jest praw­da - oni na­praw­dę często uży­wa­ją wul­ga­ry­zmów. Nie znam po­li­cjan­ta, któ­ry by tego nie ro­bił. Nie wiem w su­mie, z cze­go to wy­ni­ka. Może w ja­kiś spo­sób przej­mu­ją ce­chy tych, z któ­ry­mi mają na co dzień do czy­nie­nia? Nie­wa­żne.

Wra­ca­jąc do tej in­ter­wen­cji, w po­li­cji jest tak, że pi­sto­le­tu uży­wa się w osta­tecz­no­ści, nie tyl­ko dla­te­go, że mo­żna za­bić. To zna­czy, dla­te­go też, ale nie­ste­ty po­li­cjan­ci w sy­tu­acjach za­gro­że­nia ży­cia boją się si­ęgnąć po broń, bo mają z tyłu gło­wy tę myśl, że za­raz wy­le­je się szam­bo, będzie na­gon­ka, do­cho­dze­nie, pro­ku­ra­tor, sto ty­si­ęcy py­tań: a czy na pew­no była taka ko­niecz­no­ść?, i tak da­lej. To jest prze­ra­ża­jące, bo oni tam, na miej­scu, mają uła­mek se­kun­dy na pod­jęcie de­cy­zji, któ­ra może za­wa­żyć na ca­łym im ży­ciu. Fa­cet leci w ich kie­run­ku z no­żem, jest już kil­ka me­trów przed nimi, a oni za­miast strze­lać, za­sta­na­wia­ją się, czy pro­ku­ra­tor nie będzie ro­bił pro­ble­mów. Mój mąż był kie­dyś wła­śnie w ta­kiej sy­tua­cji. Strze­lił, ale spra­wa ci­ągnęła się dłu­gi­mi mie­si­ąca­mi. On był pe­wien, że zro­bił wszyst­ko tak, jak na­le­ży. Tam­ten czło­wiek na szczęście nie zgi­nął, w szpi­ta­lu wy­jęli mu kulę i go po­zszy­wa­li, a pro­ku­ra­tu­ra i Biu­ro Spraw We­wnętrz­nych nie do­pa­trzy­li się żad­nych uchy­bień, ale stres był ogrom­ny, no bo wła­śnie przez to, że Pio­trek pra­cu­je tam, gdzie pra­cu­je, do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę z tego, że spra­wie­dli­wo­ść nie za­wsze wy­gry­wa, a sądy w na­szym kra­ju dzia­ła­ją, jak dzia­ła­ją. Wo­bec osób, któ­rych wina jest ewi­dent­na, orze­ka się unie­win­nie­nie od sta­wia­nych za­rzu­tów, a w wi­ęzie­niach sie­dzą lu­dzie, któ­rzy nie po­pe­łni­li czy­nów, o ja­kie zo­sta­li oska­rże­ni. A wo­bec me­dial­nej na­gon­ki na po­li­cję zda­rza się, nie­ste­ty, tak, że rzu­ca się jed­nost­kę na po­żar­cie... Ogrom­nym wspar­ciem dla Piotr­ka w tam­tym kry­zy­sie byli jego prze­ło­że­ni, bo sta­nęli za nim mu­rem, ale nie­ste­ty, nie ka­żdy po­li­cjant w po­dob­nej sy­tu­acji może li­czyć na taką po­moc.

Czy­li ży­cie żony po­li­cjan­ta nie jest ła­twe.

Nie jest ła­twe, ale kto z nas nie ma pro­ble­mów? Te­raz aku­rat mam oka­zję opo­wie­dzieć o wszyst­kich ża­lach, któ­re uzbie­ra­ły się we mnie przez te wszyst­kie lata, ale to nie tak, że jest tyl­ko źle. Było le­d­wie kil­ka ta­kich sy­tua­cji przez po­nad dzie­wi­ęć lat na­szej zna­jo­mo­ści. Zwy­kle jest nor­mal­nie, spo­koj­nie. Pio­trek wy­je­żdża na słu­żbę, pa­tro­lu­je mia­sto, ga­nia się z ki­bi­ca­mi (śmiech), znaj­du­je zbun­to­wa­ną na­sto­lat­kę, któ­ra ucie­kła z domu, za co zo­sta­je wy­ści­ska­ny przez jej mat­kę, ra­tu­je ży­cie to­pi­ące­mu się mężczy­źnie, za­trzy­mu­je w obła­wie pe­do­fi­la, ła­pie na go­rącym uczyn­ku mężczy­znę, któ­ry chciał ob­ra­bo­wać sta­rusz­kę z oszczęd­no­ści jej ży­cia, a po­tem wra­ca do domu i na moje: "Jak było?", od­po­wia­da, że "nor­mal­nie".

Tak, to ta­kie na­sze zwy­kłe, nor­mal­ne ży­cie.

Gdy­byś dzie­si­ęć lat temu mia­ła tę wie­dzę co dziś, wy­bra­ła­byś tak samo?

Oczy­wi­ście, że tak! Mój mąż jest bo­ha­te­rem, nie tyl­ko moim, ale nie je­stem za­zdro­sna, bo naj­pierw ślu­bo­wał po­li­cji, a do­pie­ro pó­źniej mnie. (śmiech)

Wstęp

Po­dob­no ka­żdy czło­wiek nosi w so­bie cho­ciaż jed­ną ksi­ążkę. Często na spo­tka­niach au­tor­skich sły­szę od czy­tel­ni­ków: "Moje ży­cie to go­to­wy ma­te­riał na po­wie­ść" i pew­nie tak wła­śnie jest, bo wie­lo­krot­nie prze­ko­na­łam się, że naj­lep­sze, a za­ra­zem naj­bar­dziej nie­wia­ry­god­ne hi­sto­rie pi­sze samo ży­cie.

Dla­cze­go naj­bar­dziej nie­wia­ry­god­ne? Cóż, my, po­wie­ścio­pi­sa­rze, sta­ra­my się, aby opo­wia­da­ne przez nas hi­sto­rie, na­wet je­śli są w pe­łni fik­cyj­ne, były praw­do­po­dob­ne, a opi­sy­wa­ne sy­tu­acje - mo­gły wy­da­rzyć się w rze­czy­wi­sto­ści. Ro­bi­my wszyst­ko, aby czy­tel­nik uwie­rzył w przed­sta­wia­ną przez nas wi­zję świa­ta, uznał ją za re­al­ną, lo­gicz­ną. Tym­cza­sem kie­dy za­częłam pi­sać ksi­ążki opar­te na fak­tach, prze­ko­na­łam się, że ży­cie nie bawi się w lo­gicz­ne ukła­dan­ki, za­ska­ku­je bra­kiem re­ali­zmu w re­ali­stycz­nych sy­tu­acjach i kie­ru­je się mo­ty­wa­mi, któ­re nie prze­szły­by w fik­cyj­nej po­wie­ści, bo czy­tel­nik by w nie po pro­stu nie uwie­rzył.

Wie­rzę więc w to, że ka­żdy z nas ma go­to­wy ma­te­riał na cho­cia­żby jed­ną ksi­ążkę, a jed­nak naj­trud­niej pi­sze się o so­bie.

Li­sto­pad 2021 roku. Za­pew­ne wi­ęk­szo­ść z nas śle­dzi­ła do­nie­sie­nia z pol­sko-bia­ło­ru­skiej gra­ni­cy, gdzie do­cho­dzi­ło do licz­nych i nie­bez­piecz­nych sta­rć imi­gran­tów z po­li­cją. Zo­staw­my na chwi­lę na­sze po­glądy na te­mat tego hu­ma­ni­tar­ne­go kry­zy­su, bo jest to je­den z tych te­ma­tów z naj­now­szej hi­sto­rii na­sze­go kra­ju, któ­ry nas, Po­la­ków, naj­bar­dziej dzie­li. To wła­śnie wte­dy, kie­dy me­dia re­la­cjo­no­wa­ły prze­bieg wy­da­rzeń, in­for­mu­jąc o ran­nych, na­ro­dzi­ła się pierw­sza myśl - jesz­cze na­wet nie po­my­sł - któ­ra za­owo­co­wa­ła po­wsta­niem tej ksi­ążki.

Mój mąż jest po­li­cjan­tem i wie­lo­krot­nie ba­łam się o jego ży­cie i zdro­wie. Wte­dy, ogląda­jąc do­nie­sie­nia z gra­ni­cy, my­śla­łam nie o tym "czy", ale "kie­dy". Spo­łe­cze­ństwo wi­dzia­ło tyl­ko bia­łe ka­ski i tar­cze, a my - żony, part­ner­ki, mat­ki, cór­ki, sio­stry, przy­ja­ció­łki po­li­cjan­tów - do­strze­ga­ły­śmy w tych chło­pa­kach naj­bli­ższe nam oso­by, na­wet je­śli fi­zycz­nie nie było ich tam, na miej­scu. Po­my­śla­łam wte­dy, że do­brze by­ło­by na­pi­sać ksi­ążkę o po­li­cyj­nych ro­dzi­nach, bo wi­ęk­szo­ść lu­dzi nie ma świa­do­mo­ści ist­nie­nia na­wet po­ło­wy pro­ble­mów, z któ­ry­mi co­dzien­nie się mie­rzy­my. Do­szłam jed­nak do wnio­sku, że chy­ba nie po­tra­fi­ła­bym tego zro­bić, bo, no właś­nie, naj­trud­niej pi­sze się o so­bie.

Były ta­kie sy­tu­acje, ta­kie in­ter­wen­cje, że mo­je­go męża od tra­ge­dii dzie­lił uła­mek se­kun­dy. Były mo­men­ty, w któ­rych po­tra­fił my­śleć o tym, że bar­dzo chce wró­cić do domu. Po­tem do tego domu wra­cał i mi o tym opo­wia­dał, a ży­cie to­czy­ło się da­lej. Za­sta­na­wia­łam się, czy będę po­tra­fi­ła okie­łznać swój strach, je­śli do­sta­nie ten roz­kaz. Szyb­ko jed­nak uświa­do­mi­łam so­bie, że znów będzie tak, jak za­wsze: pój­dę za­pro­wa­dzić dziec­ko do przed­szko­la, w dro­dze po­wrot­nej wstąpię do skle­pu po chleb, wy­pro­wa­dzę psa, spraw­dzę sy­no­wi lek­cje. To nie by­łby pierw­szy raz. Ta­kie sy­tu­acje, kie­dy bo­imy się o ży­cie na­szych naj­bli­ższych, mamy wpi­sa­ne w akt ślu­bu. Tak po pro­stu wy­gląda ży­cie z po­li­cjan­tem i na co dzień ra­czej nie my­śli się o tym, co może się stać, po pro­stu żyje się dniem bie­żącym.

Ko­niec ko­ńców, mąż nie po­je­chał do Ku­źni­cy, a ja ode­tchnęłam z ulgą i za­częłam co­raz in­ten­syw­niej my­śleć o tej ksi­ążce. Wie­dzia­łam, że pi­sa­nie o wła­snych do­świad­cze­niach nie wcho­dzi w grę, nie tyl­ko dla­te­go, że o wie­lu rze­czach pod swo­im na­zwi­skiem mó­wić nie mogę. Na­pi­sa­łam trzy­dzie­ści ksi­ążek, w pra­cy do­ku­men­tal­nej mie­rzy­łam się z ta­ki­mi rze­cza­mi jak fo­to­gra­fie szcząt­ków no­wo­rod­ka, opi­sy­wa­łam sce­ny śmier­ci, gwa­łtu, lu­do­bój­stwa, a jed­nak pod­skór­nie czu­łam, że nie będę umia­ła pi­sać o so­bie. Wie­dzia­łam zresz­tą, że to nie ten czas i nie to miej­sce, a te­mat wy­da­wał mi się bar­dzo wa­żny.

Po­sta­no­wi­łam więc za­pro­sić do roz­mo­wy dzie­wi­ęć żon lub part­ne­rek po­li­cjan­tów, cór­kę by­łe­go mi­li­cjan­ta, uda­ło mi się rów­nież na­mó­wić na wy­wiad mężczy­znę po­zo­sta­jące­go w sta­łym zwi­ąz­ku z po­li­cjant­ką. Ostat­ni roz­dział po­świ­ęco­ny jest za­mor­do­wa­nej przez męża-po­li­cjan­ta An­nie Gar­skiej. Od­da­łam głos moim roz­mów­com, wsłu­cha­łam się w ich na­dzie­je, lęki, ra­do­ści i smut­ki. W ni­niej­szej pu­bli­ka­cji znaj­dzie­cie Pa­ństwo dwa­na­ście wy­wia­dów i dwa­na­ście hi­sto­rii po­li­cyj­nych ro­dzin. Zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść owych wy­wia­dów jest ano­ni­mo­wa, bo o to pro­si­li moi roz­mów­cy. Tyl­ko dwie oso­by wy­stąpi­ły w tej ksi­ążce pod wła­snym na­zwi­skiem: Han­na Greń, pi­sar­ka, oraz Mi­cha­li­na Ka­czy­ńska, mama Anny Gar­skiej. Na pro­śbę roz­mów­ców zmie­ni­łam szcze­gó­ły opo­wia­da­nych mi przez nich sy­tu­acji czy in­ter­wen­cji, in­for­ma­cje o sta­nie ich ro­dzin, po­cho­dze­niu i tak da­lej oraz dane po­zwa­la­jące na iden­ty­fi­ka­cję.

Za­py­ta­cie za­pew­ne: dla­cze­go? Cze­go się wsty­dzą? Tu­taj nie cho­dzi o wstyd. Po­li­cjan­ci w swo­jej co­dzien­nej słu­żbie mają do czy­nie­nia z ró­żny­mi lu­dźmi, rów­nież bar­dzo nie­bez­piecz­ny­mi. Zmia­na imion i wra­żli­wych da­nych ma za­pew­nić im po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa. Poza tym moi roz­mów­cy zda­ją so­bie spra­wę, że spo­łe­cze­ństwo ró­żnie na po­li­cję re­agu­je. Są tu też roz­mo­wy o hej­cie czy kry­zy­sie wi­ze­run­ko­wym. Wresz­cie - bo­ha­ter­ki i bo­ha­ter mo­jej ksi­ążki z ró­żnych po­wo­dów nie chcie­li, aby oto­cze­nie roz­po­zna­ło ich na kar­tach tej pu­bli­ka­cji.

Dla­cze­go za­pro­si­łam do roz­mo­wy człon­ków ro­dzin po­li­cjan­tów, a nie ich sa­mych? Cóż, po pierw­sze, wi­dzę po moim mężu i jego ko­le­gach, że - co by się nie dzia­ło - na py­ta­nie: "Jak jest?", od­po­wia­da­ją: "Wszyst­ko okej". Taki jest zresz­tą ty­tuł jed­ne­go z roz­dzia­łów. Inny nosi ty­tuł Lu­dzie ze sta­li. Lu­dzie ze sta­li nie­chęt­nie roz­pra­wia­ją o swo­ich sła­bo­ściach, lękach i oba­wach. Po­nad­to uzna­łam, że na ryn­ku uka­za­ły się już ksi­ążki z wy­wia­da­mi z sa­my­mi po­li­cjan­ta­mi. Za­pro­sze­nie do roz­mo­wy lu­dzi, któ­rzy co­dzien­nie są obok nich, któ­rzy pa­trzą na nich z boku, wy­da­wa­ło mi się cie­ka­wym do­świad­cze­niem.

W tej ksi­ążce znaj­dzie­cie Pa­ństwo hi­sto­rie o do­brych i złych po­li­cjan­tach. Nie wy­bie­ra­łam roz­mów­ców pod kątem ocie­ple­nia wi­ze­run­ku po­li­cji. Naj­ogól­niej mó­wi­ąc, w tej for­ma­cji, jak w ca­łym spo­łe­cze­ństwie, znaj­dą się rów­nież złe jed­nost­ki, któ­re ni­g­dy nie po­win­ny prze­jść se­lek­cji i do­stać się do słu­żb mun­du­ro­wych, ale nie po raz pierw­szy oka­zu­je się, że sys­tem jest dziu­ra­wy. Opi­su­jąc ró­żne hi­sto­rie, chcia­łam po­ka­zać, jaką krzyw­dę robi się ca­łej gru­pie spo­łecz­nej, w tym przy­pad­ku po­li­cjan­tom, oce­nia­jąc czło­wie­ka nie in­dy­wi­du­al­nie, a jako ele­ment pew­nej zbio­ro­wo­ści.

Ży­cie skła­da się ze skraj­no­ści, dla­te­go znaj­dzie­cie je Pa­ństwo rów­nież na kar­tach tej ksi­ążki.

Mag­da­le­na Maj­cher