Czy małżeńskie figle mogły naprawdę zdecydować o najważniejszym wydarzeniu w dziejach naszego narodu? W dodatku tak ważnego jak wybór religii? Jeśli tak - to dlaczego, kiedy i gdzie się to odbywało? Oto zagadka, której do dzisiaj nie udało się definitywnie rozstrzygnąć historykom, nie tylko zresztą polskim.
Żaden europejski władca w X wieku nigdy nie przyznał się, że to właśnie w jego państwie został ochrzczony książę Polan, znany w naszej historii jako Mieszko I, chociaż każdy by się chętnie pochwalił takim wydarzeniem, jeśliby tylko miało miejsce w jego kraju. Ponadto w tamtych czasach chrześcijańscy władcy często stawali się ojcami chrzestnymi pogańskich dotychczas książąt i królów. Podnosiło to ich prestiż, a poza tym uzależniało to przecież chrześniaka od ojca chrzestnego. Trudno zatem założyć, że przeoczyli taką możliwość w stosunku do naszego Mieszka. Co więcej, nawet żaden europejski biskup nie przyznał się wtedy do wystawienia temu księciu metryki chrztu. Milczeli o tej sprawie także ówcześni ościenni kronikarze (własnych dziejopisów przecież wtedy nie mieliśmy).
Jedynie Thietmar z Merseburga, niemiecki biskup i kronikarz, autor Kroniki Thietmara, wspomina, jak to świeżo poślubiona Mieszkowi czeska księżniczka Dobrawa znanymi kobietom sposobami, które tak bardzo przypadły księciu do gustu, przekonała władcę Polan do przyjęcia chrztu w rzymskim obrządku, a co więcej, ochrzczenia całego swojego państwa. Inni ościenni kronikarze, chociaż dość często wspominali o państwie Mieszka, akurat w sprawie jej łożnicowych działań dotyczących spraw religijnych zachowywali pełne milczenie.
Późniejsi polscy kronikarze i historycy, tworząc liczne hipotetyczne daty zaślubin tej pary, dodając rok, a niekiedy nawet i trzy lata na stosowanie przez Dobrawę owych kobiecych sztuczek, wreszcie "ochrzcili" nam ostatecznie Mieszka i cały kraj w 966 roku, chociaż także nie wiedzieli, kiedy i gdzie to się wydarzyło. Jan Długosz opowiadał się nawet za rokiem 967, gdyż jego zdaniem wtedy to razem z ojcem ochrzczono również syna, Bolesława. Wynika z tego, że data chrztu Mieszka I i jego państwa jest zatem datą absolutnie niepewną, przyjętą jedynie umownie. Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa miejsca tej doniosłej uroczystości. Tu już nie było żadnej zgody.
Gdyby zawierzyć różnym hipotezom, to książę Mieszko dobrze by się najeździł po całej Europie, szukając odpowiedniej chrzcielnicy dla siebie i dla swojego dworu. Leodium, Kolonia, Ratyzbona, Magdeburg, Praga - to tylko te najczęściej wymieniane europejskie miasta. W swoim państwie miał do wyboru Gniezno lub Poznań. Za Gnieznem opowiedział się pośrednio Jan Długosz, zapisując w Rocznikach, czyli Kronikach sławnego Królestwa Polskiego, jakoby po zawarciu małżeństwa z Dobrawą (a miało się to odbyć dopiero po chrzcie Mieszka I) dni kilka obchodził z nią zaślubiny w Gnieźnie. Niemniej wszyscy polscy kronikarze zgodnie twierdzili, że chrzest naszego państwa odbył się wyłącznie za sprawą księżnej Dobrawy. Jest to teza bardzo mocno naciągana, chociaż przyznam, że niezwykle efektowna.
Czy jednak prawdziwa? O tym dalej.
Kim zatem była ta osoba, która w powszechnej świadomości stworzyła podstawy naszej państwowości i naszego chrześcijaństwa? Czy rzeczywiście odegrała taka rolę, jaką jej po latach przypisano w polskiej historii? Drobiazgiem wobec tych wątpliwości stało się prawdziwe imię tej czeskiej księżniczki.
Kanonik czeski Kosmas odnotował tylko w swojej Kronice Czechów, że: w 977 roku od wcielenia Pańskiego zmarła Dąbrówka, która ponieważ była nad miarę bezwstydna, kiedy poślubiała księcia polskiego będąc już kobietą podeszłego wieku, zdjęła ze swej głowy zawój i nałożyła panieński wianek, co było wielkim głupstwem tej kobiety.
Podzielał jego opinie polski kronikarz Jan Długosz, wytykając żonie Mieszka, że "nie zawijała ona głowy w latach starszych, ale na wzór dziewic występowała strojna w przepaskę i wieniec". Skąd o tym wiedział? Skąd wziął ten wieniec i przepaskę? Nie było przecież żadnych materiałów ikonograficznych z tego okresu. Pozostanie to słodką tajemnicą kronikarza.
Natomiast Gall Anonim, autor pierwszej polskiej kroniki, twierdził, iż: nie pierwej podzieliła łoże małżeńskie, aż Mieszko I, powoli a pilnie zaznajamiając się z obyczajem chrześcijańskim i prawami kościelnymi, wyrzekł się błędów pogaństwa i zjednoczył z matką - Kościołem. Innymi słowy, dopuszczenie Mieszka do łożnicowych figli stanowiło szczególną nagrodę ze strony Dobrawy za poznanie i przyjęcie zasad nowej wiary. Trudno powiedzieć, czy Mieszko I był pojętnym uczniem. Nauki te trwały przecież aż rok, jaki dzielił ślub polskiego księcia od jego chrztu.
Dziwne było w tym tylko to, że człowiek, który, jak sam Gall twierdził, wcześniej siedmiu żon zażywał, będący w sile wieku, tak łatwo dał się wodzić za nos kolejnej żonie - do tego stopnia, że wkuwał przed pójściem do łożnicy różne przykazania kościelne, z których najpierw był przepytywany na wyrywki, a potem dopiero, jeśli zdał ten "egzamin", dochodziło do konsumpcji małżeństwa. Bardzo naiwny jest ten wywód kronikarza. Zbyt wiele kobiet było przecież na książęcym dworze, zbyt luźny mieli wtedy panujący stosunek do wierności po ślubie, aby nagle tak wiele zależało w małżeństwie Mieszka I od znajomości na przykład siedmiu grzechów głównych.
Gdyby się zaś Dobrawa zbytnio opierała mężowskim karesom, to najzwyczajniej mąż odesłałby ją do ojca, do Pragi. A w najlepszym razie zostałaby trwale odsunięta od łoża, a jej miejsce zajęłaby jakaś hoża Polanka albo niewolnica. Musiała sobie, jako już dojrzała wiekiem kobieta, doskonale zdawać z tego sprawę i odpowiednio postępować, także w łożu. Pogański książę miał przecież nadto doświadczeń z kobietami, aby postępować z Dobrawą tak, jak opisywał to Gall Anonim.
Na temat małżeństwa Mieszka i Dobrawy wypowiedział się także inny ważny duchowny - biskup i kronikarz Thietmar z Merseburga. Nieistotne jak długo grzeszyła - napisał w Kronice Thietmara - ale ważne było to, że co czyniła w łożnicy, służyło to nie dla zaspokojenia własnych żądz cielesnych, ale stanowiło sposób zdobycia nowych dusz dla Chrystusa. Była to teza dość oryginalna, ale pamiętajmy, że prezentował ją na piśmie biskup. Musiał przecież jakoś uzasadnić małżeństwo chrześcijanki z poganinem. Napisał zatem dokładnie tak: Umyślnie zatem postępowała ona przez jakiś czas zdrożnie, aby potem móc działać dobrze.
Prawda, że to brzmi akurat przekonująco?
Generalnie sprawy alkowiane i stosowane tam sztuczki księżnej pani zajmowały dość długo księży kronikarzy, w tym również polskich. Sławiąc Dobrawę, uzasadniali jej grzeszną niewstrzemięźliwość intencją wyższego rzędu. Miała przecież nieustannie zadawać pytanie: Mieszku, a chrzest? (Wiele stuleci później mieliśmy podobną sytuację, kiedy także w pościeli padało rzekomo pytanie: sire, a Polska?).
Bohaterka tych wszystkich wypowiedzi i opinii była córką czeskiego księcia Bolesława I Srogiego, zwanego też Bolesławem I Okrutnym. Nie znamy dokładnie daty jej urodzenia. Zdaniem polskich historyków, wychodząc za Mieszka Dobrawa miała trzydzieści lat. Tylko kiedy się to stało: w 963, w 964 czy w 965 roku? To już jest obecnie nie do ustalenia. Czy książę Polan pojął ją jako młodą panienkę, jako byłą mniszkę, czy też jako dojrzałą wiekiem wdowę po margrabim miśnieńskim Gunterze, któremu urodziła syna Guncelina, czy może nawet jako rozwódkę, odtrąconą przez poprzedniego męża i odesłaną ojcu do Pragi - bo i takie hipotezy pojawiały się w sprawie tego ich małżeństwa?
Jedyne, co na pewno wiadomo, to fakt, iż uroczystości zaślubin odbyły się w nadgranicznym Hradcu, a nie w Gnieźnie, jak tego chciał Jan Długosz. Odbiegały one zdecydowanie od zwyczajów z późniejszych, chrześcijańskich czasów. Nikt nikomu niczego nie przysięgał przed ołtarzem. Odbyła się tylko długotrwała uroczysta uczta, z przerwą na pokładziny "młodej" pary, a po jej zakończeniu szczęśliwi małżonkowie udali się w drogę do Gniezna, a może do Poznania!
Proszę tylko zwrócić uwagę na fakt, że im mniej wiedziano o najstarszych dziejach Polski, tym łatwiej przychodziło kronikarzom i historykom snucie własnych wizji o tamtym okresie. Dotyczy to zresztą nie tylko małżeństwa Mieszka I oraz czeskiej księżniczki, lecz stanowi do dzisiaj regułę w prezentowaniu naszych najstarszych dziejów.
Powróćmy do tej żony Mieszka. Na imię miała... No właśnie jak? Thietmar uważał, że była Dobrawą. Kosmas nazwał ja Dąbrówką. Polscy historycy i językoznawcy skłaniają się w większości do Dobrawy lub Dobrawki, chociaż w Kronice wielkopolskiej i w Roczniku Sędziwoja wspominana jest pod imieniem Dobrochna. W najstarszych polskich rocznikach, takich jak Roczniki kamienieckie, Roczniki krakowskie stare, Roczniki krakowskie (krótkie), pojawia się tłumaczenie jej imienia jako Lambowcza, czyli Jałówka. Wiadomo także, iż zmarła z nieznanego powodu w 977 roku. Ale już w sprawie dzieci, które urodziła Mieszkowi, nie ma wśród kronikarzy i historyków pełnej zgodności.
Najwięcej wątpliwości wzbudza Świętosława-Sygryda, bez żadnych wątpliwości córka Mieszka I. Wielu historyków uznaje jednak, iż jej matką była poprzednia żona księcia, imieniem Geira, czyli mamy tu do czynienia ze starszą, przyrodnią siostrą Bolesława Chrobrego. Podobnie błędem jest przypisywanie Dobrawie urodzenia Adelajdy, czyli tak zwanej Białej Knehini, faktycznie rodzonej siostry Mieszka. Natomiast polscy badacze doszukują się jeszcze córki o nieznanym imieniu, wydanej za jakiegoś księcia Pomorzan. Wspomina się niekiedy również o młodszym bracie Chrobrego - Włodzisławie, podobno zmarłym... w Pradze. O innych dzieciach mogących być owocem tego małżeństwa historia milczy. Skoro jednak Dobrawa zmarła w 977 roku, to mogła Mieszkowi tych dzieci w trakcie małżeństwa kilkoro urodzić. Następczyni czeskiej księżniczki u boku Mieszka I, margrabianka Oda, rodziła przecież jedno dziecko po drugim. Co prawda, była znacznie młodsza od swojej poprzedniczki.
Podobnie się milczy o tym, czy to małżeństwo Mieszka było szczęśliwe. Zresztą, jaką miarą w tamtych czasach mierzyć małżeńskie szczęście? Zwłaszcza władców. Małżeństwa stanowiły najczęściej jeden z elementów sojuszu politycznego.
Wydarzenia polityczne i militarne dziejące się wokół granic państwa Mieszka nakazują jednak zupełnie inaczej, niż próbowali to przedstawić kronikarze, popatrzeć na małżeństwo Mieszka i Dobrawy. Należy sobie zadać pytanie, czy chodziło tylko o chrzest Polski, czy przede wszystkim o czeską pomoc zbrojną w wojnach z Lutykami, a także o wzmocnienie pozycji księcia wobec cesarza i margrabiów niemieckich. A może o ważnego sojusznika w walce z saskim naporem na granice państwa Mieszka. Wiadomo przecież, że w 967 roku Mieszko I, z pomocą czeskich posiłków, powstrzymał zwycięsko najazd Wachmana. Kilka lat później, pod Cedynią, wspierały Mieszka I, obok normandzkich, także czeskie posiłki. Czy władca Polan otrzymywał je tylko z powodu swojego nie tak dawno zawartego małżeństwa z czeską księżniczką? A może był to jednak efekt wspólnych celów politycznych, do których to małżeństwo było jedynie efektownym dodatkiem?
Sprawa chrztu księcia Polan wcale nie była efektem małżeńskich sztuczek przybyszki z Czech, chociaż Gall Anonim określił ją mianem christianissima, porównując do św. Klotyldy, która doprowadziła do chrztu swego męża króla Chlodwiga I z dynastii Merowingów. Wszystkich zafascynowanych rolą Dobrawy i jej alkowianych wyczynów w przyniesieniu do nas Krzyża warto w tym miejscu sprowadzić na ziemię. Przypisywany jej, jakże chętnie, ogromny wpływ na Mieszka I, na jego politykę wewnętrzną i zewnętrzną, której kumulacją było właśnie przyjęcie chrześcijaństwa w obrządku łacińskim, kłóci się z postępowaniem tego księcia już po śmierci Dobrawy.
Tak naprawdę to wcale do dzisiaj nie wiemy, czy była silną partnerką Mieszka, czy tylko jego uległą żoną. Idealizacja jej postaci nastąpiła za sprawą Galla Anonima, ponad sto lat po jej śmierci. A za nim powtarzali to już inni kronikarze. Tylko kto mógł Gallowi o tych zasługach Dobrawy powiedzieć? Jedynymi źródłami były dla niego zapisy Thietmara i Kosmasa. Bo "najstarsi Polacy", na których się tak często powoływał przy tworzeniu swojej kroniki, musieliby żyć co najmniej... 150 lat.
Zapomina się bowiem, że to właśnie Mieszko I już wcześniej stworzył państwo, które nazwano potem Polską. Uczynił to ogniem, mieczem, ale również - jak to określał Thietmar - lisią chytrością, podporządkowując sobie liczne słowiańskie plemiona w krainie leżącej pomiędzy Wartą a Wisłą. Jest rzeczą wprost niemożliwą, żeby nie wiedział wcześniej, czym jest chrześcijaństwo i jakie może mu ono przynieść wymierne korzyści w dalszej rozbudowie państwa. Zgoda, nasz książę Mieszko był wprawdzie analfabetą, prostych może obyczajów, ale nie można mu odmówić ogromnego instynktu państwowego.
Tym bardziej że ziemie, które stanowiły później jego państwo, były już od przełomu VIII i IX wieku terenami penetracji różnych misji chrześcijańskich. Wysyłane były na ziemie pomiędzy Odrą, Wartą i Wisłą już w IX wieku, i to nie tylko z krajów ościennych, lecz także nawet z dalekiej Irlandii. Krzyżyki i naczynia mszalne odnajdowane współcześnie podczas prac archeologicznych pochodziły być może również z łupów wojennych, ale mogły też dotrzeć na nasze ziemie wraz z nowa religią. I to znacznie wcześniej niż nam się teraz wydaje. Z południa przecież, przez Morawy, napływało do nas chrześcijaństwo słowiańskie, zwane cyrylo-metodiańskim. Potwierdzają to nieustannie odkrycia archeologiczne w różnych rejonach Polski.
Archeolodzy nie mają również najmniejszej wątpliwości, że odkryte przez nich resztki kościołów w Krakowie (na Kleparzu i na Wawelu), w Sandomierzu, Przemyślu, Wiślicy, Lublinie i Zawichoście czy niedawno wydarte ziemi resztki rotundy na górze Gromnik na Dolnym Śląsku pochodzą z końca IX i pierwszej połowy X wieku, podobnie jak jeszcze wcześniejsze słynne urny kleckie zdobione krzyżami, a zatem z czasów zdecydowanie poprzedzających rozpoczęcie panowania księcia Polan Mieszka I, a także hipotetyczną datę jego narodzin. Ktoś zatem te ziemie wcześniej penetrował, próbując trwale osadzić na nich Krzyż.
Dowodów na wcześniejsze wprowadzanie chrześcijaństwa na nasze ziemie dostarczają nieustannie wykopaliska archeologiczne i zapisy annalistów z otaczających nas krajów. Co więcej, przez jakiś czas w początkach X wieku na ziemiach polskich, w Krakowie, funkcjonował ważny ośrodek religijny, nazywany nawet trzecim Rzymem. Mam tu na myśli wspomniane już tak zwane chrześcijaństwo słowiańskie, czyli cyrylo-metodiańskie. Warto poświęcić mu teraz trochę uwagi.
Narodziło się ono z pilnej potrzeby szerzenia tej nowej wiary wśród Słowian. Do czasów Cyryla i Metodego, wielkich misjonarzy wyniesionych do grona świętych, nawet jeśli już ochrzczono jakieś słowiańskie plemię, to zawsze była to religia z racji swej liturgii w języku łacińskim, zupełnie niezrozumiała dla neofitów. Poza tym chrzest mógł być skuteczny tylko przy silnej władzy księcia lub naczelnika plemienia. Zdarzało się bowiem, że po ochrzczeniu lokalnego wodza większość poddanych do chrztu nie przystępowała i wkrótce po jego śmierci zapominano o nowej religii. Wiadomo, że długo jeszcze tak właśnie kończyły się misje ewangelizacyjne w Prusach i na Pomorzu. Na polskich ziemiach mogło to wyglądać podobnie, do czasu gdy Mieszko I utworzył swoje państwo.
W dodatku ziemie słowiańskie odwiedzały przede wszystkim misje ewangelizacyjne składające się głownie z duchownych, którzy nie znali języka Słowian. Ci zaś z kolei nie znali łaciny, którą posługiwali się misjonarze. Wszystko zatem sprowadzało się do formalnego, jednorazowego kontaktu misjonarza z neofitą, który i tak nie przywiązywał się zbytnio do tego, co mu konkretny misjonarz mniej czy bardziej przekonująco tłumaczył. Tym bardziej że bariera językowa utrudniała porozumienie. Z reguły po odejściu misjonarza, w pełni przekonanego o wypełnieniu swojej misji, wszystko powracało na stare tory, do starych bogów.
Poza tym, jeśli nawet chrześcijanin i neofita uczestniczył w jakiejkolwiek uroczystości religijnej, to z racji bariery językowej nic z niej nie zrozumiał, a w konsekwencji traktował ją instrumentalnie, w myśl zasady: bo tak trzeba, skoro inni chodzą do kościoła, to ja także muszę... Nie gwarantowało to w żadnym wypadku ani rozpowszechnienia, ani utrwalenia chrześcijaństwa na słowiańskich ziemiach.
Pierwsi postanowili rozwiązać ten problem władcy Księstwa Wielkomorawskiego, żywotnie zainteresowani w stworzeniu swoistej bariery z krzyża, skutecznie chroniącej ich ziemie od napadów w imię krzewienia chrześcijaństwa. W Żywocie Konstantyna i Metodego można przeczytać: "Zdarzyło się zaś w owych dniach, że Rościsław, książę Słowian, ze Świętopełkiem posłali z Morawy posłów do cesarza Michała z prośba taką: Z Bożej łaski jesteśmy zdrowi, ale przyszli do nas rozliczni nauczyciele z Włoch, Grecji i Niemiec, którzy uczą nas rozmaicie. A my Słowianie ludzie prości, nie mamy nikogo, kto by nas ku prawdzie skierował i zrozumiale pouczył. Poślij nam więc, dobry władco, męża takiego, który nam wszelką prawdę wyjaśni. Był to istotny impuls do skierowania późniejszych świętych Cyryla (Konstantyna) i Metodego z misją ewangelizacyjną na ziemie słowiańskie".
O misji tej tak pisał ruski kronikarz Nestor: Byli bowiem jednym narodem słowiańskim: Słowianie, którzy siedzieli nad Dunajem i których Węgrzy pobili, i Morawianie, Czesi i Lachowie, i Polanie zwani dzisiaj Rusią. Dla nich bowiem przełożono najpierw w Morawie księgi, które to pismo nazwane zostało słowiańskim... Chodziło o głagolicę, pismo opracowane specjalnie dla Słowian przez tych dwóch misjonarzy. Warto w tym miejscu dodać, że Bolesław Chrobry bił swoje monety z napisami właśnie w głagolicy.
Chrześcijaństwo, teraz już wreszcie zrozumiałe dla słowiańskich plemion, zaczęło się wśród nich krzewić w tempie wywołującym poważny niepokój kościoła rzymskiego. Rodził się bowiem nowy, po Rzymie i Bizancjum, ośrodek wiary w Jezusa Chrystusa, mogący bardzo skutecznie oddziaływać na powstające słowiańskie państwa. Godził zatem w podstawowe interesy dotychczasowych krzewicieli tej religii. Raptem dwóch rodzonych braci prowadzących działalność misjonarską wśród Słowian - a po przedwczesnej śmierci Cyryla, jeden już tylko misjonarz - potrafiło dotrzeć do serc i umysłów znaczącej populacji europejskiej, i to znacznie skuteczniej niż wszystkie razem wzięte misje wysyłane przez lata na te ziemie z zachodniej Europy. Było to trudne do zrozumienia dla wielu hierarchów kościoła rzymskiego. Nie przypadkiem przecież oskarżali przed papieżem świętych Cyryla i Metodego o herezję. A Cyryl został nawet w Niemczech wtrącony do więzienia na kilka lat.
Podbijając ziemie Wiślan, morawski książę Rościsław podobno siłą przymusił ich księcia Wisza do przyjęcia nowej wiary w obrządku słowiańskim. Na pewno było to przed zagładą Wielkich Moraw, która nastąpiła w latach 902-907. Ponieważ znana jest data śmierci św. Metodego, zmarłego w 885 roku, autora wezwania księcia wiślańskiego, prawdopodobnie właśnie Wisza, do przyjęcia wiary chrześcijańskiej, można przyjąć, że podbój i chrzest plemienia Wiślan nastąpił kilka lat przed śmiercią tego świętego.
Pierwszy chrzest Polski, patrząc na ten problem chronologicznie i geograficznie, mógł zatem mieć miejsce najpóźniej około roku 880. Innymi słowy, ponad 80 lat przed chrztem Mieszka I, a nawet długo jeszcze przed narodzinami tego władcy.
Dodać jeszcze należy zanotowane w licznych latopisach ruskich informacje o słowiańskości chrześcijaństwa wśród Lędzian, co potwierdzałoby także IX-wieczne istnienie tej nowej wiary na ziemiach, którymi później władał książę Mieszko I. Co więcej, legendarne przejrzenie na oczy siedmioletniego Mieszka interpretuje się ostatnio faktem ochrzczenia, w obrządku słowiańskim, tego dziecka Ziemiomysła. Dokonać tego mieli bliżej nieokreśleni wędrowni misjonarze, chociaż pojawiają się domniemania, iż było to osobiste dzieło świętych Cyryla i Metodego.
Innymi słowy, mogliśmy zatem mieć do czynienia nie tyle z samym chrztem Mieszka I, lecz z konwersją tego władcy na obrządek rzymski. Zwolennicy tego poglądu przywołują jako argument koronny fakt, że książę Polan nigdy nie został przecież świętym Kościoła rzymskokatolickiego, podczas gdy wszyscy europejscy władcy wprowadzający u siebie chrześcijaństwo dostąpili zaszczytu wyniesienia na ołtarze. Musiała zatem istnieć w sprawie Mieszka, władcy Polan, jakaś bardzo ważna przeszkoda, której nie był w stanie pokonać nawet sam papież Polak, Jan Paweł II, wynoszący wielu rodaków na ołtarze.
Za konwersję Kościół rzymskokatolicki królów i książąt na ołtarze nie wynosił.
Mieszko I szybko dostrzegł, jak bardzo się różni bezpieczeństwo granic chrześcijańskiego państwa Czechów od bezpieczeństwa pogańskich połabskich plemion słowiańskich. Przyjmując chrzest w panującym niemal w całej Europie obrządku rzymskokatolickim, wytrącał niejako argumenty o konieczności zaprowadzenia siłą Krzyża na swoje pogańskie jeszcze do niedawna ziemie. Kierował się wyrachowaniem, a nie cudownym olśnieniem, a już z pewnością nie ogromną miłością do nowej żony.
Zbrojne atakowanie władcy świeżo przyjętego na łono Kościoła musiało spotkać się z potępieniem, o czym dobitnie przekonał się właśnie saski hrabia Wichman, którego klęska w starciu z Mieszkiem I nie wzbudziła żadnej reakcji cesarza niemieckiego. Książę Mieszko jako chrześcijanin zyskiwał przynajmniej kilka lat spokoju na swojej zachodniej granicy.
To było mu przecież potrzebne do umacniania państwa.
Przygotowywał się do tej decyzji bez wątpienia znacznie dłużej, niż trwało przypisywane mu najczęściej klepanie, przed aktem prokreacyjnym, wyuczonych na pamięć boskich przykazań. Małżeństwo z czeską księżniczką, chrześcijanką, było tylko świadomym środkiem prowadzącym do celu, a nie spontanicznym podjęciem tej ważnej decyzji dopiero po nagłym olśnieniu wdziękami Dobrawy. Żeniąc się z czeską księżniczką, Mieszko I był już wtedy zdecydowany, z nią czy bez niej, na wprowadzenie chrześcijaństwa do swojego państwa. W polityce, nawet uprawianej przez pogańskiego księcia, nic przecież nie dzieje się nigdy przypadkiem.
Warto zwrócić uwagę, że sojusz polsko-czeski rozpadł się natychmiast wraz ze śmiercią Dobrawy, co w pełni potwierdza polityczny jedynie charakter tego związku. Wkrótce potem Mieszko I, jako sojusznik cesarski, najechał Czechy, zdobywając i dołączając do swojego państwa Małopolskę i Śląsk.
Niemniej w naszych podręcznikach szkolnych, a także w powszechnej społecznej świadomości czeska księżniczka Dobrawa figuruje, umieszczona tam już chyba na zawsze, jako ta, bez której nie zostałoby wprowadzone do Polski chrześcijaństwo. Dziwne tylko, że nie została ogłoszoną przez Kościół świętą oraz patronką naszego kraju.
Tysiąc lat później polska królowa została przecież beatyfikowana, a po kolejnych kilku latach ogłoszona świętą, za zawarcie małżeństwa, które spowodowało chrzest Litwy. Czeska księżniczka, której małżeństwo spowodować miało chrzest Polski, takiego wyróżnienia jednak nigdy nie dostąpiła. Nie dostrzegł jej zasług dla chrześcijaństwa żaden z papieży, z Janem Pawłem II włącznie. Dlaczego?
Wydaje się, że Mieszko I traktował tę swoją kolejną żonę tak jak poprzednie, jako element pewnej strategii politycznej, nie obdarzając jej ani zbytnim uczuciem, ani specjalnymi przywilejami. Zapewne mogła również być tak zwaną polityczną żoną i tylko tyle. A sam chrzest nie musiał wcale odbyć się wyłącznie z jej inicjatywy.
Trzy lata po śmierci Dobrawy książę Mieszko I ożenił się z Odą, najstarszą córką Teodoryka, margrabiego Marchii Północnej, mniszką z klasztoru pod wezwaniem świętego Wawrzyńca w Kalbe, który to klasztor porzuciła dla księcia Polan. Wiemy z Dagome iudex, że urodziła mu trzech synów (o ewentualnych córkach dokument ten nie wspomina). Do tego ślubu doszło bez aprobaty Kościoła, co spotkało się ze zgodnym potępieniem ze strony wszystkich niemieckich kościelnych dostojników i kronikarzy. Uznali to małżeństwo nie tylko za wysoce niemoralne, ale przede wszystkim za grzeszne, wymagające owego potępienia.
Można zatem powiedzieć, że nauki małżeńskie Dobrawy, w tak rygorystyczny sposób wpajane do głowy jej małżonkowi, nie zapadły na zbyt długo w pamięć naszego kochliwego księcia. Natomiast o tym, jak wielkie uczucie ogarnęło Mieszka I do jego ostatniej żony, świadczy najlepiej umieszczenie jej imienia równorzędnie ze swoim w ostatniej woli, czyli w testamencie Dagome iudex. W dodatku odsunął w tym dokumencie od dziedziczenia swojego syna zrodzonego z Dobrawą, później znanego jako Bolesław Chrobry.
Chrześcijaństwo w Polsce stało się faktem, chociaż długo jeszcze walczono na polskich ziemiach z pogaństwem. Pytanie tylko, czy chrzest naszego kraju zawdzięczamy sztuczkom małżeńskim Dobrawy i jej łożnicowej perswazji, czy też po prostu dalekowzroczności w zarządzaniu państwem przez księcia Mieszka I?
Jakże romantycznie brzmi przecież ta pierwsza hipoteza. Ale wcale nie musi być przez to prawdziwa. A może, co jest wielce prawdopodobne, odbył się ten chrzest Mieszka I znacznie wcześniej, tylko nie w obrządku rzymskim, lecz słowiańskim, a potem dopiero nastąpił książęcy wybór silniejszego w tej części Europy obrządku i mieliśmy do czynienia już tylko z konwersją polańskiego władcy do Kościoła rzymskokatolickiego.
To jest oczywiście tylko kolejna hipoteza, ale przecież cały ten okres znamy głównie z hipotez stawianych w różnych latach przez różnych kronikarzy i historyków.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
OD AUTORA
WSTĘP
SZTUCZKI I ARGUMENTY DOBRAWY
RYCHEZA - OBSESJA MATCZYNEJ MIŁOŚCI
ZŁY DUCH KRZYWOUSTEGO
TRZEWICZKI ŚWIĘTEJ JADWIGI (ŚLĄSKIEJ)
JAK SIOSTRA Z BRATEM
ŚWIĘTA BIGAMISTKA W LIPOWEJ KORONIE
JA, MATKA KRÓLÓW
Z NARODU, GDZIE SIĘ ROZUM RODZI
WDOWA PO GASZTOŁDZIE
OSTATNIA Z RODU
JAK MAŁY ETIOPCZYK SŁONIEM
KRÓLOWA WOJOWNIKA
KOCHANEK CARYCY
SIRE, A POLSKA?
ZAMIAST ZAKOŃCZENIA SPLENDOR KRÓLEWSKIEGO ŁOŻA
ANEKS NR 1
ANEKS NR 2
ANEKS NR 3
ANEKS NR 4
ANEKS NR 5
ANEKS NR 6
ANEKS NR 7
ANEKS NR 8
ANEKS NR 9
ANEKS NR 10
ANEKS NR 11
ANEKS NR 12
BIBLIOGRAFIA