I Świąteczny poranek
I
Świąteczny poranek
Korowód dzieciństwa każdego z nas zaczyna się od tej samej wyliczanki: w pewnym kraju było hrabstwo, w tym hrabstwie było miasto, w tym mieście
był dom, w tym domu był pokój, w tym pokoju było łóżko. A w tym łóżku
leżała sobie mała dziewczynka; przebudzona i rześka marzyła o tym, by
już wstać. Nie pozwalała jej na to pewna niewidzialna siła znajdująca
się w sąsiednim pokoju - niejaka Betty, której sprawiedliwego snu pod
żadnym pozorem nie wolno było zakłócać aż do godziny szóstej. O tej
właśnie porze owa siła budziła się sama "z akuratnością zegara" (jak
twierdziła) i wszelki spokój opuszczał całe gospodarstwo domowe na
resztę dnia. Był czerwiec i dlatego, mimo wczesnego poranka, pokój
przepełniało słoneczne ciepło i światło.
Mała Molly Gibson leżała w łóżeczku osłoniętym lekkimi kotarami z białej
dymki1, a po przeciwnej stronie jej sypialenki stała komoda, na
której blacie znajdowało się coś, co od biedy można by nazwać stojakiem
na kapelusze. Zwisał z niego czepek, z obawy przed jakimś zabłąkanym
pyłkiem kurzu starannie okryty wielką bawełnianą chustą z tak grubej i ciężkiej tkaniny, że gdyby to, co jest pod spodem, stworzono z delikatnego tiulu, koronki i kwiatów, zostałoby dosłownie "zmiazgowane"
(ponownie przywołując określenie Betty). Na szczęście czepek wykonany
był z porządnej słomki i jedyną jego ozdobę stanowiła zwykła biała
wstążka okalająca główkę i służąca jako wiązanie. Wspomnieć też należy o dekoracji z papierowego filigranu, której każde marszczenie Molly znała
na pamięć, bo czyż nie wykonała jej osobiście poprzedniego wieczoru,
wkładając w to wiele wysiłku? Ileż starań poświęciła tej błękitnej
kokardce - pierwszej tak wspaniałej ozdobie swego nakrycia głowy!
Nareszcie szósta! Z werwą oznajmił to uroczy dźwięk kościelnych dzwonów,
wzywając mieszkańców do podjęcia codziennych zajęć, tak jak działo się
to od wieków. Molly wyskoczyła z łóżka i bosymi stópkami podbiegła do
komody. Uniosła chustkę i zapatrzyła się w czepek - zapowiedź rozkoszy
nadchodzącego dnia. Zaraz potem ruszyła w stronę okna i po kilku
szarpnięciach udało jej się otworzyć skrzydło, aby wpuścić do środka
słodkie poranne powietrze. Rosa zniknęła już z kwiatów w ogrodzie, ale
nadal perliła się w wysokiej trawie pobliskiej łąki. Z drugiej strony
rozciągało się niewielkie miasteczko Hollingford, na którego ulicę
otwierały się frontowe drzwi domu pana Gibsona. Na niebie zaczęły się
pojawiać delikatne smugi i małe obłoczki dymu, wydobywające się z kominów tych domostw, gdzie kobiety już wstały i przygotowywały
śniadania dla żywicieli rodziny.
Molly Gibson myślała tylko o jednym: "Och, więc to będzie śliczny dzień!
Tak się bałam, że nigdy, nigdy nie nadejdzie! A jeśli nawet, to będzie
wtedy padał deszcz!".
Czterdzieści pięć lat temu2 przyjemności dziecka w prowincjonalnym
mieście były bardzo proste, a Molly musiała przeżyć dwanaście lat, zanim
na jej horyzoncie pojawiło się takie wydarzenie, jakie właśnie się
zbliżało. Biedna mała! To prawda, że straciła matkę, co wstrząsnęło jej
światem i odmieniło bieg życia, ale nie jest to zdarzenie, do którego
chciałoby się wracać, a poza tym była wtedy zbyt maleńka, by świadomie
przyjąć tę stratę. Natomiast przyjemność, której spodziewała się
dzisiaj, miała być jej udziałem - po raz pierwszy będzie uczestniczyć w dorocznych uroczystościach w Hollingfordzie.
Niewielka, rozproszona mieścina z jednej strony stopniowo przechodziła w tereny wiejskie, a z drugiej graniczyła ze stróżówką wielkiego parku.
Tam, w pałacu, mieszkali lord i lady Cumnor - hrabia i hrabina, jak
nazywali ich okoliczni mieszkańcy; w miasteczku bowiem nadal żywe były
tradycje feudalne, kultywowane na wiele różnych sposobów, na co dziś
patrzymy z rozbawieniem, ale wtedy było to sprawą pierwszej wagi. Działo
się to przed przyjęciem Reform Bill3 - ustawy zmieniającej
ordynację wyborczą - chociaż toczyło się już sporo liberalnych dyskusji
pomiędzy kilkoma bardziej oświeconymi posesjonatami z Hollingfordu. Była
też jednak pewna znacząca rodzina torysów, która od czasu do czasu
kwestionowała ważność wyboru ich rywala, przedstawiciela rodu Cumnorów,
tylko dlatego, że ten ostatni zaliczał się do grona zwolenników wigów.
Można by pomyśleć, że wypowiadanie przez owych postępowych obywateli
swych opinii będzie równoznaczne z głosowaniem na Hely-Harrisona,
podzielającego ich poglądy. Ale nic z tego! Hrabia był panem we dworze i właścicielem większości terenu, na którym zbudowano miasteczko, a on i jego domownicy byli żywieni, leczeni i, w pewnym stopniu, ubierani przez
mieszkańców Hollingfordu. Już dziadkowie ich ojców głosowali na
najstarszego syna z Cumnor Towers, toteż oni, podobnie jak przodkowie,
również oddawali swój głos na lokalnego pana na włościach, nie zwracając
najmniejszej uwagi na coś tak chimerycznego jak sympatie polityczne.
W czasach przed nastaniem kolei nie był to bynajmniej odosobniony
przykład wpływu wielkich posiadaczy ziemskich na ich skromniejszych
sąsiadów, a w okolicy, gdzie prym wiodła tak silna rodzina jak
Cumnorowie, było to ze wszech miar korzystne. Hrabiostwo oczekiwali
posłuszeństwa i podporządkowania się ich decyzjom, a otaczanie ich
kultem przez mieszkańców miasteczka traktowali jako oczywistość i jedną
z przysługujących im prerogatyw. Prawdopodobnie ich skrajne zdumienie
wywołałaby sytuacja - zwłaszcza że nadal mieli w pamięci zbrodnie
francuskich sankiulotów, które naznaczyły grozą ich dzieciństwo - gdyby
którykolwiek z mieszkańców Hollingfordu ośmielił się wyrazić opinię
przeciwną do zdania hrabiego. Pewni tego posłuchu czynili jednak wiele
dobrego dla miasta, byli łaskawi, a swym wasalom okazywali zazwyczaj
troskliwość i życzliwość. Lord Cumnor był wyrozumiałym właścicielem
ziemskim. Zdarzało mu się czasami odsuwać lekko swego zarządcę i brać
ster rządów we własne ręce, ku irytacji administratora, który, należy
dodać, był dostatecznie zamożny i niezależny, by nie starać się za
wszelką cenę pozostać na posadzie, gdzie jego decyzje mogły być każdego
dnia wywrócone do góry nogami przez fanaberie szlachetnego milorda,
znajdującego upodobanie w "szwendaniu się", jak zarządca z lekceważeniem
mawiał pośród bezpiecznych ścian własnego domu. To szwendanie odnosiło
się do zwyczaju milorda zadawania pytań swoim dzierżawcom i używania
własnych oczu i uszu do oceny sytuacji i podejmowania decyzji na terenie
swoich posiadłości. Sami farmerzy jeszcze bardziej lubili za to milorda,
który spędzany w majątku czas poświęcał w równym stopniu plotkowaniu, co
nieudanym interwencjom w spory pomiędzy starym zarządcą a dzierżawcami.
Lady Cumnor swą zdystansowaną godnością rekompensowała ową mężowską
słabostkę i tylko raz do roku okazywała łaskawość. Ona i jej córki
założyły szkołę, ale nie według dzisiejszych pojęć, czyli jako miejsce,
gdzie dzieci rolników i robotników zdobywają lepszą wiedzę niż
potomkowie wyżej urodzonych i uposażonych. Tamta była szkołą zawodową, w której dziewczęta przygotowywano do profesji szwaczek, służących lub
całkiem niezłych kucharek, a przede wszystkim uczono je wdzięcznego
noszenia uniformu, wymyślonego przez dobroczynne panie z Cumnor Towers:
białych czepków, białych narzutek, fartuszków w kratkę, niebieskich
sukienek, dygnięć i przytaknięć "tak, proszę pani", w pełni zgodnych z wymogami etykiety.
Po kilku latach hrabina, która większość czasu spędzała poza Towers,
zwróciła się do pań w Hollingfordzie z apelem o współpracę i udział w wizytowaniu szkoły w trakcie długich miesięcy nieobecności jej i córek.
Wiele pań dysponujących czasem odpowiedziało na wezwanie dziedziczki i oddało się do jej dyspozycji, czemu towarzyszyły wypowiadane szeptem,
entuzjastyczne słowa podziwu: "Jak to wspaniałomyślnie ze strony
hrabiny! Cała ona - zawsze myśli tylko o innych!". Było zrozumiałe, że
żaden obcy przybysz nie może opuścić Hollingfordu, nie zwiedziwszy
przedtem szkoły założonej przez hrabinę, gdzie na kolana rzucał go widok
ślicznych małych uczennic i ich jeszcze śliczniejszych robótek, które mu
prezentowano. W ramach rewanżu ze strony fundatorki każdego lata odbywał
się uroczysty festyn, podczas którego lady Cumnor i jej córki z wyniosłą
gościnnością przyjmowały wizytatorki szkoły. Święto to odbywało się w Towers, rodzinnej rezydencji, stojącej w iście arystokratycznym
odosobnieniu w wielkim parku, którego stróżówka przylegała do
miasteczka.
Doroczna gala odbywała się według niezmiennego porządku. Około
dziesiątej rano jeden z dworskich powozów mijał budynek bramny i jechał
do domów tych pań, które zostały uhonorowane zaproszeniem. Zabierał po
jednej lub dwie, aż się zapełnił, a wtedy zawracał, ponownie mijał
otwartą bramę, toczył się gładką, ocienioną drzewami drogą i u stóp
wielkich schodów, wiodących do niezbyt zgrabnych drzwi Cumnor Towers,
wysypywała się z niego gromadka eleganckich pań. Potem powóz wracał do
miasta, zabierał kolejną partię dam ubranych w najlepsze stroje i dostarczał je do dworu. I tak w kółko, aż całe zaproszone towarzystwo
zebrało się w okazałym budynku albo w przepięknych ogrodach. Wtedy
następowała ceremonia wymiany uprzejmości, polegająca z jednej strony na
oprowadzaniu po włościach, a z drugiej na okazywaniu podziwu. Kolejnym
punktem programu był poczęstunek dla gości, a zaraz po nim następna
porcja prezentacji i admiracji skarbów zgromadzonych we wnętrzach. Około
czwartej roznoszono kawę, co sygnalizowało zbliżanie się godziny, kiedy
nadjedzie powóz, by odwieźć gości do domów, dokąd panie wracały z miłą
świadomością przyjemnie spędzonego dnia, ale także z pewnym znużeniem
spowodowanym wielogodzinnym wysiłkiem zachowywania się według
najwyższych standardów i prowadzenia wyrafinowanych rozmów. Lady Cumnor
i jej córki odczuwały podobne samozadowolenie, nie były również wolne od
tego zmęczenia, które zwykle towarzyszy świadomym próbom dostosowania
swego zachowania do towarzystwa, w jakim się znajdujemy.
Molly Gibson po raz pierwszy w życiu miała zostać włączona do grona
pań zaproszonych do Towers. Była oczywiście zbyt młoda na szkolną
wizytatorkę, a zatem to nie z tego względu udawała się na przyjęcie.
Zdarzyło się pewnego dnia, że w trakcie swego "napadu szwendania" lord
Cumnor spotkał pana Gibsona, lekarza praktykującego w okolicy. Doktor
akurat opuszczał dom, do którego wchodził milord, i ten ostatni zwrócił
się z jakimś drobnym pytaniem do medyka; hrabia w ogóle rzadko mijał
kogokolwiek bez zadania mu jakiegoś pytania, przy czym niekoniecznie
czekał, aż zagadnięty udzieli odpowiedzi - taki miał po prostu sposób
prowadzenia konwersacji. Lord Cumnor odprowadził pana Gibsona do budynku
gospodarczego, przy którym lekarz pozostawił konia, uwiązanego do
pierścienia zamontowanego w ścianie. Tam właśnie, wyprostowana i cicha,
siedziała na kucyku Molly, czekając na ojca. Jej poważne oczy aż się
rozszerzyły na widok zbliżającego się dostojnego hrabiego; w jej
dziecięcym przekonaniu ten siwowłosy, rumiany i cokolwiek niezdarny
mężczyzna w sfatygowanym ubraniu był skrzyżowaniem archanioła z królem.
- Twoja córka, co, Gibson? Miła dziewuszka. Ile ma lat? Kucyk wymaga
szczotkowania - mówiąc to, klepał zwierzę. - Jak masz na imię, kruszyno?
Tak jak mówiłem, zalega z dzierżawą, ale jeśli jest faktycznie poważnie
chory, będę zmuszony powściągnąć Sheepshanksa, bo on jest raczej ostry w interesach. Na co się skarży? Przyjdź we czwartek na to zamieszanie...
znaczy na tę szkolną zabawę, panienko. Jak masz na imię? Pamiętaj,
Gibson, aby ją do nas przysłać lub przywieźć. I porozmawiaj z chłopakiem
od koni, bo jestem pewien, że ten kuc nie był przypalany w zeszłym roku,
prawda? Nie zapomnij o czwartku, mała. Jak masz na imię? Obiecałaś,
prawda? - Nagle przerwał i potruchtał na drugą stronę dziedzińca, gdzie
pojawił się najstarszy syn farmera.
Pan Gibson wsiadł na konia i oboje z Molly odjechali. Przez jakiś czas
trwali w milczeniu, w końcu dziewczynka spytała tonem, w którym
pobrzmiewał niepokój:
- Mogę pójść, tatusiu?
- Dokąd, kochanie? - spytał, odrywając się nagle od myśli związanych z jego profesją.
- Do Towers. W czwartek. Ten dżentelmen - nabożna cześć nie pozwoliła
jej użyć tytułu - mnie zaprosił.
- Chciałabyś tam pójść, córeczko? Zawsze uważałem tę imprezę za raczej
nieznośną. Taki męczący dzień. Chodzi mi o to, że zaczyna się tak
wcześnie rano, i o tę gorączkę, harmider, i wszystko.
- Och, tato! - odpowiedziała z wyrzutem.
- Rozumiem zatem, że chciałabyś tam pójść, co?
- Tak, jeśli mogłabym. On mnie zaprosił, przecież wiesz. Myślisz, że
mogłabym? Dwa razy mnie zaprosił.
- Cóż! W takim razie zobaczymy. Tak, myślę, że to się da załatwić, jeśli
tak bardzo tego pragniesz, Molly.
Nastała cisza, przerwana w końcu przez dziewczynkę:
- Proszę, tato, chciałabym tam pójść... ale nie dbam o to.
- To dość zaskakujące stwierdzenie. Prawdopodobnie chodzi ci o to, że
jesteś gotowa zrezygnować z tego planu, jeśli miałoby to sprawić kłopot.
Zapewniam cię, że to się da łatwo zorganizować, możesz więc uznać sprawę
za załatwioną. Będziesz potrzebowała białej sukienki, pamiętaj. I lepiej
uprzedź Betty, że tam idziesz. Już ona dopilnuje, żebyś się schludnie
prezentowała.
Pozostały dwie lub trzy sprawy, o które musiał się zatroszczyć pan
Gibson, zanim mógł ze spokojnym sercem wysłać córeczkę do Towers. Każda
z nich wymagała trochę zachodu, ale szczęście małej warte było starań.
Następnego dnia pojechał do Towers pod pozorem odwiedzin u chorej
służącej, choć w rzeczywistości chodziło mu o to, by "przypadkiem" wpaść
na jej lordowską mość i uzyskać od niej ratyfikację zaproszenia dla
Molly. Dokładnie wybrał czas swojej wizyty - od lat ćwiczył naturalną
dyplomację, warunek niezbędny w przestawaniu z utytułowaną rodziną. Na
dziedziniec przy stajniach wjechał około południa, tuż przed godziną
lunchu, ale już po ekscytacji towarzyszącej otwieraniu worka z pocztą i czytaniu listów. Przywiązał konia i tylnym wejściem wszedł do domu - od
tej strony był to bowiem dom, natomiast od frontu dwór Towers. Odwiedził
pacjentkę, wydał w jej sprawie dyspozycje gospodyni i wyszedł na
zewnątrz, trzymając w dłoni pewien rzadki dziki kwiat. Ruszył do ogrodu
w poszukiwaniu jednej z pań Tranmere, a tam, zgodnie ze swymi nadziejami
i kalkulacjami, natknął się na lady Cumnor. Jej lordowska mość
rozmawiała z córką o zawartości trzymanego w ręce listu, a kolejne
zdania tej rozmowy przeplatała dyspozycjami dla ogrodnika dotyczącymi
roślin jednorocznych. Doktor się przywitał i powiedział:
- Odwiedziłem nianię i przy okazji przyniosłem lady Agnes roślinę, o której opowiadałem. Tę rosnącą na Cumnor Moss.
- Bardzo panu dziękuję, panie Gibson. Spójrz, mamo! To drosera
rotundifolia, o której tak marzyłam.
- Ach, tak! Urocza, doprawdy, tylko że ja nie jestem botanikiem. Niania
czuje się lepiej, mam nadzieję? Nie możemy sobie pozwolić na braki
personelu w przyszłym tygodniu, bo dom będzie pełen gości. A do tego
jeszcze cała rodzina Danbych chce się tu wprosić. Człowiek przyjeżdża na
dwa tygodnie z nadzieją na odrobinę ciszy w czasie Zielonych Świątek,
zostawia połowę służby w mieście, ale jak tylko przekroczy próg własnego
domu, znajomi natychmiast się o tym dowiadują i przysyłają te
niekończące się listy o tęsknocie za wiejskim powietrzem i widokiem
uroczego Cumnor Towers wiosną. Oczywiście mnóstwo w tym winy lorda
Cumnora, bo od razu po przyjeździe wsiada na konia, objeżdża sąsiadów i wszystkich sprasza.
- Wrócimy do miasta w piątek, osiemnastego - pocieszyła matkę lady
Agnes.
- Tak, jak tylko przebrniemy przez ten galimatias ze szkolnymi
wizytatorkami. Ale pozostaje jeszcze tydzień do tego szczęśliwego dnia!
- Przy okazji - wtrącił pan Gibson, wykorzystując to fortunne
przywołanie tematu - spotkałem wczoraj jego lordowską mość na farmie
Cross-Trees i był uprzejmy zaprosić na owo czwartkowe przyjęcie moją
małą córeczkę, która akurat była tam ze mną. Sądzę, że udział w nim
sprawiłby mojej dziewuszce mnóstwo radości - dodał i czekał na reakcję
lady Cumnor.
- Cóż! Jeśli lord ją zaprosił, to przypuszczam, że musimy ją tu przyjąć,
choć wolałabym, aby nie był tak przesadnie gościnny. Nie chodzi o to, że
mała dziewczynka nie będzie tu mile widziana! Tylko, widzi pan, kilka
dni temu spotkał młodszą pannę Browning, o której istnieniu ja nawet nie
słyszałam.
- Ona również wizytuje szkołę, mamo - wyjaśniła lady Agnes.
- To możliwe. Nie mówiłam, że tak nie jest. Wiedziałam, że wśród
wizytatorek jest ktoś o nazwisku Browning, ale nie przypuszczałam, że to
aż dwie osoby. Oczywiście, gdy tylko lord Cumnor usłyszał o tej drugiej,
po prostu nie umiał jej nie zaprosić. W ten sposób powóz będzie musiał
wykonać cztery rundy, żeby je tu wszystkie przywieźć. Ale dzięki temu
pana córka będzie mogła bez kłopotu przyjechać, panie Gibson, i będę jej
rada ze względu na pana. Przypuszczam, że uda się ją wcisnąć między te
dwie panny Browning. Proszę to z nimi ustalić. I proszę postawić na nogi
nianię, bo będzie mi w przyszłym tygodniu potrzebna.
W chwili gdy pan Gibson odchodził, lady Cumnor zawołała za nim:
- Och! Zapomniałam panu powiedzieć, że Clare jest tutaj. Pamięta pan
Clare, prawda? Kiedyś tam była pańską pacjentką.
- Clare? - powtórzył zdumionym tonem.
- Nie przypomina pan sobie panny Clare? Naszej starej guwernantki? -
spytała lady Agnes. - Była z nami jakieś dwanaście czy czternaście lat
temu. Jeszcze przed ślubem lady Cuxhaven.
- Ach, tak! - potwierdził. - Panna Clare. Miała szkarlatynę. Bardzo
ładna filigranowa dziewczyna. Wydawało mi się, że wyszła za mąż.
- Tak - przytaknęła lady Cumnor. - Głupiutkie z niej było stworzenie i zupełnie nie umiała się w życiu ustawić. Przepadaliśmy za nią. Wpadła na
pomysł, by wyjść za ubogiego wikariusza i zostać jakąś tam panią
Kirkpatrick. Ale my nazywamy ją zawsze po prostu Clare. A teraz on umarł
i pozostawił ją wdową. Zatrzymała się u nas, a my łamiemy sobie głowę,
co by tu zrobić, aby mogła zapewnić sobie środki do życia bez
konieczności rozstawania się z dzieckiem. Wydaje mi się, że jest tu
gdzieś w okolicy, jeśli chciałby pan odnowić z nią znajomość.
- Dziękuję, milady, obawiam się jednak, że dzisiaj nie mogę już zostać.
Przede mną długi obchód, a i tak już spędziłem tu zbyt wiele czasu.
Pomimo wyczerpującej rundy wizyt u pacjentów doktor znalazł jednakże
siły, by wieczorem odwiedzić panny Browning i ustalić z nimi szczegóły
wspólnej z Molly jazdy do Towers. Były to wysokie, przystojne kobiety,
nie pierwszej młodości, a ich zachowanie w stosunku do owdowiałego
lekarza było uprzedzająco grzeczne.
- Ależ, panie Gibson, będziemy zachwycone jej towarzystwem. Co też panu
przyszło do głowy, by nas o to pytać! - wykrzyknęła starsza panna
Browning.
- Na samą myśl o tym festynie z trudem udaje mi się spać w nocy -
zwierzyła się młodsza, panna Phoebe. - Wie pan, że nigdy dotąd tam nie
byłam? Siostra brała udział w tej uroczystości wiele razy, ale z nieznanych przyczyn hrabina nigdy nie uwzględniała w zaproszeniu mnie,
choć moje nazwisko już od trzech lat figuruje na liście wizytatorek
szkoły. Ale wiadomo wszystkim, że jestem ostatnia, która by się ubiegała
o uwagę i narzucała komukolwiek bez zaproszenia. Jak mogłabym?
- W zeszłym roku powiedziałam Phoebe - uzupełniła jej siostra - że to z pewnością było ze strony hrabiny zwykłe przeoczenie, jeśli można to tak
nazwać, i że jej lordowska mość będzie dotknięta, nie widząc jej na
swoim przyjęciu. Moją siostrę cechuje jednak wyjątkowa subtelność i cokolwiek bym wtedy powiedziała, nie zgodziłaby się pójść. Została w domu, a cała moja radość z tego dnia została zatruta, zapewniam pana,
doktorze, bo ciągle pamiętałam twarz Phoebe, gdy ja odjeżdżałam, a ona
spoglądała na mnie zza żaluzji. Nie wiem, czy pan uwierzy, ale miała
oczy pełne łez.
- Bardzo płakałam po twoim odjeździe, Sally - potwierdziła panna Phoebe
- ale nadal uważam, że postąpiłam słusznie, nie wciskając się tam, gdzie
mnie nie zaproszono. Czy nie mam racji, panie Gibson?
- Z pewnością. I proszę, w tym roku otrzymała pani zaproszenie. A poza
tym w ubiegłym roku padało.
- Tak, pamiętam. Zabrałam się do porządkowania komody, żeby się
uspokoić. I tak mnie to pochłonęło, że byłam kompletnie zaskoczona
dźwiękiem kropli deszczu uderzających o szyby. A niech mnie - pomyślałam
- co się stanie z tymi białymi atłasowymi pantofelkami mojej siostry,
jeśli po takiej ulewie przespaceruje się po nasiąkniętej wodą trawie?
Bo, widzi pan, bardzo mi zależało, aby miała takie śliczne obuwie. A w tym roku, proszę sobie wyobrazić, siostra zrobiła mi niespodziankę, bo
poszła i kupiła mi takie same butki, z białego atłasu.
- Molly z pewnością wie, że musi założyć swoje najlepsze ubranie -
powiedziała starsza panna Browning. - Mogłybyśmy jej pożyczyć paciorki
lub sztuczne kwiatki, gdyby chciała.
- Wystarczy, aby Molly miała na sobie czystą białą sukienkę - oznajmił
doktor trochę zbyt pospiesznie. Nie był wielbicielem stylu ubierania
panien Browning i nie chciał, aby jego dziecko było wystrojone zgodnie z ich upodobaniem. Uważał gust swojej starej służącej Betty za
zdecydowanie lepszy, bo prostszy. W tonie głosu panny Sally usłyszał
lekką irytację, gdy prostując się, powiedziała:
- Doskonale. To z pewnością wystarczy.
A panna Phoebe dodała:
- Molly będzie ślicznie wyglądać niezależnie od tego, co na siebie
założy. Jestem o tym przekonana.
II Nowicjuszka w wielkim świecie
II
Nowicjuszka w wielkim świecie
W wyczekiwany czwartek o dziesiątej powóz z Towers rozpoczął objazd.
Molly była gotowa na długo przed jego pojawieniem się, chociaż ustalono,
że ona i panny Browning pojadą w ostatniej, czwartej turze. Wcześniej
jej twarz została namydlona, wypucowana i wyszorowana, lśniąc teraz
idealną czystością. Sukienka, falbanki, żabociki, wstążki - wszystko
było śnieżnobiałe, a stroju dopełniała czarna, bogato zdobioną koronką
peleryna; na dziecku wyglądało to dziwacznie i staromodnie, ale okrycie
należało przedtem do matki Molly. Po raz pierwszy w życiu dziewczynka
założyła rękawiczki z koźlęcej skóry; dotychczas nosiła tylko bawełniane. Te nowe były zdecydowanie za duże na jej drobne paluszki, ale
panience to nie przeszkadzało, bo przecież - jak wyjaśniła Betty - te
rękawiczki miały jej służyć przez lata. Wielokrotnie drżała, a raz
prawie zemdlała w trakcie tego pełnego oczekiwania poranka. Betty mogła
sobie mówić, co tylko chciała, o upartym garnku, który obserwowany
odmawiał gotowania; Molly ani na moment nie przestała wpatrywać się w krętą drogę i w końcu po dwóch godzinach powóz po nią przyjechał.
Musiała przycupnąć na samym brzeżku, aby nie pognieść nowych sukien
panien Browning, nie mogła jednakże wychylać się za bardzo do przodu,
aby nie przeszkadzać tęgiej pani Goodenough i jej siostrzenicy, które
zajmowały siedzenie po przeciwnej stronie powozu. Można zatem wątpić,
czy Molly w ogóle siedziała, a jej zmieszanie było tym większe, że całe
miasteczko mogło zobaczyć, jak ona prawie stoi na samym środku powozu.
Świąteczny dzień był bowiem zbyt ważny, aby życie w Hollingfordzie mogło
się toczyć utartym torem. Służące gapiły się z okien na piętrach,
kupcowe wystawały przed wejściami do sklepów, wieśniaczki wybiegały z niemowlętami w ramionach, a dzieciaki, za małe, by wiedzieć, jak należy
okazywać szacunek powozowi milorda, wesoło wiwatowały przejeżdżającym.
Kobieta z domku bramnego otworzyła bramę i nisko dygnęła na widok
liberii. Byli już w parku, a chwilę później ich oczom ukazał się Cumnor
Towers. Wśród gości nastała pełna na namaszczenia cisza, zakłócona tylko
uwagą poczynioną przez krewną pani Goodenough, obcą w miasteczku, gdy
podjeżdżali przed podwójny, ułożony w półkole bieg schodów wiodących do
głównego wejścia.
- Nazywają to portykiem, prawda? - spytała.
Jedyną odpowiedzią było zbiorowe: "Ććććć".
Molly doszła do wniosku, że to było straszne, i prawie sobie życzyła, by
móc się znaleźć z powrotem w domu. Ale z czasem, gdy towarzystwo
rozpierzchło się po przepięknym terenie, wspanialszym niż cokolwiek, o czym dziewczynka śniła, zapomniała o poprzednich myślach. Aksamitne
zielone trawniki, skąpane w promieniach słońca, rozciągały się dookoła i stopniowo przechodziły w pełen drzew park. Jeśli pomiędzy gładką,
lśniącą trawą a ciemną ścianą drzew w oddali były jakiekolwiek żywopłoty
czy grodzenia, Molly ich nie dostrzegała, a to wtapianie się
wypielęgnowanych połaci w mroczny las miało dla niej niewymowny urok.
Bliżej domu znajdowały się murki i płoty, ale wszystkie pokryte pnącymi
się różami, a także rzadkimi odmianami kapryfolium i innych pnączy,
które właśnie zaczynały kwitnąć. Oczywiście, były również klomby -
szkarłatne, purpurowe, szafirowe, pomarańczowe; wielkie plamy kwiatów
rozrzucone na murawie.
Molly kurczowo ściskała dłoń panny Browning, gdy wałęsały się po
posiadłości w towarzystwie kilku innych dam, oprowadzane przez córkę
właściciela Towers, która zdawała się rozbawiona wykwintnymi wyrazami
podziwu, okazywanego każdemu przedmiotowi czy miejscu. Dziewczynka się
nie odzywała - nie pozwalał na to jej wiek i pozycja - ale ciągle
głęboko oddychała, wręcz wzdychała, dając tym upust przepełniającym jej
serce uczuciom. Potem panie doszły do długiego błyszczącego rzędu
szklarni i cieplarni, gdzie czekał ogrodnik, by je oprowadzić po
podległych mu zabudowaniach. Panna Gibson nawet w połowie nie była tak
zainteresowana tymi sztucznie hodowanymi roślinami jak przyrodą na
zewnątrz, ale lady Agnes cechowało zacięcie naukowe i bez końca
rozwodziła się nad rzadkością występowania jakiejś rośliny czy
specyficznymi wymaganiami innej. W końcu dziecko zaczęło się czuć
zmęczone, a zaraz potem także słabe. Najpierw nieśmiałość nie pozwoliła
Molly się odezwać, ale później wystraszyła się, że wywoła sensację,
wybuchając płaczem lub - co gorsza - upadając na stojaki pełne cennych
roślin. Ścisnęła rękę panny Browning i wykrztusiła:
- Czy mogłabym wyjść do ogrodu? Nie mogę tu oddychać!
- Och, tak. Oczywiście, kochanie! Obawiam się, że nie rozumiesz tego, o czym jest tu mowa. Ale to takie mądre i pouczające. A na dodatek tyle w tym łaciny.
Powiedziawszy to, dama szybko się odwróciła, aby, broń Boże, nie uronić
ani słowa z wykładu lady Agnes na temat orchidei. Molly tymczasem wyszła
z przegrzanej szklarni na zewnątrz. Na świeżym powietrzu natychmiast
poczuła się lepiej. Wolna i nieobserwowana, przechadzała się od jednego
ślicznego zakątka do drugiego; raz była w parku, potem zagłębiała się w wydzieloną część ogrodu, gdzie jedynymi dźwiękami był śpiew ptaków i odległy szmer fontanny, a strzeliste drzewa tworzyły studnię, której
wylot stanowił krążek czerwcowego nieba. Spacerowała i spacerowała,
poświęcając miejscu pobytu nie więcej myśli niż motyl przelatujący z kwiatka na kwiatek, aż w końcu poczuła się bardzo znużona i marzyła
tylko o powrocie do dworu. Nie wiedziała jednak, jak tam dojść, a nawet
gdyby jej się to udało, obawiała się spotkania z obcymi ludźmi bez
krzepiącej opieki którejś z panien Browning. Gorące słońce paliło jej
głowę, która w końcu zaczęła boleć. Zobaczyła cedr, rozrastający się
szeroko ponad plamą trawy i perspektywa odpoczynku zwabiła dziewczynkę
pod konary drzewa. W cieniu dostrzegła naturalne siedzisko, zmęczona
usadowiła się na nim i natychmiast zasnęła.
Po pewnym czasie z drzemki wyrwała ją i poderwała na nogi rozmowa dwóch
pań, które stały obok i mówiły o niej. Były jej całkowicie obce. Molly,
mgliście przekonana, że zrobiła coś niewłaściwego, a także głodna i zmęczona przeżyciami dnia oraz poranną ekscytacją, wybuchnęła płaczem.
- Biedna mała kobietka! Zgubiła się. Z pewnością przyszła z którąś z pań
z Hollingfordu - powiedziała starsza z kobiet, z wyglądu w wieku około
czterdziestu lat, choć w rzeczywistości nie przekroczyła trzydziestu.
Jej przedpołudniowa suknia była przesadnie strojna. Dama miała pospolity
wygląd i raczej surowy wyraz twarzy, głos niski i monotonny; gdyby
chodziło o osobę niskiego pochodzenia, można by ten głos nazwać
szorstkim, ale tego określenia absolutnie nie wolno było stosować wobec
lady Cuxhaven, najstarszej córki hrabiego. Druga kobieta wyglądała na
młodszą, choć naprawdę była starsza. Molly pomyślała, że to
najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziała, i faktycznie, dama
była bardzo atrakcyjna. Podobnie jak jej głos, który okazał się miękki i łagodny, gdy odpowiedziała swojej towarzyszce:
- Biedna maleńka! Ta gorączka ją zmogła. I z pewnością także ten ciężki
słomkowy czepek. Pozwól, kochanie, bym ci go rozwiązała.
Dziewczynka zdołała odzyskać głos.
- Jestem Molly Gibson, proszę pani. Przyjechałam tu z pannami Browning -
wyjaśniła, bo bardzo się bała, że zostanie wzięta za nieupoważnionego
intruza.
- Panny Browning? - odezwała się lady Cuxhaven pytającym tonem.
- Chodzi chyba o te dwie postawne, raczej młode kobiety, o których
mówiła lady Agnes.
- Doprawdy, taki tłum się za nią ciągnął... - Spoglądając ponownie na
Molly, dama spytała: - Jadłaś coś, dziecko, odkąd tu przyjechałaś?
Jesteś taka blada. A może to od tego żaru?
- Nie, nic nie jadłam - odpowiedziała dziewczynka z żałością, bo gdy
zasypiała, czuła się naprawdę głodna.
Panie wymieniły między sobą kilka zdań przyciszonymi głosami i w końcu
ta wyglądająca na starszą stwierdziła autorytarnym głosem, którego
zawsze używała, zwracając się do innych:
- Zostań tu, moja droga. My pójdziemy do domu, a Clare wróci tu i przyniesie ci coś do jedzenia, abyś mogła się posilić, zanim spróbujesz
iść. To w końcu prawie ćwierć mili.
Odeszły. Molly siedziała wyprostowana i czekała na obiecanego posłańca.
Nie wiedziała, kim jest owa lub ów Clare, nie zależało jej też
specjalnie na jedzeniu, ale czuła, że chyba nie mogłaby wykonać kroku
bez wsparcia. Wreszcie dostrzegła wracającą ową śliczną panią, za którą
podążał lokaj z niewielką tacą.
- Spójrz, jaka lady Cuxhaven jest uprzejma! - powiedziała ta, którą
nazywano Clare. - Osobiście wybrała pyszne rzeczy na twój lunch. A teraz
musisz spróbować to zjeść, bo bez tego nie odzyskasz sił, maleńka. Nie
musisz czekać, Edwards. Sama przyniosę tacę.
Na lunch składał się chleb, kurczak na zimno, trochę galaretki, mały
kieliszek wina, butelka skrzącej się w słońcu wody i kiść winogron.
Molly wyciągnęła trzęsącą się rączkę w kierunku wody, ale była zbyt
osłabiona, by ją unieść. Clare przytrzymała butelkę przy jej ustach;
dziewczynce udało się w końcu napić i od razu poczuła się odświeżona.
Nie mogła jednak niczego zjeść, chociaż próbowała. Za bardzo bolała ją
głowa. Kobieta wyglądała na zmartwioną.
- Weź trochę winogron. Dobrze by ci zrobiły. Musisz spróbować coś zjeść,
bo inaczej nie wiem, jak nam się uda dotrzeć do domu.
- Tak bardzo boli mnie głowa - wyznała Molly, z wysiłkiem unosząc smutne
oczy.
- Och, jakie to denerwujące! - powiedziała Clare wciąż tym samym
słodkim, łagodnym głosem, jakby nie była rozgniewana, a tylko
stwierdzała oczywistą prawdę. Panna Gibson czuła się winna i bardzo
nieszczęśliwa. Jej opiekunka mówiła dalej, a w jej głosie pobrzmiewały
teraz surowsze nuty: - Widzisz, zupełnie nie wiem, co zrobić, jeśli nie
posilisz się na tyle, abyś mogła dojść do Towers. A ja spędziłam
ostatnie trzy godziny, włócząc się po okolicy i jestem zupełnie
wykończona, a na dodatek ominął mnie lunch. - Nagle przerwała, jakby
uderzona nową myślą, po czym powiedziała: - Połóż się na kilka minut,
tak jak leżałaś, i postaraj się zjeść te owoce. Poczekam na ciebie, a przy okazji co nieco przekąszę. Jesteś pewna, że nie zjesz tego
kurczaka?
Molly zrobiła to, o co ją poproszono: położyła się, ociężale sięgała po
winogrona i przyglądała się imponującemu apetytowi, z jakim dama
spałaszowała kurczaka i galaretkę, popijając je winem. Była tak śliczna
i zgrabna, że nawet pośpiech, z jakim jadła, jakby się obawiała, że ktoś
ją na tym przyłapie, nie umniejszał podziwu, jaki żywiła dla niej mała
obserwatorka.
- A teraz, kochanie, jesteś gotowa do drogi? - spytała Clare, gdy
wreszcie uporała się z całą zawartością tacy. - No, chodź. Już prawie
skończyłaś te winogrona, dobra z ciebie dziewczynka. Jeśli podejdziesz
ze mną do bocznego wejścia, zaprowadzę cię na górę do mojego pokoju i położysz się na łóżku na godzinkę lub dwie. A po takiej drzemce twój ból
głowy minie, jak ręką odjął.
Wyruszyły w drogę, a Clare, ku zawstydzeniu Molly, niosła pustą tacę;
dziewczynka jednak z trudem się wlokła i wolała nie proponować, że zrobi
cokolwiek ponadto. Bocznym wejściem nazywano schody wiodące z prywatnego
ogrodu kwiatowego do holu wyłożonego matami. Był to rodzaj przedpokoju z wieloma parami drzwi, w którym przechowywano lekkie narzędzia ogrodnicze
oraz zestawy łuków i strzał, służące rozrywce córek milorda. Lady
Cuxhaven najwyraźniej dostrzegła, że Clare i Molly nadchodzą, bo wyszła
do sieni, gdy tylko się w niej pojawiły.
- Jak ona się czuje? - spytała. A gdy zobaczyła wymiecione talerze i kieliszek, dodała z lekkim przekąsem: - Wydaje mi się, że nie dolega jej
nic poważnego. A ty pozostałaś naszą dobrą, starą Clare. Powinnaś była
jednak pozwolić, by któryś z mężczyzn przyniósł tę tacę. W taką pogodę
życie jest wystarczającą męczarnią.
Dziewczynka zapragnęła, by jej śliczna towarzyszka wyjaśniła lady
Cuxhaven, że sama uporała się z tym obfitym lunchem, ale taki pomysł
najwyraźniej nie przyszedł Clare do głowy. Powiedziała tylko:
- Biedactwo! Jeszcze nie doszła całkiem do siebie. Mówi, że boli ją
głowa. Położę ją w moim pokoju do łóżka i może uda jej się zasnąć.
Molly zobaczyła, że lady Cuxhaven, przechodząc obok, powiedziała coś z uśmieszkiem do Clare. Dręczyła ją myśl, że słowa, które dosłyszała,
brzmiały: "Przejadła się, jak przypuszczam". Czuła się jednak zbyt
osłabiona, by długo się tym martwić. Z powodu obolałej głowy znacznie
bardziej interesowało ją niewielkie białe łóżko w chłodnym, ślicznym
pokoju, gdzie muślinowe firany od czasu do czasu miękko łopotały,
poruszane wonnym wietrzykiem wpadającym przez otwarte okno. Clare
przykryła dziewczynkę lekkim szalem i zaciemniła pokój. Gdy wychodziła,
Molly uniosła się i poprosiła:
- Proszę pani, proszę nie pozwolić im odjechać beze mnie. Czy ktoś
mógłby mnie obudzić, gdybym zasnęła? Muszę wrócić z pannami Browning.
- Nie kłopocz się tym, kochanie. Wszystkim się zajmę - uspokoiła ją
Clare, odwracając się przy drzwiach i posyłając zaniepokojonej
dziewczynce pocałunek ręką. Odeszła, nie poświęcając dziecku ani jednej
myśli więcej. Około wpół do piątej zajechały powozy, poganiane przez
lady Cumnor, która nagle poczuła się zmęczona zabawianiem gości i rozdrażniona niewybrednymi słowami podziwu, jakie powtarzali do
znudzenia.
- Dlaczego nie wykorzystać dwóch powozów, mamo, i pozbyć się od razu
całego tego towarzystwa? - zaproponowała lady Cuxhaven. - To
rozjeżdżanie się na raty jest nie do zniesienia.
Skorzystano z tej rady; zapanował wielki pośpiech i bezładne wsiadanie
wszystkich pań jednocześnie. Pannę Sally Browning umieszczono w pojeździe przypominającym karetę (lub karietę, jak z charakterystyczną
dla siebie manierą mówiła lady Cumnor, bo rymowało się to z lady
Hariettą, imieniem jej córki, a raczej Harriet, tak przynajmniej podawał
herbarz parów), natomiast panna Phoebe została zagoniona wraz z kilkoma
innymi paniami do obszernego rodzinnego wózka w typie znanych nam
obecnie omnibusów. Każda z sióstr myślała, że Molly jest z tą drugą, a w rzeczywistości dziewczynka głęboko spała na łóżku pani Kirkpatrick, z domu Clare.
Weszły pokojówki, aby przygotować sypialnię na noc. Ich rozmowa obudziła
śpiącą, która usiadła na łóżku i usiłowała odgarnąć włosy z gorącego
czoła. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie jest. Zsunęła się z łóżka i ku
zdumieniu kobiet wyrzuciła z siebie:
- Przepraszam, kiedy możemy odjechać?
- Na litość boską! Nikt nie mówił, że tu ktokolwiek śpi! Przyjechałaś z którąś z pań z Hollingfordu, dziecko? Ależ one już odjechały! Godzinę
temu albo i dawniej.
- Och! I co ja mam teraz zrobić? Ta dama, którą nazywają Clare,
obiecała, że mnie obudzi. Tatuś będzie się zastanawiał, gdzie jestem. A zupełnie nie wiem, co na to powie Betty!
Wybuchnęła płaczem. Służące patrzyły na nią z niepokojem i ogromnym
współczuciem. Wtem usłyszały kroki pani Kirkpatrick zbliżającej się
korytarzem. Niskim melodyjnym głosem podśpiewywała sobie jakąś włoską
arietkę, wracając do sypialni, by się przebrać do kolacji. Pokojówki
spojrzały na siebie porozumiewawczo i jedna mruknęła do drugiej:
- Najlepiej zostawmy to jej. - I umknęły, by zająć się pracą w innym
pokoju.
Pani Kirkpatrick stanęła w drzwiach i z konsternacją wpatrywała się w Molly.
- Och, zupełnie o tobie zapomniałam! - wykrztusiła w końcu. - Ależ nie
płacz, bo nie będziesz mogła się pokazać ludziom na oczy. A ja i tak
muszę ponieść konsekwencje tego, że zaspałaś. Jeśli nie uda mi się
odesłać cię dzisiaj do Hollingfordu, będziesz spała ze mną, a jutro rano
ktoś cię odwiezie do domu.
- Ale mój tatuś! - wyłkała Molly. - Co wieczór przygotowuję mu herbatę!
I nie mam koszuli nocnej.
- Nie rób tyle zamieszania o coś, na co nie ma rady. Pożyczę ci jakiś
strój do spania, a twój tatuś będzie się musiał dziś wieczorem obejść
bez herbaty. A następnym razem postaraj się nie zaspać, gdy jesteś w obcym domu, bo twoi gospodarze mogą się okazać mniej gościnni niż tutaj.
Jeśli przestaniesz płakać i robić z siebie pośmiewisko, pójdę i spytam,
czy możesz zejść na dół na deser z paniczem Smythe'em i panienkami.
Pójdziesz do bawialni dzieci i wypijesz z nimi miłą herbatkę, a potem tu
wrócisz, wyszczotkujesz włosy i się umyjesz. Jesteś prawdziwą
szczęściarą, że możesz przebywać w takim wspaniałym domu jak ten. Jestem
pewna, że wiele dziewczynek z radością by się z tobą zamieniło.
Podczas tej przemowy Clare przygotowywała swą wieczorną toaletę. Zdjęła
czarną żałobną suknię dzienną, założyła matinkę, rozpuściła miękkie
kasztanowe włosy na ramiona i rozglądała się po pokoju w poszukiwaniu
różnych części garderoby. Przez cały ten czas gładko szemrał potok jej
wymowy:
- Ja też mam taką małą dziewczynkę, kochanie. Nie wiem, co by oddała,
żeby móc tu ze mną być u lorda Cumnora. Zamiast tego musiała zostać na
czas wakacji w szkole. A ty wyglądasz jak sama żałość na myśl o spędzeniu tu tylko jednej nocy. Naprawdę byłam cały czas zajęta tymi
nieznośnymi... znaczy... szlachetnymi paniami z Hollingfordu, a przecież
nie mogę myśleć o wszystkim naraz.
Jedynaczka Molly na wzmiankę o córce swej opiekunki przestała płakać i ośmieliła się spytać:
- Czy pani jest zamężna, madame? Myślałam, że nazywają panią Clare.
Pani Kirkpatrick dopisywał humor, więc odpowiedziała:
- Nie wyglądam na mężatkę, prawda? Każdy jest zdziwiony. A jednak już od
siedmiu lat jestem wdową. I nie mam ani jednego siwego włosa, chociaż
lady Cuxhaven, która jest ode mnie młodsza, ma ich wiele.
- A dlaczego nazywają panią Clare? - wypytywała Molly.
- Bo gdy przed laty mieszkałam z nimi, nazywałam się panną Clare. To
takie śliczne nazwisko, nie sądzisz? A potem wyszłam za niejakiego pana
Kirkpatricka. Był zaledwie wikariuszem, biedaczek. Ale za to pochodził z doskonałej rodziny i gdyby trzech jego krewnych zmarło bezpotomnie,
byłabym żoną baroneta. Niestety, opatrzność nie uznała za właściwe
dopuścić do tego. Cóż, musimy się z pokorą godzić z tym, co nam
przeznaczone. Dwóch jego kuzynów się ożeniło i mają całą chmarę dzieci.
A mój biedny drogi Kirkpatrick zmarł i uczynił mnie wdową.
- I ma pani małą dziewczynkę?
- Tak, kochaną Cynthię! Szkoda, że nie możesz jej zobaczyć. Jest teraz
moją jedyną pociechą. Jeśli będę miała czas, pokażę ci jej portrecik
przed położeniem się spać. Ale teraz muszę już iść. Nie jest dobrze
kazać lady Cumnor na siebie czekać, a dzisiaj szczególnie mnie prosiła,
abym zeszła wcześniej i pomogła jej z tymi ludźmi, którzy się tu
zatrzymali. Zadzwonię na służbę, a gdy przyjdzie pokojówka, poproś ją,
by cię zaprowadziła do dziecięcej bawialni i wyjaśniła opiekunce dzieci
lady Cuxhaven, kim jesteś. Wypijesz herbatę z panienkami i razem z nimi
zejdziesz na dół na deser. Właśnie tak. Przykro mi, że tak zaspałaś i musisz tu zostać. A teraz daj mi całusa i przestań płakać. Całkiem ładne
z ciebie dziecko, chociaż nie masz takich ślicznych kolorków jak
Cynthia. Ach, niania. Bądź tak miła i zaprowadź tę młodą damę...
Zapomniałam, jak się nazywasz, moja droga. Gibson?... Zaprowadź pannę
Gibson do pani Dyson w bawialni dzieci i poproś, aby dziewczynka mogła
towarzyszyć panienkom w czasie herbaty i aby razem z nimi zeszła na
deser. Ja to wszystko wyjaśnię milady.
Ponura twarz niani rozjaśniła się na dźwięk nazwiska Gibson i upewniwszy
się, że Molly jest "doktorską" córką, okazała więcej niż zazwyczaj
chęci, by spełnić życzenie pani Kirkpatrick.
Molly była uczynną dziewczynką i bardzo lubiła dzieci, więc tak długo,
jak przebywała w pokojach dziecięcych, dawała sobie całkiem nieźle radę,
podporządkowując się poleceniom ich opiekunki. Okazała się nawet
pomocna, bo dzięki temu, że układała klocki z młodszymi dziećmi, pani
Dyson mogła spokojnie ubrać starsze w ich wyjściowe stroje - koronki,
muśliny, aksamity i szerokie błyszczące wstążki.
- A teraz, panienko - powiedziała, kiedy jej grupa została przygotowana
do prezentacji dorosłym - co mogę dla panienki zrobić? Nie ma panienka
ze sobą innej sukienki, prawda?
Nie, rzeczywiście nie miała. A nawet gdyby przywiozła coś na zmianę, to
z pewnością nie byłoby to nic bardziej wyszukanego niż noszona przez nią
zwyczajna cienka bawełenka. Wszystko, co mogła zrobić, to umyć twarz i dłonie oraz pozwolić opiekunce wyszczotkować i uperfumować włosy.
Pomyślała, że wolałaby raczej spędzić noc w parku i spać pod tym
cudownym cichym cedrem niż być poddana tej nieznanej ceremonii
"schodzenia na dół na deser", która najwyraźniej uważana była i przez
dzieci, i przez nianię za wydarzenie kulminacyjne dnia. W końcu, na znak
dany przez specjalnie wysłanego lokaja, cała grupka - pod dowództwem
pani Dyson szeleszczącej jedwabną suknią - odmaszerowała w stronę drzwi
jadalni.
We wspaniale oświetlonej sali spore towarzystwo dam i dżentelmenów
siedziało przy nakrytym stole. Każde z tych wykwintnych dzieci
natychmiast podbiegło do mamy, ciotki lub kogoś szczególnie bliskiego.
Tylko Molly nie miała tu nikogo.
- Kim jest ta wysoka dziewczynka w cienkiej białej sukience? To chyba
nie jest żadna z córek naszych gospodarzy?
Dama, do której skierowane było to pytanie, założyła binokle, popatrzyła
na Molly i zdjęła okulary.
- Powiedziałabym, że to Francuzka. Lady Cuxhaven zamierzała sprowadzić
tu taką, aby bawiła się z jej dziećmi i aby dzięki temu od
najwcześniejszych lat nabywały właściwego akcentu. Biedna mała. Wygląda
na oszołomioną i obcą! - Owa pani, siedząca obok lorda Cumnora, skinęła
na Molly, by ta do niej podeszła. Dziewczynka przemknęła się do niej,
jakby szukała schronienia, ale gdy dama zaczęła mówić do niej po
francusku, na policzkach dziecka pojawiły się ciemne rumieńce i cicho
powiedziała:
- Ja nie rozumiem po francusku. Jestem Molly Gibson, madame.
- Molly Gibson - powtórzyła głośno tamta, jakby to nie było
wystarczające wyjaśnienie.
Lord Cumnor podchwycił i nazwisko, i ton wypowiedzi.
- Aha - odezwał się - to ty jesteś tą dziewczynką, która spała w moim
łóżku! - Naśladował przy tym niski głos niedźwiadka, który zadaje to
pytanie dziecku w bajce.
Molly nie czytała jednak historyjki Trzy niedźwiadki i wzięła na serio
gniew milorda. Zadrżała i przysunęła się bliżej do owej damy, która
wzięła ją za małą emigrantkę. Lord Cumnor był zachwycony tym, co uznał
za wymyślony przez siebie kapitalny żart, i w nieskończoność rozwijał
ten oklepany pomysł. Tak długo, jak panie pozostawały w jadalni,
atakował Molly aluzjami do Śpiącej Królewny, Siedmiu śpiących braci
i innych bajek, które mógł sobie przypomnieć, mających cokolwiek
wspólnego ze snem. Zupełnie sobie nie uświadamiał, jaką przykrość jego
żarty sprawiają wrażliwej dziewczynce, która i bez tego czuła się marnym
grzesznikiem, gdyż spała, kiedy spać nie należało. Gdyby Molly umiała
trochę bardziej trzeźwo ocenić okoliczności tego wydarzenia,
uzmysłowiłaby sobie, że nie ponosi winy, bo przecież pani Kirkpatrick
solennie obiecała, że ją obudzi o odpowiedniej porze. Ale mała potrafiła
myśleć tylko o tym, jak bardzo niemile jest widziana w tym wielkim domu
i jakim musi się tu wydawać intruzem. Raz czy dwa przebiegło jej przez
głowę pytanie, gdzie jest jej tatuś i czy za nią tęskni, ale każda myśl
o panującej w jej domu rodzinnej serdeczności powodowała takie ściskanie
w gardle, że postanowiła odpędzić te wspomnienia, bojąc się, że
wybuchnie płaczem. Instynktownie czuła, że im mniej sprawi kłopotu swym
pobytem w Towers, im mniej będzie zwracać na siebie uwagę, tym lepiej.
Razem z damami wyszła z jadalni, licząc na to, że nikt jej nie zauważy.
Było to, oczywiście, niemożliwe; natychmiast stała się przedmiotem
rozmowy między okropną lady Cumnor a jej uprzejmą sąsiadką.
- Czy wie pani - mówiła towarzyszka hrabiny - że z początku, gdy
zobaczyłam tę młodą damę, wzięłam ją za Francuzkę? Te ciemne włosy i brwi, te szare oczy i ta przejrzysta cera, którą się spotyka w pewnych
regionach Francji. No i wiedziałam, że lady Cuxhaven zamierza znaleźć
dobrze wychowaną dziewczynę, która byłaby miłą towarzyszką dla jej
dzieci.
- Nie! - odpowiedziała lady Cumnor surowo, a przynajmniej tak to odczuła
Molly. - To córka naszego lekarza w Hollingfordzie. Przyjechała tu rano
ze szkolnymi wizytatorkami, ale zmęczył ją upał i zasnęła w pokoju
Clare. Niestety, zaspała i obudziła się dopiero wtedy, gdy powozy już
odjechały. Odeślemy ją do domu jutro rano, ale dzisiaj musi tu zostać.
Pani Kirkpatrick jest tak poczciwa, że zaproponowała, by mała spała u niej.
W tej przemowie słychać było zarzut, który boleśnie, niczym niezliczone
żądła, ranił Molly. W tym momencie podeszła lady Cuxhaven. Jej głos był
niski, a sposób zachowania tak samo opryskliwy i autorytarny jak matki,
ale dziecko wyczuło w niej łagodniejszą naturę.
- Jak się czujesz, moja droga? Wyglądasz lepiej niż w parku pod cedrem.
A więc zostajesz tu na noc? Clare, nie uważasz, że mogłybyśmy znaleźć
jakąś książkę z grawiaturami, która zainteresowałaby pannę Gibson?
Pani Kirkpatrick przysunęła się do Molly i zaczęła ją przytulać oraz
słodko przemawiać. W tym czasie lady Cuxhaven przeglądała woluminy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego dla dziewczynki. Clare szczebiotała:
- Moje biedne kochanie! Widziałam, jak wchodziłaś taka nieśmiała do
jadalni. Marzyłam, abyś do mnie podeszła, ale nie odważyłam się dać ci
znaku, bo akurat wtedy lord Cuxhaven opowiadał mi o swoich podróżach. O,
to jest śliczna książka. Portrety Lodge'a. Usiądę z tobą, wyjaśnię ci,
kto jest kim, i wszystko ci opowiem. Proszę się więcej nie kłopotać,
lady Cuxhaven. Zajmę się nią, proszę zdać się na mnie.
Gdy ostatnie słowa dotarły do świadomości Molly, poczuła, że robi jej
się gorąco. Gdyby tylko zostawili ją w spokoju i nie czynili wysiłków,
by okazać jej uprzejmość! Gdyby tylko przestali się nią "kłopotać". Te
słowa pani Kirkpatrick zdusiły w zarodku wdzięczność, jaką zaczynała
odczuwać wobec lady Cuxhaven za próbę znalezienia dla niej jakiejś
rozrywki. Ale, oczywiście, był to kłopot, a jej, Molly, nie powinno tu
być.
Wkrótce Clare zostawiła ją i poszła akompaniować śpiewowi lady Agnes.
Wtedy dziewczynka spędziła kilka uroczych chwil. Nieobserwowana, mogła
spokojnie rozejrzeć się po pokoju i doszła do wniosku, że pomijając może
pałac królewski, nie istnieje - nie może istnieć - podobnie wielkie i wspaniałe pomieszczenie. Ogromne lustra, aksamitne kotary, obrazy w złoconych ramach, mnóstwo błyszczących świateł - wszystko to zdobiło
przestronny salon, wypełniony grupkami dam i dżentelmenów w wykwintnych
strojach. Nagle Molly przypomniała sobie o dzieciach, z którymi zeszła
do jadalni i do szeregu których zdawała się zaliczać. Gdzie one są? Na
bezgłośny sygnał matki odmaszerowały do łóżek ponad godzinę temu.
Dziewczynka zaczęła się zastanawiać, czy też mogłaby odejść - o ile
oczywiście zdołałaby trafić do bezpiecznej przystani sypialni pani
Kirkpatrick. Od drzwi dzieliła ją jednak pewna odległość, a jeszcze
większa od Clare, do której czuła pewną przynależność; znajdowała się
równie daleko od lady Cuxhaven, okropnej lady Cumnor i jej skorego do
żartów, dobrodusznego męża. Molly siedziała zatem, wertując książkę z obrazkami, których nie widziała, samotna pośród otaczającego ją tłumu i przepychu, z coraz cięższym serduszkiem. W pewnej chwili do salonu
wszedł lokaj, rozejrzał się i skierował do pani Kirkpatrick, która
siedziała przy fortepianie w centrum muzykalnej części towarzystwa,
gotowa akompaniować każdemu śpiewakowi i z uśmiechem przychylając się do
każdej prośby. Teraz podeszła do siedzącej w kąciku dziewczynki i powiedziała:
- Czy wiesz, kochanie, że jest tu twój tatuś? Przyprowadził ze sobą
twojego kucyka, więc będziesz mogła wrócić na nim do domu. A ja tracę
moją towarzyszkę, bo przypuszczam, że musisz odjechać.
Odjechać! Molly nie miała żadnych wątpliwości, gdy się poderwała, drżąc,
mieniąc się na twarzy, prawie płacząc. Następne słowa pani Kirkpatrick
szybko jednak sprowadziły ją z raju na ziemię:
- Musisz podejść do lady Cumnor i życzyć jej dobrej nocy. I nie zapomnij
podziękować za wielkoduszność, jaką ci okazała. Jest tam, obok statui,
rozmawia z panem Courtenayem.
Tak, stała tam. Dwanaście metrów dalej. A raczej setki mil dalej. I tę
odległość trzeba będzie pokonać. I jeszcze się do milady odezwać!
- Muszę iść? - spytała Molly tak żałośnie i błagalnie, jak tylko
potrafiła.
- Oczywiście. I pospiesz się. Przecież nie ma się czego wstydzić! -
dodała ostrzejszym tonem Clare, wiedząc, że czekają na nią przy
fortepianie, i za wszelką cenę chcąc zakończyć tę sprawę z dzieckiem jak
najszybciej.
Molly stała przez chwilę nieruchomo, a potem uniosła głowę i miękko
poprosiła:
- A czy mogłaby pani podejść tam ze mną?
- Tak, oczywiście - zgodziła się pani Kirkpatrick, która doszła do
wniosku, że jej udział w pożegnaniu prawdopodobnie je przyspieszy.
Chwyciła Molly za rękę i pociągnęła za sobą, a przechodząc koło osób
zgromadzonych wokół fortepianu, uśmiechnęła się, wykonała zwiewny ruch
dłonią i rzuciła swym ślicznym, śpiewnym głosem:
- Nasza maleńka jest taka nieśmiała i skromna, że poprosiła mnie, bym
jej towarzyszyła, gdy będzie życzyć jej lordowskiej mości dobrej nocy.
Tatuś po nią przyjechał i zaraz będą odjeżdżać.
Molly nie potrafiłaby wyjaśnić, jak to się stało, ale słysząc te słowa,
wysunęła dłoń z uchwytu pani Kirkpatrick, zbliżyła się do lady Cumnor,
imponującej w fioletowym aksamicie, wykonała dygnięcie godne dzieci ze
szkoły w Hollingfordzie i powiedziała:
- Milady, mój tatuś przyjechał i zabiera mnie do domu. Pragnę życzyć
pani dobrej nocy i podziękować za pani uprzejmość. To znaczy za
uprzejmość waszej lordowskiej mości - poprawiła się, pomna szczegółowych
instrukcji panny Browning w kwestii etykiety obowiązującej w kontaktach
z hrabiostwem i ich szlachetną progeniturą, które to wytyczne zostały
jej przekazane tego ranka w drodze do Towers.
W jakiś sposób udało jej się wydostać z salonu. Gdy potem o tym myślała,
doszła do wniosku, że nie pożegnała się ani z lady Cuxhaven, ani z panią
Kirkpatrick, ani z "resztą", jak ich lekceważąco określała w myślach.
Pan Gibson czekał w pokoju gospodyni. Tam właśnie wbiegła Molly i, ku
zrozumiałej konsternacji zrównoważonej pani Brown, rzuciła się ojcu na
szyję:
- Och, tatusiu! Tatusiu! Tak się cieszę, że przyjechałeś! - zawołała i wybuchnęła płaczem, głaszcząc jego twarz, jakby chciała się upewnić, że
on naprawdę tu jest.
- A cóż z ciebie za głuptasek! Czyżbyś myślała, że zamierzam się rozstać
z moją małą dziewczynką i pozwolić jej mieszkać przez resztę życia w Towers? Robisz tyle hałasu o mój przyjazd po ciebie, jakbyś naprawdę tak
sądziła! Pospiesz się teraz i załóż czepek. Pani Brown, czy mógłbym
prosić panią o jakiś szal, pled lub inną tkaninę, aby przypiąć ją córce
jako halkę?
Nie wspomniał, że pół godziny temu wrócił z długiego objazdu. Był
wykończony i głodny, ale gdy w domu dowiedział się, że Molly nie wróciła
z Towers, wsiadł z powrotem na zmęczonego konia i pojechał do panien
Browning. Zastał je pogrążone w bezradnym niepokoju. Nie słuchał jednak
ich samooskarżeń i łzawych przeprosin. Pogalopował do domu, osiodłał
innego konia oraz kucyka córki i - chociaż Betty wołała za nim,
powiewając spódniczką do jazdy konnej dla Molly, a on oddalił się
dopiero dziesięć metrów od stajni - odmówił powrotu po strój i pojechał,
"okrutnie coś pomrukując", jak relacjonował potem stajenny Dick.
Pani Brown zdążyła wyciągnąć butelkę wina i talerz ciasta, zanim Molly
wróciła z wyprawy do sypialni pani Kirkpatrick. "Była prawie ćwierć mili
stąd" - jak gospodyni informowała niecierpliwego ojca, czekającego, aż
córka zejdzie na dół wystrojona w poranne wspaniałe szaty, z których
jednakże opadł już blask świeżości. Pan Gibson był ulubieńcem całej
służby w Towers, tak jak zazwyczaj się dzieje w przypadku rodzinnych
lekarzy; przynosił nadzieję na ulgę i poprawę w chwilach niepokoju i trwogi. Sama pani Brown, jako cierpiąca na podagrę, była szczególnie
skłonna rozpieszczać doktora, kiedy tylko jej na to pozwalał, więc teraz
odprowadziła ich na dziedziniec przy stajniach i upięła na Molly szal,
kiedy ta siedziała już na grzbiecie długowłosego kucyka. Gdy odjeżdżali,
gospodyni ośmieliła się wypowiedzieć cokolwiek ostrożne przypuszczenie:
- Sądzę, panie Gibson, że lepiej jej będzie w domu.
Gdy tylko znaleźli się w parku, dziewczynka uderzyła kuca i poganiała go
do granic jego możliwości. W końcu ojciec zawołał:
- Molly, zbliżamy się do króliczych nor. To niebezpieczne jechać tu z taką prędkością! Zatrzymaj się.
Gdy ściągnęła wodze, zbliżył się i dalej jechali już razem.
- Wjeżdżamy w cień drzew i tu trzeba jechać wolniej.
- Och tatusiu, nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa jak przed chwilą.
Tam w Towers czułam się jak zapalona świeca, na którą nałożono
wygaszacz.
- Naprawdę? A skąd ty wiesz, jak się czuje świeca?
- Nie wiem, ale tak się czułam - wyjaśniła i ponownie umilkła. A potem
powiedziała: - Tak się cieszę, że tu jestem! To takie cudowne jechać tu,
w otwartej przestrzeni, na świeżym powietrzu, wzniecając ten rozkoszny
zapach zroszonej trawy. Tatusiu! Jesteś tam? Nie widzę cię.
Jechał tuż przy niej: wiedział, że mogła się obawiać jazdy w mroku, więc
przykrył jej dłoń swoją.
- Tak się cieszę, że jesteś tuż obok - odezwała się, ściskając jego
rękę. - Chciałabym mieć łańcuch jak Ponto, tak długi jak twój najdalszy
obchód, żebyśmy mogli być złączeni. A gdybym chciała, byś wrócił,
wystarczyłoby, żebym pociągnęła, a jeśli nie mógłbyś przybyć, też byś
pociągnął za swój koniec. Byłabym pewna, że wiesz o moim pragnieniu. I nigdy byśmy się nie zgubili.
- Szczerze mówiąc, trochę się zaplątałem w twoim planie. Sposób
przedstawienia szczegółów jest lekko niejasny, ale, o ile zrozumiałem to
właściwie, to chciałabyś, bym jeździł po okolicy jak osioł po błoniach,
z kulą przywiązaną do tylnej nogi.
- Nie przeszkadza mi nazywanie mnie kulą, o ile bylibyśmy spięci razem.
- Ale mi przeszkadza nazywanie mnie osłem - odpowiedział.
- Nie nazwałam cię tak. A przynajmniej nie miałam tego na myśli. Ale to
takie wspaniałe wiedzieć, że mogę być tak niegrzeczna, jak tylko mam
ochotę.
- Czy to wszystko, czego się nauczyłaś po dniu spędzonym w takim
wyszukanym towarzystwie? Spodziewałem się, że staniesz się tak wykwintna
i zmanierowana, iż przeczytałem kilka rozdziałów Sir Charlesa
Grandisona4, aby się dostosować do twojego poziomu.
- Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała być lordem czy lady.
- Mogę cię w tym względzie pocieszyć. Otóż zapewniam cię, że nigdy nie
będziesz lordem, natomiast szansa na tę drugą ewentualność jest jak
jeden do tysiąca, przynajmniej w tym sensie, o który ci chodzi.
- Gubiłabym się w takim domu za każdym razem, gdybym miała przynieść
sobie czepek, a te długie korytarze i klatki schodowe zmęczyłyby mnie,
zanimbym wyszła na spacer.
- Do przynoszenia czepka miałabyś służącą.
- Wiesz, tato, wydaje mi się, że służące są gorsze niż damy. Ale chyba
nie przeszkadzałoby mi bycie gospodynią.
- To zrozumiałe! Kredens z konfiturami i słodyczami znajdowałby się w zasięgu ręki - odpowiedział filozoficznie. - Ale pani Brown nieraz mi
mówiła, że myśl o wielkich przyjęciach często przyprawia ją o bezsenność. Musiałabyś wziąć te niepokoje pod uwagę. Bo przecież na
każdej drodze, którą podążamy w życiu, natrafiamy na troski i obowiązki.
- Tak, chyba tak - przytaknęła Molly poważnie. - Betty ciągle powtarza,
że szargam jej nerwy każdą zieloną plamą, jaka pojawia się na moich
sukienkach od siedzenia na starej wiśni.
- A panna Browning powiedziała, że nabawiła się bólu głowy,
zastanawiając się, jak to się stało, że zostawiły cię w Towers. Obawiam
się, że dziś wieczorem będziesz dla nich niczym odświętny jadłospis dla
gospodyni. Możesz mi, gąsko, wyjaśnić, jak do tego doszło?
- Poszłam sama obejrzeć ogrody... są takie piękne! Zgubiłam się i usiadłam pod takim wielkim drzewem, żeby odpocząć. Wtedy przyszły lady
Cuxhaven i pani Kirkpatrick. A potem pani Kirkpatrick przyniosła mi
lunch i położyła mnie spać w swoim łóżku. Myślałam, że mnie obudzi, ale
tak nie zrobiła. A panie wizytatorki odjechały do Hollingfordu. I wtedy
zdecydowano, że zostanę w Towers do jutra. A ja bałam się powiedzieć,
jak bardzo, bardzo chciałam wrócić do domu. I cały czas myślałam o tobie, tatusiu, jak się zastanawiasz, gdzie jestem.
- Widzę z tego, że to był raczej fatalny, a nie radosny dzień, co,
gąsko?
- Ranek był przyjemny. Nie zapomnę tych godzin spędzonych w ogrodzie.
Ale nigdy dotąd nie byłam tak nieszczęśliwa jak podczas tego wlokącego
się bez końca popołudnia.
Pan Gibson uznał za stosowne pojechać do Towers jeszcze przed powrotem
rodziny do Londynu, by przeprosić za kłopot i podziękować za uprzejmość
okazaną jego córce. Okazało się jednak, że wszyscy gdzieś się
rozpierzchli i nikt nie miał wystarczająco dużo czasu, by wysłuchać jego
grzecznych podziękowań. W końcu wydelegowano do niego panią Kirkpatrick,
która, mimo iż zamierzała udać się z wizytą razem z lady Cuxhaven i przy
okazji odwiedzić jedną ze swych dawnych uczennic, zdołała przyjąć pana
Gibsona w imieniu rodziny. Zapewniła go również, że we wdzięcznej
pamięci zachowała jego starania, jakich nie szczędził podczas jej
choroby w przeszłości, a swe podziękowania wyraziła w wielce ujmujący
sposób.
III Dzieciństwo Molly Gibson
III
Dzieciństwo Molly Gibson
Szesnaście lat wcześniej miasteczkiem Hollingford wstrząsnęła wiadomość,
że pan Hall, zdolny i kompetentny lekarz, który zajmował się
mieszkańcami przez całe ich życie, zamierza przyjąć wspólnika.
Przekonywanie pacjentów doktora nie miało najmniejszego sensu, więc pan
Browning, proboszcz, pan Sheepshanks, zarządca Cumnor Towers, i sam pan
Hall - święta trójca rozsądnych lokalnej społeczności - porzucili próby
uzasadniania tego zamysłu, czując, że metoda: Che sara, sara5
zadziała skuteczniej niż jakiekolwiek argumenty. Pan Hall tłumaczył swym
wiernym podopiecznym, że nawet w najsilniejszych okularach jego wzrok
nie jest niezawodny, że sami mogli się po wielokroć przekonać o jego
problemach ze słuchem (choć, jeśli jesteśmy przy tym temacie, otoczenie
doktora wielokrotnie słyszało, jak wyrażał pogląd o rozprzestrzeniającej
się niedbałości w komunikacji międzyludzkiej, czego przykładem jest "to
pisanie na bibule, gdzie wszystkie słowa włażą na siebie" - tak właśnie
twierdził). Poza tym kilka razy doktorowi przydarzyły się ataki
podejrzanej natury, które on sam nazywał reumatyzmem, aczkolwiek zapisał
sobie lekarstwo na podagrę, a dolegliwości te uniemożliwiały mu
natychmiastowe reagowanie na pilne wezwania. Ale nieważne - ślepy,
głuchy i niedołężny - był ich lekarzem zdolnym wyleczyć wszystkie
niedomagania, chyba że tymczasem któryś z pacjentów by zmarł, i absolutnie niedopuszczalne było, aby mówił o swojej starości, emeryturze
czy przyjęciu partnera.
On zaś systematycznie działał dalej: dawał ogłoszenia w prasie
medycznej, czytał referencje, weryfikował charaktery i kwalifikacje. I w chwili, gdy stare panny w Hollingfordzie uznały, iż zdołały przekonać
swego rówieśnika, że jest dokładnie tak samo młody jak dotychczas,
zaskoczył je, sprowadzając wspólnika, pana Gibsona. Przedstawił go i od
razu zaczął - przebiegle, jak to określiły damy - wprowadzać w arkana
swojej praktyki. "A kimże jest ten pan Gibson?" - pytały, lecz
odpowiedzieć mogłoby im tylko echo, o ile by zechciało, bo nikt inny
tego nie zrobił. Nikt nigdy nie dowiedział się więcej o jego przodkach
niż mieszkańcy Hollingfordu mogli ustalić tego pierwszego dnia, gdy go
zobaczyli. Był wysoki, poważny, bardziej przystojny niż brzydki; na tyle
szczupły, by można o nim powiedzieć, że ma zgrabną figurę, bo działo się
to w czasach, zanim "krzepkie chrześcijaństwo" weszło w modę. Mówił z lekkim szkockim akcentem i, jak zauważyła pewna zacna dama, wypowiadał
się w sposób banalny, przez które to określenie rozumiała: sarkastyczny.
Jeśli natomiast chodzi o jego pochodzenie i wykształcenie, ulubioną
wersją społeczności Hollingfordu była ta, że doktor Gibson jest synem
szkockiego księcia i Francuzki. Znaleziono wiele przesłanek
przemawiających za tą koncepcją. Mówił ze szkockim akcentem, a zatem był
Szkotem. Wyglądał wykwintnie, miał elegancką figurę i skłonność - tak
przynajmniej twierdzili ludzie mu nieprzychylni - do zadzierania nosa, a to oznaczało, że jego ojciec musiał być osobą na poziomie; nic nie było
prostsze niż podążanie za tym podejrzeniem przez wszystkie stopnie
parostwa - od baroneta, przez barona, wicehrabiego, hrabiego, markiza,
aż do księcia. Wyżej nawet mieszkańcy Hollingfordu nie odważyli się
wspinać, choć pewna dama obeznana z historią Anglii zaryzykowała
twierdzenie, że "według jej wiedzy jeden lub dwóch Stuartów... hm... nie
zawsze... prowadziło się... hm... poprawnie... i wydaje jej się... cóż,
istnieje coś takiego jak syn z poślizgu". W każdym razie w powszechnym
mniemaniu ojciec pana Gibsona był księciem. Nikim więcej.
Jego matka natomiast musiała być Francuzką. Przemawiały za tym trzy
racje: miał ciemne włosy, ziemistą cerę, a poza tym był w Paryżu. To
mogła być albo prawda, albo fałsz. Nikt z nich nigdy nie dowiedział się
o nim niczego pewnego ponad to, co powiedział doktor Hall, a mianowicie:
że kwalifikacje zawodowe pana Gibsona są równie wysokie jak jego morale,
a obie te cechy zdecydowanie wznoszą się ponad poziom przeciętny, co
stary lekarz osobiście sprawdził, jeszcze zanim przedstawił swego
następcę w miasteczku. Popularność na tym świecie jest tak przemijająca
jak chwała, a stary doktor przekonał się o tym, nim upłynął rok trwania
jego spółki. Miał teraz mnóstwo wolnego czasu, by leczyć swą podagrę i pielęgnować wzrok, bo młody lekarz odniósł zwycięstwo. Prawie wszyscy
posyłali teraz po doktora Gibsona, nawet ci z dworów, nawet z Towers,
największego z wielkich domów, w którym pan Hall przedstawił wspólnika z drżeniem serca, obawiając się tego, czy młody człowiek odpowiednio się
zachowa i jakie wrażenie wywrze na ich lordowskich mościach. Po upływie
dwunastu miesięcy w okolicznych rezydencjach przyjmowano pana Gibsona z takim samym szacunkiem dla jego wiedzy medycznej jak przedtem pana
Halla. Co więcej - a to już było doprawdy zbyt wiele, nawet dla kogoś o tak łagodnym charakterze jak stary poczciwy doktor - pan Gibson został
zaproszony na kolację do Towers, gdy gościł tam sam wielki sir Astley,
dowodzący całym światem medycznym. Oczywiście doktor Hall również
otrzymał zaproszenie, ale właśnie w tym czasie leżał powalony atakiem
podagry - odkąd miał wspólnika, jego choroba samowolnie się rozwinęła -
i nie był w stanie wziąć udziału w tym spotkaniu. Biedny, nigdy nie
doszedł do siebie po tym zawstydzającym incydencie. Od tej pory pozwolił
sobie na słaby wzrok, przytępiony słuch i starał się nie oddalać od domu
w trakcie dwóch kolejnych zim, jakie mu jeszcze pozostały. Sprowadził
samotną córkę swej siostrzenicy, by mu na starość dotrzymywała
towarzystwa, i on, pogardzający kobietami stary kawaler, czuł teraz
wdzięczność za pogodną obecność ładnej i powabnej Mary Preston, która
była dobra i czuła, lecz, niestety, nic poza tym. Szybko nawiązała
zażyłe kontakty z córkami proboszcza, pannami Browning, a doktor Gibson
znalazł czas, by zaprzyjaźnić się z tym tercetem. Całe Hollingford
spekulowało, która z młodych dam zostanie panią Gibson, i z zawodem
przyjęto wiadomość, która przecinała rozmowy o możliwościach i plotki o prawdopodobieństwach wyboru młodego przystojnego medyka. Sprawa
skończyła się w sposób najbardziej naturalny małżeństwem pana Gibsona z krewną jego poprzednika. Dwie panny Browning nie zdecydowały się po tym
rozczarowaniu zapaść na galopujące suchoty, choć ich wygląd i zachowanie
poddano bacznej obserwacji. Wprost przeciwnie - podczas ślubu
zachowywały się hałaśliwie i wesoło, a jeśli chodzi o gruźlicę, to
zmarła na nią młoda pani Gibson, cztery lub pięć lat po ślubie, trzy
lata po śmierci swego wujecznego dziadka, kiedy jej jedyne dziecko,
Molly, miało zaledwie trzy lata.
Pan Gibson nigdy nie mówił o swej rozpaczy po śmierci młodej żony, a z pewnością ten smutek odczuwał, choć za wszelką cenę uciekał przed
wszelkimi okazywanymi mu dowodami współczucia: pospiesznie wstał i opuścił pokój, gdy panna Phoebe Browning, zobaczywszy go po raz pierwszy
po śmierci jego żony, wybuchnęła niekontrolowanym płaczem, wyraźnie
graniczącym z atakiem histerii. Panna Sally Browning oświadczyła
później, że nigdy nie wybaczy mu oschłości serca, jaką wtedy okazał, ale
już po dwóch tygodniach doszło do ostrej wymiany zdań między nią a starą
panią Goodenough, która uważała, że doktor Gibson nie jest człowiekiem o głębokich uczuciach, o czym świadczyła jej zdaniem zbyt wąską krepowa
wstążka na jego kapeluszu. Ta żałobna opaska winna bowiem pokrywać cały
kapelusz, a u doktora co najmniej siedem lub nawet osiem centymetrów
pozostawało bez krepy. Mimo tych wszystkich opisanych wydarzeń panny
Browning uważały się za najbardziej zaprzyjaźnione z panem Gibsonem,
przede wszystkim ze względu na zażyłość z jego zmarłą żoną, i chętnie
okazałyby bardziej macierzyńskie uczucia małej Molly, gdyby nie
znajdowała się pod opieką smoka-strażnika w osobie Betty. Była ona
szczególnie zazdrosna o każdą osobę stającą między nią a jej
podopieczną, a już z zasady tępiła wszelkie istoty swojej płci, które z racji wieku, pozycji społecznej lub bliskości mogły chcieć "robić
słodkie oczy do jej pana", by posłużyć się określeniem samej Betty.
Kilka lat przed wydarzeniami otwierającymi tę opowieść pozycja pana
Gibsona, tak osobista, jak i zawodowa, wydawała się na zawsze ustalona.
Był wdowcem i wyglądało na to, że nim pozostanie. Jego afekty
koncentrowały się na małej Molly, ale nawet wobec niej, nawet w chwilach
największej bliskości, nigdy nie pozwalał sobie na zbyt silne okazywanie
uczuć. Najczulszym określeniem, jakim się do niej zwracał było "gąska",
a poza tym znajdował szczególną przyjemność w zadziwianiu jej
dziecięcego umysłu przekomarzaniem się. Żywił lekką pogardę dla osób
nadmiernie okazujących uczucia, co częściowo brało się z zawodowego
przekonania o negatywnym wpływie niekontrolowanych i wybujałych emocji
na zdrowie. Udało mu się wmówić w siebie, że jego umysł panuje nad
wszystkim, ponieważ nigdy nie nabrał zwyczaju wyrażania się na inne
tematy niż czysto intelektualne. Molly jednakże miała intuicję, która
jej podpowiadała, jaka jest prawda. Chociaż tatuś śmiał się z niej,
żartował i wprawiał w konfuzję, a to wszystko w sposób, który panny
Browning określały między sobą jako "naprawdę okrutny", dziewczynka
dzieliła się swymi drobnymi troskami i radościami raczej z ojcem niż z Betty, ową sekutnicą o gołębim sercu. Dziecko rosło i z każdym rokiem
rozumiało swego ojca lepiej. Ich relacje były wspaniałe: na pół
żartobliwe, na pół poważne, a przyjaźń, która ich łączyła, była
prawdziwie głęboka.
Pan Gibson zatrudniał trzy służące: Betty, kucharkę i dziewczynę, która
miała być pokojówką, ale podlegała jednocześnie obu starszym służącym i w konsekwencji, z braku jednej zwierzchniczki, wiodła lekkie życie. Aż
trzy służące nie byłyby potrzebne, gdyby pan Gibson nie miał zwyczaju,
podobnie jak przedtem pan Hall, przyjmować dwóch uczniów - jak swym
wykwintnym językiem nazywali ich mieszkańcy Hollingfordu, a dla których
bardziej właściwym określeniem byłoby: terminatorzy. Związani byli z doktorem rodzajem umowy i płacili mu całkiem niezłe kwoty za naukę
zawodu. Mieszkali w domu swego mistrza i zajmowali nieprzyjemną, bo
niejednoznaczną pozycję. Posiłki spożywali razem z doktorem i Molly, a w ich obecności atmosfera stawała się ciężka, pan Gibson bowiem nie był
człowiekiem rozmownym, a dodatkowo nienawidził konwersować pod
przymusem. A jednak krzywił się, jakby miał poczucie, że nie spełniał
należycie swych obowiązków, gdy po sprzątnięciu ze stołu ci dwaj
dziwaczni młodzieńcy podnosili się ze skwapliwą radością, wykonywali w stronę doktora kiwnięcie, które należało chyba interpretować jako ukłon,
i chcąc jak najszybciej opuścić jadalnię, nieodmiennie wpadali na
siebie. Potem słychać było, jak mknęli korytarzem w stronę gabinetu,
krztusząc się od powstrzymywanego śmiechu. A irytacja, jaką pan Gibson
odczuwał na myśl o tym, że nie sprawdził się jako gospodarz i pan domu,
czyniła jego sarkazm na widok nieudolności, głupoty czy złych manier
swych uczniów jeszcze ostrzejszym niż poprzednio.
Poza przekazywaniem medycznej wiedzy zupełnie nie wiedział, co zrobić z tym fantem w postaci dwóch niezgrabiaszy, którzy wypełniali podwójną
misję: stanowili przedmiot świadomych drwin mistrza i sami nieświadome
go dręczyli. Raz czy dwa doktor Gibson spróbował odmówić przyjęcia
nowego praktykanta, licząc na to, że uwolni się od tego koszmaru.
Niestety, jego reputacja wybitnego medyka zataczała tak szerokie kręgi,
że wyznaczona przez niego nieprzyzwoicie wysoka opłata, która miała
odstraszyć kandydatów, wnoszona była bez protestów. Czy istniało bowiem
coś, co mogło bardziej ułatwić młodemu człowiekowi start w dziedzinie
medycyny niż prestiż praktykowania u Gibsona w Hollingfordzie? Ale gdy
Molly miała osiem lat i z dziecka przekształciła się w dziewczynkę,
ojciec dostrzegł niestosowność tego, że wobec jego przedłużających się
absencji córka większość posiłków spożywała w towarzystwie dwóch
młodzieńców. Aby zapobiec takim sytuacjom, a przy okazji aby zapewnić
dziecku trochę nauki, zatrudnił poważaną kobietę, córkę sklepikarza z miasteczka, który pozostawił rodzinę bez środków do życia. Opiekunka
miała przychodzić każdego ranka jeszcze przed śniadaniem i pozostawać z Molly aż do powrotu ojca wieczorem, a gdyby coś go zatrzymało dłużej
poza domem, panna Eyre czekałaby, aż jej podopieczna położy się spać.
- A zatem, panno Eyre - powiedział, podsumowując swe zalecenia dzień
przedtem, nim miała objąć swą posadę - proszę pamiętać: powinna pani
przygotowywać dla tych młodzieńców dobrą herbatę i dopilnować, aby
spożyli przyjemny posiłek. I jeszcze jedno: mówiła pani, że ile ma lat?
Trzydzieści pięć? Proszę spróbować skłonić ich do mówienia. Najchętniej
rozsądnego. Obawiam się, co prawda, że nie leży to ani w mocy pani, ani
kogokolwiek innego, ale może uda się pani sprawić, że zdołają powiedzieć
cokolwiek bez chichotów i jąkania. Proszę nie uczyć Molly zbyt wiele.
Powinna umieć szyć, czytać i pisać. I znać rachunki. Ale na razie chcę,
by miała prawdziwe dzieciństwo. A jeśli uznam, że potrzebuje jeszcze
jakiejś nauki, sam będę jej udzielał lekcji. Tak naprawdę to nie wiem,
czy nawet czytanie i pisanie są niezbędne. Wiele porządnych kobiet
wychodzi za mąż, a zamiast podpisu stawiają krzyżyk. A uczenie to, moim
zdaniem, tylko osłabianie zdrowego rozsądku. Ale trudno, musimy się
poddać przesądom społecznym, panno Eyre, i dlatego wolno pani nauczyć
moją córkę czytać.
Panna Eyre słuchała w milczeniu, zdumiona, lecz zdecydowana posłusznie
przestrzegać zaleceń doktora, którego wspaniałomyślności ona i jej
bliscy mieli okazję doświadczyć. Od tej pory przygotowywała naprawdę
esencjonalną herbatę i hojną ręką częstowała nią młodych ludzi
niezależnie od tego, czy doktor był obecny, czy też nie. Udało jej się,
niestety tylko podczas nieobecności pana domu, rozwiązać języki
praktykantom, bo rozmawiała z nimi o codziennych sprawach na swój miły,
familiarny sposób. Nauczyła Molly czytać i pisać, i ze wszystkich sił
starała się zniechęcić dziecko do innych gałęzi wiedzy. Po stoczeniu
ciężkich walk i wielu podstępach dziewczynka przekonała wreszcie ojca,
by pozwolił jej na lekcje francuskiego i rysunku. Bardzo się obawiał, że
stanie się zbyt wykształcona; jego niepokój był jednak nieuzasadniony,
gdyż czterdzieści lat temu w takich mieścinach jak Hollingford rzadko
się pojawiali wybitni nauczyciele. Raz w tygodniu brała też udział w lekcji tańca, odbywającej się w sali asamblowej głównej gospody
miasteczka noszącej nazwę Pod Herbem Cumnorów. Zniechęcana przez ojca do
wysiłku intelektualnego, pochłaniała każdą książkę, która wpadła jej w ręce, z takim zachwytem, jakby to była lektura zakazana. Jak na swoją
pozycję pan Gibson miał zaskakująco dobrze zaopatrzoną bibliotekę.
Literatura medyczna była niedostępna dla Molly, ponieważ książki fachowe
znajdowały się w gabinecie, natomiast wszystkie pozostałe albo
przeczytała, albo chociaż próbowała przeczytać. Jej letnią czytelnię
stanowiła owa stara wiśnia, która znaczyła dziewczęce sukienki zielonymi
plamami, wspomnianymi już jako te, które szargają nerwy Betty. Pomimo
tego "toczącego ją robaka" wygląd gospodyni wskazywał na to, że jest
silna i bystra, wręcz kwitnąca. Stanowiła jedyną ciemną chmurę na
szafirze nieba życia panny Eyre, która poza tym była bardzo szczęśliwa,
że znalazła odpowiednią i dobrze płatną posadę w chwili, gdy jej
najbardziej potrzebowała. Ale Betty, choć oficjalnie przyznała panu
Gibsonowi rację, że jego mała córeczka potrzebuje guwernantki, gwałtownie opierała się dzieleniu z kimkolwiek władzy i wpływu na dziecko,
które było jej obowiązkiem, jej plagą i jej rozkoszą od dnia śmierci
pani Gibson. Od samego początku zajęła stanowisko cenzora wszystkich
słów i czynów panny Eyre i ani przez chwilę nie raczyła ukrywać swej
dezaprobaty. W głębi serca nie umiała nie podziwiać cierpliwości i skrupulatności tej dobrej damy; bo panna Eyre była damą w pełnym i najlepszym sensie tego słowa, choć w oczach mieszkańców Hollingfordu
pozostawała tylko córką sklepikarza. Betty ciągle brzęczała wokół
guwernantki z dręczącą nieustępliwością komara, zawsze gotowa jeśli nie
ukąsić, to chociaż znaleźć czuły punkt. Jedyna obrona panny Eyre
nadchodziła ze strony pozornie najmniej oczekiwanej - od jej uczennicy,
w której imieniu, jako uciśnionej, bezbronnej istotki, występowała
rzekomo Betty i o której dobro tak gorąco walczyła. Molly jednak bardzo
szybko dostrzegła niesprawiedliwość ataków swej starej opiekunki i zaczęła szanować pannę Eyre za jej cichą cierpliwość i wytrzymałość w znoszeniu tego, co sprawiało jej znacznie więcej bólu, niż
prześladowczyni mogła sobie wyobrazić. Pan Gibson okazał zacnej damie i jej rodzinie przyjaźń w potrzebie, więc ona wolała zatrzymać swe skargi
dla siebie niż sprawić mu jakikolwiek kłopot. I została nagrodzona.
Betty po wielokroć i na różne sposoby próbowała nakłonić Molly do
ignorowania życzeń panny Eyre, ale dziewczynka niezmiennie opierała się
wszelkim pokusom i dalej ślęczała nad zadanym jej szyciem czy
skomplikowanymi rachunkami. Wobec tego niepowodzenia Betty zaczęła
stroić sobie z guwernantki niewybredne żarty, a wtedy Molly patrzyła na
nią z powagą, jakby prosiła o wyjaśnienie niezrozumiałej wypowiedzi. A nic nie zgasi skuteczniej wesołka jak prośba o przetłumaczenie jego
dowcipu na zwykły, codzienny język i wskazanie puenty. Czasami złośnica
całkowicie traciła panowanie nad sobą i odzywała się do panny Eyre
impertynencko, jednak gdy zdarzyło się to w obecności Molly, ta
odpowiadała atakiem dzikiej pasji w obronie swej cichej, drżącej
guwernantki i sama Betty się zniechęciła, choć udawała, że bierze gniew
dziewczynki za świetny dowcip. Próbowała nawet namówić pannę Eyre do
wzięcia udziału w tej zabawie.
- Słodka mała! Można by pomyśleć, że ze mnie głodne kocisko, a ona to
mała wróblica, z tymi trzepoczącymi skrzydłami, małymi oczyskami całymi
w ogniu i dzióbkiem gotowym mnie dziobnąć tylko dlatego, że popatrzyłam
na jej gniazdko. No, dzieciaku! Jeśli chce ci się dusić w tym paskudnym
zamknięciu i uczyć tych głupot, co to nikomu nie są potrzebne, zamiast
jeździć sobie wózkiem Joba Donkina, to jest twój problem, nie mój. Ale z niej mała lisica, co nie? - Z uśmieszkiem kończyła przemowę, spoglądając
na pannę Eyre.
Biedna guwernantka nie widziała jednak w tej całej historii nic
śmiesznego; porównanie Molly do mamy wróbli zupełnie do niej nie
dotarło, gdyż zmartwiło ją coś innego. Była osobą wrażliwą i sumienną, a przy tym z doświadczenia wyniesionego z domu wiedziała, do czego może
doprowadzić nieokiełznany temperament. Dlatego zaczęła upominać
podopieczną, że pozwoliła emocjom zapanować nad sobą, a dziewczynka
doszła do wniosku, że ciężko jest być obwinianym za coś, co w jej oczach
było tylko usprawiedliwionym gniewem na Betty. Ale to były chyba jedyne
troski jej bardzo szczęśliwego dzieciństwa.
IV Sąsiedzi pana Gibsona
IV
Sąsiedzi pana Gibsona
Molly dorastała pomiędzy tymi cichymi ludźmi w spokojnej monotonii życia
przez prawie siedemnaście lat, a jedynym poważniejszym wydarzeniem był
ów koszmarny dzień w Towers. Z czasem dołączyła do grona szkolnych
wizytatorek, ale nigdy więcej nie wzięła udziału w dorocznym spotkaniu w wielkim domu. Zawsze potrafiła znaleźć jakąś wymówkę tłumaczącą jej
nieobecność, bo wspomnienie tamtego dnia nie należało do przyjemnych,
choć często dochodziła do wniosku, że chętnie zwiedziłaby ponownie
ogrody.
Lady Agnes wyszła za mąż i w Towers pozostała tylko lady Harriet. Lord
Hollingford, pierworodny syn hrabiego, stracił żonę i spędzał obecnie w domu rodziców znacznie więcej czasu. Był wysoki, niezgrabny i powszechnie uważano go za tak dumnego jak jego matka, lady Cumnor. W rzeczywistości jednak był po prostu nieśmiały i niechętny do zabierania
publicznie głosu. Zupełnie nie wiedział, co mógłby powiedzieć ludziom,
których codzienne zatrudnienia i zainteresowania były odmienne od jego;
z radością przyjąłby prezent w postaci poradnika prowadzenia lekkiej
konwersacji i rozczytywałby się w nim ze starannością, ale
prawdopodobnie także z rozbawieniem. Zazdrościł płynnej gadatliwości
swemu ojcu, który uwielbiał paplać do każdego, cudownie nieświadomy
chaotyczności swych przemów. Lord Hollingford z powodu wrodzonej rezerwy
i powściągliwości nie cieszył się popularnością mimo wielkiej dobroci
serca, prostoty charakteru i naukowych osiągnięć tak imponujących, że
zdobył uznanie także na kontynencie. Pod tym względem mieszkańcy
miasteczka byli z niego dumni, wiedzieli bowiem, że postawny, niezdarny
i wiecznie poważny dziedzic włości cieszy się w świecie wielką estymą za
swą mądrość. Doszło też do nich, że dokonał kilku odkryć naukowych, choć
nikt nie był do końca pewien, na jakim polu. Mieszkańcy z wielką
satysfakcją wskazywali obcym przybyszom młodego lorda z komentarzem: "To
lord Hollingford. Ten sławny lord Hollingford. Musiał pan o nim słyszeć,
to znany naukowiec". Jeśli gość słyszał o nim, znał też powody jego
sławy. A jeśli nie słyszał, i tak się do tego nie przyznawał, bo
udowodniłby nie tylko swoją ignorancję, ale też niewiedzę swych
rozmówców co do osiągnięć przedmiotu ich dumy.
Lord był wdowcem z dwójką czy trójką synów - niestety, chłopcy
przebywali w szkołach z internatem, toteż dom, w którym mieszkał w czasie swego małżeństwa, pozbawiony kobiety i dzieci, nie tchnął
rodzinną atmosferą. Młody lord spędzał zatem sporo czasu w Towers, gdzie
matka była z niego dumna, a ojciec za nim przepadał, lecz także trochę
się go obawiał. Przyjaciele syna byli mile widziani przez hrabiego i hrabinę Cumnorów; ten pierwszy z zasady chętnie zapraszał każdego,
wszędzie i zawsze, natomiast dla lady Cumnor to, że pozwalała zapraszać
do swego domu "tych dziwnych ludzi", było prawdziwym dowodem jej afektu
dla wybitnego syna. "Ci dziwni ludzie" byli znakomitymi
przedstawicielami nauki, a lord Hollingford, zapraszając ich, nie
kierował się ani ich pochodzeniem społecznym, ani znajomością światowych
manier.
Pan Hall, poprzednik pana Gibsona, był rodzinnym lekarzem w Towers,
jeszcze zanim lord Cumnor się ożenił, i lady Cumnor po swoim ślubie
przyjmowała doktora z przyjazną protekcjonalnością. Nigdy nie przyszło
jej do głowy, by próbować go odzwyczaić od spożywania posiłku - o ile go
potrzebował - w pokoju gospodyni; rzecz jasna, nie w towarzystwie
gospodyni. Niekonfliktowy, bystry, tęgawy i rumiany doktor Hall
zdecydowanie wolał wstąpić właśnie tam - gdyby oczywiście dano mu prawo
wyboru, ale do tego nigdy nie doszło - by "przekąsić co nieco", niż
gdyby musiał spożywać posiłek w wielkiej jadalni z ich lordowskimi
mościami. Gdy z Londynu przyjeżdżał na konsultacje jakiś wielki tuz
medycznego świata, taki jak na przykład sir Astley, było obowiązkiem
gospodarzy zaprosić także miejscowego medyka. Wtedy pan Hall brał udział
w formalnej i bardzo oficjalnej kolacji. Na tę okazję spowijał swe
podbródki w sute fałdy białego muślinu, zakładał czarne spodnie do
kolan, przyozdobione po bokach pękami wstążek, do tego czarne jedwabne
pończochy i buty ze sprzączkami; jednym słowem robił wszystko, by czuć
się jak najbardziej niewygodnie, i wyruszał z wielką pompą w dyliżansie
spod gospody Pod Herbem Cumnorów. W najtajniejszym zakamarku serca
pocieszał się, że ponosi tę ofiarę, by móc następnego dnia przez
przypadek wspomnieć ziemianom, którymi się opiekował: "Wczoraj przy
kolacji hrabia powiedział..." lub "Hrabina wspomniała", czy też
"Zdumiałem się, gdy wczoraj na kolacji w Towers...". W niezrozumiały
sposób coś się jednak zmieniło, odkąd pan Gibson de facto przejął
praktykę w Hollingfordzie. Panny Browning uważały, że przyczyną były
jego elegancka figura i dystyngowane maniery, natomiast pani Goodenough
przekonywała, że "to przez to jego arystokratyczne pochodzenie; syn
szkockiego księcia, moja droga, nieważne czy z papierami, czy bez".
Jedno było pewne: choćby pan Gibson nie wiadomo jak często prosił
gospodynię o coś do przegryzienia w jej pokoju - zwykle nie miał
wystarczająco dużo czasu na te ceremonie towarzyszące lunchowi milady -
zawsze był z radością witany przy stole w jadalni, nawet gdy przyjmowano
najbardziej utytułowanych gości. Mógłby obiadować z księciem dowolnego
dnia, o ile oczywiście książę akurat przebywałby w Towers. Jego akcent
był szkocki, lecz nie prowincjonalny. Nie miał ani uncji zbędnego ciała,
a smukłość, jak wiadomo, jest warunkiem niezbędnym wykwintności. Miał
smagłą cerę i czarne włosy, a w tamtych czasach, dziesięć lat po
zakończeniu wielkiej wojny na kontynencie, oliwkowa cera sama w sobie
była oznaką dystynkcji. Nie był jowialny - o czym z westchnieniem zawodu
wspominał milord, ale to milady przydzielała zaproszenia - był za to
oszczędny w słowach, inteligentny i nieco sarkastyczny. I idealnie się
nadawał do prezentowania go gościom w Towers. Jego szkocka krew - bo nie
było cienia wątpliwości co do jego szkockiego pochodzenia - zapewniła mu
doskonale wymierzoną dozę lekko kolczastej godności, która sprawiała, że
wszyscy czuli się zmuszeni traktować go z respektem; pod tym względem
mógł być całkowicie spokojny.
Przez całe lata zaszczyt otrzymywania zaproszenia na wielkie kolacje w Towers znaczył dla niego niewiele, uznawał to po prostu za towarzyską
cenę uprawianej przez siebie profesji i nie czerpał z tych spotkań
żadnej przyjemności. Sytuacja uległa jednak zmianie, gdy lord
Hollingford wrócił na stałe do Towers. Teraz podczas przyjęć pan Gibson
słyszał o sprawach, które go naprawdę interesowały, a które miały wielki
wpływ na dobór jego lektur i praktykę. Od czasu do czasu spotykał tam
wybitne osobistości świata nauki: dziwacznie wyglądających,
prostodusznych mężczyzn, poważnych, zagłębionych w swojej specjalności i mających bardzo niewiele do powiedzenia na jakikolwiek inny temat. Pan
Gibson szczerze doceniał wiedzę tych naukowców i widział, że zależało im
na jego szacunku, bo wyrażał go uczciwie i rzeczowo. Z czasem zaczął
wysyłać własne artykuły do bardziej ambitnych periodyków medycznych i ta
wymiana informacji, myśli oraz doświadczeń wyraźnie wzbogaciła jego
życie, przydała mu nowego wymiaru. Nieczęsto dochodziło do spotkań
między lordem Hollingfordem a doktorem Gibsonem; pierwszy był na to zbyt
skromny i nieśmiały, drugi zbyt zajęty, a obu brakowało wytrwałości i determinacji, by szukać swego towarzystwa mimo dzielącej ich różnicy
społecznej, z powodu której rzadko się stykali. Ale każdy z nich czerpał
głęboką satysfakcję z tych kontaktów. Polegali na wzajemnym poważaniu i sympatii, z pewnością nieznanym wielu ludziom nazywającym siebie
przyjaciółmi, a ta pewność była źródłem zadowolenia dla obu, choć
bardziej dla pana Gibsona, co oczywiste, gdyż krąg jego inteligentnych
znajomych był zdecydowanie węższy niż lorda Hollingforda. Jeśli chodzi o doktora, wyrastał ponad wszystkich ludzi, z którymi miał na co dzień do
czynienia, i fakt ten działał na niego przygnębiająco, choć nigdy sobie
nie uświadamiał źródła tej depresji. W miasteczku mieszkał pan Ashton,
proboszcz, który nastał po panu Browningu, na wskroś dobry i życzliwy
człowiek, ale pozbawiony choćby najdrobniejszej własnej myśli. Wygłaszał
komunały w najbardziej kurtuazyjny sposób, a jego zwyczajowa uprzejmość
i niemrawy umysł kazały mu zgadzać się z każdą przedstawioną mu opinią,
byle tylko nie była ona ewidentnym bluźnierstwem. Pan Gibson raz czy dwa
zapewnił sobie rozrywkę, zwodząc proboszcza, który uroczo przytakiwał
argumentom "jako całkowicie przekonującym" i opiniom "jako ciekawym,
lecz niewątpliwym", aż wepchnął biednego duchownego w bagno heretyckiej
konsternacji. Ale wkrótce potem ból i zmieszanie pana Ashtona, który
odkrył, w jak kłopotliwej teologicznie sytuacji się znalazł, a ponadto
jego szczere samooskarżenia o uprzednie potakiwania sprawiły, że
rozradowanie pana Gibsona całkowicie się rozwiało i pospiesznie wrócił
do tematu Trzydziestu Dziewięciu Artykułów6, jako jedynego
zdolnego ukoić sumienie proboszcza.
Pomijając doktrynę Kościoła, w innych kwestiach pan Gibson przewyższał
pana Ashtona, którego ignorancja połączona z mdłą i bezbarwną uległością
chroniła przed popadnięciem w zdumienie. Duchowny ten miał niewielki
majątek; nigdy się nie ożenił, wiodąc życie gnuśnego i wytwornego
kawalera, i choć raczej niechętnie odwiedzał swych ubogich parafian,
zawsze był gotów zaspokoić ich potrzeby w jak najbardziej hojny, a czasem nawet - biorąc pod uwagę jego tryb życia - także ofiarny sposób,
o ile oczywiście pan Gibson lub ktoś inny dokładnie wskazał mu
potrzebujących.
- Sięgaj pan do mojej sakiewki jak do swej własnej, Gibson - miał w zwyczaju powtarzać. - Nie jestem najlepszy w rozmawianiu z biednymi.
Przypuszczam, że nie poświęcam im tyle czasu, ile powinienem. Ale zawsze
chętnie dam wszystko, cokolwiek pan uzna za potrzebne.
- Dziękuję. Chętnie korzystam z tego pozwolenia i wydaje mi się, że nie
mam w tej kwestii nadmiernych skrupułów. A jeśli mógłbym coś doradzić w sprawie kontaktów z ludźmi, to idąc do ich domów, proszę raczej nie
wygłaszać mów, a po prostu mówić.
- Zupełnie nie widzę różnicy - wyznał płaczliwym głosem proboszcz - choć
przypuszczam, że jakaś różnica istnieje, i z pewnością to, co pan mówi,
jest prawdą. Nie powinienem wygłaszać mów, tylko mówić. A jako że obie
te czynności są dla mnie tak samo trudne, chciałbym kupić przywilej
milczenia tym oto dziesięciofuntowym banknotem.
- Dziękuję. Nie jest to satysfakcjonujące rozwiązanie ani dla mnie, ani
dla pana, aczkolwiek przypuszczam, że w pełni zadowoli państwa Jones i Greens.
Po takich stwierdzeniach pan Ashton wpatrywał się w twarz doktora
Gibsona z błagalnym pytaniem, czy brzmiący w nich sarkazm był zamierzony
i skierowany przeciw niemu. Ogólnie rzecz biorąc, relacje między nimi
były jak najbardziej serdeczne, tylko że, pomijając zaspokojenie
naturalnych wszystkim ludziom instynktów towarzyskich, wzajemne kontakty
nie dawały im przyjemności. Prawdopodobnie człowiekiem, z którym doktora
Gibsona łączyła największa - przynajmniej do czasu pojawienia się lorda
Hollingforda - zażyłość, był niejaki dziedzic Hamley. On i jego
przodkowie nazywani byli przez okolicznych mieszkańców dziedzicami od
tak dawna, jak tylko sięga ludzka pamięć. Dookoła mieszkało wielu
zamożniejszych posiadaczy ziemskich, a tereny będące własnością
dziedzica Hamleya ograniczały się do ośmiuset akrów, ale grunty te
należały do jego rodziny na długo przedtem, zanim ktokolwiek usłyszał o lordzie Cumnorze i zanim ród Hely-Harrisons wszedł w posiadanie
Coldstone Park. W Hollingfordzie nikt nigdy nie słyszał o czasach, gdy
Hamleyowie nie mieszkali w Hamley.
- Byli tu już za czasów Heptarchii7 - oznajmił proboszcz.
- Nie - panna Browning miała inne zdanie - słyszałam, że Hamleyowie
mieszkali tu jeszcze przed Rzymianami.
Proboszcz przymierzał się do wygłoszenia jakiegoś uprzejmego
przytaknięcia, gdy włączyła się pani Goodenough z jeszcze bardziej
sensacyjnym stwierdzeniem:
- Zawsze słyszałam - mówiła wolno, bo stał za nią autorytet najstarszej
mieszkanki - że Hamleyowie z Hamley byli znani jeszcze przed czasami
pogan.
Pan Ashton mógł tylko skinąć głową i przytaknąć.
- Możliwe, bardzo możliwe, madame - powiedział z takim przekonaniem, że
w pełni usatysfakcjonowana pani Goodenough rozejrzała się z triumfem
dookoła, jakby chciała powiedzieć: "Zobaczcie, Kościół potwierdził
prawdziwość moich słów. Kto się ośmieli im zaprzeczyć?".
W każdym razie Hamleyowie byli bardzo starą rodziną, o ile nie rdzennymi
mieszkańcami. Od stuleci nie powiększyli swojej własności; utrzymywali
stan posiadania i choć przychodziło im to z pewnym wysiłkiem, od ponad
stu lat nie sprzedali ani piędzi ziemi. Nie należeli do hazardzistów -
nie angażowali się w handel, nie spekulowali, nie wdrażali żadnych
unowocześnień w gospodarstwie. Nie posiadali też kapitału w banku ani,
co w ich wypadku byłoby może prawdopodobniejsze, sztab złota w piwnicy.
Prowadzili prosty tryb życia, raczej jak zwykli rolnicy, a nie
ziemianie. Rzeczywiście dziedzic Hamley, kultywując niewyszukane
obyczaje swych przodków z XVIII wieku, żył bardziej jak farmer - gdy
klasa ta jeszcze istniała - niż jak dziedzic z ówczesnych generacji. W tym cichym konserwatyzmie była godność, która przysporzyła mu ogromny
szacunek wszystkich grup społecznych - zarówno tych stojących wyżej
niego, jak i tych znajdujących się niżej. Mógłby z łatwością odwiedzać
każdy dom w okolicy, gdyby tylko miał na to ochotę; pozostawał jednak
obojętny na uroki życia towarzyskiego. Prawdopodobnie przyczyną takiego
stanu rzeczy było to, że Roger Hamley, który obecnie mieszkał i władał w Hamley, nie otrzymał takiego wykształcenia, jakie winno było stać się
jego udziałem. Jego ojciec, dziedzic Stephen, nie zdał pomyślnie
egzaminów w Oksfordzie i z zawziętą dumą odmówił kontynuowania nauki. Co
więcej, złożył solenną obietnicę - prawdziwą wielką przysięgę, a w owych
czasach była to sprawa niebagatelna - że żadne z jego dzieci nigdy nie
przestąpi progu uniwersytetu. Miał tylko jednego syna, obecnego
dziedzica, i wychował go zgodnie ze swym postanowieniem: posłał chłopca
do marnej wiejskiej szkółki, która skutecznie zniechęciła go do nauki.
Uwolnił się więc od niej i wrócił do Hamley jako spadkobierca
posiadłości. Ta metoda wychowawcza wyrządziła mu mniej szkody, niż można
się było spodziewać. Był z pewnością niedouczony i w wielu kwestiach
wykazywał karygodną ignorancję, ale jednocześnie miał świadomość
własnych braków i żałował ich, przynajmniej teoretycznie. W towarzystwie
czuł skrępowanie i zachowywał się niezdarnie, więc starał się unikać
wszelkich zgromadzeń, o ile tylko było to możliwe. Był też zapalczywy,
gwałtowny i despotyczny wobec swoich bliskich i pracowników, ale przede
wszystkich był hojny, wspaniałomyślny i prawy. Wcielenie honoru i szlachetności. Miał tyle naturalnej przenikliwości, że jego wypowiedzi
były zawsze warte wysłuchania, choć cechowała go skłonność do
przyjmowania całkowicie błędnych założeń, które uważał za tak
niepodważalne, jakby dowiedziono ich matematycznie. Ale gdy podsunięto
mu prawidłowe przesłanki, nikt nie zdołałby wykazać więcej zdrowego
rozsądku, by je rozwinąć i na mocnym fundamencie zbudować solidny gmach
zdrowych przekonań. Poślubił delikatną damę z Londynu. Było to jedno z tych zaskakujących małżeństw, których otoczenie nie jest zdolne
zrozumieć. A jednak byli szczęśliwi, choć prawdopodobnie pani Hamley nie
zapadłaby w stan chronicznego niedomagania, gdyby mąż choć trochę dbał o jej wykwintne zainteresowania i inklinacje lub umożliwił utrzymywanie
kontaktów z podobnymi jej osobami. Po ślubie miał w zwyczaju powtarzać,
że z tego zbiorowiska budynków zwanego Londynem zabrał wszystko, co jest
warte posiadania. Był to komplement pod adresem żony, powtarzany aż do
chwili jej śmierci; na początku ją to czarowało, a przyjemność sprawiało
do samego końca, ale mimo wszystko czasami życzyła sobie, aby dotarło do
męża to, że w owym wielkim mieście nadal pozostały zjawiska warte
zobaczenia czy poznania. On jednak nigdy więcej tam nie pojechał i choć
nie zabraniał jej tych wypraw, to okazywał tak mało zainteresowania
opowieściami o tym, co robiła w Londynie, że damie w końcu przestało na
tych wycieczkach zależeć, chociaż wspaniałomyślnie zachęcał ją do
wyjazdów i hojnie wyposażał w pieniądze:
- Proszę, moja kobietko, weź to! Przystrój się jeszcze piękniej niż one
tam wszystkie i kup sobie, na co tylko będziesz miała ochotę. Bierz na
kredyt Hamleyów z Hamley. Idź do parku i na jakąś sztukę i pokaż się z tymi najlepszymi. A ja cię z radością powitam po powrocie. Ale zaszalej
tam. - A kiedy wracała, słyszała: - Doskonale, to ci sprawiło
przyjemność, jak przypuszczam, i tak miało być. Twoje opowieści mnie
jednak męczą i zupełnie mi się nie mieści w głowie, jak ci się udało to
wszystko znieść. Chodź lepiej na zewnątrz i zobacz, jak ślicznie kwitną
kwiaty w południowym ogrodzie. Zasialiśmy wszystkie twoje ulubione
rośliny. A wczoraj sam pojechałem do szkółki w Hollingfordzie po odnóżki
tej byliny, którą podziwiłaś w zeszłym roku. Podmuch świeżego powietrza
oczyści mój umysł po wysłuchaniu twoich historii o tym londyńskim
zamęcie, które mnie przyprawiają o zawroty głowy.
Pani Hamley była zapaloną czytelniczką i odznaczała się wykwintnym
smakiem w dziedzinie literatury. Była łagodna i sentymentalna, czuła i dobra. Zarzuciła swe londyńskie podróże, zarzuciła towarzyskie kontakty
z ludźmi o zbliżonych do swojej pozycji i wykształceniu. Jej mąż, na
skutek zaniedbań w najwcześniejszej młodości, nie lubił przestawać z tymi, wobec których powinien być równy, a z drugiej strony był zbyt
dumny, by przyjaźnić się z tymi, którzy zajmowali niższą niż on pozycję.
Kochał gorąco żonę za to, że tak wiele dla niego poświęciła, a ona,
niestety, odcięta od wszystkich swoich zainteresowań, zaczęła popadać w chorobę; nie było to nic konkretnego, ot, zwykłe niedomagania. Możliwe,
że gdyby miała córkę, wszystko potoczyłoby się lepiej, ale los obdarzył
ją dwoma synami, a ich ojciec, chcąc zapewnić im to, czego sam był
pozbawiony i przez co cierpiał, wysłał chłopców bardzo wcześnie do
szkoły przygotowawczej. Potem mieli iść do szkoły w Rugby i na
uniwersytet w Cambridge, bo pomysł studiowania w Oksfordzie napawał
członków rodu Hamley dziedzicznym wstrętem. Starszy syn, Osborne, który
otrzymał panieńskie nazwisko swej matki jako imię, miał doskonały gust i sporo uzdolnień. Odziedziczył wdzięczny wygląd i wyrafinowanie matki.
Był łagodny, czuły i prawie tak wylewny jak dziewczynka, w szkole radził
sobie nieźle i otrzymywał wiele nagród. Jednym słowem był dumą i radością zarówno ojca, jak i matki, a dla tej ostatniej był także
zaufanym przyjacielem. Roger, dwa lata młodszy od Osborne'a, był
niezgrabny i mocno zbudowany, w czym bardzo przypominał ojca. Miał
kanciastą twarz, poważną i mało ruchliwą. W szkole uważano go za
dobrego, lecz niezbyt bystrego chłopca, dlatego nie przywoził do domu
odznaczeń, a tylko pochwały za wzorowe zachowanie. Gdy był dzieckiem,
zdarzało mu się przytulać do matki, ale ona ze śmiechem wspominała bajkę
o psie salonowym i ośl8e, i w końcu Roger przestał okazywać
uczucia. Pojawiła się wątpliwość, czy po ukończeniu Rugby powinien iść w ślady brata i wstąpić do college'u. Pani Hamley uważała, że byłoby to
wyrzucanie pieniędzy w błoto, ponieważ chłopiec nie nadawał się raczej
do wysiłku intelektualnego; coś bardziej praktycznego, bardziej
przyziemnego, może związanego z budownictwem, byłoby z pewnością dla
niego odpowiedniejsze. Twierdziła, że czułby się upokorzony, gdyby
studiował na tym samym uniwersytecie co brat, który bez wątpienia
wyróżni się spośród innych studentów; Roger na pewno źle by znosił
oblewanie egzaminów i status najsłabszego studenta. Ojciec jednak
uparcie obstawał przy swym postanowieniu, że obaj jego synowie otrzymają
takie samo wykształcenie; bardzo mu zależało, by weszli w życie z atutami, których brak u siebie aż nadto boleśnie odczuwał. Jeśli Roger
nie da sobie rady w Cambridge, będzie to tylko jego wina, ale jeśli on,
dziedzic, nie pośle swego syna na uniwersytet, pewnego dnia chłopak może
tego żałować, tak samo jak pan Hamley nie mógł przeboleć własnych
niedostatków. Roger podążył zatem za bratem do Trinity, a pani Hamley
znowu została sama - poprzedni bowiem rok, strawiony na rozważaniu o przyszłości Rogera, chłopak spędził wskutek nacisków matki w domu.
Pani Hamley od wielu już lat nie czuła się na siłach, by wyjść poza
teren ogrodu; większą część życia spędzała na sofie, którą latem
przysuwano do otwartego okna, a zimą do palącego się ognia na kominku.
Pokój, który zajmowała, był przestronny i bardzo przyjemny. Cztery
wysokie okna wychodziły na trawnik upstrzony klombami, który stopniowo
przechodził w niewielki zagajnik z centralnie położonym małym stawem,
porośniętym liliami wodnymi. O tym niewidocznym, pogrążonym w cieniu
stawie pani Hamley napisała wiele słodkich czterowierszy, odkąd,
przykuta do sofy, dzieliła swój czas między czytanie a układanie poezji.
Obok niej stał niewielki stolik, na którym leżały nowości z dziedziny
poezji i prozy, ołówek i podkładka z czystymi kartkami papieru, a także
wazon z kwiatami, zawsze zrywanymi dla niej przez męża - przez okrągły
rok każdego dnia otrzymywała bukiet pachnących kwiatów. Dokładnie co
trzy godziny pokojówka przynosiła jej porcję lekarstwa razem ze szklanką
czystej wody i herbatnikiem, a dziedzic odwiedzał żonę, kiedy tylko
pozwoliły mu na to zajęcia gospodarskie i gdy zdołał przemóc niechęć do
zamkniętych pomieszczeń. Wydarzeniem wyczekiwanym przez cały dzień była
jednak bez wątpienia wizyta pana Gibsona.
Doktor wiedział, że krzywdę i niesprawiedliwość wyrządzają pani Hamley
ci, którzy nazywają ją chorą z urojenia. Kilka osób oskarżało go wprost,
że dogadza jej fanaberiom, ale on tylko się uśmiechał, słysząc te
zarzuty. Zdawał sobie sprawę, że jego odwiedziny są dla niej radością,
jedynym jasnym punktem w nieskończonej szarości monotonnie spędzanych
dni, czynnikiem powstrzymującym nasilanie się niesprecyzowanych
dolegliwości. Wiedział, że dziedzic Hamley chciałby, aby doktor
odwiedzał ich choćby codziennie, a jako lekarz miał świadomość, że
uważnie obserwując panią Hamley, będzie mógł zastosować środki łagodzące
jej cierpienie. Poza tym pan Gibson czerpał wielką przyjemność z towarzystwa dziedzica Hamleya. Bawiła go niedorzeczność i oryginalność
jego poglądów i zachowań, także zatwardziały konserwatyzm przekonań na
wszystkich polach: religijnym, politycznym i moralnym. Pani Hamley
próbowała czasami łagodzić opinie męża lub przepraszać za te, które
uważała za obrażające doktora, tłumaczyła też zbyt ostre sprzeciwy pana
Hamleya. On zaś kładł przyjacielsko swą wielką dłoń na ramieniu pana
Gibsona i koił niepokój żony, mówiąc:
- Daj spokój, kobietko, my się świetnie rozumiemy, prawda, doktorze? A poza tym on mi dokłada nawet lepiej niż ja jemu, tylko że to po wierzchu
lukruje: mówi mi ostre słowa i udaje, że to sama grzeczność i pokora.
Ale ja i tak zawsze czuję gorycz tej pigułki. Mimo tego lukru.
Pani Hamley bardzo często wyrażała życzenie, by Molly ją odwiedziła,
lecz doktor Gibson zawsze odmawiał, mimo że z trudem umiał uzasadnić swe
stanowisko. Nie chciał stracić towarzystwa córki, choć samemu sobie
podawał mnóstwo innych powodów. Uważał, że nie należy przerywać lekcji
ani zakłócać regularnego trybu życia dziewczyny; że przebywanie w dusznym i przegrzanym pokoju pani Hamley byłoby niekorzystne; że nie
życzy sobie, aby Molly została skazana na wyłączne towarzystwo Rogera i Osborne'a, o ile jej wizyta miałaby miejsce podczas ich pobytu w domu, a gdyby nie było ich w domu, to nie chciał narażać córki na nudne i przygnębiające całodzienne przebywanie ze znerwicowaną chorą.
W końcu jednak nadszedł dzień, gdy pan Gibson przyjechał i zaproponował
wizytę córki w czasie bliżej nieustalonym, którą to ofertę pani Hamley
przyjęła "z szeroko otwartymi ramionami serca" - jak sama to określiła.
V Cielęca miłość
V
Cielęca miłość
Nagła zmiana poglądów lekarza nie wzięła się znikąd. Jak wspomniano,
doktor Gibson miał uczniów, i to raczej wbrew własnym inklinacjom. Byli
to panowie Wynne i Coxe, młodzi dżentelmeni, jak o nich mówiono w domu,
lub młodzi dżentelmeni doktora, jak ich nazywali mieszkańcy miasteczka.
Pan Wynne był starszy i bardziej wykwalifikowany, od czasu do czasu
przejmował już obowiązki swego mistrza i zdobywał doświadczenie,
odwiedzając ubogich i przewlekle chorych. Pan Gibson zwykł był omawiać z nim pewne przypadki i próbował sondować jego opinie w próżnej nadziei,
że być może uda mu się pewnego dnia skłonić swego ucznia do choćby
jednej samodzielnej myśli. Młody człowiek był ostrożny i powolny; nigdy
nikomu nie wyrządziłby krzywdy pośpiechem, lecz zawsze pozostawał jeden
krok za wydarzeniami. Mimo to doktor Gibson pamiętał, że miał już do
czynienia z gorszymi egzemplarzami "młodych dżentelmenów", i był
zadowolony, jeśli nie wdzięczny, za takiego poważnego ucznia jak pan
Wynne. Pan Coxe miał około dziewiętnastu lat, jaskrawoczerwone włosy i umiarkowanie czerwoną twarz, których to dwóch cech był doskonale
świadomy i jeszcze doskonalej z ich powodu zawstydzony. Był synem
oficera, starego znajomego doktora Gibsona. Major Coxe stacjonował
obecnie w Pendżabie, w pewnej miejscowości o niewymawialnej nazwie, ale
rok wcześniej zawitał do Anglii i wielokrotnie wyrażał wielkie
ukontentowanie faktem, że udało mu się umieścić swego jedynaka na
praktyce u starego przyjaciela; właściwie można by powiedzieć, że
zrzucił na doktora ciężar pełnej odpowiedzialności za swego syna, co
dodatkowo wzmocnił, udzielając mu wielu napomnień dotyczących opieki nad
chłopakiem. Pan Gibson wysłuchał tego z pewną irytacją i zapewnił
majora, że wszystkie żądane przez niego względy okazywane są z zasady
każdemu uczniowi. A wtedy nieznający umiaru major ośmielił się prosić,
by jego syn traktowany był jak członek rodziny i, co za tym idzie, by
mógł spędzać wieczory w bawialni, a nie w gabinecie medycznym. Pan
Gibson odmówił wprost:
- Musi prowadzić taki sam tryb życia jak inni. Nie mogę dopuścić do
tego, by tłuczek i moździerz wnoszono do bawialni, ani by pokój woniał
aloesem.
- Czy to znaczy, że mój chłopiec ma sporządzać pigułki? - upewniał się
major z żalem w głosie.
- Oczywiście. To obowiązek najmłodszego ucznia. To nie jest ciężka
praca. Niech pocieszy go to, że nie on będzie musiał je łykać. Może to
traktować jako porcję lukrecji i cukrowanej róży, a w niedzielę dodamy
mu trochę tamaryndowca, aby go nagrodzić za całotygodniową pracę przy
przygotowywaniu tabletek.
Major Coxe nie był pewien, czy doktor nie śmieje się z niego w kułak,
jednakże sprawa praktyki była już tak zaawansowana, a korzyści dla jego
syna tak bezsporne, że nie tylko postanowił nie czuć się urażony, ale
wręcz nakazał synowi pokorne wykonywanie niegodnej czynności
sporządzania leków. Ukojenie wobec tych wątpliwości przyniosło majorowi
zachowanie pana Gibsona, gdy nadeszła wiekopomna chwila rozstania.
Doktor nie mówił wiele, ale to, co powiedział, świadczyło o jego
zrozumieniu i współczuciu, które trafiły wprost do ojcowskiego serca.
Każde z tych ostatnich słów zdawało się znaczyć: "Powierzyłeś mi swego
chłopca, a ja jestem godzien tego zaufania".
Pan Gibson zbyt dobrze znał swą profesję i naturę ludzką, aby wyróżniać
i faworyzować młodego Coxe'a, nawet on jednak nie potrafił się
powstrzymać przed okazywaniem czasami chłopakowi, że uważa go za syna
swego przyjaciela. Poza tym było coś w tym młodzieńcu, co się doktorowi
podobało. Coxe był lekkomyślny, impulsywny i gadatliwy, czasami trafiał
w samo sedno sprawy z instynktowną, nieświadomą przenikliwością, ale
czasami oszałamiał doktora swymi rażącymi omyłkami. Pan Gibson powtarzał
mu swą dewizę "zabijaj lub lecz", a pewnego razu uczeń stwierdził w odpowiedzi, że jego zdaniem to najlepsze motto, jakie lekarz mógłby
przyjąć: o ile nie może przywrócić pacjentowi zdrowia, to najlepiej
wyzwolić go od cierpienia cicho i jak najszybciej. Słysząc to, zdumiony
pan Wynne zauważył, że takie uwalnianie chorego od cierpienia mogłoby
zostać przez niektórych ludzi uznane za zabójstwo, na co doktor
stwierdził suchym tonem, że jeśli chodzi o niego, to nie obawiałby się
zarzutu zabójstwa, lecz jego zdaniem nierozważne byłoby zbyt szybkie
wysyłanie na tamten świat wypłacalnych pacjentów. Dodał, że tak długo,
jak są skłonni i zdolni płacić należną mu stawkę (dwa szylingi sześć
pensów) za konsultację, uważa za swój obowiązek utrzymywanie ich przy
życiu. Oczywiście, zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa w wypadku
ubogich. Pan Wynne deliberował nad tą przemową, a pan Coxe tylko się
śmiał. W końcu starszy z praktykantów oznajmił:
- Przecież każdego ranka przed śniadaniem, sir, odwiedza pan tę starą
Nancy Grant i zamówił pan dla niej specjalny medykament, a to najdroższa
pozycja na rachunku od Corbyna.
- Czy przez te wszystkie lata nie dowiedział się pan jeszcze, że
najtrudniej żyć człowiekowi według jego własnych zasad? Musi się pan
jeszcze wiele nauczyć, panie Wynne! - oświadczył pan Gibson, wychodząc z gabinetu.
- Zupełnie nie mogę rozgryźć naszego starego - poskarżył się chłopak z desperacją. - Z czego tak rechoczesz, Coxey?
- Myślę sobie tylko, jaki z ciebie szczęściarz, że masz rodziców, którzy
wtłoczyli moralne zasady w twój młodzieńczy czerep. Gdyby ci matka nie
powiedziała, że morderstwo jest przestępstwem, wytrułbyś wszystkich
biednych. Uważałbyś, że wypełniasz swą misję, a w czasie procesu
zacytowałbyś słowa starego Gibsona: "Ależ, Wysoki Sądzie, oni nie mogli
płacić za moje wizyty, więc zgodnie z pryncypiami mojej profesji, które
wpoił mi doktor Gibson, wielki medyk z Hollingfordu, sumiennie otrułem
wszystkich ubogich".
- Nie mogę znieść tych jego szyderstw.
- A ja to lubię. I gdyby nie żarty starego, gdyby nie tamaryndowiec i coś jeszcze, o czym wiem, już dawno zwiałbym do Indii. Po prostu nie
znoszę dusznych pokoi, chorych ludzi, leków i smrodu pigułek na
dłoniach. Fuj!
Pewnego dnia z nieznanych przyczyn pan Gibson wrócił nieoczekiwanie do
domu. Wszedł przez boczne drzwi ogrodowe - a ogród stykał się z podwórzem stajennym, gdzie doktor zostawił konia - i właśnie przechodził
przez hol, gdy drzwi do kuchni się otworzyły i wyszła z nich służąca,
zajmująca najniższą pozycję w domowej hierarchii. Trzymała w dłoni jakąś
kartkę i wyglądało na to, że zamierza pójść na piętro, ale na widok pana
domu najpierw zamarła, a potem zawróciła, jakby chciała ukryć się w kuchni. Gdyby nie ten manewr świadczący o nieczystym sumieniu, pan
Gibson, o którym można by powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był
podejrzliwy, nie zwróciłby na nią uwagi. Ale skoro zauważył jej dziwne
zachowanie, szybko podszedł, otworzył drzwi do kuchni i wywołał ją:
"Bethia!" tak ostro, że nie ośmieliła się zwlekać.
- Daj mi tę kartkę - polecił.
Zawahała się.
- To dla panienki Molly - wyjąkała.
- Daj mi to! - powtórzył ostrzej.
Wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale nadal trzymała kartkę w dłoni
schowanej za plecami.
- On powiedział, że mam to oddać panience do rąk własnych. I ja
przyrzekłam. Na wszystko.
Doktor zwrócił się do kucharki:
- Proszę iść i znaleźć panienkę Molly. Proszę jej powiedzieć, aby
natychmiast tu przyszła.
Mierzył Bethię oczami. Nie było sensu próbować ucieczki, co najwyżej
mogła wrzucić kartkę do ognia, ale na taki manewr zabrakło jej
przytomności umysłu. Stała bez ruchu i tylko uciekała wzrokiem, patrząc
wszędzie, byle uniknąć ostrego, bacznego spojrzenia doktora.
- Molly, kochanie!
- Tatusiu! Nie wiedziałam, że jesteś w domu - odpowiedziała zaskoczona i niewinna dziewczyna.
- Bethio, możesz dotrzymać złożonej obietnicy. Oto panienka Molly. Daj
jej kartkę.
- To prawda, panienko. Nic nie mogłam na to poradzić.
Panna Gibson wzięła list, lecz zanim zdążyła go otworzyć, ojciec
powiedział do niej:
- To wszystko, moja droga. Nie musisz tego czytać. Daj mi to. A ty,
Bethio, powiedz tym, którzy cię przysłali, że wszystkie listy dla
panienki muszą przechodzić przez moje ręce. A teraz zmykaj, gąsko, i wracaj tam, skąd przybiegłaś - zwrócił się ponownie do córki.
- Tatusiu, chciałabym, byś mi powiedział, kim jest mój korespondent.
- Zajmiemy się tym. Po kolei.
Nie zgodził się zaspokoić jej ciekawości, więc z ociąganiem poszła na
górę do panny Eyre, która nadal pełniła funkcję jej towarzyszki, jeśli
już nie guwernantki. Doktor wszedł do pustej jadalni, zamknął za sobą
drzwi, złamał lak na liście i zaczął czytać. Był to namiętny list
miłosny od pana Coxe'a. Oświadczał w nim, że jest niezdolny do
przebywania z nią dzień za dniem, nie wyznawszy jej uczuć, które w nim
wzbudziła, a które nazywał "wieczystą i bezgraniczną pasją". Na to
określenie pan Gibson cicho zachichotał. "Czy nie znalazłabyś dla mnie
choć jednego przychylnego spojrzenia? Czy nie poświęciłabyś choć jednej
myśli temu, którego każda myśl obraca się wokół Ciebie?". Cała epistoła
była w podobnym duchu, a zawierała też nader szczodrą domieszkę
gwałtownych zachwytów nad urodą wybranki. Była jasna, a nie blada, oczy
miała jak gwiazdy polarne, a dołeczki w jej policzkach są dziełem
paluszków Kupidyna. I tak dalej, i tak dalej.
Pan Gibson skończył czytać list i rozmyślał nad nim. "Kto by się
spodziewał, że z chłopaka taki poeta? W gabinecie jest, co prawda,
Shakespeare. Muszę go stamtąd zabrać i w to miejsce wstawić Słownik
Johnsona. Jedynym pocieszeniem jest pewność, że ona jest niewinna. A raczej powinienem powiedzieć: nieświadoma, bo z tekstu wynika, że to
pierwsze wyznanie miłości, jak autor sam stwierdza. Co za zmartwienie!
Tak wcześnie zaczynać z miłością. Przecież ona ma dopiero siedemnaście
lat! A właściwie nie siedemnaście. Aż do lipca - jeszcze przez sześć
tygodni - ma szesnaście lat i trzy czwarte. Toż to prawie dziecko!
Chociaż biedna Jeanie nie miała nawet tyle, a jakże ją kochałem! (Pani
Gibson miała na imię Mary, więc najwyraźniej wspominał kogoś innego)". W tym momencie jego myśli uleciały w przeszłość, choć nadal trzymał
otwarty list w dłoni. W końcu ponownie spojrzał na kartkę, a umysł
nakierował się na czas obecny. "Nie będę dla niego zbytnio surowy. Dam
mu małą podpowiedź. Jest wystarczająco bystry, by ją zrozumieć. Biedny
chłopak. Gdybym go odprawił, co z pewnością byłoby najrozsądniejszym
krokiem, nie miałby dokąd pójść".
Po chwili dalszych rozważań pan Gibson usiadł przy biurku i wypisał
następującą formułę:
Pan Coxe (Słowo "pan" dotknie go do żywego - stwierdził doktor, pisząc
te słowa).
RxVerecundiae (Skromność) 1 uncja
Fidelitatis Domesticae (Lojalność) 1 uncja
Reticentiae (Powściągliwość) gran 3
M Capiat hanc dosim ter die in aqua pura. (Wymieszać. Przyjmować trzy
razy dziennie z wodą).
R Gibson Ch
Doktor uśmiechnął się smutno, gdy ponownie odczytywał swe słowa.
- Biedna Jeanie - powtórzył na głos.
Wybrał kopertę, wsunął do środka ów żarliwy list miłosny oraz wypisaną
przez siebie receptę. Zamknął list, przykładając własny pierścień do
lakowania - ostro wycięte znaki R.G., wypisane staroangielskimi literami
- i zastanowił się nad odpowiednim adresem. Nie spodoba mu się "Pan
Coxe", widoczne dla wszystkich. Nie ma potrzeby wystawiać go na
dodatkowy wstyd. Na kopercie jako adresata wpisał: Edward Coxe, Esq.
Potem pan Gibson zajął się sprawami zawodowymi, które tyle
niespodziewanie, co fortunnie, przywiodły go do domu. Następnie
przeszedł przez ogród do stajni, a gdy wsiadał na konia, odezwał się do
stajennego:
- Byłbym zapomniał, oto list dla pana Coxe'a. Nie przekazuj go przez
kobiety, tylko sam zanieś do gabinetu medycznego. Najlepiej od razu.
Lekki uśmiech osiadł na jego twarzy, kiedy przejeżdżał przez bramę, ale
ów wyraz rozbawienia zniknął, gdy tylko doktor znalazł się samotnie na
bocznych dróżkach. Zwolnił bieg konia i rozważał: jakie to było
niezręczne, że pozbawiona matki dziewczyna zmieniała się w kobietę,
mieszkając pod jednym dachem z dwójką młodych mężczyzn. Co prawda
stykali się ze sobą tylko podczas posiłków, a cała rozmowa sprowadzała
się do wymiany takich zdań, jak: "Czy mogę podać ziemniaki?" lub, jak z uporem wyrażał się pan Wynne: "Czy mogę służyć ziemniakami?"; ten
ostatni sposób wypowiedzi nieodmiennie i ustawicznie targał nerwy
doktora. Niestety, pan Coxe, oskarżony w sprawie, która właśnie weszła
na wokandę, miał pozostać jako praktykant w domu pana Gibsona jeszcze
przez trzy lata. Będzie ostatnim uczniem - żadnych praktykantów więcej.
Trzeba jednak jeszcze przebrnąć przez te trzy lata. A jeśli ta głupia
cielęca miłość nie minie? Co wtedy? Prędzej czy później Molly się dowie.
Rozważanie możliwych scenariuszy tej sprawy okazało się tak
nieprzyjemne, że doktor postanowił usunąć ten problem ze świadomości
przez intensywny wysiłek fizyczny. Skłonił konia do przejścia w galop i przekonał się, że gwałtowne wstrząsy towarzyszące jeździe na starym
trakcie, zbudowanym z okrągłych kamieni - teraz, po kilku stuleciach,
porozsuwanych i niekompletnych - znakomicie przysłużyły się jego
nastrojowi, choć raczej nie kościom. Odbył długą turę wizyt tego
popołudnia i wrócił do domu przekonany, że najgorsze ma już za sobą, bo
pan Coxe z pewnością zrozumiał aluzję zawartą w recepcie. Pozostawało
tylko znalezienie bezpiecznego miejsca dla nieszczęsnej Bethii, która
ujawniła taką śmiałą skłonność do intryg.
Okazało się jednak, że pan Gibson omylił się w swych przewidywaniach;
jak to się mówi: zrobił rachunek bez gospodarza, pana Coxe'a. Zwyczajem
domowym było, że młodzi dżentelmeni przychodzili do jadalni na wieczorną
herbatę z rodziną. Połykali po dwie filiżanki, przeżuwali chleb lub
grzankę i znikali. Tego wieczoru doktor obserwował ich, spoglądając zza
zasłony rzęs; walczył ze swym nawykiem milczenia, usiłując prowadzić
swobodną i ożywioną rozmowę na ogólne tematy. Zauważył, że pan Wynne z trudem się powstrzymuje, by nie wybuchnąć śmiechem, natomiast
czerwonowłosy i czerwonolicy pan Coxe jest jeszcze czerwieńszy i bardziej dziki niż zwykle, a całe jego zachowanie wyraża gniew i oburzenie. Potem praktykanci wyszli.
A więc będzie to miał - pomyślał pan Gibson, przygotowując się do
spodziewanej bitwy. Nie podążył jak co dzień za Molly i panną Eyre do
bawialni. Został w jadalni i udawał, że czyta gazetę, podczas gdy
Bethia, z twarzą obrzmiałą od płaczu i miną istoty pokrzywdzonej i obrażonej, sprzątała zastawę do herbaty. Nie minęło pięć minut od jej
wyjścia, gdy rozległo się oczekiwane pukanie do drzwi.
- Czy mogę z panem porozmawiać, sir? - spytał niewidoczny pan Coxe.
- Oczywiście. Proszę wejść, panie Coxe. Właśnie chciałem z panem
zamienić kilka słów o tym rachunku od Corbyna. Proszę usiąść.
- Nie w tej sprawie chciałem... pragnąłem... Nie, dziękuję. Wolałbym nie
siadać - powiedział, stojąc w pozie pełnej urażonej godności. - Chodzi o ten list. O ten list z obelżywą receptą, sir.
- Obelżywą receptą! Dziwi mnie zastosowanie tego słowa do którejkolwiek
z moich recept, choć zdarza się, oczywiście, że pacjent czuje się
dotknięty, gdy przedstawiam mu naturę jego choroby. Spodziewam się też,
że mógłby się obrazić na zaproponowany przeze mnie lek, którego
stosowania wymaga dany przypadek.
- Nie prosiłem, aby mi pan cokolwiek zapisywał.
- Ach! A więc to pan jest tym panem Coxe'em, który przesłał list za
pośrednictwem Bethii! Proszę sobie zatem pozwolić powiedzieć, że ta
przesyłka będzie ją kosztowała posadę, a w dodatku sam list był bardzo
głupiutki.
- Przechwycenie tego listu, otwarcie go i przeczytanie nie było
zachowaniem godnym dżentelmena, sir.
- Nie! - stwierdził pan Gibson z nieznacznym błyskiem w oku i wygięciem
warg, które nie uszły uwagi oburzonego pana Coxe'a. - Powiedziałbym, że
swego czasu był ze mnie całkiem przystojny młody człowiek i taki dandys,
jakim może być tylko dwudziestolatek. Ale sądzę, że nawet wtedy nie
uwierzyłbym, że te wszystkie słodkie słówka były prawdziwe.
- Tak nie postępuje dżentelmen - powtórzył chłopak, zająknął się i chciał jeszcze coś dodać, lecz doktor mu przerwał.
- A ja pozwolę sobie zauważyć, młody człowieku - odpowiedział z niespodziewaną powagą w głosie - że pana zachowanie można próbować
wytłumaczyć tylko pańską młodością i niesłychaną nieznajomością praw
honoru, zwłaszcza obowiązujących w moim domu. Przyjąłem cię pod swój
dach jako członka rodziny, a ty nakłoniłeś do pomocy moją służącą i, w co nie wątpię, zdeprawowałeś ją łapówką...
- Wypraszam to sobie! Nie dałem jej ani pensa.
- A powinieneś był. Zawsze należy płacić tym, którzy wykonują za nas
brudną robotę.
- A przed chwilą nazwał pan to deprawacją i przekupstwem - mruknął pan
Coxe pod nosem.
Pan Gibson nie zwrócił uwagi na te słowa, lecz mówił dalej:
- Nakłoniłeś moją służącą, aby zaryzykowała miejsce, nie oferując jej
przy tym nic w zamian, przekonałeś ją, aby potajemnie przekazała list
mojej córce, memu jedynemu dziecku.
- Panna Gibson, sir, ma prawie siedemnaście lat! Słyszałem, jak niedawno
sam pan to mówił - odrzekł dojrzały pan Coxe, liczący sobie lat
dwadzieścia.
Doktor ponownie zignorował jego słowa.
- A listu tego nie chciał pan pokazać jej ojcu, który milcząco ufał
pańskiemu honorowi do tego stopnia, że przyjął pana do grona swych
domowników. Prawdziwy syn godzien pańskiego ojca... a znam dobrze majora
Coxe'a... powinien był przyjść do mnie i powiedzieć mi wprost: "Panie
Gibson, kocham... lub wydaje mi się, że kocham... pańską córkę. Nie mam
prawa taić tego przed panem, choć nie jestem w stanie zarobić nawet
pensa. A ponieważ nie mam perspektyw na zapewnienie choćby sobie samemu
środków do życia w ciągu najbliższych kilku lat ani słowem nie wspomnę
o mych uczuciach... lub wyimaginowanych uczuciach... młodej damie, a pańskiej córce". Oto słowa, które winien był wypowiedzieć syn majora
Coxe'a, choć oczywiście odrobina rezerwy i milczenia byłaby jeszcze
stosowniejsza.
- A gdybym rzeczywiście tak powiedział, sir... bo chyba faktycznie tak
należało postąpić... jaka byłaby pana odpowiedź? - spytał pospiesznie
zaniepokojony pan Coxe. - Czy usankcjonowałby pan moją pasję?
- Powiedziałbym prawdopodobnie... bo teraz raczej jest mi trudno
określić, jak bym się zachował... że jest pan młodym głupcem, ale nie
pozbawionym honoru młodym głupcem. I powiedziałbym, aby nie pozwalał pan
swoim myślom krążyć za wiele wokół tej cielęcej miłości, dopóki nie
wysublimuje jej pan w prawdziwe uczucie. I sądzę, że aby zrekompensować
panu zawstydzenie, zaleciłbym przyłączenie się do Klubu Krykieta w Hollingfordzie i zwalniałbym pana z obowiązków zawodowych w sobotnie
popołudnia, kiedy tylko byłoby to możliwe. Ale teraz, po tym co się
stało, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko napisać do plenipotenta
pańskiego ojca w Londynie i prosić, aby odebrał pana z mojego domu.
Oczywiście, zwrócę opłatę wniesioną przez majora, tak więc będzie pan
mógł kontynuować praktykę u innego lekarza.
- To sprawi memu ojcu wielką przykrość - odpowiedział zaskoczony pan
Coxe z niepokojem, jeśli nie ze skruchą.
- Nie widzę innej możliwości. To na pewno przysporzy majorowi trochę
kłopotów, choć dopilnuję, aby nie poniósł żadnych dodatkowych kosztów.
Tym jednak, co zmartwi go najbardziej, będzie świadomość, że jego syn
okazał się zdrajcą niegodnym zaufania. Bo ja ci ufałem, Edwardzie,
niczym własnemu synowi! - Było coś w głosie pana Gibsona, gdy mówił
poważnie, zwłaszcza gdy odwoływał się do swych uczuć - on, który tak
rzadko dawał wyraz temu, co się dzieje w jego sercu - że nikt nie umiał
mu się oprzeć. Raptowne przejście od żartobliwego sarkazmu do czułej
powagi działało na wszystkich.
Pan Coxe zwiesił głowę i medytował.
- Kocham pannę Gibson - wyznał w końcu. - Czy ktoś mógł coś na to
poradzić?
- Pan Wynne, mam nadzieję! - stwierdził doktor.
- Jego serce jest zajęte - odpowiedział pan Coxe. - Moje było wolne jak
wiatr, aż do chwili, gdy ją ujrzałem.
- Czy pomogłoby to uleczyć pańską... cóż, powiedzmy: pasję... gdyby przy
posiłkach nosiła ciemne okulary? Zauważyłem, że sporo miejsca poświęcił
pan zachwytom nad pięknem jej oczu.
- Wyśmiewa pan moje uczucia, panie Gibson. Czy pan już nie pamięta, jak
to jest być młodym?
"Biedna Jeanie" ukazała się przed oczyma doktora, a on sam poczuł się,
jakby otrzymał zasłużoną naganę.
- Proponuję, panie Coxe, byśmy się razem zastanowili, czy nie
zdołalibyśmy dojść do porozumienia - odezwał się po chwili milczenia. -
Postąpił pan bardzo niewłaściwie i mam nadzieję, że w głębi serca ma pan
tego świadomość. A przynajmniej będzie pan ją miał, gdy opadną emocje i zastanowi się pan w spokoju nad tą sprawą. Ja nie straciłem całego
szacunku dla syna mego przyjaciela. Jeśli obieca mi pan, że tak długo,
jak pozostanie pan w tym domu jako uczeń, praktykant, ktokolwiek, nigdy
więcej nie spróbuje pan okazać swojej pasji - jak pan widzi, zgadzam się
używać pańskiego określenia na to, co uważam za mrzonkę - ani w mowie,
ani w piśmie czy w spojrzeniach lub czynach, jednym słowem: w żaden
sposób nie okaże pan swego uczucia mojej córce, a poza tym nie będzie
pan komukolwiek o nim mówił, zgadzam się, by pan tu pozostał. Jeśli
jednak nie jest w pana mocy to spełnić, będę zmuszony postąpić tak, jak
wspominałem, i skontaktować się z przedstawicielem pańskiego ojca.
Pan Coxe stał niezdecydowany.
- Pan Wynne wie o moich uczuciach dla panny Gibson. Nie mamy przed sobą
sekretów.
- Rozumiem, że w tej historii pan Wynne odgrywa rolę trzciny. Zna pan,
oczywiście, historię balwierza króla Midasa, który odkrył, że jego
królewski klient ma ośle uszy pod wspaniałymi lokami? Z braku pod ręką
pana Wynne'a udał się nad pobliskie jezioro i zwierzył trzcinom
porastającym brzeg: "Król Midas ma ośle uszy". Ale powtórzył to tyle
razy, że trzciny nauczyły się tego zdania i śpiewały je bez końca, aż
wreszcie sekret przestał być sekretem. Czy jest pan pewien, że jeśli
nadal będzie pan opowiadał panu Wynne'owi o swych uczuciach, on zatrzyma
to dla siebie?
- Jeśli dam panu słowo jako dżentelmen, zaręczę jednocześnie za pana
Wynne'a.
- Przypuszczam, że muszę panu uwierzyć i zaryzykować. Ale proszę nie
zapominać, jak niewiele trzeba, by imię dziewczyny było wzięte na języki
i skalane. Molly nie ma matki i z tego względu powinna żyć między wami
tak nietknięta i niewinna jak sama Una9.
- Panie Gibson, jeśli to pana uspokoi, to mogę złożyć przysięgę na
Biblię! - krzyknął niesiony zapałem młodzieniec.
- Co za nonsens! Jakby pańskie słowo, jeśli jest cokolwiek warte, miało
mi nie wystarczyć. Możemy uścisnąć sobie dłonie, jeśli ma pan ochotę.
Pan Coxe natychmiast podszedł z radością i tak uścisnął podaną sobie
dłoń, że prawie wbił doktorowi pierścień w skórę. Gdy już wychodził z jadalni, spytał z niepokojem:
- Czy mogę dać Bethii półkoronówkę?
- W żadnym razie! Sam się zajmę tą dziewczyną. I proszę z nią nie
rozmawiać, dopóki tu jest. Dopilnuję, aby po odejściu stąd trafiła w porządne miejsce.
Po tych słowach pan Gibson zadzwonił, by osiodłano jego konia, i wyjechał na ostatnie wieczorne wizyty. Zwykł powtarzać, że w ciągu
każdego roku, odwiedzając pacjentów, przejeżdża tyle mil, jakby objechał
cały świat. Niewielu medyków w hrabstwie prowadziło rozleglejszą niż on
praktykę: objeżdżał odosobnione chatki na obrzeżach błoni; odwiedzał
mieszkańców farm położonych na krańcach wąskich traktów, które nigdzie
dalej nie prowadziły, a tamtejsze domostwa skrywały się w cieniu
prastarych buków i wiązów; zajmował się wszystkimi rodzinami
ziemiańskimi w promieniu piętnastu mil od Hollingfordu; do jego
pacjentów zaliczali się także ci najwyżej urodzeni, którzy w lutym
każdego roku przenosili się zgodnie z nakazem ówczesnej mody do Londynu,
by wrócić do swych posiadłości na początku lipca. Siłą rzeczy większość
czasu pan Gibson spędzał poza domem i tego uroczego letniego wieczoru
odczuł swą ciągłą nieobecność jako wielkie zło. Zdumiało go nagłe
odkrycie, że jego maleńki skarb zmienia się w kobietę, która właśnie po
raz pierwszy stała się przedmiotem czyjegoś afektu, i wyrzucał sobie, że
on, ojciec i matka w jednej osobie, był nieobecny, a przez to niezdolny,
by ją strzec, tak jak by sobie tego życzył. Skutkiem tych niewesołych
rozmyślań była wizyta złożona następnego dnia w Hamley, w trakcie której
przyjął zaproszenie, aby Molly przyjechała w odwiedziny do żony
dziedzica - to samo zaproszenie, które od dawna tak uporczywie odrzucał.
- Może pani zacytować powiedzenie: "Nie będzie chciał, gdy mu oferują, a jak zachce, to się wycofują", a ja nie będę miał prawa się skarżyć -
zaznaczył.
Pani Hamley była jednak zbyt urzeczona perspektywą towarzystwa młodej
dziewczyny; kogoś, kogo nie trzeba byłoby za wszelką cenę zabawiać, kogo
można by wysłać na wędrówkę po ogrodach, kto poczytałby chorej, gdyby
ona sama była zbyt zmęczona, by rozmawiać; kogoś, kto swą młodością i świeżością wniósłby wdzięk w jej samotne, ograniczone życie, niczym
tchnienie letniego wiatru. Nic nie mogło być jej milsze, a zatem
błyskawicznie poczyniono ustalenia związane z przyjazdem Molly do
Hamley.
- Żałuję tylko, że Osborne i Roger są nieobecni - powiedziała pani
Hamley swym miękkim, omdlewającym głosem. - Pewnie Molly będzie się tu
nudzić, przebywając od rana do nocy z dwójką takich starców jak dziedzic
i ja. Kiedy mogłaby przyjechać? Słodkie dziecko. Czuję, że już zaczynam
ją kochać.
Pan Gibson bynajmniej nie podzielał żalu z powodu nieobecności młodych
ludzi; nie zależało mu na tym, aby wyrwawszy Molly ze szponów Scylli,
rzucić ją w stronę Charybdy. A potem zaczął z siebie kpić, że uważa
wszystkich mężczyzn za wilki polujące na jego jedyną owieczkę.
- Ona jeszcze nie wie, że ma tu przyjechać - odpowiedział - i nie mam
pojęcia, jakie kobiece przygotowania Molly uzna za konieczne ani jak
długo potrwają. Proszę, by pani pamiętała, że ze względu na swą sytuację
moja córka jest w wielu kwestiach ignorantką. I nic nie wie o etykiecie,
gdyż obyczaje panujące w moim domu nie należą do bardzo wyszukanych,
zwłaszcza gdy chodzi o panienkę. Ale jestem spokojny, bo nie mógłbym jej
wysłać do bardziej serdecznego domu niż pani.
Gdy dziedzic usłyszał o planowanym przyjeździe panny Gibson, był tak
samo zachwycony jak jego żona. Cechowała go szczera i gorąca gościnność,
którą okazywał, o ile tylko nie dochodziło do konfliktu między nią a jego wrodzoną dumą. Był szczęśliwy, że chora żona będzie miała przy
sobie taką uroczą towarzyszkę, która opromieni jej samotne godziny. Po
chwili zauważył:
- To nawet lepiej, że chłopcy są w Cambridge. Jeszcze byśmy tu mieli
jakąś historię miłosną.
- A nawet gdyby? - spytała bardziej romantyczna połowa małżeństwa.
- Nic dobrego by z tego nie wyszło - zdecydowanie odpowiedział dziedzic.
- Osborne otrzyma wykształcenie na najwyższym poziomie, odziedziczy
majątek, a poza tym jest Hamleyem z Hamley. A to nie bagatela, bo żadna
rodzina w okolicy nie jest od nas starsza ani nie zajmuje swej
posiadłości równie długo. Osborne może mieć każdą dziewczynę. Gdyby lord
Hollingford miał córkę, nasz syn byłby świetnym kandydatem na jej męża.
Nic by mu nie przyszło z zakochania się w córce Gibsona. Nigdy bym nie
pozwolił na ten związek, więc lepiej, że go tu nie ma.
- Chyba masz rację, mówiąc, że on może mierzyć wyżej.
- Może? Musi! - Dziedzic dla podkreślenia mocy swej decyzji uderzył
dłonią w stojący obok stolik z takim łomotem, że przez kilka minut serce
jego żony trzepotało w piersi. - Natomiast jeśli chodzi o Rogera -
kontynuował nieświadomy, w jakie dygotanie ją wpędził - to będzie musiał
sam się przebijać przez życie i na siebie zarobić. A w Cambridge nie
idzie mu tak jak Osbornowi. Lepiej więc, żeby nawet nie myślał o miłości
jeszcze przez co najmniej dziesięć lat.
- No, chyba że poślubi posag - zauważyła pani Hamley, choć bardziej
chodziło jej o zagłuszenie palpitacji niż o wiarę w ten pomysł, bo
naturę miała pozbawioną praktycyzmu i romantyczną aż do przesady.
- Żaden z moich synów nigdy nie poślubi kobiety zamożniejszej niż on
sam, przynajmniej dopóki ja żyję - z emfazą zaznaczył dziedzic, lecz tym
razem udało mu się nie uderzyć w stół. - Oczywiście, gdyby doszedłszy do
trzydziestego roku życia, Roger miał pięćset funtów rocznego dochodu, to
wolno mu się ożenić z kobietą o posagu w wysokości dziesięciu tysięcy
funtów. Ale gdyby mój chłopak, z dochodem dwustu funtów, a tyle od nas
dostanie, a i to nieprędko, chciał się ożenić z kobietą mającą fortunę,
dajmy na to, sięgającą pięćdziesięciu tysięcy funtów, to ja się go
wyprę. Takie małżeństwo byłoby hańbą.
- A gdyby się kochali i szczęście mogliby znaleźć tylko w małżeństwie? -
spytała miękko pani Hamley.
- A tam! Nie zawracajmy sobie głowy miłością! My się kochaliśmy tak
szczerze, że żadne z nas nie mogłoby być szczęśliwe z kimś innym, ale to
zupełnie inna historia. Ludzie nie są już tacy jak w czasach naszej
młodości. Ta cała dzisiejsza miłość to jakieś durne wymysły i sentymenty. Przecież widzę, co się dzieje.
Pan Gibson poczynił wszystkie ustalenia związane z wizytą Molly w Hamley, nie informując jej o tych planach aż do ranka tego dnia, na
który wyznaczony był wyjazd. Zwrócił się do córki:
- Molly, dziś po południu jedziesz do Hamley. Pani dziedzicowa
chciałaby, abyś do niej przyjechała na tydzień lub dwa, a mnie idealnie
pasuje, aby te odwiedziny miały miejsce właśnie teraz.
- Jechać do Hamley? Dzisiaj po południu? Tatusiu, skrywasz przede mną
jakieś dziwne powody, jakąś tajemnicę czy coś takiego! Powiedz mi, o co
chodzi. Jechać do Hamley na tydzień lub dwa! Przecież do tej pory nigdy
nie opuszczałam domu bez ciebie.
- To prawda. Ale myślę, że nigdy też nie chodziłaś, zanim nie postawiłaś
stóp na podłodze. Zawsze w życiu jest ten pierwszy raz.
- Ten wyjazd ma coś wspólnego z listem skierowanym do mnie, tym, który
mi zabrałeś z rąk tak szybko, że nawet nie zdążyłam spojrzeć, czyj
charakter pisma był na kopercie. - Wpatrywała się szarymi oczami w twarz
ojca z taką intensywnością, jakby chciała wydrzeć mu ten sekret.
Uśmiechnął się lekko i zażartował:
- Robi się z ciebie czarownica, gąsko!
- A więc jednak. Ale jeśli to był list od pani Hamley, dlaczego nie
pozwoliłeś mi go przeczytać? Już tamtego dnia... Kiedy to było? W czwartek?... zastanawiałam się, co ci chodzi po głowie. Kręciłeś się tu
taki zamyślony i jakby zmartwiony. Trochę jak konspirator. Powiedz mi,
tatusiu - podeszła, przyjmując błagalny ton - dlaczego nie pozwoliłeś mi
zobaczyć tej kartki? I dlaczego mam tak nagle jechać do Hamley?
- Nie chcesz jechać? Wolałabyś zostać?
Gdyby odpowiedziała, że nie chce jechać, byłby raczej zadowolony.
Pokrzyżowałoby to jego plany i spowodowało sporo komplikacji, ale myśl o rozstaniu z nią nawet na tak krótki czas zaczynała mu doskwierać.
Odpowiedziała od razu:
- Nie jestem pewna. Myślę, że ten pomysł bardziej mi się spodoba, gdy
się z nim oswoję. Jestem po prostu zaskoczona, że tak nagle, tak
niespodziewanie... Jeszcze nie wiem, co o tym sądzić. Jedno, czego
jestem pewna, to że nie chcę się rozstawać z tobą, tato. Dlaczego mam
tam jechać?
- Gdzieś tam daleko siedzą sobie trzy staruszki i w tej właśnie chwili
myślą o tobie. Jedna trzyma w dłoniach kądziel i przędzie nić. Nagle
dochodzi do supła i zastanawia się, co z nim zrobić. Jej siostra ściska
nożyczki i chce, tak jak zawsze, gdy pojawia się jakiekolwiek zgrubienie
na gładkości nici, uciąć przędzę. Ale jest też ta trzecia, najmądrzejsza
z sióstr, która próbuje rozplątać węzeł. I to właśnie ona teraz
zdecydowała, że powinnaś pojechać do Hamley. Tamte dwie są całkowicie
przekonane co do słuszności argumentów siostrzycy. A zatem, skoro
boginie przeznaczenia zawyrokowały, że ta wizyta ma się odbyć, mnie i tobie nie pozostało nic innego, jak tylko się temu podporządkować.
- To wszystko nonsens, a ty, mówiąc tak, jeszcze bardziej wzbudzasz moją
ciekawość co do ukrytych motywów.
Pan Gibson raptownie porzucił żartobliwy ton i powiedział bardzo
poważnie:
- Jest pewien powód, ale wolałbym go nie wyjawiać. A skoro tak ci
powiedziałem, chciałbym, abyś zachowała się szlachetnie i postarała
nawet nie próbować się domyślić, co mną kierowało, i żebyś nie siliła
się poskładać razem odkrytych fragmentów, z których najprawdopodobniej
dowiedziałabyś się, co chciałem zataić.
- Skoro tak, tato, nie będę już więcej o tym myślała. Ale jest inna
sprawa, którą muszę cię podręczyć. W tym roku nie dostałam ani jednej
nowej sukienki, a wyrosłam ze wszystkich, które nosiłam zeszłego lata.
Mam tylko trzy, które nadają się do noszenia, i właśnie wczoraj Betty
stwierdziła, że powinnam mieć ich więcej.
- Ta, którą masz na sobie, jest chyba dobra, prawda? Ma taki śliczny
kolor.
- Tak, tato, ale - przytrzymała materię końcówkami palców, jakby
zamierzała tańczyć - jest uszyta z wełny i przez to ciepła i ciężka. A z każdym dniem robi się goręcej.
- Szkoda, że dziewczęta nie ubierają się jak chłopcy - zauważył z niecierpliwością pan Gibson. - Po czym mężczyzna ma poznać, że jego
córka potrzebuje nowych ubrań? A jeśli nawet to zauważy, to skąd ma
wiedzieć, jak ją wystroić?
- I to jest właśnie problem - przytaknęła bezradna dziewczyna.
- A nie mogłabyś pójść do panny Rose? Może ma jakieś gotowe sukienki dla
dziewcząt w twoim wieku?
- Do panny Rose? Ależ nigdy w życiu nic od niej nie miałam -
odpowiedziała zdumiona Molly, bo panna Rose była najwykwintniejszą
krawcową i modystką w miasteczku, a dotychczas wszystkie sukienki dla
Molly szyła w domu Betty.
- Zgoda, ale skoro ludzie najwyraźniej uważają cię za młodą kobietę,
powinnaś wzorem innych przedstawicielek swojej płci zacząć kolekcjonować
rachunki od modystki. Nie chcę przez to powiedzieć, że pozwalam ci na
kupowanie czegokolwiek, za co nie możesz zapłacić od razu gotówką.
Proszę, oto dziesięciofuntowy banknot. Idź do panny Rose lub do panny
Jak-Jej-Na-Imię i kup, co chcesz. Powóz przyjedzie tu po ciebie o drugiej, a jeśli w sklepie znajdziesz coś, co nie będzie całkowicie
gotowe, doślemy ci to do Hamley, bo przecież ktoś od nich przyjeżdża co
sobota na targ. Przestań! Nie masz mi za co dziękować. Nie chcę, żebyś
wydawała pieniądze. I nie chcę, żebyś wyjeżdżała i zostawiała mnie
samego. Będę za tobą tęsknił. Cały czas. Ale nie mam wyjścia. Jestem
zmuszony wysłać cię na tę wizytę i pozbyć się dziesięciu funtów na twoje
szmatki. No, znikaj. Jesteś zmorą mojego życia i postanowiłem, że
przestanę cię kochać tak szybko, jak mi się to uda.
- Tato - wycelowała w niego ostrzegawczo palec - znowu wracasz do tej
tajemnicy. I choć wierzę w moją szlachetność, do której się odwołałeś,
nie mogę obiecać, że nie ulegnie ona mojej ciekawości, którą ustawicznie
rozbudzasz, nawiązując do twego sekretu.
- Idź już i wydaj te dziesięć funtów. Oddałbym ci zresztą wszystko,
żebyś tylko była cicho.
Zasoby gotowych strojów panny Rose skojarzone z gustem Molly nie
zaowocowały wielkim sukcesem. Dziewczyna kupiła liliowy kreton, ponieważ
nadawał się do prania i był lekki oraz przyjemny w dotyku. Z tego
materiału Betty miała do soboty uszyć codzienną sukienkę. Natomiast na
uroczyste okazje i święta, przez które to określenie rozumiano
popołudnia i niedziele, panna Rose gorąco poleciła wielokolorowy,
jedwabny tartan, będący jej zdaniem ostatnim krzykiem mody w Londynie.
Molly uległa tym perswazjom, bo liczyła, że wybierając szkocką kratę,
sprawi przyjemność ojcu ze względu na jego pochodzenie, ale kiedy
wróciła do domu i zademonstrowała doktorowi próbkę tkaniny, krzyknął, że
ten wzór nie jest charakterystyczny dla żadnego klanu i jako pół-Szkotka
winna była wyczuć to fałszerstwo instynktownie. Było jednak zbyt późno,
aby dokonać zmiany materiału, gdyż panna Rose obiecała, że skroi
sukienkę natychmiast po wyjściu Molly.
Pan Gibson przez cały ranek kręcił się po miasteczku, zamiast odbywać
swą codzienną turę wizyt w odległych domostwach. Raz czy dwa minął córkę
na ulicy, ale zawsze znajdował się po przeciwnej stronie i nie zbliżał
do Molly, a tylko lekko kiwał jej głową. A potem szedł dalej, wyrzucając
sobie swą słabość, że czuje taki ból na samą myśl o jej nieobecności
przez dwa tygodnie.
"A przecież i tak - doszedł do wniosku - gdy ona wróci, będę wciąż stał
przed tym samym problemem, przynajmniej jeśli ten nawiedzony Romeo nadal
będzie przekonany, że ta jego fantazja to prawdziwa miłość. Nadejdzie
bowiem dzień jej powrotu, a jeśli on wyobrazi sobie, że jest stały w uczuciach, to będę musiał wymyślić inny fortel". I zaczął nucić melodię
z Opery żebraczej:
Ciekawym, kto umiałby taką wychować dziewuchę!10
VI Wizyta u Hamleyów
VI
Wizyta u Hamleyów
Wiadomość o zbliżającym się wyjeździe panny Gibson obiegła dom lotem
błyskawicy jeszcze przed obiadem, który podawano o godzinie pierwszej.
Ponure oblicze pana Coxe'a natychmiast wywołało wewnętrzną irytację
doktora i skutecznie pozbawiło go apetytu. Udało mu się jednak
ograniczyć do rzucania młodzieńcowi ostrych spojrzeń pełnych wyrzutu za
tak ostentacyjne okazywanie melancholii. Na szczęście oczy Molly były na
to zamknięte - zbyt zajmowały ją własne troski, by poświęciła choć jedną
myśl otoczeniu, a najbardziej przygnębiała ją świadomość, że upłynie
wiele dni, zanim będzie mogła ponownie zasiąść do posiłku w towarzystwie
ojca.
Wyznała mu to, gdy po skończonym obiedzie siedzieli sami w bawialni,
nasłuchując odgłosu kół powozu z Hamley. Ojciec się roześmiał i powiedział:
- Wybieram się jutro do pani Hamley i przypuszczam, że zjem tam lunch.
Wynikałoby z tego, że nie będziesz musiała bardzo długo czekać, zanim
ponownie ujrzysz karmienie dzikiej bestii.
Usłyszeli zbliżający się pojazd.
- Och tatusiu! - zawołała Molly, chwytając go za rękę. - Teraz, gdy ta
chwila nadeszła, wiem już, że wcale nie chcę tam jechać.
- Co za bzdura! Nie pozwalajmy, aby rządziły nami jakieś sentymenty.
Masz klucze? To w tej chwili istotniejsze.
Tak, miała klucze i sakiewkę. Jej mały kuferek został ułożony na
siedzeniu koło woźnicy. Ojciec podał jej dłoń i pomógł wsiąść do powozu,
drzwiczki zamknięto i odjechała, tak po wielkopańsku samotna. Oglądała
się wstecz i posyłała ojcu ręką pocałunki, a on stał przy furtce i mimo
swej deklarowanej pogardy dla sentymentów patrzył za powozem, aż ten
zniknął mu z oczu. A potem wrócił do gabinetu, by stwierdzić, że nie
tylko on żegnał Molly spojrzeniem; pan Coxe nadal stał przy oknie i błędnym wzrokiem wpatrywał się w pustą drogę, na której zniknęła jego
dulcynea. Pan Gibson wyrwał go z tego rozmarzenia ostrą, a nawet kąśliwą
uwagą w kwestii jakiegoś zaniedbania obowiązków sprzed kilku dni. Tej
nocy doktor uparł się, by czuwać przy łóżku chorej dziewczynki, której
rodzice byli wycieńczeni wieloma bezsennymi nocami, następującymi po
dniach wypełnionych ciężką pracą.
Początkowo Molly trochę popłakiwała, ale niebawem przywołała się do
porządku, gdy uświadomiła sobie, jak bardzo te łzy zdenerwowałyby ojca.
Szybka jazda wygodnym ekwipażem okazała się bardzo przyjemna.
Zieleniejącą dróżkę, którą jechali, obrastały dzikie róże i wiciokrzewy
tak świeże i bujne, że dziewczyna chciała poprosić woźnicę, by się
zatrzymał i pozwolił jej zebrać kwiaty na wonny bukiet. Zaczęła lękać
się tego, co czeka ją na końcu tej siedmiomilowej podróży, choć jedyną
realną troską była pewność, że wybrany tartan nie jest autentycznie
szkocki, oraz wątpliwość, czy panna Rose uszyje sukienkę w obiecanym
terminie. W końcu dotarli do wioski: kilka domków rozrzuconych wzdłuż
drogi, stary kościół wśród zieleni i niewielka gospoda. W połowie drogi
między nią a kościelną furtką rosło wielkie drzewo, którego pień
otaczała ławka, a niedaleko wejścia do świątyni pyszniły się sztywne
lewkonie. Molly już od dłuższego czasu jechała przez teren nieznany jej
z przejażdżek konnych, ale domyśliła się, że to wioska Hamley; dwór
musiał znajdować się gdzieś w pobliżu.
Po kilku minutach skręcili w bramę i jechali najpierw wzdłuż łąk
dojrzewających do sianokosów - nie był to jeden z owych
arystokratycznych parków pełnych zwierzyny. Dotarli do wiekowego budynku
z czerwonej cegły, oddalonego o niecałe trzysta jardów od głównego
traktu. W powozie wysłanym po Molly nie było lokaja, ale jeszcze zanim
podjechali, poważny służący ukazał się przy drzwiach, gotów powitać
spodziewanego gościa i zaprowadzić młodą damę do bawialni, gdzie czekała
na nią pani domu.
Pani Hamley uniosła się z sofy, by przyjaźnie powitać pannę Gibson.
Przytrzymała rękę dziewczyny w swoich dłoniach długo po tym, jak
skończyła mówić, i wpatrywała się w jej twarz z intensywnością,
nieświadoma, że tym spojrzeniem wywołała lekki rumieniec na dotychczas
bladych policzkach Molly.
- Jestem pewna, że będziemy prawdziwymi przyjaciółkami - odezwała się
w końcu. - Podoba mi się twoja twarz, a z zasady pozwalam sobie ulegać
pierwszemu wrażeniu. Pocałuj mnie, moja droga.
Znacznie łatwiej było przejść do czynów niż pozostawać pasywną w tym
procesie "zawierania dozgonnej przyjaźni", i Molly z radością ucałowała
uniesioną w jej stronę miłą, przejrzystą twarz.
- Zamierzałam osobiście po ciebie pojechać, ale upał mnie męczy i czułam, że nie podołam takiemu wysiłkowi. Mam nadzieję, że miałaś
przyjemną przejażdżkę?
- Bardzo - odparła panna Gibson z nieśmiałą zwięzłością.
- Zaprowadzę cię teraz do twojego pokoju. Umieszczę cię blisko siebie.
Pomyślałam, że będzie ci to odpowiadało, choć ten pokój jest mniejszy od
innych.
Wstała ociężale, owinęła swą wciąż elegancką figurę lekkim szalem i zaprowadziła Molly na górę. Sypialnia dziewczyny sąsiadowała z dziennym
pokojem pani Hamley, z którego kolejne drzwi prowadziły do sypialni pani
domu. Pokazała pannie Gibson, jak łatwo mogą się ze sobą komunikować, i oznajmiła, że poczeka na nią we wspólnej bawialni. Wyszła, zamykając
drzwi, a Molly została sama i zaczęła zaznajamiać się z otoczeniem.
Przede wszystkim podeszła do okna. Poniżej zobaczyła ogród kwiatowy, a za nim łąkę porośniętą dojrzewającymi trawami, które falując, owiewane
lekkim zefirkiem, mieniły się barwami. Z boku po jednej stronie stały
wielkie stare drzewa, a za nimi, tak daleko, że można to było dostrzec,
jedynie stając z boku parapetu lub wychylając się przez otwarte okno,
srebrzyła się tafla jeziora, odległego od domu o ćwierć mili.
Naprzeciwko drzew widok był ograniczony starymi murami i stromymi
dachami rozległych budynków gospodarczych. Rozkoszną ciszę letniego
popołudnia zakłócały tylko śpiewy ptaków i bliższy od nich szum
uwijających się przy pracy pszczół. Wsłuchując się w te dźwięki, które
wzmacniały wrażenie niesamowitego bezruchu, i próbując odgadnąć kształty
skrywające się w dali lub w cieniu, Molly straciła poczucie czasu; do
teraźniejszości przywołały ją głosy w sąsiednim pokoju - ktoś ze
służących rozmawiał z panią Hamley. Dziewczyna pospiesznie rozpakowała
swój kuferek, umieszczając skromną garderobę w szufladach ślicznej
staroświeckiej komody, która miała jej jednocześnie służyć jako
toaletka. W ogóle wszystkie meble w tym pokoju były staromodne i tak
zadbane, jak to tylko możliwe. Perkalowe zasłonki uszyto z indyjskiej
bawełnianej surówki, popularnej w ubiegłym stuleciu; kolory prawie
zupełnie wyblakły, ale sama tkanina wprost lśniła czystością. Tuż przy
łóżku leżał wąziutki dywanik, poza nim drewniana podłoga była odkryta;
wykonano ją z równych desek dębowych, tak starannie ze sobą połączonych,
że nawet najdrobniejszy pyłek kurzu nie zdołałby się między nie wcisnąć.
W pokoju nie było żadnych nowomodnych udogodnień: biureczka, sofy czy
trema. Jeden z kątów zajmował stojak z indyjskim dzbanem wypełnionym
pot-pourri, którego aromat wymieszany z zapachem pnącego się tuż za
oknem kapryfolium napełniał pokój wonią wspanialszą, niż mogłyby to
sprawić najwykwintniejsze perfumy czy wody toaletowe. Molly rozłożyła na
łóżku swą białą sukienkę - zeszłoroczną, z której nieco wyrosła -
przymierzając się do nieznanej sobie ceremonii przebierania się do
kolacji. Gdy poprawiła strój i fryzurę, wzięła do ręki elegancką robótkę
przeznaczoną do pracy w towarzystwie i delikatnie otworzyła drzwi do
bawialni. Pani Hamley leżała na sofie.
- Czy zostaniemy u góry, kochanie? Myślę, że tu jest przyjemniej niż na
dole, a poza tym nie będę zmuszona ponownie wspinać się po schodach, aby
się przebrać do kolacji.
- Oczywiście, z wielką chęcią - odrzekła Molly.
- Przyniosłaś robótkę, jak na dobrą panienkę przystało - zauważyła pani
Hamley. - Ja nie szyję dużo. Tyle czasu spędzam sama; moi dwaj chłopcy
są w Cambridge, a dziedzic całymi dniami przebywa na zewnątrz. I prawie
zapomniałam, jak szyć, bo to przecież towarzyskie zajęcie. Ale za to
mnóstwo czytam. Lubisz czytać?
- To zależy od książki - odpowiedziała Molly. - Niestety, obawiam się,
że nie przepadam za tym, co tatuś nazywa poważną lekturą.
- Ale na pewno kochasz poezję! - podekscytowana pani domu prawie jej
przerwała. - Byłam tego pewna, gdy tylko zobaczyłam twoją twarz. Znasz
ten ostatni wiersz pani Hemans? A może chciałabyś, bym ci go
przeczytała?
Zaczęła czytać. Molly nie była aż tak pochłonięta poematem, by
uniemożliwiło jej to rozglądanie się po pokoju. Styl mebli zbliżony był
do tych znajdujących się w jej sypialni: staromodne, wykonane z solidnych materiałów i nienagannie czyste; ich wiek i cudzoziemski
wygląd przydawały całemu apartamentowi malowniczości i przytulności. Na
ścianach wisiały portrety wykonane ołówkiem i dziewczynie zdało się, że
na jednym z nich dostrzega młodą i piękną panią Hamley. W końcu
zainteresowała się czytanym utworem i, opuściwszy robótkę na kolana,
wsłuchiwała się w słowa wiersza dokładnie z taką uwagą, jakiej mogła
sobie życzyć samozwańcza recytatorka. Gdy po skończonej deklamacji Molly
wyraziła słowa podziwu, pani domu odpowiedziała:
- Myślę, że powinnam ci któregoś dnia przeczytać niektóre z wierszy
Osborne'a. W absolutnej konfidencji, oczywiście. Moim zdaniem są co
najmniej tak samo dobre jak wiersze pani Hemans.
Bycie "prawie tak samo dobrym jak pani Hemans" oznaczało w tamtych
dniach to, co dzisiaj rozumiemy, mówiąc, że ktoś jest "prawie tak samo
dobry jak Tennyson". Molly spojrzała na gospodynię z żywym
zainteresowaniem.
- Pan Osborne Hamley? Pani syn pisze poezje?
- Tak. Naprawdę uważam, że mam prawo mówić o nim jako o poecie. To
bardzo błyskotliwy i mądry młodzieniec. Ma poważne szanse na członkostwo
w Trinity11. Mówił mi ostatnio, że jest pewien swej wysokiej
lokaty wśród wranglerów12 i może nawet zdobędzie jeden z medali Kanclerza13. Oto jego podobizna - ta, która wisi na
ścianie za tobą.
Molly się odwróciła i zobaczyła jeden z ołówkowych szkiców,
przedstawiający dwóch chłopców w dziecięcych spodenkach, kurteczkach i wyłożonych na nie kołnierzykach. Starszy siedział i coś w skupieniu
czytał, podczas gdy młodszy stał za bratem i wyraźnie usiłował
przyciągnąć uwagę czytającego, wskazując coś, co znajdowało się poza
pokojem, w którym teraz siedziały obie panie; Molly udało się rozpoznać
pomieszczenie po kilku meblach, których zarysy nakreślono na rysunku.
- Podobają mi się ich twarze - oznajmiła. - Sądzę, że rysunek powstał
tak dawno, iż mogę mówić o podobieństwie tych postaci do pani, jakby
byli kimś innym, a nie pani synami, prawda?
- Oczywiście - odpowiedziała pani Hamley, gdy tylko zrozumiała sens
pytania. - Powiedz mi szczerze, co o nich myślisz, kochana. Porównanie
twoich opinii z tym, jacy są naprawdę, może mi przysporzyć sporo
rozrywki.
- Ależ nie chodziło mi o odgadywanie ich charakteru! Nie umiałabym tego
dokonać! A poza tym to by była impertynencja. Chciałam się tylko
wypowiedzieć na temat ich twarzy, tego, jak ich widzę.
- A co o nich myślisz?
- Starszy chłopiec, ten czytający, jest bardzo ładny. Nie mogę w pełni
wyrokować o jego twarzy, bo trzyma głowę pochyloną i nie widzę oczu. To
pan Osborne Hamley, który pisze wiersze?
- Tak. Nie jest już taki ładny, choć był naprawdę pięknym dzieckiem.
Roger nigdy nie mógł się z nim równać.
- To prawda. Nie jest przystojny. A jednak podoba mi się jego twarz. I oczy: takie poważne i uroczyste. A reszta twarzy jest raczej wesoła.
Wygląda na zbyt solidnego i spokojnego, zbyt dobrego, by kusić brata i namawiać go do opuszczenia lekcji.
- Ale to nie była lekcja! Pamiętam to dokładnie. Pan Green, malarz,
pewnego dnia zobaczył Osborne'a czytającego poezje, podczas gdy Roger
usiłował namówić go na wyjście na dwór i przejażdżkę wózkiem do siana. I to miał być motyw przewodni obrazu, mówiąc profesjonalnie. Roger nie
przepada za czytaniem, a w każdym razie nie przepada za czytaniem
poezji. Romansów też nie lubi. Za to uwielbia nauki przyrodnicze i dlatego, podobnie jak jego ojciec, spędza mnóstwo czasu poza domem. A gdy zostaje w nim, ciągle czyta takie wielkie naukowe księgi, które
traktują o jego pasji. To dobry, porządny chłopak i mamy z niego
pociechę, choć nie liczymy, że zrobi tak olśniewającą karierę jak jego
brat.
Molly próbowała odnaleźć teraz w podobiznach chłopców oznaki tych cech,
o których mówiła pani Hamley. Na takich pytaniach i odpowiedziach
związanych z obrazami wiszącymi w pokoju miło upłynął im czas, aż
zabrzmiał dzwonek przypominający, że nadeszła pora przebierania się do
kolacji, którą w Hamley jadano o szóstej.
Panna Gibson poczuła zmieszanie, gdy w jej sypialni pojawiła się
pokojówka, przysłana przez panią Hamley do pomocy przy wieczornej
toalecie. "Spodziewają się, że okażę
się modną i elegancką damą - nie przestawała się dręczyć. - Jeśli tak,
to czeka ich zawód. Och, tak bym chciała, aby moja tartanowa sukienka
już tu dotarła!"
Po raz pierwszy w życiu spojrzała na swe odbicie w lustrze z niepokojem.
Zobaczyła drobną, szczupłą postać, która zapowiadała się na wysoką. Cera
była o ton za ciemna, by można ją było nazwać kremową, ale istniała
szansa, że za rok lub dwa osiągnie ten odcień. Gęste czarne loki
związane były na karku różową wstążką, a wywinięte ciemne rzęsy okalały
szare podłużne oczy w kształcie migdałów.
"Chyba nie jestem ładna - pomyślała Molly, odwracając się od lustra. -
Nie jestem pewna, ale chyba nie". Nie miałaby tych wątpliwości, gdyby,
zamiast tak sumiennie i dokładnie analizować własne odbicie, po prostu
przywołała na twarz swój radosny, promienny uśmiech, błyskając
nieskazitelnymi zębami i pokazując dołeczki na policzkach.
Na parterze odnalazła drogę do bawialni i miała wystarczająco dużo
czasu, by rozejrzeć się po jej wnętrzu i próbować zadomowić w nowym
miejscu. Pokój miał około dwunastu metrów długości i wypełniały go
wysokie krzesła o patykowatych nogach i stoliki typu pembroke. Zasłony
uszyte były z wiekowego żółtego atłasu, z tego samego okresu pochodził
dywan, tak przetarty, że miejscami prześwitywały deski podłogi.
Żardyniery z roślinami, wielkie wazy z kwiatami, stara indyjska
porcelana i serwantki sprawiały, że bawialnia była swojska i przyjemna.
Dodatkowo wrażenie to potęgowało pięć wysokich okien usytuowanych na
jednej ze ścian, które wychodziły na najpiękniejszy - przynajmniej za
taki był uważany - fragment ogrodu kwiatowego: obezwładniająco kolorowe,
geometrycznie rozplanowane rabaty skupiające się wokół zegara
słonecznego. Nagle do pokoju wszedł dziedzic w swym codziennym stroju.
Zatrzymał się w progu, jakby zaskoczył go widok biało ubranej obcej
postaci w jego domu. Rychło oprzytomniał, nie na tyle szybko jednak, by
Molly nie zdążyła poczuć fali gorąca, i zawołał:
- A niech mnie! Całkiem o panience zapomniałem! Bo jest pani panną
Gibson, córką doktora, prawda? Przyjechała pani z wizytą. Ależ jestem
kontent, moja droga!
Każde z nich ruszyło ze swego miejsca i spotkali się w połowie pokoju, a dziedzic z przyjazną żarliwością potrząsał dłonią dziewczyny, chcąc
najwyraźniej zrekompensować jej to, że w pierwszej chwili jej nie
rozpoznał.
- Muszę iść i się przebrać - stwierdził, spojrzawszy na swe ubłocone
sztylpy. - Mojej pani bardzo na tym zależy. To jeden z tych jej
londyńskich zwyczajów i w końcu udało jej się nagiąć mnie do nich. To
niezły pomysł, żeby się trochę dostosować do towarzystwa dam. Czy pani
ojciec przebiera się do kolacji, panno Gibson? - rzucił pytanie i nie
czekając na odpowiedź, pospiesznie wyszedł z bawialni, by zająć się swą
"tualetą".
Kolację spożyli przy małym stole w wielkim pokoju. Było w nim tak
niewiele mebli, a samo pomieszczenie tak przestronne, że Molly zaczęła
tęsknić za kameralnością jadalni w jej domu. Można się obawiać, że zanim
uroczysty posiłek w Hamley Hall dobiegł końca, ckniło się jej także do
stłoczonych w domu doktora krzeseł i stołów, pospiesznej kolacji,
swobodnego zachowania domowników, którzy zdawali się jeść jak
najszybciej, by móc bez zwłoki powrócić do przerwanej posiłkiem pracy.
Teraz usiłowała przekonać samą siebie, że o szóstej wszystkie sprawy
dnia są z pewnością załatwione i ludzie mają prawo się ociągać, jeśli to
im odpowiada. Mierzyła wzrokiem odległość od bocznego kredensu do stołu
i żałowała tych, którzy musieli przenosić jedzenie w tę i z powrotem. Ta
kolacja znużyła ją, a męczarnia była tym dłuższa, że dziedzic lubił
zwlekać przy stole, choć pani Hamley wyglądała na zmęczoną. Jadła chyba
nawet mniej niż Molly, posłała po wachlarz oraz sole trzeźwiące i zabawiała się nimi do chwili, gdy w końcu zdjęto obrus, a na
politurowanym mahoniowym blacie, świecącym niczym lustro, pojawił się
deser.
Do tej pory dziedzic był zbyt zajęty jedzeniem, by się odzywać, i milczał, przerywając ciszę jedynie kilkoma zdaniami na temat posiłku i wzmianką o wydarzeniach gospodarskich dnia - lubił jego zwykłą
monotonię, która czasami przygnębiała jego żonę. Teraz obierał
pomarańczę i zwrócił się do Molly:
- Jutro, panno Gibson, spodziewam się, że to pani odda mi tę przysługę.
- Z przyjemnością zajmę się tym już dzisiaj, jeśli miałby pan takie
życzenie.
- Nie. Dzisiaj jest pani gościem i okażę pani należne względy. Ale od
jutra będę miał dla pani zlecenia i będę mówił do pani po imieniu.
- Będę bardzo szczęśliwa - odrzekła.
- Marzyłam o tym, by móc nazywać cię mniej formalnie niż "panna Gibson"
- odezwała się pani Hamley.
- Mam na imię Molly. To staroświeckie zdrobnienie, bo na chrzcie
otrzymałam imię Mary. Ale mój tata woli Molly.
- Ma rację. Trzeba się trzymać starych, dobrych imion, moja droga -
stwierdził dziedzic.
- A ja przyznam, że bardziej podoba mi się Mary. I wydaje mi się, że to
tak samo stare imię jak Molly - powiedziała pani Hamley.
- Myślę, że nazwano mnie tak - wyjaśniła dziewczyna, zniżając głos i spuszczając oczy - bo mama miała na imię Mary. Kiedy żyła, nazwano mnie
Molly.
- Och, biedaczka - westchnął dziedzic, nie zauważając, że żona daje mu
gwałtowne znaki, by zmienił temat. - Pamiętam, jaka nas wszystkich
ogarnęła żałość, gdy zmarła. Nikomu nie przyszło do głowy, że mogła być
słabowita - miała taką świeżą cerę, taka była rumiana. A tu nagle raz-dwa i już jej nie było.
- To musiał być straszny cios dla twojego taty - wtrąciła miękko pani
Hamley, widząc, że panna Gibson nie wie, co powiedzieć.
- Tak, tak. To przyszło tak szybko, niedługo byli małżeństwem - dodał
dziedzic.
- Myślałam, że to było cztery lata po ich ślubie - zdziwiła się Molly.
- Właśnie mówię. Cztery lata to niedługo, zwłaszcza dla pary, która
zamierzała spędzić ze sobą całe życie. Wszyscy myśleli, że Gibson
wkrótce powtórnie się ożeni.
- Ććć - próbowała uciszyć męża pani Hamley, bo zauważyła, że pod wpływem
tego całkowicie nowego pomysłu policzki Molly pociemniały, a w oczach
błysnęło zdumienie. Niestety, niełatwo było pohamować dziedzica.
- Może byłoby lepiej, gdybym tego nie mówił, ale to prawda. Tak
myśleliśmy. Teraz to już się chyba nie ożeni, więc w końcu można to
powiedzieć na głos. Przekroczył już czterdziestkę, prawda?
- Ma czterdzieści trzy lata. I nie wierzę, że kiedykolwiek myślał o powtórnym małżeństwie. - Molly powróciła do tematu, tak jak zwykle
powracamy do myśli o niebezpieczeństwie, które minęło, a z którego nie
zdawaliśmy sobie sprawy.
Pani Hamley ją poparła:
- Ja też w to nie wierzę. Twój tata wygląda na mężczyznę, który
pozostanie wierny pamięci pierwszej żony. Nie zwracaj uwagi na to, co
mówi dziedzic.
- Wiesz co? - zaperzył się jej mąż. - Lepiej już idź, jeśli zamierzasz
uczyć pannę Gibson nieliczenia się z panem domu.
Molly przeszła do bawialni razem z panią Hamley, ale bieg jej myśli się
nie zmienił. Nie potrafiła przestać rozpatrywać zagrożenia, choć uznała
je za minione, i zdumiewała się własną głupotą, bo nigdy dotąd nie
przyszło jej do głowy, że ojciec mógłby chcieć ożenić się po raz drugi.
Czuła, że na uwagi pani Hamley odpowiada skrótowo i w roztargnieniu.
- Tatuś idzie z panem dziedzicem! - krzyknęła nagle.
Rzeczywiście obaj szli przez ogród kwiatowy od strony podwórza
stajennego, a ojciec otrzepywał szpicrutą swe botforty, aby nadawały się
do zaprezentowania w pokoju pani Hamley. Wyglądał tak zwyczajnie, tak po
domowemu zwyczajnie, że jego nagłe pojawienie się było
najskuteczniejszym sposobem rozproszenia upiornego i chyba urojonego
strachu przed nową żoną, który zaczynał ogarniać wyobraźnię jego córki.
Radosna świadomość, że tata nie spoczął, dopóki osobiście się nie
przekonał, jak ona się czuje w nowym miejscu, zagościła w sercu
dziewczyny, choć odzywał się do niej niewiele, a jeśli już, to
żartobliwym tonem. Po odjeździe ojca dziedzic zaczął uczyć Molly gry w kribydż, a jej nastrój poprawił się tak dalece, że mogła poświęcić nauce
całą uwagę. Pan Hamley nie przestawał paplać; częściowo jego gadanina
dotyczyła gry, częściowo drobnych zdarzeń, o których sądził, że mogą ją
zainteresować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Lekka bawełniana tkanina o atłasowym splocie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
2. Powieść powstała w latach 1864-1866, a jej akcja rozpoczyna się w 1822 roku, kiedy Molly ma 12 lat - urodziła się w tym samym roku co autorka, 1810. [wróć]
3. Ustawa o reformie wyborczej z 1832 r. zapewniająca odpowiednią reprezentację w Izbie Gmin ośrodkom przemysłowym na północy kraju i przyznająca prawa wyborcze klasie posiadaczy w miastach; do tej pory władza związana była z posiadaniem ziemi. [wróć]
4. Powieść Samuela Richardsona z 1753 r., której bohater stał się symbolem galanterii i dobrych manier. [wróć]
5. Che sara, sara - Co będzie, to będzie (wł.). [wróć]
6. Trzydzieści Dziewięć Artykułów Wiary - podstawa wyznania anglikańskiego. [wróć]
7. Luźny związek siedmiu germańskich państw istniejący w Brytanii we wczesnym średniowieczu. [wróć]
8. Bajka Ezopa o ośle, który zazdrościł losu małemu pokojowemu pieskowi. Urządził popis sztuczek, naśladując pieska, ale zrobił przy tym wiele szkód i poniósł karę. [wróć]
9. Postać z The Faerie Queen Edmunda Spensera - jest symbolem czystości, a także Kościoła anglikańskiego. [wróć]
10. Opera żebracza Johna Gaya (1728), akt 1, scena 1, przeł. Julian Żuławski. [wróć]
11. Studenci, którzy zdobyli wysoką lokatę podczas egzaminów, mogli się starać o członkostwo w swoim kolegium (tu: Trinity College na uniwersytecie w Cambridge), co wiązało się z określonym rocznym dochodem. [wróć]
12. Wranglerzy - studenci z najwyższymi ocenami z egzaminu matematycznego w Cambridge; student z pierwszą lokatą był seniorem wranglerem. [wróć]
13. Przyznawano dwa medale Kanclerza Uniwersytetu w dziedzinie filologii klasycznej i jeden w dziedzinie poezji angielskiej. [wróć]