Żony i córki - Elizabeth Gaskell

Kup ebooka

76.50 zł
63.50 zł (53,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I Świąteczny poranek

I

Świą­teczny pora­nek

Koro­wód dzie­ciń­stwa każ­dego z nas zaczyna się od tej samej wyli­czanki: w pew­nym kraju było hrab­stwo, w tym hrab­stwie było mia­sto, w tym mie­ście był dom, w tym domu był pokój, w tym pokoju było łóżko. A w tym łóżku leżała sobie mała dziew­czynka; prze­bu­dzona i rześka marzyła o tym, by już wstać. Nie pozwa­lała jej na to pewna nie­wi­dzialna siła znaj­du­jąca się w sąsied­nim pokoju - nie­jaka Betty, któ­rej spra­wie­dli­wego snu pod żad­nym pozo­rem nie wolno było zakłó­cać aż do godziny szó­stej. O tej wła­śnie porze owa siła budziła się sama "z aku­rat­no­ścią zegara" (jak twier­dziła) i wszelki spo­kój opusz­czał całe gospo­dar­stwo domowe na resztę dnia. Był czer­wiec i dla­tego, mimo wcze­snego poranka, pokój prze­peł­niało sło­neczne cie­pło i świa­tło.

Mała Molly Gib­son leżała w łóżeczku osło­nię­tym lek­kimi kota­rami z bia­łej dymki1, a po prze­ciw­nej stro­nie jej sypia­lenki stała komoda, na któ­rej bla­cie znaj­do­wało się coś, co od biedy można by nazwać sto­ja­kiem na kape­lu­sze. Zwi­sał z niego cze­pek, z obawy przed jakimś zabłą­ka­nym pył­kiem kurzu sta­ran­nie okryty wielką baweł­nianą chu­stą z tak gru­bej i cięż­kiej tka­niny, że gdyby to, co jest pod spodem, stwo­rzono z deli­kat­nego tiulu, koronki i kwia­tów, zosta­łoby dosłow­nie "zmia­zgo­wane" (ponow­nie przy­wo­łu­jąc okre­śle­nie Betty). Na szczę­ście cze­pek wyko­nany był z porząd­nej słomki i jedyną jego ozdobę sta­no­wiła zwy­kła biała wstążka oka­la­jąca główkę i słu­żąca jako wią­za­nie. Wspo­mnieć też należy o deko­ra­cji z papie­ro­wego fili­granu, któ­rej każde marsz­cze­nie Molly znała na pamięć, bo czyż nie wyko­nała jej oso­bi­ście poprzed­niego wie­czoru, wkła­da­jąc w to wiele wysiłku? Ileż sta­rań poświę­ciła tej błę­kit­nej kokardce - pierw­szej tak wspa­nia­łej ozdo­bie swego nakry­cia głowy!

Naresz­cie szó­sta! Z werwą oznaj­mił to uro­czy dźwięk kościel­nych dzwo­nów, wzy­wa­jąc miesz­kań­ców do pod­ję­cia codzien­nych zajęć, tak jak działo się to od wie­ków. Molly wysko­czyła z łóżka i bosymi stóp­kami pod­bie­gła do komody. Unio­sła chustkę i zapa­trzyła się w cze­pek - zapo­wiedź roz­ko­szy nad­cho­dzą­cego dnia. Zaraz potem ruszyła w stronę okna i po kilku szarp­nię­ciach udało jej się otwo­rzyć skrzy­dło, aby wpu­ścić do środka słod­kie poranne powie­trze. Rosa znik­nęła już z kwia­tów w ogro­dzie, ale na­dal per­liła się w wyso­kiej tra­wie pobli­skiej łąki. Z dru­giej strony roz­cią­gało się nie­wiel­kie mia­steczko Hol­ling­ford, na któ­rego ulicę otwie­rały się fron­towe drzwi domu pana Gib­sona. Na nie­bie zaczęły się poja­wiać deli­katne smugi i małe obłoczki dymu, wydo­by­wa­jące się z komi­nów tych domostw, gdzie kobiety już wstały i przy­go­to­wy­wały śnia­da­nia dla żywi­cieli rodziny.

Molly Gib­son myślała tylko o jed­nym: "Och, więc to będzie śliczny dzień! Tak się bałam, że ni­gdy, ni­gdy nie nadej­dzie! A jeśli nawet, to będzie wtedy padał deszcz!".

Czter­dzie­ści pięć lat temu2 przy­jem­no­ści dziecka w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście były bar­dzo pro­ste, a Molly musiała prze­żyć dwa­na­ście lat, zanim na jej hory­zon­cie poja­wiło się takie wyda­rze­nie, jakie wła­śnie się zbli­żało. Biedna mała! To prawda, że stra­ciła matkę, co wstrzą­snęło jej świa­tem i odmie­niło bieg życia, ale nie jest to zda­rze­nie, do któ­rego chcia­łoby się wra­cać, a poza tym była wtedy zbyt maleńka, by świa­do­mie przy­jąć tę stratę. Nato­miast przy­jem­ność, któ­rej spo­dzie­wała się dzi­siaj, miała być jej udzia­łem - po raz pierw­szy będzie uczest­ni­czyć w dorocz­nych uro­czy­sto­ściach w Hol­ling­for­dzie.

Nie­wielka, roz­pro­szona mie­ścina z jed­nej strony stop­niowo prze­cho­dziła w tereny wiej­skie, a z dru­giej gra­ni­czyła ze stró­żówką wiel­kiego parku. Tam, w pałacu, miesz­kali lord i lady Cum­nor - hra­bia i hra­bina, jak nazy­wali ich oko­liczni miesz­kańcy; w mia­steczku bowiem na­dal żywe były tra­dy­cje feu­dalne, kul­ty­wo­wane na wiele róż­nych spo­so­bów, na co dziś patrzymy z roz­ba­wie­niem, ale wtedy było to sprawą pierw­szej wagi. Działo się to przed przy­ję­ciem Reform Bill3 - ustawy zmie­nia­ją­cej ordy­na­cję wybor­czą - cho­ciaż toczyło się już sporo libe­ral­nych dys­ku­sji pomię­dzy kil­koma bar­dziej oświe­co­nymi pose­sjo­na­tami z Hol­ling­fordu. Była też jed­nak pewna zna­cząca rodzina tory­sów, która od czasu do czasu kwe­stio­no­wała waż­ność wyboru ich rywala, przed­sta­wi­ciela rodu Cum­no­rów, tylko dla­tego, że ten ostatni zali­czał się do grona zwo­len­ni­ków wigów. Można by pomy­śleć, że wypo­wia­da­nie przez owych postę­po­wych oby­wa­teli swych opi­nii będzie rów­no­znaczne z gło­so­wa­niem na Hely-Har­ri­sona, podzie­la­ją­cego ich poglądy. Ale nic z tego! Hra­bia był panem we dwo­rze i wła­ści­cie­lem więk­szo­ści terenu, na któ­rym zbu­do­wano mia­steczko, a on i jego domow­nicy byli żywieni, leczeni i, w pew­nym stop­niu, ubie­rani przez miesz­kań­ców Hol­ling­fordu. Już dziad­ko­wie ich ojców gło­so­wali na naj­star­szego syna z Cum­nor Towers, toteż oni, podob­nie jak przod­ko­wie, rów­nież odda­wali swój głos na lokal­nego pana na wło­ściach, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwagi na coś tak chi­me­rycz­nego jak sym­pa­tie poli­tyczne.

W cza­sach przed nasta­niem kolei nie był to by­naj­mniej odosob­niony przy­kład wpływu wiel­kich posia­da­czy ziem­skich na ich skrom­niej­szych sąsia­dów, a w oko­licy, gdzie prym wio­dła tak silna rodzina jak Cum­no­ro­wie, było to ze wszech miar korzystne. Hra­bio­stwo ocze­ki­wali posłu­szeń­stwa i pod­po­rząd­ko­wa­nia się ich decy­zjom, a ota­cza­nie ich kul­tem przez miesz­kań­ców mia­steczka trak­to­wali jako oczy­wi­stość i jedną z przy­słu­gu­ją­cych im pre­ro­ga­tyw. Praw­do­po­dob­nie ich skrajne zdu­mie­nie wywo­ła­łaby sytu­acja - zwłasz­cza że na­dal mieli w pamięci zbrod­nie fran­cu­skich san­kiu­lo­tów, które nazna­czyły grozą ich dzie­ciń­stwo - gdyby któ­ry­kol­wiek z miesz­kań­ców Hol­ling­fordu ośmie­lił się wyra­zić opi­nię prze­ciwną do zda­nia hra­biego. Pewni tego posłu­chu czy­nili jed­nak wiele dobrego dla mia­sta, byli łaskawi, a swym wasa­lom oka­zy­wali zazwy­czaj tro­skli­wość i życz­li­wość. Lord Cum­nor był wyro­zu­mia­łym wła­ści­cie­lem ziem­skim. Zda­rzało mu się cza­sami odsu­wać lekko swego zarządcę i brać ster rzą­dów we wła­sne ręce, ku iry­ta­cji admi­ni­stra­tora, który, należy dodać, był dosta­tecz­nie zamożny i nie­za­leżny, by nie sta­rać się za wszelką cenę pozo­stać na posa­dzie, gdzie jego decy­zje mogły być każ­dego dnia wywró­cone do góry nogami przez fana­be­rie szla­chet­nego milorda, znaj­du­ją­cego upodo­ba­nie w "szwen­da­niu się", jak zarządca z lek­ce­wa­że­niem mawiał pośród bez­piecz­nych ścian wła­snego domu. To szwen­da­nie odno­siło się do zwy­czaju milorda zada­wa­nia pytań swoim dzier­żaw­com i uży­wa­nia wła­snych oczu i uszu do oceny sytu­acji i podej­mo­wa­nia decy­zji na tere­nie swo­ich posia­dło­ści. Sami far­me­rzy jesz­cze bar­dziej lubili za to milorda, który spę­dzany w majątku czas poświę­cał w rów­nym stop­niu plot­ko­wa­niu, co nie­uda­nym inter­wen­cjom w spory pomię­dzy sta­rym zarządcą a dzier­żaw­cami.

Lady Cum­nor swą zdy­stan­so­waną god­no­ścią rekom­pen­so­wała ową mężow­ską sła­bostkę i tylko raz do roku oka­zy­wała łaska­wość. Ona i jej córki zało­żyły szkołę, ale nie według dzi­siej­szych pojęć, czyli jako miej­sce, gdzie dzieci rol­ni­ków i robot­ni­ków zdo­by­wają lep­szą wie­dzę niż potom­ko­wie wyżej uro­dzo­nych i upo­sa­żo­nych. Tamta była szkołą zawo­dową, w któ­rej dziew­częta przy­go­to­wy­wano do pro­fe­sji szwa­czek, słu­żą­cych lub cał­kiem nie­złych kucha­rek, a przede wszyst­kim uczono je wdzięcz­nego nosze­nia uni­formu, wymy­ślo­nego przez dobro­czynne panie z Cum­nor Towers: bia­łych czep­ków, bia­łych narzu­tek, far­tusz­ków w kratkę, nie­bie­skich sukie­nek, dygnięć i przy­tak­nięć "tak, pro­szę pani", w pełni zgod­nych z wymo­gami ety­kiety.

Po kilku latach hra­bina, która więk­szość czasu spę­dzała poza Towers, zwró­ciła się do pań w Hol­ling­for­dzie z ape­lem o współ­pracę i udział w wizy­to­wa­niu szkoły w trak­cie dłu­gich mie­sięcy nie­obec­no­ści jej i córek. Wiele pań dys­po­nu­ją­cych cza­sem odpo­wie­działo na wezwa­nie dzie­dziczki i oddało się do jej dys­po­zy­cji, czemu towa­rzy­szyły wypo­wia­dane szep­tem, entu­zja­styczne słowa podziwu: "Jak to wspa­nia­ło­myśl­nie ze strony hra­biny! Cała ona - zawsze myśli tylko o innych!". Było zro­zu­miałe, że żaden obcy przy­bysz nie może opu­ścić Hol­ling­fordu, nie zwie­dziw­szy przed­tem szkoły zało­żo­nej przez hra­binę, gdzie na kolana rzu­cał go widok ślicz­nych małych uczen­nic i ich jesz­cze ślicz­niej­szych robó­tek, które mu pre­zen­to­wano. W ramach rewanżu ze strony fun­da­torki każ­dego lata odby­wał się uro­czy­sty festyn, pod­czas któ­rego lady Cum­nor i jej córki z wynio­słą gościn­no­ścią przyj­mo­wały wizy­ta­torki szkoły. Święto to odby­wało się w Towers, rodzin­nej rezy­den­cji, sto­ją­cej w iście ary­sto­kra­tycz­nym odosob­nie­niu w wiel­kim parku, któ­rego stró­żówka przy­le­gała do mia­steczka.

Doroczna gala odby­wała się według nie­zmien­nego porządku. Około dzie­sią­tej rano jeden z dwor­skich powo­zów mijał budy­nek bramny i jechał do domów tych pań, które zostały uho­no­ro­wane zapro­sze­niem. Zabie­rał po jed­nej lub dwie, aż się zapeł­nił, a wtedy zawra­cał, ponow­nie mijał otwartą bramę, toczył się gładką, ocie­nioną drze­wami drogą i u stóp wiel­kich scho­dów, wio­dą­cych do nie­zbyt zgrab­nych drzwi Cum­nor Towers, wysy­py­wała się z niego gro­madka ele­ganc­kich pań. Potem powóz wra­cał do mia­sta, zabie­rał kolejną par­tię dam ubra­nych w naj­lep­sze stroje i dostar­czał je do dworu. I tak w kółko, aż całe zapro­szone towa­rzy­stwo zebrało się w oka­za­łym budynku albo w prze­pięk­nych ogro­dach. Wtedy nastę­po­wała cere­mo­nia wymiany uprzej­mo­ści, pole­ga­jąca z jed­nej strony na opro­wa­dza­niu po wło­ściach, a z dru­giej na oka­zy­wa­niu podziwu. Kolej­nym punk­tem pro­gramu był poczę­stu­nek dla gości, a zaraz po nim następna por­cja pre­zen­ta­cji i admi­ra­cji skar­bów zgro­ma­dzo­nych we wnę­trzach. Około czwar­tej roz­no­szono kawę, co sygna­li­zo­wało zbli­ża­nie się godziny, kiedy nad­je­dzie powóz, by odwieźć gości do domów, dokąd panie wra­cały z miłą świa­do­mo­ścią przy­jem­nie spę­dzo­nego dnia, ale także z pew­nym znu­że­niem spo­wo­do­wa­nym wie­lo­go­dzin­nym wysił­kiem zacho­wy­wa­nia się według naj­wyż­szych stan­dar­dów i pro­wa­dze­nia wyra­fi­no­wa­nych roz­mów. Lady Cum­nor i jej córki odczu­wały podobne samo­za­do­wo­le­nie, nie były rów­nież wolne od tego zmę­cze­nia, które zwy­kle towa­rzy­szy świa­do­mym pró­bom dosto­so­wa­nia swego zacho­wa­nia do towa­rzy­stwa, w jakim się znaj­du­jemy.

Molly Gib­son po raz pierw­szy w życiu miała zostać włą­czona do grona pań zapro­szo­nych do Towers. Była oczy­wi­ście zbyt młoda na szkolną wizy­ta­torkę, a zatem to nie z tego względu uda­wała się na przy­ję­cie. Zda­rzyło się pew­nego dnia, że w trak­cie swego "napadu szwen­da­nia" lord Cum­nor spo­tkał pana Gib­sona, leka­rza prak­ty­ku­ją­cego w oko­licy. Dok­tor aku­rat opusz­czał dom, do któ­rego wcho­dził milord, i ten ostatni zwró­cił się z jakimś drob­nym pyta­niem do medyka; hra­bia w ogóle rzadko mijał kogo­kol­wiek bez zada­nia mu jakie­goś pyta­nia, przy czym nie­ko­niecz­nie cze­kał, aż zagad­nięty udzieli odpo­wie­dzi - taki miał po pro­stu spo­sób pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji. Lord Cum­nor odpro­wa­dził pana Gib­sona do budynku gospo­dar­czego, przy któ­rym lekarz pozo­sta­wił konia, uwią­za­nego do pier­ście­nia zamon­to­wa­nego w ścia­nie. Tam wła­śnie, wypro­sto­wana i cicha, sie­działa na kucyku Molly, cze­ka­jąc na ojca. Jej poważne oczy aż się roz­sze­rzyły na widok zbli­ża­ją­cego się dostoj­nego hra­biego; w jej dzie­cię­cym prze­ko­na­niu ten siwo­włosy, rumiany i cokol­wiek nie­zdarny męż­czy­zna w sfa­ty­go­wa­nym ubra­niu był skrzy­żo­wa­niem archa­nioła z kró­lem.

- Twoja córka, co, Gib­son? Miła dzie­wuszka. Ile ma lat? Kucyk wymaga szczot­ko­wa­nia - mówiąc to, kle­pał zwie­rzę. - Jak masz na imię, kru­szyno? Tak jak mówi­łem, zalega z dzier­żawą, ale jeśli jest fak­tycz­nie poważ­nie chory, będę zmu­szony powścią­gnąć She­ep­shanksa, bo on jest raczej ostry w inte­re­sach. Na co się skarży? Przyjdź we czwar­tek na to zamie­sza­nie... zna­czy na tę szkolną zabawę, panienko. Jak masz na imię? Pamię­taj, Gib­son, aby ją do nas przy­słać lub przy­wieźć. I poroz­ma­wiaj z chło­pa­kiem od koni, bo jestem pewien, że ten kuc nie był przy­pa­lany w zeszłym roku, prawda? Nie zapo­mnij o czwartku, mała. Jak masz na imię? Obie­ca­łaś, prawda? - Nagle prze­rwał i potruch­tał na drugą stronę dzie­dzińca, gdzie poja­wił się naj­star­szy syn far­mera.

Pan Gib­son wsiadł na konia i oboje z Molly odje­chali. Przez jakiś czas trwali w mil­cze­niu, w końcu dziew­czynka spy­tała tonem, w któ­rym pobrzmie­wał nie­po­kój:

- Mogę pójść, tatu­siu?

- Dokąd, kocha­nie? - spy­tał, odry­wa­jąc się nagle od myśli zwią­za­nych z jego pro­fe­sją.

- Do Towers. W czwar­tek. Ten dżen­tel­men - nabożna cześć nie pozwo­liła jej użyć tytułu - mnie zapro­sił.

- Chcia­ła­byś tam pójść, córeczko? Zawsze uwa­ża­łem tę imprezę za raczej nie­zno­śną. Taki męczący dzień. Cho­dzi mi o to, że zaczyna się tak wcze­śnie rano, i o tę gorączkę, har­mi­der, i wszystko.

- Och, tato! - odpo­wie­działa z wyrzu­tem.

- Rozu­miem zatem, że chcia­ła­byś tam pójść, co?

- Tak, jeśli mogła­bym. On mnie zapro­sił, prze­cież wiesz. Myślisz, że mogła­bym? Dwa razy mnie zapro­sił.

- Cóż! W takim razie zoba­czymy. Tak, myślę, że to się da zała­twić, jeśli tak bar­dzo tego pra­gniesz, Molly.

Nastała cisza, prze­rwana w końcu przez dziew­czynkę:

- Pro­szę, tato, chcia­ła­bym tam pójść... ale nie dbam o to.

- To dość zaska­ku­jące stwier­dze­nie. Praw­do­po­dob­nie cho­dzi ci o to, że jesteś gotowa zre­zy­gno­wać z tego planu, jeśli mia­łoby to spra­wić kło­pot. Zapew­niam cię, że to się da łatwo zor­ga­ni­zo­wać, możesz więc uznać sprawę za zała­twioną. Będziesz potrze­bo­wała bia­łej sukienki, pamię­taj. I lepiej uprzedź Betty, że tam idziesz. Już ona dopil­nuje, żebyś się schlud­nie pre­zen­to­wała.

Pozo­stały dwie lub trzy sprawy, o które musiał się zatrosz­czyć pan Gib­son, zanim mógł ze spo­koj­nym ser­cem wysłać córeczkę do Towers. Każda z nich wyma­gała tro­chę zachodu, ale szczę­ście małej warte było sta­rań. Następ­nego dnia poje­chał do Towers pod pozo­rem odwie­dzin u cho­rej słu­żą­cej, choć w rze­czy­wi­sto­ści cho­dziło mu o to, by "przy­pad­kiem" wpaść na jej lor­dow­ską mość i uzy­skać od niej raty­fi­ka­cję zapro­sze­nia dla Molly. Dokład­nie wybrał czas swo­jej wizyty - od lat ćwi­czył natu­ralną dyplo­ma­cję, waru­nek nie­zbędny w prze­sta­wa­niu z uty­tu­ło­waną rodziną. Na dzie­dzi­niec przy staj­niach wje­chał około połu­dnia, tuż przed godziną lun­chu, ale już po eks­cy­ta­cji towa­rzy­szą­cej otwie­ra­niu worka z pocztą i czy­ta­niu listów. Przy­wią­zał konia i tyl­nym wej­ściem wszedł do domu - od tej strony był to bowiem dom, nato­miast od frontu dwór Towers. Odwie­dził pacjentkę, wydał w jej spra­wie dys­po­zy­cje gospo­dyni i wyszedł na zewnątrz, trzy­ma­jąc w dłoni pewien rzadki dziki kwiat. Ruszył do ogrodu w poszu­ki­wa­niu jed­nej z pań Tran­mere, a tam, zgod­nie ze swymi nadzie­jami i kal­ku­la­cjami, natknął się na lady Cum­nor. Jej lor­dow­ska mość roz­ma­wiała z córką o zawar­to­ści trzy­ma­nego w ręce listu, a kolejne zda­nia tej roz­mowy prze­pla­tała dys­po­zy­cjami dla ogrod­nika doty­czą­cymi roślin jed­no­rocz­nych. Dok­tor się przy­wi­tał i powie­dział:

- Odwie­dzi­łem nia­nię i przy oka­zji przy­nio­słem lady Agnes roślinę, o któ­rej opo­wia­da­łem. Tę rosnącą na Cum­nor Moss.

- Bar­dzo panu dzię­kuję, panie Gib­son. Spójrz, mamo! To dro­sera rotun­di­fo­lia, o któ­rej tak marzy­łam.

- Ach, tak! Uro­cza, doprawdy, tylko że ja nie jestem bota­ni­kiem. Nia­nia czuje się lepiej, mam nadzieję? Nie możemy sobie pozwo­lić na braki per­so­nelu w przy­szłym tygo­dniu, bo dom będzie pełen gości. A do tego jesz­cze cała rodzina Dan­bych chce się tu wpro­sić. Czło­wiek przy­jeż­dża na dwa tygo­dnie z nadzieją na odro­binę ciszy w cza­sie Zie­lo­nych Świą­tek, zosta­wia połowę służby w mie­ście, ale jak tylko prze­kro­czy próg wła­snego domu, zna­jomi natych­miast się o tym dowia­dują i przy­sy­łają te nie­koń­czące się listy o tęsk­no­cie za wiej­skim powie­trzem i wido­kiem uro­czego Cum­nor Towers wio­sną. Oczy­wi­ście mnó­stwo w tym winy lorda Cum­nora, bo od razu po przy­jeź­dzie wsiada na konia, objeż­dża sąsia­dów i wszyst­kich spra­sza.

- Wró­cimy do mia­sta w pią­tek, osiem­na­stego - pocie­szyła matkę lady Agnes.

- Tak, jak tylko prze­brniemy przez ten gali­ma­tias ze szkol­nymi wizy­ta­tor­kami. Ale pozo­staje jesz­cze tydzień do tego szczę­śli­wego dnia!

- Przy oka­zji - wtrą­cił pan Gib­son, wyko­rzy­stu­jąc to for­tunne przy­wo­ła­nie tematu - spo­tka­łem wczo­raj jego lor­dow­ską mość na far­mie Cross-Trees i był uprzejmy zapro­sić na owo czwart­kowe przy­ję­cie moją małą córeczkę, która aku­rat była tam ze mną. Sądzę, że udział w nim spra­wiłby mojej dzie­wuszce mnó­stwo rado­ści - dodał i cze­kał na reak­cję lady Cum­nor.

- Cóż! Jeśli lord ją zapro­sił, to przy­pusz­czam, że musimy ją tu przy­jąć, choć wola­ła­bym, aby nie był tak prze­sad­nie gościnny. Nie cho­dzi o to, że mała dziew­czynka nie będzie tu mile widziana! Tylko, widzi pan, kilka dni temu spo­tkał młod­szą pannę Brow­ning, o któ­rej ist­nie­niu ja nawet nie sły­sza­łam.

- Ona rów­nież wizy­tuje szkołę, mamo - wyja­śniła lady Agnes.

- To moż­liwe. Nie mówi­łam, że tak nie jest. Wie­dzia­łam, że wśród wizy­ta­to­rek jest ktoś o nazwi­sku Brow­ning, ale nie przy­pusz­cza­łam, że to aż dwie osoby. Oczy­wi­ście, gdy tylko lord Cum­nor usły­szał o tej dru­giej, po pro­stu nie umiał jej nie zapro­sić. W ten spo­sób powóz będzie musiał wyko­nać cztery rundy, żeby je tu wszyst­kie przy­wieźć. Ale dzięki temu pana córka będzie mogła bez kło­potu przy­je­chać, panie Gib­son, i będę jej rada ze względu na pana. Przy­pusz­czam, że uda się ją wci­snąć mię­dzy te dwie panny Brow­ning. Pro­szę to z nimi usta­lić. I pro­szę posta­wić na nogi nia­nię, bo będzie mi w przy­szłym tygo­dniu potrzebna.

W chwili gdy pan Gib­son odcho­dził, lady Cum­nor zawo­łała za nim:

- Och! Zapo­mnia­łam panu powie­dzieć, że Clare jest tutaj. Pamięta pan Clare, prawda? Kie­dyś tam była pań­ską pacjentką.

- Clare? - powtó­rzył zdu­mio­nym tonem.

- Nie przy­po­mina pan sobie panny Clare? Naszej sta­rej guwer­nantki? - spy­tała lady Agnes. - Była z nami jakieś dwa­na­ście czy czter­na­ście lat temu. Jesz­cze przed ślu­bem lady Cuxha­ven.

- Ach, tak! - potwier­dził. - Panna Clare. Miała szkar­la­tynę. Bar­dzo ładna fili­gra­nowa dziew­czyna. Wyda­wało mi się, że wyszła za mąż.

- Tak - przy­tak­nęła lady Cum­nor. - Głu­piut­kie z niej było stwo­rze­nie i zupeł­nie nie umiała się w życiu usta­wić. Prze­pa­da­li­śmy za nią. Wpa­dła na pomysł, by wyjść za ubo­giego wika­riu­sza i zostać jakąś tam panią Kirk­pa­trick. Ale my nazy­wamy ją zawsze po pro­stu Clare. A teraz on umarł i pozo­sta­wił ją wdową. Zatrzy­mała się u nas, a my łamiemy sobie głowę, co by tu zro­bić, aby mogła zapew­nić sobie środki do życia bez koniecz­no­ści roz­sta­wa­nia się z dziec­kiem. Wydaje mi się, że jest tu gdzieś w oko­licy, jeśli chciałby pan odno­wić z nią zna­jo­mość.

- Dzię­kuję, milady, oba­wiam się jed­nak, że dzi­siaj nie mogę już zostać. Przede mną długi obchód, a i tak już spę­dzi­łem tu zbyt wiele czasu.

Pomimo wyczer­pu­ją­cej rundy wizyt u pacjen­tów dok­tor zna­lazł jed­nakże siły, by wie­czo­rem odwie­dzić panny Brow­ning i usta­lić z nimi szcze­góły wspól­nej z Molly jazdy do Towers. Były to wyso­kie, przy­stojne kobiety, nie pierw­szej mło­do­ści, a ich zacho­wa­nie w sto­sunku do owdo­wia­łego leka­rza było uprze­dza­jąco grzeczne.

- Ależ, panie Gib­son, będziemy zachwy­cone jej towa­rzy­stwem. Co też panu przy­szło do głowy, by nas o to pytać! - wykrzyk­nęła star­sza panna Brow­ning.

- Na samą myśl o tym festy­nie z tru­dem udaje mi się spać w nocy - zwie­rzyła się młod­sza, panna Pho­ebe. - Wie pan, że ni­gdy dotąd tam nie byłam? Sio­stra brała udział w tej uro­czy­sto­ści wiele razy, ale z nie­zna­nych przy­czyn hra­bina ni­gdy nie uwzględ­niała w zapro­sze­niu mnie, choć moje nazwi­sko już od trzech lat figu­ruje na liście wizy­ta­to­rek szkoły. Ale wia­domo wszyst­kim, że jestem ostat­nia, która by się ubie­gała o uwagę i narzu­cała komu­kol­wiek bez zapro­sze­nia. Jak mogła­bym?

- W zeszłym roku powie­dzia­łam Pho­ebe - uzu­peł­niła jej sio­stra - że to z pew­no­ścią było ze strony hra­biny zwy­kłe prze­ocze­nie, jeśli można to tak nazwać, i że jej lor­dow­ska mość będzie dotknięta, nie widząc jej na swoim przy­ję­ciu. Moją sio­strę cechuje jed­nak wyjąt­kowa sub­tel­ność i cokol­wiek bym wtedy powie­działa, nie zgo­dzi­łaby się pójść. Została w domu, a cała moja radość z tego dnia została zatruta, zapew­niam pana, dok­to­rze, bo cią­gle pamię­ta­łam twarz Pho­ebe, gdy ja odjeż­dża­łam, a ona spo­glą­dała na mnie zza żalu­zji. Nie wiem, czy pan uwie­rzy, ale miała oczy pełne łez.

- Bar­dzo pła­ka­łam po twoim odjeź­dzie, Sally - potwier­dziła panna Pho­ebe - ale na­dal uwa­żam, że postą­pi­łam słusz­nie, nie wci­ska­jąc się tam, gdzie mnie nie zapro­szono. Czy nie mam racji, panie Gib­son?

- Z pew­no­ścią. I pro­szę, w tym roku otrzy­mała pani zapro­sze­nie. A poza tym w ubie­głym roku padało.

- Tak, pamię­tam. Zabra­łam się do porząd­ko­wa­nia komody, żeby się uspo­koić. I tak mnie to pochło­nęło, że byłam kom­plet­nie zasko­czona dźwię­kiem kro­pli desz­czu ude­rza­ją­cych o szyby. A niech mnie - pomy­śla­łam - co się sta­nie z tymi bia­łymi atła­so­wymi pan­to­fel­kami mojej sio­stry, jeśli po takiej ule­wie prze­spa­ce­ruje się po nasiąk­nię­tej wodą tra­wie? Bo, widzi pan, bar­dzo mi zale­żało, aby miała takie śliczne obu­wie. A w tym roku, pro­szę sobie wyobra­zić, sio­stra zro­biła mi nie­spo­dziankę, bo poszła i kupiła mi takie same butki, z bia­łego atłasu.

- Molly z pew­no­ścią wie, że musi zało­żyć swoje naj­lep­sze ubra­nie - powie­działa star­sza panna Brow­ning. - Mogły­by­śmy jej poży­czyć paciorki lub sztuczne kwiatki, gdyby chciała.

- Wystar­czy, aby Molly miała na sobie czy­stą białą sukienkę - oznaj­mił dok­tor tro­chę zbyt pospiesz­nie. Nie był wiel­bi­cie­lem stylu ubie­ra­nia panien Brow­ning i nie chciał, aby jego dziecko było wystro­jone zgod­nie z ich upodo­ba­niem. Uwa­żał gust swo­jej sta­rej słu­żą­cej Betty za zde­cy­do­wa­nie lep­szy, bo prost­szy. W tonie głosu panny Sally usły­szał lekką iry­ta­cję, gdy pro­stu­jąc się, powie­działa:

- Dosko­nale. To z pew­no­ścią wystar­czy.

A panna Pho­ebe dodała:

- Molly będzie ślicz­nie wyglą­dać nie­za­leż­nie od tego, co na sie­bie założy. Jestem o tym prze­ko­nana.

II Nowicjuszka w wielkim świecie

II

Nowi­cjuszka w wiel­kim świe­cie

W wycze­ki­wany czwar­tek o dzie­sią­tej powóz z Towers roz­po­czął objazd. Molly była gotowa na długo przed jego poja­wie­niem się, cho­ciaż usta­lono, że ona i panny Brow­ning pojadą w ostat­niej, czwar­tej turze. Wcze­śniej jej twarz została namy­dlona, wypu­co­wana i wyszo­ro­wana, lśniąc teraz ide­alną czy­sto­ścią. Sukienka, fal­banki, żabo­ciki, wstążki - wszystko było śnież­no­białe, a stroju dopeł­niała czarna, bogato zdo­bioną koronką pele­ryna; na dziecku wyglą­dało to dzi­wacz­nie i sta­ro­mod­nie, ale okry­cie nale­żało przed­tem do matki Molly. Po raz pierw­szy w życiu dziew­czynka zało­żyła ręka­wiczki z koź­lę­cej skóry; dotych­czas nosiła tylko baweł­niane. Te nowe były zde­cy­do­wa­nie za duże na jej drobne paluszki, ale panience to nie prze­szka­dzało, bo prze­cież - jak wyja­śniła Betty - te ręka­wiczki miały jej słu­żyć przez lata. Wie­lo­krot­nie drżała, a raz pra­wie zemdlała w trak­cie tego peł­nego ocze­ki­wa­nia poranka. Betty mogła sobie mówić, co tylko chciała, o upar­tym garnku, który obser­wo­wany odma­wiał goto­wa­nia; Molly ani na moment nie prze­stała wpa­try­wać się w krętą drogę i w końcu po dwóch godzi­nach powóz po nią przy­je­chał. Musiała przy­cup­nąć na samym brzeżku, aby nie pognieść nowych sukien panien Brow­ning, nie mogła jed­nakże wychy­lać się za bar­dzo do przodu, aby nie prze­szka­dzać tęgiej pani Goode­no­ugh i jej sio­strze­nicy, które zaj­mo­wały sie­dze­nie po prze­ciw­nej stro­nie powozu. Można zatem wąt­pić, czy Molly w ogóle sie­działa, a jej zmie­sza­nie było tym więk­sze, że całe mia­steczko mogło zoba­czyć, jak ona pra­wie stoi na samym środku powozu. Świą­teczny dzień był bowiem zbyt ważny, aby życie w Hol­ling­for­dzie mogło się toczyć utar­tym torem. Słu­żące gapiły się z okien na pię­trach, kup­cowe wysta­wały przed wej­ściami do skle­pów, wie­śniaczki wybie­gały z nie­mow­lę­tami w ramio­nach, a dzie­ciaki, za małe, by wie­dzieć, jak należy oka­zy­wać sza­cu­nek powo­zowi milorda, wesoło wiwa­to­wały prze­jeż­dża­ją­cym. Kobieta z domku bram­nego otwo­rzyła bramę i nisko dygnęła na widok libe­rii. Byli już w parku, a chwilę póź­niej ich oczom uka­zał się Cum­nor Towers. Wśród gości nastała pełna na namasz­cze­nia cisza, zakłó­cona tylko uwagą poczy­nioną przez krewną pani Goode­no­ugh, obcą w mia­steczku, gdy pod­jeż­dżali przed podwójny, uło­żony w pół­kole bieg scho­dów wio­dą­cych do głów­nego wej­ścia.

- Nazy­wają to por­ty­kiem, prawda? - spy­tała.

Jedyną odpo­wie­dzią było zbio­rowe: "Ććććć".

Molly doszła do wnio­sku, że to było straszne, i pra­wie sobie życzyła, by móc się zna­leźć z powro­tem w domu. Ale z cza­sem, gdy towa­rzy­stwo roz­pierz­chło się po prze­pięk­nym tere­nie, wspa­nial­szym niż cokol­wiek, o czym dziew­czynka śniła, zapo­mniała o poprzed­nich myślach. Aksa­mitne zie­lone traw­niki, ską­pane w pro­mie­niach słońca, roz­cią­gały się dookoła i stop­niowo prze­cho­dziły w pełen drzew park. Jeśli pomię­dzy gładką, lśniącą trawą a ciemną ścianą drzew w oddali były jakie­kol­wiek żywo­płoty czy gro­dze­nia, Molly ich nie dostrze­gała, a to wta­pia­nie się wypie­lę­gno­wa­nych połaci w mroczny las miało dla niej nie­wy­mowny urok. Bli­żej domu znaj­do­wały się murki i płoty, ale wszyst­kie pokryte pną­cymi się różami, a także rzad­kimi odmia­nami kapry­fo­lium i innych pną­czy, które wła­śnie zaczy­nały kwit­nąć. Oczy­wi­ście, były rów­nież klomby - szkar­łatne, pur­pu­rowe, sza­fi­rowe, poma­rań­czowe; wiel­kie plamy kwia­tów roz­rzu­cone na mura­wie.

Molly kur­czowo ści­skała dłoń panny Brow­ning, gdy wałę­sały się po posia­dło­ści w towa­rzy­stwie kilku innych dam, opro­wa­dzane przez córkę wła­ści­ciela Towers, która zda­wała się roz­ba­wiona wykwint­nymi wyra­zami podziwu, oka­zy­wa­nego każ­demu przed­mio­towi czy miej­scu. Dziew­czynka się nie odzy­wała - nie pozwa­lał na to jej wiek i pozy­cja - ale cią­gle głę­boko oddy­chała, wręcz wzdy­chała, dając tym upust prze­peł­nia­ją­cym jej serce uczu­ciom. Potem panie doszły do dłu­giego błysz­czą­cego rzędu szklarni i cie­plarni, gdzie cze­kał ogrod­nik, by je opro­wa­dzić po pod­le­głych mu zabu­do­wa­niach. Panna Gib­son nawet w poło­wie nie była tak zain­te­re­so­wana tymi sztucz­nie hodo­wa­nymi rośli­nami jak przy­rodą na zewnątrz, ale lady Agnes cecho­wało zacię­cie naukowe i bez końca roz­wo­dziła się nad rzad­ko­ścią wystę­po­wa­nia jakiejś rośliny czy spe­cy­ficz­nymi wyma­ga­niami innej. W końcu dziecko zaczęło się czuć zmę­czone, a zaraz potem także słabe. Naj­pierw nie­śmia­łość nie pozwo­liła Molly się ode­zwać, ale póź­niej wystra­szyła się, że wywoła sen­sa­cję, wybu­cha­jąc pła­czem lub - co gor­sza - upa­da­jąc na sto­jaki pełne cen­nych roślin. Ści­snęła rękę panny Brow­ning i wykrztu­siła:

- Czy mogła­bym wyjść do ogrodu? Nie mogę tu oddy­chać!

- Och, tak. Oczy­wi­ście, kocha­nie! Oba­wiam się, że nie rozu­miesz tego, o czym jest tu mowa. Ale to takie mądre i poucza­jące. A na doda­tek tyle w tym łaciny.

Powie­dziaw­szy to, dama szybko się odwró­ciła, aby, broń Boże, nie uro­nić ani słowa z wykładu lady Agnes na temat orchi­dei. Molly tym­cza­sem wyszła z prze­grza­nej szklarni na zewnątrz. Na świe­żym powie­trzu natych­miast poczuła się lepiej. Wolna i nie­ob­ser­wo­wana, prze­cha­dzała się od jed­nego ślicz­nego zakątka do dru­giego; raz była w parku, potem zagłę­biała się w wydzie­loną część ogrodu, gdzie jedy­nymi dźwię­kami był śpiew pta­ków i odle­gły szmer fon­tanny, a strze­li­ste drzewa two­rzyły stud­nię, któ­rej wylot sta­no­wił krą­żek czerw­co­wego nieba. Spa­ce­ro­wała i spa­ce­ro­wała, poświę­ca­jąc miej­scu pobytu nie wię­cej myśli niż motyl prze­la­tu­jący z kwiatka na kwia­tek, aż w końcu poczuła się bar­dzo znu­żona i marzyła tylko o powro­cie do dworu. Nie wie­działa jed­nak, jak tam dojść, a nawet gdyby jej się to udało, oba­wiała się spo­tka­nia z obcymi ludźmi bez krze­pią­cej opieki któ­rejś z panien Brow­ning. Gorące słońce paliło jej głowę, która w końcu zaczęła boleć. Zoba­czyła cedr, roz­ra­sta­jący się sze­roko ponad plamą trawy i per­spek­tywa odpo­czynku zwa­biła dziew­czynkę pod konary drzewa. W cie­niu dostrze­gła natu­ralne sie­dzi­sko, zmę­czona usa­do­wiła się na nim i natych­miast zasnęła.

Po pew­nym cza­sie z drzemki wyrwała ją i pode­rwała na nogi roz­mowa dwóch pań, które stały obok i mówiły o niej. Były jej cał­ko­wi­cie obce. Molly, mgli­ście prze­ko­nana, że zro­biła coś nie­wła­ści­wego, a także głodna i zmę­czona prze­ży­ciami dnia oraz poranną eks­cy­ta­cją, wybuch­nęła pła­czem.

- Biedna mała kobietka! Zgu­biła się. Z pew­no­ścią przy­szła z któ­rąś z pań z Hol­ling­fordu - powie­działa star­sza z kobiet, z wyglądu w wieku około czter­dzie­stu lat, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie prze­kro­czyła trzy­dzie­stu. Jej przed­po­łu­dniowa suk­nia była prze­sad­nie strojna. Dama miała pospo­lity wygląd i raczej surowy wyraz twa­rzy, głos niski i mono­tonny; gdyby cho­dziło o osobę niskiego pocho­dze­nia, można by ten głos nazwać szorst­kim, ale tego okre­śle­nia abso­lut­nie nie wolno było sto­so­wać wobec lady Cuxha­ven, naj­star­szej córki hra­biego. Druga kobieta wyglą­dała na młod­szą, choć naprawdę była star­sza. Molly pomy­ślała, że to naj­pięk­niej­sza istota, jaką kie­dy­kol­wiek widziała, i fak­tycz­nie, dama była bar­dzo atrak­cyjna. Podob­nie jak jej głos, który oka­zał się miękki i łagodny, gdy odpowie­działa swo­jej towa­rzyszce:

- Biedna maleńka! Ta gorączka ją zmo­gła. I z pew­no­ścią także ten ciężki słom­kowy cze­pek. Pozwól, kocha­nie, bym ci go roz­wią­zała.

Dziew­czynka zdo­łała odzy­skać głos.

- Jestem Molly Gib­son, pro­szę pani. Przy­je­cha­łam tu z pan­nami Brow­ning - wyja­śniła, bo bar­dzo się bała, że zosta­nie wzięta za nie­upo­waż­nio­nego intruza.

- Panny Brow­ning? - ode­zwała się lady Cuxha­ven pyta­ją­cym tonem.

- Cho­dzi chyba o te dwie postawne, raczej młode kobiety, o któ­rych mówiła lady Agnes.

- Doprawdy, taki tłum się za nią cią­gnął... - Spo­glą­da­jąc ponow­nie na Molly, dama spy­tała: - Jadłaś coś, dziecko, odkąd tu przy­je­cha­łaś? Jesteś taka blada. A może to od tego żaru?

- Nie, nic nie jadłam - odpo­wie­działa dziew­czynka z żało­ścią, bo gdy zasy­piała, czuła się naprawdę głodna.

Panie wymie­niły mię­dzy sobą kilka zdań przy­ci­szo­nymi gło­sami i w końcu ta wyglą­da­jąca na star­szą stwier­dziła auto­ry­tar­nym gło­sem, któ­rego zawsze uży­wała, zwra­ca­jąc się do innych:

- Zostań tu, moja droga. My pój­dziemy do domu, a Clare wróci tu i przy­nie­sie ci coś do jedze­nia, abyś mogła się posi­lić, zanim spró­bu­jesz iść. To w końcu pra­wie ćwierć mili.

Ode­szły. Molly sie­działa wypro­sto­wana i cze­kała na obie­ca­nego posłańca. Nie wie­działa, kim jest owa lub ów Clare, nie zale­żało jej też spe­cjal­nie na jedze­niu, ale czuła, że chyba nie mogłaby wyko­nać kroku bez wspar­cia. Wresz­cie dostrze­gła wra­ca­jącą ową śliczną panią, za którą podą­żał lokaj z nie­wielką tacą.

- Spójrz, jaka lady Cuxha­ven jest uprzejma! - powie­działa ta, którą nazy­wano Clare. - Oso­bi­ście wybrała pyszne rze­czy na twój lunch. A teraz musisz spró­bo­wać to zjeść, bo bez tego nie odzy­skasz sił, maleńka. Nie musisz cze­kać, Edwards. Sama przy­niosę tacę.

Na lunch skła­dał się chleb, kur­czak na zimno, tro­chę gala­retki, mały kie­li­szek wina, butelka skrzą­cej się w słońcu wody i kiść wino­gron. Molly wycią­gnęła trzę­sącą się rączkę w kie­runku wody, ale była zbyt osła­biona, by ją unieść. Clare przy­trzy­mała butelkę przy jej ustach; dziew­czynce udało się w końcu napić i od razu poczuła się odświe­żona. Nie mogła jed­nak niczego zjeść, cho­ciaż pró­bo­wała. Za bar­dzo bolała ją głowa. Kobieta wyglą­dała na zmar­twioną.

- Weź tro­chę wino­gron. Dobrze by ci zro­biły. Musisz spró­bo­wać coś zjeść, bo ina­czej nie wiem, jak nam się uda dotrzeć do domu.

- Tak bar­dzo boli mnie głowa - wyznała Molly, z wysił­kiem uno­sząc smutne oczy.

- Och, jakie to dener­wu­jące! - powie­działa Clare wciąż tym samym słod­kim, łagod­nym gło­sem, jakby nie była roz­gnie­wana, a tylko stwier­dzała oczy­wi­stą prawdę. Panna Gib­son czuła się winna i bar­dzo nie­szczę­śliwa. Jej opie­kunka mówiła dalej, a w jej gło­sie pobrzmie­wały teraz surow­sze nuty: - Widzisz, zupeł­nie nie wiem, co zro­bić, jeśli nie posi­lisz się na tyle, abyś mogła dojść do Towers. A ja spę­dzi­łam ostat­nie trzy godziny, włó­cząc się po oko­licy i jestem zupeł­nie wykoń­czona, a na doda­tek omi­nął mnie lunch. - Nagle prze­rwała, jakby ude­rzona nową myślą, po czym powie­działa: - Połóż się na kilka minut, tak jak leża­łaś, i posta­raj się zjeść te owoce. Pocze­kam na cie­bie, a przy oka­zji co nieco prze­ką­szę. Jesteś pewna, że nie zjesz tego kur­czaka?

Molly zro­biła to, o co ją popro­szono: poło­żyła się, ocię­żale się­gała po wino­grona i przy­glą­dała się impo­nu­ją­cemu ape­ty­towi, z jakim dama spa­ła­szo­wała kur­czaka i gala­retkę, popi­ja­jąc je winem. Była tak śliczna i zgrabna, że nawet pośpiech, z jakim jadła, jakby się oba­wiała, że ktoś ją na tym przy­ła­pie, nie umniej­szał podziwu, jaki żywiła dla niej mała obser­wa­torka.

- A teraz, kocha­nie, jesteś gotowa do drogi? - spy­tała Clare, gdy wresz­cie upo­rała się z całą zawar­to­ścią tacy. - No, chodź. Już pra­wie skoń­czy­łaś te wino­grona, dobra z cie­bie dziew­czynka. Jeśli podej­dziesz ze mną do bocz­nego wej­ścia, zapro­wa­dzę cię na górę do mojego pokoju i poło­żysz się na łóżku na godzinkę lub dwie. A po takiej drzemce twój ból głowy minie, jak ręką odjął.

Wyru­szyły w drogę, a Clare, ku zawsty­dze­niu Molly, nio­sła pustą tacę; dziew­czynka jed­nak z tru­dem się wlo­kła i wolała nie pro­po­no­wać, że zrobi cokol­wiek ponadto. Bocz­nym wej­ściem nazy­wano schody wio­dące z pry­wat­nego ogrodu kwia­to­wego do holu wyło­żo­nego matami. Był to rodzaj przed­po­koju z wie­loma parami drzwi, w któ­rym prze­cho­wy­wano lek­kie narzę­dzia ogrod­ni­cze oraz zestawy łuków i strzał, słu­żące roz­rywce córek milorda. Lady Cuxha­ven naj­wy­raź­niej dostrze­gła, że Clare i Molly nad­cho­dzą, bo wyszła do sieni, gdy tylko się w niej poja­wiły.

- Jak ona się czuje? - spy­tała. A gdy zoba­czyła wymie­cione tale­rze i kie­li­szek, dodała z lek­kim prze­ką­sem: - Wydaje mi się, że nie dolega jej nic poważ­nego. A ty pozo­sta­łaś naszą dobrą, starą Clare. Powin­naś była jed­nak pozwo­lić, by któ­ryś z męż­czyzn przy­niósł tę tacę. W taką pogodę życie jest wystar­cza­jącą męczar­nią.

Dziew­czynka zapra­gnęła, by jej śliczna towa­rzyszka wyja­śniła lady Cuxha­ven, że sama upo­rała się z tym obfi­tym lun­chem, ale taki pomysł naj­wy­raź­niej nie przy­szedł Clare do głowy. Powie­działa tylko:

- Bie­dac­two! Jesz­cze nie doszła cał­kiem do sie­bie. Mówi, że boli ją głowa. Położę ją w moim pokoju do łóżka i może uda jej się zasnąć.

Molly zoba­czyła, że lady Cuxha­ven, prze­cho­dząc obok, powie­działa coś z uśmiesz­kiem do Clare. Drę­czyła ją myśl, że słowa, które dosły­szała, brzmiały: "Prze­ja­dła się, jak przy­pusz­czam". Czuła się jed­nak zbyt osła­biona, by długo się tym mar­twić. Z powodu obo­la­łej głowy znacz­nie bar­dziej inte­re­so­wało ją nie­wiel­kie białe łóżko w chłod­nym, ślicz­nym pokoju, gdzie muśli­nowe firany od czasu do czasu miękko łopo­tały, poru­szane won­nym wie­trzy­kiem wpa­da­ją­cym przez otwarte okno. Clare przy­kryła dziew­czynkę lek­kim sza­lem i zaciem­niła pokój. Gdy wycho­dziła, Molly unio­sła się i popro­siła:

- Pro­szę pani, pro­szę nie pozwo­lić im odje­chać beze mnie. Czy ktoś mógłby mnie obu­dzić, gdy­bym zasnęła? Muszę wró­cić z pan­nami Brow­ning.

- Nie kło­pocz się tym, kocha­nie. Wszyst­kim się zajmę - uspo­ko­iła ją Clare, odwra­ca­jąc się przy drzwiach i posy­ła­jąc zanie­po­ko­jo­nej dziew­czynce poca­łu­nek ręką. Ode­szła, nie poświę­ca­jąc dziecku ani jed­nej myśli wię­cej. Około wpół do pią­tej zaje­chały powozy, poga­niane przez lady Cum­nor, która nagle poczuła się zmę­czona zaba­wia­niem gości i roz­draż­niona nie­wy­bred­nymi sło­wami podziwu, jakie powta­rzali do znu­dze­nia.

- Dla­czego nie wyko­rzy­stać dwóch powo­zów, mamo, i pozbyć się od razu całego tego towa­rzy­stwa? - zapro­po­no­wała lady Cuxha­ven. - To roz­jeż­dża­nie się na raty jest nie do znie­sie­nia.

Sko­rzy­stano z tej rady; zapa­no­wał wielki pośpiech i bez­ładne wsia­da­nie wszyst­kich pań jed­no­cze­śnie. Pannę Sally Brow­ning umiesz­czono w pojeź­dzie przy­po­mi­na­ją­cym karetę (lub karietę, jak z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie manierą mówiła lady Cum­nor, bo rymo­wało się to z lady Hariettą, imie­niem jej córki, a raczej Har­riet, tak przy­naj­mniej poda­wał her­barz parów), nato­miast panna Pho­ebe została zago­niona wraz z kil­koma innymi paniami do obszer­nego rodzin­nego wózka w typie zna­nych nam obec­nie omni­bu­sów. Każda z sióstr myślała, że Molly jest z tą drugą, a w rze­czy­wi­sto­ści dziew­czynka głę­boko spała na łóżku pani Kirk­pa­trick, z domu Clare.

Weszły poko­jówki, aby przy­go­to­wać sypial­nię na noc. Ich roz­mowa obu­dziła śpiącą, która usia­dła na łóżku i usi­ło­wała odgar­nąć włosy z gorą­cego czoła. Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie, gdzie jest. Zsu­nęła się z łóżka i ku zdu­mie­niu kobiet wyrzu­ciła z sie­bie:

- Prze­pra­szam, kiedy możemy odje­chać?

- Na litość boską! Nikt nie mówił, że tu kto­kol­wiek śpi! Przy­je­cha­łaś z któ­rąś z pań z Hol­ling­fordu, dziecko? Ależ one już odje­chały! Godzinę temu albo i daw­niej.

- Och! I co ja mam teraz zro­bić? Ta dama, którą nazy­wają Clare, obie­cała, że mnie obu­dzi. Tatuś będzie się zasta­na­wiał, gdzie jestem. A zupeł­nie nie wiem, co na to powie Betty!

Wybuch­nęła pła­czem. Słu­żące patrzyły na nią z nie­po­ko­jem i ogrom­nym współ­czu­ciem. Wtem usły­szały kroki pani Kirk­pa­trick zbli­ża­ją­cej się kory­ta­rzem. Niskim melo­dyj­nym gło­sem pod­śpie­wy­wała sobie jakąś wło­ską arietkę, wra­ca­jąc do sypialni, by się prze­brać do kola­cji. Poko­jówki spoj­rzały na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo i jedna mruk­nęła do dru­giej:

- Naj­le­piej zostawmy to jej. - I umknęły, by zająć się pracą w innym pokoju.

Pani Kirk­pa­trick sta­nęła w drzwiach i z kon­ster­na­cją wpa­try­wała się w Molly.

- Och, zupeł­nie o tobie zapo­mnia­łam! - wykrztu­siła w końcu. - Ależ nie płacz, bo nie będziesz mogła się poka­zać ludziom na oczy. A ja i tak muszę ponieść kon­se­kwen­cje tego, że zaspa­łaś. Jeśli nie uda mi się ode­słać cię dzi­siaj do Hol­ling­fordu, będziesz spała ze mną, a jutro rano ktoś cię odwie­zie do domu.

- Ale mój tatuś! - wyłkała Molly. - Co wie­czór przy­go­to­wuję mu her­batę! I nie mam koszuli noc­nej.

- Nie rób tyle zamie­sza­nia o coś, na co nie ma rady. Poży­czę ci jakiś strój do spa­nia, a twój tatuś będzie się musiał dziś wie­czo­rem obejść bez her­baty. A następ­nym razem posta­raj się nie zaspać, gdy jesteś w obcym domu, bo twoi gospo­da­rze mogą się oka­zać mniej gościnni niż tutaj. Jeśli prze­sta­niesz pła­kać i robić z sie­bie pośmie­wi­sko, pójdę i spy­tam, czy możesz zejść na dół na deser z pani­czem Smy­the'em i panien­kami. Pój­dziesz do bawialni dzieci i wypi­jesz z nimi miłą her­batkę, a potem tu wró­cisz, wyszczot­ku­jesz włosy i się umy­jesz. Jesteś praw­dziwą szczę­ściarą, że możesz prze­by­wać w takim wspa­niałym domu jak ten. Jestem pewna, że wiele dziew­czy­nek z rado­ścią by się z tobą zamie­niło.

Pod­czas tej prze­mowy Clare przy­go­to­wy­wała swą wie­czorną toa­letę. Zdjęła czarną żałobną suk­nię dzienną, zało­żyła matinkę, roz­pu­ściła mięk­kie kasz­ta­nowe włosy na ramiona i roz­glą­dała się po pokoju w poszu­ki­wa­niu róż­nych czę­ści gar­de­roby. Przez cały ten czas gładko szem­rał potok jej wymowy:

- Ja też mam taką małą dziew­czynkę, kocha­nie. Nie wiem, co by oddała, żeby móc tu ze mną być u lorda Cum­nora. Zamiast tego musiała zostać na czas waka­cji w szkole. A ty wyglą­dasz jak sama żałość na myśl o spę­dze­niu tu tylko jed­nej nocy. Naprawdę byłam cały czas zajęta tymi nie­zno­śnymi... zna­czy... szla­chet­nymi paniami z Hol­ling­fordu, a prze­cież nie mogę myśleć o wszyst­kim naraz.

Jedy­naczka Molly na wzmiankę o córce swej opie­kunki prze­stała pła­kać i ośmie­liła się spy­tać:

- Czy pani jest zamężna, madame? Myśla­łam, że nazy­wają panią Clare.

Pani Kirk­pa­trick dopi­sy­wał humor, więc odpo­wie­działa:

- Nie wyglą­dam na mężatkę, prawda? Każdy jest zdzi­wiony. A jed­nak już od sied­miu lat jestem wdową. I nie mam ani jed­nego siwego włosa, cho­ciaż lady Cuxha­ven, która jest ode mnie młod­sza, ma ich wiele.

- A dla­czego nazy­wają panią Clare? - wypy­ty­wała Molly.

- Bo gdy przed laty miesz­ka­łam z nimi, nazy­wa­łam się panną Clare. To takie śliczne nazwi­sko, nie sądzisz? A potem wyszłam za nie­ja­kiego pana Kirk­pa­tricka. Był zale­d­wie wika­riu­szem, bie­da­czek. Ale za to pocho­dził z dosko­na­łej rodziny i gdyby trzech jego krew­nych zmarło bez­po­tom­nie, była­bym żoną baro­neta. Nie­stety, opatrz­ność nie uznała za wła­ściwe dopu­ścić do tego. Cóż, musimy się z pokorą godzić z tym, co nam prze­zna­czone. Dwóch jego kuzy­nów się oże­niło i mają całą chmarę dzieci. A mój biedny drogi Kirk­pa­trick zmarł i uczy­nił mnie wdową.

- I ma pani małą dziew­czynkę?

- Tak, kochaną Cyn­thię! Szkoda, że nie możesz jej zoba­czyć. Jest teraz moją jedyną pocie­chą. Jeśli będę miała czas, pokażę ci jej por­tre­cik przed poło­że­niem się spać. Ale teraz muszę już iść. Nie jest dobrze kazać lady Cum­nor na sie­bie cze­kać, a dzi­siaj szcze­gól­nie mnie pro­siła, abym zeszła wcze­śniej i pomo­gła jej z tymi ludźmi, któ­rzy się tu zatrzy­mali. Zadzwo­nię na służbę, a gdy przyj­dzie poko­jówka, poproś ją, by cię zapro­wa­dziła do dzie­cię­cej bawialni i wyja­śniła opie­kunce dzieci lady Cuxha­ven, kim jesteś. Wypi­jesz her­batę z panien­kami i razem z nimi zej­dziesz na dół na deser. Wła­śnie tak. Przy­kro mi, że tak zaspa­łaś i musisz tu zostać. A teraz daj mi całusa i prze­stań pła­kać. Cał­kiem ładne z cie­bie dziecko, cho­ciaż nie masz takich ślicz­nych kolor­ków jak Cyn­thia. Ach, nia­nia. Bądź tak miła i zapro­wadź tę młodą damę... Zapo­mnia­łam, jak się nazy­wasz, moja droga. Gib­son?... Zapro­wadź pannę Gib­son do pani Dyson w bawialni dzieci i poproś, aby dziew­czynka mogła towa­rzy­szyć panien­kom w cza­sie her­baty i aby razem z nimi zeszła na deser. Ja to wszystko wyja­śnię milady.

Ponura twarz niani roz­ja­śniła się na dźwięk nazwi­ska Gib­son i upew­niw­szy się, że Molly jest "dok­tor­ską" córką, oka­zała wię­cej niż zazwy­czaj chęci, by speł­nić życze­nie pani Kirk­pa­trick.

Molly była uczynną dziew­czynką i bar­dzo lubiła dzieci, więc tak długo, jak prze­by­wała w poko­jach dzie­cię­cych, dawała sobie cał­kiem nie­źle radę, pod­po­rząd­ko­wu­jąc się pole­ce­niom ich opie­kunki. Oka­zała się nawet pomocna, bo dzięki temu, że ukła­dała klocki z młod­szymi dziećmi, pani Dyson mogła spo­koj­nie ubrać star­sze w ich wyj­ściowe stroje - koronki, muśliny, aksa­mity i sze­ro­kie błysz­czące wstążki.

- A teraz, panienko - powie­działa, kiedy jej grupa została przy­go­to­wana do pre­zen­ta­cji doro­słym - co mogę dla panienki zro­bić? Nie ma panienka ze sobą innej sukienki, prawda?

Nie, rze­czy­wi­ście nie miała. A nawet gdyby przy­wio­zła coś na zmianę, to z pew­no­ścią nie byłoby to nic bar­dziej wyszu­ka­nego niż noszona przez nią zwy­czajna cienka bawe­łenka. Wszystko, co mogła zro­bić, to umyć twarz i dło­nie oraz pozwo­lić opie­kunce wyszczot­ko­wać i uper­fu­mo­wać włosy. Pomy­ślała, że wola­łaby raczej spę­dzić noc w parku i spać pod tym cudow­nym cichym cedrem niż być pod­dana tej nie­zna­nej cere­mo­nii "scho­dze­nia na dół na deser", która naj­wy­raź­niej uwa­żana była i przez dzieci, i przez nia­nię za wyda­rze­nie kul­mi­na­cyjne dnia. W końcu, na znak dany przez spe­cjal­nie wysła­nego lokaja, cała grupka - pod dowódz­twem pani Dyson sze­lesz­czą­cej jedwabną suk­nią - odma­sze­ro­wała w stronę drzwi jadalni.

We wspa­niale oświe­tlo­nej sali spore towa­rzy­stwo dam i dżen­tel­me­nów sie­działo przy nakry­tym stole. Każde z tych wykwint­nych dzieci natych­miast pod­bie­gło do mamy, ciotki lub kogoś szcze­gól­nie bli­skiego. Tylko Molly nie miała tu nikogo.

- Kim jest ta wysoka dziew­czynka w cien­kiej bia­łej sukience? To chyba nie jest żadna z córek naszych gospo­da­rzy?

Dama, do któ­rej skie­ro­wane było to pyta­nie, zało­żyła bino­kle, popa­trzyła na Molly i zdjęła oku­lary.

- Powie­dzia­ła­bym, że to Fran­cuzka. Lady Cuxha­ven zamie­rzała spro­wa­dzić tu taką, aby bawiła się z jej dziećmi i aby dzięki temu od naj­wcze­śniej­szych lat naby­wały wła­ści­wego akcentu. Biedna mała. Wygląda na oszo­ło­mioną i obcą! - Owa pani, sie­dząca obok lorda Cum­nora, ski­nęła na Molly, by ta do niej pode­szła. Dziew­czynka prze­mknęła się do niej, jakby szu­kała schro­nie­nia, ale gdy dama zaczęła mówić do niej po fran­cu­sku, na policz­kach dziecka poja­wiły się ciemne rumieńce i cicho powie­działa:

- Ja nie rozu­miem po fran­cu­sku. Jestem Molly Gib­son, madame.

- Molly Gib­son - powtó­rzyła gło­śno tamta, jakby to nie było wystar­cza­jące wyja­śnie­nie.

Lord Cum­nor pod­chwy­cił i nazwi­sko, i ton wypo­wie­dzi.

- Aha - ode­zwał się - to ty jesteś tą dziew­czynką, która spała w moim łóżku! - Naśla­do­wał przy tym niski głos niedź­wiadka, który zadaje to pyta­nie dziecku w bajce.

Molly nie czy­tała jed­nak histo­ryjki Trzy niedź­wiadki i wzięła na serio gniew milorda. Zadrżała i przy­su­nęła się bli­żej do owej damy, która wzięła ją za małą emi­grantkę. Lord Cum­nor był zachwy­cony tym, co uznał za wymy­ślony przez sie­bie kapi­talny żart, i w nie­skoń­czo­ność roz­wi­jał ten okle­pany pomysł. Tak długo, jak panie pozo­sta­wały w jadalni, ata­ko­wał Molly alu­zjami do Śpią­cej Kró­lewny, Sied­miu śpią­cych braci i innych bajek, które mógł sobie przy­po­mnieć, mają­cych cokol­wiek wspól­nego ze snem. Zupeł­nie sobie nie uświa­da­miał, jaką przy­krość jego żarty spra­wiają wraż­li­wej dziew­czynce, która i bez tego czuła się mar­nym grzesz­ni­kiem, gdyż spała, kiedy spać nie nale­żało. Gdyby Molly umiała tro­chę bar­dziej trzeźwo oce­nić oko­licz­no­ści tego wyda­rze­nia, uzmy­sło­wi­łaby sobie, że nie ponosi winy, bo prze­cież pani Kirk­pa­trick solen­nie obie­cała, że ją obu­dzi o odpo­wied­niej porze. Ale mała potra­fiła myśleć tylko o tym, jak bar­dzo nie­mile jest widziana w tym wiel­kim domu i jakim musi się tu wyda­wać intru­zem. Raz czy dwa prze­bie­gło jej przez głowę pyta­nie, gdzie jest jej tatuś i czy za nią tęskni, ale każda myśl o panu­ją­cej w jej domu rodzin­nej ser­decz­no­ści powo­do­wała takie ści­ska­nie w gar­dle, że posta­no­wiła odpę­dzić te wspo­mnie­nia, bojąc się, że wybuch­nie pła­czem. Instynk­tow­nie czuła, że im mniej sprawi kło­potu swym poby­tem w Towers, im mniej będzie zwra­cać na sie­bie uwagę, tym lepiej.

Razem z damami wyszła z jadalni, licząc na to, że nikt jej nie zauważy. Było to, oczy­wi­ście, nie­moż­liwe; natych­miast stała się przed­mio­tem roz­mowy mię­dzy okropną lady Cum­nor a jej uprzejmą sąsiadką.

- Czy wie pani - mówiła towa­rzyszka hra­biny - że z początku, gdy zoba­czy­łam tę młodą damę, wzię­łam ją za Fran­cuzkę? Te ciemne włosy i brwi, te szare oczy i ta przej­rzy­sta cera, którą się spo­tyka w pew­nych regio­nach Fran­cji. No i wie­dzia­łam, że lady Cuxha­ven zamie­rza zna­leźć dobrze wycho­waną dziew­czynę, która byłaby miłą towa­rzyszką dla jej dzieci.

- Nie! - odpo­wie­działa lady Cum­nor surowo, a przy­naj­mniej tak to odczuła Molly. - To córka naszego leka­rza w Hol­ling­for­dzie. Przy­je­chała tu rano ze szkol­nymi wizy­ta­tor­kami, ale zmę­czył ją upał i zasnęła w pokoju Clare. Nie­stety, zaspała i obu­dziła się dopiero wtedy, gdy powozy już odje­chały. Ode­ślemy ją do domu jutro rano, ale dzi­siaj musi tu zostać. Pani Kirk­pa­trick jest tak poczciwa, że zapro­po­no­wała, by mała spała u niej.

W tej prze­mo­wie sły­chać było zarzut, który bole­śnie, niczym nie­zli­czone żądła, ranił Molly. W tym momen­cie pode­szła lady Cuxha­ven. Jej głos był niski, a spo­sób zacho­wa­nia tak samo opry­skliwy i auto­ry­tarny jak matki, ale dziecko wyczuło w niej łagod­niej­szą naturę.

- Jak się czu­jesz, moja droga? Wyglą­dasz lepiej niż w parku pod cedrem. A więc zosta­jesz tu na noc? Clare, nie uwa­żasz, że mogły­by­śmy zna­leźć jakąś książkę z gra­wia­tu­rami, która zain­te­re­so­wa­łaby pannę Gib­son?

Pani Kirk­pa­trick przy­su­nęła się do Molly i zaczęła ją przy­tu­lać oraz słodko prze­ma­wiać. W tym cza­sie lady Cuxha­ven prze­glą­dała wolu­miny w poszu­ki­wa­niu cze­goś odpo­wied­niego dla dziew­czynki. Clare szcze­bio­tała:

- Moje biedne kocha­nie! Widzia­łam, jak wcho­dzi­łaś taka nie­śmiała do jadalni. Marzy­łam, abyś do mnie pode­szła, ale nie odwa­ży­łam się dać ci znaku, bo aku­rat wtedy lord Cuxha­ven opo­wia­dał mi o swo­ich podró­żach. O, to jest śliczna książka. Por­trety Lodge'a. Usiądę z tobą, wyja­śnię ci, kto jest kim, i wszystko ci opo­wiem. Pro­szę się wię­cej nie kło­po­tać, lady Cuxha­ven. Zajmę się nią, pro­szę zdać się na mnie.

Gdy ostat­nie słowa dotarły do świa­do­mo­ści Molly, poczuła, że robi jej się gorąco. Gdyby tylko zosta­wili ją w spo­koju i nie czy­nili wysił­ków, by oka­zać jej uprzej­mość! Gdyby tylko prze­stali się nią "kło­po­tać". Te słowa pani Kirk­pa­trick zdu­siły w zarodku wdzięcz­ność, jaką zaczy­nała odczu­wać wobec lady Cuxha­ven za próbę zna­le­zie­nia dla niej jakiejś roz­rywki. Ale, oczy­wi­ście, był to kło­pot, a jej, Molly, nie powinno tu być.

Wkrótce Clare zosta­wiła ją i poszła akom­pa­nio­wać śpie­wowi lady Agnes. Wtedy dziew­czynka spę­dziła kilka uro­czych chwil. Nie­ob­ser­wo­wana, mogła spo­koj­nie rozej­rzeć się po pokoju i doszła do wnio­sku, że pomi­ja­jąc może pałac kró­lew­ski, nie ist­nieje - nie może ist­nieć - podob­nie wiel­kie i wspa­niałe pomiesz­cze­nie. Ogromne lustra, aksa­mitne kotary, obrazy w zło­co­nych ramach, mnó­stwo błysz­czą­cych świa­teł - wszystko to zdo­biło prze­stronny salon, wypeł­niony grup­kami dam i dżen­tel­me­nów w wykwint­nych stro­jach. Nagle Molly przy­po­mniała sobie o dzie­ciach, z któ­rymi zeszła do jadalni i do sze­regu któ­rych zda­wała się zali­czać. Gdzie one są? Na bez­gło­śny sygnał matki odma­sze­ro­wały do łóżek ponad godzinę temu. Dziew­czynka zaczęła się zasta­na­wiać, czy też mogłaby odejść - o ile oczy­wi­ście zdo­ła­łaby tra­fić do bez­piecz­nej przy­stani sypialni pani Kirk­pa­trick. Od drzwi dzie­liła ją jed­nak pewna odle­głość, a jesz­cze więk­sza od Clare, do któ­rej czuła pewną przy­na­leż­ność; znaj­do­wała się rów­nie daleko od lady Cuxha­ven, okrop­nej lady Cum­nor i jej sko­rego do żar­tów, dobro­dusz­nego męża. Molly sie­działa zatem, wer­tu­jąc książkę z obraz­kami, któ­rych nie widziała, samotna pośród ota­cza­ją­cego ją tłumu i prze­py­chu, z coraz cięż­szym ser­dusz­kiem. W pew­nej chwili do salonu wszedł lokaj, rozej­rzał się i skie­ro­wał do pani Kirk­pa­trick, która sie­działa przy for­te­pia­nie w cen­trum muzy­kal­nej czę­ści towa­rzy­stwa, gotowa akom­pa­nio­wać każ­demu śpie­wa­kowi i z uśmie­chem przy­chy­la­jąc się do każ­dej prośby. Teraz pode­szła do sie­dzą­cej w kąciku dziew­czynki i powie­działa:

- Czy wiesz, kocha­nie, że jest tu twój tatuś? Przy­pro­wa­dził ze sobą two­jego kucyka, więc będziesz mogła wró­cić na nim do domu. A ja tracę moją towa­rzyszkę, bo przy­pusz­czam, że musisz odje­chać.

Odje­chać! Molly nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, gdy się pode­rwała, drżąc, mie­niąc się na twa­rzy, pra­wie pła­cząc. Następne słowa pani Kirk­pa­trick szybko jed­nak spro­wa­dziły ją z raju na zie­mię:

- Musisz podejść do lady Cum­nor i życzyć jej dobrej nocy. I nie zapo­mnij podzię­ko­wać za wiel­ko­dusz­ność, jaką ci oka­zała. Jest tam, obok sta­tui, roz­ma­wia z panem Cour­te­nayem.

Tak, stała tam. Dwa­na­ście metrów dalej. A raczej setki mil dalej. I tę odle­głość trzeba będzie poko­nać. I jesz­cze się do milady ode­zwać!

- Muszę iść? - spy­tała Molly tak żało­śnie i bła­gal­nie, jak tylko potra­fiła.

- Oczy­wi­ście. I pospiesz się. Prze­cież nie ma się czego wsty­dzić! - dodała ostrzej­szym tonem Clare, wie­dząc, że cze­kają na nią przy for­te­pia­nie, i za wszelką cenę chcąc zakoń­czyć tę sprawę z dziec­kiem jak naj­szyb­ciej.

Molly stała przez chwilę nie­ru­chomo, a potem unio­sła głowę i miękko popro­siła:

- A czy mogłaby pani podejść tam ze mną?

- Tak, oczy­wi­ście - zgo­dziła się pani Kirk­pa­trick, która doszła do wnio­sku, że jej udział w poże­gna­niu praw­do­po­dob­nie je przy­spie­szy. Chwy­ciła Molly za rękę i pocią­gnęła za sobą, a prze­cho­dząc koło osób zgro­ma­dzo­nych wokół for­te­pianu, uśmiech­nęła się, wyko­nała zwiewny ruch dło­nią i rzu­ciła swym ślicz­nym, śpiew­nym gło­sem:

- Nasza maleńka jest taka nie­śmiała i skromna, że popro­siła mnie, bym jej towa­rzy­szyła, gdy będzie życzyć jej lor­dow­skiej mości dobrej nocy. Tatuś po nią przy­je­chał i zaraz będą odjeż­dżać.

Molly nie potra­fi­łaby wyja­śnić, jak to się stało, ale sły­sząc te słowa, wysu­nęła dłoń z uchwytu pani Kirk­pa­trick, zbli­żyła się do lady Cum­nor, impo­nu­ją­cej w fio­le­to­wym aksa­mi­cie, wyko­nała dygnię­cie godne dzieci ze szkoły w Hol­ling­for­dzie i powie­działa:

- Milady, mój tatuś przy­je­chał i zabiera mnie do domu. Pra­gnę życzyć pani dobrej nocy i podzię­ko­wać za pani uprzej­mość. To zna­czy za uprzej­mość waszej lor­dow­skiej mości - popra­wiła się, pomna szcze­gó­ło­wych instruk­cji panny Brow­ning w kwe­stii ety­kiety obo­wią­zu­ją­cej w kon­tak­tach z hra­bio­stwem i ich szla­chetną pro­ge­ni­turą, które to wytyczne zostały jej prze­ka­zane tego ranka w dro­dze do Towers.

W jakiś spo­sób udało jej się wydo­stać z salonu. Gdy potem o tym myślała, doszła do wnio­sku, że nie poże­gnała się ani z lady Cuxha­ven, ani z panią Kirk­pa­trick, ani z "resztą", jak ich lek­ce­wa­żąco okre­ślała w myślach.

Pan Gib­son cze­kał w pokoju gospo­dyni. Tam wła­śnie wbie­gła Molly i, ku zro­zu­mia­łej kon­ster­na­cji zrów­no­wa­żo­nej pani Brown, rzu­ciła się ojcu na szyję:

- Och, tatu­siu! Tatu­siu! Tak się cie­szę, że przy­je­cha­łeś! - zawo­łała i wybuch­nęła pła­czem, głasz­cząc jego twarz, jakby chciała się upew­nić, że on naprawdę tu jest.

- A cóż z cie­bie za głup­ta­sek! Czyż­byś myślała, że zamie­rzam się roz­stać z moją małą dziew­czynką i pozwo­lić jej miesz­kać przez resztę życia w Towers? Robisz tyle hałasu o mój przy­jazd po cie­bie, jak­byś naprawdę tak sądziła! Pospiesz się teraz i załóż cze­pek. Pani Brown, czy mógł­bym pro­sić panią o jakiś szal, pled lub inną tka­ninę, aby przy­piąć ją córce jako halkę?

Nie wspo­mniał, że pół godziny temu wró­cił z dłu­giego objazdu. Był wykoń­czony i głodny, ale gdy w domu dowie­dział się, że Molly nie wró­ciła z Towers, wsiadł z powro­tem na zmę­czo­nego konia i poje­chał do panien Brow­ning. Zastał je pogrą­żone w bez­rad­nym nie­po­koju. Nie słu­chał jed­nak ich samo­oskar­żeń i łza­wych prze­pro­sin. Poga­lo­po­wał do domu, osio­dłał innego konia oraz kucyka córki i - cho­ciaż Betty wołała za nim, powie­wa­jąc spód­niczką do jazdy kon­nej dla Molly, a on odda­lił się dopiero dzie­sięć metrów od stajni - odmó­wił powrotu po strój i poje­chał, "okrut­nie coś pomru­ku­jąc", jak rela­cjo­no­wał potem sta­jenny Dick.

Pani Brown zdą­żyła wycią­gnąć butelkę wina i talerz cia­sta, zanim Molly wró­ciła z wyprawy do sypialni pani Kirk­pa­trick. "Była pra­wie ćwierć mili stąd" - jak gospo­dyni infor­mo­wała nie­cier­pli­wego ojca, cze­ka­ją­cego, aż córka zej­dzie na dół wystro­jona w poranne wspa­niałe szaty, z któ­rych jed­nakże opadł już blask świe­żo­ści. Pan Gib­son był ulu­bień­cem całej służby w Towers, tak jak zazwy­czaj się dzieje w przy­padku rodzin­nych leka­rzy; przy­no­sił nadzieję na ulgę i poprawę w chwi­lach nie­po­koju i trwogi. Sama pani Brown, jako cier­piąca na poda­grę, była szcze­gól­nie skłonna roz­piesz­czać dok­tora, kiedy tylko jej na to pozwa­lał, więc teraz odpro­wa­dziła ich na dzie­dzi­niec przy staj­niach i upięła na Molly szal, kiedy ta sie­działa już na grzbie­cie dłu­go­wło­sego kucyka. Gdy odjeż­dżali, gospo­dyni ośmie­liła się wypo­wie­dzieć cokol­wiek ostrożne przy­pusz­cze­nie:

- Sądzę, panie Gib­son, że lepiej jej będzie w domu.

Gdy tylko zna­leźli się w parku, dziew­czynka ude­rzyła kuca i poga­niała go do gra­nic jego moż­li­wo­ści. W końcu ojciec zawo­łał:

- Molly, zbli­żamy się do kró­li­czych nor. To nie­bez­pieczne jechać tu z taką pręd­ko­ścią! Zatrzy­maj się.

Gdy ścią­gnęła wodze, zbli­żył się i dalej jechali już razem.

- Wjeż­dżamy w cień drzew i tu trzeba jechać wol­niej.

- Och tatu­siu, ni­gdy w życiu nie byłam taka szczę­śliwa jak przed chwilą. Tam w Towers czu­łam się jak zapa­lona świeca, na którą nało­żono wyga­szacz.

- Naprawdę? A skąd ty wiesz, jak się czuje świeca?

- Nie wiem, ale tak się czu­łam - wyja­śniła i ponow­nie umil­kła. A potem powie­działa: - Tak się cie­szę, że tu jestem! To takie cudowne jechać tu, w otwar­tej prze­strzeni, na świe­żym powie­trzu, wznie­ca­jąc ten roz­koszny zapach zro­szo­nej trawy. Tatu­siu! Jesteś tam? Nie widzę cię.

Jechał tuż przy niej: wie­dział, że mogła się oba­wiać jazdy w mroku, więc przy­krył jej dłoń swoją.

- Tak się cie­szę, że jesteś tuż obok - ode­zwała się, ści­ska­jąc jego rękę. - Chcia­ła­bym mieć łań­cuch jak Ponto, tak długi jak twój naj­dal­szy obchód, żeby­śmy mogli być złą­czeni. A gdy­bym chciała, byś wró­cił, wystar­czy­łoby, żebym pocią­gnęła, a jeśli nie mógł­byś przy­być, też byś pocią­gnął za swój koniec. Była­bym pewna, że wiesz o moim pra­gnie­niu. I ni­gdy byśmy się nie zgu­bili.

- Szcze­rze mówiąc, tro­chę się zaplą­ta­łem w twoim pla­nie. Spo­sób przed­sta­wie­nia szcze­gó­łów jest lekko nie­ja­sny, ale, o ile zro­zu­mia­łem to wła­ści­wie, to chcia­ła­byś, bym jeź­dził po oko­licy jak osioł po bło­niach, z kulą przy­wią­zaną do tyl­nej nogi.

- Nie prze­szka­dza mi nazy­wa­nie mnie kulą, o ile byli­by­śmy spięci razem.

- Ale mi prze­szka­dza nazy­wa­nie mnie osłem - odpo­wie­dział.

- Nie nazwa­łam cię tak. A przy­naj­mniej nie mia­łam tego na myśli. Ale to takie wspa­niałe wie­dzieć, że mogę być tak nie­grzeczna, jak tylko mam ochotę.

- Czy to wszystko, czego się nauczy­łaś po dniu spę­dzo­nym w takim wyszu­ka­nym towa­rzy­stwie? Spo­dzie­wa­łem się, że sta­niesz się tak wykwintna i zma­nie­ro­wana, iż prze­czy­ta­łem kilka roz­dzia­łów Sir Char­lesa Gran­di­sona4, aby się dosto­so­wać do two­jego poziomu.

- Mam nadzieję, że ni­gdy nie będę musiała być lor­dem czy lady.

- Mogę cię w tym wzglę­dzie pocie­szyć. Otóż zapew­niam cię, że ni­gdy nie będziesz lor­dem, nato­miast szansa na tę drugą ewen­tu­al­ność jest jak jeden do tysiąca, przy­naj­mniej w tym sen­sie, o który ci cho­dzi.

- Gubi­ła­bym się w takim domu za każ­dym razem, gdy­bym miała przy­nieść sobie cze­pek, a te dłu­gie kory­ta­rze i klatki scho­dowe zmę­czy­łyby mnie, zanim­bym wyszła na spa­cer.

- Do przy­no­sze­nia czepka mia­ła­byś słu­żącą.

- Wiesz, tato, wydaje mi się, że słu­żące są gor­sze niż damy. Ale chyba nie prze­szka­dza­łoby mi bycie gospo­dy­nią.

- To zro­zu­miałe! Kre­dens z kon­fi­tu­rami i sło­dy­czami znaj­do­wałby się w zasięgu ręki - odpo­wie­dział filo­zo­ficz­nie. - Ale pani Brown nie­raz mi mówiła, że myśl o wiel­kich przy­ję­ciach czę­sto przy­pra­wia ją o bez­sen­ność. Musia­ła­byś wziąć te nie­po­koje pod uwagę. Bo prze­cież na każ­dej dro­dze, którą podą­żamy w życiu, natra­fiamy na tro­ski i obo­wiązki.

- Tak, chyba tak - przy­tak­nęła Molly poważ­nie. - Betty cią­gle powta­rza, że szar­gam jej nerwy każdą zie­loną plamą, jaka poja­wia się na moich sukien­kach od sie­dze­nia na sta­rej wiśni.

- A panna Brow­ning powie­działa, że naba­wiła się bólu głowy, zasta­na­wia­jąc się, jak to się stało, że zosta­wiły cię w Towers. Oba­wiam się, że dziś wie­czo­rem będziesz dla nich niczym odświętny jadło­spis dla gospo­dyni. Możesz mi, gąsko, wyja­śnić, jak do tego doszło?

- Poszłam sama obej­rzeć ogrody... są takie piękne! Zgu­bi­łam się i usia­dłam pod takim wiel­kim drze­wem, żeby odpo­cząć. Wtedy przy­szły lady Cuxha­ven i pani Kirk­pa­trick. A potem pani Kirk­pa­trick przy­nio­sła mi lunch i poło­żyła mnie spać w swoim łóżku. Myśla­łam, że mnie obu­dzi, ale tak nie zro­biła. A panie wizy­ta­torki odje­chały do Hol­ling­fordu. I wtedy zde­cy­do­wano, że zostanę w Towers do jutra. A ja bałam się powie­dzieć, jak bar­dzo, bar­dzo chcia­łam wró­cić do domu. I cały czas myśla­łam o tobie, tatu­siu, jak się zasta­na­wiasz, gdzie jestem.

- Widzę z tego, że to był raczej fatalny, a nie rado­sny dzień, co, gąsko?

- Ranek był przy­jemny. Nie zapo­mnę tych godzin spę­dzo­nych w ogro­dzie. Ale ni­gdy dotąd nie byłam tak nie­szczę­śliwa jak pod­czas tego wlo­ką­cego się bez końca popo­łu­dnia.

Pan Gib­son uznał za sto­sowne poje­chać do Towers jesz­cze przed powro­tem rodziny do Lon­dynu, by prze­pro­sić za kło­pot i podzię­ko­wać za uprzej­mość oka­zaną jego córce. Oka­zało się jed­nak, że wszy­scy gdzieś się roz­pierz­chli i nikt nie miał wystar­cza­jąco dużo czasu, by wysłu­chać jego grzecz­nych podzię­ko­wań. W końcu wyde­le­go­wano do niego panią Kirk­pa­trick, która, mimo iż zamie­rzała udać się z wizytą razem z lady Cuxha­ven i przy oka­zji odwie­dzić jedną ze swych daw­nych uczen­nic, zdo­łała przy­jąć pana Gib­sona w imie­niu rodziny. Zapew­niła go rów­nież, że we wdzięcz­nej pamięci zacho­wała jego sta­ra­nia, jakich nie szczę­dził pod­czas jej cho­roby w prze­szło­ści, a swe podzię­ko­wa­nia wyra­ziła w wielce ujmu­jący spo­sób.

III Dzieciństwo Molly Gibson

III

Dzie­ciń­stwo Molly Gib­son

Szes­na­ście lat wcze­śniej mia­stecz­kiem Hol­ling­ford wstrzą­snęła wia­do­mość, że pan Hall, zdolny i kom­pe­tentny lekarz, który zaj­mo­wał się miesz­kań­cami przez całe ich życie, zamie­rza przy­jąć wspól­nika. Prze­ko­ny­wa­nie pacjen­tów dok­tora nie miało naj­mniej­szego sensu, więc pan Brow­ning, pro­boszcz, pan She­ep­shanks, zarządca Cum­nor Towers, i sam pan Hall - święta trójca roz­sąd­nych lokal­nej spo­łecz­no­ści - porzu­cili próby uza­sad­nia­nia tego zamy­słu, czu­jąc, że metoda: Che sara, sara5 zadziała sku­tecz­niej niż jakie­kol­wiek argu­menty. Pan Hall tłu­ma­czył swym wier­nym pod­opiecz­nym, że nawet w naj­sil­niej­szych oku­la­rach jego wzrok nie jest nie­za­wodny, że sami mogli się po wie­lo­kroć prze­ko­nać o jego pro­ble­mach ze słu­chem (choć, jeśli jeste­śmy przy tym tema­cie, oto­cze­nie dok­tora wie­lo­krot­nie sły­szało, jak wyra­żał pogląd o roz­prze­strze­nia­ją­cej się nie­dba­ło­ści w komu­ni­ka­cji mię­dzy­ludz­kiej, czego przy­kła­dem jest "to pisa­nie na bibule, gdzie wszyst­kie słowa włażą na sie­bie" - tak wła­śnie twier­dził). Poza tym kilka razy dok­to­rowi przy­da­rzyły się ataki podej­rza­nej natury, które on sam nazy­wał reu­ma­ty­zmem, acz­kol­wiek zapi­sał sobie lekar­stwo na poda­grę, a dole­gli­wo­ści te unie­moż­li­wiały mu natych­mia­stowe reago­wa­nie na pilne wezwa­nia. Ale nie­ważne - ślepy, głu­chy i nie­do­łężny - był ich leka­rzem zdol­nym wyle­czyć wszyst­kie nie­do­ma­ga­nia, chyba że tym­cza­sem któ­ryś z pacjen­tów by zmarł, i abso­lut­nie nie­do­pusz­czalne było, aby mówił o swo­jej sta­ro­ści, eme­ry­tu­rze czy przy­ję­ciu part­nera.

On zaś sys­te­ma­tycz­nie dzia­łał dalej: dawał ogło­sze­nia w pra­sie medycz­nej, czy­tał refe­ren­cje, wery­fi­ko­wał cha­rak­tery i kwa­li­fi­ka­cje. I w chwili, gdy stare panny w Hol­ling­for­dzie uznały, iż zdo­łały prze­ko­nać swego rówie­śnika, że jest dokład­nie tak samo młody jak dotych­czas, zasko­czył je, spro­wa­dza­jąc wspól­nika, pana Gib­sona. Przed­sta­wił go i od razu zaczął - prze­bie­gle, jak to okre­śliły damy - wpro­wa­dzać w arkana swo­jej prak­tyki. "A kimże jest ten pan Gib­son?" - pytały, lecz odpo­wie­dzieć mogłoby im tylko echo, o ile by zechciało, bo nikt inny tego nie zro­bił. Nikt ni­gdy nie dowie­dział się wię­cej o jego przod­kach niż miesz­kańcy Hol­ling­fordu mogli usta­lić tego pierw­szego dnia, gdy go zoba­czyli. Był wysoki, poważny, bar­dziej przy­stojny niż brzydki; na tyle szczu­pły, by można o nim powie­dzieć, że ma zgrabną figurę, bo działo się to w cza­sach, zanim "krzep­kie chrze­ści­jań­stwo" weszło w modę. Mówił z lek­kim szkoc­kim akcen­tem i, jak zauwa­żyła pewna zacna dama, wypo­wia­dał się w spo­sób banalny, przez które to okre­śle­nie rozu­miała: sar­ka­styczny. Jeśli nato­miast cho­dzi o jego pocho­dze­nie i wykształ­ce­nie, ulu­bioną wer­sją spo­łecz­no­ści Hol­ling­fordu była ta, że dok­tor Gib­son jest synem szkoc­kiego księ­cia i Fran­cuzki. Zna­le­ziono wiele prze­sła­nek prze­ma­wia­ją­cych za tą kon­cep­cją. Mówił ze szkoc­kim akcen­tem, a zatem był Szko­tem. Wyglą­dał wykwint­nie, miał ele­gancką figurę i skłon­ność - tak przy­naj­mniej twier­dzili ludzie mu nie­przy­chylni - do zadzie­ra­nia nosa, a to ozna­czało, że jego ojciec musiał być osobą na pozio­mie; nic nie było prost­sze niż podą­ża­nie za tym podej­rze­niem przez wszyst­kie stop­nie paro­stwa - od baro­neta, przez barona, wiceh­ra­biego, hra­biego, mar­kiza, aż do księ­cia. Wyżej nawet miesz­kańcy Hol­ling­fordu nie odwa­żyli się wspi­nać, choć pewna dama obe­znana z histo­rią Anglii zary­zy­ko­wała twier­dze­nie, że "według jej wie­dzy jeden lub dwóch Stu­ar­tów... hm... nie zawsze... pro­wa­dziło się... hm... popraw­nie... i wydaje jej się... cóż, ist­nieje coś takiego jak syn z pośli­zgu". W każ­dym razie w powszech­nym mnie­ma­niu ojciec pana Gib­sona był księ­ciem. Nikim wię­cej.

Jego matka nato­miast musiała być Fran­cuzką. Prze­ma­wiały za tym trzy racje: miał ciemne włosy, zie­mi­stą cerę, a poza tym był w Paryżu. To mogła być albo prawda, albo fałsz. Nikt z nich ni­gdy nie dowie­dział się o nim niczego pew­nego ponad to, co powie­dział dok­tor Hall, a mia­no­wi­cie: że kwa­li­fi­ka­cje zawo­dowe pana Gib­sona są rów­nie wyso­kie jak jego morale, a obie te cechy zde­cy­do­wa­nie wzno­szą się ponad poziom prze­ciętny, co stary lekarz oso­bi­ście spraw­dził, jesz­cze zanim przed­sta­wił swego następcę w mia­steczku. Popu­lar­ność na tym świe­cie jest tak prze­mi­ja­jąca jak chwała, a stary dok­tor prze­ko­nał się o tym, nim upły­nął rok trwa­nia jego spółki. Miał teraz mnó­stwo wol­nego czasu, by leczyć swą poda­grę i pie­lę­gno­wać wzrok, bo młody lekarz odniósł zwy­cię­stwo. Pra­wie wszy­scy posy­łali teraz po dok­tora Gib­sona, nawet ci z dwo­rów, nawet z Towers, naj­więk­szego z wiel­kich domów, w któ­rym pan Hall przed­sta­wił wspól­nika z drże­niem serca, oba­wia­jąc się tego, czy młody czło­wiek odpo­wied­nio się zachowa i jakie wra­że­nie wywrze na ich lor­dow­skich mościach. Po upły­wie dwu­na­stu mie­sięcy w oko­licz­nych rezy­den­cjach przyj­mo­wano pana Gib­sona z takim samym sza­cun­kiem dla jego wie­dzy medycz­nej jak przed­tem pana Halla. Co wię­cej - a to już było doprawdy zbyt wiele, nawet dla kogoś o tak łagod­nym cha­rak­te­rze jak stary poczciwy dok­tor - pan Gib­son został zapro­szony na kola­cję do Towers, gdy gościł tam sam wielki sir Astley, dowo­dzący całym świa­tem medycz­nym. Oczy­wi­ście dok­tor Hall rów­nież otrzy­mał zapro­sze­nie, ale wła­śnie w tym cza­sie leżał powa­lony ata­kiem poda­gry - odkąd miał wspól­nika, jego cho­roba samo­wol­nie się roz­wi­nęła - i nie był w sta­nie wziąć udziału w tym spo­tka­niu. Biedny, ni­gdy nie doszedł do sie­bie po tym zawsty­dza­ją­cym incy­den­cie. Od tej pory pozwo­lił sobie na słaby wzrok, przy­tę­piony słuch i sta­rał się nie odda­lać od domu w trak­cie dwóch kolej­nych zim, jakie mu jesz­cze pozo­stały. Spro­wa­dził samotną córkę swej sio­strze­nicy, by mu na sta­rość dotrzy­my­wała towa­rzy­stwa, i on, pogar­dza­jący kobie­tami stary kawa­ler, czuł teraz wdzięcz­ność za pogodną obec­ność ład­nej i powab­nej Mary Pre­ston, która była dobra i czuła, lecz, nie­stety, nic poza tym. Szybko nawią­zała zażyłe kon­takty z cór­kami pro­bosz­cza, pan­nami Brow­ning, a dok­tor Gib­son zna­lazł czas, by zaprzy­jaź­nić się z tym ter­ce­tem. Całe Hol­ling­ford spe­ku­lo­wało, która z mło­dych dam zosta­nie panią Gib­son, i z zawo­dem przy­jęto wia­do­mość, która prze­ci­nała roz­mowy o moż­li­wo­ściach i plotki o praw­do­po­do­bień­stwach wyboru mło­dego przy­stoj­nego medyka. Sprawa skoń­czyła się w spo­sób naj­bar­dziej natu­ralny mał­żeń­stwem pana Gib­sona z krewną jego poprzed­nika. Dwie panny Brow­ning nie zde­cy­do­wały się po tym roz­cza­ro­wa­niu zapaść na galo­pu­jące suchoty, choć ich wygląd i zacho­wa­nie pod­dano bacz­nej obser­wa­cji. Wprost prze­ciw­nie - pod­czas ślubu zacho­wy­wały się hała­śli­wie i wesoło, a jeśli cho­dzi o gruź­licę, to zmarła na nią młoda pani Gib­son, cztery lub pięć lat po ślu­bie, trzy lata po śmierci swego wujecz­nego dziadka, kiedy jej jedyne dziecko, Molly, miało zale­d­wie trzy lata.

Pan Gib­son ni­gdy nie mówił o swej roz­pa­czy po śmierci mło­dej żony, a z pew­no­ścią ten smu­tek odczu­wał, choć za wszelką cenę ucie­kał przed wszel­kimi oka­zy­wa­nymi mu dowo­dami współ­czu­cia: pospiesz­nie wstał i opu­ścił pokój, gdy panna Pho­ebe Brow­ning, zoba­czyw­szy go po raz pierw­szy po śmierci jego żony, wybuch­nęła nie­kon­tro­lo­wa­nym pła­czem, wyraź­nie gra­ni­czą­cym z ata­kiem histe­rii. Panna Sally Brow­ning oświad­czyła póź­niej, że ni­gdy nie wyba­czy mu oschło­ści serca, jaką wtedy oka­zał, ale już po dwóch tygo­dniach doszło do ostrej wymiany zdań mię­dzy nią a starą panią Goode­no­ugh, która uwa­żała, że dok­tor Gib­son nie jest czło­wie­kiem o głę­bo­kich uczu­ciach, o czym świad­czyła jej zda­niem zbyt wąską kre­powa wstążka na jego kape­lu­szu. Ta żałobna opa­ska winna bowiem pokry­wać cały kape­lusz, a u dok­tora co naj­mniej sie­dem lub nawet osiem cen­ty­me­trów pozo­sta­wało bez krepy. Mimo tych wszyst­kich opi­sa­nych wyda­rzeń panny Brow­ning uwa­żały się za naj­bar­dziej zaprzy­jaź­nione z panem Gib­sonem, przede wszyst­kim ze względu na zaży­łość z jego zmarłą żoną, i chęt­nie oka­załyby bar­dziej macie­rzyń­skie uczu­cia małej Molly, gdyby nie znaj­do­wała się pod opieką smoka-straż­nika w oso­bie Betty. Była ona szcze­gól­nie zazdro­sna o każdą osobę sta­jącą mię­dzy nią a jej pod­opieczną, a już z zasady tępiła wszel­kie istoty swo­jej płci, które z racji wieku, pozy­cji spo­łecz­nej lub bli­sko­ści mogły chcieć "robić słod­kie oczy do jej pana", by posłu­żyć się okre­śle­niem samej Betty.

Kilka lat przed wyda­rze­niami otwie­ra­ją­cymi tę opo­wieść pozy­cja pana Gib­sona, tak oso­bi­sta, jak i zawo­dowa, wyda­wała się na zawsze usta­lona. Był wdow­cem i wyglą­dało na to, że nim pozo­sta­nie. Jego afekty kon­cen­tro­wały się na małej Molly, ale nawet wobec niej, nawet w chwi­lach naj­więk­szej bli­sko­ści, ni­gdy nie pozwa­lał sobie na zbyt silne oka­zy­wa­nie uczuć. Naj­czul­szym okre­śle­niem, jakim się do niej zwra­cał było "gąska", a poza tym znaj­do­wał szcze­gólną przy­jem­ność w zadzi­wia­niu jej dzie­cię­cego umy­słu prze­ko­ma­rza­niem się. Żywił lekką pogardę dla osób nad­mier­nie oka­zu­ją­cych uczu­cia, co czę­ściowo brało się z zawo­do­wego prze­ko­na­nia o nega­tyw­nym wpły­wie nie­kon­tro­lo­wa­nych i wybu­ja­łych emo­cji na zdro­wie. Udało mu się wmó­wić w sie­bie, że jego umysł panuje nad wszyst­kim, ponie­waż ni­gdy nie nabrał zwy­czaju wyra­ża­nia się na inne tematy niż czy­sto inte­lek­tu­alne. Molly jed­nakże miała intu­icję, która jej pod­po­wia­dała, jaka jest prawda. Cho­ciaż tatuś śmiał się z niej, żar­to­wał i wpra­wiał w kon­fu­zję, a to wszystko w spo­sób, który panny Brow­ning okre­ślały mię­dzy sobą jako "naprawdę okrutny", dziew­czynka dzie­liła się swymi drob­nymi tro­skami i rado­ściami raczej z ojcem niż z Betty, ową sekut­nicą o gołę­bim sercu. Dziecko rosło i z każ­dym rokiem rozu­miało swego ojca lepiej. Ich rela­cje były wspa­niałe: na pół żar­to­bliwe, na pół poważne, a przy­jaźń, która ich łączyła, była praw­dzi­wie głę­boka.

Pan Gib­son zatrud­niał trzy słu­żące: Betty, kucharkę i dziew­czynę, która miała być poko­jówką, ale pod­le­gała jed­no­cze­śnie obu star­szym słu­żą­cym i w kon­se­kwen­cji, z braku jed­nej zwierzch­niczki, wio­dła lek­kie życie. Aż trzy słu­żące nie byłyby potrzebne, gdyby pan Gib­son nie miał zwy­czaju, podob­nie jak przed­tem pan Hall, przyj­mo­wać dwóch uczniów - jak swym wykwint­nym języ­kiem nazy­wali ich miesz­kańcy Hol­ling­fordu, a dla któ­rych bar­dziej wła­ści­wym okre­śle­niem byłoby: ter­mi­na­to­rzy. Zwią­zani byli z dok­to­rem rodza­jem umowy i pła­cili mu cał­kiem nie­złe kwoty za naukę zawodu. Miesz­kali w domu swego mistrza i zaj­mo­wali nie­przy­jemną, bo nie­jed­no­znaczną pozy­cję. Posiłki spo­ży­wali razem z dok­to­rem i Molly, a w ich obec­no­ści atmos­fera sta­wała się ciężka, pan Gib­son bowiem nie był czło­wie­kiem roz­mow­nym, a dodat­kowo nie­na­wi­dził kon­wer­so­wać pod przy­mu­sem. A jed­nak krzy­wił się, jakby miał poczu­cie, że nie speł­niał nale­ży­cie swych obo­wiąz­ków, gdy po sprząt­nię­ciu ze stołu ci dwaj dzi­waczni mło­dzieńcy pod­no­sili się ze skwa­pliwą rado­ścią, wyko­ny­wali w stronę dok­tora kiw­nię­cie, które nale­żało chyba inter­pre­to­wać jako ukłon, i chcąc jak naj­szyb­ciej opu­ścić jadal­nię, nie­odmien­nie wpa­dali na sie­bie. Potem sły­chać było, jak mknęli kory­ta­rzem w stronę gabi­netu, krztu­sząc się od powstrzy­my­wa­nego śmie­chu. A iry­ta­cja, jaką pan Gib­son odczu­wał na myśl o tym, że nie spraw­dził się jako gospo­darz i pan domu, czy­niła jego sar­kazm na widok nie­udol­no­ści, głu­poty czy złych manier swych uczniów jesz­cze ostrzej­szym niż poprzed­nio.

Poza prze­ka­zy­wa­niem medycz­nej wie­dzy zupeł­nie nie wie­dział, co zro­bić z tym fan­tem w postaci dwóch nie­zgra­bia­szy, któ­rzy wypeł­niali podwójną misję: sta­no­wili przed­miot świa­do­mych drwin mistrza i sami nie­świa­dome go drę­czyli. Raz czy dwa dok­tor Gib­son spró­bo­wał odmó­wić przy­ję­cia nowego prak­ty­kanta, licząc na to, że uwolni się od tego kosz­maru. Nie­stety, jego repu­ta­cja wybit­nego medyka zata­czała tak sze­ro­kie kręgi, że wyzna­czona przez niego nie­przy­zwo­icie wysoka opłata, która miała odstra­szyć kan­dy­da­tów, wno­szona była bez pro­te­stów. Czy ist­niało bowiem coś, co mogło bar­dziej uła­twić mło­demu czło­wie­kowi start w dzie­dzi­nie medy­cyny niż pre­stiż prak­ty­ko­wa­nia u Gib­sona w Hol­ling­for­dzie? Ale gdy Molly miała osiem lat i z dziecka prze­kształ­ciła się w dziew­czynkę, ojciec dostrzegł nie­sto­sow­ność tego, że wobec jego prze­dłu­ża­ją­cych się absen­cji córka więk­szość posił­ków spo­ży­wała w towa­rzy­stwie dwóch mło­dzień­ców. Aby zapo­biec takim sytu­acjom, a przy oka­zji aby zapew­nić dziecku tro­chę nauki, zatrud­nił powa­żaną kobietę, córkę skle­pi­ka­rza z mia­steczka, który pozo­sta­wił rodzinę bez środ­ków do życia. Opie­kunka miała przy­cho­dzić każ­dego ranka jesz­cze przed śnia­da­niem i pozo­sta­wać z Molly aż do powrotu ojca wie­czo­rem, a gdyby coś go zatrzy­mało dłu­żej poza domem, panna Eyre cze­ka­łaby, aż jej pod­opieczna położy się spać.

- A zatem, panno Eyre - powie­dział, pod­su­mo­wu­jąc swe zale­ce­nia dzień przed­tem, nim miała objąć swą posadę - pro­szę pamię­tać: powinna pani przy­go­to­wy­wać dla tych mło­dzień­ców dobrą her­batę i dopil­no­wać, aby spo­żyli przy­jemny posi­łek. I jesz­cze jedno: mówiła pani, że ile ma lat? Trzy­dzie­ści pięć? Pro­szę spró­bo­wać skło­nić ich do mówie­nia. Naj­chęt­niej roz­sąd­nego. Oba­wiam się, co prawda, że nie leży to ani w mocy pani, ani kogo­kol­wiek innego, ale może uda się pani spra­wić, że zdo­łają powie­dzieć cokol­wiek bez chi­cho­tów i jąka­nia. Pro­szę nie uczyć Molly zbyt wiele. Powinna umieć szyć, czy­tać i pisać. I znać rachunki. Ale na razie chcę, by miała praw­dziwe dzie­ciń­stwo. A jeśli uznam, że potrze­buje jesz­cze jakiejś nauki, sam będę jej udzie­lał lek­cji. Tak naprawdę to nie wiem, czy nawet czy­ta­nie i pisa­nie są nie­zbędne. Wiele porząd­nych kobiet wycho­dzi za mąż, a zamiast pod­pisu sta­wiają krzy­żyk. A ucze­nie to, moim zda­niem, tylko osła­bia­nie zdro­wego roz­sądku. Ale trudno, musimy się pod­dać prze­są­dom spo­łecz­nym, panno Eyre, i dla­tego wolno pani nauczyć moją córkę czy­tać.

Panna Eyre słu­chała w mil­cze­niu, zdu­miona, lecz zde­cy­do­wana posłusz­nie prze­strze­gać zale­ceń dok­tora, któ­rego wspa­nia­ło­myśl­no­ści ona i jej bli­scy mieli oka­zję doświad­czyć. Od tej pory przy­go­to­wy­wała naprawdę esen­cjo­nalną her­batę i hojną ręką czę­sto­wała nią mło­dych ludzi nie­za­leż­nie od tego, czy dok­tor był obecny, czy też nie. Udało jej się, nie­stety tylko pod­czas nie­obec­no­ści pana domu, roz­wią­zać języki prak­ty­kan­tom, bo roz­ma­wiała z nimi o codzien­nych spra­wach na swój miły, fami­liarny spo­sób. Nauczyła Molly czy­tać i pisać, i ze wszyst­kich sił sta­rała się znie­chę­cić dziecko do innych gałęzi wie­dzy. Po sto­cze­niu cięż­kich walk i wielu pod­stę­pach dziew­czynka prze­ko­nała wresz­cie ojca, by pozwo­lił jej na lek­cje fran­cu­skiego i rysunku. Bar­dzo się oba­wiał, że sta­nie się zbyt wykształ­cona; jego nie­po­kój był jed­nak nie­uza­sad­niony, gdyż czter­dzie­ści lat temu w takich mie­ści­nach jak Hol­ling­ford rzadko się poja­wiali wybitni nauczy­ciele. Raz w tygo­dniu brała też udział w lek­cji tańca, odby­wa­ją­cej się w sali asam­blo­wej głów­nej gospody mia­steczka noszą­cej nazwę Pod Her­bem Cum­no­rów. Znie­chę­cana przez ojca do wysiłku inte­lek­tu­al­nego, pochła­niała każdą książkę, która wpa­dła jej w ręce, z takim zachwy­tem, jakby to była lek­tura zaka­zana. Jak na swoją pozy­cję pan Gib­son miał zaska­ku­jąco dobrze zaopa­trzoną biblio­tekę. Lite­ra­tura medyczna była nie­do­stępna dla Molly, ponie­waż książki fachowe znaj­do­wały się w gabi­ne­cie, nato­miast wszyst­kie pozo­stałe albo prze­czy­tała, albo cho­ciaż pró­bo­wała przeczy­tać. Jej let­nią czy­tel­nię sta­no­wiła owa stara wiśnia, która zna­czyła dziew­częce sukienki zie­lo­nymi pla­mami, wspo­mnia­nymi już jako te, które szar­gają nerwy Betty. Pomimo tego "toczą­cego ją robaka" wygląd gospo­dyni wska­zy­wał na to, że jest silna i bystra, wręcz kwit­nąca. Sta­no­wiła jedyną ciemną chmurę na sza­fi­rze nieba życia panny Eyre, która poza tym była bar­dzo szczę­śliwa, że zna­la­zła odpo­wied­nią i dobrze płatną posadę w chwili, gdy jej naj­bar­dziej potrze­bo­wała. Ale Betty, choć ofi­cjal­nie przy­znała panu Gib­sonowi rację, że jego mała córeczka potrze­buje guwer­nantki, gwał­tow­nie opie­rała się dzie­le­niu z kim­kol­wiek wła­dzy i wpływu na dziecko, które było jej obo­wiąz­kiem, jej plagą i jej roz­ko­szą od dnia śmierci pani Gib­son. Od samego początku zajęła sta­no­wi­sko cen­zora wszyst­kich słów i czy­nów panny Eyre i ani przez chwilę nie raczyła ukry­wać swej dez­apro­baty. W głębi serca nie umiała nie podzi­wiać cier­pli­wo­ści i skru­pu­lat­no­ści tej dobrej damy; bo panna Eyre była damą w peł­nym i naj­lep­szym sen­sie tego słowa, choć w oczach miesz­kań­ców Hol­ling­fordu pozo­sta­wała tylko córką skle­pi­ka­rza. Betty cią­gle brzę­czała wokół guwer­nantki z drę­czącą nie­ustę­pli­wo­ścią komara, zawsze gotowa jeśli nie uką­sić, to cho­ciaż zna­leźć czuły punkt. Jedyna obrona panny Eyre nad­cho­dziła ze strony pozor­nie naj­mniej ocze­ki­wa­nej - od jej uczen­nicy, w któ­rej imie­niu, jako uci­śnio­nej, bez­bron­nej istotki, wystę­po­wała rze­komo Betty i o któ­rej dobro tak gorąco wal­czyła. Molly jed­nak bar­dzo szybko dostrze­gła nie­spra­wie­dli­wość ata­ków swej sta­rej opie­kunki i zaczęła sza­no­wać pannę Eyre za jej cichą cier­pli­wość i wytrzy­ma­łość w zno­sze­niu tego, co spra­wiało jej znacz­nie wię­cej bólu, niż prze­śla­dow­czyni mogła sobie wyobra­zić. Pan Gib­son oka­zał zacnej damie i jej rodzi­nie przy­jaźń w potrze­bie, więc ona wolała zatrzy­mać swe skargi dla sie­bie niż spra­wić mu jaki­kol­wiek kło­pot. I została nagro­dzona. Betty po wie­lo­kroć i na różne spo­soby pró­bo­wała nakło­nić Molly do igno­ro­wa­nia życzeń panny Eyre, ale dziew­czynka nie­zmien­nie opie­rała się wszel­kim poku­som i dalej ślę­czała nad zada­nym jej szy­ciem czy skom­pli­ko­wa­nymi rachun­kami. Wobec tego nie­po­wo­dze­nia Betty zaczęła stroić sobie z guwer­nantki nie­wy­bredne żarty, a wtedy Molly patrzyła na nią z powagą, jakby pro­siła o wyja­śnie­nie nie­zro­zu­mia­łej wypo­wie­dzi. A nic nie zgasi sku­tecz­niej wesołka jak prośba o prze­tłu­ma­cze­nie jego dow­cipu na zwy­kły, codzienny język i wska­za­nie puenty. Cza­sami zło­śnica cał­ko­wi­cie tra­ciła pano­wa­nie nad sobą i odzy­wała się do panny Eyre imper­ty­nencko, jed­nak gdy zda­rzyło się to w obec­no­ści Molly, ta odpo­wia­dała ata­kiem dzi­kiej pasji w obro­nie swej cichej, drżą­cej guwer­nantki i sama Betty się znie­chę­ciła, choć uda­wała, że bie­rze gniew dziew­czynki za świetny dow­cip. Pró­bo­wała nawet namó­wić pannę Eyre do wzię­cia udziału w tej zaba­wie.

- Słodka mała! Można by pomy­śleć, że ze mnie głodne koci­sko, a ona to mała wró­blica, z tymi trze­po­czą­cymi skrzy­dłami, małymi oczy­skami całymi w ogniu i dziób­kiem goto­wym mnie dziob­nąć tylko dla­tego, że popa­trzy­łam na jej gniazdko. No, dzie­ciaku! Jeśli chce ci się dusić w tym paskud­nym zamknię­ciu i uczyć tych głu­pot, co to nikomu nie są potrzebne, zamiast jeź­dzić sobie wóz­kiem Joba Don­kina, to jest twój pro­blem, nie mój. Ale z niej mała lisica, co nie? - Z uśmiesz­kiem koń­czyła prze­mowę, spo­glą­da­jąc na pannę Eyre.

Biedna guwer­nantka nie widziała jed­nak w tej całej histo­rii nic śmiesz­nego; porów­na­nie Molly do mamy wró­bli zupeł­nie do niej nie dotarło, gdyż zmar­twiło ją coś innego. Była osobą wraż­liwą i sumienną, a przy tym z doświad­cze­nia wynie­sio­nego z domu wie­działa, do czego może dopro­wa­dzić nie­okieł­znany tem­pe­ra­ment. Dla­tego zaczęła upo­mi­nać pod­opieczną, że pozwo­liła emo­cjom zapa­no­wać nad sobą, a dziew­czynka doszła do wnio­sku, że ciężko jest być obwi­nia­nym za coś, co w jej oczach było tylko uspra­wie­dli­wio­nym gnie­wem na Betty. Ale to były chyba jedyne tro­ski jej bar­dzo szczę­śli­wego dzie­ciń­stwa.

IV Sąsiedzi pana Gibsona

IV

Sąsie­dzi pana Gib­sona

Molly dora­stała pomię­dzy tymi cichymi ludźmi w spo­koj­nej mono­to­nii życia przez pra­wie sie­dem­na­ście lat, a jedy­nym poważ­niej­szym wyda­rze­niem był ów kosz­marny dzień w Towers. Z cza­sem dołą­czyła do grona szkol­nych wizy­ta­to­rek, ale ni­gdy wię­cej nie wzięła udziału w dorocz­nym spo­tka­niu w wiel­kim domu. Zawsze potra­fiła zna­leźć jakąś wymówkę tłu­ma­czącą jej nie­obec­ność, bo wspo­mnie­nie tam­tego dnia nie nale­żało do przy­jem­nych, choć czę­sto docho­dziła do wnio­sku, że chęt­nie zwie­dzi­łaby ponow­nie ogrody.

Lady Agnes wyszła za mąż i w Towers pozo­stała tylko lady Har­riet. Lord Hol­ling­ford, pier­wo­rodny syn hra­biego, stra­cił żonę i spę­dzał obec­nie w domu rodzi­ców znacz­nie wię­cej czasu. Był wysoki, nie­zgrabny i powszech­nie uwa­żano go za tak dum­nego jak jego matka, lady Cum­nor. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak był po pro­stu nie­śmiały i nie­chętny do zabie­ra­nia publicz­nie głosu. Zupeł­nie nie wie­dział, co mógłby powie­dzieć ludziom, któ­rych codzienne zatrud­nie­nia i zain­te­re­so­wa­nia były odmienne od jego; z rado­ścią przy­jąłby pre­zent w postaci porad­nika pro­wa­dze­nia lek­kiej kon­wer­sa­cji i roz­czy­ty­wałby się w nim ze sta­ran­no­ścią, ale praw­do­po­dob­nie także z roz­ba­wie­niem. Zazdro­ścił płyn­nej gada­tli­wo­ści swemu ojcu, który uwiel­biał paplać do każ­dego, cudow­nie nie­świa­domy cha­otycz­no­ści swych prze­mów. Lord Hol­ling­ford z powodu wro­dzo­nej rezerwy i powścią­gli­wo­ści nie cie­szył się popu­lar­no­ścią mimo wiel­kiej dobroci serca, pro­stoty cha­rak­teru i nauko­wych osią­gnięć tak impo­nu­ją­cych, że zdo­był uzna­nie także na kon­ty­nen­cie. Pod tym wzglę­dem miesz­kańcy mia­steczka byli z niego dumni, wie­dzieli bowiem, że postawny, nie­zdarny i wiecz­nie poważny dzie­dzic wło­ści cie­szy się w świe­cie wielką estymą za swą mądrość. Doszło też do nich, że doko­nał kilku odkryć nauko­wych, choć nikt nie był do końca pewien, na jakim polu. Miesz­kańcy z wielką satys­fak­cją wska­zy­wali obcym przy­by­szom mło­dego lorda z komen­ta­rzem: "To lord Hol­ling­ford. Ten sławny lord Hol­ling­ford. Musiał pan o nim sły­szeć, to znany nauko­wiec". Jeśli gość sły­szał o nim, znał też powody jego sławy. A jeśli nie sły­szał, i tak się do tego nie przy­zna­wał, bo udo­wod­niłby nie tylko swoją igno­ran­cję, ale też nie­wie­dzę swych roz­mów­ców co do osią­gnięć przed­miotu ich dumy.

Lord był wdow­cem z dwójką czy trójką synów - nie­stety, chłopcy prze­by­wali w szko­łach z inter­na­tem, toteż dom, w któ­rym miesz­kał w cza­sie swego mał­żeń­stwa, pozba­wiony kobiety i dzieci, nie tchnął rodzinną atmos­ferą. Młody lord spę­dzał zatem sporo czasu w Towers, gdzie matka była z niego dumna, a ojciec za nim prze­pa­dał, lecz także tro­chę się go oba­wiał. Przy­ja­ciele syna byli mile widziani przez hra­biego i hra­binę Cum­no­rów; ten pierw­szy z zasady chęt­nie zapra­szał każ­dego, wszę­dzie i zawsze, nato­miast dla lady Cum­nor to, że pozwa­lała zapra­szać do swego domu "tych dziw­nych ludzi", było praw­dzi­wym dowo­dem jej afektu dla wybit­nego syna. "Ci dziwni ludzie" byli zna­ko­mi­tymi przed­sta­wi­cie­lami nauki, a lord Hol­ling­ford, zapra­sza­jąc ich, nie kie­ro­wał się ani ich pocho­dze­niem spo­łecz­nym, ani zna­jo­mo­ścią świa­to­wych manier.

Pan Hall, poprzed­nik pana Gib­sona, był rodzin­nym leka­rzem w Towers, jesz­cze zanim lord Cum­nor się oże­nił, i lady Cum­nor po swoim ślu­bie przyj­mo­wała dok­tora z przy­ja­zną pro­tek­cjo­nal­no­ścią. Ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, by pró­bo­wać go odzwy­czaić od spo­ży­wa­nia posiłku - o ile go potrze­bo­wał - w pokoju gospo­dyni; rzecz jasna, nie w towa­rzy­stwie gospo­dyni. Nie­kon­flik­towy, bystry, tęgawy i rumiany dok­tor Hall zde­cy­do­wa­nie wolał wstą­pić wła­śnie tam - gdyby oczy­wi­ście dano mu prawo wyboru, ale do tego ni­gdy nie doszło - by "prze­ką­sić co nieco", niż gdyby musiał spo­ży­wać posi­łek w wiel­kiej jadalni z ich lor­dow­skimi mościami. Gdy z Lon­dynu przy­jeż­dżał na kon­sul­ta­cje jakiś wielki tuz medycz­nego świata, taki jak na przy­kład sir Astley, było obo­wiąz­kiem gospo­da­rzy zapro­sić także miej­sco­wego medyka. Wtedy pan Hall brał udział w for­mal­nej i bar­dzo ofi­cjal­nej kola­cji. Na tę oka­zję spo­wi­jał swe pod­bródki w sute fałdy bia­łego muślinu, zakła­dał czarne spodnie do kolan, przy­ozdo­bione po bokach pękami wstą­żek, do tego czarne jedwabne poń­czo­chy i buty ze sprzącz­kami; jed­nym sło­wem robił wszystko, by czuć się jak naj­bar­dziej nie­wy­god­nie, i wyru­szał z wielką pompą w dyli­żan­sie spod gospody Pod Her­bem Cum­norów. W naj­taj­niej­szym zaka­marku serca pocie­szał się, że ponosi tę ofiarę, by móc następ­nego dnia przez przy­pa­dek wspo­mnieć zie­mia­nom, któ­rymi się opie­ko­wał: "Wczo­raj przy kola­cji hra­bia powie­dział..." lub "Hra­bina wspo­mniała", czy też "Zdu­mia­łem się, gdy wczo­raj na kola­cji w Towers...". W nie­zro­zu­miały spo­sób coś się jed­nak zmie­niło, odkąd pan Gib­son de facto prze­jął prak­tykę w Hol­ling­for­dzie. Panny Brow­ning uwa­żały, że przy­czyną były jego ele­gancka figura i dys­tyn­go­wane maniery, nato­miast pani Goode­no­ugh prze­ko­ny­wała, że "to przez to jego ary­sto­kra­tyczne pocho­dze­nie; syn szkoc­kiego księ­cia, moja droga, nie­ważne czy z papie­rami, czy bez". Jedno było pewne: choćby pan Gib­son nie wia­domo jak czę­sto pro­sił gospo­dynię o coś do prze­gry­zie­nia w jej pokoju - zwy­kle nie miał wystar­cza­jąco dużo czasu na te cere­mo­nie towa­rzy­szące lun­chowi milady - zawsze był z rado­ścią witany przy stole w jadalni, nawet gdy przyj­mo­wano naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych gości. Mógłby obia­do­wać z księ­ciem dowol­nego dnia, o ile oczy­wi­ście książę aku­rat prze­by­wałby w Towers. Jego akcent był szkocki, lecz nie pro­win­cjo­nalny. Nie miał ani uncji zbęd­nego ciała, a smu­kłość, jak wia­domo, jest warun­kiem nie­zbęd­nym wykwint­no­ści. Miał sma­głą cerę i czarne włosy, a w tam­tych cza­sach, dzie­sięć lat po zakoń­cze­niu wiel­kiej wojny na kon­ty­nen­cie, oliw­kowa cera sama w sobie była oznaką dys­tynk­cji. Nie był jowialny - o czym z wes­tchnie­niem zawodu wspo­mi­nał milord, ale to milady przy­dzie­lała zapro­sze­nia - był za to oszczędny w sło­wach, inte­li­gentny i nieco sar­ka­styczny. I ide­al­nie się nada­wał do pre­zen­to­wa­nia go gościom w Towers. Jego szkocka krew - bo nie było cie­nia wąt­pli­wo­ści co do jego szkoc­kiego pocho­dze­nia - zapew­niła mu dosko­nale wymie­rzoną dozę lekko kol­cza­stej god­no­ści, która spra­wiała, że wszy­scy czuli się zmu­szeni trak­to­wać go z respek­tem; pod tym wzglę­dem mógł być cał­ko­wi­cie spo­kojny.

Przez całe lata zaszczyt otrzy­my­wa­nia zapro­sze­nia na wiel­kie kola­cje w Towers zna­czył dla niego nie­wiele, uzna­wał to po pro­stu za towa­rzy­ską cenę upra­wia­nej przez sie­bie pro­fe­sji i nie czer­pał z tych spo­tkań żad­nej przy­jem­no­ści. Sytu­acja ule­gła jed­nak zmia­nie, gdy lord Hol­ling­ford wró­cił na stałe do Towers. Teraz pod­czas przy­jęć pan Gib­son sły­szał o spra­wach, które go naprawdę inte­re­so­wały, a które miały wielki wpływ na dobór jego lek­tur i prak­tykę. Od czasu do czasu spo­ty­kał tam wybitne oso­bi­sto­ści świata nauki: dzi­wacz­nie wyglą­da­ją­cych, pro­sto­dusz­nych męż­czyzn, poważ­nych, zagłę­bio­nych w swo­jej spe­cjal­no­ści i mają­cych bar­dzo nie­wiele do powie­dze­nia na jaki­kol­wiek inny temat. Pan Gib­son szcze­rze doce­niał wie­dzę tych naukow­ców i widział, że zale­żało im na jego sza­cunku, bo wyra­żał go uczci­wie i rze­czowo. Z cza­sem zaczął wysy­łać wła­sne arty­kuły do bar­dziej ambit­nych perio­dy­ków medycz­nych i ta wymiana infor­ma­cji, myśli oraz doświad­czeń wyraź­nie wzbo­ga­ciła jego życie, przy­dała mu nowego wymiaru. Nie­czę­sto docho­dziło do spo­tkań mię­dzy lor­dem Hol­ling­fordem a dok­to­rem Gib­sonem; pierw­szy był na to zbyt skromny i nie­śmiały, drugi zbyt zajęty, a obu bra­ko­wało wytrwa­ło­ści i deter­mi­na­cji, by szu­kać swego towa­rzy­stwa mimo dzie­lą­cej ich róż­nicy spo­łecz­nej, z powodu któ­rej rzadko się sty­kali. Ale każdy z nich czer­pał głę­boką satys­fak­cję z tych kon­tak­tów. Pole­gali na wza­jem­nym powa­ża­niu i sym­pa­tii, z pew­no­ścią nie­zna­nym wielu ludziom nazy­wa­ją­cym sie­bie przy­ja­ciółmi, a ta pew­ność była źró­dłem zado­wo­le­nia dla obu, choć bar­dziej dla pana Gib­sona, co oczy­wi­ste, gdyż krąg jego inte­li­gent­nych zna­jo­mych był zde­cy­do­wa­nie węż­szy niż lorda Hol­ling­forda. Jeśli cho­dzi o dok­tora, wyra­stał ponad wszyst­kich ludzi, z któ­rymi miał na co dzień do czy­nie­nia, i fakt ten dzia­łał na niego przy­gnę­bia­jąco, choć ni­gdy sobie nie uświa­da­miał źró­dła tej depre­sji. W mia­steczku miesz­kał pan Ash­ton, pro­boszcz, który nastał po panu Brow­ningu, na wskroś dobry i życz­liwy czło­wiek, ale pozba­wiony choćby naj­drob­niej­szej wła­snej myśli. Wygła­szał komu­nały w najbar­dziej kur­tu­azyjny spo­sób, a jego zwy­cza­jowa uprzej­mość i nie­mrawy umysł kazały mu zga­dzać się z każdą przed­sta­wioną mu opi­nią, byle tylko nie była ona ewi­dent­nym bluź­nier­stwem. Pan Gib­son raz czy dwa zapew­nił sobie roz­rywkę, zwo­dząc pro­boszcza, który uro­czo przy­ta­ki­wał argu­men­tom "jako cał­ko­wi­cie prze­ko­nu­ją­cym" i opi­niom "jako cie­ka­wym, lecz nie­wąt­pli­wym", aż wepchnął bied­nego duchow­nego w bagno here­tyc­kiej kon­ster­na­cji. Ale wkrótce potem ból i zmie­sza­nie pana Ash­tona, który odkrył, w jak kło­po­tli­wej teo­lo­gicz­nie sytu­acji się zna­lazł, a ponadto jego szczere samo­oskar­że­nia o uprzed­nie pota­ki­wa­nia spra­wiły, że roz­ra­do­wa­nie pana Gib­sona cał­ko­wi­cie się roz­wiało i pospiesz­nie wró­cił do tematu Trzy­dzie­stu Dzie­wię­ciu Arty­ku­łów6, jako jedy­nego zdol­nego ukoić sumie­nie pro­bosz­cza.

Pomi­ja­jąc dok­trynę Kościoła, w innych kwe­stiach pan Gib­son prze­wyż­szał pana Ash­tona, któ­rego igno­ran­cja połą­czona z mdłą i bez­barwną ule­gło­ścią chro­niła przed popad­nię­ciem w zdu­mie­nie. Duchowny ten miał nie­wielki mają­tek; ni­gdy się nie oże­nił, wio­dąc życie gnu­śnego i wytwor­nego kawa­lera, i choć raczej nie­chęt­nie odwie­dzał swych ubo­gich para­fian, zawsze był gotów zaspo­koić ich potrzeby w jak naj­bar­dziej hojny, a cza­sem nawet - bio­rąc pod uwagę jego tryb życia - także ofiarny spo­sób, o ile oczy­wi­ście pan Gib­son lub ktoś inny dokład­nie wska­zał mu potrze­bu­ją­cych.

- Się­gaj pan do mojej sakiewki jak do swej wła­snej, Gib­son - miał w zwy­czaju powta­rzać. - Nie jestem naj­lep­szy w roz­ma­wia­niu z bied­nymi. Przy­pusz­czam, że nie poświę­cam im tyle czasu, ile powi­nie­nem. Ale zawsze chęt­nie dam wszystko, cokol­wiek pan uzna za potrzebne.

- Dzię­kuję. Chęt­nie korzy­stam z tego pozwo­le­nia i wydaje mi się, że nie mam w tej kwe­stii nad­mier­nych skru­pu­łów. A jeśli mógł­bym coś dora­dzić w spra­wie kon­tak­tów z ludźmi, to idąc do ich domów, pro­szę raczej nie wygła­szać mów, a po pro­stu mówić.

- Zupeł­nie nie widzę róż­nicy - wyznał płacz­li­wym gło­sem pro­boszcz - choć przy­pusz­czam, że jakaś róż­nica ist­nieje, i z pew­no­ścią to, co pan mówi, jest prawdą. Nie powi­nie­nem wygła­szać mów, tylko mówić. A jako że obie te czyn­no­ści są dla mnie tak samo trudne, chciał­bym kupić przy­wi­lej mil­cze­nia tym oto dzie­się­cio­fun­to­wym bank­no­tem.

- Dzię­kuję. Nie jest to satys­fak­cjo­nu­jące roz­wią­za­nie ani dla mnie, ani dla pana, acz­kol­wiek przy­pusz­czam, że w pełni zado­woli pań­stwa Jones i Gre­ens.

Po takich stwier­dze­niach pan Ash­ton wpa­try­wał się w twarz dok­tora Gib­sona z bła­gal­nym pyta­niem, czy brzmiący w nich sar­kazm był zamie­rzony i skie­ro­wany prze­ciw niemu. Ogól­nie rzecz bio­rąc, rela­cje mię­dzy nimi były jak naj­bar­dziej ser­deczne, tylko że, pomi­ja­jąc zaspo­ko­je­nie natu­ral­nych wszyst­kim ludziom instynk­tów towa­rzy­skich, wza­jemne kon­takty nie dawały im przy­jem­no­ści. Praw­do­po­dob­nie czło­wie­kiem, z któ­rym dok­tora Gib­sona łączyła naj­więk­sza - przy­naj­mniej do czasu poja­wie­nia się lorda Hol­ling­forda - zaży­łość, był nie­jaki dzie­dzic Ham­ley. On i jego przod­ko­wie nazy­wani byli przez oko­licz­nych miesz­kań­ców dzie­dzicami od tak dawna, jak tylko sięga ludzka pamięć. Dookoła miesz­kało wielu zamoż­niej­szych posia­da­czy ziem­skich, a tereny będące wła­sno­ścią dzie­dzica Ham­leya ogra­ni­czały się do ośmiu­set akrów, ale grunty te nale­żały do jego rodziny na długo przed­tem, zanim kto­kol­wiek usły­szał o lor­dzie Cum­no­rze i zanim ród Hely-Har­ri­sons wszedł w posia­da­nie Cold­stone Park. W Hol­ling­for­dzie nikt ni­gdy nie sły­szał o cza­sach, gdy Ham­leyowie nie miesz­kali w Ham­ley.

- Byli tu już za cza­sów Hep­tar­chii7 - oznaj­mił pro­boszcz.

- Nie - panna Brow­ning miała inne zda­nie - sły­sza­łam, że Ham­ley­owie miesz­kali tu jesz­cze przed Rzy­mia­nami.

Pro­boszcz przy­mie­rzał się do wygło­sze­nia jakie­goś uprzej­mego przy­tak­nię­cia, gdy włą­czyła się pani Goode­no­ugh z jesz­cze bar­dziej sen­sa­cyj­nym stwier­dze­niem:

- Zawsze sły­sza­łam - mówiła wolno, bo stał za nią auto­ry­tet naj­star­szej miesz­kanki - że Ham­ley­owie z Ham­ley byli znani jesz­cze przed cza­sami pogan.

Pan Ash­ton mógł tylko ski­nąć głową i przy­tak­nąć.

- Moż­liwe, bar­dzo moż­liwe, madame - powie­dział z takim prze­ko­na­niem, że w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wana pani Goode­no­ugh rozej­rzała się z trium­fem dookoła, jakby chciała powie­dzieć: "Zobacz­cie, Kościół potwier­dził praw­dzi­wość moich słów. Kto się ośmieli im zaprze­czyć?".

W każ­dym razie Ham­ley­owie byli bar­dzo starą rodziną, o ile nie rdzen­nymi miesz­kań­cami. Od stu­leci nie powięk­szyli swo­jej wła­sno­ści; utrzy­my­wali stan posia­da­nia i choć przy­cho­dziło im to z pew­nym wysił­kiem, od ponad stu lat nie sprze­dali ani pię­dzi ziemi. Nie nale­żeli do hazar­dzi­stów - nie anga­żo­wali się w han­del, nie spe­ku­lo­wali, nie wdra­żali żad­nych uno­wo­cze­śnień w gospo­dar­stwie. Nie posia­dali też kapi­tału w banku ani, co w ich wypadku byłoby może praw­do­po­dob­niej­sze, sztab złota w piw­nicy. Pro­wa­dzili pro­sty tryb życia, raczej jak zwy­kli rol­nicy, a nie zie­mia­nie. Rze­czy­wi­ście dzie­dzic Ham­ley, kul­ty­wu­jąc nie­wy­szu­kane oby­czaje swych przod­ków z XVIII wieku, żył bar­dziej jak far­mer - gdy klasa ta jesz­cze ist­niała - niż jak dzie­dzic z ówcze­snych gene­ra­cji. W tym cichym kon­ser­wa­ty­zmie była god­ność, która przy­spo­rzyła mu ogromny sza­cu­nek wszyst­kich grup spo­łecz­nych - zarówno tych sto­ją­cych wyżej niego, jak i tych znaj­du­ją­cych się niżej. Mógłby z łatwo­ścią odwie­dzać każdy dom w oko­licy, gdyby tylko miał na to ochotę; pozo­sta­wał jed­nak obo­jętny na uroki życia towa­rzy­skiego. Praw­do­po­dob­nie przy­czyną takiego stanu rze­czy było to, że Roger Ham­ley, który obec­nie miesz­kał i wła­dał w Ham­ley, nie otrzy­mał takiego wykształ­ce­nia, jakie winno było stać się jego udzia­łem. Jego ojciec, dzie­dzic Ste­phen, nie zdał pomyśl­nie egza­mi­nów w Oks­for­dzie i z zawziętą dumą odmó­wił kon­ty­nu­owa­nia nauki. Co wię­cej, zło­żył solenną obiet­nicę - praw­dziwą wielką przy­sięgę, a w owych cza­sach była to sprawa nie­ba­ga­telna - że żadne z jego dzieci ni­gdy nie prze­stąpi progu uni­wer­sy­tetu. Miał tylko jed­nego syna, obec­nego dzie­dzica, i wycho­wał go zgod­nie ze swym posta­no­wie­niem: posłał chłopca do mar­nej wiej­skiej szkółki, która sku­tecz­nie znie­chę­ciła go do nauki. Uwol­nił się więc od niej i wró­cił do Ham­ley jako spad­ko­bierca posia­dło­ści. Ta metoda wycho­waw­cza wyrzą­dziła mu mniej szkody, niż można się było spo­dzie­wać. Był z pew­no­ścią nie­do­uczony i w wielu kwe­stiach wyka­zy­wał kary­godną igno­ran­cję, ale jed­no­cze­śnie miał świa­do­mość wła­snych bra­ków i żało­wał ich, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. W towa­rzy­stwie czuł skrę­po­wa­nie i zacho­wy­wał się nie­zdar­nie, więc sta­rał się uni­kać wszel­kich zgro­ma­dzeń, o ile tylko było to moż­liwe. Był też zapal­czywy, gwał­towny i despo­tyczny wobec swo­ich bli­skich i pra­cow­ni­ków, ale przede wszyst­kich był hojny, wspa­nia­ło­myślny i prawy. Wcie­le­nie honoru i szla­chet­no­ści. Miał tyle natu­ral­nej prze­ni­kli­wo­ści, że jego wypo­wie­dzi były zawsze warte wysłu­cha­nia, choć cecho­wała go skłon­ność do przyj­mo­wa­nia cał­ko­wi­cie błęd­nych zało­żeń, które uwa­żał za tak nie­pod­wa­żalne, jakby dowie­dziono ich mate­ma­tycz­nie. Ale gdy pod­su­nięto mu pra­wi­dłowe prze­słanki, nikt nie zdo­łałby wyka­zać wię­cej zdro­wego roz­sądku, by je roz­wi­nąć i na moc­nym fun­da­men­cie zbu­do­wać solidny gmach zdro­wych prze­ko­nań. Poślu­bił deli­katną damę z Lon­dynu. Było to jedno z tych zaska­ku­ją­cych mał­żeństw, któ­rych oto­cze­nie nie jest zdolne zro­zu­mieć. A jed­nak byli szczę­śliwi, choć praw­do­po­dob­nie pani Ham­ley nie zapa­dłaby w stan chro­nicz­nego nie­do­ma­ga­nia, gdyby mąż choć tro­chę dbał o jej wykwintne zain­te­re­so­wa­nia i inkli­na­cje lub umoż­li­wił utrzy­my­wa­nie kon­tak­tów z podob­nymi jej oso­bami. Po ślu­bie miał w zwy­czaju powta­rzać, że z tego zbio­ro­wi­ska budyn­ków zwa­nego Lon­dy­nem zabrał wszystko, co jest warte posia­da­nia. Był to kom­ple­ment pod adre­sem żony, powta­rzany aż do chwili jej śmierci; na początku ją to cza­ro­wało, a przy­jem­ność spra­wiało do samego końca, ale mimo wszystko cza­sami życzyła sobie, aby dotarło do męża to, że w owym wiel­kim mie­ście na­dal pozo­stały zja­wi­ska warte zoba­cze­nia czy pozna­nia. On jed­nak ni­gdy wię­cej tam nie poje­chał i choć nie zabra­niał jej tych wypraw, to oka­zy­wał tak mało zain­te­re­so­wa­nia opo­wie­ściami o tym, co robiła w Lon­dy­nie, że damie w końcu prze­stało na tych wyciecz­kach zale­żeć, cho­ciaż wspa­nia­ło­myśl­nie zachę­cał ją do wyjaz­dów i hoj­nie wypo­sa­żał w pie­nią­dze:

- Pro­szę, moja kobietko, weź to! Przy­strój się jesz­cze pięk­niej niż one tam wszyst­kie i kup sobie, na co tylko będziesz miała ochotę. Bierz na kre­dyt Ham­leyów z Ham­ley. Idź do parku i na jakąś sztukę i pokaż się z tymi naj­lep­szymi. A ja cię z rado­ścią powi­tam po powro­cie. Ale zasza­lej tam. - A kiedy wra­cała, sły­szała: - Dosko­nale, to ci spra­wiło przy­jem­ność, jak przy­pusz­czam, i tak miało być. Twoje opo­wie­ści mnie jed­nak męczą i zupeł­nie mi się nie mie­ści w gło­wie, jak ci się udało to wszystko znieść. Chodź lepiej na zewnątrz i zobacz, jak ślicz­nie kwitną kwiaty w połu­dnio­wym ogro­dzie. Zasia­li­śmy wszyst­kie twoje ulu­bione rośliny. A wczo­raj sam poje­cha­łem do szkółki w Hol­ling­for­dzie po odnóżki tej byliny, którą podzi­wi­łaś w zeszłym roku. Podmuch świe­żego powie­trza oczy­ści mój umysł po wysłu­cha­niu two­ich histo­rii o tym lon­dyń­skim zamę­cie, które mnie przy­pra­wiają o zawroty głowy.

Pani Ham­ley była zapa­loną czy­tel­niczką i odzna­czała się wykwint­nym sma­kiem w dzie­dzi­nie lite­ra­tury. Była łagodna i sen­ty­men­talna, czuła i dobra. Zarzu­ciła swe lon­dyń­skie podróże, zarzu­ciła towa­rzy­skie kon­takty z ludźmi o zbli­żo­nych do swo­jej pozy­cji i wykształ­ce­niu. Jej mąż, na sku­tek zanie­dbań w naj­wcze­śniej­szej mło­do­ści, nie lubił prze­sta­wać z tymi, wobec któ­rych powi­nien być równy, a z dru­giej strony był zbyt dumny, by przy­jaź­nić się z tymi, któ­rzy zaj­mo­wali niż­szą niż on pozy­cję. Kochał gorąco żonę za to, że tak wiele dla niego poświę­ciła, a ona, nie­stety, odcięta od wszyst­kich swo­ich zain­te­re­so­wań, zaczęła popa­dać w cho­robę; nie było to nic kon­kret­nego, ot, zwy­kłe nie­do­ma­ga­nia. Moż­liwe, że gdyby miała córkę, wszystko poto­czy­łoby się lepiej, ale los obda­rzył ją dwoma synami, a ich ojciec, chcąc zapew­nić im to, czego sam był pozba­wiony i przez co cier­piał, wysłał chłop­ców bar­dzo wcze­śnie do szkoły przy­go­to­waw­czej. Potem mieli iść do szkoły w Rugby i na uni­wer­sy­tet w Cam­bridge, bo pomysł stu­dio­wa­nia w Oks­for­dzie napa­wał człon­ków rodu Ham­ley dzie­dzicz­nym wstrę­tem. Star­szy syn, Osborne, który otrzy­mał panień­skie nazwi­sko swej matki jako imię, miał dosko­nały gust i sporo uzdol­nień. Odzie­dzi­czył wdzięczny wygląd i wyra­fi­no­wa­nie matki. Był łagodny, czuły i pra­wie tak wylewny jak dziew­czynka, w szkole radził sobie nie­źle i otrzy­my­wał wiele nagród. Jed­nym sło­wem był dumą i rado­ścią zarówno ojca, jak i matki, a dla tej ostat­niej był także zaufa­nym przy­ja­cie­lem. Roger, dwa lata młod­szy od Osborne'a, był nie­zgrabny i mocno zbu­do­wany, w czym bar­dzo przy­po­mi­nał ojca. Miał kan­cia­stą twarz, poważną i mało ruchliwą. W szkole uwa­żano go za dobrego, lecz nie­zbyt bystrego chłopca, dla­tego nie przy­wo­ził do domu odzna­czeń, a tylko pochwały za wzo­rowe zacho­wa­nie. Gdy był dziec­kiem, zda­rzało mu się przy­tu­lać do matki, ale ona ze śmie­chem wspo­mi­nała bajkę o psie salo­no­wym i ośl8e, i w końcu Roger prze­stał oka­zy­wać uczu­cia. Poja­wiła się wąt­pli­wość, czy po ukoń­cze­niu Rugby powi­nien iść w ślady brata i wstą­pić do col­lege'u. Pani Ham­ley uwa­żała, że byłoby to wyrzu­ca­nie pie­nię­dzy w błoto, ponie­waż chło­piec nie nada­wał się raczej do wysiłku inte­lek­tu­al­nego; coś bar­dziej prak­tycz­nego, bar­dziej przy­ziem­nego, może zwią­za­nego z budow­nic­twem, byłoby z pew­no­ścią dla niego odpo­wied­niej­sze. Twier­dziła, że czułby się upo­ko­rzony, gdyby stu­dio­wał na tym samym uni­wer­sy­te­cie co brat, który bez wąt­pie­nia wyróżni się spo­śród innych stu­den­tów; Roger na pewno źle by zno­sił oble­wa­nie egza­mi­nów i sta­tus naj­słab­szego stu­denta. Ojciec jed­nak upar­cie obsta­wał przy swym posta­no­wie­niu, że obaj jego syno­wie otrzy­mają takie samo wykształ­ce­nie; bar­dzo mu zale­żało, by weszli w życie z atu­tami, któ­rych brak u sie­bie aż nadto bole­śnie odczu­wał. Jeśli Roger nie da sobie rady w Cam­bridge, będzie to tylko jego wina, ale jeśli on, dzie­dzic, nie pośle swego syna na uni­wer­sy­tet, pew­nego dnia chło­pak może tego żało­wać, tak samo jak pan Ham­ley nie mógł prze­bo­leć wła­snych nie­do­stat­ków. Roger podą­żył zatem za bra­tem do Tri­nity, a pani Ham­ley znowu została sama - poprzedni bowiem rok, stra­wiony na roz­wa­ża­niu o przy­szło­ści Rogera, chło­pak spę­dził wsku­tek naci­sków matki w domu.

Pani Ham­ley od wielu już lat nie czuła się na siłach, by wyjść poza teren ogrodu; więk­szą część życia spę­dzała na sofie, którą latem przy­su­wano do otwar­tego okna, a zimą do palą­cego się ognia na kominku. Pokój, który zaj­mo­wała, był prze­stronny i bar­dzo przy­jemny. Cztery wyso­kie okna wycho­dziły na traw­nik upstrzony klom­bami, który stop­niowo prze­cho­dził w nie­wielki zagaj­nik z cen­tral­nie poło­żo­nym małym sta­wem, poro­śnię­tym liliami wod­nymi. O tym nie­wi­docz­nym, pogrą­żo­nym w cie­niu sta­wie pani Ham­ley napi­sała wiele słod­kich czte­ro­wier­szy, odkąd, przy­kuta do sofy, dzie­liła swój czas mię­dzy czy­ta­nie a ukła­da­nie poezji. Obok niej stał nie­wielki sto­lik, na któ­rym leżały nowo­ści z dzie­dziny poezji i prozy, ołó­wek i pod­kładka z czy­stymi kart­kami papieru, a także wazon z kwia­tami, zawsze zry­wa­nymi dla niej przez męża - przez okrą­gły rok każ­dego dnia otrzy­my­wała bukiet pach­ną­cych kwia­tów. Dokład­nie co trzy godziny poko­jówka przy­no­siła jej por­cję lekar­stwa razem ze szklanką czy­stej wody i her­bat­ni­kiem, a dzie­dzic odwie­dzał żonę, kiedy tylko pozwo­liły mu na to zaję­cia gospo­dar­skie i gdy zdo­łał prze­móc nie­chęć do zamknię­tych pomiesz­czeń. Wyda­rze­niem wycze­ki­wa­nym przez cały dzień była jed­nak bez wąt­pie­nia wizyta pana Gib­sona.

Dok­tor wie­dział, że krzywdę i nie­spra­wie­dli­wość wyrzą­dzają pani Ham­ley ci, któ­rzy nazy­wają ją chorą z uro­je­nia. Kilka osób oskar­żało go wprost, że doga­dza jej fana­be­riom, ale on tylko się uśmie­chał, sły­sząc te zarzuty. Zda­wał sobie sprawę, że jego odwie­dziny są dla niej rado­ścią, jedy­nym jasnym punk­tem w nie­skoń­czo­nej sza­ro­ści mono­ton­nie spę­dza­nych dni, czyn­ni­kiem powstrzy­mu­ją­cym nasi­la­nie się nie­spre­cy­zo­wa­nych dole­gli­wo­ści. Wie­dział, że dzie­dzic Ham­ley chciałby, aby dok­tor odwie­dzał ich choćby codzien­nie, a jako lekarz miał świa­do­mość, że uważ­nie obser­wu­jąc panią Ham­ley, będzie mógł zasto­so­wać środki łago­dzące jej cier­pie­nie. Poza tym pan Gib­son czer­pał wielką przy­jem­ność z towa­rzy­stwa dzie­dzica Ham­leya. Bawiła go nie­do­rzecz­ność i ory­gi­nal­ność jego poglą­dów i zacho­wań, także zatwar­działy kon­ser­wa­tyzm prze­ko­nań na wszyst­kich polach: reli­gij­nym, poli­tycz­nym i moral­nym. Pani Ham­ley pró­bo­wała cza­sami łago­dzić opi­nie męża lub prze­pra­szać za te, które uwa­żała za obra­ża­jące dok­tora, tłu­ma­czyła też zbyt ostre sprze­ciwy pana Ham­leya. On zaś kładł przy­ja­ciel­sko swą wielką dłoń na ramie­niu pana Gib­sona i koił nie­po­kój żony, mówiąc:

- Daj spo­kój, kobietko, my się świet­nie rozu­miemy, prawda, dok­to­rze? A poza tym on mi dokłada nawet lepiej niż ja jemu, tylko że to po wierz­chu lukruje: mówi mi ostre słowa i udaje, że to sama grzecz­ność i pokora. Ale ja i tak zawsze czuję gorycz tej pigułki. Mimo tego lukru.

Pani Ham­ley bar­dzo czę­sto wyra­żała życze­nie, by Molly ją odwie­dziła, lecz dok­tor Gib­son zawsze odma­wiał, mimo że z tru­dem umiał uza­sad­nić swe sta­no­wi­sko. Nie chciał stra­cić towa­rzy­stwa córki, choć samemu sobie poda­wał mnó­stwo innych powo­dów. Uwa­żał, że nie należy prze­ry­wać lek­cji ani zakłó­cać regu­lar­nego trybu życia dziew­czyny; że prze­by­wa­nie w dusz­nym i prze­grza­nym pokoju pani Ham­ley byłoby nie­ko­rzystne; że nie życzy sobie, aby Molly została ska­zana na wyłączne towa­rzy­stwo Rogera i Osborne'a, o ile jej wizyta mia­łaby miej­sce pod­czas ich pobytu w domu, a gdyby nie było ich w domu, to nie chciał nara­żać córki na nudne i przy­gnę­bia­jące cało­dzienne prze­by­wa­nie ze zner­wi­co­waną chorą.

W końcu jed­nak nad­szedł dzień, gdy pan Gib­son przy­je­chał i zapro­po­no­wał wizytę córki w cza­sie bli­żej nie­usta­lo­nym, którą to ofertę pani Ham­ley przy­jęła "z sze­roko otwar­tymi ramio­nami serca" - jak sama to okre­śliła.

V Cielęca miłość

V

Cie­lęca miłość

Nagła zmiana poglą­dów leka­rza nie wzięła się zni­kąd. Jak wspo­mniano, dok­tor Gib­son miał uczniów, i to raczej wbrew wła­snym inkli­na­cjom. Byli to pano­wie Wynne i Coxe, mło­dzi dżen­tel­meni, jak o nich mówiono w domu, lub mło­dzi dżen­tel­meni dok­tora, jak ich nazy­wali miesz­kańcy mia­steczka. Pan Wynne był star­szy i bar­dziej wykwa­li­fi­ko­wany, od czasu do czasu przej­mo­wał już obo­wiązki swego mistrza i zdo­by­wał doświad­cze­nie, odwie­dza­jąc ubo­gich i prze­wle­kle cho­rych. Pan Gib­son zwykł był oma­wiać z nim pewne przy­padki i pró­bo­wał son­do­wać jego opi­nie w próż­nej nadziei, że być może uda mu się pew­nego dnia skło­nić swego ucznia do choćby jed­nej samo­dziel­nej myśli. Młody czło­wiek był ostrożny i powolny; ni­gdy nikomu nie wyrzą­dziłby krzywdy pośpie­chem, lecz zawsze pozo­sta­wał jeden krok za wyda­rze­niami. Mimo to dok­tor Gib­son pamię­tał, że miał już do czy­nie­nia z gor­szymi egzem­pla­rzami "mło­dych dżen­tel­me­nów", i był zado­wo­lony, jeśli nie wdzięczny, za takiego poważ­nego ucznia jak pan Wynne. Pan Coxe miał około dzie­więt­na­stu lat, jaskra­wo­czer­wone włosy i umiar­ko­wa­nie czer­woną twarz, któ­rych to dwóch cech był dosko­nale świa­domy i jesz­cze dosko­nalej z ich powodu zawsty­dzony. Był synem ofi­cera, sta­rego zna­jo­mego dok­tora Gib­sona. Major Coxe sta­cjo­no­wał obec­nie w Pen­dża­bie, w pew­nej miej­sco­wo­ści o nie­wy­ma­wial­nej nazwie, ale rok wcze­śniej zawi­tał do Anglii i wie­lo­krot­nie wyra­żał wiel­kie ukon­ten­to­wa­nie fak­tem, że udało mu się umie­ścić swego jedy­naka na prak­tyce u sta­rego przy­ja­ciela; wła­ści­wie można by powie­dzieć, że zrzu­cił na dok­tora cię­żar peł­nej odpo­wie­dzial­no­ści za swego syna, co dodat­kowo wzmoc­nił, udzie­la­jąc mu wielu napo­mnień doty­czą­cych opieki nad chło­pa­kiem. Pan Gib­son wysłu­chał tego z pewną iry­ta­cją i zapew­nił majora, że wszyst­kie żądane przez niego względy oka­zy­wane są z zasady każ­demu uczniowi. A wtedy nie­zna­jący umiaru major ośmie­lił się pro­sić, by jego syn trak­to­wany był jak czło­nek rodziny i, co za tym idzie, by mógł spę­dzać wie­czory w bawialni, a nie w gabi­ne­cie medycz­nym. Pan Gib­son odmó­wił wprost:

- Musi pro­wa­dzić taki sam tryb życia jak inni. Nie mogę dopu­ścić do tego, by tłu­czek i moź­dzierz wno­szono do bawialni, ani by pokój woniał alo­esem.

- Czy to zna­czy, że mój chło­piec ma spo­rzą­dzać pigułki? - upew­niał się major z żalem w gło­sie.

- Oczy­wi­ście. To obo­wią­zek naj­młod­szego ucznia. To nie jest ciężka praca. Niech pocie­szy go to, że nie on będzie musiał je łykać. Może to trak­to­wać jako por­cję lukre­cji i cukro­wa­nej róży, a w nie­dzielę dodamy mu tro­chę tama­ryn­dowca, aby go nagro­dzić za cało­ty­go­dniową pracę przy przy­go­to­wy­wa­niu table­tek.

Major Coxe nie był pewien, czy dok­tor nie śmieje się z niego w kułak, jed­nakże sprawa prak­tyki była już tak zaawan­so­wana, a korzy­ści dla jego syna tak bez­sporne, że nie tylko posta­no­wił nie czuć się ura­żony, ale wręcz naka­zał synowi pokorne wyko­ny­wa­nie nie­god­nej czyn­no­ści spo­rzą­dza­nia leków. Uko­je­nie wobec tych wąt­pli­wo­ści przy­nio­sło majo­rowi zacho­wa­nie pana Gib­sona, gdy nade­szła wie­ko­pomna chwila roz­sta­nia. Dok­tor nie mówił wiele, ale to, co powie­dział, świad­czyło o jego zro­zu­mie­niu i współ­czu­ciu, które tra­fiły wprost do ojcow­skiego serca. Każde z tych ostat­nich słów zda­wało się zna­czyć: "Powie­rzy­łeś mi swego chłopca, a ja jestem godzien tego zaufa­nia".

Pan Gib­son zbyt dobrze znał swą pro­fe­sję i naturę ludzką, aby wyróż­niać i fawo­ry­zo­wać mło­dego Coxe'a, nawet on jed­nak nie potra­fił się powstrzy­mać przed oka­zy­wa­niem cza­sami chło­pa­kowi, że uważa go za syna swego przy­ja­ciela. Poza tym było coś w tym mło­dzieńcu, co się dok­to­rowi podo­bało. Coxe był lek­ko­myślny, impul­sywny i gada­tliwy, cza­sami tra­fiał w samo sedno sprawy z instynk­towną, nie­świa­domą prze­ni­kli­wo­ścią, ale cza­sami osza­ła­miał dok­tora swymi rażą­cymi omył­kami. Pan Gib­son powta­rzał mu swą dewizę "zabi­jaj lub lecz", a pew­nego razu uczeń stwier­dził w odpo­wie­dzi, że jego zda­niem to naj­lep­sze motto, jakie lekarz mógłby przy­jąć: o ile nie może przy­wró­cić pacjen­towi zdro­wia, to naj­le­piej wyzwo­lić go od cier­pie­nia cicho i jak naj­szyb­ciej. Sły­sząc to, zdu­miony pan Wynne zauwa­żył, że takie uwal­nia­nie cho­rego od cier­pie­nia mogłoby zostać przez nie­któ­rych ludzi uznane za zabój­stwo, na co dok­tor stwier­dził suchym tonem, że jeśli cho­dzi o niego, to nie oba­wiałby się zarzutu zabój­stwa, lecz jego zda­niem nie­roz­ważne byłoby zbyt szyb­kie wysy­ła­nie na tam­ten świat wypła­cal­nych pacjen­tów. Dodał, że tak długo, jak są skłonni i zdolni pła­cić należną mu stawkę (dwa szy­lingi sześć pen­sów) za kon­sul­ta­cję, uważa za swój obo­wią­zek utrzy­my­wa­nie ich przy życiu. Oczy­wi­ście, zupeł­nie ina­czej przed­sta­wiała się sprawa w wypadku ubo­gich. Pan Wynne deli­be­ro­wał nad tą prze­mową, a pan Coxe tylko się śmiał. W końcu star­szy z prak­ty­kan­tów oznaj­mił:

- Prze­cież każ­dego ranka przed śnia­da­niem, sir, odwie­dza pan tę starą Nancy Grant i zamó­wił pan dla niej spe­cjalny medy­ka­ment, a to naj­droż­sza pozy­cja na rachunku od Cor­byna.

- Czy przez te wszyst­kie lata nie dowie­dział się pan jesz­cze, że naj­trud­niej żyć czło­wie­kowi według jego wła­snych zasad? Musi się pan jesz­cze wiele nauczyć, panie Wynne! - oświad­czył pan Gib­son, wycho­dząc z gabi­netu.

- Zupeł­nie nie mogę roz­gryźć naszego sta­rego - poskar­żył się chło­pak z despe­ra­cją. - Z czego tak recho­czesz, Coxey?

- Myślę sobie tylko, jaki z cie­bie szczę­ściarz, że masz rodzi­ców, któ­rzy wtło­czyli moralne zasady w twój mło­dzień­czy cze­rep. Gdyby ci matka nie powie­działa, że mor­der­stwo jest prze­stęp­stwem, wytruł­byś wszyst­kich bied­nych. Uwa­żał­byś, że wypeł­niasz swą misję, a w cza­sie pro­cesu zacy­to­wał­byś słowa sta­rego Gib­sona: "Ależ, Wysoki Sądzie, oni nie mogli pła­cić za moje wizyty, więc zgod­nie z pryn­cy­piami mojej pro­fe­sji, które wpoił mi dok­tor Gib­son, wielki medyk z Hol­ling­fordu, sumien­nie otru­łem wszyst­kich ubo­gich".

- Nie mogę znieść tych jego szy­derstw.

- A ja to lubię. I gdyby nie żarty sta­rego, gdyby nie tama­ryn­do­wiec i coś jesz­cze, o czym wiem, już dawno zwiał­bym do Indii. Po pro­stu nie zno­szę dusz­nych pokoi, cho­rych ludzi, leków i smrodu pigu­łek na dło­niach. Fuj!

Pew­nego dnia z nie­zna­nych przy­czyn pan Gib­son wró­cił nie­ocze­ki­wa­nie do domu. Wszedł przez boczne drzwi ogro­dowe - a ogród sty­kał się z podwó­rzem sta­jen­nym, gdzie dok­tor zosta­wił konia - i wła­śnie prze­cho­dził przez hol, gdy drzwi do kuchni się otwo­rzyły i wyszła z nich słu­żąca, zaj­mu­jąca naj­niż­szą pozy­cję w domo­wej hie­rar­chii. Trzy­mała w dłoni jakąś kartkę i wyglą­dało na to, że zamie­rza pójść na pię­tro, ale na widok pana domu naj­pierw zamarła, a potem zawró­ciła, jakby chciała ukryć się w kuchni. Gdyby nie ten manewr świad­czący o nie­czy­stym sumie­niu, pan Gib­son, o któ­rym można by powie­dzieć wiele, ale na pewno nie to, że był podejrz­liwy, nie zwró­ciłby na nią uwagi. Ale skoro zauwa­żył jej dziwne zacho­wa­nie, szybko pod­szedł, otwo­rzył drzwi do kuchni i wywo­łał ją: "Bethia!" tak ostro, że nie ośmie­liła się zwle­kać.

- Daj mi tę kartkę - pole­cił.

Zawa­hała się.

- To dla panienki Molly - wyją­kała.

- Daj mi to! - powtó­rzył ostrzej.

Wyglą­dała, jakby miała się roz­pła­kać, ale na­dal trzy­mała kartkę w dłoni scho­wa­nej za ple­cami.

- On powie­dział, że mam to oddać panience do rąk wła­snych. I ja przy­rze­kłam. Na wszystko.

Dok­tor zwró­cił się do kucharki:

- Pro­szę iść i zna­leźć panienkę Molly. Pro­szę jej powie­dzieć, aby natych­miast tu przy­szła.

Mie­rzył Bethię oczami. Nie było sensu pró­bo­wać ucieczki, co naj­wy­żej mogła wrzu­cić kartkę do ognia, ale na taki manewr zabra­kło jej przy­tom­no­ści umy­słu. Stała bez ruchu i tylko ucie­kała wzro­kiem, patrząc wszę­dzie, byle unik­nąć ostrego, bacz­nego spoj­rze­nia dok­tora.

- Molly, kocha­nie!

- Tatu­siu! Nie wie­dzia­łam, że jesteś w domu - odpo­wie­działa zasko­czona i nie­winna dziew­czyna.

- Bethio, możesz dotrzy­mać zło­żo­nej obiet­nicy. Oto panienka Molly. Daj jej kartkę.

- To prawda, panienko. Nic nie mogłam na to pora­dzić.

Panna Gib­son wzięła list, lecz zanim zdą­żyła go otwo­rzyć, ojciec powie­dział do niej:

- To wszystko, moja droga. Nie musisz tego czy­tać. Daj mi to. A ty, Bethio, powiedz tym, któ­rzy cię przy­słali, że wszyst­kie listy dla panienki muszą prze­cho­dzić przez moje ręce. A teraz zmy­kaj, gąsko, i wra­caj tam, skąd przy­bie­głaś - zwró­cił się ponow­nie do córki.

- Tatu­siu, chcia­ła­bym, byś mi powie­dział, kim jest mój kore­spon­dent.

- Zaj­miemy się tym. Po kolei.

Nie zgo­dził się zaspo­koić jej cie­ka­wo­ści, więc z ocią­ga­niem poszła na górę do panny Eyre, która na­dal peł­niła funk­cję jej towa­rzyszki, jeśli już nie guwer­nantki. Dok­tor wszedł do pustej jadalni, zamknął za sobą drzwi, zła­mał lak na liście i zaczął czy­tać. Był to namiętny list miło­sny od pana Coxe'a. Oświad­czał w nim, że jest nie­zdolny do prze­by­wa­nia z nią dzień za dniem, nie wyznaw­szy jej uczuć, które w nim wzbu­dziła, a które nazy­wał "wie­czy­stą i bez­gra­niczną pasją". Na to okre­śle­nie pan Gib­son cicho zachi­cho­tał. "Czy nie zna­la­zła­byś dla mnie choć jed­nego przy­chyl­nego spoj­rze­nia? Czy nie poświę­ci­ła­byś choć jed­nej myśli temu, któ­rego każda myśl obraca się wokół Cie­bie?". Cała epi­stoła była w podob­nym duchu, a zawie­rała też nader szczo­drą domieszkę gwał­tow­nych zachwy­tów nad urodą wybranki. Była jasna, a nie blada, oczy miała jak gwiazdy polarne, a dołeczki w jej policz­kach są dzie­łem palusz­ków Kupi­dyna. I tak dalej, i tak dalej.

Pan Gib­son skoń­czył czy­tać list i roz­my­ślał nad nim. "Kto by się spo­dzie­wał, że z chło­paka taki poeta? W gabi­ne­cie jest, co prawda, Sha­ke­spe­are. Muszę go stam­tąd zabrać i w to miej­sce wsta­wić Słow­nik John­sona. Jedy­nym pocie­sze­niem jest pew­ność, że ona jest nie­winna. A raczej powi­nie­nem powie­dzieć: nie­świa­doma, bo z tek­stu wynika, że to pierw­sze wyzna­nie miło­ści, jak autor sam stwier­dza. Co za zmar­twie­nie! Tak wcze­śnie zaczy­nać z miło­ścią. Prze­cież ona ma dopiero sie­dem­na­ście lat! A wła­ści­wie nie sie­dem­na­ście. Aż do lipca - jesz­cze przez sześć tygo­dni - ma szes­na­ście lat i trzy czwarte. Toż to pra­wie dziecko! Cho­ciaż biedna Jeanie nie miała nawet tyle, a jakże ją kocha­łem! (Pani Gib­son miała na imię Mary, więc naj­wy­raź­niej wspo­mi­nał kogoś innego)". W tym momen­cie jego myśli ule­ciały w prze­szłość, choć na­dal trzy­mał otwarty list w dłoni. W końcu ponow­nie spoj­rzał na kartkę, a umysł nakie­ro­wał się na czas obecny. "Nie będę dla niego zbyt­nio surowy. Dam mu małą pod­po­wiedź. Jest wystar­cza­jąco bystry, by ją zro­zu­mieć. Biedny chło­pak. Gdy­bym go odpra­wił, co z pew­no­ścią byłoby naj­roz­sąd­niej­szym kro­kiem, nie miałby dokąd pójść".

Po chwili dal­szych roz­wa­żań pan Gib­son usiadł przy biurku i wypi­sał nastę­pu­jącą for­mułę:

Pan Coxe (Słowo "pan" dotknie go do żywego - stwier­dził dok­tor, pisząc te słowa). RxVe­re­cun­diae (Skrom­ność) 1 uncja Fide­li­ta­tis Dome­sti­cae (Lojal­ność) 1 uncja Reti­cen­tiae (Powścią­gli­wość) gran 3 M Capiat hanc dosim ter die in aqua pura. (Wymie­szać. Przyj­mo­wać trzy razy dzien­nie z wodą).

R Gib­son Ch

Dok­tor uśmiech­nął się smutno, gdy ponow­nie odczy­ty­wał swe słowa.

- Biedna Jeanie - powtó­rzył na głos.

Wybrał kopertę, wsu­nął do środka ów żar­liwy list miło­sny oraz wypi­saną przez sie­bie receptę. Zamknął list, przy­kła­da­jąc wła­sny pier­ścień do lako­wa­nia - ostro wycięte znaki R.G., wypi­sane sta­ro­an­giel­skimi lite­rami - i zasta­no­wił się nad odpo­wied­nim adre­sem. Nie spodoba mu się "Pan Coxe", widoczne dla wszyst­kich. Nie ma potrzeby wysta­wiać go na dodat­kowy wstyd. Na koper­cie jako adre­sata wpi­sał: Edward Coxe, Esq.

Potem pan Gib­son zajął się spra­wami zawo­do­wymi, które tyle nie­spo­dzie­wa­nie, co for­tun­nie, przy­wio­dły go do domu. Następ­nie prze­szedł przez ogród do stajni, a gdy wsia­dał na konia, ode­zwał się do sta­jen­nego:

- Był­bym zapo­mniał, oto list dla pana Coxe'a. Nie prze­ka­zuj go przez kobiety, tylko sam zanieś do gabi­netu medycz­nego. Naj­le­piej od razu.

Lekki uśmiech osiadł na jego twa­rzy, kiedy prze­jeż­dżał przez bramę, ale ów wyraz roz­ba­wie­nia znik­nął, gdy tylko dok­tor zna­lazł się samot­nie na bocz­nych dróż­kach. Zwol­nił bieg konia i roz­wa­żał: jakie to było nie­zręczne, że pozba­wiona matki dziew­czyna zmie­niała się w kobietę, miesz­ka­jąc pod jed­nym dachem z dwójką mło­dych męż­czyzn. Co prawda sty­kali się ze sobą tylko pod­czas posił­ków, a cała roz­mowa spro­wa­dzała się do wymiany takich zdań, jak: "Czy mogę podać ziem­niaki?" lub, jak z upo­rem wyra­żał się pan Wynne: "Czy mogę słu­żyć ziem­nia­kami?"; ten ostatni spo­sób wypo­wie­dzi nie­odmien­nie i usta­wicz­nie tar­gał nerwy dok­tora. Nie­stety, pan Coxe, oskar­żony w spra­wie, która wła­śnie weszła na wokandę, miał pozo­stać jako prak­ty­kant w domu pana Gib­sona jesz­cze przez trzy lata. Będzie ostat­nim uczniem - żad­nych prak­ty­kantów wię­cej. Trzeba jed­nak jesz­cze prze­brnąć przez te trzy lata. A jeśli ta głu­pia cie­lęca miłość nie minie? Co wtedy? Prę­dzej czy póź­niej Molly się dowie. Roz­wa­ża­nie moż­li­wych sce­na­riu­szy tej sprawy oka­zało się tak nie­przy­jemne, że dok­tor posta­no­wił usu­nąć ten pro­blem ze świa­do­mo­ści przez inten­sywny wysi­łek fizyczny. Skło­nił konia do przej­ścia w galop i prze­ko­nał się, że gwał­towne wstrząsy towa­rzy­szące jeź­dzie na sta­rym trak­cie, zbu­do­wa­nym z okrą­głych kamieni - teraz, po kilku stu­le­ciach, poroz­su­wa­nych i nie­kom­plet­nych - zna­ko­mi­cie przy­słu­żyły się jego nastro­jowi, choć raczej nie kościom. Odbył długą turę wizyt tego popo­łu­dnia i wró­cił do domu prze­ko­nany, że naj­gor­sze ma już za sobą, bo pan Coxe z pew­no­ścią zro­zu­miał alu­zję zawartą w recep­cie. Pozo­sta­wało tylko zna­le­zie­nie bez­piecz­nego miej­sca dla nie­szczę­snej Bethii, która ujaw­niła taką śmiałą skłon­ność do intryg.

Oka­zało się jed­nak, że pan Gib­son omy­lił się w swych prze­wi­dy­wa­niach; jak to się mówi: zro­bił rachu­nek bez gospo­da­rza, pana Coxe'a. Zwy­cza­jem domo­wym było, że mło­dzi dżen­tel­meni przy­cho­dzili do jadalni na wie­czorną her­batę z rodziną. Poły­kali po dwie fili­żanki, prze­żu­wali chleb lub grzankę i zni­kali. Tego wie­czoru dok­tor obser­wo­wał ich, spo­glą­da­jąc zza zasłony rzęs; wal­czył ze swym nawy­kiem mil­cze­nia, usi­łu­jąc pro­wa­dzić swo­bodną i oży­wioną roz­mowę na ogólne tematy. Zauwa­żył, że pan Wynne z tru­dem się powstrzy­muje, by nie wybuch­nąć śmie­chem, nato­miast czer­wo­no­włosy i czer­wo­no­licy pan Coxe jest jesz­cze czer­wień­szy i bar­dziej dziki niż zwy­kle, a całe jego zacho­wa­nie wyraża gniew i obu­rze­nie. Potem prak­ty­kanci wyszli.

A więc będzie to miał - pomy­ślał pan Gib­son, przy­go­to­wu­jąc się do spo­dzie­wa­nej bitwy. Nie podą­żył jak co dzień za Molly i panną Eyre do bawialni. Został w jadalni i uda­wał, że czyta gazetę, pod­czas gdy Bethia, z twa­rzą obrzmiałą od pła­czu i miną istoty pokrzyw­dzo­nej i obra­żo­nej, sprzą­tała zastawę do her­baty. Nie minęło pięć minut od jej wyj­ścia, gdy roz­le­gło się ocze­ki­wane puka­nie do drzwi.

- Czy mogę z panem poroz­ma­wiać, sir? - spy­tał nie­wi­doczny pan Coxe.

- Oczy­wi­ście. Pro­szę wejść, panie Coxe. Wła­śnie chcia­łem z panem zamie­nić kilka słów o tym rachunku od Cor­byna. Pro­szę usiąść.

- Nie w tej spra­wie chcia­łem... pra­gną­łem... Nie, dzię­kuję. Wolał­bym nie sia­dać - powie­dział, sto­jąc w pozie peł­nej ura­żo­nej god­no­ści. - Cho­dzi o ten list. O ten list z obe­lżywą receptą, sir.

- Obe­lżywą receptą! Dziwi mnie zasto­so­wa­nie tego słowa do któ­rej­kol­wiek z moich recept, choć zda­rza się, oczy­wi­ście, że pacjent czuje się dotknięty, gdy przed­sta­wiam mu naturę jego cho­roby. Spo­dzie­wam się też, że mógłby się obra­zić na zapro­po­no­wany przeze mnie lek, któ­rego sto­so­wa­nia wymaga dany przy­pa­dek.

- Nie pro­si­łem, aby mi pan cokol­wiek zapi­sy­wał.

- Ach! A więc to pan jest tym panem Coxe'em, który prze­słał list za pośred­nic­twem Bethii! Pro­szę sobie zatem pozwo­lić powie­dzieć, że ta prze­syłka będzie ją kosz­to­wała posadę, a w dodatku sam list był bar­dzo głu­piutki.

- Prze­chwy­ce­nie tego listu, otwar­cie go i prze­czy­ta­nie nie było zacho­wa­niem god­nym dżen­tel­mena, sir.

- Nie! - stwier­dził pan Gib­son z nie­znacz­nym bły­skiem w oku i wygię­ciem warg, które nie uszły uwagi obu­rzo­nego pana Coxe'a. - Powie­dział­bym, że swego czasu był ze mnie cał­kiem przy­stojny młody czło­wiek i taki dan­dys, jakim może być tylko dwu­dzie­sto­la­tek. Ale sądzę, że nawet wtedy nie uwie­rzył­bym, że te wszyst­kie słod­kie słówka były praw­dziwe.

- Tak nie postę­puje dżen­tel­men - powtó­rzył chło­pak, zająk­nął się i chciał jesz­cze coś dodać, lecz dok­tor mu prze­rwał.

- A ja pozwolę sobie zauwa­żyć, młody czło­wieku - odpo­wie­dział z nie­spo­dzie­waną powagą w gło­sie - że pana zacho­wa­nie można pró­bo­wać wytłu­ma­czyć tylko pań­ską mło­do­ścią i nie­sły­chaną nie­zna­jo­mo­ścią praw honoru, zwłasz­cza obo­wią­zu­ją­cych w moim domu. Przy­ją­łem cię pod swój dach jako członka rodziny, a ty nakło­ni­łeś do pomocy moją słu­żącą i, w co nie wąt­pię, zde­pra­wo­wa­łeś ją łapówką...

- Wypra­szam to sobie! Nie dałem jej ani pensa.

- A powi­nie­neś był. Zawsze należy pła­cić tym, któ­rzy wyko­nują za nas brudną robotę.

- A przed chwilą nazwał pan to depra­wa­cją i prze­kup­stwem - mruk­nął pan Coxe pod nosem.

Pan Gib­son nie zwró­cił uwagi na te słowa, lecz mówił dalej:

- Nakło­ni­łeś moją słu­żącą, aby zary­zy­ko­wała miej­sce, nie ofe­ru­jąc jej przy tym nic w zamian, prze­ko­na­łeś ją, aby pota­jem­nie prze­ka­zała list mojej córce, memu jedy­nemu dziecku.

- Panna Gib­son, sir, ma pra­wie sie­dem­na­ście lat! Sły­sza­łem, jak nie­dawno sam pan to mówił - odrzekł doj­rzały pan Coxe, liczący sobie lat dwa­dzie­ścia.

Dok­tor ponow­nie zigno­ro­wał jego słowa.

- A listu tego nie chciał pan poka­zać jej ojcu, który mil­cząco ufał pań­skiemu hono­rowi do tego stop­nia, że przy­jął pana do grona swych domow­ni­ków. Praw­dziwy syn godzien pań­skiego ojca... a znam dobrze majora Coxe'a... powi­nien był przyjść do mnie i powie­dzieć mi wprost: "Panie Gib­son, kocham... lub wydaje mi się, że kocham... pań­ską córkę. Nie mam prawa taić tego przed panem, choć nie jestem w sta­nie zaro­bić nawet pensa. A ponie­waż nie mam per­spek­tyw na zapew­nie­nie choćby sobie samemu środ­ków do życia w ciągu naj­bliż­szych kilku lat ani sło­wem nie wspo­mnę o mych uczu­ciach... lub wyima­gi­no­wa­nych uczu­ciach... mło­dej damie, a pań­skiej córce". Oto słowa, które winien był wypowie­dzieć syn majora Coxe'a, choć oczy­wi­ście odro­bina rezerwy i mil­cze­nia byłaby jesz­cze sto­sow­niej­sza.

- A gdy­bym rze­czy­wi­ście tak powie­dział, sir... bo chyba fak­tycz­nie tak nale­żało postą­pić... jaka byłaby pana odpo­wiedź? - spy­tał pospiesz­nie zanie­po­ko­jony pan Coxe. - Czy usank­cjo­no­wałby pan moją pasję?

- Powie­dział­bym praw­do­po­dob­nie... bo teraz raczej jest mi trudno okre­ślić, jak bym się zacho­wał... że jest pan mło­dym głup­cem, ale nie pozba­wio­nym honoru mło­dym głup­cem. I powie­dział­bym, aby nie pozwa­lał pan swoim myślom krą­żyć za wiele wokół tej cie­lę­cej miło­ści, dopóki nie wysu­bli­muje jej pan w praw­dziwe uczu­cie. I sądzę, że aby zre­kom­pen­so­wać panu zawsty­dze­nie, zale­cił­bym przy­łą­cze­nie się do Klubu Kry­kieta w Hol­ling­for­dzie i zwal­niał­bym pana z obo­wiąz­ków zawo­do­wych w sobot­nie popo­łu­dnia, kiedy tylko byłoby to moż­liwe. Ale teraz, po tym co się stało, nie pozo­staje mi nic innego, jak tylko napi­sać do ple­ni­po­tenta pań­skiego ojca w Lon­dy­nie i pro­sić, aby ode­brał pana z mojego domu. Oczy­wi­ście, zwrócę opłatę wnie­sioną przez majora, tak więc będzie pan mógł kon­ty­nu­ować prak­tykę u innego leka­rza.

- To sprawi memu ojcu wielką przy­krość - odpo­wie­dział zasko­czony pan Coxe z nie­po­ko­jem, jeśli nie ze skru­chą.

- Nie widzę innej moż­li­wo­ści. To na pewno przy­spo­rzy majo­rowi tro­chę kło­po­tów, choć dopil­nuję, aby nie poniósł żad­nych dodat­ko­wych kosz­tów. Tym jed­nak, co zmar­twi go naj­bar­dziej, będzie świa­do­mość, że jego syn oka­zał się zdrajcą nie­god­nym zaufa­nia. Bo ja ci ufa­łem, Edwar­dzie, niczym wła­snemu synowi! - Było coś w gło­sie pana Gib­sona, gdy mówił poważ­nie, zwłasz­cza gdy odwo­ły­wał się do swych uczuć - on, który tak rzadko dawał wyraz temu, co się dzieje w jego sercu - że nikt nie umiał mu się oprzeć. Rap­towne przej­ście od żar­to­bli­wego sar­ka­zmu do czu­łej powagi dzia­łało na wszyst­kich.

Pan Coxe zwie­sił głowę i medy­to­wał.

- Kocham pannę Gib­son - wyznał w końcu. - Czy ktoś mógł coś na to pora­dzić?

- Pan Wynne, mam nadzieję! - stwier­dził dok­tor.

- Jego serce jest zajęte - odpo­wie­dział pan Coxe. - Moje było wolne jak wiatr, aż do chwili, gdy ją ujrza­łem.

- Czy pomo­głoby to ule­czyć pań­ską... cóż, powiedzmy: pasję... gdyby przy posił­kach nosiła ciemne oku­lary? Zauwa­ży­łem, że sporo miej­sca poświę­cił pan zachwy­tom nad pięk­nem jej oczu.

- Wyśmiewa pan moje uczu­cia, panie Gib­son. Czy pan już nie pamięta, jak to jest być mło­dym?

"Biedna Jeanie" uka­zała się przed oczyma dok­tora, a on sam poczuł się, jakby otrzy­mał zasłu­żoną naganę.

- Pro­po­nuję, panie Coxe, byśmy się razem zasta­no­wili, czy nie zdo­ła­li­by­śmy dojść do poro­zu­mie­nia - ode­zwał się po chwili mil­cze­nia. - Postą­pił pan bar­dzo nie­wła­ści­wie i mam nadzieję, że w głębi serca ma pan tego świa­do­mość. A przy­naj­mniej będzie pan ją miał, gdy opadną emo­cje i zasta­nowi się pan w spo­koju nad tą sprawą. Ja nie stra­ci­łem całego sza­cunku dla syna mego przy­ja­ciela. Jeśli obieca mi pan, że tak długo, jak pozo­sta­nie pan w tym domu jako uczeń, prak­ty­kant, kto­kol­wiek, ni­gdy wię­cej nie spró­buje pan oka­zać swo­jej pasji - jak pan widzi, zga­dzam się uży­wać pań­skiego okre­śle­nia na to, co uwa­żam za mrzonkę - ani w mowie, ani w piśmie czy w spoj­rze­niach lub czy­nach, jed­nym sło­wem: w żaden spo­sób nie okaże pan swego uczu­cia mojej córce, a poza tym nie będzie pan komu­kol­wiek o nim mówił, zga­dzam się, by pan tu pozo­stał. Jeśli jed­nak nie jest w pana mocy to speł­nić, będę zmu­szony postą­pić tak, jak wspo­mi­na­łem, i skon­tak­to­wać się z przed­sta­wi­cie­lem pań­skiego ojca.

Pan Coxe stał nie­zde­cy­do­wany.

- Pan Wynne wie o moich uczu­ciach dla panny Gib­son. Nie mamy przed sobą sekre­tów.

- Rozu­miem, że w tej histo­rii pan Wynne odgrywa rolę trzciny. Zna pan, oczy­wi­ście, histo­rię bal­wie­rza króla Midasa, który odkrył, że jego kró­lew­ski klient ma ośle uszy pod wspa­nia­łymi lokami? Z braku pod ręką pana Wynne'a udał się nad pobli­skie jezioro i zwie­rzył trzci­nom pora­sta­ją­cym brzeg: "Król Midas ma ośle uszy". Ale powtó­rzył to tyle razy, że trzciny nauczyły się tego zda­nia i śpie­wały je bez końca, aż wresz­cie sekret prze­stał być sekre­tem. Czy jest pan pewien, że jeśli na­dal będzie pan opo­wia­dał panu Wynne'owi o swych uczu­ciach, on zatrzyma to dla sie­bie?

- Jeśli dam panu słowo jako dżen­tel­men, zarę­czę jed­no­cze­śnie za pana Wynne'a.

- Przy­pusz­czam, że muszę panu uwie­rzyć i zary­zy­ko­wać. Ale pro­szę nie zapo­mi­nać, jak nie­wiele trzeba, by imię dziew­czyny było wzięte na języki i ska­lane. Molly nie ma matki i z tego względu powinna żyć mię­dzy wami tak nie­tknięta i nie­winna jak sama Una9.

- Panie Gib­son, jeśli to pana uspo­koi, to mogę zło­żyć przy­sięgę na Biblię! - krzyk­nął nie­siony zapa­łem mło­dzie­niec.

- Co za non­sens! Jakby pań­skie słowo, jeśli jest cokol­wiek warte, miało mi nie wystar­czyć. Możemy uści­snąć sobie dło­nie, jeśli ma pan ochotę.

Pan Coxe natych­miast pod­szedł z rado­ścią i tak uści­snął podaną sobie dłoń, że pra­wie wbił dok­to­rowi pier­ścień w skórę. Gdy już wycho­dził z jadalni, spy­tał z nie­po­ko­jem:

- Czy mogę dać Bethii pół­ko­ro­nówkę?

- W żad­nym razie! Sam się zajmę tą dziew­czyną. I pro­szę z nią nie roz­ma­wiać, dopóki tu jest. Dopil­nuję, aby po odej­ściu stąd tra­fiła w porządne miej­sce.

Po tych sło­wach pan Gib­son zadzwo­nił, by osio­dłano jego konia, i wyje­chał na ostat­nie wie­czorne wizyty. Zwykł powta­rzać, że w ciągu każ­dego roku, odwie­dza­jąc pacjen­tów, prze­jeż­dża tyle mil, jakby obje­chał cały świat. Nie­wielu medy­ków w hrab­stwie pro­wa­dziło roz­le­glej­szą niż on prak­tykę: objeż­dżał odosob­nione chatki na obrze­żach błoni; odwie­dzał miesz­kań­ców farm poło­żo­nych na krań­cach wąskich trak­tów, które ni­gdzie dalej nie pro­wa­dziły, a tam­tej­sze domo­stwa skry­wały się w cie­niu pra­sta­rych buków i wią­zów; zaj­mo­wał się wszyst­kimi rodzi­nami zie­miań­skimi w pro­mie­niu pięt­na­stu mil od Hol­ling­fordu; do jego pacjen­tów zali­czali się także ci naj­wy­żej uro­dzeni, któ­rzy w lutym każ­dego roku prze­no­sili się zgod­nie z naka­zem ówcze­snej mody do Lon­dynu, by wró­cić do swych posia­dło­ści na początku lipca. Siłą rze­czy więk­szość czasu pan Gib­son spę­dzał poza domem i tego uro­czego let­niego wie­czoru odczuł swą cią­głą nie­obec­ność jako wiel­kie zło. Zdu­miało go nagłe odkry­cie, że jego maleńki skarb zmie­nia się w kobietę, która wła­śnie po raz pierw­szy stała się przed­mio­tem czy­je­goś afektu, i wyrzu­cał sobie, że on, ojciec i matka w jed­nej oso­bie, był nie­obecny, a przez to nie­zdolny, by ją strzec, tak jak by sobie tego życzył. Skut­kiem tych nie­we­so­łych roz­my­ślań była wizyta zło­żona następ­nego dnia w Ham­ley, w trak­cie któ­rej przy­jął zapro­sze­nie, aby Molly przy­je­chała w odwie­dziny do żony dzie­dzica - to samo zapro­sze­nie, które od dawna tak upo­rczy­wie odrzu­cał.

- Może pani zacy­to­wać powie­dze­nie: "Nie będzie chciał, gdy mu ofe­rują, a jak zachce, to się wyco­fują", a ja nie będę miał prawa się skar­żyć - zazna­czył.

Pani Ham­ley była jed­nak zbyt urze­czona per­spek­tywą towa­rzy­stwa mło­dej dziew­czyny; kogoś, kogo nie trzeba byłoby za wszelką cenę zaba­wiać, kogo można by wysłać na wędrówkę po ogro­dach, kto poczy­tałby cho­rej, gdyby ona sama była zbyt zmę­czona, by roz­ma­wiać; kogoś, kto swą mło­do­ścią i świe­żo­ścią wniósłby wdzięk w jej samotne, ogra­ni­czone życie, niczym tchnie­nie let­niego wia­tru. Nic nie mogło być jej mil­sze, a zatem bły­ska­wicz­nie poczy­niono usta­le­nia zwią­zane z przy­jaz­dem Molly do Ham­ley.

- Żałuję tylko, że Osborne i Roger są nie­obecni - powie­działa pani Ham­ley swym mięk­kim, omdle­wa­ją­cym gło­sem. - Pew­nie Molly będzie się tu nudzić, prze­by­wa­jąc od rana do nocy z dwójką takich star­ców jak dzie­dzic i ja. Kiedy mogłaby przy­je­chać? Słod­kie dziecko. Czuję, że już zaczy­nam ją kochać.

Pan Gib­son by­naj­mniej nie podzie­lał żalu z powodu nie­obec­no­ści mło­dych ludzi; nie zale­żało mu na tym, aby wyrwaw­szy Molly ze szpo­nów Scylli, rzu­cić ją w stronę Cha­rybdy. A potem zaczął z sie­bie kpić, że uważa wszyst­kich męż­czyzn za wilki polu­jące na jego jedyną owieczkę.

- Ona jesz­cze nie wie, że ma tu przy­je­chać - odpo­wie­dział - i nie mam poję­cia, jakie kobiece przy­go­to­wa­nia Molly uzna za konieczne ani jak długo potrwają. Pro­szę, by pani pamię­tała, że ze względu na swą sytu­ację moja córka jest w wielu kwe­stiach igno­rantką. I nic nie wie o ety­kie­cie, gdyż oby­czaje panu­jące w moim domu nie należą do bar­dzo wyszu­ka­nych, zwłasz­cza gdy cho­dzi o panienkę. Ale jestem spo­kojny, bo nie mógł­bym jej wysłać do bar­dziej ser­decz­nego domu niż pani.

Gdy dzie­dzic usły­szał o pla­no­wa­nym przy­jeź­dzie panny Gib­son, był tak samo zachwy­cony jak jego żona. Cecho­wała go szczera i gorąca gościn­ność, którą oka­zy­wał, o ile tylko nie docho­dziło do kon­fliktu mię­dzy nią a jego wro­dzoną dumą. Był szczę­śliwy, że chora żona będzie miała przy sobie taką uro­czą towa­rzyszkę, która opro­mieni jej samotne godziny. Po chwili zauwa­żył:

- To nawet lepiej, że chłopcy są w Cam­bridge. Jesz­cze byśmy tu mieli jakąś histo­rię miło­sną.

- A nawet gdyby? - spy­tała bar­dziej roman­tyczna połowa mał­żeń­stwa.

- Nic dobrego by z tego nie wyszło - zde­cy­do­wa­nie odpo­wie­dział dzie­dzic. - Osborne otrzyma wykształ­ce­nie na naj­wyż­szym pozio­mie, odzie­dziczy mają­tek, a poza tym jest Ham­leyem z Ham­ley. A to nie baga­tela, bo żadna rodzina w oko­licy nie jest od nas star­sza ani nie zaj­muje swej posia­dło­ści rów­nie długo. Osborne może mieć każdą dziew­czynę. Gdyby lord Hol­ling­ford miał córkę, nasz syn byłby świet­nym kan­dy­da­tem na jej męża. Nic by mu nie przy­szło z zako­cha­nia się w córce Gib­sona. Ni­gdy bym nie pozwo­lił na ten zwią­zek, więc lepiej, że go tu nie ma.

- Chyba masz rację, mówiąc, że on może mie­rzyć wyżej.

- Może? Musi! - Dzie­dzic dla pod­kre­śle­nia mocy swej decy­zji ude­rzył dło­nią w sto­jący obok sto­lik z takim łomo­tem, że przez kilka minut serce jego żony trze­po­tało w piersi. - Nato­miast jeśli cho­dzi o Rogera - kon­ty­nu­ował nie­świa­domy, w jakie dygo­ta­nie ją wpę­dził - to będzie musiał sam się prze­bi­jać przez życie i na sie­bie zaro­bić. A w Cam­bridge nie idzie mu tak jak Osbor­nowi. Lepiej więc, żeby nawet nie myślał o miło­ści jesz­cze przez co naj­mniej dzie­sięć lat.

- No, chyba że poślubi posag - zauwa­żyła pani Ham­ley, choć bar­dziej cho­dziło jej o zagłu­sze­nie pal­pi­ta­cji niż o wiarę w ten pomysł, bo naturę miała pozba­wioną prak­ty­cy­zmu i roman­tyczną aż do prze­sady.

- Żaden z moich synów ni­gdy nie poślubi kobiety zamoż­niej­szej niż on sam, przy­naj­mniej dopóki ja żyję - z emfazą zazna­czył dzie­dzic, lecz tym razem udało mu się nie ude­rzyć w stół. - Oczy­wi­ście, gdyby doszedł­szy do trzy­dzie­stego roku życia, Roger miał pięć­set fun­tów rocz­nego dochodu, to wolno mu się oże­nić z kobietą o posagu w wyso­ko­ści dzie­się­ciu tysięcy fun­tów. Ale gdyby mój chło­pak, z docho­dem dwu­stu fun­tów, a tyle od nas dosta­nie, a i to nie­prędko, chciał się oże­nić z kobietą mającą for­tunę, dajmy na to, się­ga­jącą pięćdzie­się­ciu tysięcy fun­tów, to ja się go wyprę. Takie mał­żeń­stwo byłoby hańbą.

- A gdyby się kochali i szczę­ście mogliby zna­leźć tylko w mał­żeń­stwie? - spy­tała miękko pani Ham­ley.

- A tam! Nie zawra­cajmy sobie głowy miło­ścią! My się kocha­li­śmy tak szcze­rze, że żadne z nas nie mogłoby być szczę­śliwe z kimś innym, ale to zupeł­nie inna histo­ria. Ludzie nie są już tacy jak w cza­sach naszej mło­do­ści. Ta cała dzi­siej­sza miłość to jakieś durne wymy­sły i sen­ty­menty. Prze­cież widzę, co się dzieje.

Pan Gib­son poczy­nił wszyst­kie usta­le­nia zwią­zane z wizytą Molly w Ham­ley, nie infor­mu­jąc jej o tych pla­nach aż do ranka tego dnia, na który wyzna­czony był wyjazd. Zwró­cił się do córki:

- Molly, dziś po połu­dniu jedziesz do Ham­ley. Pani dzie­dzi­cowa chcia­łaby, abyś do niej przy­je­chała na tydzień lub dwa, a mnie ide­al­nie pasuje, aby te odwie­dziny miały miej­sce wła­śnie teraz.

- Jechać do Ham­ley? Dzi­siaj po połu­dniu? Tatu­siu, skry­wasz przede mną jakieś dziwne powody, jakąś tajem­nicę czy coś takiego! Powiedz mi, o co cho­dzi. Jechać do Ham­ley na tydzień lub dwa! Prze­cież do tej pory ni­gdy nie opusz­cza­łam domu bez cie­bie.

- To prawda. Ale myślę, że ni­gdy też nie cho­dzi­łaś, zanim nie posta­wi­łaś stóp na pod­ło­dze. Zawsze w życiu jest ten pierw­szy raz.

- Ten wyjazd ma coś wspól­nego z listem skie­ro­wa­nym do mnie, tym, który mi zabra­łeś z rąk tak szybko, że nawet nie zdą­ży­łam spoj­rzeć, czyj cha­rak­ter pisma był na koper­cie. - Wpa­try­wała się sza­rymi oczami w twarz ojca z taką inten­syw­no­ścią, jakby chciała wydrzeć mu ten sekret.

Uśmiech­nął się lekko i zażar­to­wał:

- Robi się z cie­bie cza­row­nica, gąsko!

- A więc jed­nak. Ale jeśli to był list od pani Ham­ley, dla­czego nie pozwo­li­łeś mi go prze­czy­tać? Już tam­tego dnia... Kiedy to było? W czwar­tek?... zasta­na­wia­łam się, co ci cho­dzi po gło­wie. Krę­ci­łeś się tu taki zamy­ślony i jakby zmar­twiony. Tro­chę jak kon­spi­ra­tor. Powiedz mi, tatu­siu - pode­szła, przyj­mu­jąc bła­galny ton - dla­czego nie pozwo­li­łeś mi zoba­czyć tej kartki? I dla­czego mam tak nagle jechać do Ham­ley?

- Nie chcesz jechać? Wola­ła­byś zostać?

Gdyby odpo­wie­działa, że nie chce jechać, byłby raczej zado­wo­lony. Pokrzy­żo­wa­łoby to jego plany i spo­wo­do­wało sporo kom­pli­ka­cji, ale myśl o roz­sta­niu z nią nawet na tak krótki czas zaczy­nała mu doskwie­rać. Odpo­wie­działa od razu:

- Nie jestem pewna. Myślę, że ten pomysł bar­dziej mi się spodoba, gdy się z nim oswoję. Jestem po pro­stu zasko­czona, że tak nagle, tak nie­spo­dzie­wa­nie... Jesz­cze nie wiem, co o tym sądzić. Jedno, czego jestem pewna, to że nie chcę się roz­sta­wać z tobą, tato. Dla­czego mam tam jechać?

- Gdzieś tam daleko sie­dzą sobie trzy sta­ruszki i w tej wła­śnie chwili myślą o tobie. Jedna trzyma w dło­niach kądziel i przę­dzie nić. Nagle docho­dzi do supła i zasta­na­wia się, co z nim zro­bić. Jej sio­stra ści­ska nożyczki i chce, tak jak zawsze, gdy poja­wia się jakie­kol­wiek zgru­bie­nie na gład­ko­ści nici, uciąć przę­dzę. Ale jest też ta trze­cia, naj­mą­drzej­sza z sióstr, która pró­buje roz­plą­tać węzeł. I to wła­śnie ona teraz zde­cy­do­wała, że powin­naś poje­chać do Ham­ley. Tamte dwie są cał­ko­wi­cie prze­ko­nane co do słusz­no­ści argu­men­tów sio­strzycy. A zatem, skoro bogi­nie prze­zna­cze­nia zawy­ro­ko­wały, że ta wizyta ma się odbyć, mnie i tobie nie pozo­stało nic innego, jak tylko się temu pod­po­rząd­ko­wać.

- To wszystko non­sens, a ty, mówiąc tak, jesz­cze bar­dziej wzbu­dzasz moją cie­ka­wość co do ukry­tych moty­wów.

Pan Gib­son rap­tow­nie porzu­cił żar­to­bliwy ton i powie­dział bar­dzo poważ­nie:

- Jest pewien powód, ale wolał­bym go nie wyja­wiać. A skoro tak ci powie­dzia­łem, chciał­bym, abyś zacho­wała się szla­chet­nie i posta­rała nawet nie pró­bo­wać się domy­ślić, co mną kie­ro­wało, i żebyś nie siliła się poskła­dać razem odkry­tych frag­men­tów, z któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej dowie­dzia­ła­byś się, co chcia­łem zataić.

- Skoro tak, tato, nie będę już wię­cej o tym myślała. Ale jest inna sprawa, którą muszę cię podrę­czyć. W tym roku nie dosta­łam ani jed­nej nowej sukienki, a wyro­słam ze wszyst­kich, które nosi­łam zeszłego lata. Mam tylko trzy, które nadają się do nosze­nia, i wła­śnie wczo­raj Betty stwier­dziła, że powin­nam mieć ich wię­cej.

- Ta, którą masz na sobie, jest chyba dobra, prawda? Ma taki śliczny kolor.

- Tak, tato, ale - przy­trzy­mała mate­rię koń­ców­kami pal­ców, jakby zamie­rzała tań­czyć - jest uszyta z wełny i przez to cie­pła i ciężka. A z każ­dym dniem robi się gorę­cej.

- Szkoda, że dziew­częta nie ubie­rają się jak chłopcy - zauwa­żył z nie­cier­pli­wo­ścią pan Gib­son. - Po czym męż­czy­zna ma poznać, że jego córka potrze­buje nowych ubrań? A jeśli nawet to zauważy, to skąd ma wie­dzieć, jak ją wystroić?

- I to jest wła­śnie pro­blem - przy­tak­nęła bez­radna dziew­czyna.

- A nie mogła­byś pójść do panny Rose? Może ma jakieś gotowe sukienki dla dziew­cząt w twoim wieku?

- Do panny Rose? Ależ ni­gdy w życiu nic od niej nie mia­łam - odpo­wie­działa zdu­miona Molly, bo panna Rose była naj­wy­kwint­niej­szą kraw­cową i modystką w mia­steczku, a dotych­czas wszyst­kie sukienki dla Molly szyła w domu Betty.

- Zgoda, ale skoro ludzie naj­wy­raź­niej uwa­żają cię za młodą kobietę, powin­naś wzo­rem innych przed­sta­wi­cie­lek swo­jej płci zacząć kolek­cjo­no­wać rachunki od modystki. Nie chcę przez to powie­dzieć, że pozwa­lam ci na kupo­wa­nie cze­go­kol­wiek, za co nie możesz zapła­cić od razu gotówką. Pro­szę, oto dzie­się­cio­fun­towy bank­not. Idź do panny Rose lub do panny Jak-Jej-Na-Imię i kup, co chcesz. Powóz przy­je­dzie tu po cie­bie o dru­giej, a jeśli w skle­pie znaj­dziesz coś, co nie będzie cał­ko­wi­cie gotowe, doślemy ci to do Ham­ley, bo prze­cież ktoś od nich przy­jeż­dża co sobota na targ. Prze­stań! Nie masz mi za co dzię­ko­wać. Nie chcę, żebyś wyda­wała pie­nią­dze. I nie chcę, żebyś wyjeż­dżała i zosta­wiała mnie samego. Będę za tobą tęsk­nił. Cały czas. Ale nie mam wyj­ścia. Jestem zmu­szony wysłać cię na tę wizytę i pozbyć się dzie­się­ciu fun­tów na twoje szmatki. No, zni­kaj. Jesteś zmorą mojego życia i posta­no­wi­łem, że prze­stanę cię kochać tak szybko, jak mi się to uda.

- Tato - wyce­lo­wała w niego ostrze­gaw­czo palec - znowu wra­casz do tej tajem­nicy. I choć wie­rzę w moją szla­chet­ność, do któ­rej się odwo­ła­łeś, nie mogę obie­cać, że nie ule­gnie ona mojej cie­ka­wo­ści, którą usta­wicz­nie roz­bu­dzasz, nawią­zu­jąc do twego sekretu.

- Idź już i wydaj te dzie­sięć fun­tów. Oddał­bym ci zresztą wszystko, żebyś tylko była cicho.

Zasoby goto­wych stro­jów panny Rose sko­ja­rzone z gustem Molly nie zaowo­co­wały wiel­kim suk­ce­sem. Dziew­czyna kupiła liliowy kre­ton, ponie­waż nada­wał się do pra­nia i był lekki oraz przy­jemny w dotyku. Z tego mate­riału Betty miała do soboty uszyć codzienną sukienkę. Nato­miast na uro­czy­ste oka­zje i święta, przez które to okre­śle­nie rozu­miano popo­łu­dnia i nie­dziele, panna Rose gorąco pole­ciła wie­lo­ko­lo­rowy, jedwabny tar­tan, będący jej zda­niem ostat­nim krzy­kiem mody w Lon­dy­nie. Molly ule­gła tym per­swa­zjom, bo liczyła, że wybie­ra­jąc szkocką kratę, sprawi przy­jem­ność ojcu ze względu na jego pocho­dze­nie, ale kiedy wró­ciła do domu i zade­mon­stro­wała dok­to­rowi próbkę tka­niny, krzyk­nął, że ten wzór nie jest cha­rak­te­ry­styczny dla żad­nego klanu i jako pół-Szkotka winna była wyczuć to fał­szer­stwo instynk­tow­nie. Było jed­nak zbyt późno, aby doko­nać zmiany mate­riału, gdyż panna Rose obie­cała, że skroi sukienkę natych­miast po wyj­ściu Molly.

Pan Gib­son przez cały ranek krę­cił się po mia­steczku, zamiast odby­wać swą codzienną turę wizyt w odle­głych domo­stwach. Raz czy dwa minął córkę na ulicy, ale zawsze znaj­do­wał się po prze­ciw­nej stro­nie i nie zbli­żał do Molly, a tylko lekko kiwał jej głową. A potem szedł dalej, wyrzu­ca­jąc sobie swą sła­bość, że czuje taki ból na samą myśl o jej nie­obec­no­ści przez dwa tygo­dnie.

"A prze­cież i tak - doszedł do wnio­sku - gdy ona wróci, będę wciąż stał przed tym samym pro­ble­mem, przy­naj­mniej jeśli ten nawie­dzony Romeo na­dal będzie prze­ko­nany, że ta jego fan­ta­zja to praw­dziwa miłość. Nadej­dzie bowiem dzień jej powrotu, a jeśli on wyobrazi sobie, że jest stały w uczu­ciach, to będę musiał wymy­ślić inny for­tel". I zaczął nucić melo­dię z Opery żebra­czej:

Cie­ka­wym, kto umiałby taką wycho­wać dzie­wu­chę!10

VI Wizyta u Hamleyów

VI

Wizyta u Ham­leyów

Wia­do­mość o zbli­ża­ją­cym się wyjeź­dzie panny Gib­son obie­gła dom lotem bły­ska­wicy jesz­cze przed obia­dem, który poda­wano o godzi­nie pierw­szej. Ponure obli­cze pana Coxe'a natych­miast wywo­łało wewnętrzną iry­ta­cję dok­tora i sku­tecz­nie pozba­wiło go ape­tytu. Udało mu się jed­nak ogra­ni­czyć do rzu­ca­nia mło­dzień­cowi ostrych spoj­rzeń peł­nych wyrzutu za tak osten­ta­cyjne oka­zy­wa­nie melan­cho­lii. Na szczę­ście oczy Molly były na to zamknięte - zbyt zaj­mo­wały ją wła­sne tro­ski, by poświę­ciła choć jedną myśl oto­cze­niu, a naj­bar­dziej przy­gnę­biała ją świa­do­mość, że upły­nie wiele dni, zanim będzie mogła ponow­nie zasiąść do posiłku w towa­rzy­stwie ojca.

Wyznała mu to, gdy po skoń­czo­nym obie­dzie sie­dzieli sami w bawialni, nasłu­chu­jąc odgłosu kół powozu z Ham­ley. Ojciec się roze­śmiał i powie­dział:

- Wybie­ram się jutro do pani Ham­ley i przy­pusz­czam, że zjem tam lunch. Wyni­ka­łoby z tego, że nie będziesz musiała bar­dzo długo cze­kać, zanim ponow­nie ujrzysz kar­mie­nie dzi­kiej bestii.

Usły­szeli zbli­ża­jący się pojazd.

- Och tatu­siu! - zawo­łała Molly, chwy­ta­jąc go za rękę. - Teraz, gdy ta chwila nade­szła, wiem już, że wcale nie chcę tam jechać.

- Co za bzdura! Nie pozwa­lajmy, aby rzą­dziły nami jakieś sen­ty­menty. Masz klu­cze? To w tej chwili istot­niej­sze.

Tak, miała klu­cze i sakiewkę. Jej mały kufe­rek został uło­żony na sie­dze­niu koło woź­nicy. Ojciec podał jej dłoń i pomógł wsiąść do powozu, drzwiczki zamknięto i odje­chała, tak po wiel­ko­pań­sku samotna. Oglą­dała się wstecz i posy­łała ojcu ręką poca­łunki, a on stał przy furtce i mimo swej dekla­ro­wa­nej pogardy dla sen­ty­men­tów patrzył za powo­zem, aż ten znik­nął mu z oczu. A potem wró­cił do gabi­netu, by stwier­dzić, że nie tylko on żegnał Molly spoj­rze­niem; pan Coxe na­dal stał przy oknie i błęd­nym wzro­kiem wpa­try­wał się w pustą drogę, na któ­rej znik­nęła jego dul­cy­nea. Pan Gib­son wyrwał go z tego roz­ma­rze­nia ostrą, a nawet kąśliwą uwagą w kwe­stii jakie­goś zanie­dba­nia obo­wiąz­ków sprzed kilku dni. Tej nocy dok­tor uparł się, by czu­wać przy łóżku cho­rej dziew­czynki, któ­rej rodzice byli wycień­czeni wie­loma bez­sen­nymi nocami, nastę­pu­ją­cymi po dniach wypeł­nio­nych ciężką pracą.

Począt­kowo Molly tro­chę popła­ki­wała, ale nie­ba­wem przy­wo­łała się do porządku, gdy uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo te łzy zde­ner­wo­wa­łyby ojca. Szybka jazda wygod­nym ekwi­pa­żem oka­zała się bar­dzo przy­jemna. Zie­le­nie­jącą dróżkę, którą jechali, obra­stały dzi­kie róże i wicio­krzewy tak świeże i bujne, że dziew­czyna chciała popro­sić woź­nicę, by się zatrzy­mał i pozwo­lił jej zebrać kwiaty na wonny bukiet. Zaczęła lękać się tego, co czeka ją na końcu tej sied­mio­mi­lo­wej podróży, choć jedyną realną tro­ską była pew­ność, że wybrany tar­tan nie jest auten­tycz­nie szkocki, oraz wąt­pli­wość, czy panna Rose uszyje sukienkę w obie­ca­nym ter­mi­nie. W końcu dotarli do wio­ski: kilka dom­ków roz­rzu­co­nych wzdłuż drogi, stary kościół wśród zie­leni i nie­wielka gospoda. W poło­wie drogi mię­dzy nią a kościelną furtką rosło wiel­kie drzewo, któ­rego pień ota­czała ławka, a nie­da­leko wej­ścia do świą­tyni pysz­niły się sztywne lew­ko­nie. Molly już od dłuż­szego czasu jechała przez teren nie­znany jej z prze­jaż­dżek kon­nych, ale domy­śliła się, że to wio­ska Ham­ley; dwór musiał znaj­do­wać się gdzieś w pobliżu.

Po kilku minu­tach skrę­cili w bramę i jechali naj­pierw wzdłuż łąk doj­rze­wa­ją­cych do sia­no­ko­sów - nie był to jeden z owych ary­sto­kra­tycz­nych par­ków peł­nych zwie­rzyny. Dotarli do wie­ko­wego budynku z czer­wo­nej cegły, odda­lo­nego o nie­całe trzy­sta jar­dów od głów­nego traktu. W powo­zie wysła­nym po Molly nie było lokaja, ale jesz­cze zanim pod­je­chali, poważny słu­żący uka­zał się przy drzwiach, gotów powi­tać spo­dzie­wa­nego gościa i zapro­wa­dzić młodą damę do bawialni, gdzie cze­kała na nią pani domu.

Pani Ham­ley unio­sła się z sofy, by przy­jaź­nie powi­tać pannę Gib­son. Przy­trzy­mała rękę dziew­czyny w swo­ich dło­niach długo po tym, jak skoń­czyła mówić, i wpa­try­wała się w jej twarz z inten­syw­no­ścią, nie­świa­doma, że tym spoj­rze­niem wywo­łała lekki rumie­niec na dotych­czas bla­dych policz­kach Molly.

- Jestem pewna, że będziemy praw­dzi­wymi przy­ja­ciół­kami - ode­zwała się w końcu. - Podoba mi się twoja twarz, a z zasady pozwa­lam sobie ule­gać pierw­szemu wra­że­niu. Poca­łuj mnie, moja droga.

Znacz­nie łatwiej było przejść do czy­nów niż pozo­sta­wać pasywną w tym pro­ce­sie "zawie­ra­nia dozgon­nej przy­jaźni", i Molly z rado­ścią uca­ło­wała unie­sioną w jej stronę miłą, przej­rzy­stą twarz.

- Zamie­rza­łam oso­bi­ście po cie­bie poje­chać, ale upał mnie męczy i czu­łam, że nie podo­łam takiemu wysił­kowi. Mam nadzieję, że mia­łaś przy­jemną prze­jażdżkę?

- Bar­dzo - odparła panna Gib­son z nie­śmiałą zwię­zło­ścią.

- Zapro­wa­dzę cię teraz do two­jego pokoju. Umiesz­czę cię bli­sko sie­bie. Pomy­śla­łam, że będzie ci to odpo­wia­dało, choć ten pokój jest mniej­szy od innych.

Wstała ocię­żale, owi­nęła swą wciąż ele­gancką figurę lek­kim sza­lem i zapro­wa­dziła Molly na górę. Sypial­nia dziew­czyny sąsia­do­wała z dzien­nym poko­jem pani Ham­ley, z któ­rego kolejne drzwi pro­wa­dziły do sypialni pani domu. Poka­zała pan­nie Gib­son, jak łatwo mogą się ze sobą komu­ni­ko­wać, i oznaj­miła, że poczeka na nią we wspól­nej bawialni. Wyszła, zamy­ka­jąc drzwi, a Molly została sama i zaczęła zazna­ja­miać się z oto­cze­niem.

Przede wszyst­kim pode­szła do okna. Poni­żej zoba­czyła ogród kwia­towy, a za nim łąkę poro­śniętą doj­rze­wa­ją­cymi tra­wami, które falu­jąc, owie­wane lek­kim zefir­kiem, mie­niły się bar­wami. Z boku po jed­nej stro­nie stały wiel­kie stare drzewa, a za nimi, tak daleko, że można to było dostrzec, jedy­nie sta­jąc z boku para­petu lub wychy­la­jąc się przez otwarte okno, sre­brzyła się tafla jeziora, odle­głego od domu o ćwierć mili. Naprze­ciwko drzew widok był ogra­ni­czony sta­rymi murami i stro­mymi dachami roz­le­głych budyn­ków gospo­dar­czych. Roz­koszną ciszę let­niego popo­łu­dnia zakłó­cały tylko śpiewy pta­ków i bliż­szy od nich szum uwi­ja­ją­cych się przy pracy psz­czół. Wsłu­chu­jąc się w te dźwięki, które wzmac­niały wra­że­nie nie­sa­mo­wi­tego bez­ru­chu, i pró­bu­jąc odgad­nąć kształty skry­wa­jące się w dali lub w cie­niu, Molly stra­ciła poczu­cie czasu; do teraź­niej­szo­ści przy­wo­łały ją głosy w sąsied­nim pokoju - ktoś ze słu­żą­cych roz­ma­wiał z panią Ham­ley. Dziew­czyna pospiesz­nie roz­pa­ko­wała swój kufe­rek, umiesz­cza­jąc skromną gar­de­robę w szu­fla­dach ślicz­nej sta­ro­świec­kiej komody, która miała jej jed­no­cze­śnie słu­żyć jako toa­letka. W ogóle wszyst­kie meble w tym pokoju były sta­ro­modne i tak zadbane, jak to tylko moż­liwe. Per­ka­lowe zasłonki uszyto z indyj­skiej baweł­nia­nej surówki, popu­lar­nej w ubie­głym stu­le­ciu; kolory pra­wie zupeł­nie wybla­kły, ale sama tka­nina wprost lśniła czy­sto­ścią. Tuż przy łóżku leżał wąziutki dywa­nik, poza nim drew­niana pod­łoga była odkryta; wyko­nano ją z rów­nych desek dębo­wych, tak sta­ran­nie ze sobą połą­czo­nych, że nawet naj­drob­niej­szy pyłek kurzu nie zdo­łałby się mię­dzy nie wci­snąć. W pokoju nie było żad­nych nowo­mod­nych udo­god­nień: biu­reczka, sofy czy trema. Jeden z kątów zaj­mo­wał sto­jak z indyj­skim dzba­nem wypeł­nio­nym pot-pourri, któ­rego aro­mat wymie­szany z zapa­chem pną­cego się tuż za oknem kapry­fo­lium napeł­niał pokój wonią wspa­nial­szą, niż mogłyby to spra­wić naj­wy­kwint­niej­sze per­fumy czy wody toa­le­towe. Molly roz­ło­żyła na łóżku swą białą sukienkę - zeszło­roczną, z któ­rej nieco wyro­sła - przy­mie­rza­jąc się do nie­zna­nej sobie cere­mo­nii prze­bie­ra­nia się do kola­cji. Gdy popra­wiła strój i fry­zurę, wzięła do ręki ele­gancką robótkę prze­zna­czoną do pracy w towa­rzy­stwie i deli­kat­nie otwo­rzyła drzwi do bawialni. Pani Ham­ley leżała na sofie.

- Czy zosta­niemy u góry, kocha­nie? Myślę, że tu jest przy­jem­niej niż na dole, a poza tym nie będę zmu­szona ponow­nie wspi­nać się po scho­dach, aby się prze­brać do kola­cji.

- Oczy­wi­ście, z wielką chę­cią - odrze­kła Molly.

- Przy­nio­słaś robótkę, jak na dobrą panienkę przy­stało - zauwa­żyła pani Ham­ley. - Ja nie szyję dużo. Tyle czasu spę­dzam sama; moi dwaj chłopcy są w Cam­bridge, a dzie­dzic całymi dniami prze­bywa na zewnątrz. I pra­wie zapo­mnia­łam, jak szyć, bo to prze­cież towa­rzy­skie zaję­cie. Ale za to mnó­stwo czy­tam. Lubisz czy­tać?

- To zależy od książki - odpo­wie­działa Molly. - Nie­stety, oba­wiam się, że nie prze­pa­dam za tym, co tatuś nazywa poważną lek­turą.

- Ale na pewno kochasz poezję! - pod­eks­cy­to­wana pani domu pra­wie jej prze­rwała. - Byłam tego pewna, gdy tylko zoba­czy­łam twoją twarz. Znasz ten ostatni wiersz pani Hemans? A może chcia­ła­byś, bym ci go prze­czy­tała?

Zaczęła czy­tać. Molly nie była aż tak pochło­nięta poema­tem, by unie­moż­li­wiło jej to roz­glą­da­nie się po pokoju. Styl mebli zbli­żony był do tych znaj­du­ją­cych się w jej sypialni: sta­ro­modne, wyko­nane z solid­nych mate­ria­łów i nie­na­gan­nie czy­ste; ich wiek i cudzo­ziem­ski wygląd przy­da­wały całemu apar­ta­men­towi malow­ni­czo­ści i przy­tul­no­ści. Na ścia­nach wisiały por­trety wyko­nane ołów­kiem i dziew­czy­nie zdało się, że na jed­nym z nich dostrzega młodą i piękną panią Ham­ley. W końcu zain­te­re­so­wała się czy­ta­nym utwo­rem i, opu­ściw­szy robótkę na kolana, wsłu­chi­wała się w słowa wier­sza dokład­nie z taką uwagą, jakiej mogła sobie życzyć samo­zwań­cza recy­ta­torka. Gdy po skoń­czo­nej dekla­ma­cji Molly wyra­ziła słowa podziwu, pani domu odpo­wie­działa:

- Myślę, że powin­nam ci któ­re­goś dnia prze­czy­tać nie­które z wier­szy Osborne'a. W abso­lut­nej kon­fi­den­cji, oczy­wi­ście. Moim zda­niem są co naj­mniej tak samo dobre jak wier­sze pani Hemans.

Bycie "pra­wie tak samo dobrym jak pani Hemans" ozna­czało w tam­tych dniach to, co dzi­siaj rozu­miemy, mówiąc, że ktoś jest "pra­wie tak samo dobry jak Ten­ny­son". Molly spoj­rzała na gospo­dy­nię z żywym zain­te­re­so­wa­niem.

- Pan Osborne Ham­ley? Pani syn pisze poezje?

- Tak. Naprawdę uwa­żam, że mam prawo mówić o nim jako o poecie. To bar­dzo bły­sko­tliwy i mądry mło­dzie­niec. Ma poważne szanse na człon­ko­stwo w Tri­nity11. Mówił mi ostat­nio, że jest pewien swej wyso­kiej lokaty wśród wran­gle­rów12 i może nawet zdo­bę­dzie jeden z medali Kanc­le­rza13. Oto jego podo­bi­zna - ta, która wisi na ścia­nie za tobą.

Molly się odwró­ciła i zoba­czyła jeden z ołów­ko­wych szki­ców, przed­sta­wia­jący dwóch chłop­ców w dzie­cię­cych spoden­kach, kur­tecz­kach i wyło­żo­nych na nie koł­nie­rzy­kach. Star­szy sie­dział i coś w sku­pie­niu czy­tał, pod­czas gdy młod­szy stał za bra­tem i wyraź­nie usi­ło­wał przy­cią­gnąć uwagę czy­ta­ją­cego, wska­zu­jąc coś, co znaj­do­wało się poza poko­jem, w któ­rym teraz sie­działy obie panie; Molly udało się roz­po­znać pomiesz­cze­nie po kilku meblach, któ­rych zarysy nakre­ślono na rysunku.

- Podo­bają mi się ich twa­rze - oznaj­miła. - Sądzę, że rysu­nek powstał tak dawno, iż mogę mówić o podo­bień­stwie tych postaci do pani, jakby byli kimś innym, a nie pani synami, prawda?

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa pani Ham­ley, gdy tylko zro­zu­miała sens pyta­nia. - Powiedz mi szcze­rze, co o nich myślisz, kochana. Porów­na­nie two­ich opi­nii z tym, jacy są naprawdę, może mi przy­spo­rzyć sporo roz­rywki.

- Ależ nie cho­dziło mi o odga­dy­wa­nie ich cha­rak­teru! Nie umia­ła­bym tego doko­nać! A poza tym to by była imper­ty­nen­cja. Chcia­łam się tylko wypo­wie­dzieć na temat ich twa­rzy, tego, jak ich widzę.

- A co o nich myślisz?

- Star­szy chło­piec, ten czy­ta­jący, jest bar­dzo ładny. Nie mogę w pełni wyro­ko­wać o jego twa­rzy, bo trzyma głowę pochy­loną i nie widzę oczu. To pan Osborne Ham­ley, który pisze wier­sze?

- Tak. Nie jest już taki ładny, choć był naprawdę pięk­nym dziec­kiem. Roger ni­gdy nie mógł się z nim rów­nać.

- To prawda. Nie jest przy­stojny. A jed­nak podoba mi się jego twarz. I oczy: takie poważne i uro­czy­ste. A reszta twa­rzy jest raczej wesoła. Wygląda na zbyt solid­nego i spo­koj­nego, zbyt dobrego, by kusić brata i nama­wiać go do opusz­cze­nia lek­cji.

- Ale to nie była lek­cja! Pamię­tam to dokład­nie. Pan Green, malarz, pew­nego dnia zoba­czył Osborne'a czy­ta­ją­cego poezje, pod­czas gdy Roger usi­ło­wał namó­wić go na wyj­ście na dwór i prze­jażdżkę wóz­kiem do siana. I to miał być motyw prze­wodni obrazu, mówiąc pro­fe­sjo­nal­nie. Roger nie prze­pada za czy­ta­niem, a w każ­dym razie nie prze­pada za czy­ta­niem poezji. Roman­sów też nie lubi. Za to uwiel­bia nauki przy­rod­ni­cze i dla­tego, podob­nie jak jego ojciec, spę­dza mnó­stwo czasu poza domem. A gdy zostaje w nim, cią­gle czyta takie wiel­kie naukowe księgi, które trak­tują o jego pasji. To dobry, porządny chło­pak i mamy z niego pocie­chę, choć nie liczymy, że zrobi tak olśnie­wa­jącą karierę jak jego brat.

Molly pró­bo­wała odna­leźć teraz w podo­bi­znach chłop­ców oznaki tych cech, o któ­rych mówiła pani Ham­ley. Na takich pyta­niach i odpo­wie­dziach zwią­za­nych z obra­zami wiszą­cymi w pokoju miło upły­nął im czas, aż zabrzmiał dzwo­nek przy­po­mi­na­jący, że nade­szła pora prze­bie­ra­nia się do kola­cji, którą w Ham­ley jadano o szó­stej.

Panna Gib­son poczuła zmie­sza­nie, gdy w jej sypialni poja­wiła się poko­jówka, przy­słana przez panią Ham­ley do pomocy przy wie­czor­nej toa­le­cie. "Spo­dzie­wają się, że okażę

się modną i ele­gancką damą - nie prze­sta­wała się drę­czyć. - Jeśli tak, to czeka ich zawód. Och, tak bym chciała, aby moja tar­ta­nowa sukienka już tu dotarła!"

Po raz pierw­szy w życiu spoj­rzała na swe odbi­cie w lustrze z nie­po­ko­jem. Zoba­czyła drobną, szczu­płą postać, która zapo­wia­dała się na wysoką. Cera była o ton za ciemna, by można ją było nazwać kre­mową, ale ist­niała szansa, że za rok lub dwa osią­gnie ten odcień. Gęste czarne loki zwią­zane były na karku różową wstążką, a wywi­nięte ciemne rzęsy oka­lały szare podłużne oczy w kształ­cie mig­da­łów.

"Chyba nie jestem ładna - pomy­ślała Molly, odwra­ca­jąc się od lustra. - Nie jestem pewna, ale chyba nie". Nie mia­łaby tych wąt­pli­wo­ści, gdyby, zamiast tak sumien­nie i dokład­nie ana­li­zo­wać wła­sne odbi­cie, po pro­stu przy­wo­łała na twarz swój rado­sny, pro­mienny uśmiech, bły­ska­jąc nie­ska­zi­tel­nymi zębami i poka­zu­jąc dołeczki na policz­kach.

Na par­te­rze odna­la­zła drogę do bawialni i miała wystar­cza­jąco dużo czasu, by rozej­rzeć się po jej wnę­trzu i pró­bo­wać zado­mo­wić w nowym miej­scu. Pokój miał około dwu­na­stu metrów dłu­go­ści i wypeł­niały go wyso­kie krze­sła o paty­ko­wa­tych nogach i sto­liki typu pem­broke. Zasłony uszyte były z wie­ko­wego żół­tego atłasu, z tego samego okresu pocho­dził dywan, tak prze­tarty, że miej­scami prze­świ­ty­wały deski pod­łogi. Żar­dy­niery z rośli­nami, wiel­kie wazy z kwia­tami, stara indyj­ska por­ce­lana i ser­wantki spra­wiały, że bawial­nia była swoj­ska i przy­jemna. Dodat­kowo wra­że­nie to potę­go­wało pięć wyso­kich okien usy­tu­owa­nych na jed­nej ze ścian, które wycho­dziły na naj­pięk­niej­szy - przy­naj­mniej za taki był uwa­żany - frag­ment ogrodu kwia­to­wego: obez­wład­nia­jąco kolo­rowe, geo­me­trycz­nie roz­pla­no­wane rabaty sku­pia­jące się wokół zegara sło­necz­nego. Nagle do pokoju wszedł dzie­dzic w swym codzien­nym stroju. Zatrzy­mał się w progu, jakby zasko­czył go widok biało ubra­nej obcej postaci w jego domu. Rychło oprzy­tom­niał, nie na tyle szybko jed­nak, by Molly nie zdą­żyła poczuć fali gorąca, i zawo­łał:

- A niech mnie! Cał­kiem o panience zapo­mnia­łem! Bo jest pani panną Gib­son, córką dok­tora, prawda? Przy­je­chała pani z wizytą. Ależ jestem kon­tent, moja droga!

Każde z nich ruszyło ze swego miej­sca i spo­tkali się w poło­wie pokoju, a dzie­dzic z przy­ja­zną żar­li­wo­ścią potrzą­sał dło­nią dziew­czyny, chcąc naj­wy­raź­niej zre­kom­pen­so­wać jej to, że w pierw­szej chwili jej nie roz­po­znał.

- Muszę iść i się prze­brać - stwier­dził, spoj­rzaw­szy na swe ubło­cone sztylpy. - Mojej pani bar­dzo na tym zależy. To jeden z tych jej lon­dyń­skich zwy­cza­jów i w końcu udało jej się nagiąć mnie do nich. To nie­zły pomysł, żeby się tro­chę dosto­so­wać do towa­rzy­stwa dam. Czy pani ojciec prze­biera się do kola­cji, panno Gib­son? - rzu­cił pyta­nie i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, pospiesz­nie wyszedł z bawialni, by zająć się swą "tualetą".

Kola­cję spo­żyli przy małym stole w wiel­kim pokoju. Było w nim tak nie­wiele mebli, a samo pomiesz­cze­nie tak prze­stronne, że Molly zaczęła tęsk­nić za kame­ral­no­ścią jadalni w jej domu. Można się oba­wiać, że zanim uro­czy­sty posi­łek w Ham­ley Hall dobiegł końca, ckniło się jej także do stło­czo­nych w domu dok­tora krze­seł i sto­łów, pospiesz­nej kola­cji, swo­bod­nego zacho­wa­nia domow­ni­ków, któ­rzy zda­wali się jeść jak naj­szyb­ciej, by móc bez zwłoki powró­cić do prze­rwa­nej posił­kiem pracy. Teraz usi­ło­wała prze­ko­nać samą sie­bie, że o szó­stej wszyst­kie sprawy dnia są z pew­no­ścią zała­twione i ludzie mają prawo się ocią­gać, jeśli to im odpo­wiada. Mie­rzyła wzro­kiem odle­głość od bocz­nego kre­densu do stołu i żało­wała tych, któ­rzy musieli prze­no­sić jedze­nie w tę i z powro­tem. Ta kola­cja znu­żyła ją, a męczar­nia była tym dłuż­sza, że dzie­dzic lubił zwle­kać przy stole, choć pani Ham­ley wyglą­dała na zmę­czoną. Jadła chyba nawet mniej niż Molly, posłała po wachlarz oraz sole trzeź­wiące i zaba­wiała się nimi do chwili, gdy w końcu zdjęto obrus, a na poli­tu­ro­wa­nym maho­nio­wym bla­cie, świe­cą­cym niczym lustro, poja­wił się deser.

Do tej pory dzie­dzic był zbyt zajęty jedze­niem, by się odzy­wać, i mil­czał, prze­ry­wa­jąc ciszę jedy­nie kil­koma zda­niami na temat posiłku i wzmianką o wyda­rze­niach gospo­dar­skich dnia - lubił jego zwy­kłą mono­to­nię, która cza­sami przy­gnę­biała jego żonę. Teraz obie­rał poma­rań­czę i zwró­cił się do Molly:

- Jutro, panno Gib­son, spo­dzie­wam się, że to pani odda mi tę przy­sługę.

- Z przy­jem­no­ścią zajmę się tym już dzi­siaj, jeśli miałby pan takie życze­nie.

- Nie. Dzi­siaj jest pani gościem i okażę pani należne względy. Ale od jutra będę miał dla pani zle­ce­nia i będę mówił do pani po imie­niu.

- Będę bar­dzo szczę­śliwa - odrze­kła.

- Marzy­łam o tym, by móc nazy­wać cię mniej for­mal­nie niż "panna Gib­son" - ode­zwała się pani Ham­ley.

- Mam na imię Molly. To sta­ro­świec­kie zdrob­nie­nie, bo na chrzcie otrzy­ma­łam imię Mary. Ale mój tata woli Molly.

- Ma rację. Trzeba się trzy­mać sta­rych, dobrych imion, moja droga - stwier­dził dzie­dzic.

- A ja przy­znam, że bar­dziej podoba mi się Mary. I wydaje mi się, że to tak samo stare imię jak Molly - powie­działa pani Ham­ley.

- Myślę, że nazwano mnie tak - wyja­śniła dziew­czyna, zni­ża­jąc głos i spusz­cza­jąc oczy - bo mama miała na imię Mary. Kiedy żyła, nazwano mnie Molly.

- Och, bie­daczka - wes­tchnął dzie­dzic, nie zauwa­ża­jąc, że żona daje mu gwał­towne znaki, by zmie­nił temat. - Pamię­tam, jaka nas wszyst­kich ogar­nęła żałość, gdy zmarła. Nikomu nie przy­szło do głowy, że mogła być sła­bo­wita - miała taką świeżą cerę, taka była rumiana. A tu nagle raz-dwa i już jej nie było.

- To musiał być straszny cios dla two­jego taty - wtrą­ciła miękko pani Ham­ley, widząc, że panna Gib­son nie wie, co powie­dzieć.

- Tak, tak. To przy­szło tak szybko, nie­długo byli mał­żeń­stwem - dodał dzie­dzic.

- Myśla­łam, że to było cztery lata po ich ślu­bie - zdzi­wiła się Molly.

- Wła­śnie mówię. Cztery lata to nie­długo, zwłasz­cza dla pary, która zamie­rzała spę­dzić ze sobą całe życie. Wszy­scy myśleli, że Gib­son wkrótce powtór­nie się ożeni.

- Ććć - pró­bo­wała uci­szyć męża pani Ham­ley, bo zauwa­żyła, że pod wpły­wem tego cał­ko­wi­cie nowego pomy­słu policzki Molly pociem­niały, a w oczach bły­snęło zdu­mie­nie. Nie­stety, nie­ła­two było poha­mo­wać dzie­dzica.

- Może byłoby lepiej, gdy­bym tego nie mówił, ale to prawda. Tak myśle­li­śmy. Teraz to już się chyba nie ożeni, więc w końcu można to powie­dzieć na głos. Prze­kro­czył już czter­dziestkę, prawda?

- Ma czter­dzie­ści trzy lata. I nie wie­rzę, że kie­dy­kol­wiek myślał o powtór­nym mał­żeń­stwie. - Molly powró­ciła do tematu, tak jak zwy­kle powra­camy do myśli o nie­bez­pie­czeń­stwie, które minęło, a z któ­rego nie zda­wa­li­śmy sobie sprawy.

Pani Ham­ley ją poparła:

- Ja też w to nie wie­rzę. Twój tata wygląda na męż­czy­znę, który pozo­sta­nie wierny pamięci pierw­szej żony. Nie zwra­caj uwagi na to, co mówi dzie­dzic.

- Wiesz co? - zape­rzył się jej mąż. - Lepiej już idź, jeśli zamie­rzasz uczyć pannę Gib­son nie­li­cze­nia się z panem domu.

Molly prze­szła do bawialni razem z panią Ham­ley, ale bieg jej myśli się nie zmie­nił. Nie potra­fiła prze­stać roz­pa­try­wać zagro­że­nia, choć uznała je za minione, i zdu­mie­wała się wła­sną głu­potą, bo ni­gdy dotąd nie przy­szło jej do głowy, że ojciec mógłby chcieć oże­nić się po raz drugi. Czuła, że na uwagi pani Ham­ley odpo­wiada skró­towo i w roz­tar­gnie­niu.

- Tatuś idzie z panem dzie­dzi­cem! - krzyk­nęła nagle.

Rze­czy­wi­ście obaj szli przez ogród kwia­towy od strony podwó­rza sta­jen­nego, a ojciec otrze­py­wał szpi­crutą swe bot­forty, aby nada­wały się do zapre­zen­to­wa­nia w pokoju pani Ham­ley. Wyglą­dał tak zwy­czaj­nie, tak po domo­wemu zwy­czaj­nie, że jego nagłe poja­wie­nie się było naj­sku­tecz­niej­szym spo­so­bem roz­pro­sze­nia upior­nego i chyba uro­jo­nego stra­chu przed nową żoną, który zaczy­nał ogar­niać wyobraź­nię jego córki. Rado­sna świa­do­mość, że tata nie spo­czął, dopóki oso­bi­ście się nie prze­ko­nał, jak ona się czuje w nowym miej­scu, zago­ściła w sercu dziew­czyny, choć odzy­wał się do niej nie­wiele, a jeśli już, to żar­to­bli­wym tonem. Po odjeź­dzie ojca dzie­dzic zaczął uczyć Molly gry w kri­bydż, a jej nastrój popra­wił się tak dalece, że mogła poświę­cić nauce całą uwagę. Pan Ham­ley nie prze­sta­wał paplać; czę­ściowo jego gada­nina doty­czyła gry, czę­ściowo drob­nych zda­rzeń, o któ­rych sądził, że mogą ją zain­te­re­so­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Lekka baweł­niana tka­nina o atła­so­wym splo­cie (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

2. Powieść powstała w latach 1864-1866, a jej akcja roz­po­czyna się w 1822 roku, kiedy Molly ma 12 lat - uro­dziła się w tym samym roku co autorka, 1810. [wróć]

3. Ustawa o refor­mie wybor­czej z 1832 r. zapew­nia­jąca odpo­wied­nią repre­zen­ta­cję w Izbie Gmin ośrod­kom prze­my­sło­wym na pół­nocy kraju i przy­zna­jąca prawa wybor­cze kla­sie posia­da­czy w mia­stach; do tej pory wła­dza zwią­zana była z posia­da­niem ziemi. [wróć]

4. Powieść Samu­ela Richard­sona z 1753 r., któ­rej boha­ter stał się sym­bo­lem galan­te­rii i dobrych manier. [wróć]

5. Che sara, sara - Co będzie, to będzie (wł.). [wróć]

6. Trzy­dzie­ści Dzie­więć Arty­ku­łów Wiary - pod­stawa wyzna­nia angli­kań­skiego. [wróć]

7. Luźny zwią­zek sied­miu ger­mań­skich państw ist­nie­jący w Bry­ta­nii we wcze­snym śre­dnio­wie­czu. [wróć]

8. Bajka Ezopa o ośle, który zazdro­ścił losu małemu poko­jo­wemu pie­skowi. Urzą­dził popis sztu­czek, naśla­du­jąc pie­ska, ale zro­bił przy tym wiele szkód i poniósł karę. [wróć]

9. Postać z The Faerie Queen Edmunda Spen­sera - jest sym­bo­lem czy­sto­ści, a także Kościoła angli­kań­skiego. [wróć]

10. Opera żebra­cza Johna Gaya (1728), akt 1, scena 1, przeł. Julian Żuław­ski. [wróć]

11. Stu­denci, któ­rzy zdo­byli wysoką lokatę pod­czas egza­mi­nów, mogli się sta­rać o człon­ko­stwo w swoim kole­gium (tu: Tri­nity Col­lege na uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge), co wią­zało się z okre­ślo­nym rocz­nym docho­dem. [wróć]

12. Wran­gle­rzy - stu­denci z naj­wyż­szymi oce­nami z egza­minu mate­ma­tycz­nego w Cam­bridge; stu­dent z pierw­szą lokatą był senio­rem wran­gle­rem. [wróć]

13. Przy­zna­wano dwa medale Kanc­le­rza Uni­wer­sy­tetu w dzie­dzi­nie filo­lo­gii kla­sycz­nej i jeden w dzie­dzi­nie poezji angiel­skiej. [wróć]