Homoseksualizm Witolda Gombrowicza nie był w środowisku literackim
tajemnicą. Dlatego dużym zaskoczeniem było to, że w 1968 roku ożenił się
on ze swoją asystentką, Marie-Ritą Labrosse. Kilka miesięcy później
zmarł, a wdowa została wykonawczynią jego testamentu literackiego. Po
latach zdecydowała się też opublikować intymny dziennik męża, uważając,
że wszyscy mają prawo znać prawdę o Gombrowiczu.
Pierwsze spotkanie
Marie-Rita była młodsza od Gombrowicza o 31 lat. Urodziła się w Pierrefonds pod Montrealem i pochodziła z francuskojęzycznej rodziny
rolników. Jej pasją była literatura francuska, którą studiowała na
uniwersytecie w Montrealu, a następnie na paryskiej Sorbonie. Na
uniwersytecie w Aix-en-Provence rozpoczęła przygotowywanie doktoratu o twórczości Colette, jednak praca ta szła bardzo powoli. Wówczas promotor
zaproponował jej pobyt w dawnym klasztorze cystersów w Royaumont pod
Paryżem. Od lat działało tam Międzynarodowe Centrum Kulturalne słynące
ze znakomitych warunków do pracy twórczej.
I rzeczywiście -?trudno wyobrazić sobie miejsce, które bardziej
sprzyjałoby twórczości literackiej. Pochodzące z XIII wieku opactwo
zachowało się w idealnym stanie. Surowe, przepiękne średniowieczne
wnętrza, urokliwy park ze stawami. W takim miejscu nie trzeba szukać
koncentracji i natchnienia, bo zdolność pisania przychodzi sama.
Założyciel Międzynarodowego Centrum Kulturalnego, zamożny przemysłowiec
Henry Goüin, doskonale wiedział, czego potrzeba ludziom kultury.
Royaumont było miejscem spotkań ludzi nauki i sztuki z całego świata,
organizowano tam również koncerty muzyczne, które szybko zdobyły
powszechne uznanie. Dla zawodowych literatów powstało tutaj coś w rodzaju domu pracy twórczej, który odwiedzali także studenci i doktoranci, a jednym z takich gości była Marie-Rita. Właśnie tutaj
poznała Witolda Gombrowicza, co całkowicie odmieniło jej życie.
60-letni pisarz znajdował się wówczas w fatalnym stanie psychicznym i fizycznym. Zdruzgotany atakami polskiej prasy zarzucającej mu zdradę
interesów narodowych powrócił z rocznego stypendium w Berlinie Zachodnim
i w Royaumont usiłował odzyskać formę. Zawsze był słabego zdrowia,
chorował na astmę, miał problemy z sercem, ale w Berlinie dopadła go
jeszcze depresja, z którą nie potrafił się uporać.
"Cierpiał na astmę i rozedmę płuc -?wspominał leczący go doktor Otto
Mertens -?co w zestawieniu z jego zmęczonym już sercem sprawiało, że
miał trudności z oddychaniem. (...) Miał lekką grypę, co w przypadku
jego astmy i dużej nerwowości było nieprzyjemne. Bardzo szybko grypa
przerodziła się w depresję nerwową"1.
Gombrowicz lubił życie towarzyskie, a przede wszystkim kawiarniane
dyskusje, ale w głębi duszy był samotnikiem. Właściwie nigdy nie
odkrywał swojego wnętrza przed otoczeniem, była to sfera zarezerwowana
wyłącznie dla niego. I właśnie dlatego żaden z jego znajomych nie
potrafił mu pomóc.
Przez Paryż trafił do Royaumont, gdyż jego przyjaciele, z Konstantym
Jeleńskim na czele, uznali, że będzie to odpowiednie dla niego miejsce.
Spokój, cisza, atmosfera pracy literackiej, piękne otoczenie -?to
wszystko miało wydobyć Witolda z depresji. Pozytywne efekty przyszły
dość szybko, a Gombrowicz, nawet chory i w depresji, zawsze pozostawał
sobą.
"Opactwo z XIII wieku -?notował w swoim Dzienniku -?gdzie święty
Ludwik sługiwał mnichom, skąd podobno jakiś czas rządzono Francją, gotyk
potężny, czworoboczny, czteropiętrowy, mury, krużganki, rozety, kolumny,
w parku spokojnym z wodą kanałów i stawów zmurszałą, zieloną. (...)
Royaumont dobrze mi robi na nerwy -?zwierzyłem się po paru dniach panu
Crespelle, zarządzającemu. -?Royaumont dobrze robi panu na nerwy, bo pan
psuje nerwy innym"2.
Rita nie mogła nie zwrócić na niego uwagi. Wprawdzie wtedy nie znała
jeszcze jego utworów, ale Gombrowicza nie sposób było nie zauważyć.
Zgodnie z miejscowym obyczajem wszyscy przebywający w opactwie jedli
wspólne posiłki, co dla Witolda było znakomitą okazją do prowokacji,
które zawsze uwielbiał.
"(...) uderzyło mnie w nim naigrywanie się, czasami ironiczne, a czasami
nawet bardzo ostre, z kobiet -?wspominał eseista Guy de Bossch?re. -
Chodziło głównie o kobiety-profesorów czy wykładowców na uniwersytetach.
Gdy tylko zabrały głos, z miejsca bezlitośnie je tępił. Młodsze nie
przejmowały się tym tak bardzo, ale starsze panie często się obrażały
albo pytały, nic nie rozumiejąc: "O co chodzi temu człowiekowi?".
Zdarzało mu się bronić jakiejś racji, a chwilę później argumentować
błyskotliwie opinie całkowicie przeciwstawne. (...) Rozmowy Witolda z tymi kobietami (...) przypominały skecze. One nie zdawały sobie sprawy,
że jest to gra, traktowały jego słowa poważnie, przyjmowały je, prawie
zawsze, jako osobistą zniewagę"3.
Pierwszą wzmianką o Ricie w intymnym notatniku Gombrowicza była
informacja o pewnej Kanadyjce. Występuje tam ona jeszcze bez imienia,
ale z pewnością zrobiła na pisarzu duże wrażenie. Panna Labrosse była
wyjątkowo urodziwą dziewczyną, o nieco "chłopięcym uroku", co dla
człowieka o homoseksualnych skłonnościach musiało mieć pewne znaczenie.
"W Royaumont Gombrowicz wydawał się raczej "człowiekiem z zewnątrz" -
wspominała Rita po latach -?znanym nie tyle z racji swej twórczości, ile
agresywności. Ta jego agresywność spodobała mi się od pierwszego dnia.
(...) Lubiłam, kiedy bezlitośnie i po dziecinnemu atakował uszczypliwie
paryskich intelektualistów. Bojaźliwa i z kompleksami, sama nie
śmiałabym się odezwać, ale kiedy Gombrowicz prowokował ich, mówiąc przez
nos z obcym akcentem, byłam zachwycona i po cichu brałam jego
stronę"4.
Na kartach Kronosa Rita pojawiała się coraz częściej, a po opuszczeniu
Royaumont pisarz wspominał o "flirtach z Ritą". W istocie do nawiązania
między nimi pewnej więzi duchowej doszło podczas wspólnego pobytu w opactwie.
"(...) poznałam go z innej strony i to ujęło mnie ostatecznie.
Popołudnia spędzał zwykle w parku na ławce przy stawie. Wracając ze
spaceru, widziałam go siedzącego samotnie i przysiadałam się. Opowiadał
głównie o Berlinie, który był dla niego jak śmierć. Ale choć mówił o śmierci, wydawał się niesłychanie żywy, najbardziej żywy ze wszystkich w Royaumont. Mówił bez patosu. Nie poddawał się nieszczęściu, jakie na
niego spadło, tylko walczył, żeby je pokonać"5.
Gombrowicz zainteresował się atrakcyjną doktorantką i szybko dostrzegł,
że jest ona bardzo inteligentna, co w połączeniu z niekonwencjonalną
urodą stanowiło intrygującą mieszankę. Od pewnego czasu myślał o prywatnej asystentce i Rita wydała mu się odpowiednią kandydatką do tej
roli.
"Pewnego dnia, przy śniadaniu, w obecności czterech czy pięciu osób,
Gombrowicz spytał mnie, czy chciałabym z nim wyjechać. Do Hiszpanii, do
Włoch, albo na południe Francji, nie bardzo jeszcze wiedział. Szukał ze
względu na zdrowie lepszego klimatu"6.
Wkrótce sprecyzował swoją ofertę i zaczął zadawać konkretne pytania.
Pytał, czy jest "punktualna, porządna, zorganizowana". Interesowało go
też, czy zabiera z sobą w podróż dużo bagażu.
"Powiedziałam więc, że chciałabym nadal mieszkać we Francji, najchętniej
przy jakimś uniwersyteckim mieście, żeby móc skończyć tezę doktorską.
"Niech pani zmieni temat -?poradził. -?Niech pani zrobi doktorat o mnie,
a napisze go pani gdzie bądź w dwa tygodnie". Zgodziłam się. Prawdę
mówiąc, doktorat niewiele mnie obchodził. Miałam natomiast ogromną
ochotę rzucić się z nim w przygodę"7.
Wspólny azyl w Vence
We wrześniu 1964 roku wyjechali do La Messugui?re w Prowansji, "czegoś w rodzaju małego Royaumont na południu". Pobyt w tym miasteczku zrobił na
Gombrowiczu bardzo dobre wrażenie.
"(...) byłem [tam] prawie półtora miesiąca -?pisał w liście do brata.
-?Gdyby nie pobolewania nerwowo-żołądkowe, czułbym się lepiej, choć
astma niezbyt sfolgowała. Nerwy też nieco lepiej. Rita jak dotąd
znakomicie się sprawia, jest zabawna, sprawna, zaradna, uczuciowa itd.
Ale dopiero teraz wykaże swoje talenty, bo dotąd siedziała ze mną tutaj
-?teraz gospodarstwo na jej głowie. Kocha mnie czule (odkąd
zdziadziałem, mam wściekłe powodzenie u kobiet). To był, zdaje się,
dobry pomysł, gdyż jej obecność zmienia mi samopoczucie, a koszta,
przypuszczam, nie będą większe, niż gdybym sam mieszkał"8.
Poszukiwali mieszkania do wynajęcia na dłużej, ostatecznie znalazła je
Rita w pobliskim mieście Vence. Był to czteropokojowy lokal na drugim
piętrze secesyjnej willi Alexandrine. Okna wychodziły na wszystkie
strony, mieszkanie miało kilka balkonów, było jednak nie najlepiej
umeblowane. Mimo to Gombrowicz uznał, że nowe lokum jak najbardziej mu
odpowiada.
"Obejrzeliśmy mieszkanie -?wspominała Rita -?a potem usiedliśmy na ławce
pod platanami na placu Grand-Jardin. Słychać było szmer wód Foux w fontannach. Ludzie siedzieli w ogródkach kawiarni. Było spokojnie i miło. Vence i mieszkanie obojgu nam się spodobały. "Bierzemy je. Los tak
chce!" -?powiedział Witold. To mieszkanie zaspokoiło wszystkie jego
potrzeby i marzenia"9.
Przeprowadzka do Vence zmieniła relacje pomiędzy pisarzem a jego
asystentką. Wcześniej był to rodzaj flirtu, natomiast po przenosinach
Witold zdawał się zapominać, że od lat preferował przelotne
homoseksualne związki bez zobowiązań.
"Zaczynam podszczypywać Ritę -?zanotował w swoim intymnym dzienniku. -
26-go [października -?S.K.] włazi mi do łóżka. Erotyzm. Coraz lepiej
się czuję. Bóle żołądka folgują"10.
Seks z młodą, atrakcyjną kobietą uzdrowił na pewien czas pisarza, a jego
partnerka również była zadowolona. Zbliżenia były tak intensywne, że
niebawem Gombrowicz zapisał, iż zaczął się obawiać o stan swojego serca.
Ostatecznie miał już 60 lat i był człowiekiem schorowanym, natomiast
znacznie młodsza partnerka miała nieco większe potrzeby. W praktyce
ustalił się harmonogram ich współżycia "raz na trzy dni", co w zupełności Gombrowicza satysfakcjonowało. Wkrótce powróciły jednak bóle
żołądka (chociaż słabsze), ale w zamian zmniejszył się katar, dzięki
czemu pisarz znacznie lepiej oddychał. Niebawem stan jego zdrowia jednak
się pogorszył: "katar, ból żołądka -?znowu, katar opadł na oskrzela,
kaszel", w związku z czym Gombrowicz prawie nie opuszczał domu. W wigilię świąt Bożego Narodzenia podsumował, że od końca października
współżył z asystentką "więcej niż piętnaście razy", miał "cztery orgazmy
-?ale od dwóch tygodni nic". Stan zdrowia uniemożliwiał mu aktywność
erotyczną, co spowodowało rozluźnienie relacji pomiędzy partnerami.
Panna Labrosse traktowała Gombrowicza dość chłodno, a on "wobec awantur
o byle co nie wtajemniczał jej więcej w swoje listy i sprawy". Po latach
Rita przyznała, że z powodu złego stanu zdrowia pisarza musiała z konieczności prowadzić życie jak mniszka.
Witold chyba specjalnie się tym nie przejmował, bo bardziej intrygował
go fakt, że po tylu latach uprawiania pederastii zaszła w nim "dziwna
przemiana, nawrócenie".
W cieniu mistrza
"Pierwsze, co mnie zdumiało w naszym wspólnym życiu -?opowiadała Rita -
to, że Witold interesował się najdrobniejszymi szczegółami umeblowania i wystroju wnętrza. Od samego początku aż do przeprowadzki w marcu 1969
roku on był wielkim mistrzem owego wystroju, który zresztą bezustannie
zmieniał. Gdyśmy się tylko wprowadzili, oświadczył, że mieszkanie stawia
przed nim zadania natury formalnej. Podobały mu się pewne detale, na
przykład pożółkłe firanki w oknach i lampy zwisające z sufitu na długim
sznurku jak w kawiarni. "To bardzo dystyngowane, choć trochę ubogie" -
komentował. Trzeba było natomiast wyrzucić lub wymienić taki czy inny
mebel, żeby to nie wyglądało drobnomieszczańsko i żeby zarazem nie
popaść w styl artystyczny. Miało być "tak sobie""11.
Jeszcze większym zaskoczeniem był fakt, że Gombrowicz zapragnął obrazów
na ścianach. Człowiek, który zawsze krytykował malarzy i malarstwo,
teraz zażyczył sobie płócien znajomych artystów. I z właściwą sobie
przekorą twierdził, że "chce żyć wśród wrogów", chociaż dodawał, że może
spróbuje "nauczyć się kochać malarstwo".
Walcząc równocześnie z mieszczańskimi przyzwyczajeniami i artystyczną
swobodą, wypracował wówczas bardzo specyficzny styl ubioru. Zaraz po
obudzeniu zakładał jedną z "mnóstwa marynarek na każdą pogodę". Nigdy
nie używał szlafroka ani kapci, nie cierpiał też odzieży zbyt
dopasowanej. Tłumaczył Ricie, że prawdziwy "dżentelmen zawsze nosi
rzeczy za duże", natomiast artysta "nigdy nie powinien okazywać swoim
ubiorem, że jest artystą". Musi więc zakładać ubrania "mniej więcej" i "takie sobie". Dodawał również, że "kobieta prawdziwie dystyngowana
zawsze jest źle ubrana".
"Miał swoje rytualne zdania, które w odpowiedniej chwili recytował,
akcentując sylaby -?kontynuowała panna Labrosse. -?Przy każdej okazji:
"Spokój przede wszystkim!" (...). Kiedy spotkała mnie jakaś przykrość:
"Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!". Kiedy zaczynałam opowiadać
jakiś film, książkę czy sen: "Oszczędź mnie, moja droga!". Kiedy pytałam
go o radę: "Rób, co ci serce dyktuje!""12.
Gombrowicz zawsze z wielką powagą traktował swoją twórczość, toteż w Vence pisał codziennie, zawsze od rana do południa. Nie używał maszyny
do pisania, przelewał myśli na papier za pomocą wiecznego pióra. Miał
zwykły, drewniany stół, na którym leżały przedmioty potrzebne do pracy:
lornetka, inhalator, termometr, wilgotnościomierz i przybory do fajki.
Gdy kończył pracę, razem udawali się na przejażdżkę należącym do niego
citroenem 2CV, którego prowadziła Rita. Krążyli po okolicach miasteczka,
a Gombrowicz w międzyczasie dla zdrowia spacerował przez godzinę. Resztę
dnia poświęcał na pisanie listów, słuchanie muzyki, lekturę i telewizję.
Wieczorami raczej rzadko opuszczali mieszkanie, bo częste wchodzenie na
drugie piętro było dla Witolda zbyt dużym wysiłkiem, tym bardziej że
jego zdrowie wciąż szwankowało. Ciągłe bóle żołądka zdiagnozowano jako
bardzo duży wrzód, ale pisarz obawiał się, że to choroba nowotworowa, i dlatego poważnie zastanawiał się nad samobójstwem.
"Sądzę, że mówiłem Wam już, jak dobrze mieć jakąś furtkę, na wszelki
wypadek -?pisał w lutym 1965 roku do swoich argentyńskich przyjaciół. -
Jestem trochę tchórzliwy i nie umiem wpakować sobie kuli w głowę; a mimo
wszystko wydaje mi się, że zabiłbym się, gdybym wszystko dobrze
przygotował. Niestety, nie jest to z pewnością proste. Środki nasenne,
gaz itd. nie wzbudzają we mnie zaufania.
Najlepszy, jak mi się wydaje, byłby cyjanek. Jeżeli się nie mylę, śmierć
następuje w ciągu sześciu, ośmiu minut, ale natychmiast traci się
świadomość. Tyle że nie mam tutaj przyjaciół, którzy mogliby w tym
pomóc. Pomyślałem więc o Was. Sądzę, że w Waszych kręgach moglibyście
zdobyć ten środek albo przynajmniej wskazać osobę, która mogłaby mi
dostarczyć cyjanek. Jestem gotów zapłacić 100 dolarów lub
więcej"13.
Czy Rita znała zamiary partnera? Tak, ale nie traktowała ich poważnie,
wiedziała bowiem, że Witold przywiązany jest do życia. Pomimo wszelkiego
rodzaju problemów ich wzajemna zażyłość z dnia na dzień się umacniała.
Przestali się kłócić, a ona mogła w każdej chwili wchodzić do jego
pokoju. Witold pokazał jej nawet swój intymny dziennik, mówiąc, że gdyby
wybuchł pożar, to przede wszystkim powinna ratować właśnie ten rękopis.
Nie ukrywał też przed nią swojej przeszłości i -?jak twierdzi sama Rita
-?w ciągu 1966 roku opowiedział jej całą prawdę o sobie. Podobno nie
pomijał niczego, więc musiało to trwać wiele dni i być dla niej nie lada
przeżyciem.
Panicz z Małoszyc
Witold pochodził z zamożnej ziemiańskiej rodziny, był najmłodszym z czworga dzieci Jana Onufrego i Antoniny Gombrowiczów. Dorastał w dostatku, a pierwsze lata życia spędził w majątku rodziców w Małoszycach
na Kielecczyźnie. Nigdy jednak nie przepadał za warstwą ziemiańską,
ubolewał również nad tym, że jego przodkowie właściwie niczego ważnego
nie dokonali. Wraz ze starszym bratem prześledził genealogię rodziny aż
do XVI wieku i był bardzo rozczarowany wynikami tych poszukiwań.
"Nieraz o nich mówił -?wspominał jego przyjaciel, Tadeusz Kępiński. -
Jest tych kilkanaście pokoleń udokumentowanej ciągłości Gombrowiczów,
ale wszystko (...) jest typowe, przeciętne. "Sieją hreczkę, procesują
się, pojedynkują, czasem stają w potrzebie, najwyżej jakieś zabójstwo po
sąsiedzku""14.
Uważał również, że każdy stary ród powinien "legitymować się pewną
ilością dziwaków, a jeszcze lepiej -?nienormalnych", a pod tym względem
Gombrowiczowie również go rozczarowywali. Znacznie lepiej było po
stronie matki pochodzącej z rodziny Kotkowskich, gdzie od pokoleń
zawierano małżeństwa pomiędzy bliskimi krewnymi. Tam osób
niezrównoważonych psychicznie nie brakowało, ale dewianci po kądzieli
nie w pełni pisarza zadowalali.
W 1911 roku, kiedy Witold miał siedem lat, rodzina przeniosła się do
Warszawy i odtąd w Małoszycach spędzała już tylko wakacje. Chłopak nie
przepadał za tym, narzekając, że styl życia kieleckich znajomych i powinowatych wzbudza w nim odrazę:
"(...) siedzą bezmyślnie na wsi, prymitywni, nieporządni, ograniczeni.
(...) Wszystko tam dokonuje się z nudów. A ponieważ styl i możliwości
tych ludzi są żadne -?powoduje to z kolei nowe nudy i jeszcze je wzmaga.
Więc cóż robić? Przede wszystkim się je"15.
Poza jedzeniem ceniono tu również sen i starano się spać jak najdłużej,
aby "dzień nie był zbyt długi". Dnie zaś spędzano na sąsiedzkich
wizytach, polowaniach i grze w karty, a także na rozmowach o pieniądzach
i swataniu córek.
"Zaraz by cię żenili -?skarżył się Gombrowicz przyjaciołom. -?Tylko to w tobie widzą: kandydat do ręki albo nie istniejesz. Naturalnie to drugie
-?lepsze. Panny "lecą" na każdego. Każda koniecznie chce się wydać. A na
razie -?co innego. Ile chcesz. Przy tym się nie kąpią. Bo gdzie i po
co?"16.
Do szewskiej pasji doprowadzało Witolda to, że ziemiaństwo było dumne ze
swoich siedzib i uważało je za komfortowe, podczas gdy -?jego zdaniem -
wszelkie wygody ograniczały się do "kaplicy i dwóch klozetów", a stan
sanitarny dworów pozostawiał wiele do życzenia.
Tymczasem higiena osobista była jedną z najważniejszych spraw w jego
życiu. Nie wyobrażał sobie bliższych kontaktów z osobą, która nie dbała
o siebie. W intymnym dzienniku mniej krytyczny był wobec "kurwy z tryprem" niż wobec dziewczyny, której śmierdziały nogi...
W dobrze sytuowanej rodzinie nie mogło zabraknąć prób pokierowania
życiem osobistym jej potomków. Gdy Witold rozpoczął studia na Wydziale
Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, ojciec postanowił zaaranżować jego
małżeństwo z zamożną panną z okolic Małoszyc. Zaprosił ją na wieczorne
przyjęcie, na którym dla zachowania pozorów pojawili się również
przyjaciele Witolda.
""Kandydatka", bodaj Iwonka -?wspominał Tadeusz Kępiński -?mniej więcej
w naszym wieku, niebrzydka, ale bez specjalnego wdzięku, miała bardzo
szerokie czoło, rozdzielone pośrodku i gładko przyczesane włosy i zakłopotany uśmiech. Na głupią nie wyglądała. W każdym razie na pewno
zdawała sobie sprawę z uczuć ojca. Być może i syna, tak bardzo tamtym
przeciwnych"17.
Spotkanie nie przyniosło efektów, gdyż Witold ani myślał o ślubie. I choć jego koledzy dość pochlebnie wyrażali się o inteligencji
dziewczyny, od razu uciął dyskusję, twierdząc, że w ogóle nie interesuje
go poziom umysłowy ewentualnej kandydatki, a co najwyżej jej uroda i wdzięk.
"Intelekt? -?oburzał się. -?Zwariowaliście? Do czego potrzebny mi jest
intelekt? Czy nie zdajecie sobie sprawy, co by to było za piekło? Do
czego w ogóle żona mi potrzebna? Ojcu się podoba, to chce, żebym się
żenił, bo sam nie może. Jeśli się kiedyś ożenię, to tylko z kucharką"18.
Gombrowicz nie widział siebie w roli małżonka, a tym bardziej -?ojca
dbającego o przyszłość potomstwa. W jego intymnym dzienniku pojawiają
się wzmianki o różnych kobietach, ale z reguły są to opinie mało
pochlebne. I tak jedne panie są tutaj "histerycznymi kurwami", a inne
"dziwkami". Autor pisze też o jakiejś "urzędniczce w zbożu" i "farmaceutce, której bardzo zachciewało się Kasprowego
Wierchu"19. Pojawiają się również "dziewczyna, której nie mógł
zgwałcić", tancerka z Wilna, jakaś przyjaciółka siostry, pewna
pensjonarka i liczne służące. W liczbach wygląda to imponująco, ale
Gombrowicz nie podaje żadnych szczegółów. Wiadomo jednak, że wobec
kobiet potrafił zachowywać się w sposób szarmancki. Miało to miejsce
choćby podczas wakacyjnego pobytu w Wiśle, gdzie flirtował ze znacznie
od siebie młodszą Krystyną Maryańską.
"(...) lokuje się obok panny Krysi. Stosuje wobec piętnastoletniej
ofiary swe wypróbowane chwyty. Panienka, pierwszy raz w życiu w obcym
środowisku dorosłych "wstydzi się", nie wie, co mówić, jak przyjmować
hołdy"20.
Dwudziestodwuletni Witold znakomicie odnajdywał się w podobnych
sytuacjach. Gdy jedna z adorujących go pań zapytała, dokąd wszyscy pójdą
na spacer, zwrócił się do Krysi o radę. Użył przy tym pod jej adresem
określenia "słodka osóbka", co na młodziutkiej dziewczynie musiało
zrobić odpowiednie wrażenie. Ale nawet w takich chwilach nie opuszczała
go wrodzona przewrotność.
"Od pierwszej chwili nie dawał jej spokoju. Korzystając ze sposobności,
chwytał za rękę i długo trzymał w swej dłoni. Dla większego kontrastu z nader skromnym zachowaniem panienki nazywał ją, jak to już nieraz -
szampańską kobietą. To znowu któregoś dnia na spacerze zaciągnął słodką
osóbkę do fotografa, kazał przynieść z pobliskiej gospody tacę z alkoholowymi akcesoriami, a sam, z fajeczką w zębach, mocno
przytrzymywał ramię Krysi, aby mu w decydującej chwili nie
skrewiła"21.
W tym czasie przeżywał też poważniejsze uczucie do córki ziemian z Radomskiego, Krystyny Janowskiej. Znali się praktycznie od zawsze, a znajomość ta zostawiła trwałe ślady w pamięci pisarza, który wiele lat
później wspominał o Krystynie w korespondencji, a także uczynił ją
drugoplanową bohaterką niedokończonego dramatu Historia.
Początkowo bywał w majątku Janowskich ze swoim starszym bratem Jerzym,
który już w maju jeździł tam na grzybobranie. Grzybów oczywiście nie
było, ale Gombrowiczom nie za bardzo to przeszkadzało.
"Nigdy nie mówił o swoich uczuciach -?wspominała pani Krystyna w rozmowie z Joanną Siedlecką. -?Nie deklarował się poważnie ani nie
wspominał o małżeństwie. Nie starał się bardziej mnie sobą
zainteresować, przywiązać do siebie"22.
Krystyna była wyjątkowo urodziwą dziewczyną i bardzo podobała się
mężczyznom. Dobrze jeździła konno, grała w tenisa i uprawiała
narciarstwo, a do tego dbała o elegancję i zawsze doskonale się
ubierała. Nic zatem dziwnego, że Gombrowicz zwrócił na nią uwagę.
Ona również go wyróżniała, chociaż w jego zachowaniu wiele ją raziło.
Witold sprawiał na niej wrażenie człowieka "z innego, obcego jej
świata". Drażniła ją jego niechęć do środowiska ziemiańskiego. Tymczasem
on traktował ją inaczej niż resztę znajomych i nie bywał wobec niej
złośliwy ani agresywny.
"Nigdy się go nie bałam -?kontynuowała pani Krystyna. -?Mnie wyraźnie
oszczędzał. Wiedziałam, że mnie nie zrani, nigdy tego nie zrobił. Nie
było o tym mowy. Mimo to nie czułam się przy nim
bezpieczna"23.
Gdy przebywała w Warszawie, chętnie zapraszał ją na spacery. Dziewczyna
bywała też na spotkaniach towarzyskich w domu rodziców Witolda.
"Rozumiałam, że jest inny, ciekawy, oryginalny. O wiele lepiej czułam
się jednak w towarzystwie zwyczajnych chłopców z sąsiedztwa"24.
Witold od dzieciństwa chorował na astmę, dlatego też nie przepadał za
sportem. Dorobił do tego własną ideologię -?jazdę konną uważał za
absurd, a do narciarstwa nigdy nie nabrał przekonania. Podstawowe
rozrywki ziemiaństwa, czyli brydż i polowanie, uznawał za stratę czasu.
Do tego jeszcze nie umiał tańczyć i nawet nie chciał się tańca uczyć. A to bardzo ograniczało jego atrakcyjność towarzyską.
"Na jednym z wieczorków u państwa Gombrowiczów w Warszawie ojciec
Witolda bardzo go namawiał, żeby choć raz ze mną zatańczył. Cierpiał, że
syn nie tańczy, nie bryluje wśród panien. Witold wymawiał się, że nie
lubi froterować podłóg, nie ma słuchu, nie wie, jakie stawiać kroki. W końcu poprosił mnie jednak do tańca, ale męczył się wyraźnie. Czerwony,
zawstydzony, niezgrabny, co raz zerkający w wielkie lustra na ścianach,
żeby sprawdzić, jak wyglądamy. Byłam z nim równa, na obcasach wyższa, co
go szalenie peszyło"25.
Przez intymny dziennik Witolda przewijają się również postacie męskie, z którymi zapewne łączyły go wówczas relacje erotyczne. W 1935 roku
pojawił się w jego życiu niejaki Franek -?jego pierwszy stały męski
partner. Niewiele o nim wiadomo, musiał być jednak znacznie od pisarza
młodszy, gdyż dopiero trzy lata po poznaniu Witolda rozpoczął zasadniczą
służbę wojskową.
Negatywny stosunek Witolda do kobiet można odnaleźć również we
wspomnieniach Kępińskiego z okresu studiów Gombrowicza. Pisarz uwielbiał
wykłady z prawa rzymskiego profesora Ignacego Koschembahra-Łyskowskiego,
gdyż wykładowca ten nie ukrywał swojego antyfeminizmu.
"(...) profesor pod koniec trymestru odmówił jednej z koleżanek
podpisania indeksu -?relacjonował Kępiński. -?Ta, mało nie płacząc,
powiada:
-?Chodziłam punktualnie na wszystkie wykłady pana profesora.
-?Tak, wiem o tym, widziałem, że pani chodziłaś, ale pani jesteś tak
głupia, że nic nie zrozumiałaś"26.
Już wtedy Gombrowicz przejawiał upodobanie do ludzi, których zachowania
nie były akceptowane przez otoczenie. Nigdy nie lubił przestrzegać norm
społecznych -?uważał, że człowiek dlatego posiada wolną wolę, aby
swobodnie kształtować własne życie. Cenił ludzi, którzy nie ukrywali
swojej odmienności, tylko śmiało ją manifestowali.
"Myśmy bywali u różnych kolegów -?tłumaczył Kępiński -?on u nikogo. Z wyjątkiem hrabiego C., u którego tylko raz byliśmy we czterech, dobrze
zszokowani jego towarzyszem, z którym mieszkał. (...) Co pociągało Itka
[Gombrowicza -?S.K.] w naszym oryginalnym, chociaż bardzo sympatycznym
koledze? Jego dezynwoltura, dojrzała inność, niedbałość w ubiorze, przy
doskonałym kroju i gatunku ubrań, milcząca, a taktowna nonszalancja -
wszystko to zajmowało jego wyobraźnię, która miała zwrócić się w przyszłości do ferdydurkowskiego "kolegi we flanelowych spodniach". Jego
tryb życia ani trochę nie bulwersował ani nie dziwił Itka. Nigdy tam, w Alejach Ujazdowskich, nie bywaliśmy, ale Itek doprowadził do tej wizyty,
aby pokazać nam scenerię i dekorację a la Wschód oraz fotosy rozwieszone
na ścianach, niepozostawiające żadnych wątpliwości. Twierdził, że kolega
C. wtajemniczał go w niektóre sprawy"27.
Gombrowicz cenił życie towarzyskie, ale nie robił niczego z obowiązku.
Nie lubił wracać do przeszłości, do spraw, które uważał już za
zamknięte. Jeszcze podczas studiów odmówił wzięcia udziału w zjeździe
absolwentów swojego gimnazjum, twierdząc, że tego rodzaju imprezy
przypominają spacer po cmentarzu. Nie odczuwał żadnego sentymentu do
dawnych kolegów i nauczycieli, a oni rewanżowali się mu podobnymi
uczuciami. Podczas kolejnych zjazdów był już znany jako dziennikarz i pisarz, ale zapewne nie bez powodu nikt o niego nie pytał i nie
komentował jego nieobecności. Gombrowicz żył we własnym świecie, co
otoczenie doskonale wyczuwało, tym bardziej że potrafił dawać temu wyraz
w sposób mało przyjemny dla innych.
Pamiętnik z okresu dojrzewania
Chociaż Witold od najmłodszych lat miał ambicje literackie, to jednak
zdecydował się na studia prawnicze, a nie na polonistykę. Zapewne gdyby
mógł sam decydować i nie znajdował się pod presją rodziny, wybrałby
filozofię, podobnie jak Tadeusz Kępiński. Rodzina jednak sugerowała mu
zdobycie zawodu rokującego nadzieje na przyzwoite dochody. Pewien wpływ
na decyzję Witolda miało też to, że w tamtym czasie prawo było modnym
kierunkiem studiów. Natomiast sam Gombrowicz uzasadniał swój wybór nieco
inaczej.
"Uważał mianowicie, nie bez słuszności -?komentował Kępiński -?że prawo
da mu wiedzę ujętą w ścisłą dyscyplinę, czego nie upatrywał w tym
stopniu w innych naukach humanistycznych. (...) W każdym razie Itek
traktował swe studia raczej jako pracę intelektualną, a nie
przygotowanie do zawodu, zwłaszcza w późniejszych latach
uniwersyteckich"28.
Mimo to jako wolny słuchacz zjawiał się na wykładach filozoficznych i polonistycznych, przy czym bardziej interesowały go tam konkretne
problemy, a nie systematyczna wiedza. Nie lubił jednak wykładów
Władysława Tatarkiewicza i Tadeusza Zielińskiego, a szczególnie
irytowała go wzniosłość tego ostatniego. Przyznawał mu jedynie
"niezwykłość i wspaniałość postaci", gdyż "ta strona zawsze go brała".
Próbował już wtedy pisać, chociaż nikomu nie chciał pokazywać swoich
utworów. I zaskakiwał otoczenie oryginalnymi pomysłami, choćby takimi
jak projekt napisania powieści "dla kucharek".
"Kiedy byłem na drugim roku prawa, zabrałem się do pisania nowej
powieści -?wspominał Gombrowicz po latach. -?(...) Zaczęło się od tego,
iż z Tadziem Kępińskim, moim ex-kolegą szkolnym, postanowiliśmy napisać
na cztery ręce powieść sensacyjną, żeby zarobić kupę forsy. Nie
wątpiliśmy, iż intelektom wyższym, jak nasze, nietrudno będzie spłodzić
taką brechtę -?łatwą, a pasjonującą. Wkrótce jednak rzuciliśmy wszystko
do kosza, przerażeni niezdarnością naszych gryzmołów.
Napisanie złej powieści nie jest bodaj łatwiejsze od napisania dobrej -
powiedziałem wtedy Kępińskiemu.
I ten problem zaczął mnie interesować. Stworzyć dobrą powieść dla
wyższych dziesięciu tysięcy czy nawet stu tysięcy -?no, to zawsze się
robi, to jest banał i nudziarstwo. Ale napisać dobrą powieść dla tego
niższego, podrzędnego czytelnika, któremu smakuje nie to, co nazywamy
"dobrą literaturą""29.
Gombrowicza zawsze interesował fenomen Trędowatej -?czytał tę powieść
wielokrotnie, zastanawiając się nad przyczynami jej popularności. Bez
końca analizował technikę pisarską nie tylko Mniszkówny, ale również
innych kasowych autorów.
"Wkrótce spostrzegłem, że interesuje się Dołęgą-Mostowiczem -
kontynuował Kępiński -?a nade wszystko rozczytuje się w Iwonce
Germana, ponadto w powieściach Zarzyckiej o "nowoczesnym" podlotku i jego perypetiach we współczesnym świecie. Do tematu tego wracał
obsesyjnie"30.
Wspólnie z Tadeuszem zaplanowali powieść, która powinna podobać się
wielbicielom "lekkiej, nawet brukowej literatury", będąc jednak utworem
o wiele bardziej wyrafinowanym. Młodzieńcy postanowili pisać rozdziały
na zmianę, co miało zdopingować ich do wysiłku.
Współpraca nie przyniosła większych efektów, bo choć Kępiński napisał
dwa rozdziały, to potem, ze względu na zajęcia zawodowe, nie mógł sobie
pozwolić na dalszą współpracę. W innej sytuacji był Gombrowicz, który
bezpośrednio po studiach rozpoczął aplikację sędziowską, aby niebawem ją
porzucić. Wprawdzie jeszcze przez blisko rok przebywał w Paryżu,
studiując w Institut des Hautes Études Internationales, ale bardziej
interesowały go kontakty z innymi studentami niż nauka. Po powrocie do
kraju nie musiał podejmować pracy zarobkowej, utrzymując się z czynszu z dwóch kamienic kupionych dla niego przez ojca. W tej sytuacji mógł
poświęcić się próbom literackim, ale pomysł powieści "dla kucharek" na
razie odłożył. Powrócił do niego pod koniec lat 30., już po swoich
pierwszych sukcesach literackich. Nie zdecydował się jednak na
publikację utworu pod własnym nazwiskiem i użył pseudonimu Zdzisław
Niewieski. W 1939 roku książka zaczęła się ukazywać w odcinkach na
łamach prasy, a ostatnie jej fragmenty opublikowano już po wybuchu
wojny, gdy Gombrowicz od kilku tygodni przebywał w Argentynie. Do
autorstwa Opętanych przyznał się dopiero pod koniec życia.
Nie pracując zawodowo, dostosował swój rozkład dnia do rytmu twórczości
literackiej. Sypiał niemal wyłącznie w dzień, a pisał nocą. Nabrał
upodobania do pracy w łóżku, twierdząc, że jest to dla niego
najwygodniejszy sposób przelewania pomysłów na papier. Nie był natomiast
wymagający w kwestii urządzenia swojego pokoju i można powiedzieć, że do
szczęścia potrzebował niewiele. Chociaż mógł sobie pozwolić na bardziej
komfortowe wyposażenie, jego miejsce pracy było umeblowane wręcz po
spartańsku.
"Łóżko, na którym przesiadywał -?opisywał Kępiński -?(...) przykryte
bardzo przyjemną gobelinową narzutą, dwa krzesła, stolik, szafka, prawie
nagie ściany i trochę książek -?to wszystko. Żadnego zadomowienia,
zadbania, wykończenia. Nic z przytulności (mieszczańskiej), blichtru.
Trochę cygańska, trochę zarwańska ulica. Całe życie koncentrowało się
właściwie na dwóch sprzętach: na łóżku i na stoliku służącym mu do
rozkładania książek, zeszytów i szachów"31.
Debiutem wydawniczym Gombrowicza był zbiór opowiadań Pamiętnik z okresu
dojrzewania, który ukazał się w 1933 roku. Książka doczekała się
miażdżącej recenzji prasowej Juliusza Kadena-Bandrowskiego na łamach
"Gazety Polskiej". Uznany pisarz okazał lekceważenie młodszemu koledze,
krytykując trzy z jego siedmiu opowiadań. Pozostałe zaś uznał "za utwory
zupełnie nieistotne, raczej umyślnie przez autora snute dość bezsensowne
wątki, które stanowić mogą raczej pewną mierzwę pomysłu literackiego niż
materiał godny kompozycyjnej obróbki"32.
Recenzent nie dawał debiutantowi szans na literacką przyszłość,
twierdząc, że "warsztat pisarski młodego autora nie wszedł jeszcze ani w okres dojrzewania, ani nawet w okres formowania środków artystycznej
ekspresji". Najbardziej jednak zirytowały go pseudofilozoficzne
dywagacje Gombrowicza.
"Na samym końcu swej pierwszej książki mówi młody autor, iż -
"zewnętrzność jest zwierciadłem, w którym przegląda się wnętrze".
Mniejsza o samo sformułowanie, dość nieporadne, mniejsza też o filozoficzny sens zdania, tak dalece uzależniający "zewnętrzność" od
naszego widzimisię. Rozumiemy wszyscy, iż w zdaniu o zewnętrzności
chodziło o głębsze znaczenie moralne. Idąc więc za premisą autora,
stwierdzić muszę, iż wnętrze jego przerzuca, jak dotąd, na
"zewnętrzność" cały szereg pośpiesznych, nieprzemyślanych gestów,
grymasów, niechęci, urazów, które nie dają i nie mogą jeszcze dać
właściwego pojęcia ani o istocie, ani o tendencjach samego
wnętrza"33.
Gombrowicz zapoznał się z recenzją Kadena w najgorszych okolicznościach,
jakie można sobie wyobrazić -?właśnie przyjechał do majątku Janowskich i tam wręczono mu gazetę z artykułem. Nigdy nie zapomniał tego
upokorzenia, a najbardziej zabolało go to, że znany pisarz całkowicie
odmówił mu talentu literackiego.
Niebawem pocieszył go Adolf Nowaczyński, który każde opowiadanie z tego
zbioru nazwał "małym arcydziełem". Wtedy Gombrowicz ze zdumieniem
przekonał się, że tyle jest opinii, ilu recenzentów. Zrozumiał też, że
pochwały i nagany będą stałym elementem życia literackiego, nigdy jednak
nie potrafił przejść do porządku nad krytycznymi opiniami na temat
swojej twórczości. Przekonała się o tym Mira Zimińska, której kilka lat
później zaprezentował maszynopis Iwony, księżniczki Burgunda, prosząc
ją o ocenę szans scenicznych utworu.
"Gdy napisał Iwonę -?wspominała Zimińska -?nie bardzo wiedział, czy to
się w ogóle nadaje na scenę. Dał ją Adasiowi Mauersbergerowi, który
poradził mu, żebym ja to przeczytała. Na jakimś przyjęciu Gomber wręczył
mi tekst ze słowami:
-?Adaś powiedział, że jest pani najinteligentniejszą z aktorek!
-?No i jak się to pani podobało, pani Miro? -?spytał po jakimś czasie,
kiedy już Iwonę przeczytałam.
Powiedziałam, zgodnie zresztą ze swoimi wrażeniami, że owszem, pierwszy
akt dobry, dalej do niczego. Ja jestem -?mówiłam -?wychowana na Fredrze,
Rittnerze, Zapolskiej. Pan jest z zupełnie innego świata.
A on bardzo złośliwie:
-?No proszę, Adaś zapewniał, że jest pani inteligentna!"34.
W świecie artystycznym Warszawy
"Co wieczór w okolicach dziewiątej -?wspominał Gombrowicz -?wyruszałem
do kawiarni -?do popularnej wówczas Ziemiańskiej, w pobliżu placu
Wareckiego. Zasiadałem przy stoliku, zamawiałem "pół czarnej" i czekałem, aż zbierze się grono kawiarnianych kompanów"35.
W tamtych latach kawiarnia była naturalnym środowiskiem artystów,
miejscem wymiany poglądów i prezentacji nowych pomysłów. Tutaj
komentowano bieżące wydarzenia, dyskutowano o polityce, prezentowano
nowe utwory.
"Kawiarnia może stać się nałogiem jak wódka -?przyznawał Gombrowicz. -
Dla prawdziwego bywalca nie pójść do kawiarni o oznaczonej godzinie to
po prostu zachorować. Ja w krótkim czasie stałem się takim maniakiem, iż
zawiesiłem na kołku wszystkie inne zajęcia wieczorowe jak teatr, kino,
życie towarzyskie"36.
Ziemiańska była w tamtym czasie prawdziwą instytucją artystyczną. Na
parterze swoje stoliki mieli plastycy, a w pobliżu urzędowali członkowie
grupy literackiej Kwadryga. Natomiast na półpiętrze stał słynny stolik
skamandrytów, przy którym nie wolno było zajmować miejsc bez specjalnego
zaproszenia. Lokal był z reguły mocno zatłoczony, bo oprócz artystów
odwiedzało go wielu warszawiaków i przyjezdnych.
"(...) wchodziło się z ulicy w ciemność -?kontynuował Witold -?w jakąś
okropną zupę z dymu i zaduchu, z której to otchłani wyzierały
zdumiewające oblicza usiłujące coś wykrzyczeć i wygestykulować w powszechnym szumie. Krogulcze rysy rozmaitych (...) pięknoduchów
intelektualnych bratały się z poczciwością i okrągłością gąb wsiowskich,
chłopskich, wczoraj przybyłych z Lubelskiego, spod Lwowa, zdarzała się
twarz cwana z przedmieścia, a czasem wystrzelał sumiasty wąs szlagona -
albowiem była to kawiarnia poetów, a poeci rodzą się wszędzie jak
robactwo"37.
Czasami Gombrowicza męczył panujący w Ziemiańskiej tłok, drażnili go
pseudointelektualiści prowadzący tutaj jałowe dyskusje, które obnażały
tylko ignorancję i zacofanie rozmówców. Irytowali go "poeci
proletariatu", którzy za pomocą wierszy i marksizmu poszukiwali
odpowiedzi na dręczące ich pytania. Bawił go natomiast tłum
"półinteligentów" przysłuchujący się rozmowom i przypominający chór z greckiej tragedii.
"Kiedy ujawniło się, że mój stolik ma tendencję zwyżkową, od razu jęły
przysuwać do niego krzesła takie osoby z miną kogoś zasiadającego w pierwszych rzędach teatru -?noc w noc to trwało w zupełnym milczeniu,
czasem tylko któryś kaszlnął albo zachichotał"38.
Witold nie ograniczał się tylko do Ziemiańskiej -?regularnie bywał w Adrii, w kawiarni Instytutu Propagandy Sztuki, a szczególnie upodobał
sobie Zodiak. Tam zbierało się grono ludzi bliższych mu intelektualnie i wiekowo, a poza tym lokal ten nie był tak przepełniony klientelą jak
Ziemiańska. W Zodiaku Gombrowicz był jednocześnie "mistrzem, prorokiem,
pajacem, ale tylko wśród istot jak on, jeszcze nie całkiem zrobionych,
nieoszlifowanych, podrzędnych". W tych latach ostatecznie ukształtowało
się jego upodobanie do kawiarnianego trybu życia, któremu później miał z powodzeniem hołdować w Buenos Aires.
Stałymi bywalcami stolika Gombrowicza w Zodiaku byli: Stefan Otwinowski,
Zuzanna Ginczanka, Stanisław Piętak, Eryk Lipiński, Gizela Ważykowa,
Kazimierz Brandys, Janusz Minkiewicz, Kazimierz Rudzki, Światopełk
Karpiński. Każdą z tych osób traktował na indywidualnych zasadach.
"Nawet nie próbował mnie dominować -?wspominał Janusz Minkiewicz -?ani
reszty mojej paczki, to znaczy Światopełka Karpińskiego i Zygmunta
Jurkowskiego. Bo to wtedy my, nie on, mieliśmy popularność, pozycję i pieniądze"39.
Minkiewicz i jego kompani byli na permanentnym rauszu, natomiast
Gombrowicz pił niewiele i raczej nie gustował w alkoholowych libacjach.
To powodowało pewne problemy z komunikacją i sprawiało, że Witoldowi
brakowało swobody zachowania i odrobiny pijackiego szaleństwa.
"Nie umiałem się bawić w ten sposób -?tłumaczył pisarz. -?Miałem "zły
alkohol", jak mnie pouczał wielki znawca, Światek Karpiński, alkohol
hipochondryczny i wątrobiany, który nie łączył mnie z nikim, a właściwie
odstręczał. Ta melancholijna właściwość nie pozostała, rzecz jasna, bez
decydującego wpływu na moje literackie losy, albowiem w Polsce łatwiej
sobie wyobrazić literata bez pióra niż bez kieliszka"40.
Witold doceniał ułańską fantazję przyjaciół, ale sam zadowalał się rolą
obserwatora ich ekscesów. Przyjemność sprawiało mu oglądanie Minkiewicza
żebrzącego na wódkę pod "wielce szacowną pensją panny Plater" albo
Karpińskiego wożącego windą ryby, "żeby miały przyjemność". Sam jednak w podobny sposób nigdy się nie zachowywał i najwyraźniej nie był stworzony
do radosnej konsumpcji alkoholu.
Kiedyś, korzystając z nieobecności rodziny, urządził u siebie huczny bal
sylwestrowy, jednak szybko tego pożałował. Na balu zjawiła się większość
jego znajomych, a do tego jeszcze Tadeusz Breza, Michał Choromański,
Zdzisław Czermański, Bruno Schulz i Witkacy, ale on uznał ten wieczór za
stracony. Po prostu nie czuł się dobrze w alkoholowych klimatach i niechętnie oddawał się "tego typu uciechom".
Wyżywał się za to w dyskusjach przy kawie i herbacie. Jak zwykle
złośliwy i bezkompromisowy, codziennie poszukiwał nowej ofiary.
Najczęściej rola ta przypadała jakiemuś przypadkowemu uczestnikowi
kawiarnianych spotkań. Gdy jednak brakowało osób z zewnątrz, Gombrowicz
zajmował się kimś ze ścisłego grona znajomych.
"Obcowanie ze mną zawsze było (...) dosyć trudne -?przyznawał -?dlatego,
iż z reguły dążę do dyskusji, starcia, staram się prowadzić rozmowę w ten sposób, aby była ryzykowna, czasem nawet nieprzyjemna, żenująca,
niedyskretna, gdyż to wciąga w grę osobowość zarówno moją, jak i mego
partnera. Rozmowa uprzejma, spokojna, delikatna, taka, jaką się zwykle
uprawia w kołach literackich, wydawała mi się zawsze czymś śmiertelnie
mdłym i niegodnym ludzi bardziej rozbudzonych pod względem
duchowym"41.
Witold "tworzył nie tylko książki, ale i życie", przybierając pozę
szydercy i pilnie obserwując zachowanie otoczenia. Prowokował różne
sytuacje, aby oglądać ich efekty i demaskować swoich rozmówców.
"Częstym gościem przy stoliku Gombrowicza był Kazimierz Rudzki, którego
już wówczas znano (...) ze znakomitych ripost słownych -?opowiadał Eryk
Lipiński. -?Zapamiętałem zwłaszcza jedno party w mieszkaniu Kazia przy
ulicy Sułkowskiej. Kazio demonstrował gościom rozmaite przedmioty
zakupione w sklepie przy ulicy Chmielnej róg Szpitalnej. Była tam między
innymi sztuczna plama atramentu, szklanka z dziurką, duże zęby, które
wkładało się do ust. Gombrowicz patrzył z dezaprobatą na przedmioty, a następnego dnia opowiadając w Zodiaku o wieczorze, mówił: "Pan Kazimierz
to człowiek dowcipny, jest specjalistą od humoru z przyrządami...".
Opinia ta bardzo Kazia dotknęła i od tego czasu już tych przedmiotów nie
używał"42.
Gombrowicz nie oszczędzał nikogo i niczego. Pewnemu mało utalentowanemu,
ale pracowitemu pisarzowi poradził, aby starał się dalej, a za dziesięć
lat zostanie wreszcie "porządnym grafomanem". Towarzystwo przy swoim
stoliku zdominował do tego stopnia, że znajomi nadal przychodzili,
chociaż bali się jego ostrego języka. Ale to było jak narkotyk -?nie
potrafili sobie wyobrazić dnia bez spotkania z Gombrowiczem.
"Gombrowicz peszył, irytował -?wspominał Andrzej Nowicki -?często nie
potrafiłem się odgryźć, choć przecież byłem satyrykiem "Szpilek". Mimo
to, tak jak i reszta, musiałem codziennie być przy stoliku. Chodziliśmy
tam właściwie jak na spektakl. Zdawałem sobie sprawę ze swojego
zafascynowania, wiedziałem, że obcuję z indywidualnością niepowtarzalną.
Nigdy później nie miałem już wobec nikogo podobnego
wrażenia"43.
Potyczki słowne przy kawiarnianym stoliku były dla Gombrowicza ulubioną
formą spędzania czasu, ale potrafił też odnaleźć się na spotkaniach u Zofii Nałkowskiej. Co prawda twierdził, że imprezy w jej salonie
przypominają herbatki urządzane przez jego matkę czy wręcz "przyjęcia u kanoniczek", lecz mimo to nie potrafił się oprzeć urokowi gospodyni.
Podziwiał zręczność, "z jaką ta dama umiała wykrzesać iskrę nawet z notorycznych dzikusów, odludków, jąkałów i milczków". W istocie pani
Zofia potrafiła wydobyć z każdego to, co najlepsze, a w jej salonie
goście dawali z siebie dosłownie wszystko.
"Raz na takie zebranie -?opowiadał Jan Kott -?trafił jakiś starszy
inżynier z prowincji, specjalista od sztucznego włókna. Milczał, był
wyraźnie onieśmielony, gubił się wśród tych wszystkich pisarzy. I nagle
Nałkowska go podprowadziła. I zaczęło się to wspaniałe solo o sztucznym
włóknie, zaskakujące, olśniewające. Nałkowska promieniała. Była zawsze
wielkim dyrygentem"44.
Pomimo swojej sympatii do Nałkowskiej Gombrowicz nie przepadał za
kobietami zajmującymi się pisaniem. Ze smutkiem zauważył, że w poezji
dominują mężczyźni, natomiast proza, z małymi wyjątkami, pozostaje
domeną płci pięknej.
"(...) Dąbrowska, Nałkowska, Kossak-Szczucka, Kuncewiczowa, Krzywicka
czy Naglerowa, czy Gojawiczyńska -?twierdził -?były dostarczycielkami
powieści, omawianych górnie i szeroko w prasie oraz rozchwytywanych
przez czytelników. Nie była to bynajmniej zła robota, zdarzały się nawet
dzieła bardzo wartościowe, ale to ukobiecenie polskiego piśmiennictwa
przysparzało mu za wiele miękkości, dobrotliwości, łagodności i nieokreśloności, odbierając cechy takie, jak polot, śmiałość, siłę... W pewnej chwili zbuntowałem się, doszedłem do wniosku, że trzeba tępić
kobiecość w literaturze"45.
W salonie Nałkowskiej Witold poznał Brunona Schulza, którego cenił za
wydane niedawno Sklepy cynamonowe. Schulz z wielką atencją wypowiadał
się o Pamiętniku z okresu dojrzewania, wobec czego Witold poprosił go
o przeczytanie rękopisu Ferdydurke. Brunon miał być pierwszym
recenzentem utworu.
"Dałem mu rękopis, jeszcze daleki do końca, za którymś z jego przyjazdów
do Warszawy. Po kilku dniach powiedział mi łagodnie, ale z nieopuszczającą go surowością czy ostrością na dalszym i męczeńskim
planie: -?Ja bym radził zostawić to... Niech pan wróci do tamtego
rodzaju, z Pamiętnika z okresu dojrzewania, którym pan tak świetnie
włada... mnie się zdaje, że tego nie trzeba publikować.
Zrobiło mi się zimno.
Nikt poza nim nie czytał tego utworu, w który tyle pracy włożyłem. Bruno
był pierwszy. Do niego miałem zaufanie. A trzeba wziąć pod uwagę, że
Ferdydurke to było zapuszczanie się na tereny dziewicze, próba
odkrywania nowych ścieżek -?robota, słowem, ryzykowna i niedająca się
dobrze skontrolować. Diabli wiedzą! A nuż to rzeczywiście nic niewarte?
Dwa lata wysiłku! Tyle nadziei! Byłem bliski wrzucenia tego do
śmieci"46.
Na szczęście Gombrowicz "postanowił dalej pchać taczkę" i dopracował
utwór. A gdy po jego wydaniu wysłał egzemplarz autorski do Drohobycza,
Schulz wręcz oszalał z zachwytu. W ciągu jednego dnia Witold dostał od
niego kilkanaście telegramów, gdyż Bruno, czytając Ferdydurke, po
każdym udanym fragmencie biegł na pocztę i wysyłał gratulacje. Biorąc
pod uwagę, że obaj panowie byli właściwie rywalami literackimi, można to
uznać za dowód wielkiej przyjaźni i bezinteresowności.
Dzięki Schulzowi Gombrowicz poznał Witkacego. Za "demonem z Zakopanego"
jednak nie przepadał -?uznał go za zbyt pretensjonalnego, aby się z nim
zaprzyjaźnić. Doceniał intelekt i talent Stanisława Ignacego, ale nie
znosił jego rozlicznych nałogów. Czasami jednak spotykał się z nim, a zdarzało się, że towarzyszył im Bruno. Wydaje się, że wielu dzisiejszych
czytelników zaprzedałoby duszę diabłu, aby na żywo posłuchać dyskusji
Gombrowicza z Schulzem i Witkacym...
Nieszczerość
Jesienią 1968 roku, przygotowując notkę biograficzną dla Cahier de
l'Herne, Gombrowicz napisał swoje krótkie, intymne kalendarium:
"Rok 1926 -?Pierwsze flirty z kuzynkami i przyjaciółkami siostry, którym
dokuczał za ich żarliwy katolicyzm.
Rok 1936 -?Miłostki z kucharką.
-?Flirt z młodą i piękną poetką.
Rok 1941 -?Doświadczenia homoseksualne z młodymi chłopakami z ludu z Buenos Aires".
Wydaje się, że nie był wówczas szczery. Z lektury Kronosa wynika, iż
już przed wybuchem II wojny światowej określił swoją seksualność.
Wspomniany wcześniej Franek zapewne nie był jego pierwszym męskim
partnerem, gdyż w intymnym dzienniku Gombrowicz wspomniał, że w 1934
roku miał "pierwsze próby pe ze stróżem z [ulicy] Wiejskiej". Czy
jednak na pewno była to prawda? Po tylu latach trudno odpowiedzieć
jednoznacznie na to pytanie.
W kwestii orientacji seksualnej Gombrowicza nie mieli natomiast
wątpliwości ludzie z jego otoczenia. Nawet po upływie długiego czasu
wypominali mu nieszczerość w przedstawianiu siebie samego oraz kreowanie
obrazu, który był dość daleki od rzeczywistości.
"(...) w swoim pisarstwie Gombrowicz też nie śmie dobrać się do rdzenia
któregokolwiek z problemów ludzkich -?pisał Zygmunt Mycielski. -?Nawet
własnej pederastii nie może jasno wyłożyć, a cóż dopiero załatwić. Jego
pisarstwo jest krążeniem wokoło problemów: ja, homoseksualizm, Polska -
przy czym tylko siebie wysuwa jasno na pierwszy plan"47.
W interesujący sposób ułożyły się relacje Gombrowicza z innym młodym
pisarzem o orientacji homoseksualnej, Jerzym Andrzejewskim. Witolda
drażnił jego ostentacyjny katolicyzm i uważał zapewne, że autor głoszący
podobne poglądy powinien być konsekwentny w swoim postępowaniu. Gdy obaj
panowie przez pewien czas przebywali wspólnie na wakacjach w majątku
przyjaciół w Poznańskiem, Gombrowicz w swoich felietonach drukowanych na
łamach "Kuriera Porannego" nie szczędził Andrzejewskiemu delikatnych
uszczypliwości.
"(...) jest chuderlawym blondynem w okularach o głębokim wejrzeniu. W tym człowieku czają się wielkie męki pod powłoką pozornej szczerości i prostoty. Szczerość i prostota jest u niego osiągnięciem moralnym, nie
zaś cechą naturalną. Szalenie wrażliwy, a nawet drażliwy, potrzebuje
koniecznie pewnej serdeczności"48.
Andrzejewski poczuł się urażony, ale do otwartego konfliktu doszło
dopiero kilkanaście miesięcy później. Tym razem Gombrowicz dotknął go do
żywego, publicznie przystępując do rywalizacji o względy tego samego
partnera. Całkiem możliwe też, że zrobił to wyłącznie w celu dokuczenia
koledze po piórze.
"W końcu na sylwestra roku 1938/39 zerwaliśmy zupełnie -?opowiadał
Andrzejewski. -?I to ostro, w obecności wielu osób, a dokładniej w restauracji Kameralna. Zjawiłem się tam z moim przyjacielem, już dobrze
po północy. Jak to na sylwestra na sali kłębiło się sporo osób, w tym
wielu moich znajomych, między innymi Otwinowscy oraz właśnie Gombrowicz,
który zaraz zaczął gwałtownie i natarczywie zaczepiać mojego przyjaciela
-?chciał mnie po prostu dotknąć. Byłem młody, nieopanowany,
pryncypialny. Zareagowałem ostro. Wynikła scysja"49.
Po incydencie tym nie pozostał żaden ślad w Kronosie -?być może dla
Gombrowicza stanowił on zbyt mało znaczący epizod, by pamiętać o nim
kilkanaście lat później. Owszem -?pisze tam o rozmowach z Andrzejewskim
na temat Ferdydurke, wspomina nawet o tamtym wieczorze sylwestrowym,
ale awanturę w Kameralnej pomija całkowitym milczeniem.
Na uwagę zasługuje pewna informacja z 1955 roku. Odmienna od wypowiedzi
zawartych w Kronosie, dobrze oddaje sposób, w jaki Gombrowicz chciał
być postrzegany:
"Zdawałem sobie sprawę, że zabrnąłem gdzieś na niebezpieczne pogranicze
i, naturalnie, pierwsze, co mi przyszło do głowy, to, iż torują sobie we
mnie drogę podświadome [!] homoseksualne skłonności. I może z zadowoleniem powitałbym ten fakt, gdyż on przynajmniej umieściłby mnie w jakiejś rzeczywistości -?ale nie, w tym samym czasie nawiązałem bliższe
stosunki z kobietą, których intensywność nie pozostawiała nic do
życzenia. I w ogóle w tym okresie dość dużo chodziłem za dziewczynkami,
nieraz nawet trybem dość skandalicznym"50.
Gombrowicz doskonale wiedział, że nie ma możliwości ukrycia swoich
rzeczywistych preferencji seksualnych, jednak z niewiadomych powodów
wolał być postrzegany jako biseksualista. Nawet jeżeli czasami głośno
deklarował swoją niechęć do kobiet i upodobanie do stanu kawalerskiego.
Nigdy nie przejawiał też chęci posiadania potomstwa, a jego kontakty z płcią piękną często sprawiały wrażenie związków na pokaz. W rzeczywistości były to krótkotrwałe przygody, które w najlepszym razie
kończyły się po kilku spotkaniach. A może wówczas faktycznie był
biseksualistą?
Najważniejsza decyzja
W grudniu 1933 roku zmarł ojciec pisarza, a przy łożu konającego Jana
Onufrego byli tylko Witold i jego matka. Resztę krewnych zaalarmowano
zbyt późno, w związku z czym przybyli oni na miejsce już po śmierci
głowy rodu. Zgon ojca po raz kolejny uświadomił Witoldowi, że nie
potrafi okazywać uczuć nawet wobec najbliższej rodziny.
"Ta śmierć pozostawiła mi nieco zawstydzające wspomnienie. Gdy skonał,
spróbowałem objąć matkę, aby chociaż w ten sposób okazać moje uczucie -
ale gest wypadł niezręcznie, i jak w okamgnieniu ukazała się moja nędza:
byłem niezdolny do zwykłych ludzkich odruchów, do serdeczności,
czułości, byłem jak sparaliżowany formą, stylem, tym całym przeklętym
sposobem bycia, który sobie urobiłem... i oto rodzonej matce nie byłem w stanie dostarczyć trochę ciepła w tym momencie!"51.
Po śmierci Jana Onufrego sytuacja finansowa rodziny trochę się
pogorszyła. Gombrowicz z matką i siostrą przeprowadzili się do tańszego
i mniejszego mieszkania przy ulicy Chocimskiej w pobliżu placu Unii
Lubelskiej. Nadal byli właścicielami dwóch kamienic (przy Wspólnej i Próżnej), ale z niewiadomych powodów nie chcieli zamieszkać w żadnej z nich. Czynsz od lokatorów wystarczał im jednak na życie, toteż
Gombrowicz mógł kontynuować swoje próby literackie.
Podjął współpracę z "Polską Zbrojną" i "Gazetą Polską", ale nie trwało
to zbyt długo. Następnie związał się z "Kurierem Porannym", co jednak
trudno uznać za systematyczną pracę. Pisał, gdy miał na to ochotę, bo
stabilna sytuacja finansowa nie zmuszała go do regularnych publikacji. W związku z brakiem stałych zobowiązań zawodowych mógł jeździć po kraju, a na początku 1938 roku odbył dłuższą podróż do Włoch. Po latach
twierdził, że pojechał tam, aby zobaczyć faszyzm na własne oczy, a eskapada ta miała wywrzeć wpływ na całe jego życie.
Początkowo w Rzymie zachowywał się podobnie jak kilka lat wcześniej w Paryżu -?niespecjalnie interesowały go zabytki i tylko Forum Romanum
wzbudziło jego zaciekawienie. Wygrzewał się w słońcu, spacerował nad
morzem i czuł, że odpoczywa po stresie związanym z wydaniem
Ferdydurke.
"(...) więcej włóczyłem się, pożerając rozmaite ślimaki i zapijając to
Chianti, niż wypełniałem obowiązki turysty w muzeach i kościołach.
Opanowało mnie to wałęsanie (...), niczego nie projektowałem, nawet
bawić się nie miałem ochoty. W tym czasie jury "Wiadomości Literackich"
dyskutowało nad przyznaniem nagrody za najlepszą książkę 1937 roku i ja
już z góry trwoniłem tych kilka tysięcy -?lekkomyślnie, jak się potem
okazało, bo nagrodę dano Boyowi za Marysieńkę. Ale niewiele mnie to
obeszło, wiedziałem, że z nagrodą czy bez wszedłem już do literatury
polskiej na stałe. Wypoczywałem"52.
Atmosferę leniwego spokoju zakłócała jednak rzeczywistość rzymskiej
ulicy. Działalność ekipy Mussoliniego była widoczna na każdym kroku,
prasa wychwalała sojusz z Hitlerem, w mieście organizowano przemarsze
zwolenników Duce, w lokalach chóralnie śpiewano faszystowskie piosenki.
Zdegustowany Gombrowicz uznał atmosferę ówczesnego Rzymu za "coś
mętnego, a potwornego, zmorę niczym ze snu". Z bliska zobaczył, jak
wygląda zwykły dzień faszyzmu i to mu wystarczyło. Ostatni tydzień
zamierzał spędzić w Wenecji, a w drodze do niej poznał kilku młodych
włoskich lotników, z którymi umówił się na spotkanie na placu św. Marka.
"Ten "salon Europy" -?wspominał po latach -?świecił pustkami, nie wiem,
czy dlatego, że sezon się jeszcze nie zaczął, czy też że zalatywało
prochem z powodu Austrii. Melancholią i opuszczeniem ziały gołębie i lazury nieba i ziemi.
-?No dobrze, a gdyby tak Duce kazał wam zbombardować to wszystko? -
ruchem ręki objąłem kościół, pałac, Prokuratorię...
-?Wówczas nie pozostałby z tego kamień na kamieniu -?odpowiedział
kiepską francuszczyzną najstarszy z nich, może 25 lat liczący. Mnie ta
odpowiedź nie zdziwiła. Tego należało oczekiwać. Ale zdziwiła mnie jego
radość, oczy mu błyszczały, obwieścił mi to prawie tryumfalnie -?i na
twarzach jego kolegów, gdy się dowiedzieli, o co chodzi, też wyczytałem
nietajoną satysfakcję. Co ich tak zachwycało? Czyż nie to, że czuli się
twórcami historii? Przeszłość stała się mniej ważna niż przyszłość,
mogli burzyć"53.
W drodze powrotnej do Polski zetknął się z czymś znacznie groźniejszym
niż włoski faszyzm. Gdy pociąg dotarł do Wiednia, okazało się, że w mieście dzieje się coś niezwykłego.
"Naokoło, w przedziale, na korytarzu, wszyscy się bali. Twarze były
naprężone, wymieniano jakieś uwagi, coś komentowano... Co? Było
widoczne, że coś się stało. Ale nie chciałem pytać.
Gdy wjechaliśmy na przedmieścia wiedeńskie, ujrzałem gromady ludzi z pochodniami, wiwatujących. Krzyki "Heil Hitler" dochodziły do naszych
uszu. Miasto szalało.
Zrozumiałem: to był Anschluss. Hitler wkraczał do Wiednia"54.
Wrażenia z Austrii i Włoch miały mieć decydujący wpływ na późniejsze
życie Gombrowicza. Przez następne miesiące z niepokojem obserwował
pogarszającą się sytuację międzynarodową: konferencję w Monachium,
przyłączenie Czech do Rzeszy, aneksję Kłajpedy. Następnie przyszedł czas
eskalacji niemieckich żądań wobec Polski i słynnej sejmowej mowy Józefa
Becka. Chcąc odpocząć od polityki, zdecydował się popłynąć do Buenos
Aires na pokładzie transatlantyku m/s Chrobry. Był to dziewiczy rejs tej
jednostki, a Gombrowicz wszedł na jej pokład jako jeden z reporterów.
Pobyt w Buenos Aires miał trwać dwa tygodnie.
Chrobry zawinął do argentyńskiego portu przed południem 20 sierpnia 1939
roku. Trzy dni później świat obiegła informacja o podpisaniu w Moskwie
niemiecko-sowieckiego paktu o nieagresji. Atmosfera stała się nerwowa,
tym bardziej że dowódca transatlantyku otrzymał polecenie
natychmiastowego powrotu do kraju. Gombrowicz wahał się, czy pozostać w Buenos Aires i przeczekać nadciągającą wojnę, czy też płynąć do Polski.
"Odprowadziłem go do portu -?wspominał Jeremi Stempowski,
przedstawiciel linii okrętowej będącej właścicielem transatlantyku. -
Oddał rzeczy tragarzowi, pożegnał mnie i wszedł na statek. W dziesięć
minut później rozległ się dźwięk pożegnalnej syreny, a ja zobaczyłem
Witolda; z dwiema walizkami w ręku zbiegł po trapie na molo. Była to
ostatnia chwila do powzięcia decyzji i skorzystał z niej. Drżał i powtarzał: "Nie mogę". Potem dodał, że była to najtragiczniejsza chwila
w jego życiu"55.
Decyzja ta zaważyła na jego przyszłości. Pozostając w Argentynie,
określił swój los i nigdy już nie zobaczył ojczystego kraju i większości
rodziny. Na zawsze miał pozostać emigrantem.
Argentyńska bieda
Witold miał z sobą 160 dolarów (o wartości nabywczej nieco ponad 2600
dolarów dzisiejszych), co było niedużą sumą, by rozpocząć nowe życie w obcym kraju. Nie znał praktycznie nikogo i nie władał językiem
hiszpańskim. W pierwszych dniach wielką pomoc okazał mu Stempowski,
który zawiózł go do małego pensjonatu w centrum Buenos Aires, wprowadził
do środowiska miejscowej Polonii i namówił do wystąpienia o niewielką
zapomogę w polskim poselstwie.
Niebawem Gombrowicz poznał zamożnego pisarza i historyka Arturo
Capdevilę. Został przez niego zaproszony do wygłaszania pogadanek o kulturze europejskiej dla jego córki Chinchiny oraz jej przyjaciółek. W rzeczywistości wykłady te były formą pomocy finansowej dla biedującego
pisarza.
"Jego ukochanym tematem był "styl argentyńskiej kobiety" -?wspominała
Chinchina. -?Twierdził, że Argentynki muszą wyrobić sobie własny styl,
tak jak go sobie wyrobiły Europejki. Porównywał sposoby bycia Angielek,
Francuzek itd. ze sposobem bycia Argentynek. Cała zabawa trwała miesiąc,
spotykaliśmy się raz w tygodniu. Mojego ojca bawiły te zebrania i żałował, że nadmiar pracy nie pozwala mu w nich brać udziału"56.
Arturo próbował wprowadzić Gombrowicza do miejscowych elit
intelektualnych, jednak poważną przeszkodę stanowiła bariera językowa.
Kłopotów przysparzał również charakter Witolda, który pomimo fatalnej
sytuacji finansowej nie potrafił zmusić się do kompromisów. Szczególnie
wtedy, gdy chodziło o przedstawicieli miejscowego establishmentu.
"Zatrzymajmy się nad przykładem Eduarda Mallei, który był redaktorem
naczelnym "La Nación" -?opowiadał krytyk i dziennikarz Roger Pia. -?Był
on autorytetem, nie byle jaką postacią, arystokratą mieszkającym w Barrio Ocampo (najelegantsza dzielnica Buenos Aires), (...) człowiekiem
poważnym, ale mimo to dostępnym, liberałem, caballero. To on poparł
wydrukowanie artykułów Gombrowicza w "La Nación". Był szczodry i umiał
popierać młode talenty. Ale trzeba było w jakiś sposób się do niego
dostosować. Gombrowicz nie był do tego zdolny i natychmiast zatrzaskiwał
drzwi, które ludzie "znaczący", jak Mallea, przed nim otwierali. To samo
zdarzyło mu się z pisarzami krążącymi wokół miesięcznika "Sur". (...) W żaden sposób nie zgadzał się na hipokryzję, na pochlebstwo, (...) jego
szczerość bywała niemal prowokacyjna"57.
Zachowanie Gombrowicza wydaje się tym bardziej dziwne, że pierwsze
miesiące w Argentynie okazały się dla niego szczególnie trudne. Podczas
spaceru poznał jakiegoś kolejarza, który miał go uczyć hiszpańskiego, a skończyło się na tym, że osobnik ten okradł go ze złotego zegarka,
pióra, koszul i garnituru. Wprawdzie Gombrowicz tłumaczył, że stało się
to podczas wspólnego spożywania wina, ale okoliczności kradzieży wydają
się dość podejrzane. Czyżby Witold upił się do tego stopnia, że stracił
przytomność? A może został odurzony? Czy tej sprawie nie towarzyszyły
inne, bardziej intymne okoliczności, skoro poznał kolejarza na ławce na
placu Constitution -?w zwyczajowym miejscu spotkań homoseksualistów?
Pomimo złej sytuacji materialnej Gombrowicz pozostawał sobą i nie
potrafił schlebiać możnym tego świata. Zmieniał pensjonaty na coraz
gorsze, a z powodu długów został poturbowany przez właściciela jednego z nich. Pół roku spał na podłodze w domu znajomego i przez cały ten czas
nie dojadał, a mimo to nie zamierzał płaszczyć się przed
Argentyńczykami. Jednak w towarzystwie polskich przyjaciół czasami
przyznawał się do swojej biedy.
"Kiedyś wieczorem zjawia się u mnie pan Witold -?wspominała Halina
Nowińska. -?Jest blady, zielonkawy, ma zapadnięte policzki, kaszle,
ciężko osuwa się na krzesło i prosi: "Niech pani mi da coś do zjedzenia,
już drugi dzień nie jem". Usmażyłam mu naprędce kawałek mięsa, z przejęcia nie osoliłam, ale dopiero przy ostatnich kęsach zauważył to.
Wyciągnęłam wtedy od niego, że przyjechał do mnie z Morón tramwajem (to
była wtedy najdłuższa linia tramwajowa, Morón to chyba ze 30 kilometrów
od centrum miasta), bo na kolej nie miał pieniędzy"58.
Jedna ze znajomych Gombrowicza, uważając, że jest on lekkomyślny i przepuszcza otrzymywane od przyjaciół pieniądze, opłacała w pensjonacie
poranne pieczywo i mleko dla niego, inni przekazywali mu używaną odzież
i stare, niepotrzebne już sprzęty. Pewnego razu dostał od emerytowanego
polskiego bankiera trochę eleganckich ubrań. Wśród nich był znakomitej
jakości garnitur, który pisarz nosił z niechęcią, bo miał on zbyt
wieczorowy, wizytowy charakter. Garnitur ten bardzo spodobał się
szachowemu partnerowi Witolda z klubu Rex, Armandowi Vileli.
"(...) Gombrowicz dostał w prezencie elegancki, ciemny, dwurzędowy
garnitur -?opowiadał Vilela. -?Ja miałem ubranie koloru beżowego.
Spotkawszy Gombrowicza w Rexie, powiedziałem: "Ale piękny garnitur", na
co Gombrowicz: "Twój jest o wiele ładniejszy". "Chcesz się zamienić?",
zaproponowałem. Byliśmy mniej więcej tego samego wzrostu. Zeszliśmy do
kawiarni i tam w toalecie zamieniliśmy się ubraniami. Gombrowicz wyszedł
cały w beżach, ja zaś wystąpiłem na ciemno. Był zachwycony. Długie lata
nosiłem ten garnitur. Nawet brałem w nim ślub. Jeżeli nie pochodził od
jakiegoś ambasadora, to w każdym razie od jego sekretarza"59.
Rex
Lektura Kronosa nie pozostawia wątpliwości -?od pierwszych dni pobytu
w Buenos Aires Gombrowicz odwiedzał miejsca, gdzie spotykali się
homoseksualiści. W jego intymnym dzienniku nie brakuje też wzmianek o argentyńskich kobietach, przy czym nie są one zbyt pochlebne dla
tamtejszych przedstawicielek płci pięknej. Już kilkanaście dni po
przybyciu do Buenos Aires pisarz stwierdził, że "kobiety argentyńskie
bardzo mu się nie podobają"60, zdarzyło mu się jednak spędzić
noc z jakąś tancerką, służącą, a także z "włochatą baletnicą".
Prowadził tak intensywne życie seksualne, że w końcu zapadł na syfilis.
Na kartach intymnego dziennika można znaleźć informacje o seriach
zastrzyków, a także nazwę kliniki, w której leczył schorzenia
weneryczne. Z powodu swojej aktywności erotycznej miał również problemy
z policją. Co prawda w Argentynie pederastia nie była zakazana, ale
skandale obyczajowe mogły utrudnić Gombrowiczowi otrzymanie prawa
stałego pobytu. Wiadomo, że dwukrotnie trafił na komisariat i że z powodu homoseksualizmu był też szantażowany. Ograniczył wówczas swoją
aktywność erotyczną. Gdy jednak dostał kartę stałego pobytu, wszystko
wróciło do normy.
Pisarz mógł żyć bez pieniędzy, ale nie wyobrażał sobie życia bez
kawiarnianych spotkań i dyskusji. Początkowo bywał w kawiarni
Miraflores, a następnie przeniósł się do Rexa, w którym właśnie
zorganizowano salkę szachową.
Witold zawsze uwielbiał szachy, chociaż nigdy nie starczyło mu
cierpliwości, aby zgłębić literaturę na ten temat. Rozgrywkę traktował
jak spotkanie towarzyskie, twierdził, że gra pozwala mu zapomnieć o wojnie, a poza tym jest znakomitym treningiem dla umysłu. Przy okazji
szlifował swój hiszpański, co miało ogromne znaczenie.
"Gombrowicz nie był graczem zawodowym -?opowiadał jego znajomy Paulino
Frydman -?był amatorem na dobrym poziomie. Miał bardzo osobisty, trochę
fantazyjny sposób gry, nie dość dobrze znał teorię i zawsze usiłował
atakować. Poza tym kierował się stanem psychicznym przeciwnika. Miał
rozmaite manie, które jego partnerów całkowicie wyprowadzały z równowagi, na przykład brał pionek między drugi i trzeci palec i długo
poruszał nim w miejscu"61.
Frydman zawsze wypowiadał się o Gombrowiczu w samych superlatywach.
Twierdził, że pisarz zawsze był schludnie i czysto ubrany, dokładnie
ogolony i uczesany. Nie przypominał przedstawiciela cyganerii
artystycznej -?z natury metodyczny i skrupulatny nic nie pozostawiał
przypadkowi. Nie skarżył się na nędzę, twierdził, że lubi Buenos Aires,
gdyż życie w tym mieście było "pełne małych przyjemności". Preferował
niższe klasy społeczne i "miał mądrość zadowalania się niewielkim".
"Był to człowiek, który nigdy niczego nie zapomniał, ani nigdy nie
zaniedbał najdrobniejszego szczegółu. Swą konsekrację literacką
zawdzięczał wyłącznie sobie samemu. Zawsze, nawet w najgorszych
momentach i wśród wszelkich przeciwności, widziałem go zdecydowanego, by
nie zejść z drogi, którą sobie wyznaczył. Jego powołanie artystyczne
było jedynym motorem jego życia i pozostał mu wierny bez najmniejszej
chwili słabości aż do końca. Twierdzę, że Gombrowicz był
najpoważniejszym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu"62.
W 1941 roku do stolicy Argentyny przyjechał kuzyn Witolda, Gustaw
Kotkowski. Od początku wojny przebywał w Nowym Jorku, a do odwiedzenia
Buenos Aires skłonił go list od Gombrowicza, który informował, że
prowadzi "pasjonujące życie, mieszka u księżniczki we wspaniałej willi".
Na miejscu informacje okazały się nieco przesadzone, ale Kotkowski
pozostał w Argentynie. Gombrowicz wprowadził go w swoje towarzystwo,
obaj byli stałymi bywalcami Rexa.
"(...) w Buenos Aires szachy stały się jego prawdziwą pasją -?wspominał
Kotkowski. -?Wytłumaczył mi, że to dla niego jedyny sposób na
uspokojenie nerwów i ukojenie obaw. W Rexie spotykało się postacie
barwne i bardzo zabawne, w tym także Polaków, którzy udzielali mu
gościny lub wspierali finansowo, a należał do nich głównie dyrektor
Paulino Frydman. Pamiętam między innymi Ludwika Fürstemberga, bogatego
przemysłowca, niegdyś związanego interesami z ojcem Witolda. Jeremi
Stempowski wstawił się u niego, by ten wspomagał Witolda finansowo.
Fürstemberg "pożyczał" mu pieniądze, nie mając żadnych wątpliwości, że
to darowizna. Fürstembergowie byli ludźmi kulturalnymi i Witold bywał u nich przez pewien czas. Inny bogaty przemysłowiec, pan Szapiro, też mu
trochę pomógł. Zaproponował, aby Witold przetłumaczył jakąś książkę, ale
to był tylko pretekst. Oczywiście Witold nic nie przetłumaczył. Kłócił
się ze wszystkimi swoimi bogatymi protektorami, bo nie chciał być
zależny. Nie potrafił ich zdobywać dla siebie ani czynić w ich stronę
ustępstw"63.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki