Żona - Shalini Boland

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ DZIE­WIĄ­TY

Te­raz

W koń­cu do­cie­ram do domu te­ścio­wej, ale cała się trzę­sę. I to wca­le nie z po­wo­du Ma­de­li­ne. Czy ko­bie­ta, któ­rą wła­śnie wi­dzia­łam, to na­praw­dę była Dina? Czy wpa­dam w obłęd? W ogó­le nie zwra­cam uwa­gi na fakt, że ma­ska mo­jej cor­sy jest wgnie­cio­na. Mam te­raz tyle pro­ble­mów, że stłucz­ka wy­da­je się dro­bia­zgiem. Wszyst­ko inne bled­nie w ob­li­czu moż­li­we­go spo­tka­nia z sio­strą.

Je­śli jed­nak rze­czy­wi­ście wró­ci­ła, dla­cze­go się nie ode­zwa­ła? I kim był to­wa­rzy­szą­cy jej męż­czy­zna? Chy­ba po­win­nam za­dzwo­nić do taty. Tyl­ko nie chcę ro­bić mu na­dziei.

Nie­bo jest tak ciem­ne i cięż­kie od desz­czu, jak­by był wie­czór, a nie dzie­wią­ta rano. Na pod­jeź­dzie stoi czer­wo­ny smart Ce­lii, a w kuch­ni pali się świa­tło. Przez okno wi­dzę, jak zmy­wa na­czy­nia po­chy­lo­na nad zle­wem. Pod­no­si gło­wę, roz­pro­mie­nia się i ma­cha na po­wi­ta­nie. Na szczę­ście cho­ciaż ona mnie nie igno­ru­je.

Nie pu­kam, a Ce­lia i tak bły­ska­wicz­nie sta­je w drzwiach i wy­cie­ra mo­kre ręce w zie­lo­ny kra­cia­sty far­tuch, pod któ­rym ma dżin­sy i sza­ry weł­nia­ny swe­ter.

- Cześć, ko­cha­nie. Co za miła nie­spo­dzian­ka. Nie wi­dzia­ły­śmy się do­brych kil­ka dni.

- Dzień do­bry. - Wcho­dzę do ko­ry­ta­rza, w któ­rym od razu czu­ję za­pach fre­zji i pły­nu do po­le­ro­wa­nia me­bli. - Prze­pra­szam, że się nie od­zy­wa­łam. Mia­łam praw­dzi­we urwa­nie gło­wy.

- Na­pi­jesz się kawy?

- Bar­dzo chęt­nie.

Idę za Ce­lią do kuch­ni, pa­trzę na jej do­brze ob­cię­te lek­ko po­fa­lo­wa­ne siwe wło­sy i w prze­lo­cie ła­pię aro­ma­tycz­ne per­fu­my Whi­te Li­nen od Es­tée Lau­der. Wśród ro­dzin­nych zdjęć na ścia­nie w ko­ry­ta­rzu do­strze­gam zna­jo­mą fo­to­gra­fię zro­bio­ną w dniu na­sze­go ślu­bu. Obo­je z To­bym uśmie­cha­my się do obiek­ty­wu, jak­by był to naj­szczę­śliw­szy dzień na­sze­go ży­cia. Dla­cze­go więc na samo wspo­mnie­nie ści­ska mnie w żo­łąd­ku?

Szyb­ko prze­no­szę wzrok na zdję­cie, na któ­rym na­sto­let­ni Toby i Nick ro­bią głu­pie miny - za­zdrosz­czę im tej bli­sko­ści. Jak to się sta­ło, że my z Diną tak się od sie­bie od­da­li­ły­śmy? Cza­sem ża­łu­ję, że nie mogę cof­nąć się w cza­sie, spró­bo­wać za­wal­czyć o na­szą re­la­cję. Mam tyl­ko jed­ną sio­strę, ale de fac­to mo­gła­bym być je­dy­nacz­ką, bo kon­takt pra­wie cał­kiem się nam urwał. Je­śli rze­czy­wi­ście wró­ci­ła, może jesz­cze nie jest za póź­no, żeby wszyst­ko na­pra­wić? Choć i tym ra­zem to spad­nie na mnie, bo wąt­pię, żeby Dina przy­je­cha­ła tu po po­jed­na­nie.

- Idziesz?! - Ce­lia woła mnie z kuch­ni.

Kuch­nia jest przy­tul­na i jed­no­cze­śnie ele­ganc­ka - są tu dę­bo­we szaf­ki i bia­łe gra­ni­to­we bla­ty. Ścia­nę obok lo­dów­ki zdo­bi jesz­cze wię­cej fo­to­gra­fii, ce­lo­wo jed­nak ich nie oglą­dam. Sia­dam przy okrą­głym drew­nia­nym sto­le, pod­czas gdy te­ścio­wa krzą­ta się po kuch­ni.

- Coś się sta­ło? - pyta od­wró­co­na do mnie ple­ca­mi, wsy­pu­jąc kawę do eks­pre­su. - Wy­bacz, ale kiep­sko wy­glą­dasz.

- Fa­tal­nie się czu­ję. Wła­śnie w ko­goś wje­cha­łam.

- Co? - Ce­lia pod­cho­dzi i sia­da koło mnie. - Cze­mu nic nie mó­wi­łaś? Z szy­ją w po­rząd­ku?

- Nie, nic mi nie jest. Chy­ba po pro­stu je­stem w szo­ku.

- Na pew­no!

- Ale nie z po­wo­du stłucz­ki.

- To dla­cze­go?

- Wy­da­je mi się, że wła­śnie wi­dzia­łam Dinę. - Kie­dy wy­po­wia­dam te sło­wa na głos, przy­tła­cza mnie wspo­mnie­nie znik­nię­cia sio­stry. Za­gry­zam war­gę, żeby nie pod­dać się emo­cjom.

- Two­ją sio­strę?

Ki­wam gło­wą.

- Ale... prze­cież ona za­gi­nę­ła wie­le lat temu.

- Tak.

Przez ostat­nie dzie­sięć lat nie po­zwa­la­łam so­bie tego roz­pa­mię­ty­wać. Sta­ra­łam się żyć moż­li­wie nor­mal­nie, rzu­ci­łam się w wir pra­cy i ży­cia ro­dzin­ne­go. Dziś jed­nak wró­ci­ły do mnie daw­ne uczu­cia i ura­zy. Gniew na tatę, że pra­wie wca­le nie pró­bo­wał jej szu­kać, że wszyst­ko spo­czę­ło na mnie. Wście­kłość na Dinę, że tak mało dla niej zna­czy­li­śmy, że nie pod­trzy­my­wa­ła na­wet spo­ra­dycz­nych kon­tak­tów. Obu­rze­nie na to, jak po­trak­to­wa­ła mnie pod­czas ostat­niej roz­mo­wy. I nie­okieł­zna­ny strach, że może spo­tka­ło ją coś złe­go i dla­te­go nie mamy od niej żad­nych wie­ści.

Je­śli rze­czy­wi­ście wró­ci­ła do Sha­ftes­bu­ry, będę mu­sia­ła opa­no­wać emo­cje. Nie będę mia­ła wy­bo­ru, a ta myśl mnie prze­ra­ża.

Ce­lia prze­ry­wa moją go­ni­twę my­śli.

- Opo­wiesz mi, co się sta­ło?

Wa­ham się. Cięż­ko wzdy­cham.

- Może coś so­bie uro­iłam, ale po dro­dze do cie­bie wi­dzia­łam na uli­cy nie­sa­mo­wi­tą parę. Przy­cią­gnę­ła moją uwa­gę. Ko­bie­ta... była drob­na. Mia­ła czer­wo­ny płaszcz. Była bru­net­ką, a jej twarz... - Prze­ry­wam, bo głos więź­nie mi w gar­dle.

- Wy­glą­da­ła jak two­ja sio­stra?

- Iden­tycz­nie. - Ki­wam gło­wą.

- O, ko­cha­nie. - Ce­lia obej­mu­je mnie ra­mie­niem i po­cie­sza­ją­co przy­tu­la. - Za­trzy­ma­łaś się, żeby z nią po­roz­ma­wiać?

- Wła­śnie o to cho­dzi. - Ści­skam rę­ka­mi gło­wę i wzdy­cham. - Nie pa­trzy­łam na dro­gę i dla­te­go wje­cha­łam w sa­mo­chód przede mną. Kie­row­ca strasz­nie się wściekł, auto było zu­peł­nie nowe.

- Bie­dac­two. - Ce­lia pod­no­si się. - Zro­bię nam tę kawę. Two­ją tro­chę po­sło­dzę.

- Za­nim spi­sa­li­śmy pro­to­kół, Dina znik­nę­ła. Je­stem zła na sie­bie, że od razu za nią nie po­bie­głam.

- Wi­dzia­ła cię?

- Nie, ra­czej nie. Cho­ciaż mu­sia­ła sły­szeć stłucz­kę, więc moż­li­we, że się obej­rza­ła. Ale na­wet je­śli wszyst­ko wi­dzia­ła, szyb­ko się ulot­ni­li. Kie­dy po­tem cho­dzi­łam po oko­li­cy, nie było po nich śla­du. Cze­mu tak głu­pio wje­cha­łam w inne auto? - py­tam, wy­da­jąc z sie­bie jęk.

- Nie ma sen­su się tym za­mar­twiać. Co się sta­ło, to się nie od­sta­nie. Mó­wi­łaś już o tym Toby'emu?

- Nie, przy­je­cha­łam pro­sto tu­taj. My­ślisz, że po­win­nam za­wia­do­mić po­li­cję? Po­wie­dzieć im, że być może wi­dzia­łam swo­ją sio­strę?

- Do­bry po­mysł. Ale Zoe...

- Tak?

- Po­sta­raj się nie ro­bić so­bie zbyt wiel­kich na­dziei. Pa­mię­tam, jak było, kie­dy za­gi­nę­ła. Nie chcę, że­byś znów prze­ży­wa­ła taki stres - mówi i sta­wia na sto­le fi­li­żan­ki.

- Dzię­ku­ję ci, Ce­lio.

- Może za­dzwo­nisz na po­li­cję te­raz, kie­dy je­stem przy to­bie?

- Dzię­ki, ale chy­ba wolę iść na ko­mi­sa­riat. My­ślę, że po­trak­tu­ją mnie bar­dziej po­waż­nie, je­śli po­roz­ma­wiam z nimi twa­rzą w twarz.

- Iść z tobą?

- Nie chcę spra­wiać ci kło­po­tu. Chy­ba wy­pi­ję kawę i po pro­stu tam wpad­nę.

- Nie ma pro­ble­mu. Dzi­siaj pra­cu­ję po po­łu­dniu. Mogę iść z tobą. Chy­ba że nie chcesz? Nie za­mie­rzam być na­tręt­ną te­ścio­wą.

- Non­sens. Ni­g­dy taka nie je­steś.

- Do­brze, no to idzie­my.

W bły­ska­wicz­nym tem­pie do­pi­ja­my kawę, a Ce­lia wy­glą­da przez okno.

- Za­no­si się na deszcz. Po­je­dzie­my jed­nak sa­mo­cho­dem. Mam po­pro­wa­dzić? Pew­nie na­dal je­steś roz­trzę­sio­na po wy­pad­ku.

- Mo­gła­byś?

- Ina­czej bym nie pro­po­no­wa­ła. - Kle­pie mnie po ra­mie­niu. - No chodź.

Idę za nią do ko­ry­ta­rza, gdzie wkła­da be­żo­we skó­rza­ne bot­ki i zdej­mu­je z po­rę­czy pe­le­ry­nę. Kie­dy wsia­da­my do auta, na szy­bę spa­da­ją pierw­sze cięż­kie kro­ple.

- Dzię­ku­ję ci, Ce­lio.

- Nie ma za co, ko­cha­nie. Jak ci idą przy­go­to­wa­nia do przy­ję­cia?

- Jak po gru­dzie. Ręce mi już opa­da­ją. Cią­gle jest jesz­cze tyle do zro­bie­nia, a cza­su tak mało. Zwłasz­cza że te­raz...

- Co? Coś się sta­ło?

Po chwi­li orien­tu­ję się, że opo­wia­dam jej o dziw­nym za­cho­wa­niu Ma­de­li­ne - o tym, że od­wo­ła­ła no­co­wan­kę i wy­raź­nie mnie uni­ka. Za­mie­rza­łam po­in­for­mo­wać ją też o tym, że Toby spo­tkał się ze szwa­gier­ką u nas w domu, ale za­bra­kło mi słów. Ko­niec koń­ców to jego mat­ka. Ich schadz­ka wzbu­dza we mnie ir­ra­cjo­nal­ny wstyd. Poza tym je­śli ist­nie­je ja­kieś nie­win­ne wy­ja­śnie­nie, wyj­dzie na to, że nie ufam mę­żo­wi.

- Je­steś pew­na, że wszyst­kie­go nie wy­ol­brzy­miasz? - Ce­lia zer­ka na mnie, wy­co­fu­jąc auto z pod­jaz­du. - Ostat­nio je­steś ja­kaś po­de­ner­wo­wa­na. Co jest cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łe, bo masz na gło­wie świę­ta, pra­cę i przy­ję­cie. Być może Ma­de­li­ne na­praw­dę chcia­ła oszczę­dzić ci kło­po­tu i dać wol­ny week­end?

- To w ta­kim ra­zie dla­cze­go do mnie nie od­dzwa­nia?

- Może nie mia­ła oka­zji? Wiesz, że to dla niej naj­go­ręt­szy okres w roku. Cie­szy­ła się na uro­dzi­no­wy wy­pad, ale stre­so­wa­ło ją to, że obar­cza dzieć­mi in­nych. Taka z niej zo­sia sa­mo­sia. Tyle razy mó­wi­łam, że za­wsze chęt­nie zaj­mu­ję się Beth i Freyą, ale aku­rat w tym mie­sią­cu mam za dużo dy­żu­rów. W przy­szłym roku chy­ba przej­dę na nie­peł­ny etat, żeby mieć wię­cej cza­su dla wnu­ków.

- Świet­ny po­mysł. Zde­cy­do­wa­nie po­win­naś się oszczę­dzać.

Je­stem zdzi­wio­na i lek­ko ura­żo­na, że Ma­de­li­ne nie po­dzie­li­ła się ze mną swo­imi oba­wa­mi. Zwy­kle roz­ma­wia­my o tego typu spra­wach. Te­raz wy­glą­da na to, że Ma­de­li­ne bar­dziej zbli­ży­ła się do Ce­lii i to jej się zwie­rza.

Sta­ram się zdu­sić za­zdrość w za­rod­ku. Za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że to ze mną te­ścio­wa ma bliż­szą więź. Może za­czy­nam ją mę­czyć? Na­tych­miast od­su­wam od sie­bie tę myśl, zrzu­ca­jąc ją na karb prze­mę­cze­nia.

- Ro­zu­miem Ma­de­li­ne, na­praw­dę. Ale ona zde­cy­do­wa­nie mnie uni­ka - mó­wię i czu­ję się jak na­bur­mu­szo­na dzier­lat­ka.

Ce­lia nie od­po­wia­da i boję się, że ma mi za złe, że w ogó­le po­ru­szam ten te­mat. Wiem, że nie po­win­nam tego ro­bić. Te­ścio­wa nie zno­si plo­tek i ob­ma­wia­nia ze ple­ca­mi. Pew­nie uzna­ła, że moje za­cho­wa­nie jest nie na miej­scu. Mu­szę się po­ka­jać.

- Prze­pra­szam, Ce­lio. Na pew­no masz ra­cję. Chy­ba po pro­stu wstrzą­snę­ła mną ta cała hi­sto­ria z Diną. Nie przej­muj się moim ga­da­niem. - Ro­bię głę­bo­ki wy­dech, sta­ra­jąc się po­zbyć na­tło­ku ne­ga­tyw­nych my­śli.

- Słu­chaj - Ce­lia znów zer­ka w moją stro­nę - po­wiem ci, dla­cze­go Ma­de­li­ne mo­gła ostat­nio za­cho­wy­wać się dziw­nie. - Uru­cha­mia wy­cie­racz­ki, bo przed­nią szy­bę za­le­wa rzę­si­sty deszcz. - Pew­nie nie po­win­nam, ale ufam, że za­cho­wasz to dla sie­bie.

- Oczy­wi­ście. - Je­stem moc­no za­in­try­go­wa­na.

- Ma­de­li­ne i Nic­ko­wi ostat­nio kiep­sko się ukła­da.

- O - zu­peł­nie mnie to za­sko­czy­ło. - Bied­na Ma­de­li­ne. I Nick, oczy­wi­ście.

- Rzecz ja­sna nie znam szcze­gó­łów, ale syn mi wy­znał, że prze­cho­dzą trud­ny okres. Wła­śnie dla­te­go zor­ga­ni­zo­wał jej ten uro­dzi­no­wy wy­jazd. Chciał, żeby mie­li tro­chę cza­su dla sie­bie i wszyst­ko so­bie wy­ja­śni­li.

- Mam na­dzie­ję, że tak bę­dzie. Tyl­ko... - ury­wam.

- Tyl­ko co?

- W ta­kim ra­zie dla­cze­go Ma­de­li­ne jest szorst­ka wo­bec mnie? Przy­kro mi, że mają trud­no­ści w związ­ku, ale z ja­kie­go po­wo­du wy­ży­wa się na mnie? My­śla­łam, że je­ste­śmy przy­ja­ciół­ka­mi.

- Bo je­ste­ście. Ale bra­ku­je jej pew­no­ści sie­bie. A zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, wy­da­je mi się, że tro­chę wam za­zdro­ści uda­ne­go mał­żeń­stwa, przy­ję­cia i tak da­lej. Daj im tro­chę cza­su.

Wy­tłu­ma­cze­nie Ce­lii brzmi sen­sow­nie, ale za­miast mnie uspo­ko­ić, jesz­cze pod­sy­ca we mnie spe­ku­la­cje. Czy rze­ko­ma za­zdrość mo­gła po­pchnąć Ma­de­li­ne do nik­czem­nych po­su­nięć, jak na przy­kład pró­ba uwie­dze­nia Toby'ego? Czy to tyl­ko wy­two­ry mo­jej wy­obraź­ni?

- W ze­szłym ty­go­dniu na de­gu­sta­cji trak­to­wa­ła mnie nor­mal­nie.

- Ra­cja - za­sta­na­wia się Ce­lia. - Nie wiem, o co cho­dzi, ale to na pew­no przej­ścio­we. Wkrót­ce się po­go­dzi­cie. W koń­cu je­ste­ście ro­dzi­ną. A nie­za­leż­nie od tego, jak się te­raz za­cho­wu­je, Ma­de­li­ne da­rzy cię wiel­ką sym­pa­tią.

Chcia­ła­bym po­pro­sić Ce­lię, żeby z nią po­roz­ma­wia­ła, ale to nie by­ło­by fair. Być może zro­bi to z wła­snej ini­cja­ty­wy.

- Dzię­ki. Obyś mia­ła ra­cję.

- Ja­sne, że mam - od­po­wia­da żar­to­bli­wie. - Wiesz, to praw­do­po­dob­nie nie ma nic wspól­ne­go z tobą. Po pro­stu mar­twi się pe­ty­cją o wstrzy­ma­nie bu­do­wy. Wiem, że ostat­nio moc­no ją to za­przą­ta.

- Moż­li­we - mó­wię, choć czu­ję, że pro­blem Ma­de­li­ne nie wią­że się w ża­den spo­sób z pe­ty­cją. Cho­dzi o coś jesz­cze. Coś bar­dziej oso­bi­ste­go. Chy­ba po­win­nam się cie­szyć, że Ce­lia nie zna mo­ty­wów dziw­ne­go za­cho­wa­nia mo­jej szwa­gier­ki. Ozna­cza to, że cała spra­wa nie ma z na­szą te­ścio­wą nic wspól­ne­go.

- No to je­ste­śmy. - Ce­lia włą­cza kie­run­kow­skaz. Dro­ga na ko­mi­sa­riat za­ję­ła nam tyl­ko kil­ka mi­nut.

Zre­zy­gno­wa­na wy­glą­dam przez okno - z nie­ba leją się stru­gi desz­czu, sa­mo­chód stoi w głę­bo­kich ka­łu­żach, a po chod­ni­ku pły­nie stru­mień wody.

- Mam na­dzie­ję, że to wszyst­ko póź­niej nie za­mar­z­nie. - Ce­lia marsz­czy brwi, a po­tem fa­cho­wo par­ku­je na wą­skim miej­scu przed ko­mi­sa­ria­tem.

- To chy­ba par­king tyl­ko dla ra­dio­wo­zów. Dla pe­ten­tów jest tam - mó­wię, wska­zu­jąc na pu­sty duży plac kil­ka me­trów da­lej.

- Tak, ale nie chcę, że­by­śmy zmo­kły po dro­dze. Nikt na­wet nie za­uwa­ży, chodź.

Czu­ję się win­na, że wy­cią­gnę­łam ją z domu w taką po­go­dę.

- Na­praw­dę nie mu­sisz iść ze mną. Może po­cze­kasz w au­cie?

- Chęt­nie ci po­mo­gę. Do­pil­nu­ję, żeby po­trak­to­wa­li cię po­waż­nie, a nie zby­li jak ostat­nio.

Po chwi­li wbie­ga­my po scho­dach do po­nu­re­go ce­gla­ne­go bu­dyn­ku. W re­cep­cji jest pu­sto, na nasz wi­dok sie­dzą­ca za biur­kiem po­li­cjant­ka wsta­je, żeby się przy­wi­tać. Jest mniej wię­cej w moim wie­ku.

- Ce­lia! - Po­li­cjant­ka uśmie­cha się do mo­jej te­ścio­wej. - Jak się masz?

- Dzię­ku­ję, do­brze, Man­dy. A jak tam ma­lut­ka? Ręka się zra­sta?

- Przed świę­ta­mi po­win­ni jej zdjąć gips.

- Có­recz­ka Man­dy kil­ka ty­go­dni temu zła­ma­ła rękę. Mia­łam dy­żur, kie­dy ją przy­wieź­li - wy­ja­śnia mi Ce­lia.

- Przy­kro mi - mó­wię.

- Mo­gło być go­rzej. Pol­ly z ko­le­żan­ka­mi ro­bi­ły za­kła­dy, któ­ra sko­czy z da­chu sto­do­ły. Mał­piat­ki. Na szczę­ście nie po­skrę­ca­ły so­bie kar­ków.

- Za­par­ko­wa­łam tuż przed wej­ściem. Mogę tam zo­stać? Nie bę­dzie­my dłu­go.

- Ja­sne. Wy­glą­da na to, że mamy obe­rwa­nie chmu­ry. W czym mogę wam po­móc?

- To moja sy­no­wa, Zoe, z domu Wil­liams. Nie wiem, czy pa­mię­tasz, ale dzie­sięć lat temu za­gi­nę­ła jej sio­stra, Dina.

Man­dy przez chwi­lę się za­sta­na­wia.

- O, tak. Dina Wil­liams. Ostat­ni raz wi­dzia­na za gra­ni­cą? Nie­ste­ty nie pra­co­wa­łam nad tą spra­wą. Ale oczy­wi­ście bar­dzo mną wstrzą­snę­ła. - Uśmie­cha się do mnie współ­czu­ją­co.

- W każ­dym ra­zie dziś rano Zoe wy­da­wa­ło się, że wi­dzia­ła ją przy... - Zwra­ca się ku mnie. - Gdzie to było, Zoe?

- Nie­da­le­ko. Tuż obok Bim­port, za par­kin­giem dla ka­re­tek.

- Ro­zu­miem. Po­cze­kaj­cie, za­wo­łam sier­żan­ta.

Po kil­ku mi­nu­tach wra­ca z po­li­cjan­tem. Męż­czy­zna jest mniej wię­cej po trzy­dzie­st­ce, ma blond wło­sy lek­ko przy­pró­szo­ne si­wi­zną i ko­goś mi przy­po­mi­na.

- Dzień do­bry, pani John­son.

- Dzień do­bry - od­po­wia­da­my obie z Ce­lią.

- Nie wiem, czy mnie pani pa­mię­ta, ale to ja zaj­mo­wa­łem się spra­wą pani sio­stry - męż­czy­zna zwra­ca się do mnie. - Sier­żant Al­fie Gra­ham. Roz­ma­wia­li­śmy tuż po jej za­gi­nię­ciu.

Przy­po­mi­nam so­bie, że wów­czas wy­da­wał mi się za mło­dy na po­li­cjan­ta. Te­raz wy­glą­da bar­dzo kom­pe­tent­nie.

- Jak się mie­wa pana ko­le­żan­ka, sier­żant McCor­mack? Pro­szę ją ode mnie po­zdro­wić.

- Pięć lat temu prze­szła na eme­ry­tu­rę. Ma małe go­spo­dar­stwo rol­ne w Wilt­shi­re.

- Brzmi wspa­nia­le.

- Przy­kro mi, że nie uda­ło nam się zna­leźć pani sio­stry.

- Wła­śnie w tej spra­wie tu je­ste­śmy - wtrą­ca Ce­lia.

- Man­dy mi wspo­mnia­ła. Wy­da­je się pani, że wi­dzia­ła dziś sio­strę w Sha­ftes­bu­ry?

- Tak.

- No cóż. Wy­śle­my pa­trol i może ją znaj­dzie­my. Szko­da, że po­go­da jest taka pa­skud­na. Szan­se, że pani sio­stra bę­dzie prze­cha­dzać się po mie­ście, są nie­wiel­kie. Ścią­gnie­my jej zdję­cie z re­je­stru osób za­gi­nio­nych. Spraw­dzi­my też, czy nie ma śla­dów jej obec­no­ści w oko­li­cy. Może to jed­nak chwi­lę po­trwać.

Idzie­my do jego ga­bi­ne­tu i przez kil­ka mi­nut opi­su­ję, jak Dina wy­glą­da­ła dziś rano - jej wło­sy i ubra­nie, rów­nież męż­czy­znę, któ­ry jej to­wa­rzy­szył. I to tyle. Na ra­zie nic wię­cej nie je­ste­śmy w sta­nie zro­bić. Zbie­ra­my się z Ce­lią do wyj­ścia.

Przy­kro mi, że sio­stra mo­gła wró­cić w ro­dzin­ne stro­ny i się do mnie nie ode­zwać. Ow­szem, nie by­ły­śmy so­bie szcze­gól­nie bli­skie i nie roz­sta­ły­śmy się w mi­łej at­mos­fe­rze, ale to było lata temu. Są­dzi­łam, że je­śli na­wet nie bę­dzie chcia­ła roz­ma­wiać ze mną, to na­wią­że kon­takt z tatą. Mam na­dzie­ję, że tym ra­zem po­li­cji uda się ją zna­leźć. A Dina bę­dzie mniej krnąbr­na niż pod­czas na­szej ostat­niej roz­mo­wy.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu peł­nej wer­sji książ­ki