Żona nazisty. Anna i Gustaw. Tom 2 - Sylwia Trojanowska

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NOWA TOŻ­SA­MOŚĆ

Anna Ła­będź nie chciała czuć się do­brze w Stet­ti­nie, w pięk­nym, ma­je­sta­tycz­nym Stet­ti­nie. Pra­gnęła znie­na­wi­dzić to mia­sto z sze­ro­kimi ale­jami i wiel­kimi pla­cami, a par­kami tak roz­le­głymi, że nie spo­sób było z jed­nego krańca do­strzec drugi. Mia­sto ze szpa­le­rami ka­mie­nic, któ­rych ar­chi­tek­tura przy­wo­dziła jej na myśl pa­ry­skie ka­dry wi­dziane w al­bu­mach. Mia­sto ży­jące w zgo­dzie z rzeką, w któ­rym spo­kój, śmiech i zwy­kłe, zwy­czajne ży­cie two­rzyły mie­szankę dla niej nie do za­ak­cep­to­wa­nia. Prze­cież kil­ka­set ki­lo­me­trów da­lej sza­lała wojna, lu­dzie wal­czyli, gi­nęli, umie­rali ze stra­chu. A tu? Tu czuć było je­dy­nie lek­kie po­de­ner­wo­wa­nie; ow­szem, to­czyły się roz­mowy, dys­ku­sje o woj­nie, ale nikt nie pła­kał, nie pa­ni­ko­wał. Albo pra­wie nikt. Łzy ro­nili tylko ci, któ­rym ta da­leka wojna ko­goś ode­brała. Tu nikt się nie oba­wiał, że może zgi­nąć na ulicy, że ktoś go za­strzeli, wtar­gnie do jego domu i od­bie­rze mu wol­ność. Nikt nie prze­my­kał mię­dzy ka­mie­ni­cami, nie krył się po piw­ni­cach. Nikt nie na­słu­chi­wał wy­strza­łów i nie ku­lił się pod łóż­kiem, my­śląc o ju­trze. Stet­tin był w oczach Anny oazą spo­koju. I dla­tego chciała go nie­na­wi­dzić, ale... nie po­tra­fiła. Mimo flag ze swa­styką, mimo pla­ka­tów z wi­ze­run­kiem Hi­tlera, mimo run na nie­miec­kich mun­du­rach... Nie po­tra­fiła, bo Gu­staw o to za­dbał. Dał jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, oto­czył sza­lem utka­nym z ni­tek tro­ski, sza­cunku i mi­ło­ści, za­dbał, by nie po­grą­żyła się w nie­na­wi­ści do mia­sta, które wy­brał dla niej na azyl.

Po­mimo tego słabo sy­piała. Cza­sami przez całą noc nie zmru­żyła oka. Cho­dziła wtedy po miesz­ka­niu od okna do okna i wy­glą­dała na ulicę, jakby ko­goś wy­pa­tru­jąc. Tylko kogo? Gu­staw czu­wał nad nią, ale nie ro­bił ni­czego na siłę, nie zmu­szał, do ni­czego nie na­ma­wiał. Czuł, że Anna po­trze­buje czasu, że musi po­zwo­lić jej wszystko so­bie po­ukła­dać, by przy­wy­kła do no­wego miej­sca, no­wego ży­cia, no­wej roli, a na­wet, a może przede wszyst­kim, do ob­rączki i no­wego na­zwi­ska.

Była prze­cież Anną Gu­de­rian, choć stała się nią w oko­licz­no­ściach, któ­rych ni­gdy nie brała pod uwagę.

Gu­staw przy­je­chał po nią do ro­dzin­nego For­donu do­kład­nie w chwili, gdy jej świat legł w gru­zach, gdy zo­stała sama, sa­miu­sieńka, gdy jej naj­bliżsi stra­cili ży­cie pod­czas be­stial­skiej eg­ze­ku­cji. Przy­je­chał i obie­cał ją ura­to­wać. Pa­mię­tała jego słowa: "Za­biorę cię tam, gdzie bę­dziesz bez­pieczna. Za­biorę cię do Stet­tina". Zgo­dziła się, choć to mia­sto znała tylko z jego opo­wie­ści. Mu­siało jej jed­nak wy­star­czyć. Zresztą nie za­sta­na­wiała się nad tym. Ucie­kała, by ra­to­wać ży­cie.

Gu­staw wrę­czył jej do­ku­menty na na­zwi­sko Anny Schmidt i po­le­cił przy­swoić wszyst­kie fakty z ży­cia nie­zna­nej jej ko­biety. Choć na­uka wcze­śniej przy­cho­dziła jej z ła­two­ścią, te­raz nie po­tra­fiła się sku­pić. Jakże bo­wiem miała my­śleć o da­tach, imio­nach, miej­scach, o czym­kol­wiek, kiedy w gło­wie prze­wi­jał się film z mor­do­wa­nia jej ro­dziny? Mu­siała jed­nak się prze­móc. Wy­ko­nała po­le­ce­nie Gu­stawa, a on prze­py­tał ją do­kład­nie, jak na prze­słu­cha­niu. Pre­cy­zyj­nie za­da­wał py­ta­nia, punk­to­wał błędy. Znał wszyst­kie od­po­wie­dzi, za­pewne sam wcze­śniej wy­uczył się ich na pa­mięć. Głę­boko ode­tchnął, kiedy po kilku pró­bach Anna od­po­wie­działa na każde py­ta­nie bez naj­mniej­szego za­wa­ha­nia i po­myłki.

- To ważne, byś do­brze znała swoje al­ter ego. W końcu od dzi­siaj je­steś Niemką - stwier­dził. - Choć w pew­nym sen­sie tylko na mo­ment. Nie mogę za­brać pod swój dach Anny Schmidt. To by­łoby nie­mo­ralne i nie­do­pusz­czalne na moim sta­no­wi­sku. Ale Annę Gu­de­rian i ow­szem.

Za­trzy­mał sa­mo­chód na po­bo­czu, ujął dłoń Ani i spoj­rzał jej głę­boko w oczy.

- To nie jest do­bry mo­ment, ale in­nego nie bę­dzie. - Wrę­czył jej ja­kąś kartkę.

Roz­ło­żyła ją i prze­czy­tała, naj­pierw po­bież­nie, a po­tem raz jesz­cze, uważ­niej.

- Ale jak to? Je­ste­śmy mał­żeń­stwem?

- Je­śli mam cię chro­nić, to tak. Mu­sisz stać się moją żoną. Z urzędu.

Nie mo­gła ode­rwać wzroku od do­ku­mentu i od swo­jego no­wego na­zwi­ska: Gu­de­rian.

- Ten do­ku­ment... To, że je­ste­śmy we­dług niego mał­żeń­stwem, to ni­czego mię­dzy nami nie zmieni, obie­cuję. To tylko for­mal­ność, która po­zwoli mi cię chro­nić. Dla mnie cały czas bę­dziesz Anną Ła­będź, ale dla wszyst­kich do­okoła Anną Gu­de­rian, z domu Schmidt.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa spo­koj­nie.

- A je­śli kie­dy­kol­wiek za­pra­gniesz na­prawdę stać się moją żoną, to tak się sta­nie. Za­cze­kam tyle, ile bę­dziesz po­trze­bo­wała.

Z we­wnętrz­nej kie­szeni Gu­staw do­był ma­te­ria­łową sa­kiewkę i wy­jął z niej dwie złote ob­rączki.

- Mogę? - za­py­tał, chcąc wsu­nąć mniej­szą na pa­lec Ani.

Po­dała mu dłoń.

- Mu­simy za­cho­wać wszel­kie po­zory. Mu­simy do­brze uda­wać - stwier­dził.

Wsu­nął jej ob­rączkę na pa­lec, a po­tem drugą na swój.

Ania uważ­nie przyj­rzała się dłoni. Ileż razy ma­rzyła o tym lśnią­cym na palcu cu­deńku, które oznaj­mia­łoby światu, że oto na jej dro­dze sta­nął nie­zwy­kły męż­czy­zna. Jej męż­czy­zna, je­dyny do końca ży­cia, ten, któ­rego so­bie wy­brała. Do­kład­nie tak my­ślała. Ni­gdy na od­wrót. Bo to ona chciała wy­bie­rać, ona chciała de­cy­do­wać o tym, za kogo wyj­dzie za mąż.

Na­gle przy­po­mniała so­bie ich ślu­bo­wa­nie. To, jak na for­doń­skiej łące Gu­staw wzru­szył ją przy­sięgą mał­żeń­ską, którą wy­po­wie­dział ła­maną pol­sz­czy­zną. To, jak pa­trzył na nią, jak szkliły mu się oczy.

- Wcale nie mu­simy uda­wać. Prze­cież... My już so­bie ślu­bo­wa­li­śmy.

- Wiem, ale to były zu­peł­nie inne oko­licz­no­ści, Anno. I po­my­śla­łem, że... - Spró­bo­wał się uśmiech­nąć, jed­nak wy­szło to nie­zdar­nie.

- Ma­rzy­łam o tym, by być twoją żoną, i kiedy wy­po­wia­da­łam przy­sięgę, ro­bi­łam to z peł­nym prze­ko­na­niem. Te­raz je­stem roz­darta, a przed oczami wi­dzę tylko zło, lecz... Wcale nie mu­szę uda­wać, że je­stem twoją żoną. Mogę po pro­stu spró­bo­wać nią być. - Ścią­gnęła z jego palca ob­rączkę, którą przed mo­men­tem sam so­bie za­ło­żył, uca­ło­wała ją i po­now­nie wsu­nęła na jego pa­lec. - Na do­bre i na złe. W zdro­wiu i w cho­ro­bie. Do­póki śmierć nas nie roz­łą­czy.

- Do­póki śmierć nas nie roz­łą­czy - po­wtó­rzył i z sza­cun­kiem zło­żył po­ca­łu­nek na jej dłoni.

Pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu.

- Mu­sisz mi jed­nak po­móc w by­ciu... Niemką - ode­zwała się w końcu Anna, z tru­dem wy­po­wia­da­jąc ostat­nie słowo. - Z tym mogę mieć więk­szy pro­blem.

- Po­mogę, ale pa­mię­taj, mu­sisz być nią tylko na ze­wnątrz, dla in­nych. Ja chciał­bym, byś po­zo­stała Anną Ła­będź, Po­lką, którą po­ko­cha­łem. Wojna się skoń­czy, mam na­dzieję, że wkrótce, a wtedy ta cała ma­ska­rada nie bę­dzie nam już po­trzebna. To tylko na chwilę. Na chwilę, ko­cha­nie.

Ania wtu­liła się w Gu­stawa i w tym moc­nym splo­cie, w któ­rym czuć było i mi­łość, i od­da­nie, i zgodę na by­cie ra­zem mimo wszystko, trwali do mo­mentu, aż z na­prze­ciwka nad­je­chała cię­ża­rówka i ośle­piła ich świa­tłami.

W dro­dze mało roz­ma­wiali, Ania głów­nie spała, a ra­czej uda­wała, że śpi. Nie pła­kała. Nie miała już siły, nie miała łez.

Pró­bo­wała uło­żyć so­bie wszystko w gło­wie. Ale czy to w ogóle było moż­liwe - nowe ży­cie? Na ra­zie nie po­tra­fiła so­bie tego wy­obra­zić. Tyle zła wy­da­rzyło się w ciągu ostat­niej doby, i to ta­kiego, któ­rego nie dało się ni­czym wy­tłu­ma­czyć. Zła, które lu­dzie wy­rzą­dzili lu­dziom. Po­śród tego zła były też okru­chy do­bra. Jak Gu­staw, jej... mąż.

Nie wie­działa, co ją czeka w Stet­ti­nie, ale jed­nego była pewna - męż­czy­zna, który sie­dział obok, był dla niej w tej chwili je­dy­nym ra­tun­kiem. Mu­siała się go chwy­cić i w pełni mu za­ufać, zwłasz­cza na tak nie­zna­nym mo­rzu, ja­kim był Stet­tin.

PRZY­JA­CIEL

Wie­czo­rem za­sia­dłam przy oknie. Było pra­wie ide­al­nie. Bra­ko­wało mi je­dy­nie zna­jo­mych dźwię­ków: re­stau­ra­cyj­nego gwaru, brzęku szkla­nek, po­krzy­ki­wań wsta­wio­nych tu­ry­stów i stu­kotu koń­skich ko­pyt. Jak w Kra­ko­wie.

Z kie­lisz­kiem wina w dłoni i przy jaz­zo­wej nu­cie pusz­cza­nej w ra­diu wpa­try­wa­łam się w je­den punkt, w miej­sce, w któ­rym kie­dyś znaj­do­wał się Te­atr Miej­ski. Zmierz­chało, ale ja oczyma serca wi­dzia­łam go w pro­mie­niach słońca. I tę­sk­ni­łam za jego mu­rami i za­uł­kami, skry­wa­ją­cymi moje ta­jem­nice.

Po wy­pi­ciu dwóch kie­lisz­ków wina po­czu­łam oszo­ło­mie­nie i roz­luź­nie­nie. W końcu my­śli o nie­uda­nym spo­tka­niu z Wol­nym uci­chły. Jesz­cze nie pod­ję­łam de­cy­zji, kiedy do niego za­dzwo­nię, ale wie­dzia­łam, że to zro­bię. Chcia­łam to zro­bić.

Wsta­łam i po­de­szłam do ka­napy. Nocny sto­lik oświe­tlała lampa z czer­wo­nym aba­żu­rem, mocno nad­szarp­nię­tym zę­bem czasu. Ciężko opa­dłam na sie­dzi­sko, które stęk­nęło nie­mal tak gło­śno jak ja. Się­gnę­łam po te­le­fon. Był w tym sa­mym ko­lo­rze co aba­żur i przez mo­ment na­wet po­my­śla­łam, że ktoś o tę spój­ność spe­cjal­nie się po­sta­rał. Wy­bra­łam nu­mer i cier­pli­wie cze­ka­łam. Mój roz­mówca ode­brał, kiedy już mia­łam od­kła­dać słu­chawkę.

- To­masz Red­mer, słu­cham.

Mmm... Lu­bi­łam ten jego cie­pły, pe­łen uf­nej ak­cep­ta­cji głos. Nie miał po­ję­cia, kto do niego dzwo­nił, ale i tak za­wsze wi­tał się z sym­pa­tią.

- Dzień do­bry, To­ma­szu - ode­zwa­łam się.

- O! W końcu! Nie mo­głem się do­cze­kać wia­do­mo­ści od cie­bie. Wszystko do­brze? Je­steś za­do­wo­lona?

- Za­do­wo­lona? Daj spo­kój. By­ła­bym, gdyby grali mi Mar­sza po­grze­bo­wego.

- Czyli za­do­wo­lona - stwier­dził, a ja po­ki­wa­łam głową.

To­masz znał mnie do­brze. By­łam usa­tys­fak­cjo­no­wana: od­wie­dzi­łam mia­sto du­chów, wsłu­cha­łam się w jego puls, jakże inny od tego kra­kow­skiego. Od­ku­rzy­łam wspo­mnie­nia i od­wa­ży­łam się pa­trzeć tam, gdzie mój wzrok miał już ni­gdy nie się­gać.

- A jak u cie­bie?

- Do­wiesz się, kiedy przy­jadę.

- Chcesz przy­je­chać? - pal­nę­łam bez­myśl­nie i na­tych­miast, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, rzu­ci­łam sta­now­czo: - Nie! Nie rób tego! Nie przy­jeż­dżaj. Chcę być sama. Po­trze­buję tej sa­mot­no­ści.

- Na pewno?

- Dawno ni­czego nie by­łam tak pewna.

Po­chrzą­ki­wał, szu­ka­jąc od­po­wied­nio dy­plo­ma­tycz­nych słów, przez które nie po­czu­ła­bym się jak dziecko.

- We­dle ży­cze­nia - po­wie­dział w końcu. - Po pro­stu po­my­śla­łem, że chcia­ła­byś mieć to­wa­rzy­stwo w ob­cym mie­ście. Choćby ra­mię ja­kie­goś dziar­skiego ka­wa­lera - ro­ze­śmiał się, ale chyba na siłę - by nie oba­wiać się spa­ce­rów. No wiesz, po­tknię­cia o ja­kiś nie­równy chod­nik.

- Kiedy wrócę do Kra­kowa, chęt­nie z ra­mie­nia te­goż ka­wa­lera sko­rzy­stam.

- No do­brze, do­brze. Za­wsze by­łaś uparta. Bo wiesz... Ja bym nie miał nic prze­ciwko wy­pra­wie do Szcze­cina.

- To­ma­szu, pro­szę.

Znał mnie na tyle do­brze, że wie­dział, iż dal­sza dys­ku­sja nie ma sensu. Pod­jął więc te­mat, który na­le­żał do naj­bez­piecz­niej­szych. Roz­ma­wia­li­śmy o po­go­dzie, a ra­czej o nie­mi­ło­sier­nych upa­łach w Kra­ko­wie i o cał­kiem przy­jem­nej au­rze w Szcze­ci­nie. Po­tem To­masz roz­wo­dził się nad wnu­kami, a ja po raz ty­sięczny po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści.

Kiedy skoń­czy­li­śmy, na­la­łam so­bie ko­lejny kie­li­szek wina i wy­pi­łam go dusz­kiem, a po­tem z se­kret­nej prze­gródki w port­felu zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­cią­gnę­łam czarno-białą fo­to­gra­fię, przy­mknę­łam oczy i znowu wy­bra­łam się w po­dróż śla­dami wspo­mnień.

TO NOWE MIA­STO

Stet­tin po­wi­tał ich na­wet wdzięcz­nie, bo pro­mie­niami słońca. Je­chali sze­ro­kimi ale­jami, gdzie na ja­snych cia­łach ka­mie­nic ni­czym zna­miona pstrzyły się nie­miec­kie flagi. Ania wpa­try­wała się w chod­niki, po któ­rych bez po­śpie­chu prze­cha­dzali się lu­dzie. Roz­ma­wiali, pa­lili pa­pie­rosy, za­trzy­my­wali się, by ku­pić ga­zetę, czy­tać anonse, po­dzi­wiać wi­tryny. To był inny świat, a ona pod­skór­nie czuła, że zu­peł­nie nie był jej...

- Pa­mię­taj, by ni­gdy z ni­kim nie roz­ma­wiać o swo­jej prze­szło­ści. W żad­nym ob­cym po­miesz­cze­niu, na­wet gdy­by­śmy byli tam tylko we dwoje, nie wolno ci o niej wspo­mi­nać. Ni­gdy. Mo­żesz mó­wić i pi­sać tylko po nie­miecku. Mu­sisz się pil­no­wać, bar­dzo, a naj­le­piej, przy­naj­mniej na po­czątku, mało mó­wić.

- Tak. Ro­zu­miem - po­wie­działa, choć chyba nie zda­wała so­bie sprawy, co ta de­kla­ra­cja tak na­prawdę ozna­cza.

Gu­staw za­par­ko­wał przed ele­gancką ka­mie­nicą przy König-Al­bert Strasse[4]. Brama wej­ściowa ze szpro­sami z mo­ty­wami ro­ślin­nymi przy­wo­dziła Ani na myśl te, które wi­dy­wała w Byd­gosz­czy na naj­lep­szych uli­cach. Wy­glą­dała bar­dzo wy­twor­nie i Anna w ze­tknię­ciu z nią po­czuła się mała i kom­plet­nie obca. To miej­sce ani odro­binę nie przy­po­mi­nało jej zna­jo­mych for­doń­skich za­bu­do­wań. Nie biło zeń zna­jome cie­pło, a je­dy­nie wy­nio­słość.

- Po­cze­kaj. Otwo­rzę ci drzwi.

- Nie mu­sisz.

- Mu­szę. Lu­dzie pa­trzą, a nie chciał­bym, by­śmy od razu zna­leźli się na ję­zy­kach. Za­cho­wujmy się tak, jak zwy­cza­jowo za­cho­wują się inne mał­żeń­stwa, do­brze?

Zgo­dziła się, a kiedy wy­sia­dła, od razu po­jęła, że Gu­staw miał ra­cję. W oknie na pierw­szym pię­trze na­tknęła się bo­wiem na cie­kaw­skie spoj­rze­nie.

Gu­staw rów­nież doj­rzał star­szą, si­wo­włosą ko­bietę i nie­jako w od­po­wie­dzi na jej za­cie­ka­wie­nie szar­mancko ujął dłoń Ani i le­d­wie do­tknął jej war­gami.

- Cały czas ktoś bę­dzie pa­trzeć - szep­nął. - Dla nie­któ­rych to je­dyne za­ję­cie. Mu­szą do cie­bie przy­wyk­nąć, a ty mu­sisz wto­pić się w kra­jo­braz. Wtedy prze­staną cię za­uwa­żać.

Kiedy prze­szli przez bramę, Ania za­trzy­mała się i utkwiła spoj­rze­nie w skle­pie­niu, na któ­rym ktoś bar­dzo wia­ry­god­nie od­zwier­cie­dlił far­bami błę­kit let­niego nieba.

- To po­noć naj­pięk­niej­sze skle­pie­nie na ca­łej ulicy - stwier­dził Gu­staw. - Tak mówi pani Handtke spod szóstki. Jej syn na­ma­lo­wał to kilka mie­sięcy temu. Je­śli­byś z nią roz­ma­wiała, po­chwal. Zy­skasz wów­czas jej przy­chyl­ność.

- Po­chwalę z przy­jem­no­ścią - stwier­dziła za­chwy­cona, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ma­lo­wi­dła.

- I ko­niecz­nie za­gad­nij o syna. Jest z niego bar­dzo dumna, bo jako pierw­szy z na­szej ka­mie­nicy od­dał ży­cie za oj­czy­znę.

Na­tych­miast ode­rwała wzrok od skle­pie­nia.

- Co?

- Tu żyją sami nie­mieccy pa­trioci - wy­ja­śnił jej szep­tem. - Nie­mal z każ­dej ro­dziny ktoś po­szedł na wojnę, wal­czy albo już nie...

- I ja mam tu miesz­kać? - za­py­tała rów­nie ci­cho.

- Naj­ciem­niej pod la­tar­nią, nie wie­dzia­łaś?

Na pierw­szym pię­trze na­tknęli się na sta­ruszkę, którą wcze­śniej wi­dzieli w oknie. Ko­bieta przed­sta­wiła się, Ania jed­nak nie była w sta­nie od­po­wie­dzieć tym sa­mym, nie po­tra­fiła wy­do­być z sie­bie naj­prost­szych słów. Zro­bił to za nią Gu­staw, a ona jak za­hip­no­ty­zo­wana wpa­try­wała się w niego, kiedy z lek­ko­ścią mó­wił: Anna Gu­de­rian, moja żona.

- A więc to jest ta pana wy­branka serca? - za­gad­nęła są­siadka, nie od­ry­wa­jąc wzroku od Ani. Przy­glą­dała jej się, jakby dziew­czyna sta­no­wiła rzadki mu­ze­alny eks­po­nat. - Nie szep­nął pan o niej ni słowa, pa­nie Gu­de­rian. W ta­jem­nicy ta­aaki skarb trzy­mać?

Zła­pała Anię za lo­do­watą dłoń, po­kle­pała po niej i ci­cho, jakby zdra­dzała ja­kąś ta­jem­nicę, po­wie­działa:

- Mia­łam trzech mę­żów i aku­szerką by­łam. Jakby trzeba pani ja­kiejś po­rady mał­żeń­skiej, pro­szę przyjść. Służę po­mocą, bo znam się na tych spra­wach. Do­brze się znam.

Ania uprzej­mie po­tak­nęła.

- Dzię­kuję za chęć po­mocy, pani Koch, ale mu­simy już iść - wtrą­cił się Gu­staw. - Żona jest zmę­czona po po­dróży.

- A tak, tak... Prze­pra­szam, pa­nie Gu­de­rian, naj­moc­niej prze­pra­szam. - Ko­bieta spu­ściła wzrok i wy­co­fała się w głąb miesz­ka­nia, za­mknąw­szy za sobą drzwi.

Kiedy we­szli do miesz­ka­nia, ude­rzył ich za­pach ki­szo­nych ogór­ków.

- Prze­pra­szam. Wy­cho­dzi­łem w po­śpie­chu i mu­sia­łem za­po­mnieć za­krę­cić słoik. Za­zwy­czaj mi się to nie zda­rza.

Ania nie za­re­ago­wała. Lu­biła za­pach ki­szo­nek. Prze­cież ko­ja­rzył jej się z do­mem, z mamą.

- Opro­wa­dzę cię, chcesz?

Po­tak­nęła.

- I... z góry prze­pra­szam za nie­po­rzą­dek - po­wie­dział, kiedy z przed­po­koju we­szli do kuchni. - Nie mam słu­żą­cej, a nie zdą­ży­łem po­sprzą­tać - tłu­ma­czył się, choć cał­kiem nie­po­trzeb­nie.

Wszę­dzie bo­wiem pa­no­wał ide­alny ład. Żad­nych śmieci, okru­chów, po­roz­rzu­ca­nych ubrań, otwar­tych ko­mód, nie­do­mknię­tych szaf. No, może poza sło­ikiem z ogór­kami i dwoma ta­le­rzami w zle­wie. Ale Ania ni­gdy nie na­zwa­łaby tego nie­po­rząd­kiem.

Miesz­ka­nie Gu­stawa zda­wało się więk­sze od ro­dzin­nego domu Ła­bę­dziów. Tak. Od razu po­rów­nała je z for­doń­ską li­chą cha­łupą, którą mimo bra­ków ja­kich­kol­wiek luk­su­sów i tak ko­chała nade wszystko. Tu­taj pa­no­wał prze­pych, do któ­rego nie na­wy­kła. Do­strze­gła la­kie­ro­wane me­ble w ko­lo­rze orze­cha i wło­skie dy­wany, tak mięk­kie jak świeży mech. W sy­pialni łoże z bal­da­chi­mem, sto­lik z fi­ne­zyj­nie gię­tymi no­gami i dwa fo­tele obite cie­lęcą skórką. We wszyst­kich oknach fi­rany gę­sto marsz­czone i tak ele­ganc­kie, że po­czuła się za­wsty­dzona splen­do­rem, jaki wpro­wa­dzały do wnę­trza. Do tego lo­dówka... Lo­dówka! I duże ra­dio ze zło­co­nymi po­krę­tłami oraz gra­mo­fon z ko­lek­cją płyt.

- Nu­dzę cię? - za­gad­nął.

- Nie. Nie o to cho­dzi, Gu­sta­wie. Je­stem... Je­stem za­uro­czona twoim miesz­ka­niem i szcze­rze mó­wiąc, odro­binę nim przy­tło­czona. Tu jest jak w pa­łacu.

- My­ślisz? Ni­gdy tak na to nie pa­trzy­łem. - Po­wiódł wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. - Po pro­stu prze­ją­łem miesz­ka­nie po moim po­przed­niku. Mam na­dzieję, że bę­dziesz tu szczę­śliwa - do­dał z prze­ko­na­niem, a ona po­ki­wała głową, choć nie do końca umiała to so­bie wy­obra­zić.

Czuła ja­kiś chłód bi­jący z tego wy­nio­słego i ste­ryl­nego wnę­trza.

Wie­działa, że aby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, musi uśmie­chać się do są­sia­dów. Musi grać szczę­śliwą Niemkę z Rigi[5], która za­czyna nowe ży­cie w ra­mio­nach przy­kład­nego oby­wa­tela Trze­ciej Rze­szy. Musi to ro­bić, by prze­trwać. I ro­biła. Za­ga­dy­wana, od­po­wia­dała uprzej­mie, ale bez wy­lew­no­ści. Kiedy cze­goś nie ro­zu­miała albo nie po­tra­fiła na­zwać, a cza­sami się to zda­rzało, kon­ster­na­cję tu­szo­wała skrom­nym uśmie­chem bądź kasz­lem, co kor­pu­lentna pani Koch, naj­bar­dziej wścib­ska i roz­ga­dana są­siadka, brała za oznakę astmy i za każ­dym ra­zem od­sy­łała ją do swo­jego le­ka­rza płuc­nego. In­nej przy­czyny niż cho­roba nie mo­gła brać prze­cież pod uwagę.

Cza­sami Ania roz­ma­wiała też z pa­nią Handtke. Głów­nie o chmu­rach, bo ta smutna ko­bieta nie znaj­do­wała in­nego te­matu do roz­mów.

- Mój syn od ma­łego ko­chał niebo i je ma­lo­wał - po­wie­działa raz, gdy stały na par­te­rze i pa­trzyły na wy­ma­lo­wane skle­pie­nie. - Mam na­dzieję, że jak od­da­wał ży­cie za oj­czy­znę, to też pa­trzył w górę.

Zda­rzało się, że ktoś do niej za­cho­dził, pod­py­tu­jąc o zdro­wie (pani Koch bez cie­nia za­że­no­wa­nia roz­sie­wała plotki o drę­czą­cym ją kaszlu), sa­mo­po­czu­cie, przy­no­sząc ka­wa­łek strucli lub mały gar­nek z ein­top­fem[6]. Dbali o nią, jakby była człon­kiem ich ro­dziny, a może dla­tego, że w szcze­gólny spo­sób trak­to­wali Gu­stawa? Od razu za­uwa­żyła, że da­rzą go sza­cun­kiem, a nie­kiedy wy­da­wało jej się, że scho­dzą mu z drogi.

- To przez na­zwi­sko. Czują re­spekt do mego stryja - od­po­wia­dał, gdy py­tała go o po­wód.

Ania wy­cho­dziła z domu głów­nie z Gu­sta­wem. Sama rzadko. I wcale nie ze stra­chu o sie­bie, o do­ku­menty, które no­ta­bene wy­glą­dały na praw­dziwe, ani o to, że kto­kol­wiek mógłby roz­po­znać w niej Po­lkę. Nie znała w Stet­ti­nie ni­kogo, ni­gdy tu­taj nie wi­zy­to­wała, a przed po­zna­niem Gu­stawa nie­wiele sły­szała o tym mie­ście. Czuła się tu zu­peł­nie obco, a za­tem była ide­alna, by grać przy­byszkę z od­le­głego Wschodu. Poza tym rzadko opusz­czała miesz­ka­nie z in­nego po­wodu. Bała się, że wi­dząc na ulicy pol­skich ro­bot­ni­ków przy­mu­so­wych, styg­ma­ty­zo­wa­nych pla­kietką z li­terą P, mo­głaby nie­wła­ści­wie za­re­ago­wać, po­dejść do nich albo po pro­stu ga­pić się na nich - jak w dzie­ciń­stwie, kiedy do For­donu przy­jeż­dżali ku­gla­rze, a ona nie po­tra­fiła ode­rwać od nich wzroku. To na pewno nie uszłoby uwa­dze Niem­ców, a prze­cież chciała - mu­siała - być prze­zro­czy­sta. Bała się też, że sły­sząc uliczne dys­ku­sje o słusz­no­ści wojny, o pod­ło­ści Po­la­ków i wspa­nia­ło­myśl­no­ści Hi­tlera, mo­głaby zro­bić coś głu­piego, na­wrzu­cać ko­muś po pol­sku i za­szko­dzić so­bie, i przede wszyst­kim Gu­sta­wowi. A tego nie chciała. O niego bała się na­wet bar­dziej niż o sie­bie. On już wy­star­cza­jąco się dla niej na­ra­żał, każ­dego dnia. Prze­cież ukry­wał ją, Annę Ła­będź, przed ca­łym świa­tem. W nie­miec­kich mu­rach chro­nił Po­lkę. Za to gro­ziła mu kulka mię­dzy oczy. Sam fakt, że w ja­kiś ta­jem­ni­czy spo­sób zdo­był dla niej do­ku­menty Niemki, która w rze­czy­wi­sto­ści, wy­no­sząc się z Rigi, zgi­nęła w nie­szczę­śli­wym wy­padku sa­mo­cho­do­wym, był dla niej do­wo­dem jego wiel­kiego od­da­nia.

Cza­sami my­ślała o An­nie Schmidt, na­wet miała wy­rzuty su­mie­nia, że za­brała jej toż­sa­mość.

- Da­łaś jej dru­gie ży­cie - tłu­ma­czył ła­god­nie Gu­staw, kiedy po­dzie­liła się z nim swo­imi wąt­pli­wo­ściami. - To prze­cież lep­sze od nie­pa­mięci, prawda?

- Ale jej ro­dzina na pewno się o nią mar­twi.

- Ro­dzina zgi­nęła wraz z nią. To ich do­ku­menty dla was wio­złem. Wtedy... Sa­mo­chód Schmid­tów od kilku dni le­żał w ro­wie. Nie było dla nich żad­nego ra­tunku.

- Straszne...

- Cały ten świat jest te­raz straszny.

Był dla niej do­bry. Ko­chał ją. Czuła to każ­dego dnia. Nikt ni­gdy się tak bar­dzo o nią nie trosz­czył. W ro­dzin­nym domu za­wsze wy­czu­wała mi­łość, wszy­scy byli bar­dzo mocno zwią­zani, po­szliby za sobą w ogień, ale jed­no­cze­śnie każde z nich żyło swoim ży­ciem. A tu, przy Gu­sta­wie, Ania od­no­siła wra­że­nie, że to ona jest dla niego ca­łym ży­ciem. Ko­chała go, tak, ale ta jej mi­łość się zmie­niła. Dużo ze sobą roz­ma­wiali, ra­zem słu­chali ra­dia, je­dli po­siłki, spa­ce­ro­wali. Ra­zem sy­piali, choć to ra­zem było zu­peł­nie inne niż kie­dyś.

Gu­staw był cier­pliwy i na nic nie na­ci­skał, ni­czego od niej nie wy­ma­gał, poza tym, by dbała o po­zory. Wy­cho­dząc do pracy, że­gnał się cmok­nię­ciem w po­li­czek i krót­kim "ko­cham cię". Po po­wro­cie, uj­mo­wał jej dłoń, ca­ło­wał i py­tał: "Tę­sk­ni­łaś?".

Nie tę­sk­niła, choć ni­gdy mu się do tego nie przy­znała. Kiedy zni­kał za drzwiami, za­ta­piała się w po­nu­rym wspo­mnie­niu, peł­nym krzy­ków, strza­łów i ciem­nych barw. Utrata bli­skich, ucieczka z ro­dzin­nego For­donu, wojna były tak trau­ma­tyczne, że na­wet wiel­kie, od­wza­jem­nione uczu­cie nie cie­szyło jak daw­niej. Cza­sami w gło­wie Ani po­ja­wiała się myśl o ucieczce ze świata, do któ­rego za­brał ją Gu­staw. Ale gdzie by­łaby bez­piecz­niej­sza? Zda­wało jej się, że ni­g­dzie. Może je­dy­nie tam, w ro­wie na stoku góry. Mar­twa, ale z nimi... Te­raz jed­nak nie mo­gła już tam uciec.

Zo­stała, ma­jąc w pa­mięci list od swo­jego uko­cha­nego ojca i zda­nie: "Za­ufaj mu, bo być może on bę­dzie je­dyną prze­pustką do ży­cia, a Ty mu­sisz żyć, ja­keś Ła­będź", które stało się dla niej swo­istym kom­pa­sem, ży­cio­wym im­pe­ra­ty­wem. Trak­to­wała ów list jak te­sta­ment, a prośbę ojca jak jego ostat­nią wolę, któ­rej nie wolno było się prze­ciw­sta­wić. Mu­siała więc żyć.

Gu­de­rian zda­wał so­bie sprawę, jak ważna była dla niej ro­dzina. Oj­ciec, bra­cia i przy­szła bra­towa, Jola. Ania stra­ciła wszyst­kich, któ­rych ko­chała, ale prze­cież miała jego.

- Bę­dziemy tu szczę­śliwi. Zo­ba­czysz, z cza­sem wszystko się ułoży - de­kla­ro­wał, choć wi­dział w jej oczach nie­pew­ność i ja­kiś nie­opi­sany żal.

Czas jed­nak nie koił jej ran, a ona ni­kła w oczach.

Mu­siał coś zro­bić.

I zro­bił.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRAWDY I PÓŁ­PRAWDY

To był je­den z tych po­ran­ków, pod­czas któ­rych wspo­mnie­nia do­pa­dały mnie tak gwał­tow­nie, że mia­łam ochotę za­cząć ży­cie od kie­liszka wina, by jak­kol­wiek je ujarz­mić. Wie­dzia­łam jed­nak, że tego dnia mu­szę za­cho­wać ja­sny umysł, choćby miało po­twor­nie bo­leć. Bo prawda, moja prawda, by­wała bo­le­sna. "Prze­trwasz to - po­wta­rza­łam so­bie pod no­sem. - Prze­cież przy­je­cha­łaś tu po to, aby opo­wie­dzieć jego hi­sto­rię".

Na spo­tka­nie z Ar­tu­rem Wol­nym przy­szłam o umó­wio­nym cza­sie. Młody dzien­ni­karz stał przed wej­ściem do stu­dia na­grań i pa­lił pa­pie­rosa. Za­cią­gał się nim raz za ra­zem, jakby się spie­szył albo czymś de­ner­wo­wał. Kiedy mnie do­strzegł, wy­rzu­cił peta i się­gnął po od­świe­żacz do ust.

Po­kuś­ty­ka­łam w jego stronę.

- Dzień do­bry - po­wie­dział gło­śno, co naj­mniej tak, jak­bym oprócz zruj­no­wa­nych ko­lan miała rów­nież przy­tę­piony słuch.

Nie­znacz­nie ski­nę­łam głową.

- Miło, że przy­je­chała pani na czas. Stu­dio go­towe. - Zer­k­nął na ze­ga­rek. - Za­raz mo­żemy za­cząć.

Otwo­rzył drzwi i pu­ścił mnie przo­dem.

- I jak Szcze­cin? Po­doba się pani? - za­gad­nął, ale nie było to szczere za­in­te­re­so­wa­nie, lecz sztuczna grzecz­ność. Prze­cież je­dyne, na czym mu za­le­żało, to to, bym ze szcze­gó­łami, naj­le­piej dra­ma­tycz­nymi i krwa­wymi, opo­wie­działa hi­sto­rię Gu­stawa Gu­de­riana.

Mruk­nę­łam twier­dząco, ko­le­biąc się w stronę ko­ry­ta­rza, nad któ­rym wid­niał na­pis "Do stu­dia".

- A zwie­dzała pani tro­chę? Może Stare Mia­sto? - cią­gnął bez­na­mięt­nie.

Przy­sta­nę­łam, ob­ró­ci­łam się i hardo spoj­rza­łam mu w oczy.

- Może umówmy się, pa­nie Wolny, że nie musi pan mnie za­ga­dy­wać, że ci­sza nie jest ni­czym złym i że nie do­wie się pan o mnie ni­czego poza tym, co sama chcę panu opo­wie­dzieć. Do­brze?

Męż­czy­zna uniósł ręce w pod­dań­czym ge­ście.

- Ja­sne, nie ma sprawy. My­śla­łem, że...

- To niech pan po pro­stu nie my­śli - prze­rwa­łam mu sta­now­czo.

Ten czło­wiek po­twor­nie mnie iry­to­wał. Ni­czego się nie uczył. Prze­cież roz­ma­wiał już ze mną wcze­śniej, więc po­wi­nien wie­dzieć, że nie lu­bię czczych po­ga­du­szek. Za­czy­na­łam wąt­pić, czy do­brze zro­bi­łam, de­cy­du­jąc się na spo­wiedź przed tym bu­fo­nem. Gów­nia­rze­ria, kom­plet­nie nie­wy­cho­wany dzie­ciak! Ale szłam za nim, a on bez słowa otwie­rał ko­lejne drzwi. Cza­sami wy­mie­niał grzecz­no­ści z mi­ja­nymi oso­bami. Kiedy do­tar­li­śmy do stu­dia na­grań, usia­dłam przy owal­nym stole, na krze­śle, które wska­zał mi Wolny.

- Słu­chawki. - Po­dał mi je. - Pro­szę spraw­dzić, czy pa­sują.

- Wolę bez - stwier­dzi­łam.

- Jak pani chce. - Usiadł na­prze­ciwko mnie.

Wy­cią­gnął no­tatki. Było ich sporo. Roz­ło­żył je przed sobą i po­wiódł po nich wzro­kiem. Mruk­nął zna­cząco, po czym za­czął spraw­dzać przy­ci­ski na kon­soli i wy­mie­nił się spo­strze­że­niami z dźwię­kow­cem. Wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego.

- Mo­żemy za­czy­nać - oznaj­mił.

- A woda? - za­py­ta­łam.

- A tak, prze­pra­szam. Miała tu być. Zośka znowu za­po­mniała. Za­raz przy­niosę.

Wy­szedł, a ja, wie­dziona ja­kimś ta­jem­ni­czym in­stynk­tem, wsta­łam i po­de­szłam do jego sta­no­wi­ska. Bez­czel­nie zaj­rza­łam do roz­ło­żo­nych no­ta­tek i... ska­mie­nia­łam. Zna­la­złam tam py­ta­nia, cał­kiem trafne i sen­sowne, ale po­ra­ziło mnie coś zu­peł­nie in­nego... Od­ręczne no­tatki. Mnó­stwo od­ręcz­nych no­ta­tek.

Musi przy­znać, że Gu­de­rian to kat. MUSI.

Ci­śnij o tego volks­deut­scha.

Męcz o mor­der­stwa.

Nie za­po­mnij o tym dok­to­rze...

Mów o pod­pi­sa­nych ze­zna­niach.

Do­ku­menty. Spro­wo­kuj ją...

Było ich wiele, ale nie prze­czy­ta­łam wszyst­kich; nie zdą­ży­łam, bo do po­koju wró­cił Ar­tur Wolny. Kiedy zo­ba­czył, jak ster­czę nad jego za­pi­skami, po­czer­wie­niał na twa­rzy.

- To, że zna pani py­ta­nia, ni­czego nie zmie­nia - stwier­dził but­nie, sta­wia­jąc na sto­liku szklanki z wodą.

- To, że za­mie­rza pan iść po tru­pach, by udo­wod­nić swoją bez­pod­stawną tezę o Gu­de­ria­nie mor­dercy Po­la­ków, zmie­nia wszystko. Nie jest pan obiek­tyw­nym re­por­te­rem, na co w grun­cie rze­czy mia­łam na­dzieję, lecz su­biek­tyw­nym dzien­ni­ka­rzyną, który szuka ta­niej sen­sa­cji i pra­gnie się wy­bić na nie­rze­tel­nym opo­wie­dze­niu hi­sto­rii. Gu­staw Gu­de­rian święty może nie był, ale na pewno nie za­słu­żył na to, by na­zy­wać go zbrod­nia­rzem.

- Do­ku­menty świad­czą ina­czej.

- Py­ta­nie brzmi: kto te do­ku­menty stwo­rzył? Nie roz­wa­żał pan tego?

- To są po­twier­dzone in­for­ma­cje.

- Przez kogo? Przez pana? Przez czło­wieka za­śle­pio­nego nie­na­wi­ścią do Gu­de­riana czy na­wet wszyst­kich, w czy­ich ży­łach pły­nie ger­mań­ska krew? Nie na­daje się pan do tej ro­boty! Nie ma pan bla­dego po­ję­cia o uczci­wym dzien­ni­kar­stwie.

Za­ci­snął szczęki i gło­śno wy­pu­ścił po­wie­trze przez nos. Ooo! Jakże był wście­kły! Czu­łam, że ma ochotę wy­pluć agre­sywną wią­zankę gorz­kich słów, że już, już za­mie­rza się od­szczek­nąć. Wi­dzia­łam to w jego oczach. Po­ha­mo­wał się jed­nak, prze­tarł twarz dło­nią i po­wie­dział:

- Nie­ważne. Wszystko go­towe. Mo­żemy na­gry­wać.

- Nie bę­dzie na­gra­nia - oznaj­mi­łam cierpko.

Stu­dio opusz­cza­łam w po­śpie­chu. Wolny cały czas szedł obok mnie, gar­dłu­jąc coś o dźwię­kowcu, re­zer­wa­cji, po­nie­sio­nych kosz­tach... W końcu - o pod­pi­sa­nych zo­bo­wią­za­niach.

- Prze­cież to pani za­le­żało na na­gra­niu. To był pani po­mysł i co? Na­gle taka zmiana zda­nia? - mó­wił z wy­raźną pre­ten­sją. - W ten spo­sób zrywa pani umowę! Wła­śnie! Umowa! - Za­trzy­mał się gwał­tow­nie.

Ja rów­nież przy­sta­nę­łam i spoj­rza­łam na niego z ukosa.

- To się może wią­zać z kosz­tami. Jest pani na nie go­towa?

Zgro­mi­łam go wzro­kiem.

- Po­tworny z pana dy­le­tant, pa­nie Wolny! Mówi pan o czymś, o czym nie ma pan zie­lo­nego po­ję­cia.

Chciał mi prze­rwać, wy­dał na­wet z sie­bie ja­kiś bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wany dźwięk, ale na wię­cej mu nie po­zwo­li­łam, uci­sza­jąc go zde­cy­do­wa­nym ru­chem dłoni.

- Nie prze­czy­tał pan umowy. Pew­nie sku­pił się pan na pa­ra­gra­fie pierw­szym, dru­gim, może do­tarł do pią­tego - kpi­łam - ale na pewno nie zna pan tre­ści ósmego, prawda?

Nie od­po­wie­dział, nie mu­siał.

- To pro­szę do­czy­tać. A na przy­szłość mieć na wzglę­dzie, że brak pro­fe­sjo­na­li­zmu za­zwy­czaj wy­cho­dzi na jaw. Cza­sem wcze­śniej, cza­sem póź­niej. Za­leży od ja­sno­ści umy­słu dru­giej strony. Ja, choć może nie wy­glą­dam, tę ja­sność na swoje szczę­ście, a pana nie­szczę­ście, jesz­cze po­sia­dam.

Wolny od­chrząk­nął i na chwilę uciekł wzro­kiem, jakby w tym świe­tli­stym ko­ry­ta­rzu szu­kał sprzy­mie­rzeńca. Ni­kogo jed­nak nie zna­lazł, bo aku­rat było pu­sto.

Nie cze­ka­jąc, aż jak­kol­wiek się zre­flek­tuje, ru­szy­łam w stronę wyj­ścia. Wolny jakby się ock­nął i po­dą­żył za mną. Otwo­rzył mi na­wet szklane drzwi i kiedy mia­łam już na­dzieję na opusz­cze­nie tego miej­sca, za­stą­pił mi drogę.

- Pro­szę mnie po­słu­chać - brzmiał ła­god­nie, zu­peł­nie ina­czej niż przed chwilą. - I wy­ba­czyć to drobne... hmm... nie­po­ro­zu­mie­nie... Przy­znaję, mam pe­jo­ra­tywny sto­su­nek do Gu­de­riana. I wiem, że jako dzien­ni­karz nie po­wi­nie­nem. Jed­nak jako czło­wiek nie po­tra­fię zdo­być się na nic in­nego po tym, co o nim prze­czy­ta­łem - wes­tchnął. - Mój dzia­dek zgi­nął w Au­schwitz, moja ciotka i dwie ni­czemu nie­winne sio­stry dziadka roz­strze­lano pod­czas ła­panki. Ro­zu­mie pani, zo­sta­łem wy­cho­wany w at­mos­fe­rze nie­na­wi­ści do na­zi­stów - wy­znał. - Od kiedy za­czą­łem wy­ko­ny­wać za­wód dzien­ni­ka­rza, pra­gną­łem zro­bić ma­te­riał o na­zi­stow­skich zbrod­niach. Nie chcia­łem, by do­ty­czył oczy­wi­stych spraw, o któ­rych można prze­czy­tać w książ­kach. Ma­rzy­łem, aby do­ko­nać od­kry­cia cze­goś wiel­kiego, a Gu­de­rian... To jest coś wiel­kiego, a przede wszyst­kim nie­zna­nego. Mój do­ku­ment... On jest sze­roko ko­men­to­wany, pod­da­wany ana­li­zom hi­sto­rycz­nym, a to, co pani chce po­wie­dzieć o Gu­de­ria­nie, jed­nym z tych cwa­nych na­zi­stów... Nie­za­leż­nie od tego, czy chce go pani wy­bie­lić czy oczer­nić... Ro­zu­miem, że to pierw­sze. - Po­pa­trzył na mnie, ocze­ku­jąc po­twier­dze­nia, ale na­wet po­wieka mi nie drgnęła. - Pani ze­zna­nie by­łoby ka­pi­tal­nym uzu­peł­nie­niem opo­wie­ści o czło­wieku, który ma krew na rę­kach. Bo ją ma, oboje to wiemy. Ja na­prawdę chęt­nie wy­słu­cham pani opo­wie­ści i... I nie będę na nic na­ci­skał. Zrobi to pani po swo­jemu.

Spu­ści­łam głowę i spoj­rza­łam na czubki swo­ich wy­po­le­ro­wa­nych bu­tów. Świe­ciły jak daw­niej, jak wtedy, gdy spa­ce­ro­wa­łam ale­jami Gra­bo­wer An­la­gen[1] albo gdy szłam na po­tań­cówkę do Haus Po­nath[2]. Gdy miesz­ka­łam w Stet­ti­nie[3], moje buty za­wsze były lśniące jak lu­stro. Wcze­śniej też o nie dba­łam, ale do­piero w tym nad­odrzań­skim mie­ście - sama to za­uwa­ży­łam - ro­bi­łam to na­zbyt prze­sad­nie.

- Pro­szę pani? - Ar­tur Wolny wy­glą­dał na za­tro­ska­nego. Ten wy­raz twa­rzy zu­peł­nie do niego nie pa­so­wał. - Wszystko w po­rządku?

- Tak, oczy­wi­ście. Ale nie, nie po­tra­fię te­raz wró­cić do stu­dia. Mam w gło­wie chaos.

- To może ju­tro, po­ju­trze? Do­pa­suję się.

- Pan się do­pa­suje?

Ski­nął głową.

- Po­my­ślę, a tym­cza­sem...

- Od­wiozę pa­nią - za­pro­po­no­wał.

Zdzi­wił mnie tą prze­sadną uprzej­mo­ścią. Nie ufa­łam mu. Chyba ni­gdy nie za­słu­żyłby so­bie na moje za­ufa­nie.

- Pro­szę so­bie da­ro­wać te uprzej­mo­ści. Przy­je­cha­łam sama i sama wrócę. A do pana ode­zwę się z od­po­wie­dzią. Ju­tro. Albo za kilka dni.

- To cho­ciaż we­zwę dla pani tak­sówkę. Jaki ad­res?

A więc cho­dziło mu o to, by - je­śli­bym się nie ode­zwała - mieć ja­ki­kol­wiek punkt za­cze­pie­nia. Cwany lis! Nie wie­dzia­łam, czy my­ślał o tym, by przy­je­chać pod wska­zany ad­res i wa­lić w drzwi, aż je otwo­rzę, czy o tym, by na­słać na mnie ko­goś in­nego, bar­dziej prze­ko­nu­ją­cego, wzbu­dza­ją­cego sym­pa­tię. Oby­dwa roz­wią­za­nia wy­da­wały mi się ab­sur­dalne, ale wcale nie mało praw­do­po­dobne. Wol­nego za­li­cza­łam bo­wiem do lu­dzi, któ­rzy w imię swych ce­lów są go­towi na wszystko. Zna­łam ten typ bar­dzo do­brze...

- Do wi­dze­nia panu - rzu­ci­łam i wy­mi­nę­łam męż­czy­znę, który wpa­try­wał się we mnie z lekko roz­chy­lo­nymi ze zdu­mie­nia ustami.