TO NOWE MIASTO
Stettin powitał ich nawet wdzięcznie, bo promieniami słońca. Jechali szerokimi alejami, gdzie na jasnych ciałach kamienic niczym znamiona pstrzyły się niemieckie flagi. Ania wpatrywała się w chodniki, po których bez pośpiechu przechadzali się ludzie. Rozmawiali, palili papierosy, zatrzymywali się, by kupić gazetę, czytać anonse, podziwiać witryny. To był inny świat, a ona podskórnie czuła, że zupełnie nie był jej...
- Pamiętaj, by nigdy z nikim nie rozmawiać o swojej przeszłości. W żadnym obcym pomieszczeniu, nawet gdybyśmy byli tam tylko we dwoje, nie wolno ci o niej wspominać. Nigdy. Możesz mówić i pisać tylko po niemiecku. Musisz się pilnować, bardzo, a najlepiej, przynajmniej na początku, mało mówić.
- Tak. Rozumiem - powiedziała, choć chyba nie zdawała sobie sprawy, co ta deklaracja tak naprawdę oznacza.
Gustaw zaparkował przed elegancką kamienicą przy König-Albert Strasse[4]. Brama wejściowa ze szprosami z motywami roślinnymi przywodziła Ani na myśl te, które widywała w Bydgoszczy na najlepszych ulicach. Wyglądała bardzo wytwornie i Anna w zetknięciu z nią poczuła się mała i kompletnie obca. To miejsce ani odrobinę nie przypominało jej znajomych fordońskich zabudowań. Nie biło zeń znajome ciepło, a jedynie wyniosłość.
- Poczekaj. Otworzę ci drzwi.
- Nie musisz.
- Muszę. Ludzie patrzą, a nie chciałbym, byśmy od razu znaleźli się na językach. Zachowujmy się tak, jak zwyczajowo zachowują się inne małżeństwa, dobrze?
Zgodziła się, a kiedy wysiadła, od razu pojęła, że Gustaw miał rację. W oknie na pierwszym piętrze natknęła się bowiem na ciekawskie spojrzenie.
Gustaw również dojrzał starszą, siwowłosą kobietę i niejako w odpowiedzi na jej zaciekawienie szarmancko ujął dłoń Ani i ledwie dotknął jej wargami.
- Cały czas ktoś będzie patrzeć - szepnął. - Dla niektórych to jedyne zajęcie. Muszą do ciebie przywyknąć, a ty musisz wtopić się w krajobraz. Wtedy przestaną cię zauważać.
Kiedy przeszli przez bramę, Ania zatrzymała się i utkwiła spojrzenie w sklepieniu, na którym ktoś bardzo wiarygodnie odzwierciedlił farbami błękit letniego nieba.
- To ponoć najpiękniejsze sklepienie na całej ulicy - stwierdził Gustaw. - Tak mówi pani Handtke spod szóstki. Jej syn namalował to kilka miesięcy temu. Jeślibyś z nią rozmawiała, pochwal. Zyskasz wówczas jej przychylność.
- Pochwalę z przyjemnością - stwierdziła zachwycona, nie odrywając wzroku od malowidła.
- I koniecznie zagadnij o syna. Jest z niego bardzo dumna, bo jako pierwszy z naszej kamienicy oddał życie za ojczyznę.
Natychmiast oderwała wzrok od sklepienia.
- Co?
- Tu żyją sami niemieccy patrioci - wyjaśnił jej szeptem. - Niemal z każdej rodziny ktoś poszedł na wojnę, walczy albo już nie...
- I ja mam tu mieszkać? - zapytała równie cicho.
- Najciemniej pod latarnią, nie wiedziałaś?
Na pierwszym piętrze natknęli się na staruszkę, którą wcześniej widzieli w oknie. Kobieta przedstawiła się, Ania jednak nie była w stanie odpowiedzieć tym samym, nie potrafiła wydobyć z siebie najprostszych słów. Zrobił to za nią Gustaw, a ona jak zahipnotyzowana wpatrywała się w niego, kiedy z lekkością mówił: Anna Guderian, moja żona.
- A więc to jest ta pana wybranka serca? - zagadnęła sąsiadka, nie odrywając wzroku od Ani. Przyglądała jej się, jakby dziewczyna stanowiła rzadki muzealny eksponat. - Nie szepnął pan o niej ni słowa, panie Guderian. W tajemnicy taaaki skarb trzymać?
Złapała Anię za lodowatą dłoń, poklepała po niej i cicho, jakby zdradzała jakąś tajemnicę, powiedziała:
- Miałam trzech mężów i akuszerką byłam. Jakby trzeba pani jakiejś porady małżeńskiej, proszę przyjść. Służę pomocą, bo znam się na tych sprawach. Dobrze się znam.
Ania uprzejmie potaknęła.
- Dziękuję za chęć pomocy, pani Koch, ale musimy już iść - wtrącił się Gustaw. - Żona jest zmęczona po podróży.
- A tak, tak... Przepraszam, panie Guderian, najmocniej przepraszam. - Kobieta spuściła wzrok i wycofała się w głąb mieszkania, zamknąwszy za sobą drzwi.
Kiedy weszli do mieszkania, uderzył ich zapach kiszonych ogórków.
- Przepraszam. Wychodziłem w pośpiechu i musiałem zapomnieć zakręcić słoik. Zazwyczaj mi się to nie zdarza.
Ania nie zareagowała. Lubiła zapach kiszonek. Przecież kojarzył jej się z domem, z mamą.
- Oprowadzę cię, chcesz?
Potaknęła.
- I... z góry przepraszam za nieporządek - powiedział, kiedy z przedpokoju weszli do kuchni. - Nie mam służącej, a nie zdążyłem posprzątać - tłumaczył się, choć całkiem niepotrzebnie.
Wszędzie bowiem panował idealny ład. Żadnych śmieci, okruchów, porozrzucanych ubrań, otwartych komód, niedomkniętych szaf. No, może poza słoikiem z ogórkami i dwoma talerzami w zlewie. Ale Ania nigdy nie nazwałaby tego nieporządkiem.
Mieszkanie Gustawa zdawało się większe od rodzinnego domu Łabędziów. Tak. Od razu porównała je z fordońską lichą chałupą, którą mimo braków jakichkolwiek luksusów i tak kochała nade wszystko. Tutaj panował przepych, do którego nie nawykła. Dostrzegła lakierowane meble w kolorze orzecha i włoskie dywany, tak miękkie jak świeży mech. W sypialni łoże z baldachimem, stolik z finezyjnie giętymi nogami i dwa fotele obite cielęcą skórką. We wszystkich oknach firany gęsto marszczone i tak eleganckie, że poczuła się zawstydzona splendorem, jaki wprowadzały do wnętrza. Do tego lodówka... Lodówka! I duże radio ze złoconymi pokrętłami oraz gramofon z kolekcją płyt.
- Nudzę cię? - zagadnął.
- Nie. Nie o to chodzi, Gustawie. Jestem... Jestem zauroczona twoim mieszkaniem i szczerze mówiąc, odrobinę nim przytłoczona. Tu jest jak w pałacu.
- Myślisz? Nigdy tak na to nie patrzyłem. - Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu. - Po prostu przejąłem mieszkanie po moim poprzedniku. Mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwa - dodał z przekonaniem, a ona pokiwała głową, choć nie do końca umiała to sobie wyobrazić.
Czuła jakiś chłód bijący z tego wyniosłego i sterylnego wnętrza.
Wiedziała, że aby nie wzbudzać podejrzeń, musi uśmiechać się do sąsiadów. Musi grać szczęśliwą Niemkę z Rigi[5], która zaczyna nowe życie w ramionach przykładnego obywatela Trzeciej Rzeszy. Musi to robić, by przetrwać. I robiła. Zagadywana, odpowiadała uprzejmie, ale bez wylewności. Kiedy czegoś nie rozumiała albo nie potrafiła nazwać, a czasami się to zdarzało, konsternację tuszowała skromnym uśmiechem bądź kaszlem, co korpulentna pani Koch, najbardziej wścibska i rozgadana sąsiadka, brała za oznakę astmy i za każdym razem odsyłała ją do swojego lekarza płucnego. Innej przyczyny niż choroba nie mogła brać przecież pod uwagę.
Czasami Ania rozmawiała też z panią Handtke. Głównie o chmurach, bo ta smutna kobieta nie znajdowała innego tematu do rozmów.
- Mój syn od małego kochał niebo i je malował - powiedziała raz, gdy stały na parterze i patrzyły na wymalowane sklepienie. - Mam nadzieję, że jak oddawał życie za ojczyznę, to też patrzył w górę.
Zdarzało się, że ktoś do niej zachodził, podpytując o zdrowie (pani Koch bez cienia zażenowania rozsiewała plotki o dręczącym ją kaszlu), samopoczucie, przynosząc kawałek strucli lub mały garnek z eintopfem[6]. Dbali o nią, jakby była członkiem ich rodziny, a może dlatego, że w szczególny sposób traktowali Gustawa? Od razu zauważyła, że darzą go szacunkiem, a niekiedy wydawało jej się, że schodzą mu z drogi.
- To przez nazwisko. Czują respekt do mego stryja - odpowiadał, gdy pytała go o powód.
Ania wychodziła z domu głównie z Gustawem. Sama rzadko. I wcale nie ze strachu o siebie, o dokumenty, które notabene wyglądały na prawdziwe, ani o to, że ktokolwiek mógłby rozpoznać w niej Polkę. Nie znała w Stettinie nikogo, nigdy tutaj nie wizytowała, a przed poznaniem Gustawa niewiele słyszała o tym mieście. Czuła się tu zupełnie obco, a zatem była idealna, by grać przybyszkę z odległego Wschodu. Poza tym rzadko opuszczała mieszkanie z innego powodu. Bała się, że widząc na ulicy polskich robotników przymusowych, stygmatyzowanych plakietką z literą P, mogłaby niewłaściwie zareagować, podejść do nich albo po prostu gapić się na nich - jak w dzieciństwie, kiedy do Fordonu przyjeżdżali kuglarze, a ona nie potrafiła oderwać od nich wzroku. To na pewno nie uszłoby uwadze Niemców, a przecież chciała - musiała - być przezroczysta. Bała się też, że słysząc uliczne dyskusje o słuszności wojny, o podłości Polaków i wspaniałomyślności Hitlera, mogłaby zrobić coś głupiego, nawrzucać komuś po polsku i zaszkodzić sobie, i przede wszystkim Gustawowi. A tego nie chciała. O niego bała się nawet bardziej niż o siebie. On już wystarczająco się dla niej narażał, każdego dnia. Przecież ukrywał ją, Annę Łabędź, przed całym światem. W niemieckich murach chronił Polkę. Za to groziła mu kulka między oczy. Sam fakt, że w jakiś tajemniczy sposób zdobył dla niej dokumenty Niemki, która w rzeczywistości, wynosząc się z Rigi, zginęła w nieszczęśliwym wypadku samochodowym, był dla niej dowodem jego wielkiego oddania.
Czasami myślała o Annie Schmidt, nawet miała wyrzuty sumienia, że zabrała jej tożsamość.
- Dałaś jej drugie życie - tłumaczył łagodnie Gustaw, kiedy podzieliła się z nim swoimi wątpliwościami. - To przecież lepsze od niepamięci, prawda?
- Ale jej rodzina na pewno się o nią martwi.
- Rodzina zginęła wraz z nią. To ich dokumenty dla was wiozłem. Wtedy... Samochód Schmidtów od kilku dni leżał w rowie. Nie było dla nich żadnego ratunku.
- Straszne...
- Cały ten świat jest teraz straszny.
Był dla niej dobry. Kochał ją. Czuła to każdego dnia. Nikt nigdy się tak bardzo o nią nie troszczył. W rodzinnym domu zawsze wyczuwała miłość, wszyscy byli bardzo mocno związani, poszliby za sobą w ogień, ale jednocześnie każde z nich żyło swoim życiem. A tu, przy Gustawie, Ania odnosiła wrażenie, że to ona jest dla niego całym życiem. Kochała go, tak, ale ta jej miłość się zmieniła. Dużo ze sobą rozmawiali, razem słuchali radia, jedli posiłki, spacerowali. Razem sypiali, choć to razem było zupełnie inne niż kiedyś.
Gustaw był cierpliwy i na nic nie naciskał, niczego od niej nie wymagał, poza tym, by dbała o pozory. Wychodząc do pracy, żegnał się cmoknięciem w policzek i krótkim "kocham cię". Po powrocie, ujmował jej dłoń, całował i pytał: "Tęskniłaś?".
Nie tęskniła, choć nigdy mu się do tego nie przyznała. Kiedy znikał za drzwiami, zatapiała się w ponurym wspomnieniu, pełnym krzyków, strzałów i ciemnych barw. Utrata bliskich, ucieczka z rodzinnego Fordonu, wojna były tak traumatyczne, że nawet wielkie, odwzajemnione uczucie nie cieszyło jak dawniej. Czasami w głowie Ani pojawiała się myśl o ucieczce ze świata, do którego zabrał ją Gustaw. Ale gdzie byłaby bezpieczniejsza? Zdawało jej się, że nigdzie. Może jedynie tam, w rowie na stoku góry. Martwa, ale z nimi... Teraz jednak nie mogła już tam uciec.
Została, mając w pamięci list od swojego ukochanego ojca i zdanie: "Zaufaj mu, bo być może on będzie jedyną przepustką do życia, a Ty musisz żyć, jakeś Łabędź", które stało się dla niej swoistym kompasem, życiowym imperatywem. Traktowała ów list jak testament, a prośbę ojca jak jego ostatnią wolę, której nie wolno było się przeciwstawić. Musiała więc żyć.
Guderian zdawał sobie sprawę, jak ważna była dla niej rodzina. Ojciec, bracia i przyszła bratowa, Jola. Ania straciła wszystkich, których kochała, ale przecież miała jego.
- Będziemy tu szczęśliwi. Zobaczysz, z czasem wszystko się ułoży - deklarował, choć widział w jej oczach niepewność i jakiś nieopisany żal.
Czas jednak nie koił jej ran, a ona nikła w oczach.
Musiał coś zrobić.
I zrobił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki