Żona na zamówienie - Nina Majewska-Brown

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Moja mat­ka kom­plet­nie osza­la­ła. Za­cho­wu­je się tak, jak­by odłą­czy­ło ją od mó­zgu. Na­gle nie tyl­ko de­li­kat­nie pod­krę­ca rze­czy­wi­stość na wła­sną mo­dłę, ale zu­peł­nie od­ci­na się od fak­tów i pod­da­je ana­li­zie dane, któ­re ni­g­dy nie po­win­ny stać się przed­mio­tem roz­wa­żań. Po tym, jak mój mąż, niby ide­ał, po­rzu­cił mnie dla ko­chan­ki, któ­ra oczy­wi­ście po zdre­no­wa­niu ban­ko­we­go kon­ta go zo­sta­wi­ła, w mo­jej mat­ce obu­dzi­ła się tkli­wa du­sza sa­ma­ry­tan­ki i przy­gar­nę­ła zię­cia do wła­sne­go prze­past­ne­go domu na So­ła­czu, na do­miar złe­go umiesz­cza­jąc go w moim daw­nym po­ko­ju.

Je­stem wście­kła. Nie dość, że nie li­czy się z mo­imi uczu­cia­mi, ca­łym bó­lem i szam­bem, w ja­kim się zna­la­złam po od­kry­ciu, że Pa­weł pro­wa­dzi ży­cie na dwa domy, to w do­dat­ku jest prze­ko­na­na o mo­jej wi­nie. Bo gdy­bym le­piej go­to­wa­ła, zaj­mo­wa­ła się do­mem, nie przy­ty­ła i nie po­marsz­czy­ła się przed­wcze­śnie, z pew­no­ścią mój mał­żo­nek nie spo­glą­dał­by na inne. Tym­cza­sem jego wy­bran­ką zo­sta­ła prysz­cza­ta gów­nia­ra, któ­ra wca­le nie grze­szy wdzię­kiem i uro­dą, za to ma dwa razy wię­cej ki­lo­gra­mów na so­bie niż ja i małą ka­ta­stro­fę - w po­sta­ci dziec­ka - w so­bie. Do­pie­ro co rześ­ko prze­sko­czy­łam gra­ni­cę trzy­dziest­ki i do­tych­czas nie czu­łam się nie­atrak­cyj­na, a tu ta­kie pod­su­mo­wa­nie. Moja sa­mo­oce­na le­gła w gru­zach po po­zna­niu Sary, a gde­ra­nie mat­ki przy­gnia­ta mnie do zie­mi jesz­cze bar­dziej.

Za­wsze na­iw­nie my­śla­łam o domu ro­dzin­nym jako o bez­piecz­nym miej­scu, do któ­re­go mogę wró­cić w ra­zie ja­kie­goś ży­cio­we­go nie­po­wo­dze­nia, gdy­by na przy­kład zo­sta­wił mnie mąż, na­sze miesz­ka­nie spło­nę­ło, w ra­zie cięż­kiej cho­ro­by, ban­kruc­twa czy in­ne­go do­pu­stu bo­że­go. Tym­cza­sem gdy jed­na z tych klątw za­wi­sła nad moją gło­wą i sta­ła się jed­na z naj­gor­szych na świe­cie rze­czy, ów do­mnie­ma­ny azyl stał się przy­sta­nią dla mo­je­go obec­nie naj­więk­sze­go wro­ga - pra­wie by­łe­go męża, a nie dla mnie. Myśl o tym, że Pa­weł sy­pia w moim pa­nień­skim bia­łym, me­ta­lo­wym łóż­ku z fi­ne­zyj­nie wy­ło­żo­nym po­dusz­ka­mi wez­gło­wiem, do­pro­wa­dza mnie do roz­pa­czy. Pew­nie za­go­spo­da­ro­wał też sza­fę, w któ­rej zo­sta­wi­łam pu­dła z no­tat­ka­mi ze stu­diów. Swo­ją dro­gą cie­ka­we, co z nimi zro­bił. Ła­ska­wie wy­niósł do piw­ni­cy czy zwy­czaj­nie wy­rzu­cił? I choć wiem, że w ży­ciu nie znaj­dę pre­tek­stu, by zaj­rzeć do tych sta­rych za­pi­sków, i w koń­cu i tak wy­lą­du­ją na śmiet­ni­ku, ogar­nia mnie złość i przy­gnę­bie­nie. To też mia­ła być moja de­cy­zja, a nie jest. Już wi­dzę ba­ła­gan na sty­lo­wym biur­ku po bab­ci, o któ­re tak bar­dzo się trosz­czy­łam. Te­raz ża­łu­ję, że nie za­bra­łam go ze sobą do no­we­go domu, przy­naj­mniej Pa­weł nie zbez­cze­ścił­by me­bla, z któ­rym wią­że się tyle wspo­mnień.

W domu robi się chłod­no, a ja­koś nie mam siły ani na­stro­ju, żeby roz­pa­lić w ko­min­ku. Nie włą­czy­łam jesz­cze ogrze­wa­nia, łu­dząc się, że dzię­ki tym kil­ku dniom, kie­dy jesz­cze da się nie pa­lić, ra­chu­nek za gaz zre­du­ku­je się do dwóch cyfr, co pew­nie ni­g­dy nie na­stą­pi, ale miesz­ka­nie w Po­zna­niu zo­bo­wią­zu­je do oszczęd­no­ści, a na­wet nie­wiel­kie­go skąp­stwa. Wsu­wam sto­py w brą­zo­we EMU, któ­re no­szę przez cały rok, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że je­śli jest mi cie­pło w nogi, to mogę znieść każ­dą nie­do­god­ność. Pola jest u dziad­ków, mam czas na za­pa­rze­nie zie­lo­nej her­ba­ty i prze­my­śle­nie kil­ku spraw. Przede wszyst­kim po­win­nam for­mal­nie upo­rząd­ko­wać re­la­cję z Paw­łem i wresz­cie wy­stą­pić o roz­wód, co jest tym trud­niej­sze, że na­dal pod­skór­nie go ko­cham. Oczy­wi­ście to, co zro­bił, jest nie­wy­ba­czal­ne, ale im wię­cej upły­wa cza­su, a sa­mot­ność co­raz ści­ślej mnie okle­ja ni­czym la­tek­so­we zbyt małe wdzian­ko, tym czę­ściej moje my­śli bie­gną ku chwi­lom, któ­re spra­wia­ły, że przy Paw­le czu­łam się szczę­śli­wa. Bra­ku­je mi tam­te­go Paw­ła, a z tym już nie po­tra­fię być.

Ko­cia­ki jak dzi­kie gna­ją przez sa­lon, mimo że co rusz wpa­da­ją na me­ble i pod moje nogi, za­fik­so­wa­ne na swo­im ape­ty­cie na roz­ryw­kę mię­dzy jed­ną a dru­gą drzem­ką. Gdy wo­łam na nie, przy­sta­ją w pół kro­ku i jak gdy­by ni­g­dy nic za­czy­na­ją li­zać łap­ki, nie­udol­nie su­ge­ru­jąc, że za­mie­sza­nie w cha­cie to nie ich spraw­ka. Się­gam po czaj­nik, żeby na­peł­nić go wodą, gdy za­czy­na dzwo­nić ko­mór­ka. Jak zwy­kle nie wiem, gdzie ją odło­ży­łam, więc po­spiesz­nie, po na­prę­żo­nym do gra­nic moż­li­wo­ści sznur­ku utka­nym z me­lo­dyj­ki wra­cam do sa­lo­nu. Choć dzwo­nek jest wy­raź­ny, to jed­nak dziw­nie przy­tłu­mio­ny. Rzu­cam się do ka­na­py i w na­dziei, że nic mnie nie ugry­zie, wsu­wam dłoń mię­dzy po­du­chy sie­dzi­ska i wy­dłu­bu­ję te­le­fon z peł­nej okru­chów szpa­ry.

Gdy już mam prze­cią­gnąć pal­cem po ekra­nie, ko­mór­ka nie­spo­dzie­wa­nie milk­nie i po­ja­wia się in­for­ma­cja o nie­ode­bra­nym po­łą­cze­niu od mat­ki. Cho­le­ra. Wiem, że je­śli nie od­dzwo­nię, bę­dzie bom­bar­do­wać mnie aż do skut­ku. Znie­chę­co­na przy­sia­dam na brze­gu ka­na­py, zsu­wam buty i wy­bie­ram jej nu­mer, jed­no­cze­śnie przy­glą­da­jąc się la­kie­ro­wi na pa­znok­ciach stóp, któ­ry ja­kiś czas temu do­po­mi­nał się od­świe­że­nia, a te­raz wręcz wrzesz­czy, że­bym wresz­cie po­świę­ci­ła mu choć chwi­lę. Nim wy­brzmi sy­gnał, mat­ka już wy­dzie­ra się do słu­chaw­ki:

- Halo, Zo­sia, wszyst­ko do­brze?

- Tak - od­po­wia­dam zre­zy­gno­wa­na, prze­wi­du­jąc ko­lej­ną ty­ra­dę na te­mat tego, jak to je­stem krót­ko­wzrocz­na, nie do­strze­ga­jąc skru­chy Paw­ła i moż­li­wo­ści, któ­re wią­żą się z jego po­now­ną obec­no­ścią w moim, na­szym, ży­ciu. Wła­ści­wie się nie mylę, choć tym ra­zem moja ro­dzi­ciel­ka się­ga po nową broń.

- Dzwo­nię i dzwo­nię...

- Nie sły­sza­łam.

- No to je­stem bar­dzo cie­ka­wa, czym się zaj­mu­jesz, sko­ro na­wet nie sły­szysz i nie od­bie­rasz te­le­fo­nu od swo­jej sta­rej mat­ki.

Moja mama, za­leż­nie od oko­licz­no­ści, jest albo "sta­rą mat­ką", albo wy­lu­zo­wa­ną wy­znaw­czy­nią fi­lo­zo­fii "jesz­cze wszyst­ko przede mną" i po­zo­sta­je w tych ru­chach zu­peł­nie nie­prze­wi­dy­wal­na.

- Mamo, daj spo­kój, ko­mór­ka wpa­dła mię­dzy po­dusz­ki ka­na­py i jej nie sły­sza­łam. A co u cie­bie?

- U mnie? A jak ma być? Oczy­wi­ście, że fa­tal­nie, i to w du­żej mie­rze przez cie­bie, moja pan­no.

Mat­ka ma nie­zmien­ną ma­nie­rę spro­wa­dza­nia mnie do po­zio­mu dzie­cia­ka, któ­ry jesz­cze nie otarł się o praw­dzi­we ży­cie, więc moż­na go ła­two wpę­dzić w po­czu­cie winy, a w do­dat­ku jest na tyle bez­ro­zum­ny, by nie ko­rzy­stać z jej zło­tych rad.

- Aha, czy­li po sta­re­mu - mó­wię bez prze­ko­na­nia, jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się, co tym ra­zem ma mi do za­rzu­ce­nia. Dłu­go nie mu­szę cze­kać, żeby się do­wie­dzieć, bo mama jest rów­nie nie­cier­pli­wa, jak zmien­na.

- Dzwo­nię, bo zu­peł­nie nie mogę za­ak­cep­to­wać two­je­go za­cho­wa­nia, a im dłu­żej o tym my­ślę, tym bar­dziej jest mi wstyd. Prze­cież nie tak cię z oj­cem wy­cho­wa­li­śmy! Żyły so­bie wy­pru­wa­łam, żeby ni­cze­go ci nie bra­ko­wa­ło, od ust odej­mo­wa­łam...

- Mamo...

- Nie prze­ry­waj mi!

- Halo, mamo, po pro­stu po­wiedz, o co cho­dzi.

- A że­byś wie­dzia­ła, że po­wiem. Jak mo­żesz to ro­bić? Pa­weł wła­śnie wró­cił od le­ka­rza, jest kłęb­kiem ner­wów, ma pro­ble­my z żo­łąd­kiem, wą­tro­bą i...

- Po co mi to mó­wisz? Co ja mam z tym wspól­ne­go?

- Jesz­cze py­tasz?! Wszyst­kich nas stre­su­jesz. My­ślisz, że dla­cze­go wy­sia­dło mi ser­ce? Przez stres!

Nie ro­zu­miem, co zro­bi­łam tej ko­bie­cie, że tak mnie trak­tu­je. Jak moż­na ko­goś, zwłasz­cza ko­goś, kogo teo­re­tycz­nie się ko­cha, obar­czać taką od­po­wie­dzial­no­ścią? Wy­ga­dy­wać ta­kie rze­czy i wpę­dzać w tak ogrom­ne po­czu­cie winy, że jest nie­mal nie do udźwi­gnię­cia. Czy to na pew­no moja wina, że Paw­ła znu­dzi­ło na­sze mał­żeń­stwo, że moja ni­g­dy nie­dba­ją­ca o zdro­wie mat­ka na­gle się roz­cho­ro­wa­ła, że Pa­weł cier­pi na nie­straw­ność?

- Je­steś nie­spra­wie­dli­wa - od­po­wia­dam bez­rad­nie, ze świa­do­mo­ścią, że nie po­tra­fię zmie­nić jej po­glą­dów i na­sta­wie­nia do mnie.

- Prze­my­śla­łam to so­bie i wszyst­ko za­czy­na mi się ukła­dać w lo­gicz­ną ca­łość.

- Tak?

- Do­szłam do wnio­sku, że Polę też stre­su­je two­je za­cho­wa­nie. Wy­wie­rasz na nią zbyt dużą pre­sję i dziec­ko tego nie wy­trzy­mu­je. A ty się dzi­wisz, że boli ją brzuch, że się po­kła­da, że mo...

Roz­łą­czam się w pół jej sło­wa i onie­mia­ła wpa­tru­ję w te­le­fon. Gdy­by nie to, że na ekra­nie wy­świe­tla się in­for­ma­cja o dłu­go­ści po­łą­cze­nia, mo­gła­bym uznać, że tej roz­mo­wy nie było, że tyl­ko mi się zda­wa­ło. Nie­ste­ty to nie­moż­li­we.

Ode­chcie­wa mi się wszyst­kie­go. Pod­ku­lam nogi i za­pa­dam się głę­biej w po­dusz­ki ka­na­py, a łzy same za­czy­na­ją pły­nąć po po­licz­kach. Po ta­kich sło­wach mia­ła­bym ocho­tę ode­brać so­bie ży­cie, bo nie­zno­śna i ir­ra­cjo­nal­na myśl, że jed­nak mat­ka może mieć ra­cję, roz­sia­da się we mnie i co­raz moc­niej roz­py­cha.

Może rze­czy­wi­ście, gdy­by mnie nie było, oni po­ukła­da­li­by so­bie ży­cie le­piej, szczę­śli­wiej i zdro­wiej? Może ni­ko­mu nie je­stem po­trzeb­na? Może Pola by­ła­by szczę­śliw­sza? Tyl­ko jak? Kto by się nią za­jął, przy­tu­lił, po­wie­dział, że jest cu­dow­na, i po­mógł w lek­cjach, no kto? Bo prze­cież nie za­pra­co­wa­ny i za­bie­ga­ny Pa­weł, któ­ry w domu po­ja­wiał się mię­dzy jed­nym a dru­gim ga­bi­ne­tem tyl­ko po to, żeby zmie­nić ga­cie i skar­pe­ty. No i nie moja tok­sycz­na mat­ka, któ­rej po ty­go­dniu wszyst­ko się nu­dzi.

Szlo­cham, czu­jąc, jak ko­lej­ne spa­zma­tycz­ne wde­chy roz­dzie­ra­ją mi płu­ca, a jed­no­cze­śnie uświa­da­miam so­bie, że nie mogę wy­ko­nać w ży­ciu żad­nej wol­ty. Że ze wzglę­du na cór­kę nie mogę prze­stać żyć, a z dru­giej stro­ny w czymś ta­kim żyć nie po­tra­fię. Nie mogę do­puś­cić, by moje dziec­ko prze­ży­ło dra­mat osie­ro­ce­nia i, nie daj Boże, przy­glą­da­ło się, jak od­cho­dzę. Po­grą­żam się w smut­ku, nie po­tra­fiąc zna­leźć cho­ler­ne­go świa­teł­ka w tu­ne­lu, któ­re choć na chwi­lę da­ło­by mi na­dzie­ję... Czu­ję się zra­nio­na, ale wbrew so­bie za­czy­nam po­wo­li i suk­ce­syw­nie ro­bić ra­chu­nek su­mie­nia. Jak się za­cho­wa­łam, jak mo­głam się za­cho­wać, gdzie i kie­dy pod­nio­słam głos i dla­cze­go nie po­tra­fi­łam opa­no­wać emo­cji. W mia­rę jak upły­wa­ją mi­nu­ty, czu­ję się co­raz bar­dziej win­na i le­piej za­czy­nam ro­zu­mieć Paw­ła, któ­ry nie mógł znieść ta­kiej oso­by jak ja i w za­sa­dzie zo­stał prze­ze mnie zmu­szo­ny do po­szu­ki­wa­nia szczę­ścia gdzie in­dziej i w ra­mio­nach ko­goś in­ne­go.

Je­stem zdru­zgo­ta­na. Do­cho­dzę do ra­dy­kal­nych wnio­sków, ale nie mam przy tym od­wa­gi, aby zro­bić to, co przy­zwo­ity czło­wiek w ta­kiej sy­tu­acji zro­bić po­wi­nien. Nie mam od­wa­gi się­gnąć po garść ta­ble­tek ani tym bar­dziej rzu­cić się z da­chu któ­re­goś z oko­licz­nych blo­ków. Je­stem tak bez­na­dziej­na, że naj­wy­raź­niej nie mam na­wet siły wziąć od­po­wie­dzial­no­ści za to wszyst­ko. Jed­no­cześ­nie, mię­dzy za­smar­ki­wa­niem ko­lej­nych chu­s­te­czek, uświa­da­miam so­bie, że chy­ba to, co mó­wią o spraw­cach prze­mo­cy do­mo­wej, ich prze­bie­gło­ści, skry­wa­niu się za fa­sa­dą mi­ło­ści i obo­wiąz­ku, jest praw­dą. Bo czy sama tak się nie za­cho­wy­wa­łam? Czy pod po­zo­rem ko­cha­nia nie wy­ma­ga­łam zbyt wie­le? Dla­cze­go prze­szka­dzał mi ba­ła­gan? Dla­cze­go do­ma­ga­łam się prze­strze­ga­nia re­guł, dla­cze­go na­ci­ska­łam Polę, żeby cią­gle się uczy­ła? Prze­cież mo­głam od­pu­ścić. Dla­cze­go de­ner­wo­wa­ło mnie, że Pa­weł tyle pra­cu­je, że ni­g­dy go nie ma? Po co ko­men­to­wa­łam i wy­gła­sza­łam męt­ne ka­za­nia, że sko­ro za­ło­żył ro­dzi­nę, to po­wi­nien z nią być i uczest­ni­czyć w jej ży­ciu. I dla­cze­go ob­se­syj­nie sprzą­ta­łam i ga­ni­łam ich za nie­po­rzą­dek: rzu­co­ną na ka­na­pę blu­zę, nie­wło­żo­ne do zmy­war­ki kub­ki, któ­re zbie­ra­ły się w całe sta­da na bla­cie? Wresz­cie do­cho­dzę do je­dy­ne­go słusz­ne­go wnio­sku: je­stem złym czło­wie­kiem, że rze­czy­wi­ście beze mnie ży­ło­by się im le­piej, że tyl­ko krzyw­dzę in­nych.

Spa­ra­li­żo­wa­na tą my­ślą sie­dzę w ciem­nym sa­lo­nie, zu­peł­nie nie re­je­stru­jąc, kie­dy wcze­sny wie­czór zmie­nił się w cięż­ką, ciem­ną noc.

Po­ra­nek za­sta­je mnie na ka­na­pie. Wy­gię­ta w pre­cel, ścierp­nię­ta i nie­przy­tom­na, nie mogę od­dy­chać. Świa­do­mość, że ra­nię in­nych i je­stem dla nich czymś naj­gor­szym, co mo­gło ich spo­tkać, jest jak pę­tla za­ci­ska­ją­ca się na mo­jej szyi. Wpa­tru­ję się w bu­dzą­cy się świt i ja­koś nie chce mi się bar­dziej żyć niż wczo­raj. Ale na­dal nie po­tra­fię zna­leźć w so­bie od­wa­gi, żeby za­koń­czyć to wszyst­ko.

Czas jed­nak nie sta­je w miej­scu. Mat­ka po­now­nie się do­bi­ja, wy­dzwa­nia­jąc na mój wy­ci­szo­ny te­le­fon, a za kil­ka go­dzin z week­en­du u te­ściów wró­ci Pola. I zno­wu będę mu­sia­ła za­ło­żyć ma­skę sil­nej ko­bie­ty, któ­ra jest w sta­nie udźwi­gnąć świat, jest so­lid­ną pod­po­rą i po­god­ną oso­bą. A ja po tym wszyst­kim, co usły­sza­łam, nie znaj­du­ję w so­bie siły na nic. Nie wiem, czy po­win­nam Polę prze­pra­szać już w drzwiach, czy le­piej nic ta­kie­go nie mó­wić i za­cho­wy­wać się jak zwy­kle. Tyl­ko jak się za­cho­wy­wać? Co po­win­nam zmie­nić, żeby być lep­sza i mniej tok­sycz­na?

Za­ła­ma­na czła­pię pod prysz­nic, choć wiem, że lo­do­wa­ty stru­mień, któ­ry prze­pły­nie przez moje ple­cy, ni­cze­go nie zmie­ni. Nie spo­wo­du­je, że czas się cof­nie o kil­ka lat i da mi dru­gą szan­sę, aby za­cząć wszyst­ko od nowa i na in­nych wa­run­kach. Nie mam po­ję­cia, ja­kie by mia­ły one być, że­bym zno­wu nie do­szła do tego sa­me­go punk­tu i nie czu­ła się tak jak te­raz, ale mam po­czu­cie, że to nie­spra­wie­dli­we, iż nie mogę li­czyć na nowe roz­da­nie. Może Pa­weł był­by szczę­śliw­szy, może by nie od­szedł, może, może, może...

Jed­ne­go je­stem pew­na: jak tak da­lej pój­dzie, za chwi­lę za­cznę wszyst­kich prze­pra­szać, a nie wiem, czy mnie na to stać.

Nie tak mia­ło być.

Zle­wam cia­ło zim­ną wodą, prze­su­wam uchwyt ba­te­rii jesz­cze bar­dziej w kie­run­ku nie­bie­skiej krop­ki i za­ci­ska­jąc zęby, mal­tre­tu­ję skó­rę lo­do­wa­ty­mi stru­ga­mi, tak że aż boli. Oczy­wi­ście gdy wy­cie­ram się szorst­kim ręcz­ni­kiem i sta­wiam sto­py na mięk­kim bia­łym dy­wa­ni­ku, nie czu­ję się ani odro­bi­nę le­piej. Nic nie może zmie­nić tego, że zwy­czaj­nie je­stem złym czło­wie­kiem. Któ­ry po­tra­fi in­nych do­pro­wa­dzić na skraj wy­trzy­ma­ło­ści.

Brnę przez za­ma­za­ny w za­łza­wio­nych oczach dom do kuch­ni, ale gdy do niej do­cie­ram, nie mam po­ję­cia, po co tam przy­szłam. Nie mam ocho­ty na nic. Na­wyk spra­wił, że zna­la­złam się przy eks­pre­sie do kawy, ale na myśl o choć­by aro­ma­cie czar­ne­go na­pa­ru robi mi się nie­do­brze.

Sia­dam przy sto­le i bez­myśl­nie wpa­tru­ję się w czar­ny sęk po­środ­ku bla­tu. Tkwię w tej po­zy­cji sztyw­no, nie za­sta­na­wia­jąc się nad upły­wa­ją­cym cza­sem, aż do chwi­li, gdy roz­le­ga się dzwo­nek. Jego dźwięk spra­wia, że krew au­to­ma­tycz­nie za­czy­na szyb­ciej krą­żyć w moim cie­le, a na po­bla­dłych ustach wy­kwi­ta wy­mu­szo­ny uśmiech.

Te­ścio­wie z Polą sto­ją przed furt­ką i z oży­wie­niem roz­ma­wia­ją. Ich eks­cy­ta­cja jest tak od­le­gła od mo­je­go na­stro­ju, że to aż boli. Mia­ła­bym ocho­tę jesz­cze przez chwi­lę po­przy­glą­dać się im z ukry­cia, żeby oswo­ić rze­czy­wi­stość, ale po­now­ny dzwo­nek zmu­sza mnie do ru­chu i kie­ru­je pa­lec na przy­cisk do­mo­fo­nu.

- Dzień do­bry! Cześć, Pola! - wo­łam po otwo­rze­niu drzwi.

- Cześć, mamo!

- Wi­taj, Zo­siu.

- Mamo, wiesz, że będę mia­ła pie­ska?

Jesz­cze tyl­ko tego mi bra­ko­wa­ło.

- Pie­ska? - upew­niam się, czy do­brze usły­sza­łam. Ja­kie­go pie­ska, do cho­le­ry? Mamy dwa koty i wiecz­nie to­czy­my nie­rów­ną wal­kę o czy­stość dwóch ku­wet, mi­sek i le­go­wi­ska, a tu jesz­cze wy­pro­wa­dza­nie psa na spa­cer, zwłasz­cza ten po­ran­ny, czy to deszcz, czy śnieg.

Mu­szę mieć wy­jąt­ko­wo głu­pią i prze­stra­szo­ną minę, bo te­ścio­wa po­spiesz­nie wy­ja­śnia, że ow­szem, pie­sek się po­ja­wi, ale w ich domu i choć bę­dzie miesz­kał z nimi, bę­dzie na­le­żał do Poli.

Spo­glą­dam na nią z wdzięcz­no­ścią, bo ko­lej­nej nie­spo­dzian­ki bym nie znio­sła. Tym­cza­sem cór­cia w skow­ron­kach bie­gnie do swo­je­go po­ko­ju, a dwie sza­re kul­ki na zła­ma­nie kar­ku gna­ją za nią.

- Na­pi­je­cie się cze­goś? Może kawa? Mam też do­brą zie­lo­ną her­ba­tę - pro­po­nu­ję skrom­ny po­czę­stu­nek, ma­jąc ni­kłą na­dzie­ję, że roz­mo­wa z nimi choć na chwi­lę od­cią­gnie mnie od po­nu­rych my­śli.

- Nie chce­my ro­bić kło­po­tu.

- Ża­den kło­pot, i tak mia­łam za­pa­rzyć so­bie mię­tę. - Wcho­dzi­my do za­wa­lo­nej brud­ny­mi na­czy­nia­mi kuch­ni, o któ­rych pod­czas roz­dra­py­wa­nia i po­sy­py­wa­nia solą emo­cjo­nal­nych ran zu­peł­nie za­po­mnia­łam. - Może usią­dzie­my w sa­lo­nie. Mia­łam mi­gre­nę i za­po­mnia­łam o bo­żym świe­cie - kła­mię na po­cze­ka­niu, wy­my­śla­jąc kiep­ską wy­mów­kę.

- Nie przej­muj się, u nas ostat­nio wy­glą­da po­dob­nie.

- W to aku­rat nie uwie­rzę.

- A jed­nak.

Te­ścio­wa bie­rze ode mnie cu­kier­ni­cę i dro­biąc małe krocz­ki, idzie w kie­run­ku ka­na­py. Do­pie­ro te­raz do­strze­gam, że wy­glą­da ja­koś ina­czej. Albo schu­dła, albo ta su­kien­ka, choć ele­ganc­ka, źle na niej leży. Nie je­stem pew­na, czy zmia­nę po­win­nam zło­żyć na karb cho­ro­by, czy to ra­czej efekt ko­lej­nej wy­nisz­cza­ją­cej or­ga­nizm die­ty, a w za­sa­dzie gło­dów­ki. O nic nie py­tam, ale po­sta­na­wiam dys­kret­nie ją ob­ser­wo­wać, łu­dząc się, że z plą­ta­ni­ny zmarsz­czek na twa­rzy wy­czy­tam od­po­wiedź.

- Za­raz wró­cę, sko­czę tyl­ko po cia­stecz­ka.

- Sia­daj, nie bę­dzie­my nic jeść.

- Ale po­sku­bać coś za­wsze moż­na.

- Nie, sia­daj, pro­szę. Cie­szy­my się, że mamy oka­zję po­roz­ma­wiać.

Nogi ugi­na­ją się pode mną na myśl o tym, że za chwi­lę zno­wu wy­słu­cham ty­ra­dy o Paw­le. Prze­wraż­li­wio­na na sku­tek po­dej­ścia mo­jej mat­ki nie chcę do tego do­pu­ścić, więc wy­gła­szam małe oświad­cze­nie, że zdro­wie Paw­ła in­te­re­su­je mnie w ni­kłym za­kre­sie. Wła­ści­wie tyl­ko w ta­kim, któ­ry po­zwo­li mu na­dal pra­co­wać i ło­żyć na Polę, choć rzecz ja­sna źle mu nie ży­czę.

- Nie o Paw­ła cho­dzi.

- Nie? - Je­stem przy­jem­nie zdzi­wio­na, ale jesz­cze bar­dziej za­nie­po­ko­jo­na tym, co za chwi­lę usły­szę. - Coś się sta­ło?

- Mamy kło­pot.

- Tak? - Przez gło­wę prze­my­ka­ją mi chmur­ne wi­zje, spo­śród któ­rych ta cięż­kiej, nie­ule­czal­nej cho­ro­by pla­su­je się na pierw­szym miej­scu. Im dłu­żej pani Ire­na zbie­ra się, by wy­rzu­cić z sie­bie ja­kąś okrut­ną praw­dę, tym bar­dziej się boję. Może pod­czas week­en­du u dziad­ków coś się sta­ło Poli? Może te­ścio­wa jest cho­ra? A może tym ra­zem to teść? - O co cho­dzi? - Po­ga­niam i mo­bi­li­zu­ję do wy­zna­nia praw­dy star­szą pa­nią, któ­ra jed­nak na­dal nie wy­da­je się go­to­wa do zwie­rzeń.

Nie­spo­dzie­wa­nie bie­rze to na sie­bie teść i po­nu­ro oświad­cza:

- Elż­bie­ta się za­ko­cha­ła.

Spo­glą­dam to na pa­nią Ire­nę, to na pana Sta­ni­sła­wa, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, w czym pro­blem. Ogól­nie to ra­czej po­zy­tyw­ne wy­da­rze­nie w ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka. Te mo­ty­le w brzu­chu, roz­kosz­na nie­pew­ność i nie­spo­dzie­wa­ne prze­ja­wy sym­pa­tii. Bi­gos za­czy­na się do­pie­ro po la­tach mał­żeń­stwa, gdy, tak jak w na­szym przy­pad­ku, ktoś za­czy­na zdra­dzać, ktoś się nie do­ga­du­je i coś się wy­pa­la.

- To chy­ba do­brze? - py­tam nie­pew­nie, uno­sząc wiecz­ko dzban­ka i spraw­dza­jąc, czy li­ście her­ba­ty do­sta­tecz­nie na­cią­gnę­ły. Uzna­ję, że bar­wa pły­nu jest od­po­wied­nia i po­wo­li, uważ­nie na­le­wam go do ni­skich, sze­ro­kich fi­li­ża­nek, sku­pia­jąc się na tym, by kro­ple nie spły­nę­ły po dziób­ku.

- Nie­ko­niecz­nie.

Nie mam po­ję­cia, co może być nie tak w za­ko­cha­niu się. Na­gły roz­błysk w gło­wie aż za­pie­ra mi dech.

- Bez wza­jem­no­ści?

- Nie, skąd, z wza­jem­no­ścią.

- To w czym pro­blem? - Na­dal do mnie nie do­cie­ra, że jego źró­dło może bić w in­nym miej­scu.

- Nie mo­że­my za­ak­cep­to­wać jej wy­bo­ru.

Bio­rąc pod uwa­gę, że wy­bo­ru syna też nie po­tra­fi­li za­ak­cep­to­wać i przez lata wie­sza­li na mnie psy, pod­wa­ża­jąc każ­dą moją de­cy­zję, myśl, opi­nię, a tak­że wy­gląd, nie jest to ni­czym no­wym i za­ska­ku­ją­cym. Przez chwi­lę za­sta­na­wiam się, czy od­nieść się do na­szej sy­tu­acji, czy grzecz­nie prze­mil­czeć fakt, że do nie­daw­na też za sobą nie prze­pa­da­li­śmy. Osta­tecz­nie de­cy­du­ję się na uczci­wość, choć może mnie ona spo­ro kosz­to­wać - po­wrót do punk­tu wyj­ścia i ko­lej­ną erę za­mro­żo­nych kon­tak­tów z dziad­ka­mi Poli.

- Mnie też spe­cjal­nie nie lu­bi­li­ście.

Oczy star­szych pań­stwa nie­mal wy­pa­da­ją z oczo­do­łów. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wa­li się na­zwa­nia gło­śno uczuć, któ­ry­mi la­ta­mi kon­ser­wo­wa­li nasz brak re­la­cji. Ich kon­ster­na­cja trwa na­no­se­kun­dę, po czym pani Ire­na się pro­stu­je i z obu­rze­niem mówi:

- To zu­peł­nie coś in­ne­go.

- Tak? A jaka jest róż­ni­ca?

- Może rze­czy­wi­ście na po­cząt­ku nie by­li­śmy dla cie­bie cał­kiem spra­wie­dli­wi i źle cię oce­nia­li­śmy, ale...

- Ten po­czą­tek nie­ste­ty trwał do­bre kil­ka lat. - Jed­nak żeby się nie kłó­cić i nie­for­tun­nie nie po­wró­cić do daw­nych ani­mo­zji, po­spiesz­nie do­da­ję: - Cie­szę się, że mamy to już za sobą.

- My też je­ste­śmy za­do­wo­le­ni i nie ma co cho­wać ura­zy.

- Mam na­dzie­ję, że nikt jej nie cho­wa. - Uj­mu­ję fi­li­żan­kę za nie­pro­por­cjo­nal­nie małe i de­li­kat­ne uszko i uno­szę ją nie­spiesz­nie do ust. Pa­ru­ją­cy na­par de­li­kat­nie ła­sko­cze twarz i po­zwa­la po­zbie­rać my­śli. Za­sta­na­wiam się, jak po­móc owe­mu nie­szczę­śni­ko­wi prze­brnąć przez okres nie­chę­ci i dro­bia­zgo­wych te­stów, któ­rym z pew­no­ścią zo­sta­nie pod­da­ny, po­zo­sta­jąc w związ­ku z Elż­bie­tą rów­nie wy­ma­ga­ją­cą jak ro­dzi­ce.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. - Teść wy­glą­da jak or­to­dok­syj­ny Żyd na tu­rec­kim ka­za­niu i spra­wia wra­że­nie, jak­by chciał być gdzieś bar­dzo, bar­dzo da­le­ko stąd.

- A co się te­ściom nie po­do­ba w na­rze­czo­nym Eli?

- Wy­pluj te sło­wa! Jaki tam na­rze­czo­ny? Zwy­czaj­ny zna­jo­my, któ­ry, mam na­dzie­ję, ni­g­dy nie wej­dzie do na­szej ro­dzi­ny.

- Szcze­rze mó­wiąc, to ra­czej do Eli na­le­ży wy­bór, z kim spę­dzi resz­tę ży­cia.

- Niby tak, ale sama zo­ba­czysz, jak to jest, gdy Pola pod­ro­śnie. Mat­ka nie może spo­koj­nie stać obok i pa­trzeć, jak jej dziec­ko po­peł­nia ży­cio­wy błąd. - Te­ścio­wa cięż­ko opa­da na opar­cie ka­na­py, a jej ręka trzy­ma­ją­ca moją cen­ną fi­li­żan­kę z nad­gry­zio­ne­go zę­bem cza­su ser­wi­su po bab­ci drży jak osi­ka na wie­trze, gro­żąc za­pla­mie­niem dy­wa­nu.

- Iren­ko, nie de­ner­wuj się tak, zno­wu ci ci­śnie­nie pod­sko­czy.

- Ja już nie mam siły! Je­stem za­ła­ma­na! Co tam moje ci­śnie­nie w ob­li­czu tego, co pla­nu­je na­sza cór­ka! Prze­cież ona u boku tego czło­wie­ka prze­kre­śli całe swo­je ży­cie.

- Czy te­ścio­wa tro­chę nie prze­sa­dza? - mó­wię nie­pew­nie i spo­glą­dam na te­ścia, li­cząc, że może od nie­go do­wiem się, w czym pro­blem. On jed­nak, za­ję­ty ko­mór­ką, upar­cie mil­czy.

- Wca­le a wca­le! Je­stem prze­ra­żo­na! On za­bie­rze nam na­szą cór­kę.

- My­ślę, że to jed­nak lek­ka prze­sa­da. Co z tym chło­pa­kiem jest nie tak? To ja­kiś były kry­mi­na­li­sta?

- Go­rzej!

- Go­rzej?

Od by­łe­go kry­mi­na­li­sty gor­szy może być tyl­ko ak­tu­al­ny kry­mi­na­li­sta i gdy już za­czy­nam się za­sta­na­wiać, jak i gdzie Elż­bie­ta po­zna­ła ta­kie­go czło­wie­ka, te­ścio­wa mi­no­ro­wym to­nem oświad­cza:

- On jest czar­ny!

- Czar­ny?

- Tak, czar­ny. - Fi­li­żan­ka ze stu­ko­tem lą­du­je nie­bez­piecz­nie na skra­ju ławy i nie­mal spa­da na pod­ło­gę. Drżą­ce ręce te­ścio­wej w ża­łob­nym ge­ście ukła­da­ją się na po­doł­ku, a pu­ste oczy pa­trzą nie­ru­cho­mo gdzieś w prze­strzeń poza nami.

- A co w tym złe­go?

- Jak to? Wszyst­ko!

- Prze­cież to tyl­ko od­cień skó­ry - mó­wię uspo­ka­ja­ją­co.

- Jaki tam od­cień! On jest czar­ny jak as­falt i tyl­ko te bia­łe gały mu świe­cą.

- Ko­cha­nie, nie prze­sa­dzaj.

- A ty się, Sta­chu, nie od­zy­waj!

- Może jest tro­chę eg­zo­tycz­ny...

- Eg­zo­tycz­ny? Jest jak obcy! Jak z in­nej pla­ne­ty! W na­szej ro­dzi­nie ni­g­dy cze­goś po­dob­ne­go nie było.

- Może trze­ba iść z du­chem cza­su i otwo­rzyć się na no­wych lu­dzi. - Nie mogę od­mó­wić so­bie drob­nej zło­śli­wo­ści, któ­ra przy­bie­ra na ję­zy­ku tak słod­ki smak.

Te­ścio­wa jed­nak jak­by jej nie do­strze­ga, za­ję­ta pe­ro­ro­wa­niem na te­mat nie­szczę­ścia, któ­re za­wi­sło nad ro­dzi­ną.

- Daj spo­kój, jaki duch cza­su? Elż­bie­ta wy­my­śli­ła, że po­je­dzie za nim do Afry­ki.

Nie ukry­wam, że po­ukła­da­ne, po­wścią­gli­we i po­zba­wio­ne ener­gii stwo­rze­nie, któ­re bez ma­mu­si nie po­tra­fi ru­szyć się na krok, zdu­mia­ło mnie tym po­my­słem na przy­szłość.

- Ela chce wy­je­chać?

- No wła­śnie! Ja już nie mam siły. Kom­plet­nie nie wiem, co ro­bić, a Sta­ni­sław po­wta­rza tyl­ko jak man­trę, że naj­waż­niej­sze, żeby na­sza cór­ka była szczę­śli­wa.

- Coś w tym jest.

- Nie opo­wia­daj! Jak ona może być szczę­śli­wa w ja­kimś sza­ła­sie?!

- My­ślę, że Afry­ka to nie tyl­ko sza­ła­sy. Taki na przy­kład Jo­han­nes­burg, Na­iro­bi, Kapsz­tad... Zresz­tą może on po­cho­dzi ze Sta­nów?

- Ja­kie Sta­ny?! Ah­med nie jest na­wet z RPA czy z Tu­ne­zji, tyl­ko z Ke­nii!

- Mo­gło być go­rzej.

- Fak­tycz­nie, mógł­by być ka­cy­kiem ple­mie­nia ka­ni­ba­li Kom­bai z Pa­pui-No­wej Gwi­nei!

- Je­śli fa­cet jest na po­zio­mie, to jej ży­cie nie po­win­no się wie­le róż­nić od tego w Eu­ro­pie.

- Ale wca­le nie jest! Po­cho­dzi z ja­kiejś bied­nej ro­dzi­ny... - Te­ścio­wa nie po­tra­fi ukryć zde­ner­wo­wa­nia. Wy­gi­na dło­nie w taki spo­sób, że boję się, iż za­raz wy­sko­czą ze sta­wów, i od­wra­cam wzrok.

- Iren­ko, gdy­by byli tacy bied­ni, nie wy­sła­li­by dzie­cia­ka do Pol­ski. - Teść od­kła­da ko­mór­kę i z dez­apro­ba­tą spo­glą­da na żonę.

- A ty jak zwy­kle sie­dzisz przy sto­le i nie sły­szysz, o czym się roz­ma­wia. Prze­cież opo­wia­dał, jak to pół wio­ski zbie­ra­ło się na bi­let dla nie­go i te całe stu­dia.

- Ale mu­sisz przy­znać, że jest wy­kształ­co­ny.

- Po­żal się Boże, ko­no­wał je­den.

- Te­raz to już prze­sa­dzi­łaś! Skoń­czył me­dy­cy­nę i chce po­ma­gać in­nym. Wła­ści­wie rzad­ko kto może ma­rzyć o zię­ciu le­ka­rzu.

- A idź mi! To już bym wo­la­ła, żeby był... bo ja wiem, hy­drau­li­kiem, spa­wa­czem, do­brych fa­chow­ców te­raz bra­ku­je.

- A pa­mię­tasz, jak Elż­bie­ta przy­pro­wa­dzi­ła do domu kraw­ca?

- To co in­ne­go.

- Moim zda­niem to samo. Sza­la­łaś z roz­pa­czy i sku­tecz­nie wy­tłu­ma­czy­łaś cór­ce, żeby go zo­sta­wi­ła. A fa­cet jest te­raz zna­nym pro­jek­tan­tem i śmie­je ci się w nos.

- Ty mnie nie za­ga­duj, tyl­ko roz­wiąż pro­blem Ah­me­da! Chry­ste Pa­nie, co ja ta­kie­go w ży­ciu zro­bi­łam, że spo­ty­ka mnie taka kara?! Za ja­kie grze­chy... Czło­wiek tylu oso­bom po­mógł i ja­koś do­bra kar­ma do nie­go nie wró­ci­ła.

Przy­glą­dam się ro­dzi­com Paw­ła, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, jaki ma być mój udział w me­za­lian­sie ich uko­cha­nej cór­ki. Chy­ba nie li­czą na to, że od­bi­ję dziew­czy­nie fa­ce­ta i ura­tu­ję ją przed wy­gna­niem do go­rą­cej Afry­ki.

- Ja na miej­scu te­ściów na­sta­wi­ła­bym się jed­nak po­zy­tyw­nie. Prze­cież gdy jej bę­dzie źle, za­wsze może wró­cić do domu. A je­śli nie spró­bu­je, do koń­ca ży­cia może ża­ło­wać, że nie wy­ko­rzy­sta­ła szan­sy. Być może je­dy­nej.

- Na­wet tak nie mów! Atrak­cyj­na jest, wy­kształ­co­na, nie­je­den na taką ko­bie­tę cze­ka.

- Ja­koś w ko­lej­ce się nie usta­wia­ją - mru­czę pod no­sem.

- Co mó­wi­łaś?

- Nic, nic.

- I wła­śnie, Zo­siu, przy­szli­śmy z tą spra­wą do cie­bie. Mam na­dzie­ję, że ro­zu­miesz krwa­wią­ce ser­ce mat­ki i bę­dziesz skłon­na nam po­móc.

- Ja? Niby jak? - Pa­trzę na nich onie­mia­ła. Nie dość, że z Elką za sobą nie prze­pa­da­my, to w do­dat­ku jej młod­szy o kil­ka lat świa­to­po­gląd jest mi po­ko­le­nio­wo obcy i na­praw­dę nie chcia­ła­bym zgłę­biać jego taj­ni­ków.

- Chy­ba nie pro­szę o zbyt wie­le? - Te­ścio­wa ogni­sku­je wzrok na mo­jej twa­rzy i mam wra­że­nie, że jej ide­al­nie uło­żo­ne w fale wło­sy rów­nież za­mie­ra­ją wpa­trzo­ne we mnie.

- Ale co mia­ła­bym jej po­wie­dzieć?

- Nie wiem, z pew­no­ścią coś wy­my­ślisz.

- Co? Poza tym nie je­ste­śmy z Elą w przy­ja­ciel­skich re­la­cjach, ni­g­dy się so­bie nie zwie­rza­ły­śmy, więc nie ro­zu­miem, dla­cze­go te­ścio­wa ocze­ku­je, że ona wy­słu­cha mo­ich rad? Że się otwo­rzy?

- Ja­koś to ro­ze­grasz.

- Zresz­tą nie wiem, co w ta­kiej sy­tu­acji mo­gła­bym jej do­ra­dzić. - Ogar­nia mnie nie­po­kój i czu­ję się ma­ni­pu­lo­wa­na, dla­te­go za wszel­ką cenę usi­łu­ję zna­leźć wyj­ście, byle tyl­ko nie od­by­wać tej nie­wy­god­nej po­ga­dan­ki z dziew­czy­ną, o któ­rej tak mało wiem i któ­ra w rze­czy­wi­sto­ści nie­wie­le mnie ob­cho­dzi. Mam dość wła­snych pro­ble­mów, żeby brać na bar­ki jesz­cze cu­dze. - A nie mogą za­miesz­kać w Po­zna­niu?

- To nie wcho­dzi w ra­chu­bę.

- Dla­cze­go? Prze­cież te­ścio­wie mają bar­dzo duży dom, zresz­tą Elż­bie­ta ma chy­ba na­wet swo­je miesz­ka­nie.

- To nie ma zna­cze­nia, bo ten Murz... ten czło­wiek twier­dzi, że sko­ro lu­dzie z wio­ski ob­da­rzy­li go za­ufa­niem, fi­nan­so­wa­li jego na­ukę, to on te­raz jest im win­ny le­kar­ską mi­sję.

- To aku­rat bar­dzo szla­chet­nie. - Je­stem zdzi­wio­na, że te­ścio­wie mają pre­ten­sje do ko­goś tak ho­no­ro­we­go, ra­czej po­win­ni być dum­ni, że cór­ka zwią­za­ła się z kimś o ta­kim krę­go­słu­pie mo­ral­nym.

- Nie in­te­re­su­ją mnie jego po­bud­ki po­wro­tu do bu­szu, tyl­ko do­bro mo­je­go dziec­ka, a zu­peł­nie nie wy­obra­żam so­bie Elż­bie­ty w ta­kich spar­tań­skich wa­run­kach.

Uczci­wie mu­szę przy­znać te­ścio­wej ra­cję, bo ja rów­nież, mimo buj­nej wy­obraź­ni, nie po­tra­fię ima­gi­no­wać so­bie tej roz­piesz­czo­nej i rosz­cze­nio­wej gów­nia­ry na sien­ni­ku z li­ści pal­mo­wych. Na czym oni mogą tam sy­piać? Za­miast zaj­mo­wać się ro­dzin­nym dra­ma­tem, sku­piam uwa­gę na tak bła­hej spra­wie i roz­wa­żam prze­wa­gę der­ki, któ­rą za dnia na­rzu­ca­ją kozy, nad ple­cion­ką z ja­kichś tro­pi­kal­nych lian.

Od­bie­gam my­śla­mi tak da­le­ko, że umy­ka mi ty­ra­da o do­pu­ście bo­żym, o tym, czy le­piej Elż­bie­tę wy­słać do psy­cho­lo­ga, czy od razu do psy­chia­try, i czy mają na­miar na ko­goś roz­sąd­ne­go, kto przed­ło­ży bez­pie­czeń­stwo i wy­go­dę ich cór­ki nad mi­łość.

- Taki kło­pot mamy, taki kło­pot.

- Ro­zu­miem nie­po­kój, ale oba­wiam się, że w spra­wach mi­ło­snych trze­ba sa­me­mu się spa­rzyć, żeby zmie­nić zda­nie. Są­dzę, że tłu­ma­cze­nia na nic się nie zda­dzą.

- To nie ma zna­cze­nia, mu­si­my pró­bo­wać. Jak ja ża­łu­ję, że nie mo­że­my po pro­stu za­bro­nić Elż­bie­cie się z nim spo­ty­kać. Nie­ste­ty jest peł­no­let­nia i sama za sie­bie od­po­wia­da.

- Może naj­le­piej jej na to po­zwo­lić - pod­su­wam z na­iw­ną na­dzie­ją, że tym spo­so­bem unik­nę kło­po­tli­we­go spo­tka­nia ze szwa­gier­ką.

- Mowy nie ma! My le­piej zna­my ży­cie i je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni tą wie­dzą się dzie­lić, zwłasz­cza z wła­sny­mi dzieć­mi.

Za­sta­na­wiam się, co bym zro­bi­ła na ich miej­scu, gdy­by Pola któ­re­goś dnia oświad­czy­ła, że za­ko­cha­ła się na przy­kład w fa­ce­cie o czter­dzie­ści lat star­szym albo, dla od­mia­ny, ma za­miar za­miesz­kać z ró­wie­śni­kiem, tyle że w igloo w osa­dzie Eski­mo­sów. Pew­nie by­ła­bym rów­nie zroz­pa­czo­na jak mat­ka Paw­ła, dla­te­go nie­chęt­nie przy­sta­ję na jej proś­bę.

- No, mo­gła­bym za­pro­sić Elkę na kawę...

- Nie, nie, le­piej, że­by­ście się spo­tka­ły na neu­tral­nym grun­cie, może w ja­kiejś ka­me­ral­nej knajp­ce.

Te­ścio­wa wy­raź­nie się oży­wia i kle­pie te­ścia po ko­la­nie, co jest rów­nie za­ska­ku­ją­ce jak proś­ba o roz­wią­za­nie mi­ło­sne­go ga­li­ma­tia­su w ich ro­dzi­nie. W koń­cu zga­dzam się nie tyl­ko na ka­me­ral­ną knajp­kę, ale rów­nież na punk­ty i pod­punk­ty ja­rzą­ce się od bły­sko­tli­wych su­ge­stii, któ­rych li­stę przy­go­to­wa­ła te­ścio­wa. Mu­szę przy­znać, że je­stem onie­mia­ła, bo po chwi­li te­ścio­wa z prze­past­nej, mar­ko­wej skó­rza­nej tor­by wyj­mu­je bia­łą ko­per­tę z ta­lią kar­te­czek, na któ­rych sta­ran­nie za­no­to­wa­ła, co w jej oce­nie jest naj­waż­niej­sze, a co może być tyl­ko uzu­peł­nie­niem roz­mo­wy. Nie­śmia­ło pod­peł­za do mnie myśl, że da­łam się zma­ni­pu­lo­wać i że nikt na­wet nie za­kła­dał mo­jej od­mo­wy.

Teść, po­now­nie przy­kle­jo­ny do te­le­fo­nu, wy­da­je się nie­obec­ny, co nie prze­szka­dza mu z cel­no­ścią snaj­pe­ra w od­po­wied­nich mo­men­tach przy­ta­ki­wać i po­mru­ki­wać.

Po pod­kre­śle­niu, że spra­wa jest bar­dzo pil­na, że bar­dzo na mnie li­czą i pro­szą o po­waż­ne po­dej­ście do te­ma­tu, wy­cho­dzą, a ja zo­sta­ję z gma­twa­ni­ną my­śli. Z jed­nej stro­ny uwa­żam, że sko­ro zna­lazł się emo­cjo­nal­ny śle­piec, któ­ry za­ko­chał się w pan­nie wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nej, to po­win­no się go no­sić na rę­kach, z dru­giej jed­nak ro­zu­miem nie­po­kój ro­dzi­ców. Jak znam ży­cie, Elż­bie­ta za­le­d­wie mgli­ście ko­ja­rzy Ke­nię, któ­rą oglą­da­ła pod­czas wa­ka­cji głów­nie z po­zy­cji wy­god­ne­go le­ża­ka. Tym bar­dziej nie ma po­ję­cia o co­dzien­nym ży­ciu w trud­nych, po­za­ho­te­lo­wych wa­run­kach. Przy­pusz­czam, że nie tyl­ko może za­po­mnieć o wi­zy­tach u ko­sme­tycz­ki, zmy­war­ce i te­le­wi­zji, ale rów­nież o bie­żą­cej wo­dzie, pod­sta­wo­wej hi­gie­nie i bez­pie­czeń­stwie. Tle­nio­nej pla­ty­no­wej blon­dyn­ce bę­dzie nie­zmier­nie trud­no wto­pić się w tłum, a nie są­dzę, żeby ten tłum w ogó­le miał ocho­tę wchło­nąć ją choć na chwi­lę.

Za­miast zaj­mo­wać się mi­ło­sny­mi unie­sie­nia­mi Elki, sku­piam się na Poli, któ­ra za­szy­ta w pie­le­szach swo­je­go po­ko­ju czy­ta ko­lej­ną część Ani z Zie­lo­ne­go Wzgó­rza, co przy­pra­wia mnie o ro­dzi­ciel­skie wzru­sze­nie pod ha­słem: dziec­ko czy­ta i to faj­ną książ­kę, przy któ­rej ja, sta­ra baba, nie­odmien­nie się wzru­szam. Co z ko­lei wek­to­ro­wo może po­pro­wa­dzić nas w kie­run­ku wy­ma­rzo­nym przez więk­szość ro­dzi­ców i przez więk­szość ro­dzi­ców nie­moż­li­wym do utrzy­ma­nia: że dziec­ko już za­wsze bę­dzie coś czy­tać.

- Co ro­bisz?

- Czy­tam Anię.

- Faj­nie. Na­dal ci się po­do­ba?

- Tak, tyl­ko ta Ma­ry­la jest dla niej taka su­ro­wa.

- Może chce dla niej jak naj­le­piej.

- Pew­nie tak, ale ty też chcesz dla mnie jak naj­le­piej, a na szczę­ście taka nie je­steś.

Mło­da spo­glą­da na mnie znad książ­ki. Roz­czo­chra­ne wło­sy za­sła­nia­ją jej oczy i jak zwy­kle mam ocho­tę zwró­cić uwa­gę, że nie­dłu­go stra­ci przez to wzrok i że na­tych­miast ma je spiąć w kit­kę. Ale tego nie ro­bię. Po­wstrzy­mu­ję się siłą woli i uda­je mi się nie ze­psuć tej chwi­li.

- Wiesz, kie­dyś ina­czej się my­śla­ło o wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci.

- Bez sen­su.

- Na szczę­ście tro­chę się to zmie­ni­ło.

Mój wzrok pada na za­wa­lo­ne szpar­ga­ła­mi biur­ko i ście­lą­cy się na pod­ło­dze dzi­siej­szy ze­staw ubrań i ja­koś nie po­tra­fię się po­wstrzy­mać od przy­zna­nia ra­cji Ma­ry­li Cu­th­bert i Mał­go­rza­cie Lin­de, że dzie­ci po­win­no się trzy­mać krót­ko. Z dru­giej stro­ny, czy ten baj­zel jest wart roz­dzie­ra­nia szat?

- Mu­sisz tu tro­chę ogar­nąć, za­nim pój­dziesz spać.

- Wiem, ma­muś, ale to jest ta­kie cie­ka­we.

Od­ru­cho­wo pod­no­szę z pod­ło­gi bie­li­znę, dżin­sy, bia­łą blu­zecz­kę z wiel­ką, so­czy­ście czer­wo­ną tru­skaw­ką na ple­cach i za­no­szę do wi­kli­no­we­go po­jem­ni­ka, któ­ry usta­wi­łam tuż przy pral­ce i któ­ry, mimo co­dzien­ne­go pra­nia, jest wiecz­nie pe­łen. Od­kry­wam przy tym, że za­po­mnia­łam po­wie­sić wy­pra­ny wczo­raj weł­nia­ny koc z ko­cie­go le­go­wi­ska. Strze­pu­ję go moc­no, przy oka­zji pro­du­ku­jąc dwa fał­szy­wie brzmią­ce bity, i roz­wie­szam na ka­lo­ry­fe­rze.

Dzień mija jak zwy­kle bez szcze­gól­nych eks­ce­sów i wiel­kich pla­nów. Za­ku­py w po­bli­skim skle­pi­ku, tro­chę le­niu­cho­wa­nia na ka­na­pie z książ­ką, po­spiesz­na wi­zy­ta są­siad­ki: wpa­dła po prze­pis na kek­sa i przy oka­zji oplot­ko­wa­ła swo­ją te­ścio­wą, któ­ra wła­śnie wy­je­cha­ła po nie­zno­śnie dłu­giej i mę­czą­cej trzy­dnio­wej wi­zy­cie. Niby nic się nie dzie­je, a sta­le krę­cę się po domu. I co naj­dziw­niej­sze, mimo bra­ku mę­skiej ręki i nie­daw­ne­go kry­zy­su jest mi do­brze i może na­wet po­my­ślę, że za­czy­nam być szczę­śli­wa. Miło tak cie­szyć się z dro­bia­zgów.

Wie­czo­rem za­glą­dam do po­ko­ju Poli i przy­sia­dam na fo­te­lu przy biur­ku.

- Je­steś spa­ko­wa­na do szko­ły?

- Tak.

- A lek­cje od­ro­bi­łaś?

- Tak.

- Wszyst­kie? Może ra­zem spraw­dzi­my?

- Mamo, od­ro­bi­łam wszyst­ko!

- To może cię z cze­goś prze­py­tać?

Pola gwał­tow­nie od­kle­ja się od książ­ki i wy­stra­szo­ny­mi ocza­mi wpa­tru­je się we mnie, zu­peł­nie jak­bym za­pro­po­no­wa­ła jej trans­fu­zję od­wam­pi­rzej krwi, a nie otwo­rze­nie pod­ręcz­ni­ka do hi­sto­rii.

- Mu­si­my?

- Nie, ale po­my­śla­łam, że może szyb­ko coś po­wtó­rzy­my.

- A nie mo­że­my ju­tro?

- No, w su­mie mo­że­my, tyl­ko czy je­steś pew­na, że wszyst­ko umiesz?

- Tak, spo­ko. Poza tym ju­tro nie ma żad­nych spraw­dzia­nów ani kart­kó­wek.

- Ale za­wsze mo­żesz zo­stać wy­rwa­na do od­po­wie­dzi.

- Wiem, ale się uczy­łam.

- To do­brze.

Przez chwi­lę opo­wia­da­my so­bie, jak mi­nął week­end, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem te­ma­tu psa, któ­re­mu Pola po­świę­ca więk­szość cza­su, roz­pły­wa­jąc się w "achach" i "ochach", a ja je­stem po­dwój­nie szczęś­liwa, że stwo­rze­nie nie bę­dzie miesz­kać z nami i że mała zaj­mu­je my­śli czymś ra­do­snym i po­zy­tyw­nym. Ma to dla mnie tym więk­sze zna­cze­nie, że An­dże­li­ka zno­wu za­czę­ła jej do­ku­czać na prze­rwach i na­ma­wia inne dziew­czyn­ki, by nie ba­wi­ły się z moją cór­ką. Wresz­cie zmę­czo­ne za­sy­pia­my w jej łóż­ku, wtu­lo­ne w sie­bie i bez­wa­run­ko­wą mi­łość, któ­ra ota­cza nas dłu­gi­mi, sil­ny­mi ra­mio­na­mi.

Bu­dzę się sztyw­na w środ­ku nocy. Pola roz­py­cha się całą sobą i z nie­zro­zu­mia­łym dzie­cię­cym upo­rem ukła­da się w po­przek łóż­ka. Spod nie­bie­skiej pi­żam­ki wy­sta­ją bla­de, wy­gię­te w łuk ple­cy. Z mat­czy­ną tro­skli­wo­ścią cią­gnę za ścią­gacz bluz­ki i przy­kry­wam małą szczel­nie koł­drą. Nim wyj­dę z po­ko­ju, Pola się roz­ko­pu­je i zmie­nia­jąc po­zy­cję, ukła­da się na brzu­chu, sze­ro­ko roz­rzu­ca­jąc nogi. Co­fam się i ko­lej­ny raz ją opa­tu­lam.

Wresz­cie do­cie­ram do sy­pial­ni i pa­dam na łóż­ko. Po­dej­rze­wam, że za­snę­łam jesz­cze w lo­cie na po­dusz­ki, i je­stem zu­peł­nie wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi, gdy na­gle sły­szę nad sobą:

- Mamo.

Przez chwi­lę łu­dzę się, że to sen­na mara, ale je­stem w błę­dzie, bo Pola, w mia­rę jak uno­szę po­wie­ki, co­raz wy­raź­niej ma­te­ria­li­zu­je się obok łóż­ka i ocze­ku­je ode mnie re­ak­cji.

- Jezu, Pola, ale mnie wy­stra­szy­łaś.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam.

- OK, nic się nie sta­ło. - Po­cie­ram dło­nią oko i ły­pię na małą z nie­po­ko­jem. - Dla­cze­go już wsta­łaś? - Zer­kam na le­żą­cą obok łóż­ka ko­mór­kę. Pią­ta pięć­dzie­siąt sie­dem.

- Brzuch mnie boli.

W se­kun­dę przy­tom­nie­ję.

- Jak to boli cię brzuch? Gdzie?

- Tu.

Mała wska­zu­je na oko­li­ce pęp­ka. Choć do­sko­na­le wiem, co jej do­le­ga, nie mogę za­dać kil­ku stan­dar­do­wych py­tań. Za­pew­ne to je­den z tych kosz­mar­nych po­ran­ków, gdy Polę stre­su­je pój­ście do szko­ły. Mimo roz­mów z wy­cho­waw­czy­nią, któ­ra spra­wia wra­że­nie, jak­by sama mia­ła pro­ble­my ze sobą, i dwóch roz­mów z dy­rek­cją w re­la­cji dzie­cia­ków nic się nie zmie­ni­ło. Nie­udol­na po­ga­dan­ka psy­cho­lo­ga z dzieć­mi do­pro­wa­dzi­ła tyl­ko do tego, że od­su­nę­ły się od mo­jej cór­ki jesz­cze bar­dziej, po ci­chu na­zy­wa­jąc ją skar­ży­py­tą. Je­stem wy­koń­czo­na i nie wiem, co po­win­nam zro­bić.

- Może coś wczo­raj zja­dłaś?

- Tyl­ko buł­kę z dże­mem na ko­la­cję.

- A nie pod­ja­da­łaś?

- Nie, sło­wo.

- Żad­nych chip­sów, cze­ko­la­dy?

- Nie. Ale w nocy mia­łam bie­gun­kę.

Chry­ste Pa­nie, co mam zro­bić? Na dzie­sią­tą mu­szę być w szko­le, nie ma mowy, że­bym mo­gła się spóź­nić, tym bar­dziej że mamy ja­kąś wi­zy­ta­cję. Na Paw­ła nie mam co li­czyć, a mo­jej gde­ra­ją­cej mat­ki nie mam ocho­ty oglą­dać. Przez chwi­lę roz­wa­żam te­le­fon do te­ściów, ale po­wstrzy­mu­ję się przed wy­bra­niem nu­me­ru do pani Ire­ny. To, że ostat­nio mamy za­dzi­wia­ją­co do­bre re­la­cje, nie ozna­cza, że bez skrę­po­wa­nia mogę pro­sić o przy­słu­gę.

- Może za­pa­rzę ci mię­ty i za­ży­jesz No-spę, po­win­no po­móc.

- Do­brze, ale moc­no mnie boli.

- Spo­koj­nie, za­raz za­dzia­ła­my, naj­wy­żej spóź­nisz się na pierw­szą lek­cję.

Ale ani po go­dzi­nie, ani po dwóch mała nie jest w sta­nie się ogar­nąć, i mam wra­że­nie, że z mi­nu­ty na mi­nu­tę czu­je się co­raz go­rzej, a moja pa­ni­ka przy­bie­ra na sile.

O ósmej oka­zu­je się, że nie ma mowy o pój­ściu do szko­ły. Pola co rusz bie­ga do to­a­le­ty, a ja za nią z na­dzie­ją, że to ostat­ni raz. Wście­kła wy­bie­ram nu­mer Paw­ła, by­naj­mniej nie ocze­ku­jąc z jego stro­ny zro­zu­mie­nia i wspar­cia, ra­czej po to, żeby na kimś wy­ła­do­wać fru­stra­cję. Od­bie­ra po trze­cim sy­gna­le i przy­tłu­mio­nym gło­sem pyta:

- Coś się sta­ło?

- A jak my­ślisz?! - wrzesz­czę w słu­chaw­kę. - Pola jest cho­ra.

- Co jej jest? - pyta z ta­kim spo­ko­jem, jak­by wszyst­ko było w naj­lep­szym po­rząd­ku, a ja dzwo­ni­ła­bym z in­for­ma­cją, jaką wstąż­kę wplo­tłam we wło­sy cór­ki.

- Boli ją brzuch!

- Pew­nie się czymś za­tru­ła. Nie przej­muj się.

- Jak mam się nie przej­mo­wać, kie­dy nie mogę zo­sta­wić jej sa­mej.

- To zo­stań z nią w domu.

- Jak mam zo­stać w domu, sko­ro mu­szę iść do pra­cy! Może ty z nią po­sie­dzisz?

- Jak to so­bie wy­obra­żasz? Od­wo­łam kil­ka ope­ra­cji, pa­cjen­tów, rzu­cę wszyst­ko?

- A dla­cze­go ocze­ku­jesz tego ode mnie?

- Zoś­ka, nie hi­ste­ry­zuj! Za­dzwoń do ko­goś.

Jego sło­wa do­pro­wa­dza­ją mnie do fu­rii.

- Wła­śnie dzwo­nię, ba­ra­nie, ale oczy­wi­ście ty masz inne pro­ble­my niż cho­ro­ba dziec­ka. Jak zwy­kle wszyst­ko jest na mo­jej gło­wie! Nie­źle się usta­wi­łeś i ja...

- Prze­pra­szam cię, ale nie mogę roz­ma­wiać.

Klik. I już go nie ma.

Zle­wa­ją mnie zim­ne poty, bo wiem, że je­śli za pół go­dzi­ny nie wyj­dę z domu, spóź­nię się do pra­cy. Cho­le­ra ja­sna. Wła­śnie tak wy­glą­da skru­cha mo­je­go męża i żal, że nas zo­sta­wił. Nie ro­zu­miem, jak mat­ka może stać po jego stro­nie i nie do­strze­gać tego głę­bo­kie­go cie­nia ego­izmu, któ­ry cią­gnie się za jej uko­cha­nym zię­ciem.

Kom­plet­nie wy­trą­co­na z rów­no­wa­gi bie­gnę do ła­zien­ki i na­kła­da­jąc gru­bą war­stwę ma­ki­ja­żu, opra­co­wu­ję plan awa­ryj­ny, któ­ry jed­nak nie prze­wi­du­je wie­lu opcji:

1. Mimo złe­go sa­mo­po­czu­cia Poli za­wieźć ją do szko­ły, co może skut­ko­wać tym, że:

a. ona bę­dzie czuć się jesz­cze go­rzej,

b. ja będę się stre­so­wać,

c. po go­dzi­nie za­dzwo­ni pie­lę­gniar­ka z in­for­ma­cją, że mam ją szyb­ko ode­brać.

2. Za­brać ją ze sobą do pra­cy, co ozna­cza, że:

a. ja będę się stre­so­wać,

b. ona nu­dzić,

c. i być może czuć jesz­cze go­rzej.

3. Za­dzwo­nić do mat­ki, co jest jed­no­znacz­ne z tym, że:

a. wy­słu­cham ka­za­nia na te­mat bra­ku od­po­wie­dzial­no­ści i tego, że z pew­no­ścią źle go­tu­ję, i gdy­bym słu­cha­ła jej rad, to...

b. Pola bę­dzie szczę­śli­wa,

c. sko­ro ma osła­bio­ny or­ga­nizm, to przy­naj­mniej nie zła­pie od ni­ko­go do­dat­ko­we­go cho­rób­ska.

4. Zo­sta­wić Polę samą w domu i:

a. stre­so­wać się tym, że mo­gło jej się po­gor­szyć,

b. stre­so­wać się tym, że coś mo­gło się jej stać,

c. Pola bę­dzie się nu­dzić i wy­kom­bi­nu­je coś głu­pie­go albo na­żre się ja­kichś świństw w po­sta­ci cu­kier­ków, cia­stek czy chip­sów,

d. za­dła­wi się pod­czas wy­mio­to­wa­nia, stra­ci przy­tom­ność i umrze.

Ta wer­sja wy­da­rzeń ma swo­ją kon­ty­nu­ację w for­mie mrocz­nej wi­zji po­grze­bu i ma­łej bia­łej trum­ny to­ną­cej wśród rów­nie bia­łych, won­nych li­lii na ka­ta­fal­ku oraz wy­rzu­tów su­mie­nia, któ­re będą mnie drę­czy­ły aż do wła­snej śmier­ci. Oczy­wi­ście ta moż­li­wość zo­sta­je od­rzu­co­na jako pierw­sza.

Mię­dzy na­kła­da­niem nie­bie­skich cie­ni na po­wie­ki a tu­szo­wa­niem rzęs do­cho­dzę do je­dy­ne­go słusz­ne­go wnio­sku, że choć bar­dzo nie chcę tego ro­bić, to po­pro­sze­nie mamy o po­moc jest je­dy­nym słusz­nym wyj­ściem z sy­tu­acji.

Nie­udol­nie ma­new­ru­ję la­kie­rem do wło­sów, usi­łu­jąc po­skro­mić nie­po­słusz­ne ko­smy­ki i jed­no­cze­śnie nie wy­pu­ścić ko­mór­ki, któ­rą po po­spiesz­nym wy­bra­niu nu­me­ru mat­ki wci­snę­łam mię­dzy ucho a ra­mię. Te­le­fon dzwo­ni i dzwo­ni, a ona ja­koś nie spie­szy się z ode­bra­niem. Może jesz­cze śpi? Oka­zu­je się, że się nie mylę. Gdy już mam się roz­łą­czyć, w moim uchu roz­kwi­ta jej za­spa­ne:

- Halo, kto mówi?

- Cześć, mamo, to ja. - Mo­bi­li­zu­ję wszyst­kie siły i ga­szę ner­wy, żeby brzmieć swo­bod­nie i przy­jaź­nie.

- Wiesz, któ­ra go­dzi­na?

- Tak, prze­pra­szam, że dzwo­nię o tej po­rze, ale...

- Coś się sta­ło?

- Pola się roz­cho­ro­wa­ła.

- Co ty mó­wisz? A jesz­cze wczo­raj wie­czo­rem, jak z nią roz­ma­wia­łam przez te­le­fon, była taka oży­wio­na.

- Nie wiem, mamo, ale dziś już nie jest taka ra­do­sna.Źle się czu­je.

- A co jej jest? Prze­zię­bie­nie? Mó­wi­łam ci tyle razy, że po­win­na wkła­dać czap­kę. Po­go­da w paź­dzier­ni­ku jest bar­dzo złud­na, rano jest zim­no, po­tem świe­ci słoń­ce, czło­wiek się roz­bie­ra i nie­szczę­ście...

- Boli ją brzuch.

- Wi­dzisz, mó­wi­łam, że­byś nie uży­wa­ła ko­stek ro­so­ło­wych, ale ty wiesz le­piej.

- Prze­cież nie uży­wam.

- Ta­kie tam ga­da­nie. Mu­sisz uży­wać, bo ina­czej te two­je zupy...

- Mamo, daj spo­kój, pro­szę. Po­wiedz, czy da­ła­byś radę pod­je­chać do mło­dej na chwi­lę. Ja mu­szę biec do pra­cy, a boję się zo­sta­wić ją samą.

Mię­dzy nami roz­sia­da się nie­po­ko­ją­ca ci­sza i już wiem, że nie mam co li­czyć na po­zy­tyw­ne roz­wią­za­nie pro­ble­mu.

- Moja dro­ga, bar­dzo bym chcia­ła ci po­móc, ale o ta­kich spra­wach mu­sisz mnie in­for­mo­wać wcze­śniej. Je­śli my­ślisz, że ja nie mam swo­ich pla­nów...

- Mamo, skąd mo­głam wie­dzieć, że Pola się roz­cho­ru­je? Je­śli nie mo­żesz, to po pro­stu po­wiedz i nie ma spra­wy.

- Ty na­wet w ta­kiej sy­tu­acji...

- Mamo, bła­gam, nie mam siły. Ro­zu­miem, że nie dasz rady?

- Tak jak po­wie­dzia­łam, mam swo­je pla­ny. Tak bez uprze­dze­nia, dziec­ko, nie mo­żesz się spo­dzie­wać, że rzu­cę wszyst­ko. Na­wet gdy­bym bar­dzo chcia­ła, to nie mogę od­wo­łać wi­zy­ty u Ka­je­ta­na. Wiesz, ile trze­ba po­tem cze­kać.

- Sor­ry, że py­ta­łam. Po­ra­dzi­my so­bie.

- Mam na­dzie­ję. Dziec­ko po to ma mat­kę, żeby ona w ta­kich sy­tu­acjach się nim za­ję­ła. Ja na two­im miej­scu za­sta­no­wi­ła­bym się...

- Mamo, cześć, mu­szę biec, po­ga­da­my póź­niej.

- Wąt­pię. Dzwo­nisz tyl­ko wte­dy, gdy cze­goś po­trze­bu­jesz.

- Też mo­żesz do mnie prze­krę­cić.

- Je­stem sta­ra i scho­ro­wa­na, chy­ba mogę ocze­ki­wać...

- Pa. - Roz­łą­czam się.

Nie­zro­zu­mia­łe dla mnie uwiel­bie­nie ro­dzi­ciel­ki dla jej fry­zje­ra Ka­je­ta­na, któ­ry przyj­mu­je w ga­ra­żu prze­ro­bio­nym na sa­lon fry­zjer­ski, szum­nie na­zwa­ny Ma­nu­fak­tu­rą fry­zur, kon­ku­ru­je tyl­ko z mi­ło­ścią do zię­cia. Przy czym ani je­den, ani dru­gi nie jest wca­le wy­jąt­ko­wy. Ka­je­tan per­ma­nent­nie uzy­sku­je na si­wych wło­sach mo­jej ro­dzi­ciel­ki obrzy­dli­wie żół­ty od­cień, któ­ry oka­zjo­nal­nie wpa­da w zie­leń albo po­ma­rańcz, i w sty­lu awan­gar­do­wym nie­re­gu­lar­nie i cha­otycz­nie przy­ci­na­jąc jej wło­sy, upo­dab­nia ją do stra­cha na wró­ble. Przy­ja­ciół­ki na wi­dok no­wych kon­struk­cji na jej gło­wie gło­śno prze­ły­ka­ją śli­nę wraz z okrzy­ka­mi prze­ra­że­nia, a ona na prze­kór lo­gi­ce żyje w prze­ko­na­niu, że jej za­zdrosz­czą.

Moim zda­niem ko­leś le­d­wo od­róż­nia ostrza no­ży­czek od ich uchwy­tu, a far­ba­mi bawi się jak dziec­ko w przed­szko­lu ma­lu­ją­ce sło­necz­ko i eks­pe­ry­men­tu­ją­ce, jaki ko­lor wyj­dzie po zmie­sza­niu far­by zie­lo­nej z czer­wo­ną, żół­tej z fio­le­to­wą i tak da­lej.

Dziw­nym tra­fem ma­muś­ka nie fun­du­je Paw­ło­wi ka­zań na te­mat ży­wie­nia, opie­ki czy odzie­nia jej wnucz­ki, za­kła­da­jąc, że to mat­ka jest od­po­wie­dzial­na za wszyst­ko. Zu­peł­nie jak­by oj­ciec po uwol­nie­niu zwy­cię­skie­go plem­ni­ka mógł za­po­mnieć o po­tom­stwie do cza­su, aż w wie­ku osiem­dzie­się­ciu lat, uwie­szo­ny na bal­ko­ni­ku, bę­dzie ocze­ki­wał od la­to­ro­śli wspar­cia.

Mam dość. W pa­ni­ce prze­cho­dzę do punk­tu dru­gie­go, czy­li opcji za­bra­nia Poli z sobą do pra­cy i upchnię­cia w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­ga albo w bi­blio­te­ce.

- Pola, szyb­ko, ubie­raj się!

- Ale po co?

- Je­dziesz ze mną do pra­cy.

- Mu­szę?

- Nie mo­żesz sama zo­stać w domu, sko­ro tak źle się czu­jesz.

- Nic mi nie bę­dzie.

- Nie ma mowy! Mam tyl­ko trzy lek­cje, więc za­raz wró­ci­my.

- Ale ja się tam będę po­twor­nie nu­dzić.

- Jezu, spa­kuj książ­kę, lap­top, co tyl­ko chcesz, tyl­ko bła­gam cię, po­spiesz się, bo nie mogę się spóź­nić.

Gnam do kuch­ni przy­go­to­wać śnia­da­nie skła­da­ją­ce się z ka­nap­ki z ma­słem i gar­ści bisz­kop­tów, któ­re upy­cham do to­reb­ki. Nie mam żad­nych su­char­ków, ale to musi Poli wy­star­czyć. Sama po­pi­jam w bie­gu czar­ną kawę i po chwi­li mo­co­wa­nia się z lap­to­pem, któ­ry jak na złość nie chce się zmie­ścić do tor­by, gna­my do mo­jej szko­ły. Wpa­dam zdy­sza­na tuż przed dzwon­kiem na prze­rwę i za­sta­na­wia­jąc się, gdzie małą zo­sta­wić, wbie­gam do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go.

- O, a kogo my tu mamy? - Ger­ma­nist­ka Anka, naj­bar­dziej wścib­ska z ca­łe­go gro­na pe­da­go­gicz­ne­go, wie­trząc sen­sa­cję, ma­te­ria­li­zu­je się obok nas.

- Cześć, Pola się roz­cho­ro­wa­ła i mu­sia­łam ją za­brać ze sobą.

- Nie mia­łaś jej z kim zo­sta­wić? Moja bie­dacz­ka, jaka ty je­steś ślicz­na, chy­ba po ta­tu­siu, a te oczy!

Gdy­bym jej do­brze nie zna­ła, da­ła­bym się zwieść jej słod­kim słów­kom, któ­re naj­wy­raź­niej roz­ta­pia­ją moją cór­kę.

- Anna, prze­pra­szam, ale mu­szę za­pro­wa­dzić Polę do bi­blio­te­ki.

- Ale po co? Ja mam te­raz okien­ko i z przy­jem­no­ścią zaj­mę się tak pięk­nym stwo­rze­niem. Co, mała? Po­sie­dzisz z ciot­ką?

- Chęt­nie.

Je­stem w sta­nie przed­wy­le­wo­wym, gdy wy­obra­żam so­bie, jak przez naj­bliż­sze czter­dzie­ści pięć mi­nut z mo­jej cór­ki będą wy­cią­ga­ne naj­głęb­sze se­kre­ty ro­dzin­ne, jak bę­dzie in­da­go­wa­na i za­chę­ca­na, by o na­szej ro­dzi­nie opo­wie­dzieć coś wię­cej, naj­le­piej o pi­kant­nym po­sma­ku.

- Sor­ry, ale już się umó­wi­łam z Kaś­ką z bi­blio­te­ki - łżę jak pies.

- A to cie­ka­we, bo jest na zwol­nie­niu le­kar­skim. - Anka z sa­tys­fak­cją wbi­ja we mnie szpi­le spoj­rze­nia, a ja ro­bię wszyst­ko, by utrzy­mać pion i nie za­cząć się ku­lić.

- Żar­tu­jesz? Nic nie wie­dzia­łam, pew­nie za­po­mnia­ła mi po­wie­dzieć.

- Pew­nie tak. - Anka try­um­fu­je. - To co, moja mała, je­ste­śmy zda­ne na sie­bie.

- Pola mia­ła czy­tać lek­tu­rę i za­bra­ła...

- Oj tam, oj tam. Lek­tu­ra nie za­jąc, nie uciek­nie. A sko­ro moż­na miło spę­dzić czas, to po­czy­tasz so­bie w domu, praw­da?

Nie mam wyj­ścia i mu­szę zo­sta­wić je ra­zem, uda­je mi się tyl­ko szep­nąć Poli, że ta "cio­cia" Ania wca­le nie jest taka faj­na, jak się wy­da­je, i że bę­dzie ją o wszyst­ko wy­py­ty­wać i żeby nie mó­wi­ła za dużo.

- Pola, jak nie daj Boże, po­czu­jesz się go­rzej, po­proś ciot­kę o ko­mór­kę i za­dzwoń do mnie, to wyj­dę z lek­cji.

- OK.

- Dasz so­bie radę?

- Mamo, nie martw się.

- Spo­koj­nie, po­ra­dzi­my so­bie. Chodź, ko­cha­na, ku­pi­łam pysz­ne pty­sie.

Anka po­py­cha małą do swo­je­go sto­li­ka w ką­cie pod oknem, co jest stra­te­gicz­ną po­zy­cją, z któ­rej swo­bod­nie moż­na ob­ser­wo­wać cały po­kój na­uczy­ciel­ski, nie ma­jąc ni­ko­go za ple­ca­mi.

- Pola może jeść tyl­ko bisz­kop­ty, ma pro­blem z żo­łąd­kiem.

- Do­bry ptyś jesz­cze ni­ko­mu nie za­szko­dził. Ja jem je co­dzien­nie i zo­bacz, jak wy­glą­dam.

Po­mi­jam jej sze­lesz­czą­ce sło­wa i li­cząc na roz­są­dek la­to­ro­śli, ape­lu­ję:

- Pola, pa­mię­taj, że je­steś na die­cie.

- Tak, mamo, prze­cież wiem.

Rzu­cam okiem na znie­na­wi­dzo­ną ger­ma­nist­kę i nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że spo­glą­dam na gi­gan­tycz­ne­go pty­sia, któ­re­mu fałd tłusz­czu wy­le­wa się nad pa­skiem spodni, a ce­ki­ny gę­sto na­szy­te na sza­rą ba­weł­nia­ną bluz­kę lśnią jak cu­kier pu­der. Otrzą­sam się z nie­ape­tycz­nej wi­zji i ru­szam do drzwi.

- Bądź grzecz­na, pa.

- Cześć, mamo.

Nie mogę sku­pić się na lek­cji, drę­czo­na my­ślą o tym, z cze­go zwie­rza się wła­śnie moja cór­ka. Czy opo­wia­da o na­szych kłót­niach z Paw­łem, czy ogra­ni­cza się do wy­zna­nia, jak pła­ka­łam, gdy od­cho­dził. A może wy­wle­ka hi­sto­rię ro­man­su bab­ci He­le­ny, któ­ra ze wspól­nych wa­ka­cji wró­ci­ła z na­rze­czo­nym Ra­fa­łem. Pocę się i co rusz zer­kam na wi­szą­cy nad drzwia­mi ze­gar, któ­re­go wska­zów­ki nie po­su­wa­ją się do przo­du. Mam nie­od­par­te po­czu­cie, że czas sta­nął w miej­scu i czy­ha na moją zgu­bę, po­ka­zu­jąc mi wiel­ki czer­wo­ny ję­zyk.

Wresz­cie lek­cja do­bie­ga koń­ca i mogę zbiec na dół, by spraw­dzić, co po­ra­bia moje in­da­go­wa­ne dziec­ko. Naj­wy­raź­niej prze­słu­cha­nie do­bie­gło koń­ca, bo za­do­wo­lo­na Anka sie­dzi przy sto­li­ku, po­pi­ja­jąc kawę, a Pola pa­ła­szu­je słod­kie ciast­ko z kre­mem, bru­dząc bu­zię cze­ko­la­do­wą po­le­wą.

- Pola, prze­cież bo­lał cię brzuch!

- Ale już czu­ję się le­piej. Cio­cia Ania po­wie­dzia­ła, że od jed­ne­go pty­sia jesz­cze nikt nie umarł.

- Może ci się zno­wu zro­bić nie­do­brze.

- Cio­cia Ania po­wie­dzia­ła, że cza­sa­mi trze­ba klin wy­bić kli­nem, i ten ptyś jest ta­kim kli­nem, któ­ry wy­bi­je ze mnie złe sa­mo­po­czu­cie.

- Prze­dziw­na teo­ria. - Pio­ru­nu­ję Ankę wzro­kiem, ona jed­nak wła­śnie za­ję­ła się stu­dio­wa­niem na­głów­ków ga­ze­ty po­rzu­co­nej przez ko­goś na sto­li­ku obok. - Sko­ro mnie nie słu­chasz, to nie przy­chodź po­tem z pła­czem, że je­steś cho­ra.

- Ma­muś, spo­koj­nie, nic mi nie bę­dzie.

Nie czu­ję się uspo­ko­jo­na. Dwie ko­lej­ne lek­cje wlo­ką się rów­nie nie­mra­wo jak ta pierw­sza. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga na tym, że już się tak nie stre­su­ję. Po pierw­sze, Anka po­szła na wła­sne za­ję­cia, po dru­gie, już pew­nie wy­cią­gnę­ła z mo­je­go dziec­ka wszyst­ko, co chcia­ła. Że też mu­sia­łam na nią wpaść.

Jak było do prze­wi­dze­nia, Poli w dro­dze do domu robi się nie­do­brze. Nie po­ma­ga zmia­na miej­sca w sa­mo­cho­dzie i prze­siad­ka z tyl­nej ka­na­py na przed­nie sie­dze­nie. W po­ło­wie dro­gi na de­skę roz­dziel­czą, dy­wa­nik, gał­kę bie­gów i fo­tel wy­pły­wa po­zo­sta­łość po nie­stra­wio­nym pty­siu, a Pola z bia­łej robi się zie­lo­na. W domu oka­zu­je się, że na do­miar złe­go ma go­rącz­kę i cała dy­go­cze. Nie mam siły i su­mie­nia ro­bić jej wy­rzu­tów, ra­czej po­win­nam zga­nić idiot­kę Ankę, ale ona i tak z pew­no­ścią by nie zro­zu­mia­ła, w czym rzecz. W koń­cu do­cho­dzę do wnio­sku, że naj­zdrow­szym i naj­wła­ściw­szym by­ło­by wy­bra­nie punk­tu czwar­te­go i zo­sta­wie­nie dziec­ka sa­me­go w domu.

2

Pola cho­ru­je przez ty­dzień. Am­pli­tu­da go­rącz­ki w cią­gu dnia jest nie­wiel­ka, za to wie­czo­rem i nad ra­nem ko­ły­sze ca­łym or­ga­ni­zmem z po­dwój­ną siłą, do­bi­ja­jąc nie­mal do czter­dzie­stu stop­ni. Pa­weł nie­for­tun­nie po­in­for­mo­wa­ny o cho­ro­bie ma­łej dzwo­ni z le­kar­ski­mi po­ra­da­mi każ­de­go dnia, zu­peł­nie nic nie wno­sząc do pro­ce­su zdro­wie­nia. Na­rzu­ca się z iry­tu­ją­cy­mi ra­da­mi w sty­lu: że mała musi re­gu­lar­nie przyj­mo­wać leki, brać pro­bio­tyk, je­śli łyka an­ty­bio­tyk, że nie po­win­nam prze­sa­dzać z ogrze­wa­niem domu, bo przy oka­zji mogę prze­grzać i tak już roz­pa­lo­ną cór­kę. Sam uni­ka nas jak ognia, ar­gu­men­tu­jąc to tym, że ab­so­lut­nie nie może na­ra­zić sie­bie i po­śred­nio pa­cjen­tów na kon­takt z wi­ru­sem.

Nie wiem, jak na­tu­ra to so­bie wy­kom­bi­no­wa­ła, że my, mat­ki, nie tyl­ko nie oba­wia­my się za­ra­że­nia, lecz w do­dat­ku pod­czas cho­ro­by dziec­ka same na nią nie za­pa­da­my, zo­gni­sko­wa­ne na sa­ma­ry­tań­skiej po­trze­bie nie­sie­nia ulgi i po­mo­cy dziec­ku.

Krzą­tam się mię­dzy kuch­nią, do­mem, szko­łą, ko­re­pe­ty­cja­mi i ma­new­ru­ję tą wy­ła­do­wa­ną tacz­ką tak, że po dwóch dniach sta­ję się sa­mo­wy­star­czal­na i już nie wy­dzwa­niam do ni­ko­go z proś­bą o po­moc.

Pola nie­mra­wo wra­ca do zdro­wia, przy­tło­czo­na ilo­ścią lek­cji i za­dań, któ­re musi nad­ro­bić do szko­ły. Je­stem rów­nie prze­ra­żo­na i wiem, że naj­bliż­szy week­end spę­dzi­my po­chy­lo­ne nad pod­ręcz­ni­ka­mi i ze­szy­ta­mi.

Tym­cza­sem te­ścio­wa re­ali­zu­je swój pod­stęp­ny plan i niby od nie­chce­nia uma­wia się z nami, to zna­czy ze mną i Elż­bie­tą, w ka­me­ral­nej knajp­ce w cen­trum mia­sta. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że za­raz po tym, jak zaj­mie­my sto­lik, po­de­rwie się spa­ni­ko­wa­na, oświad­czy, że o czymś za­po­mnia­ła, i zo­sta­wi nas sa­mym so­bie.

Nie prze­pa­dam za Elą, któ­ra za­cho­wu­je się jak kró­lo­wa Elż­bie­ta i pa­trzy na wszyst­kich z góry. Wy­cho­wa­na w kul­cie młod­sze­go dziec­ka, Kin­der nie­spo­dzian­ki ostat­nich przed­me­no­pau­zal­nych mie­się­cy, wy­ro­sła na stwo­rze­nie ty­leż pew­ne sie­bie i za­ro­zu­mia­łe, co ży­cio­wo otę­pia­łe i po­zba­wio­ne ikry. Prze­ko­na­nie o wła­snej wy­jąt­ko­wo­ści sku­tecz­nie wy­cię­ło z jej ży­cia zna­jo­mych, któ­rzy nie byli w sta­nie speł­nić jej am­bit­nych to­wa­rzy­skich ocze­ki­wań. Spro­wa­dza­ło się to do nie­ustan­nej ana­li­zy, kto, co i gdzie po­wie­dział, kto po­wi­nien do kogo za­dzwo­nić i kto wi­nien zło­żyć re­wi­zy­tę. Przy oka­zji stwo­rzy­ła wła­sny dress code i pro­to­kół, w któ­rym bra­ku­je tyl­ko czo­ło­bit­nych ukło­nów i dy­ga­nia.

Z tym więk­szą nie­chę­cią przy­go­to­wu­ję się do dzi­siej­sze­go spo­tka­nia. Plan jest opra­co­wa­ny w naj­mniej­szych szcze­gó­łach. Te­ścio­wie przy­jeż­dża­ją do mnie, teść zo­sta­je z Polą, ja z te­ścio­wą je­dzie­my moim sa­mo­cho­dem do knaj­py i, jak po­dej­rze­wam, te­ścio­wa po chwi­li znik­nie, by wró­cić tak­sów­ką do mo­je­go domu... a ja spę­dzę kosz­mar­ną go­dzi­nę w kosz­mar­nym to­wa­rzy­stwie.

Przez chwi­lę za­sta­na­wiam się, w co się ubrać. Pę­ka­ją­ca w szwach sza­fa, z któ­rej ka­ska­da­mi wy­le­wa­ją się ko­lo­ro­we su­kien­ki, ze­sta­wy blu­zek i ko­szul, tym ra­zem nie ma nic do za­ofe­ro­wa­nia. Nie znaj­dę w niej, zwłasz­cza po tym, jak przy­bra­łam pięć ki­lo­gra­mów, sty­lo­we­go ko­stiu­mu czy ma­łej czar­nej na każ­dą oka­zję z od­po­wied­nio bry­lan­to­wą met­ką ukry­tą mię­dzy szwa­mi. Wresz­cie się pod­da­ję i do­cho­dzę do wnio­sku, że nie ma naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, co na sie­bie na­cią­gnę, bo przy ide­al­nie skro­jo­nym i od­szy­tym ko­stiu­mie Elż­bie­ty z naj­now­szej ko­lek­cji Pra­dy czy in­ne­go Gab­ba­ny i tak wy­pad­nę skrom­nie i po­spo­li­cie.

Po­rzu­cam odzie­żo­we dy­wa­ga­cje i de­cy­du­ję się na czar­ne spodnie rur­ki z tka­ni­ny uda­ją­cej dżins i bia­łą bluz­kę z fal­ba­ną, któ­rą dwa se­zo­ny wcze­śniej ku­pi­łam w COS-ie w Sta­rym Bro­wa­rze. Nie wy­glą­dam naj­szczę­śli­wiej, co w tej sy­tu­acji zu­peł­nie mnie nie dzi­wi. Za­da­ję szy­ku wiel­ki­mi zło­ty­mi kol­czy­ka­mi od Or­skiej i nie­bo­tycz­nie wy­so­ki­mi szpil­ka­mi, któ­re w lep­szych cza­sach przy­wio­złam z wy­pa­du z Paw­łem do Pa­ry­ża, a któ­re mimo wie­lu lat no­sze­nia nie stra­ci­ły ani na fa­so­nie, ani na wy­go­dzie.

Wła­śnie prze­cią­gam ostat­ni­mi dłu­gi­mi ru­cha­mi mas­carą po rzę­sach, ir­ra­cjo­nal­nie otwie­ra­jąc przy tym usta, gdy pod dom pod­jeż­dża mały czar­ny mer­ce­des te­ścio­wej. Nim zbie­gnę na dół, żeby im otwo­rzyć, krzy­czę do cór­ki:

- Pola, wy­cho­dzę! Przy­je­cha­li dziad­ko­wie, chodź się przy­wi­tać!

- Za­raz...

- Nie za­raz, tyl­ko te­raz!

- No do­bra, nie złość się.

- Nie złosz­czę się, ale nie wy­pa­da, żeby dziad­ko­wie cze­ka­li, chodź­że wresz­cie.

- Do­bra, już idę.

Pola wy­ła­nia się ze swo­je­go po­ko­ju, dziw­nie za­czer­wie­nio­na na twa­rzy z bły­ska­mi w oczach, co bu­dzi mój strach, że zno­wu jest cho­ra.

- Do­brze się czu­jesz?

- Tak, a dla­cze­go?

- Tak tyl­ko py­tam. Masz dziw­ne wy­pie­ki.

Lęk, że zno­wu za­pa­da­my się w ko­lej­ną cho­ro­bę czy złe sa­mo­po­czu­cie, za­cho­wu­ję dla sie­bie. Uważ­nie przy­glą­dam się ma­łej, za­sta­na­wia­jąc się, czy to nie pierw­sze ob­ja­wy sza­le­ją­cej w mie­ście gry­py żo­łąd­ko­wej.

- A będę mo­gła ho­do­wać mrów­ki?

- Że co?

- No wiesz, mrów­ki. Ku­pu­je się ta­kie spe­cjal­ne for­mi­ka­rium i w nim trzy­ma się kró­lo­wą, a po­tem ona skła­da ja­jecz­ka...

Nie dość, że nie zna­łam tak eg­zo­tycz­ne­go po­ję­cia jak for­mi­ka­rium, to w do­dat­ku na­wie­dza mnie wi­zja ła­żą­cych po ca­łym domu ko­lo­nii mró­wek. Oczy­wi­ście to nie pora dys­ku­to­wać na ten te­mat, więc z uśmie­chem pro­po­nu­ję, że po­roz­ma­wia­my o tym, jak wró­cę.

- Ale się zgo­dzisz?

- Po­ga­da­my, zo­ba­czy­my.

- Oj, mamo, jak tak mó­wisz, to już wiem, że nic z tego nie bę­dzie.

- Nie za­kła­daj naj­gor­sze­go. Je­śli mnie prze­ko­nasz do po­my­słu i za­gwa­ran­tu­jesz, że to dzia­do­stwo nie roz­le­zie się po cha­łu­pie...

- To nie żad­ne dzia­do­stwo, tyl­ko naj­in­te­li­gent­niej­sze zwie­rzę­ta, ja­kie żyją na zie­mi. Nie wiem, czy wiesz, że...

- Halo, wy­ha­muj, ko­cha­nie, po­ga­da­my póź­niej, bo te­raz na­wet trud­no mi się sku­pić na tym, co mó­wisz.

Cór­ka, za­do­wo­lo­na, że zni­kam z pola wi­dze­nia i bę­dzie mo­gła za­jąć się sobą, bez ma­ru­dze­nia na te­mat lek­cji, usi­łu­je po­now­nie za­szyć się w swo­im po­ko­ju.

- Wró­cę za go­dzi­nę, może pół­to­rej.

- OK.

- Nie otwie­raj ni­ko­mu. Zresz­tą prze­cież dzia­dek z tobą zo­sta­je, to ja­koś da­cie radę.

- Ja­sne, nie martw się, nie będę pró­bo­wa­ła pod­pa­lić cha­ty ani ni­g­dzie nie wyj­dę.

- Mam na­dzie­ję. - Uśmie­cham się pod no­sem, bo wiem, że moje uło­żo­ne dziec­ko na­wet nie wpad­nie na taki po­mysł. - Gdy­by coś się dzia­ło, za­dzwoń­cie do cio­ci Kasi, uprze­dzi­łam, że wy­cho­dzę na chwi­lę.

- Mamo, spo­ko, dam so­bie radę.

- Wiem, ko­cha­nie, ale wiesz, na wszel­ki wy­pa­dek war­to mieć ja­kieś wyj­ście awa­ryj­ne.

- Czy ty za­wsze mu­sisz pa­ni­ko­wać?

- Naj­wy­raź­niej i mu­sisz się do tego przy­zwy­cza­ić. Le­piej pa­ni­ko­wać za­wcza­su, niż po­tem ża­ło­wać...

- Wiem, znam te two­je śpiew­ki.

- Pola! - wo­łam, uda­jąc obu­rze­nie.

- Mamo, prze­cież nie mam trzech lat.

- Wiem, ale nie­szczę­ścia i wy­pad­ki cho­dzą też po do­ro­słych.

- Idź już, bo się spóź­nisz.

- Pa!

Teść wcho­dzi nie­spiesz­nie do domu i od razu zo­sta­je na­pad­nię­ty przez wnucz­kę, któ­ra każe mu na­tych­miast wdra­pać się na pię­tro. Na buzi ma­łej wy­kwi­ta za­do­wo­le­nie, że wresz­cie zna­la­zła po­tul­ne­go słu­cha­cza, któ­ry dla świę­te­go spo­ko­ju wy­słu­cha pre­lek­cji o ho­dow­li, uży­tecz­no­ści i stra­te­giach wszę­do­byl­skich ro­ba­ków. Przez na­no­se­kun­dę za­sta­na­wiam się, czy mrów­ki to ro­ba­ki. Za­raz jed­nak sku­piam się na tym, jaki do­brać je­dwab­ny bądź uda­ją­cy je­dwab sza­lik, i wresz­cie de­cy­du­ję się na wście­kły róż, któ­ry ma mi do­dać ani­mu­szu. Owi­jam go nie­dba­le dwa razy wo­kół szyi i ma­cham sie­dzą­cej w sa­mo­cho­dzie te­ścio­wej.

Wy­cho­dzę. A za­nim wyj­dę, upew­niam się, że wszyst­kie okna na par­te­rze, zwłasz­cza bal­ko­no­we, są za­mknię­te, że ku­chen­ka jest wy­łą­czo­na i że ka­bel że­laz­ka nie do­ty­ka jego na­grza­nej sto­py. Mimo wyj­mo­wa­nia rze­czy z pral­ki za­raz po skoń­cze­niu pra­nia, rów­ne­go roz­wie­sza­nia na su­szar­ce i sta­ran­ne­go wy­pra­so­wa­nia więk­szość ko­szul do­ma­ga się od­świe­że­nia go­rą­cą parą tuż przed wło­że­niem, a ja jak zwy­kle roz­kła­dam de­skę do pra­so­wa­nia w sa­lo­nie na ostat­nią chwi­lę, a po­tem się stre­su­ję, czy po moim wyj­ściu go­rą­ce jesz­cze że­laz­ko nie pu­ści domu z dy­mem. Tym ra­zem wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Za­my­kam drzwi, prze­krę­cam klucz, upew­niam się, szar­piąc za klam­kę, że za­mek trzy­ma, i wresz­cie z wes­tchnie­niem re­zy­gna­cji wi­tam się z te­ścio­wą.

- Dzień do­bry.

- Cześć, ko­cha­nie.

Spra­wa musi być gru­ba, sko­ro po raz pierw­szy zo­sta­ję na­zwa­na przez star­szą pa­nią "ko­cha­niem".

- Tak so­bie po­my­śla­łam, że może po­je­dzie­my moim sa­mo­cho­dem.

- A dla­cze­go? Bo­isz się ze mną jeź­dzić?

- Nie, skąd. Tyl­ko po­dej­rze­wam, że bę­dzie mama usi­ło­wa­ła zo­sta­wić nas same...

- Może się tak zda­rzyć.

- No wła­śnie. To może le­piej bę­dzie, jak mama wró­ci so­bie spo­koj­nie tak­sów­ką. A ja jesz­cze będę mu­sia­ła pod­je­chać na chwi­lę do szko­ły, bo za­po­mnia­łam za­brać kla­sów­ki do spraw­dze­nia.

- Jak chcesz, w su­mie jest mi to obo­jęt­ne.

Lą­du­ję za kie­row­ni­cą sa­mo­cho­du, a te­ścio­wa, zaj­mu­jąc sie­dze­nie obok, traj­ko­cze o tym, jak bar­dzo nie może się po­go­dzić z wy­bo­rem cór­ki, i opo­wia­da ko­lej­ne far­ma­zo­ny wy­czy­ta­ne w in­ter­ne­cie: a to, że lu­dzie o TYM ko­lo­rze skó­ry wy­dzie­la­ją bar­dziej śmier­dzą­cy pot, a to, że nie przy­wią­zu­ją się do żon i za­zwy­czaj chęt­nie za­mie­nia­ją je na nowe, że po­ję­cie mo­no­ga­mii dla nich nie ist­nie­je, i tak w kół­ko.

Naj­chęt­niej, ko­rzy­sta­jąc z tych kil­ku wy­rwa­nych chwil, zo­sta­wi­ła­bym pa­nią Ire­nę w knajp­ce z cór­ką, a sama po­je­cha­ła­bym na plot­ki do Joli. Tym­cza­sem za­gry­zam dol­ną war­gę i pod­świa­do­mie za­czy­nam się stre­so­wać. Daję so­bie emo­cjo­nal­ne­go pla­ska­cza i tłu­ma­czę jak te­ra­peu­ta pa­cjen­to­wi, że nic mi nie gro­zi, nikt mnie nie zra­ni i nie mam się czym przej­mo­wać. Mimo to czu­ję się bar­dzo nie­kom­for­to­wo i nie­swo­jo. Im wię­cej dyr­dy­ma­łów opo­wia­da te­ścio­wa, tym bar­dziej za­czy­nam się nie­po­ko­ić i wbrew roz­sąd­ko­wi za­sta­na­wiać, czy jest w nich tro­chę praw­dy. Z Elż­bie­tą nie po­tra­fię roz­ma­wiać na­wet o po­go­dzie, a co do­pie­ro o ży­cio­wych za­krę­tach, któ­re w go­rą­cej i nie­prze­wi­dy­wal­nej Afry­ce mogą ją za­sko­czyć.

Jak na złość pada, więc uli­ce są opu­sto­sza­łe i do­cie­ra­my pod sta­rą ka­mie­ni­cę, w któ­rej piw­ni­cy mie­ści się uro­cza knajp­ka, pięt­na­ście mi­nut przed cza­sem. Za­miast wy­siąść, przy­cza­ja­my się w sa­mo­cho­dzie. Ja­koś nie mam ocho­ty wy­dać się nad­gor­li­wa i nad­pro­gra­mo­wo za­an­ga­żo­wa­na. Bio­rąc pod uwa­gę, że w do­brym to­nie bę­dzie spóź­nić się pięć mi­nut, mamy przed sobą ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut cze­ka­nia.

- Wiesz, nie­do­brze by wy­pa­dło, gdy­by­śmy ra­zem we­szły do lo­ka­lu.

- W su­mie chy­ba tak.

- Może pój­dę do księ­gar­ni tu za ro­giem, bo i tak mia­łam ku­pić pew­ną książ­kę, a ty so­bie tu po­cze­kasz. No, chy­ba że wo­lisz wejść do środ­ka.

- Nie, po­cze­kam.

- W ta­kim ra­zie ja zni­kam i wi­dzi­my się za chwi­lę. Tyl­ko nie zdradź się z tym, że się wcze­śniej na­mó­wi­ły­śmy.

- Skąd, Ela by nas znie­na­wi­dzi­ła.

- Wła­śnie, wła­śnie.

Star­sza pani, wal­cząc z ma­łym skła­da­nym pa­ra­so­lem, zni­ka, a ja się za­sta­na­wiam, czy też mo­gła­bym gdzieś pójść. Cza­su jest jed­nak zde­cy­do­wa­nie za mało, żeby wy­sko­czyć do po­bli­skie­go cen­trum han­dlo­we­go, a zbyt dużo, by wy­brać się na spa­cer, nie na­ra­ża­jąc się na zmok­nię­cie i prze­wia­nie. Z bra­ku laku się­gam po le­żą­ce mię­dzy sie­dze­nia­mi "Zwier­cia­dło" i od nie­chce­nia prze­glą­dam ko­lo­ro­we cza­so­pi­smo. Jed­nak je­stem w ta­kim mo­men­cie ży­cia, że nie po­tra­fię sku­pić się na ni­czym, na­wet na wy­wia­dach z nie­tu­zin­ko­wy­mi ludź­mi. Po chwi­li do­cho­dzę do wnio­sku, że na płasz­czyź­nie odzie­żo­wo-ko­sme­tycz­nej nie jest w sta­nie nic mi za­ofe­ro­wać i sku­piam się na dzia­le psy­cho­lo­gicz­nym, gdzie aku­rat sze­ro­ko oma­wia­ny jest pro­blem ini­cja­cji sek­su­al­nej na­sto­lat­ków. Mam wra­że­nie, że w tej ma­te­rii nic się nie zmie­ni­ło od okre­su mo­je­go doj­rze­wa­nia, i znie­chę­co­na od­kła­dam pi­smo.

Włą­czam ra­dio, ale tyl­ko roz­draż­nia­ją mnie krzy­kli­we re­kla­my i wresz­cie do­cho­dzę do wnio­sku, że za­cho­wu­ję się jak roz­chwia­na emo­cjo­nal­nie smar­ku­la, któ­ra boi się kon­fron­ta­cji z rze­czy­wi­sto­ścią.

Wy­sia­dam z sa­mo­cho­du, roz­kła­dam pa­ra­sol i truch­ci­kiem, uwa­ża­jąc, by się nie prze­wró­cić na mo­krym i śli­skim chod­ni­ku, prze­bie­gam dzie­lą­cą mnie od re­stau­ra­cji od­le­głość. Nie­mal wpa­dam na kel­ne­ra, któ­ry z za­ple­cza tasz­czy wiel­ki ba­niak z wodą, i gwał­tow­nie wy­ha­mo­wu­jąc, ła­pię kil­ka głęb­szych od­de­chów.

Po­wo­li wcho­dzę do głów­ne­go po­miesz­cze­nia i roz­glą­dam się po wol­nych sto­li­kach, nie mo­gąc zde­cy­do­wać się na wy­bór. Nie je­stem pew­na, czy, zwa­żyw­szy na te­mat na­szej roz­mo­wy, le­piej usiąść bli­żej pu­ste­go baru, czy w oświe­tlo­nym cho­in­ko­wy­mi lamp­ka­mi ką­cie, gdzie stoi osa­mot­nio­ny sto­lik z trze­ma krze­sła­mi - każ­de z in­nej epo­ki i pa­ra­fii. Wresz­cie de­cy­du­ję się wła­śnie na ten i za­sia­dam ple­ca­mi do ścia­ny, tak by wi­dzieć całą salę i wej­ście. Za­ma­wiam czar­ną her­ba­tę z cy­try­ną, cy­na­mo­nem, mio­dem i kon­fi­tu­rą z płat­ków róży, uświa­da­mia­jąc so­bie przy tym, że czas orzeź­wia­ją­cych let­nich na­poi mi­nął nie­od­wra­cal­nie. Jesz­cze chwi­la, a w knaj­pach za­czną ser­wo­wać grza­ne wino i piwo. Na myśl o zi­mie i wie­trze robi mi się sła­bo. Tak bar­dzo nie­na­wi­dzę tej pory roku, któ­ra po te­go­rocz­nej fali upa­łów wy­da­je się szcze­gól­nie nie na miej­scu, na do­da­tek to pierw­szy se­zon zi­mo­wy bez Paw­ła w domu, co bę­dzie się prze­kła­dać na ko­niecz­ność po­ran­ne­go od­śnie­ża­nia pod­jaz­du.

Grze­ję dło­nie o go­rą­cą szklan­kę i roz­wa­żam, czy po­win­nam we­zwać ko­goś do za­krę­ce­nia wody w kra­nach w ogro­dzie, czy mogę zro­bić to sama. Zu­peł­nie nie wiem, na czym ma po­le­gać ta ope­ra­cja i czy ozna­cza to na przy­kład za­krę­ce­nie ja­kie­goś do­dat­ko­we­go kur­ka w ga­ra­żu. Oczy­wi­ście moje roz­wa­ża­nia nie mają naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, bo i tak nie wie­dzia­ła­bym, gdzie owe­go za­wo­ru szu­kać i jak on wy­glą­da.

Na­cho­dzą mnie też nie­spo­koj­ne my­śli o tym, że koń­czy się drew­no do ko­min­ka i za chwi­lę trze­ba bę­dzie zgra­bić li­ście w ogro­dzie, co za­wsze ro­bi­li­śmy we dwój­kę, a te­raz nie mam na to naj­mniej­szej ocho­ty.

Może po­win­nam się prze­ła­mać i za­dzwo­nić do Paw­ła, żeby za­jął się tymi pro­za­icz­ny­mi spra­wa­mi? Nie­ste­ty źle po­ję­ty ho­nor nie po­zwa­la mi na taki ruch, więc z roz­wią­za­niem owych pro­za­icz­ny­mi pro­ble­mów naj­praw­do­po­dob­niej będę mu­sia­ła upo­rać się sama.

Nim do­pi­ję her­ba­tę, po­ja­wia się po­bla­dła te­ścio­wa. Do­pie­ro te­raz od­no­to­wu­ję, że jest jak zwy­kle nie­na­gan­nie ubra­na w bla­do­ró­żo­wy ko­stium, któ­re­go od­cień przy­jem­nie ko­re­lu­je z jej ciem­ny­mi wło­sa­mi, pod­kre­śla­jąc cerę. Nie wiem, jak ta ko­bie­ta to robi, że jej wło­sy, cią­gle far­bo­wa­ne na inny ko­lor i pod­da­wa­ne dzia­ła­niu ta­kiej ilo­ści che­mii, na­dal utrzy­mu­ją się na gło­wie i na do­da­tek wy­glą­da­ją tak zdro­wo. Star­sza pani roz­glą­da się nie­pew­nie, pod­cho­dzi do mo­je­go sto­li­ka i opa­da na krze­sło.

- I co? Jest już?

- Elż­bie­ta? Nie, nie wi­dzia­łam jej jesz­cze.

- To do­brze. My­śla­łam, że może po­szła do to­a­le­ty. W ta­kim ra­zie mu­szę ci po­wie­dzieć jesz­cze kil­ka rze­czy. Wiesz, do­brze by było, że­byś te kwe­stie rów­nież po­ru­szy­ła w roz­mo­wie.

- Tak? - py­tam za­nie­po­ko­jo­na.

Nim jed­nak do­wiem się, cze­go owe kwe­stie do­ty­czą, do re­stau­ra­cji wkra­cza żoł­nier­skim kro­kiem, wy­pro­sto­wa­na jak stru­na, w zie­lo­nej, przy­le­ga­ją­cej do cia­ła dzia­ni­no­wej su­kien­ce moja szwa­gier­ka. W moc­nym ma­ki­ja­żu i wło­sach spię­tych na czub­ku gło­wy w kit­kę wy­glą­da na pod­mi­no­wa­ną, co nie wró­ży ni­cze­go do­bre­go.

- Dzień do­bry. Więc tu jest ta na­ra­da. - Po­da­je mi zim­ną, ko­ści­stą i po­zba­wio­ną ener­gii rękę, jed­no­cze­śnie z wy­rzu­tem spo­glą­da­jąc na mat­kę.

- Nie wiem, ko­cha­nie, o czym mó­wisz, z pew­no­ścią to nie żad­na "na­ra­da". Chcia­łam się z wami spo­tkać na her­bat­ce i to wszyst­ko.

- Ja­koś wcze­śniej nie mia­łaś ta­kiej po­trze­by.

Ela przy­sia­da le­wym po­ślad­kiem na skra­ju krze­sła i przyj­mu­je taką po­zy­cję, jak­by w każ­dej chwi­li mia­ła się ze­rwać i uciec. Na­cho­dzi mnie re­flek­sja, że to do niej nie­po­dob­ne i że mię­dzy pa­nia­mi musi być jed­nak grub­sze nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­re praw­do­po­dob­nie nie spro­wa­dza się tyl­ko do ko­lo­ru skó­ry po­ten­cjal­ne­go zię­cia.

- No wi­dzisz. Czło­wiek się sta­rze­je i zbie­ra mu się na sen­ty­men­ty. Cze­go się na­pi­je­cie, dziew­czyn­ki?

W tej at­mos­fe­rze mam ocho­tę za­mó­wić setę z ga­lar­tem, ale z gra­cją się po­wstrzy­mu­ję i pro­szę o jesz­cze jed­ną her­ba­tę. Elż­bie­ta naj­pierw się kry­gu­je, a wresz­cie za na­mo­wą mat­ki i kel­ner­ki za­ma­wia cap­puc­ci­no. Te­ścio­wa, któ­ra nie pla­nu­je za­grzać tu dłu­żej miej­sca, pro­si o po­dwój­ne espres­so, a ja z roz­ba­wie­niem się za­sta­na­wiam, pod ja­kim pre­tek­stem w po­pło­chu nas opu­ści.

Przez chwi­lę w mil­cze­niu przy­glą­da­my się so­bie spod przy­mru­żo­nych po­wiek, umy­ka­jąc przed spoj­rze­niem so­bie pro­sto w oczy, i nie wie­my, jak roz­po­cząć tę roz­mo­wę. Wresz­cie te­ścio­wa, uda­jąc, że wcze­śniej się nie spo­tka­ły­śmy, pyta, co u Poli i z kim zo­sta­ła.

- Pola ma nową fazę. Wy­my­śli­ła, że bę­dzie ho­do­wać mrów­ki i te­raz sie­dzi pew­nie w in­ter­ne­cie, spraw­dza­jąc, co jest nie­zbęd­ne, żeby za­ło­żyć ho­dow­lę.

Ela wy­dy­ma usta i z dez­apro­ba­tą oświad­cza:

- Ta two­ja cór­ka ma dziw­ne po­my­sły.

Aż się za­po­wie­trzam, bo mówi to ktoś, kto w naj­bliż­szych mie­sią­cach w prze­rwach mię­dzy zbie­ra­niem ma­nio­ku i sor­go bę­dzie ho­do­wał i doił kozy. Mil­czy­my. Te­ścio­wa wier­ci się i krę­ci, a w jej gło­wie kłę­bią się za­pew­ne po­cząt­ki zdań, któ­re mo­gła­by wy­po­wie­dzieć, żeby roz­ła­do­wać przy­cięż­ką at­mos­fe­rę. Naj­wy­raź­niej żad­ne z nich nie pa­su­je jed­nak do oko­licz­no­ści. Nie mam za­mia­ru ni­cze­go uła­twiać, tym bar­dziej że sama nie czu­ję się szcze­gól­nie szczę­śli­wa w po­ło­że­niu, w któ­rym się zna­la­złam.

Wresz­cie te­ścio­wa za­ga­ja:

- Co ro­bi­cie w naj­bliż­szą so­bo­tę?

Na­gle sta­ję się czuj­na. W du­chu ni­czym su­ry­kat­ka sta­ję wy­pro­sto­wa­na i wy­cią­gam szy­ję, nie­pew­na, do cze­go zmie­rza star­sza pani.

- Umó­wi­łam się na ko­la­cję z Ah­me­dem. - Ela wy­zy­wa­ją­co spo­glą­da na mat­kę, wy­dy­ma­jąc krwi­ście czer­wo­ne usta, naj­wy­raź­niej ocze­ku­jąc gro­mów w oczach ro­dzi­ciel­ki.

Ta jed­nak tyl­ko za­ci­ska szczę­ki i ogni­sku­je uwa­gę na mnie.

- A ty? Masz ja­kieś pla­ny?

Nie wiem, co we mnie wstę­pu­je, że za­miast uprzej­mie, życz­li­wie się uśmiech­nąć, w przy­pły­wie źle po­ję­tej szcze­ro­ści wy­rzu­cam z sie­bie li­ta­nię tego, co zaj­mie po­ju­trze moją uwa­gę.

- Mu­szę zgra­bić li­ście w ogro­dzie, wsta­wić co naj­mniej dwa pra­nia, cze­ka mnie sprzą­ta­nie, ster­ta pra­so­wa­nia, na hi­sto­rię mu­si­my zro­bić drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne, zu­peł­nie nie wiem po co, sko­ro ro­bi­ły­śmy je rok temu, za­wo­łać ko­goś, kto wie, jak za­krę­cić wodę w ogro­dzie, no i oczy­wi­ście ugo­to­wać obiad. Po­tem je­stem wol­na, a dla­cze­go mama pyta?

Obie ko­bie­ty spo­glą­da­ją na mnie wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi. Za­pew­ne wi­zu­ali­zo­wa­ły so­bie mnie w so­bo­tę prze­peł­za­ją­cą z książ­ką i lamp­ką wina z szez­lon­gu, któ­re­go nie po­sia­dam, na ka­na­pę, a z ka­na­py na fo­tel.

- Yyy, bo w przy­szłym ty­go­dniu mam imie­ni­ny i chcia­łam was za­pro­sić na wcze­sną ko­la­cję.

- A, czy­li z li­sty rze­czy do zro­bie­nia od­pa­dło­by mi go­to­wa­nie - mó­wię po­nu­ro, zu­peł­nie nie ma­jąc ocho­ty na t?te-a-t?te z ro­dzi­ną Paw­ła.

- Je­śli znaj­dziesz czas... Mam na­dzie­ję, że do nas wpad­nie­cie. Oczy­wi­ście nie kło­pocz­cie się pre­zen­tem. Mam wszyst­ko i o ni­czym nie ma­rzę.

Pew­nie w my­ślach do­da­je, że je­dy­nym jej ma­rze­niem jest usu­nię­cie Ah­me­da z pola wi­dze­nia je­dy­nej, wy­chu­cha­nej cór­ki, ale ma tyle tak­tu, żeby nie mó­wić tego gło­śno.

Li­czę w my­ślach do dzie­się­ciu i głę­biej od­dy­cham. Czu­ję przy­jem­ne pie­cze­nie, gdy że­bra roz­su­wa­ją się do gra­nic moż­li­wo­ści. Mimo że wal­czę z sobą całą do­stęp­ną mi mocą, wiem, że jesz­cze chwi­la, a nie­po­ko­ją­ca wil­goć po­ja­wi się pod mo­imi po­wie­ka­mi.

- Prze­pra­szam, chy­ba je­stem tro­chę sfru­stro­wa­na po nie­spo­dzie­wa­nym odej­ściu Paw­ła i to wszyst­ko mnie prze­ra­sta. Nie chcia­łam być nie­grzecz­na. Oczy­wi­ście z przy­jem­no­ścią wpad­nie­my na ko­la­cję. - Do­strze­gam ulgę w ich oczach. I je­stem z sie­bie bar­dzo dum­na. Uda­ło mi się nie roz­kle­ić, nie roz­pła­kać i nie po­ka­zać, jak bar­dzo je­stem za­gu­bio­na i jak bar­dzo mam dość by­cia sa­mot­ną mat­ką.

- W ta­kim ra­zie za­pra­szam na osiem­na­stą.

- Dzię­ku­ję, bę­dzie­my.

- A ty, Elż­bie­to?

- Je­śli znie­siesz obec­ność mo­je­go na­rze­czo­ne­go.

Pani Ire­na tę­że­je, a na jej szyi wy­kwi­ta nie­ele­ganc­ka sieć gru­bych, pod­si­nia­łych żył i ich po­mniej­szych do­rze­czy.

- Po­roz­ma­wia­my o tym jesz­cze.

Ela naj­wy­raź­niej tyl­ko na to cze­ka­ła. Pod­ry­wa się z krze­sła, nie­mal prze­wra­ca­jąc do­pie­ro co przy­nie­sio­ne go­rą­ce cap­puc­ci­no. Stoi, gó­ru­jąc nad nami, z dłoń­mi wbi­ty­mi w blat sto­łu, mio­ta­jąc ocza­mi bły­ska­wi­ce.

- Nie mamy o czym roz­ma­wiać. Albo wresz­cie za­ak­cep­tu­jesz to, że je­stem z Ah­me­dem, albo prze­sta­nie­my się spo­ty­kać. Na­ucz się wresz­cie sza­no­wać moje wy­bo­ry.

- Ależ sza­nu­ję.

Te­ścio­wa po­now­nie pur­pu­ro­wie­je, a ja za­czy­nam mieć co­raz po­waż­niej­sze oba­wy, że dzi­siej­sze spo­tka­nie za­koń­czy się wy­le­wem albo in­nym nie­szczę­ściem.

- Wła­śnie wi­dzę! Niby za­le­ży ci na moim szczę­ściu, a gdy wresz­cie znaj­du­ję je w ra­mio­nach Ah­me­da, na­gle nie po­do­ba ci się ich ko­lor!

- Nie rób scen.

- Będę ro­bi­ła to, na co mam ocho­tę! I nie myśl so­bie, że od­pusz­czę.

Po­bla­dła te­ścio­wa nie­spo­koj­nie roz­glą­da się po sali, upew­nia­jąc się, że na­dal je­ste­śmy je­dy­ny­mi go­ść­mi, i ak­sa­mit­nym gło­sem za­czy­na prze­ma­wiać jak do ze­stre­so­wa­ne­go zwie­rząt­ka, któ­re boi się spło­szyć.

- Ko­cha­nie, prze­cież nic złe­go nie mia­łam na my­śli.

- Aku­rat.

Chcia­łam przez to tyl­ko po­wie­dzieć, że po­roz­ma­wia­my o tym, czy przyj­dzie­cie tro­chę wcze­śniej, żeby nam po­móc...

- Mamo, nie ściem­niaj, nie ku­pu­ję tego!

- No do­brze, ko­cha­nie, mam z tym jesz­cze tro­chę kło­po­tu, ale sta­ram się za­ak­cep­to­wać twój wy­bór. Mu­sisz mi wy­ba­czyć, je­śli po­trze­bu­ję na to wię­cej cza­su. I wca­le nie cho­dzi o ko­lor skó­ry two­je­go chło­pa­ka.

- Mam na­dzie­ję.

I wte­dy to się dzie­je. Naj­wy­raź­niej wcze­śniej umó­wio­ny te­le­fon wpra­wia w wi­bra­cję ko­mór­kę te­ścio­wej, któ­ra za­czy­na z kimś, praw­do­po­dob­nie z te­ściem, roz­ma­wiać pół­słów­ka­mi.

- Tak?

....

- No co ty mó­wisz?

...

- O Boże, nic nie rób, za­raz przy­ja­dę.

...

- Tak, tak, za­raz będę. - Ru­mie­niec wy­pie­ra bla­dość i pod­ry­wa mat­kę Paw­ła z nie­wy­god­ne­go krze­sła. - Dziew­czyn­ki, bar­dzo was prze­pra­szam, ale mu­szę le­cieć.

- Coś się sta­ło? - Cień nie­po­ko­ju kła­dzie się na twa­rzy Elż­bie­ty.

- Tak, to zna­czy nie. - Ire­na po­ty­ka się o ro­lu­ją­cy się, nie naj­czyst­szy dy­wan, któ­rym wy­ło­żo­no pod­ło­gę. - Po­tem wam wy­ja­śnię, mu­szę biec.

- Mam się mar­twić?

- Nie, nie, Ela No­wa­kow­ska ma mały do­mo­wy pro­blem. Nic ta­kie­go, ale sama so­bie nie po­ra­dzi. - Nad­mier­ne tłu­ma­cze­nie zdra­dza kłam­stwo, co nie prze­szka­dza te­ścio­wej w wy­plu­wa­niu z sie­bie ko­lej­nych in­for­ma­cji. - Jej syn, wie­cie, ten, co robi ka­rie­rę, za­cho­ro­wał na raka. To zna­czy nie do koń­ca wia­do­mo, czy to no­wo­twór, ale wszy­scy się ze­stre­so­wa­li i trze­ba jak naj­szyb­ciej zna­leźć ko­goś, z kim moż­na skon­sul­to­wać jego stan. W do­dat­ku Elż­bie­ta roz­po­czę­ła re­mont w domu i jest uzie­mio­na przez obec­ność elek­try­ków. A bio­rąc pod uwa­gę fakt, że nie mo­gła ich zna­leźć i cze­ka­ła na nich tyle mie­się­cy, nie spo­sób tak po pro­stu ich od­wo­łać. Wie­cie, jak to bywa z na­pra­wa­mi, naj­trud­niej o fa­chow­ca. Na­wet jak czło­wiek ma pie­nią­dze, to nie ma ich komu prze­ka­zać w za­mian za drob­ną usłu­gę. Zna­le­zie­nie zło­tej rącz­ki gra­ni­czy z cu­dem. - W cza­sie mo­no­lo­gu te­ścio­wej uda­ło się mach­nię­ciem ręki przy­wo­łać kel­ne­ra, mimo na­szych pro­te­stów ure­gu­lo­wać ra­chu­nek, przy­pu­dro­wać nos, by po szyb­kich i ner­wo­wych pa, pa, pa... znik­nąć.

Spo­glą­da­my z Elż­bie­tą na sie­bie nie­pew­nie. Ona spra­wia wra­że­nie wku­rzo­nej, ja za­nie­po­ko­jo­nej jej wku­rze­niem.

- Nie­źle to za­aran­żo­wa­ła. - Ela upi­ja dłu­gi łyk cap­puc­ci­no, któ­re po do­da­niu trzech ły­że­czek cu­kru musi zbli­żać się do ulep­ku, któ­re­go nie by­ła­bym w sta­nie prze­łknąć. Spo­glą­da na mnie spod cięż­kich od tu­szu, czar­nych, dłu­gich rzęs, a ja czu­ję się co­raz bar­dziej przy­par­ta do muru i wma­new­ro­wa­na.

- My­ślisz? - Po­sta­na­wiam przy­naj­mniej jesz­cze przez chwi­lę grać głu­pią.

- Oczy­wi­ście. Prze­cież ni­g­dy nie za­pra­sza­ła nas na po­ga­du­chy.

- Może masz ra­cję, choć nie wy­da­je mi się, żeby...

- Da­ruj so­bie te kur­tu­azyj­ne pier­do­ły. Pew­nie po­pro­si­ła cię, że­byś wy­bi­ła mi z gło­wy nie­chcia­ne­go zię­cia.

Nie chcę mieć w niej jesz­cze więk­sze­go wro­ga i nie wi­dzę po­wo­du, dla któ­re­go nie po­win­nam od­wa­żyć się na szcze­rość. Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że i tak nie mam nic do stra­ce­nia i że ten, kto wkła­da pa­lec w drzwi, za­zwy­czaj musi po­tem biec do chi­rur­ga, po­sta­na­wiam po­wie­dzieć praw­dę:

- W su­mie masz tro­chę ra­cji.

- Co za przy­pał.

- Po­cze­kaj, nie na­krę­caj się.

- Jak mam wy­lu­zo­wać, sko­ro moja mat­ka na­pusz­cza na mnie na­wet cie­bie?

To "na­wet" wbi­ja się we mnie jak ostra igła i po­wo­du­je, że już nie mam za­mia­ru być miła ani szcze­gól­nie em­pa­tycz­na. W rze­czy­wi­sto­ści nic mnie nie ob­cho­dzą jej ży­cio­we pla­ny, to, gdzie i z kim spę­dzi naj­bliż­sze lata, nie mam du­szy sa­ma­ry­tan­ki, nie chcę zba­wiać nie­zba­wial­ne­go świa­ta i an­ga­żo­wać się w nie moje woj­ny.

- Wy­pra­szam so­bie, nikt mnie nie na­pusz­cza. Fak­tem jest, że mia­ły­śmy pod­czas spo­tka­nia po­ru­szyć te­mat Ah­me­da, ale praw­da jest taka, że mało mnie ob­cho­dzi, w ja­kiej le­pian­ce bę­dziesz miesz­kać i z kim. Mam dość wła­snych pro­ble­mów z two­im rów­nie wy­lu­zo­wa­nym i ego­istycz­nym bra­tem. My­ślisz, że nie mam co ro­bić?

- To po co tu przy­szłaś?

Te­raz nie­mal na sie­bie wrzesz­czy­my.

- Bo pro­si­ła mnie o to two­ja mat­ka.

- A ty tak na­gle jej słu­chasz?

- Nie, zwy­czaj­nie zro­bi­ło mi się jej żal!

- O, jaka do­bro­dziej­ka.

- Wy­obra­zi­łam so­bie, że cho­dzi o Polę, i do­sko­na­le ro­zu­miem jej strach o cie­bie.

- Nie wty­kaj nosa w nie swo­je spra­wy.

- Nie mam za­mia­ru.

- To świet­nie.

Dy­szy­my jak dwa ko­gu­ty po sto­czo­nej wal­ce, któ­re to­czą krew z po­ra­nio­nych łbów, a wszę­dzie ście­lą się pió­ra. Być może po­trze­ba na­bra­nia po­wie­trza w płu­ca, a może za­in­te­re­so­wa­nie, ja­kie wzbu­dzi­ły­śmy u per­so­ne­lu, któ­ry na­gle za­jął się pil­nym sprzą­ta­niem po­bli­skie­go baru, na chwi­lę nas uspo­ka­ja­ją. Spo­glą­da­my na sie­bie jak bok­se­rzy przed wal­ką i to ja, o dzi­wo, mam od­wa­gę ode­zwać się pierw­sza:

- Ela, ni­g­dy nie mia­ły­śmy ze sobą kon­tak­tu i je­stem ostat­nią oso­bą, któ­ra chcia­ła­by cię po­uczać czy oce­niać. Sor­ry, nie­po­trzeb­nie ule­głam Ire­nie.

- No, nie­po­trzeb­nie.

- Pój­dę już. - Się­gam po wi­szą­cą na opar­ciu krze­sła to­reb­kę. Wo­kół pa­nu­je ci­sza, któ­rą nie­spo­dzie­wa­nie prze­ry­wa kwi­le­nie. W pierw­szej chwi­li nie wiem, co się dzie­je, a póź­niej do­cie­ra do mnie, że to Elż­bie­ta wal­czy ze łza­mi, któ­re wzbie­ra­ją w nie­da­ją­cy się po­wstrzy­mać po­tok. - Ela, nie płacz. - Je­stem spa­ni­ko­wa­na. Nie wiem, co mam ro­bić. Boję się jej do­tknąć, bo mię­dzy nami przez wszyst­kie te lata wy­ro­sła ja­kaś nie­wi­dzial­na, gru­ba ścia­na. W do­dat­ku w to­reb­ce nie mam na­wet chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych, by ją po­ra­to­wać. Nie za­sta­na­wia­jąc się, choć to wbrew ety­kie­cie, wy­cią­gam z ser­wet­ni­ka garść sztyw­nych, prze­zro­czy­stych jak bi­buł­ka ser­we­tek i wty­kam w dłoń Eli.

Przyj­mu­je je z wdzięcz­no­ścią i przez dłuż­szą chwi­lę to­wa­rzy­szy nam se­ria na­prze­mien­nych smark­nięć i la­men­tów.

- Mam tego ser­decz­nie do­syć! Naj­pierw traj­ko­ta­nie wszyst­kich, że nie mam fa­ce­ta, że mój ze­gar bio­lo­gicz­ny tyka, że po­win­nam już mieć dziec­ko i dla­cze­go nie my­ślę o cią­ży, że jak­by co, mogę so­bie zro­bić in vi­tro, że cza­su nie cof­nę, że pra­ca i ka­rie­ra to nie wszyst­ko, a jak się wresz­cie za­ko­cha­łam, to oka­zu­je się, że ścią­gnę­łam na ro­dzi­nę wstyd, że je­stem nie­od­po­wie­dzial­na i nie­po­waż­na.

- Nikt tak nie my­śli.

- Jak to nie? A te wszyst­kie przy­ja­ció­łecz­ki mat­ki? Mają TA­KIE cu­dow­ne dzie­ci, któ­re ro­dzą TA­KIE cu­dow­ne nowe dzie­ci, pro­wa­dząc jed­no­cze­śnie TA­KIE po­ukła­da­ne pro­win­cjo­nal­ne ży­cie w tych swo­ich dom­kach na obrze­żach mia­sta. I tyl­ko nikt nie wspo­mi­na o tym, jak się zdra­dza­ją, kłó­cą, roz­wo­dzą i cza­sa­mi na­wet scho­dzą po­now­nie, bo oczy­wi­ście to wstyd osta­tecz­nie się roz­stać, jak leją dzie­cia­ki, bo sła­bo się uczą w tych od­re­al­nio­nych pry­wat­nych szko­łach.

- Ela, daj spo­kój. Po pro­stu mama się o cie­bie mar­twi.

- Niby o co? O to, że mogę żyć ina­czej, niż ona so­bie za­ło­ży­ła, o nie, prze­pra­szam, wy­ma­rzy­ła?

- Chy­ba nie do koń­ca o to cho­dzi.

- To o co?

- Że Ah­med róż­ni się od nas kul­tu­ro­wo, że ma tak da­le­ko ro­dzi­nę i ko­rze­nie, że to może się stać po­wo­dem two­je­go cier­pie­nia.

- Bo nie bę­dzie mnie lał, tak jak No­wa­kow­ski prał po pi­ja­ku pa­nią Elż­bie­tę?

- O czym ty mó­wisz? - Je­stem w szo­ku i nie po­tra­fię tego ukryć.

- O wie­lu rze­czach nie wiesz. Ci wszy­scy ide­al­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ców, któ­rzy two­rzą tak za­cne gro­no... - dłu­gie, prze­cią­głe smark­nię­cie naj­wy­raź­niej spra­wia, że jej my­śli się rwą, a skon­ster­no­wa­na Ela spo­glą­da na mnie wy­cze­ku­ją­co - ...o czym mó­wi­łam?

- Chy­ba o tym, że nie do koń­ca znam se­kre­ty zna­jo­mych two­ich ro­dzi­ców.

- A, no wła­śnie.

- Ela, skup się na so­bie i nie słu­chaj ga­da­nia in­nych.

- Jak mam to zro­bić, sko­ro wiecz­nie sły­szę: on jest czar­ny, jak ty so­bie wy­obra­żasz ży­cie w Afry­ce, Afry­ka jest tak da­le­ko, nie bę­dziesz mo­gła ot, tak po pro­stu wsiąść w tak­sów­kę i wró­cić. Jak­by każ­dy już za­ło­żył, że będę chcia­ła wra­cać!

- Wiesz, nie­wie­le osób mia­ło­by od­wa­gę na taki krok.

- I co z tego?! Wiem, że dam radę i tyl­ko to po­win­no się li­czyć.

- Ja­sne, tyl­ko to nie umniej­sza stre­su two­ich ro­dzi­ców.

- Dla nich nie­wy­obra­żal­ne jest to, że sy­piam z ko­lo­ro­wym, że mogę mieć ko­lo­ro­we dzie­ci i że mogę się wy­pro­wa­dzić tak da­le­ko.

- A ty byś się nie bała, gdy­by two­ja cór­ka nie­spo­dzie­wa­nie oświad­czy­ła, że za­ko­cha­ła się w Eski­mo­sie i ma za­miar za­miesz­kać w igloo?

- To zu­peł­nie coś in­ne­go.

- A moim zda­niem to zu­peł­nie to samo, tyl­ko w moim przy­kła­dzie pa­nu­ją zima i mróz, a w two­ich pla­nach pali słoń­ce.

Ela przez chwi­lę mi się przy­glą­da, zu­peł­nie jak­by nie­spo­dzie­wa­nie do­szła do wnio­sku, że Zie­mia jed­nak jest pła­ska, a nie okrą­gła, jak wma­wia­no jej przez lata edu­ka­cji.

- Chy­ba ni­g­dy tak o tym nie po­my­śla­łam.

- Wi­dzisz? - Prze­peł­nia mnie za­do­wo­le­nie, że po­tra­fi­łam zna­leźć tak traf­ne po­rów­na­nie, i przez chwi­lę po­zwa­lam so­bie na mi­go­tli­wą re­flek­sję, że jed­nak je­stem bar­dzo mą­drą ko­bie­tą. Oczy­wi­ście nim iskra in­te­lek­tu roz­bły­śnie ja­snym świa­tłem, uświa­da­miam so­bie, że w za­sa­dzie nie mam wię­cej nic mą­dre­go do po­wie­dze­nia. Dla­te­go py­tam: - Je­steś pew­na swo­jej de­cy­zji?

Czar pry­ska i Elż­bie­ta pa­trzy na mnie z wy­rzu­tem.

- Też chcesz mi pra­wić ka­za­nia?

- Osza­la­łaś? Twój cyrk, two­je mał­py. Py­tam, czy je­steś pew­na, że chcesz na sta­łe prze­pro­wa­dzić się do Ke­nii. Ja bym mia­ła cy­ko­ra.

- Będę tam, gdzie Ah­med.

- Ela, nie pod­wa­żam two­jej de­cy­zji. Py­tam, czy się tak po ludz­ku nie bo­isz. Pew­nie bę­dziesz je­dy­ną bia­łą w oko­li­cy, oni mają swo­je za­sa­dy i re­li­gię, któ­ra nie do koń­ca idzie w pa­rze z na­szą tra­dy­cją.

- My­ślisz, że się nad tym nie za­sta­na­wia­łam? Oczy­wi­ście, że mam cy­ko­ra, tym bar­dziej że nie bę­dzie­my miesz­kać w mie­ście, tyl­ko na za­bi­tej de­cha­mi wsi.

- Wła­śnie o tym mó­wię.

- A mam ja­kieś inne wyj­ście? Sko­ro się ko­cha­my i chce­my być ra­zem, to ra­czej nie mam wy­bo­ru.

- A nie my­śle­li­ście o za­miesz­ka­niu w Pol­sce?

- Pew­nie sły­sza­łaś, że Ah­med jest le­ka­rzem i za­cią­gnął w sto­sun­ku do ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, któ­rzy po­mo­gli mu sfi­nan­so­wać wy­jazd na stu­dia, dług wdzięcz­no­ści. Wszy­scy tam na nie­go cze­ka­ją, chy­ba ro­zu­miesz?

- A nie moż­na po pro­stu od­dać im kasy?

- Pro­po­no­wa­łam ta­kie roz­wią­za­nie, ale Ahi nie chce o tym sły­szeć. Ho­nor to dla nie­go rzecz świę­ta.

- Kur­de, mimo wszyst­ko nie wiem, czy mia­ła­bym tyle od­wa­gi. Nie bo­isz się za­mia­ny gar­so­nek i su­kie­nek na sza­ra­wa­ry czy co tam się nosi?

- Pew­nie my­ślisz też, że mam za­miar miesz­kać w sza­ła­sie?

- Sor­ry, może tro­chę mnie po­nio­sło, ale nie mogę so­bie wy­obra­zić za­mia­ny two­je­go wy­god­ne­go ży­cia na eg­zy­sten­cję nie­prze­wi­dy­wal­ną i po­zba­wio­ną ele­men­tar­nych wy­gód. Je­steś pew­na, że on nie ma tam na miej­scu kil­ku żon?

- Je­śli się nie mylę, to do nie­daw­na sama by­łaś pew­na, że Pa­weł nie bzy­ka się na boku.

- Masz ra­cję. Tyl­ko je­śli on za­bie­rze ci pasz­port, to w dzi­czy nie­wie­le sama zdzia­łasz.

- Ah­med taki nie jest. W du­chu jest Eu­ro­pej­czy­kiem.

- Wiesz, to się tak wy­da­je, a po­tem róż­ne szy­dła wy­cho­dzą z wor­ka.

Elż­bie­ta do­pi­ja zim­ne cap­puc­ci­no i za­ma­wia sok po­ma­rań­czo­wy, co może świad­czyć o tym, że nie ma za­mia­ru koń­czyć roz­mo­wy. W su­mie po raz pierw­szy, od kie­dy się po­zna­ły­śmy lata temu, jej obec­ność mi nie cią­ży. Nie że­by­śmy od razu plo­tły so­bie war­ko­cze, ale z pew­no­ścią nie ob­rzu­ca­my się se­ria­mi oce­nia­ją­cych spoj­rzeń.

- Do­bra, po­wiem ci, ale to nie może wy­pły­nąć pod­czas roz­mo­wy z ro­dzi­ca­mi.

- Wiesz, że nie mam po­wo­du po­wta­rzać im two­ich se­kre­tów.

- Je­stem w cią­ży.

- Co? - Usi­łu­ję za­cho­wać spo­kój, ale nie po­tra­fię się opa­no­wać i gał­ki oczne nie­mal wy­ska­ku­ją mi z oczo­do­łów. Są­dzi­łam, że co jak co, ale przed­ślub­na cią­ża u tej kon­ser­wa­tyw­nej ko­bie­ty nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Oczy­wi­ście ci­sną mi się na usta idio­tycz­ne py­ta­nia, jak to się sta­ło, czy to pla­no­wa­li, czy się nie za­bez­pie­cza­li, ale sła­bo­wi­tą reszt­ką woli uda­je mi się ścią­gnąć wo­dze cie­ka­wo­ści i zmil­czeć.

- Nie­zły przy­pał.

Nie są­dzi­łam, że po­ukła­da­na Elż­bie­ta zna ta­kie sło­wo, a tym­cza­sem uży­ła go już po raz dru­gi, i za­sta­na­wiam się, co po­wie­dzieć. Je­dy­ne, na co wpa­dam, to py­ta­nie, któ­ry to mie­siąc.

- Pięt­na­sty ty­dzień, cią­ża mno­ga, nie­za­gro­żo­na.

- Jak to mno­ga? - Jesz­cze przed chwi­lą są­dzi­łam, że nic nie bę­dzie w sta­nie wy­pro­wa­dzić mnie bar­dziej z rów­no­wa­gi, a tu coś ta­kie­go!

- Na szczę­ście tyl­ko bliź­nia­ki, ale i tak je­stem w szo­ku. To ostat­nie, co pla­no­wa­łam w ży­ciu. Ni­g­dy nie my­śla­łam o za­kła­da­niu ro­dzi­ny, z dzieć­mi, psa­mi i świn­ka­mi mor­ski­mi, w ogó­le nie zno­szę dzie­cia­ków.

- Jest szan­sa, że swo­je po­lu­bisz.

- Li­czę tyl­ko na to, bo w prze­ciw­nym ra­zie zwa­riu­ję.

- Może jed­nak po­win­naś po­wie­dzieć ro­dzi­com?

- Żeby do­sta­li sza­łu?

- Wła­ści­wie nie wiem, co mam ci do­ra­dzić.

- Nie pro­szę cię o rady.

- Tak, ja­sne, źle się wy­ra­zi­łam. To oczy­wi­ście two­je ży­cie i two­je de­cy­zje.

- Mam tyl­ko na­dzie­ję, że wszy­scy to usza­nu­je­cie.

- Ela, prze­cież wiesz, że nic mi do tego. Rób, co chcesz, gdzie chcesz i jak chcesz. Gdy­byś jed­nak cze­goś po­trze­bo­wa­ła, wal śmia­ło.

- Dzię­ki, ale ra­czej się obej­dzie.

Choć nie mó­wię tego gło­śno, też mam taką na­dzie­ję. Nie wy­obra­żam so­bie wy­sy­ła­nia pa­czek żyw­no­ścio­wych do Ke­nii ani zo­sta­wia­nia odzie­ży po Poli, któ­ra w oce­nie Elki ni­g­dy nie jest dość ład­nie i sty­lo­wo ubra­na. Dzie­cia­ki będą dzie­li­ły lata świetl­ne, ale przez ten czas moda za­to­czy pew­nie ze trzy krę­gi, więc może jed­nak wpa­su­je­my się we wspól­ne gu­sta.

Sie­dzi­my jesz­cze przez chwi­lę, wy­mie­nia­jąc po­mniej­sze uwa­gi, któ­re przez opty­mi­stę mo­gły­by zo­stać uzna­ne na­wet za uprzej­mo­ści, i wresz­cie roz­cho­dzi­my się każ­da w swo­ją stro­nę. Ona pew­nie wra­ca do stę­sk­nio­ne­go Ah­me­da, ja na­to­miast wpad­nę w si­dła rów­nie stę­sk­nio­nych no­wi­nek te­ściów.

Wy­cho­dzę przed knajp­kę i wpa­dam w pa­ję­czy­nę drob­ne­go desz­czy­ku, któ­ry nie­spiesz­nie sią­pi z nie­ba, okle­ja­jąc sobą wszyst­ko. Po chwi­li mam wil­got­ne wło­sy, kro­ple roz­ma­za­ne na oku­la­rach i nie­przy­jem­nie na­siąk­nię­ty swe­ter. Je­sień po­ka­zu­je rogi i szar­pie gwał­tow­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru ga­łę­zie drzew, strą­ca­jąc po­żół­kłe li­ście. Robi się nie­przy­jem­nie, co­raz ciem­niej i co­raz bar­dziej po­nu­ro. Po­sta­na­wiam, że za­raz po po­wro­cie wy­cią­gnę ze stry­chu pu­dła z ko­za­ka­mi i zi­mo­we kurt­ki. Mam złud­ną na­dzie­ję, że Pola nie wy­ro­sła z ze­szło­rocz­nych bu­tów, któ­re były ku­pio­ne tro­chę na wy­rost. By­naj­mniej nie z po­wo­du po­znań­skiej oszczęd­no­ści, tyl­ko dla­te­go, że była to ostat­nia w ca­łym mie­ście para sza­rych EMU, o któ­rych mała, po­dob­nie jak pół jej szko­ły, ma­rzy­ła. Za­szan­ta­żo­wa­ni, że albo te bot­ki, albo in­nych no­sić nie bę­dzie, zde­cy­do­wa­li­śmy się na za­kup nie­co więk­sze­go roz­mia­ru. Szczę­śli­wej Poli nie prze­szka­dza­ło to w czła­pa­niu do szko­ły, sko­ro czu­ła się mod­na i na cza­sie.

Dro­ga do domu mija zbyt szyb­ko i za­raz na­dzie­wam się na se­rię py­tań te­ścio­wej, któ­ra mu­sia­ła na mnie cze­kać w ku­chen­nym oknie, bo gdy tyl­ko za­par­ko­wa­łam na pod­jeź­dzie, drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nę­ła w nich pani Ire­na.

- I co? Do­ga­da­ły­ście się? Po­wie­dzia­łaś jej wszyst­ko? A pa­mię­ta­łaś, żeby do­dać mi­mo­cho­dem, że tam pa­nu­ją inne cho­ro­by niż u nas?

- Tak, wszyst­ko po­wie­dzia­łam.

- I co?

- Nic.

- To zna­czy?

Mi­jam te­ścio­wą w drzwiach, zsu­wam mo­kre buty na wy­cie­racz­kę i wcho­dzę do kuch­ni. Gło­śny re­chot do­bie­ga­ją­cy z góry świad­czy o tym, że teść sie­dzi z wnucz­ką w jej po­ko­ju i oglą­da­ją coś za­baw­ne­go na YouTu­bie.

- Na­pi­je się mama her­ba­ty?

- Dziec­ko, w ta­kiej chwi­li nie mam ocho­ty na nic, ale sko­ro mu­sisz so­bie za­pa­rzyć, to się nie krę­puj. Pod wa­run­kiem że bę­dziesz w tym cza­sie ze mną roz­ma­wiać.

I tak opo­wia­dam, a ra­czej kon­fa­bu­lu­ję roz­mo­wę z Elż­bie­tą, sku­pia­jąc się na jej po­zy­tyw­nych aspek­tach i da­jąc do zro­zu­mie­nia, że do­brze nam się ga­da­ło. Jed­no­cze­śnie do ko­szycz­ka nie­bie­skie­go że­liw­ne­go dzba­nusz­ka wrzu­cam li­ście czar­nej her­ba­ty i za­le­wam je wrząt­kiem. Do na­pa­ru do­da­ję la­skę cy­na­mo­nu, pla­ster jabł­ka, ły­żecz­kę kon­fi­tu­ry z czar­nej po­rzecz­ki, ły­żecz­kę mio­du i kil­ka kro­pli cy­try­ny. W za­sa­dzie se­zon zi­mo­wy mogę uznać za otwar­ty. Nie­ste­ty rów­nie po­nu­ra at­mos­fe­ra pa­nu­je wo­kół wy­bo­rów uko­cha­nej, wy­chu­cha­nej có­recz­ki pani Ire­ny.

- My­ślę, że Ela pod­ję­ła nie­odwo­łal­ną de­cy­zję.

- Boże, wła­śnie tego się oba­wia­łam. Jak ona so­bie wy­obra­ża ży­cie w tej dzi­czy?

- Nie wiem, ale spra­wia wra­że­nie zde­ter­mi­no­wa­nej i oba­wiam się, że im bar­dziej bę­dzie­my na nią na­ci­skać, tym bar­dziej umoc­ni się w swo­im po­sta­no­wie­niu. - Prze­ły­kam śli­nę, po­mi­ja­jąc in­for­ma­cję o tym, że nie­ba­wem po­now­nie zo­sta­ną dziad­ka­mi.

- Może masz ra­cję, ale ja nie mogę so­bie tego wszyst­kie­go wy­obra­zić! I co ja lu­dziom po­wiem? Że moja wy­kształ­co­na cór­ka dała się wy­mie­nić na sta­do kóz?

- Ja bym nie de­mo­ni­zo­wa­ła tej sy­tu­acji. Ah­med jest le­ka­rzem, więc nie ja­kimś pry­mi­tyw­nym...

- I co z tego?! Ja­kie to ma zna­cze­nie?! - Ire­na opa­da na krze­sło i te­atral­nym ge­stem cho­wa twarz w dło­niach. - W ich tra­dy­cji nikt nie li­czy się ze zda­niem ko­bie­ty, jej uczu­cia­mi, o ma­rze­niach nie wspo­mi­na­jąc.

- Ale on jed­nak kil­ka lat spę­dził w Pol­sce, więc mo­że­my za­ło­żyć, że prze­siąk­nął na­szą fi­lo­zo­fią ży­cio­wą i...

- Chy­ba sama w to nie wie­rzysz. Zresz­tą nie wiem, na co li­czy­łam, pro­sząc cię o wspar­cie. Je­śli ona nie chce się wsłu­chać w ży­cio­we do­świad­cze­nie mat­ki, to nic nie zmie­ni jej de­cy­zji. Je­stem za­ła­ma­na. Za ja­kie grze­chy? Co ja ta­kie­go zro­bi­łam, że Bóg mnie tak ka­rze?

Choć mo­gła­bym wy­mie­nić kil­ka więk­szych i po­­mniej­szych prze­win, wśród któ­rych wcze­śniej­szy brak ak­cep­ta­cji mo­jej skrom­nej oso­by jest za­le­d­wie nie­wiel­kim grzesz­kiem, nie mam ocho­ty prze­ma­wiać gło­sem Wiel­kie­go Bra­ta i ob­ja­śniać rze­czy­wi­sto­ści. Prze­cież nie trze­ba wie­le, by zna­leźć się w mniej czy bar­dziej nie­for­tun­nej sy­tu­acji, o któ­rej lu­dzie mo­gli­by ga­dać i plot­ko­wać la­ta­mi.

Je­stem wy­koń­czo­na. Te­ścio­wa bia­do­li jesz­cze przez do­brą go­dzi­nę, snu­jąc wi­zje co­raz to no­wych nie­szczęść, nie ma­jąc świa­do­mo­ści, że jej wnu­ki będą się wy­cho­wy­wać w afry­kań­skim bu­szu, a mnie w mia­rę upły­wu cza­su, choć wca­le tego nie pla­no­wa­łam, robi się jej żal. Wresz­cie tuż przed dwu­dzie­stą dru­gą trzy­dzie­ści wy­cho­dzą. Teść za­do­wo­lo­ny z ży­cia, te­ścio­wa ze zła­ma­nym ży­ciem. A ja zo­sta­ję sama z ich stra­chem, swo­ją nie­pew­no­ścią, ta­jem­ni­cą Elż­bie­ty i świa­do­mo­ścią, że rano będę mu­sia­ła ze­rwać się o szó­stej czter­dzie­ści pięć, żeby za­wieźć dziec­ko do szko­ły.

3

W nocy nie mogę spać. Mę­czą mnie nie­spo­koj­ne sny i prze­ra­ża­ją­ce wi­zje. Śni mi się, że zo­sta­łam po­rwa­na i tra­fi­łam do wio­ski Ma­sa­jów, gdzie trak­to­wa­no mnie jak eg­zo­tycz­ne zwie­rząt­ko. Wy­śmie­wa­na, po­ni­ża­na, mu­szę wy­ko­ny­wać naj­brud­niej­sze i naj­trud­niej­sze co­dzien­ne pra­ce, w do­dat­ku każ­dy doj­rze­wa­ją­cy i doj­rza­ły przed­sta­wi­ciel ple­mie­nia ma ocho­tę mnie zgwał­cić. Bu­dzę się z krzy­kiem go­dzi­nę przed dzwon­kiem bu­dzi­ka. Przez chwi­lę wpa­tru­ję się w po­bie­lo­ne ścia­ny i re­gał z książ­ka­mi, nim do­trze do mnie, że szczę­śli­wie je­stem we wła­snym domu, a Ke­nia jest co naj­wy­żej ob­sza­rem w szkol­nym atla­sie Poli. Noc nie dała mi wy­po­czyn­ku, cze­ka­nie na po­ra­nek tym bar­dziej.

Naj­gor­sze jest złu­dze­nie, że jesz­cze się za­śnie, że wy­star­czy przy­mknąć oczy, by sen po­wró­cił, i że ja­kimś cu­dem uda się zy­skać do­dat­ko­we kil­ka mi­nut re­lak­su. Oczy­wi­ście przez pięć­dzie­siąt sie­dem mi­nut nic się nie dzie­je. Sły­szę każ­de naj­cich­sze skro­ba­nie i kro­ki ko­tów, piesz­cze­nie szyb przez wiatr i ty­ka­nie cho­ler­ne­go ze­ga­ra w sa­lo­nie pię­tro ni­żej. Tyle razy obie­cy­wa­łam so­bie za­trzy­mać cza­so­mierz, na któ­ry w cią­gu dnia nikt nie pa­trzy, i sta­le o tym za­po­mi­nam. W pięć­dzie­sią­tej ósmej mi­nu­cie nad­cią­ga dłu­go wy­cze­ki­wa­ny sen, tyl­ko po to, by dwie mi­nu­ty póź­niej zo­stać prze­go­nio­nym przez iry­tu­ją­cy dzwo­nek bu­dzi­ka. Jak zwy­kle nie mogę od­kle­ić gło­wy od po­dusz­ki i obie­cu­ję so­bie, że jesz­cze tyl­ko małe pięć mi­nut i wsta­nę. Wca­le nie mam za­mia­ru za­sy­piać, tyl­ko przy­mknąć po­wie­ki. Po dwu­dzie­stu trzech mi­nu­tach zry­wam się spa­ni­ko­wa­na i wrzesz­czę:

- Pola, wsta­waj! Za­spa­ły­śmy!

Od­po­wia­da mi ci­sza, a z po­ko­ju ma­łej do­bie­ga rów­no­mier­ne po­sa­py­wa­nie.

- Pola, Chry­ste Pa­nie, wsta­waj, za­spa­ły­śmy! Spóź­nisz się do szko­ły!

Pola wy­da­je się oszo­ło­mio­na tym, że musi iść do szko­ły, że za­spa­ły­śmy i że bez­li­to­śnie ją po­ga­niam. Wresz­cie z na­dzie­ją, że ni­ko­go zna­jo­me­go po dro­dze nie spo­tka­my, pa­ku­je­my się do sa­mo­cho­du. Ja bez ma­ki­ja­żu, za to z wiel­ką ko­sme­tycz­ką pod pa­chą, ona z ka­nap­ką w dło­ni i ple­ca­kiem pod no­ga­mi. Zmie­rzam w kor­ku w kie­run­ku Grun­waldz­kiej, co spro­wa­dza się do osią­gnię­cia w naj­lep­szym mo­men­cie za­le­d­wie pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę na od­cin­ku oko­ło pię­ciu­set me­trów, mię­dzy jed­nym a dru­gim czer­wo­nym świa­tłem. Rów­no z dzwon­kiem do­pa­da­my szla­ba­nu, któ­ry nie po­zwa­la oso­bom po­stron­nym wje­chać na te­ren szko­ły. Gło­śny dźwięk nie do­pin­gu­je by­naj­mniej mo­jej cór­ki, by przy­spie­szy­ła.

Je­stem taka szczę­śli­wa, że uda­ło mi się od­sta­wić ją plus mi­nus na czas, że jest mi zu­peł­nie obo­jęt­ne, czy się spóź­ni na po­ran­ną mo­dli­twę. Po­wo­li, ma­new­ru­jąc wśród gę­sto za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów, ku­lam się w kie­run­ku dru­gie­go szla­ba­nu, któ­ry bez­piecz­nie po­zwa­la opu­ścić szkol­ny plac i na po­wrót się za­nu­rzyć w nie­koń­czą­cym się sznu­rze sa­mo­cho­dów le­ni­wie prze­su­wa­ją­cych się ku cen­trum mia­sta.

Sto­jąc na świa­tłach, usi­łu­ję na­ło­żyć na twarz pu­der i prze­cią­gnąć ma­sca­rą po rzę­sach, resz­tę ma­ki­ja­żu zo­sta­wia­jąc na pierw­szą prze­rwę. Od pew­ne­go cza­su na­uczy­łam się jeź­dzić bez włą­czo­ne­go ra­dia, da­jąc so­bie chwi­lę na prze­my­śle­nia i re­flek­sje. Dzi­siej­szy po­ra­nek jest jed­nak inny. Nie po­tra­fię sku­pić się na ni­czym poza zbyt po­spiesz­nie bi­ją­cym ser­cem, któ­re usi­łu­je na­dą­żyć za umy­ka­ją­cym cza­sem.

Na szczę­ście za­czy­nam za­ję­cia tuż przed dzie­wią­tą, ale nie zmie­nia to fak­tu, że w szko­le po­win­nam być punk­tu­al­nie, bo rano mamy opra­co­wać za­sa­dy dress code'u i do­brych ma­nier, o któ­rych dzie­cia­ki za­po­mi­na­ją. Do­szło do tego, że nie­któ­re dziew­czę­ta za­czy­na­ją przy­po­mi­nać ta­nie, na­ta­pi­ro­wa­ne i za­kon­ser­wo­wa­ne moc­nym ma­ki­ja­żem pro­sty­tut­ki, a chłop­com, jak to chłop­com, nad­mier­nie wy­lu­zo­wa­nym, z tłu­sty­mi wło­sa­mi w nie­świe­żych strą­kach, w ob­wi­słych, spo­ra­dycz­nie pra­nych dżin­sach, bli­żej do klo­szar­dów niż uczniów li­ceum.

Wpa­dam do szko­ły, po­ty­ka­jąc się na scho­dach, i gdy­by nie sil­ne ra­mię przy­pad­ko­we­go męż­czy­zny wy­cho­dzą­ce­go z bu­dyn­ku, ude­rzy­ła­bym twa­rzą w szkla­ne drzwi.

- Boże, gdzie pani tak gna?

- Jak pan wi­dzi, do szko­ły. Bar­dzo dzię­ku­ję za po­moc.

- Nie ma spra­wy, na przy­szłość ra­dzę uwa­żać.

- Tak, oczy­wi­ście, dzię­ku­ję.

Nie­zgrab­nie wy­krę­ci­łam nogę, więc te­raz nie dość, że je­stem spóź­nio­na, to jesz­cze boli mnie bio­dro.

Ze­bra­nie cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. Pro­ste rze­czy nie­spo­dzie­wa­nie wy­my­ka­ją się spod kon­tro­li i po chwi­li już wie­my, że je­ste­śmy po­dzie­le­ni na dwa, nie­mo­gą­ce dojść do po­ro­zu­mie­nia ze­spo­ły: ten ra­dy­kal­ny i ra­dy­kal­niej­szy. Na nic zda­ją się tłu­ma­cze­nia, że wpro­wa­dza­nie mun­dur­ków w li­ceum nie ma sen­su, le­piej edu­ko­wać mło­dzież i zwra­cać uwa­gę na to, co wy­pa­da, a co nie przy­stoi, i okre­śliw­szy za­sa­dy, po pro­stu je eg­ze­kwo­wać.

Oba­wiam się, że bez in­ter­wen­cji dy­rek­to­ra nie uda nam się nic usta­lić, tym bar­dziej że Anna z pru­skim za­cię­ciem nie do­strze­ga moż­li­wo­ści kom­pro­mi­su. Je­stem nie­za­do­wo­lo­na, bo zmar­no­wa­li­śmy tyl­ko czas i jak zwy­kle w pol­skim pie­kieł­ku po­dzie­li­li­śmy się na tyle frak­cji i omó­wi­li­śmy tyle opcji, że po­ro­zu­mie­nie jest już nie­moż­li­we. Z cze­go oczy­wi­ście będą się cie­szyć dzie­cia­ki, snu­jąc się po szko­le ni­czym hal­lo­we­eno­we masz­ka­ry.

Spo­tka­nie z Anną koń­czy się oczy­wi­ście elek­try­zu­ją­cym zgrzy­tem.

- I co tam w raju? - Jej oczy po­ły­sku­ją zza gru­bych szkieł oku­la­rów w czer­wo­nych opraw­kach, któ­re na jej pła­skiej twa­rzy wy­glą­da­ją jak źle do­bra­ne ramy, za­wie­szo­ne przez ja­kie­goś sza­leń­ca na pu­stej ścia­nie. Tę­czów­ki wy­da­ją się jesz­cze bar­dziej roz­my­te i tyl­ko tro­chę za­bar­wio­ne błę­ki­tem. Nie wiem, jaki zwa­rio­wa­ny optyk po­zwo­lił jej na za­kup tego pa­skudz­twa, ale pa­trze­nie na nią spra­wia mi nie­mal fi­zycz­ną przy­krość.

- Do­brze, miło, że py­tasz. - Choć wszyst­ko we mnie trzesz­czy i się na­pi­na, uda­ję obo­jęt­ność. - A co u cie­bie?

- Świet­nie, wła­śnie wy­ku­pi­łam wy­ciecz­kę do Bar­ce­lo­ny.

- To faj­nie, ży­czę ci w ta­kim ra­zie do­brej za­ba­wy.

- Swo­ją dro­gą, cie­ka­we, czy spo­tkam w sa­mo­lo­cie Paw­ła.

Sta­ję jak wry­ta, nie ro­zu­mie­jąc, do cze­go zmie­rza. I choć bar­dzo bym chcia­ła, żeby ta wzmian­ka mnie nie obe­szła, ob­cho­dzi mnie jak cho­le­ra. Przede wszyst­kim za­sta­na­wiam się, skąd ta mał­pa zna pla­ny mo­je­go pra­wie by­łe­go męża.

- Skąd ten po­mysł?

- To ty nic nie wiesz?

- Niby co mam wie­dzieć?

- Twój mąż, a może eks­mąż, wy­ku­pił wy­ciecz­kę w tym sa­mym cza­sie.

- I co z tego?

- Dla dwóch osób!

- No i co w związ­ku z tym?

- Nie uda­waj, że cię to nie ru­sza.

- Jak wi­dzisz, nie­spe­cjal­nie.

Anna prze­chy­la się w moją stro­nę i niby kon­spi­ra­cyj­nie, a w rze­czy­wi­sto­ści na tyle gło­śno, by prze­cho­dzą­ca obok che­micz­ka Ju­sty­na usły­sza­ła, sy­czy:

- Dla tej no­wej.

- Nie mam po­ję­cia, o czym mó­wisz, ale wiedz, że pla­ny mo­je­go męża ob­cho­dzą mnie tyle, co ze­szło­rocz­ny śnieg.

- No, ko­cha­na, chy­ba nie do koń­ca. Pola mó­wi­ła, że tę­sk­ni­cie za Paw­łem.

- Ona tę­sk­ni.

- Nie wie­rzę, że o nim nie my­ślisz. Moim zda­niem...

- Anka, do cho­le­ry ja­snej - na szczę­ście jest lek­cja i dzie­cia­ki nie snu­ją się ko­ry­ta­rzem - zaj­mij się swo­im ży­ciem i - po­chy­lam się tak, jak­bym mia­ła jej wy­znać naj­skryt­szą ta­jem­ni­cę - od­wal się ode mnie.

- No wiesz?! To już czło­wiek z tro­ski nic nie może po­wie­dzieć.

- Niech czło­wiek się trosz­czy o sie­bie. A wła­śnie, u cie­bie na­dal po­su­cha? - Nie mogę się po­wstrzy­mać przed wbi­ciem jej głę­bo­ko ostrej szpi­li. Je­stem tak roz­draż­nio­na, że gdy­by nie dzwo­nek, po­su­nę­ła­bym się zde­cy­do­wa­nie za da­le­ko, a tak uda­je mi się tyl­ko rzu­cić zja­dli­wie: - Wciąż nikt się nie tra­fił?

- Słu­cham?

- Nikt, kto chciał­by cię bzyk­nąć?

- Bez­czel­na je­steś! - Anka dy­szy ze zło­ści, nie znaj­du­jąc cię­tej ri­po­sty, i wresz­cie od­wra­ca się gwał­tow­nie na pię­cie, by ob­ra­żo­nym kro­kiem odejść. Czer­wo­ne oku­la­ry le­d­wie na­dą­ża­ją za ru­chem wła­ści­ciel­ki, nie­bez­piecz­nie zsu­wa­jąc się na czu­bek nosa.

I choć wiem, że by­łam wred­na, nie­spra­wie­dli­wa i że mo­jej mat­ce by­ło­by wstyd za moje za­cho­wa­nie, nie mogę so­bie od­pu­ścić chwi­li słod­kiej przy­jem­no­ści. Z na­iw­ną ra­do­ścią, że wresz­cie da mi spo­kój, wcho­dzę do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, gdzie za­sta­ję grup­kę na­uczy­cie­lek stło­czo­ną już wo­kół Anki. Naj­wy­raź­niej usi­łu­ją ją po­cie­szyć, rzu­ca­jąc mi nie­na­wist­ne spoj­rze­nia. Chy­ba nie do­ce­ni­łam ak­tor­skich ta­len­tów mo­jej ko­le­żan­ki, któ­ra na mój wi­dok za­czy­na głę­bo­ko hi­per­wen­ty­lo­wać i ża­ło­śnie łkać.

Uda­ję, że tego nie wi­dzę, pod­cho­dząc do eks­pre­su do kawy. Jak na złość nie­zno­śne urzą­dze­nie do­ma­ga się uzu­peł­nie­nia wody. Za­miast się nim za­jąć, z wy­stu­dio­wa­ną obo­jęt­no­ścią prze­my­kam do drzwi i wy­cho­dzę na gwar­ny ko­ry­tarz. Dzie­cia­ki mimo za­ka­zu sie­dzą na pa­ra­pe­tach, na pod­ło­dze, pod­pie­ra­jąc ścia­nę, i tyl­ko bra­ku­je, żeby któ­ryś wy­cią­gnął bi­buł­kę i zmaj­stro­wał skrę­ta. Nie mam ocho­ty z nimi wal­czyć i sta­wiać to­wa­rzy­stwa do pio­nu. Sku­piam się na te­le­fo­nie i wy­bie­ram nu­mer Joli. Od­wra­cam się ple­ca­mi do dzie­ciar­ni i wy­glą­dam przez za­chla­pa­ne desz­czem okno na nędz­ne po­dwór­ko. Reszt­ki krza­ków zo­sta­ły tak przy­cię­te, by po­mie­ścić na par­kin­gu jak naj­wię­cej sa­mo­cho­dów, ga­łę­zie po­bli­skich wierzb smut­no tań­czą na wie­trze z kro­pla­mi desz­czu. Robi się co­raz bar­dziej buro i po­nu­ro, a ostat­nie czer­wo­ne li­ście nie przy­da­ją kra­jo­bra­zo­wi opty­mi­zmu.

- Cześć, ko­cha­na, a ty nie w pra­cy? Ja pie­przę, ale się dzie­je.

Cie­pły głos Joli roz­le­ga się w słu­chaw­ce, do­pra­wia­jąc rze­czy­wi­stość nutą tak po­trzeb­nej mi po­go­dy du­cha.

- W pra­cy nie­ste­ty. A z tego, co sły­szę, cie­bie zaj­mu­je coś wię­cej niż ro­bo­ta.

- A że­byś wie­dzia­ła. Po­zna­łam ta­kie­go ko­le­sia, że je­stem do­słow­nie spa­ra­li­żo­wa­na.

- Taki faj­ny czy okrop­ny?

- Po­grza­ło cię? Na zgre­dach na­wet nie za­wie­szam oka. Fa­cet jest bo­ski...

- Tyl­ko...

- Ma żonę.

Bio­rąc pod uwa­gę moje do­świad­cze­nia, nie musi to ozna­czać prze­szko­dy.

- Czy to kło­pot? - py­tam iro­nicz­nie, ma­jąc świa­do­mość, że dla Jol­ki nie ma żad­nych ogra­ni­czeń i za­ka­zów.

- Niby nie, tyl­ko że to jak­by świe­ża spra­wa.

- To zna­czy ich ślub?

- Po­bra­li się dwa mie­sią­ce temu.

- Gru­bo.

- Tak, ale sama wiesz, jak to jest. On nie do koń­ca był pe­wien, ale wszyst­ko było już opła­co­ne, go­ście za­pro­sze­ni, ona przed obro­ną pra­cy ma­gi­ster­skiej, bał się, że dziew­czy­na się za­ła­mie.

- Czy­li zno­wu spo­ty­kasz się z gów­nia­rzem.

- Skąd, Ja­kub jest od niej star­szy o dzie­więć lat. Sor­ry, mu­szę spu­ścić wodę, bo wła­śnie czy­ści­łam ku­we­tę.

Szum i sa­pa­nie Jol­ki na chwi­lę za­bu­rza­ją roz­mo­wę i nie sły­szę, co mówi moja przy­ja­ciół­ka.

- Po­wtórz, nie sły­sza­łam.

- Tyl­ko że Kuba jest dużo star­szy.

- Od niej, ale już nie od cie­bie.

- A ty jak zwy­kle skru­pu­lat­na. Wpad­nij wie­czo­rem na wino, to zdra­dzę ci kil­ka pi­kant­nych szcze­gó­łów.

- Nie mam z kim zo­sta­wić Poli.

- Spo­ko, to ja pod­ja­dę kie­dyś do was.

Nim zdą­żę wspo­mnieć o do­pie­ro co prze­ży­tym upo­ko­rze­niu, już się roz­łą­cza. Na chwi­lę za­po­mi­nam o swo­ich kło­po­tach, za­sta­na­wia­jąc się, co też może ją po­cią­gać w tych ko­lej­nych fa­ce­tach. Je­dy­na słusz­na od­po­wiedź, któ­ra za­raz mi się na­su­wa, to seks, ale czy to wy­star­czy, żeby prze­sia­dy­wać z kimś w knaj­pach i głę­bo­ko pa­trzeć so­bie w oczy?

Za­nim roz­wa­żę, na ile seks jest waż­ny w moim ży­ciu i kie­dy ostat­nio ko­rzy­sta­łam z jego do­znań, zno­wu roz­le­ga się dzwo­nek i mu­szę biec na lek­cję. Na szczę­ście w do­bie dzien­ni­ków elek­tro­nicz­nych nie mu­szę po­now­nie za­glą­dać do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Ko­lej­ne lek­cje wlo­ką się jak fla­ki z ole­jem. Jak zwy­kle ci, któ­rzy się uczą, mają od­ro­bio­ne za­da­nia i an­ga­żu­ją się w za­ję­cia, a ci, któ­rzy wszyst­ko ole­wa­ją, wpa­tru­ją się w bla­ty ła­wek, że­bym tyl­ko nie na­po­tka­ła ich spoj­rze­nia i nie we­zwa­ła do od­po­wie­dzi. Ni­ko­mu nie mogę jed­nak od­pu­ścić, bo rów­nież naj­więk­sze tę­pa­ki mają bez­kry­tycz­ną am­bi­cję zda­wać roz­sze­rzo­ną ma­tu­rę z ję­zy­ka an­giel­skie­go.

Po­nie­waż po­nad po­ło­wa trze­ciej D nie od­ro­bi­ła za­da­nia do­mo­we­go, któ­re spro­wa­dza­ło się do prze­tłu­ma­cze­nia za­le­d­wie ośmiu zdań z pod­ręcz­ni­ka, nie ba­cząc na jęki i wes­tchnie­nia, każę im wy­jąć kar­tecz­ki i dyk­tu­ję te same nud­ne zda­nia do prze­tłu­ma­cze­nia z pol­skie­go na an­giel­ski, po czym po­le­cam sfor­mu­ło­wać do nich py­ta­nia i za­prze­cze­nia. Część uczniów pa­trzy na mnie, jak­bym mó­wi­ła po he­braj­sku i to wspak. Nie wiem, jak do nich do­trzeć, żeby w domu choć chwi­lę po­świę­ci­li wku­wa­niu słó­wek. Na zor­ga­ni­zo­wa­ne we wrze­śniu za­ję­cia wy­rów­naw­cze, za któ­re mi­ni­ster­stwo oczy­wi­ście nie pła­ci i któ­re były moją ini­cja­ty­wą, w moim wol­nym cza­sie i po­dyk­to­wa­ne moją na­iw­no­ścią, że mogę coś zmie­nić, nie przy­szedł nikt.

Opie­ram się o biur­ko i przy­glą­dam po­chy­lo­nym gło­wom uczniów, któ­rzy mają jesz­cze całe ży­cie przed sobą. Któ­rzy jesz­cze nie zdą­ży­li po­peł­nić mo­ich błę­dów i naj­praw­do­po­dob­niej żyją w prze­świad­cze­niu, że cały świat do nich na­le­ży. No, przy­nam­niej ten naj­bliż­szy świat. Po­dej­rze­wam, że w brzu­chach po­ło­wy z nich krą­żą nie­spo­koj­ne sta­da mo­ty­li, któ­re nie po­zwa­la­ją się sku­pić na tak pro­za­icz­nych rze­czach, jak na przy­kład na­uka.

Przy­my­kam na chwi­lę oczy, da­jąc dzie­cia­kom ni­kłą szan­sę na ścią­gnię­cie od kum­pla, co oczy­wi­ście usi­łu­ją nie­udol­nie wy­ko­rzy­stać i prze­pi­su­ją od są­sia­da se­kwen­cje z no­wy­mi błę­da­mi. Za­sta­na­wiam się, gdzie po­peł­ni­łam błąd i czy fak­tycz­nie aż tak wie­le, jak chce mi wmó­wić mat­ka, za­le­ża­ło ode mnie.

- Syl­wia, nie ścią­gaj.

Tle­nio­na blon­dyn­ka z ró­żo­wy­mi koń­ców­ka­mi wło­sów spo­glą­da na mnie zdzi­wio­ny­mi, roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi aniel­skiej nie­win­no­ści.

- Ja?

- A jest tu inna Syl­wia?

- Ale ja nie ścią­gam.

- Oczy­wi­ście, po pro­stu za­glą­dasz do są­siad­ki.

- Ja tyl­ko chcia­łam...

- Pisz już le­piej i nie dys­ku­tuj. Wiem, co wi­dzia­łam, i to moja do­bra wola, że do tej pory nie za­bra­łam ci kart­ki. Nor­bert, wi­dzę.

Chło­pak w ław­ce pod ścia­ną sta­ra się zaj­rzeć do pod­ręcz­ni­ka, któ­ry na jego nie­szczę­ście nie daje się otwo­rzyć na wła­ści­wej stro­nie.

Czu­ję się jak ko­gut w kur­ni­ku, któ­ry pil­nu­je, żeby kury dzio­ba­ły w od­po­wied­nim ryt­mie i miej­scu, nie prze­kra­cza­jąc wy­zna­czo­nych przez nie­go gra­nic. Bę­dąc w ich wie­ku, zde­cy­do­wa­nie nie ma­rzy­łam o miej­scu, w któ­rym się zna­la­złam, i pra­cy szkol­ne­go kapo. Co gor­sza, jesz­cze dziś będę mu­sia­ła spraw­dzić te wy­po­ci­ny i ża­łu­ję, że da­łam się spro­wo­ko­wać. Trze­ba było od­bęb­nić swo­je, zdać się na współ­pra­cę z nie­licz­ny­mi za­an­ga­żo­wa­ny­mi jed­nost­ka­mi i mieć świę­ty spo­kój. A tak, wie­czo­rem spo­tkam się z trzy­dzie­sto­ma pra­ca­mi (jesz­cze dwie oso­by od ty­go­dnia albo są cho­re, albo wa­ga­ru­ją), wsta­wię kil­ka je­dy­nek i przy­nio­sę na­stęp­nie do szko­ły złą no­wi­nę dla tych i tak już za­gro­żo­nych.