Zona - Mathias Enard

-
Proszę czekać

I

w wieku męskim wszystko jest trudniejsze, wszystko wydaje bardziej fałszywy nieco metaliczny dźwięk jak dwa zderzone ze sobą brązowe miecze odsyłają nas do siebie samych i z niczego nie wyciągają, więzienie jest ładne, podróżujemy objuczeni, z dzieckiem którego się nie nosiło na rękach z gwiazdką z czeskiego kryształu z talizmanem na topniejące śniegi na zniknięcie Golfsztromu jako preludium zlodowacenia na stalaktyty w Rzymie i góry lodowe w Egipcie, w Mediolanie leje bez przerwy uciekł mi samolot miałem przed sobą tysiąc pięćset kilometrów pociągiem zostało jeszcze pięćset, dziś rano Alpy lśniły jak noże, na swoim siedzeniu trząsłem się ze zmęczenia oka nie mogłem zmrużyć jak narkoman cały połamany, w pociągu mówiłem do siebie na cały głos a może cichutko, czuję się bardzo stary chciałbym żeby skład jechał dalej aż do Stambułu albo do Syrakuz żeby dojechał do końca niechby przynajmniej on umiał dotrzeć do celu drogi pomyślałem jaki ja jestem biedny, rozczuliłem się nad sobą w tym pociągu którego rytm otwiera duszę skuteczniej niż skalpel, pozwalam żeby wszystko przemykało wszystko ucieka wszystko jest trudniejsze w czasie który biegnie wzdłuż linii kolejowej wolałbym być po prostu przewożony z jednego miejsca w drugie to byłoby logiczne podróżny jak ślepiec którego się ujmuje pod ramię kiedy ma przejść na przeciwną stronę niebezpiecznej arterii ale ja jadę tylko z Paryża do Rzymu, na dworcu centralnym w Mediolanie, tej świątyni Echnatona dla lokomotyw gdzie pomimo deszczu utrzymują się ślady śniegu kręcę się w kółko, przyglądam się potężnym kolumnom egipskim podtrzymującym sklepienie, z nudów wypijam szklaneczkę na tarasie który wychodzi na tory tak jak inne tarasy wychodzą na morze, wcale mi nie pomaga to nie był moment na libację tyle rzeczy sprawia że się zbacza z drogi tyle rzeczy prowadzi do zguby alkohol jest jedną z nich pogłębia rany kiedy znajdziesz się sam na olbrzymim lodowatym dworcu myśląc obsesyjnie o miejscu które masz za sobą i zarazem przed sobą: a przecież pociąg nie kręci się w kółko, przemieszcza się z punktu do punktu ja jestem na orbicie, grawituję jak kamyk, poczułem się jak niezbyt ciężki kamyk kiedy na peronie zaczepił mnie mężczyzna wiem że przyciągam szaleńców i różnych przetrąconych ostatnio przychodzą aby zapaść się w moją kruchość szukają lustra lub braterstwa broni ten tu to nieźle stuknięty kapłan nieznanego bóstwa w kapturze krasnala z dzwonkiem w lewej łapie, podaje mi prawą i woła po włosku "towarzyszu ostatni uścisk dłoni przed końcem świata" nie śmiem jej ująć z obawy że on ma rację, jakieś czterdzieści lat nie więcej i przenikliwe badawcze spojrzenie psychola który zadaje ci pytania bo nagle poczuł z tobą braterstwo, mam chwilę wahania nad jego wyciągniętym ramieniem, przerażony uśmiechem szaleńca odpowiadam w końcu "nie, dziękuję" jakby sprzedawał gazetę lub proponował mi papierosa, wtedy on potrząsa dzwonkiem i rechocze posępnym grubym głosem wytykając mnie palcem ręki którą przed chwilą mi podawał następnie spluwa, odchodzi i w tym momencie peronem sunie potężna niemal rozpaczliwa samotność oddałbym wszystko za parę rąk lub ramion nawet pociąg do Rzymu zrezygnowałbym ze wszystkiego gdyby tylko ktoś się tu pojawił stanął pośrodku dworca wśród cieni, między ludźmi bez ludzi między pasażerami uczepionymi swoich telefonów i walizek, wszystkimi którzy znikną porzucą swoje ciała na czas krótkiej przerwy która zawiedzie ich z Milano Centrale do Fossoli Bolzano lub Triestu, dawno temu na Dworcu Lyońskim w Paryżu zbzikowany mistyk również ogłosił mi koniec świata i miał rację, na wojnie rozpadłem się na dwoje i roztrzaskałem jak maleńki meteoryt z gatunku tych co to nawet nie zaświecą na niebie naturalny pocisk o znikomej zdaniem astronomów masie, szaleniec z dworca w Mediolanie przypomina mi łagodnego wariata z Dworca Lyońskiego, świętego człowieka, kto wie, może to ten sam, może urośliśmy w tym samym rytmie każdy po swojemu każdy w swoim szaleństwie i one teraz się spotkały na peronie numer 14 dworca w Mediolanie mieście o nazwie będącej imieniem ptaka* i hiszpańskiego wojskowego które rozsiadło się na skraju równiny jak na lodzie firnowym powoli wypluwanym przez Alpy których szczyty widziałem, ich krzemowe ostrza rozpruwają niebo i nadają apokaliptyczny ton a jego słuszność potwierdził krasnal z dzwonkiem w sanktuarium postępu jakim jest stazione di Milano Centrale zagubione w czasie podobnie jak ja jestem zagubiony w przestrzeni eleganckiego miasta, z okiem zasłoniętym przepaską jak Millán Astray jednooki generał, ptak drapieżny, nerwowy, gotów rozszarpać drżące ciało kiedy tylko znowu poczuł w locie światło i niebezpieczeństwo: Millán Astray tak bardzo pragnął, by Madryt stał się nowym Rzymem, oddał się w służbę Franco, iberyjski duce był jego łysym idolem podczas wielkiej bojowej przygrywki do lat czterdziestych, jednooki waleczny oficer był legionistą jako dobry wojskowy prorok wykrzykiwał viva la muerte, i słusznie, fuga śmierci zawędrowała aż do Polski, wzbudziła wysoką falę trupów a piana z tej fali dotarła aż na brzeg Adriatyku, do Triestu i do Chorwacji: Millán Astray i jego starcie z Unamuno surowym kapłanem kultury przychodzi mi na myśl w czasie gdy na peronie podróżni spiesznie wsiadają do pociągu na koniec świata, dojadą nim prosto na miejsce, Unamuno był filozofem tak klasycznym i szlachetnym że nie dostrzegł nadciągającej masakry, nie dopuszczał myśli że jednooki generał może mieć rację krzycząc niech żyje śmierć w obliczu swojej trzódki, tymczasem stary jastrząb wyczuł (zwierzęta trzęsą się przed burzą) że zaraz będzie dużo padliny, a śmierć ma przed sobą kilka lat obfitości nim sama skończy w pociągu, jednym z wielu między Bolzano a Birkenau albo Triestem a Klagenfurtem albo Zagrzebiem a Rzymem, czas się w nim zatrzyma jak zatrzymał się dla mnie na peronie przy którym stoi rząd wagonów i wściekle dyszące lokomotywy, trwa chwila przerwy między dwoma umarłymi, hiszpańskim wojskowym i dworcem o tym samym imieniu, przytłaczająca jak sam bóg wojny Ares - machinalnie zapalam ostatniego papierosa trzeba szykować się do podróży, do zmiany miejsca jak wszyscy którzy chodzą tam i z powrotem po peronie Milano Centrale w poszukiwaniu miłości spojrzenia albo wydarzenia które wyrwie ich z niekończących się kręgów, z Koła, w poszukiwaniu spotkania, czegokolwiek, byle uciec od siebie, od spraw życiowych, od wspomnień o chwilach wzruszeń i o zbrodniach, dziwne że w tym momencie na peronie nie ma żadnej kobiety, i tak pchany wspomnieniem o Millánie Astrayu oraz jego zasłoniętym oku wsiadam do ekspresu który przemierzy kawał kraju i który dziesięć lat temu zapewne reprezentował szczyt postępu technologicznego ze swoimi automatycznymi drzwiami i prędkością ponad dwustu kilometrów na godzinę na prostych odcinkach przy ładnej pogodzie natomiast dzisiaj, kiedy koniec świata trochę się przybliżył, jest po prostu pociągiem: to dotyczy wszystkiego, pociągów, samochodów, pieszczot, twarzy i ciał ich prędkość piękno lub brzydota wydają się groteskowe po kilku latach, gdy coś podgnije albo nadrdzewieje, ostatni stopień i jestem w innym świecie, plusz wszystko rozpulchnia, podobnie jak, wsiadając do tego wagonu nawet zimę zostawiłem za sobą, odbywam podróż w czasie, nie jest to dzień podobny do pozostałych, to dzień szczególny 8 grudnia Święto Niepokalanego Poczęcia a ja w pociągu nie usłyszę homilii papieża z Placu Hiszpańskiego, wariat właśnie obwieścił mi koniec świata, mogłem po raz ostatni ujrzeć Ojca Świętego, duchowego spadkobiercę pierwszego palestyńskiego lidera jedynego który osiągnął jakiś rezultat choć nie było gwarancji sukcesu dla tego chudziny z Lewantu narzekacza bez grosza przy duszy który za życia nie napisał ani linijki, na torze obok stoi drugi pociąg w oknie ładna dziewczyna, ma coś w oczach, wydaje mi się że mówi do kogoś kogo nie widzę, znajduje się bardzo blisko mnie praktycznie w odległości najwyżej metra dzielą nas dwie dość brudne szyby muszę być silny nie mogę zatrzymywać się przy twarzach młodych kobiet muszę być stanowczy i nabrać rozpędu na kilometry które mi zostały i na pustkę i lęk przed światem które przyjdą potem, zmieniam życie i zawód lepiej o tym nie myśleć, niewielką walizkę położyłem nad siedzeniem dyskretnie przypiąłem ją kajdankami do półki bagażowej dobrze by było przymknąć na chwilę oczy lecz na peronie policjanci na dwukołowych elektrycznych rydwanach niby Achilles lub Hektor bez konia ścigają młodego czarnego mężczyznę który ucieka wzdłuż torów budząc zdziwienie i zdenerwowanie podróżnych, niebiescy aniołowie może nawet zwiastuni apokalipsy dosiedli dziwnych hulajnóg w odcieniu spokojnego błękitu, wszyscy pasażerowie wylegli aby nie stracić przedstawienia, synowie Tydeusa i Pallas Ateny rzucają się na Trojan, kilkadziesiąt metrów ode mnie w pobliżu lokomotywy jeden z dwóch karabinierów ustawia się na wysokości uciekającego i niesłychanie brutalnym gestem wzmocnionym przez rozpęd pojazdu ciska zaszczutego mężczyznę na cementowy słup pośrodku peronu, tamten rozpłaszcza się na betonie uderza głową o słup i pada, pada na brzuch w samym centrum dworca Milano Centrale i dokładnie w tym momencie drugi anioł skacze mu na lędźwie, by go unieruchomić, kolanami przygniata mu nerki jak poskramiacz lub hodowca pętający oporne zwierzę po czym uruchamia swój pojazd i wlecze utykającego złoczyńcę w kajdanach czemu towarzyszy pełen podziwu pomruk tłumu, scena antycznego triumfu, pokonanych ciągnie się w łańcuchach za rydwanem zwycięzcy, ten Czarny ma spuchniętą twarz krew leci mu z nosa głowę trzyma wysoko trochę niedowierzająco wszyscy wracają do wagonu incydent zakończony sprawiedliwość zwyciężyła, zaledwie kilka minut do odjazdu, rzut oka na moją walizkę, obawiam się że nie zdołam zasnąć pościg zacznie się gdy tylko przestanę uważać ktoś wślizgnie się do mojego snu albo pod powieki i podniesie je tak jak się uchyla okiennicę lub roletę wenecką, dawno nie myślałem o Wenecji, o zielonej wodzie na cyplu della Dogana, o mgłach na Zattere i o przenikliwym zimnie kiedy się patrzy w kierunku cmentarza z Fondamente Nuove, wróciwszy z wojny nie myślałem o cieniach które w Wenecji są winem sączonym już od piątej po południu, stają mi przed oczami słowiańscy skrzypkowie grający dla Japończyków, Francuzi zajęci maskaradą karnawałową i zamożny fryzjer z Monachium który zafundował sobie pałac nad Canale Grande, pociąg rusza znienacka odchylam głowę do tyłu no to jedziemy już tylko pięćset kilometrów do końca świata

* Milan (fr.) - tradycyjne określenie ptaka z rodziny jastrzębiowatych. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

II

poddaję się monotonnemu pulsowi peryferii miasta noszącego imię hiszpańskiego żołnierza a także ptaka drapieżnego, miasta Północy jakich wiele, gdzieniegdzie blokowiska w których mieli się gnieździć proletariusze, imigranci z lat sześćdziesiątych XX wieku, pionowy obóz koncentracyjny w paradoksalnym rytmie podkładów kolejowych - jestem w Wenecji w maleńkim zawilgoconym mieszkaniu gdzie światło dochodziło tylko do kuchni, spało się z uniesionymi nogami co podobno jest dobre na krążenie, to było przy wejściu do Getta naprzeciwko piekarni tuż przed dużą synagogą z której momentami dochodziły psalmy i inne śpiewy, czasem można było się przestraszyć na myśl o nazwie dzielnicy, Stare Getto, zwłaszcza nocą kiedy było pusto i cicho i wiała bora lodowaty wiatr który zdawało się nadciągnął prosto znad Ukrainy a po drodze zmroził Czechów Węgrów i Austriaków, w moim Starym Getcie nie sposób było nie pomyśleć o Łodzi Krakowie Salonikach i innych gettach po których nic nie zostało, nie sposób uwolnić się od zimy 1942 roku i pociągów do Treblinki, Bełżca i Sobiboru, w 1993 roku, kilka miesięcy po mojej osobistej wojnie i dokładnie pięćdziesiąt lat po eksterminacji w weneckiej dzielnicy Getto zatopionej we mgle i zimnie wyobrażałem sobie niemiecką machinę śmierci, nie mając pojęcia o tym że jedno z jej ostatnich kół zębatych kręciło się w pobliżu, zaledwie kilka kilometrów stamtąd, jeżeli jednak w tej chwili w kolejowym odrętwieniu przychodzi mi na myśl Wenecja dzieje się tak przede wszystkim ze względu na tę która tam do mnie przyjechała, jej ciało którego tak często mi odmawiała zmuszało mnie do długich nocnych spacerów, czasami aż po świt, w swojej czarnej czapce przecinałem campo dei Mori, pozdrawiałem Świętego Krzysztofa nad portalem Madonna dell'Orto, znikałem wśród tych kilku współczesnych budynków które celowo wybudowano w zakamarkach, aby lepiej je schować, jakby były niedostatecznie kryte przez lagunę, i ileż to razy naprawdę ileż razy piłem o świcie kawę obok niewidzących mnie motorniczych i mechaników tramwajów wodnych jako że Wenecjanie posiadają atawistyczną umiejętność ignorowania wszystkiego co nie jest nimi, potrafią nie widzieć obcego, sprawiają że znika, i ta wielkopańska pogarda, ten dziwaczny staroświecki arystokratyzm beneficjenta pozwalającego sobie całkowicie ignorować rękę, która go karmi, nie była nieprzyjemna, przeciwnie, stanowiła wyraz olbrzymiej szczerości i wolności, dalekiej od komercyjnej sympatii która zalała cały świat, cały oprócz Wenecji gdzie nadal cię ignorują i pogardzają tobą jakby cię nie potrzebowali, jakby restaurator nie potrzebował klientów, bo przecież jego bogactwem jest całe miasto, poza tym ma pewność, niezbitą pewność, że inne, mniej wkurzające gatunki komensalne wkrótce zasiądą przy jego stolikach cokolwiek będzie się działo i to daje mu potężną przewagę nad gościem, przewagę sępa nad ścierwem, podróżny tak czy inaczej zostanie oskubany i poćwiartowany, z uśmiechem lub bez, nie ma sensu go okłamywać, nawet piekarz z naprzeciwka przyznawał bez zmrużenia oka że jego chleb jest niezbyt dobry a ciastka o wiele za drogie, ten piekarz widywał mnie codziennie codziennie przez wiele miesięcy i nigdy się do mnie nie uśmiechnął jego siła leżała w pewności że zniknę że pewnego dnia opuszczę Wenecję i lagunę, nie ma znaczenia czy po roku, dwóch, trzech czy po dziesięciu latach, on należał do wyspy a ja nie i przypominał mi o tym każdego ranka, i to mnie ratowało, w żadnym wypadku nie należy robić sobie złudzeń, spotykałem się tylko z cudzoziemcami, byli wśród nich Słowianie, Palestyńczycy, Libańczycy, Ghassan, Najef, Chalil a nawet Syryjczyk z Damaszku który prowadził bar, miejsce spotkań dla studentów i wygnańców, dawniej był marynarzem zdezerterował w jakimś porcie, grubo ciosany facet w ogóle nie kojarzył się z morzem ani ze statkami miał twarz szczura lądowego wielkie uszy o ile pamiętam dość włochate, bardzo pobożny, modlił się pościł nigdy nie pił alkoholu choć podawał go klientom, jego słabością były kobiety zwłaszcza dziwki, usprawiedliwiał się mówiąc że prorok miał sto żon, że lubił kobiety i że w sumie spółkowanie to piękny grzech, co do mnie nie spółkowałem dużo w Wenecji, zima trwała w nieskończoność, wilgotna i chłodna, w sumie niesprzyjająca temu zajęciu, pamiętam że podczas pierwszej nocy w Getcie nie miałem kołdry i tak zmarzłem że zawinąłem się we wschodni dywan, w ubraniu łącznie z butami, bo sztywny chodnik zamieniony w rulon nie sięgał moich nóg, przed zaśnięciem czytałem opowieści o statkach widmach Williama Hodgsona jak nieudany fakir albo marynarz gotów złączyć się z morzem gdy go zaszyją w hamaku, daleki od erotyzmu jaki niektórzy przypisują Wenecji, facet zwinięty jak cygaro, zakurzony i złachany, w butach i czapce na własnym łóżku, dlaczego ogrzewanie nie działało nie potrafię sobie przypomnieć w każdym razie w tym wagonie tutaj temperatura wynosi ze dwadzieścia pięć stopni, ściągnąłem sweter w tym samym momencie co człowiek siedzący naprzeciwko, wygląda na białego rapera z Nowego Jorku z wyniosłą miną czyta "Pronto", ciekawe co mi za chwilę obwieści, z całą pewnością nie koniec świata, raczej koniec małżeństwa pary hollywoodzkich aktorów albo przedawkowanie kokainy przez włoskiego biznesmena, zaledwie trzydziestolatka, bratanka albo wnuka Agnellego, tego geniusza od Fiata, którego nazwisko dostrzegam na okładce, Lupo, dziwna sprawa, chyba się pomyliłem, biznesmen raczej nie może mieć na imię Wilk, wyobrażam sobie tego przystojniaka włos błyszczący białe zęby bystre spojrzenie nieco przekrwionych oczu, zapewne znaleziono go nieprzytomnego w luksusowym apartamencie w Turynie, być może w towarzystwie jakiejś damy z półświatka, Lamborghini stało grzecznie zaparkowane na dole, kto wie może na jego rozpiętą koszulę od Armaniego ulało się trochę krwi lub żółci, wyobrażam sobie poruszenie gospodyń domowych które są najwierniejszymi czytelniczkami takich czasopism, mój Boże ale przystojny ten wilczek, bogaty, dobrze urodzony, takie marnotrawstwo, nie starczyło mu przyzwoitości żeby się roztrzaskać o jakąś barierkę przy prędkości trzysta na godzinę zginąć w katastrofie helikoptera skutera wodnego dać się posiekać na tysiąc kawałków przez śrubę napędową swojego własnego jachtu, niechby nawet dostał prosto w twarz kulkę od jakiegoś zazdrosnego męża albo mafijnego zbira ale narkotyki no narkotyki to jakby syfa dostał, wstyd, coś niemożliwego, niesprawiedliwość mało brakowało a nabrałbym sympatii do turyńskiego wilczka który ściągnął skandal na swoją słynną rodzinę, mam nadzieję że wyjdzie ze szpitala przed końcem świata, mój sąsiad ma pogardliwą i potępiającą minę, kiwa głową i kląska językiem a tymczasem za oknem zapada noc, jedziemy przez równinę, przez smutną równinę lombardzką którą ogarnia ciemność, Bogu dzięki zmierzch nie potrwa długo nagie oszronione drzewa wzdłuż linii elektrycznych znikną będzie można jedynie domyślać się ich cieni, księżyc wyjrzy być może od czasu do czasu zza chmur i oświetli wzgórza przed Bolonią, potem pomkniemy przez toskańskie miękkości na południowy zachód do Florencji i wreszcie nadal w tym samym kierunku aż do Rzymu, nadal blisko pięć godzin dzieli nas od dworca Termini, od kościołów, papieża i wszystkich rzymskich świętości, dewocjonaliów krawatów kadzielnic i parasoli oblewanych wodą z fontann Berniniego i rozjeżdżanych samochodami, od krzywych bruków i cuchnącego Tybru, w którym pływają Madonny z Dzieciątkiem, święci Mateusze, piety, zdjęcia z krzyża, mauzolea, kolumny, karabinierzy, ministrowie, cesarze, od huku miasta które zmartwychwstawało tysiąc razy, zżeranego gangreną piękna i deszczu, podobnego nie tyle do pięknej kobiety ile do starego erudyty o fenomenalnej wiedzy który zapomniawszy się puszcza bąka w fotelu, a tymczasem życie ucieka z niego wszystkimi porami, on trzęsie się, kaszle, zsikany recytuje Georgiki lub ody Horacego, centrum Rzymu pustoszeje, już nie ma mieszkańców, nie ma sklepów z jedzeniem, szmaty szmaty szmaty aż się w głowie kręci miliardy koszul setki milionów czółenek miliony krawatów szalików można by tym przykryć Bazylikę Świętego Piotra lub opasać Koloseum, wszystko przysypać raz na zawsze ciuchami żeby potem turyści grzebali w tym gigantycznym religijnym szmateksie z gorączką w oku polując na odkrycia, patrz znalazłem piękny kościół Borrominiego pod tym futerkiem, marynarka myśliwska skrywała plafon braci Carraccich w czarnych oficerkach tkwiły rogi Mojżesza Michała Anioła, gdyby na mnie nie czekano nigdy w życiu bym tam nie wrócił, gdyby w wieku męskim wszystko było prostsze nigdy w życiu nie wybrałbym się w tę podróż, nigdy bym nie taszczył tej ostatniej walizki, wolę swoją galijską Loarę od łacińskiego Tybru, wersy Joachima du Bellay których trzeba się było uczyć w gimnazjum na pamięć, szczęśliwy ten co jak Ulisses i tak dalej, ja też mam swoje Żale, Ungaretti nazywał Tyber rzeką fatalną, urodzony w egipskiej Aleksandrii Ungaretti przeżył w rodzinnym mieście dwadzieścia lat potem popłynął do Rzymu a potem zainstalował się we Francji, Aleksandria, całkiem blisko stąd istnieje Aleksandria Piemoncka, nigdy tam nie byłem, pamiętam kiedyś w Wenecji spytałem w biurze podróży o statki do Aleksandrii, wtedy pracownica (blond wenecki, gryzła metalową spinkę jakby to była wykałaczka) spojrzała na mnie ze zdumieniem, ale przecież do Aleksandrii chodzą pociągi, ja zaś w odruchu zaufania jakim darzymy profesjonalistów przez sekundę wyobraziłem sobie bezpośredni pociąg z Wenecji do egipskiej Aleksandrii, via Triest Zagrzeb Belgrad Saloniki Stambuł Antiochię Aleppo Bejrut Akkę i Port Said, co było wyzwaniem dla geopolityki i zdrowego rozsądku, bo nawet kiedy już zrozumiałem że ma na myśli Aleksandrię Piemoncką, posunąłem się do rojeń o pociągu który połączyłby wszystkie Aleksandrie, o sieci pomiędzy Aleksandrią w Piemoncie Aleksandrettą w Turcji Aleksandrią w Egipcie i Aleksandrią w Arachozji, chyba najbardziej tajemniczą, schowaną gdzieś tam w Afganistanie z dala od linii kolejowych, pociąg nazywałby się Ekspres Aleksandryjski, zaczynałby bieg w Aleksandrii Eschate w Tadżykistanie a kończyłby w Piemoncie, przechodząc przez wybrzeże Afryki w trzynaście dni i tyleż nocy, Aleksandria w Egipcie kolejna dekadentka dekadenckie miasto niepozbawione uroku kiedy pada deszcz albo gdy jest ciemno, pamiętam mieszkaliśmy tam w hotelu naprzeciw nadmorskiej promenady za pierwszym razem całymi godzinami wpatrywaliśmy się w Morze Śródziemne stojąc na balkonie aż do momentu kiedy odpadł od niego kawał cementu i omal nie zabił człowieka który siedział poniżej na tarasie, facet ledwie spojrzał w górę, to był Egipcjanin przyzwyczajony do tego że niemal codziennie niebo wali mu się na głowę, zajmowałem ten dwuosobowy pokój z Marianne, właśnie rozbierała się w łazience, miała ciało i twarz zdolne rozszarpać duszę, moja dusza się o to prosiła, w Aleksandrii pachnącej deszczem i morzem upijałem się zapachami Marianne, nasz hotel nie nazywał się Cecil, nasz pobyt nie miał nic wspólnego z Durrellem, w tamtym czasie nie miałem pojęcia o książkach, o Ungarettim ani o Kawafisie smutnym urzędniczynie zatrudnionym na Giełdzie Bawełnianej albo w jednym z potężnych banków których nie brakuje w Ramleh, po pracy udawał się do którejś z gigantycznych cukierni by oddawać się rojeniom o Antoniuszu wielkim przegranym spod Akcjum a przy okazji obserwował kołyszącego biodrami arabskiego kelnera jak też zachód słońca nad cytadelą mameluka, nocą wszystko wygląda jednakowo, mógłbym się znajdować w Aleksandrii w tym hotelu przy promenadzie omiatanym kroplistą mgłą równie dobrze jak siedzieć przy oknie po którym spływają teraz strużki deszczu, było smutno i lało, pewnej nocy, bez pośpiechu, niemal noga za nogą jak włoska lokomotywa w tej chwili przychodzę do Marianne do lodowatego hotelu w którym trzęsiemy się z zimna, zamykam oczy by przypomnieć sobie to zbliżenie, ten stosunek raczej wulgarny i pospieszny, czy w ogóle do niego doszło czy pozwoliła mi jedynie się pocałować, nie sądzę, nie zdjęła swetra ani szalika w pokoju gwizdał przeciąg ale rano słońce świeciło jasno morze było takie niebieskie Marianne szybko wróciła do Kairu ja zaś zostałem jeszcze kilka dni by nurzać się w mieście i w alkoholu, "Ricardo autentyczny pastis z Aleksandrii", okropnie smakowała ta egipska anyżówka którą piłem bez lodu z plastikowego kubka wpatrując się w morze, jakaż chwalebna samotność, rano herbata w jednej z cukierni w pobliżu dworca w Ramleh do tego co najmniej półkilowy rogalik z czystego gipsu, obserwowałem turkoczące tramwaje wciśnięty w skórzany fotel który być może poznał leniwe tyłki Tsirkasa, Kawafisa czy Ungarettiego, fantomy zżeranego przez biedę miasta przypartego do morza tak jak się bywa przypartym do muru, wszędzie poza centralnymi dzielnicami syf i brud ale nawet i centrum było brudne, świetne miejsce żeby czekać na koniec świata jedząc smażone ryby pod jasno świecącym zimowym słońcem które się pokazało na zamiecionym przez wiatr niebie, gorąco w tym wagonie, zaraz zasnę, już i tak niemal śpię ukołysany przez Marianne o białych ramionach, jej twarz się zmienia, zdeformowana wydłużonym zmierzchem mijanych drzew, wracałem do Aleksandrii często tam wracałem, i to nie zawsze w snach, a robiłem to w celu zawarcia mniej lub bardziej tajnych transakcji z egipskimi generałami których rangę rozpoznawało się nie po liczbie gwiazdek tylko Mercedesów, ci generałowie walczyli z islamskim terroryzmem i co wieczór sumiennie szorowali sobie czoło papierem ściernym preparując uszkodzenia jak na skórze ocieranej o dywanik modlitewny, tak by w końcu powstał odcisk wskazujący na to że są pobożniejsi od swoich przeciwników, w Egipcie wszystko jest przesadą, notowałem nazwiska adresy powiązania ślady aktywistów przybyłych z Afganistanu lub z Sudanu, tymczasem wojskowi, jak jeden mąż bardzo otyli, powtarzali co i rusz inszallah, Allahu a'lam, la haula i z równą pobożnością torturowali oraz rozstrzeliwali na tylnych dziedzińcach dziesiątki brodaczy z przeludnionych więzień rozlokowanych wzdłuż doliny Nilu, dobrze mi było w Aleksandrii, dwukrotnie udało mi się tam dotrzeć drogą morską, latem działało połączenie promowe z Cypru więc można było popłynąć z Bejrutu do Aleksandrii z przesiadką w Larnace, całkiem niezłe połączenie poza tym najbardziej praktyczne dla kogoś kto tak jak ja przewoził materiały wrażliwe, gdy tymczasem na bejruckim lotnisku roiło się od Syryjczyków, oczywiście Marianne już od dawna tam nie mieszkała w momencie gdy Ras at-Tin wynurzał się z porannej mgły a ja miałem wrażenie że oglądam miasto od zaplecza, potajemnie, że zastaję Aleksandrię bez makijażu tak jak o świcie zastaje się w łazience nagą kobietę, morze było do tego stopnia przejrzyste że oparłszy stopę na relingu dawało się policzyć meduzy dryfujące w letniej wodzie: przy okazji każdej podróży wyobrażałem sobie Marianne w lodowatym pokoju, jej bieliznę widoczną tylko przez mgnienie, dwie sekundy ciszy naprzeciwko jej gołych nóg na brzegu łóżka które zbyt szybko chowała pod kołdrą, na dworze szalała burza, wiatr tłukł o okna balkonowe pozbawione okiennic, co robiliśmy w tym samym łóżku, jeśli o nią chodzi zapewne coś, czego domagała się nowoczesność, Marianne we wspólnym wyrku dostrzegała niewinność pomieszaną z niebezpieczeństwem, ja natomiast, pełen pożądania, widziałem jedynie cudowną okazję, różowe wino o nazwie Egipski Rubin którym ją poiłem pozostało wraz z Ricardem moją aleksandryjską magdalenką: przy wspólnym stole z wojskowymi lub z oficerami policji którzy nie zdejmując okularów przeciwsłonecznych popijali do obiadu Johnniego Walkera ja dla upamiętnienia Marianne ochoczo wciągałem potężnymi haustami Egipski Rubin lub Omar Chajjam, a oni patrzyli na mnie z obrzydzeniem, tak jakby prorok zezwolił jedynie na picie brytyjskiej whisky, poznałem nawet bliskiego znajomego prezydenta kraju który obżerał się smażonymi barwenami popijając je single malt, co było symbolem statusu i władzy, a jednocześnie ze szczegółami opowiadał mi co spotkało Iksa lub Igreka który zmarł w trakcie tortur czy innych katuszy - dlaczego tak rzadko bywałem w Egipcie już nie pamiętam, spotkania wyznaczano nam w Aleksandrii lub w Agami na skraju Pustyni Libijskiej, być może dlatego że to się działo latem, zimą wszystko się zmieniło, w zimie 1998 roku w stolicy tuż nad Nilem na skraju Garden City odbyły się ważne negocjacje z udziałem biznesmenów podobnych z wyglądu do greckich bojowników komunistycznych opisywanych przez Tsirkasa, pyszałkowatych krasomówców z gatunku tych co to potrafią uśpić cię równie niechybnie jak ten wieczorny pociąg, ostrożnych lecz uprzejmych, każdy z nich to Salome zamieniona w węża, coś kompletnie odmiennego od jednookiej prostoty wojskowych i gliniarzy, ci ludzie zdejmowali swoje przydymione binokle żeby głębiej zajrzeć ci w oczy ocenić cię wysondować a ten pociąg kołysze wywołuje senność taką jak w Aleksandrii kiedy drżący zasypiałem licząc nieosiągalne oddechy Marianne, teraz mimowolnie liczę wibracje pociągu na kolejnych podkładach, i raz i raz i raz, nabieram świadomości własnego ciała na siedzeniu kolejowym, egipscy libańscy saudyjscy biznesmeni jak jeden mąż odebrali wykształcenie w najlepszych brytyjskich i amerykańskich college'ach, ich dyskretna elegancja nie miała nic wspólnego ze stereotypowym obrazem pstrokato ubranych, głośnych Lewantyńczyków, nie byli otłuszczeni ani też nie przebierali się za Beduinów, z rozwagą mówili o bezpieczeństwie swoich przyszłych inwestycji, tak się wyrażali, mówili o naszych szmuglach i o regionie który nazywali the area, "Zona", i o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie wypowiadając słowa "broń" ani słowa "ropa", zresztą nie używali żadnych słów poza investment i safety, zastanawiałem się - ten wyczerpany pejzaż działa na mnie hipnotycznie, trwa godzina między psem a wilkiem jak to się mówi - kto tam był psem a kto wilkiem wśród tych jakże kulturalnych ludzi, patrzyłem przysłuchiwałem się temu co mówi mój szef, tak go nazywałem, przysłuchiwałem się jak przekonuje tych przyjemnych drapieżników, niektórzy z nich sprzedawali broń Chorwatom w Bośni, inni muzułmanom, jeszcze inni gdzieś w Afryce, potem przerzucili się na kontrabandę do Iraku - w tym wspaniałym kairskim hotelu władcy Zony uczestniczyli w nieformalnym spotkaniu na którym próbowaliśmy ich nakłonić do wspólnej gry, informowaliśmy o sytuacji, o pomocy jaką jesteśmy gotowi zaoferować aby mogli upłynnić po jak najlepszej cenie iracką ropę której mieli pełne tankowce, czarne złoto ma dużą objętość i unosi się na wodzie, Syryjczycy żądali fortuny za wysyłkę tak jakby ono pochodziło prosto z ich wyschniętych szybów nad Eufratem a przecież tankowanie odbywało się w Latakii, dziwna trasa, wszyscy mieli na zbyciu tysiące ton nieprzetworzonej ropy, do tego stopnia że kilka lat później francuscy dyplomaci wracający z Bagdadu w biały dzień potrafili chodzić po Paryżu z milionami baryłek do sprzedania, jakby to były słoiki konfitur, co przypominało mi handelek uprawiany przez błękitne hełmy w Bośni, żołnierze pozbywali się przydziałów, w tym paliwa, i wynajmowali swoje pojazdy opancerzone jako taksówki do Splitu lub Zagrzebia, najzwyczajniej w świecie, zadowoleni ze swojego czystego sumienia i drobnych kwot, które im wpadały dzięki tym usługom, co prawda mimo wszystko skarżyli się na niebezpieczeństwo i tak jak nasi biznesmeni z Zony nie dostrzegali zagrożenia kryjącego się za wyciągniętą ręką, śmiercionośnych gierek do jakich miało dochodzić w następnych latach, ja oczywiście nie miałem pojęcia że z powodu tego wszystkiego będę teraz mknąć do Rzymu z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę przecinając zmrożoną równinę jak kula wystrzelona z lufy, równinę wypunktowaną drzewami w pejzażu zżeranym przez lombardzki zmierzch który oto znienacka rozjaśniły światła dworca w Lodi: gdzieś w pobliżu musi być most na Addzie, Bonaparte stoczył tam bitwę w czasie pierwszej kampanii włoskiej, na krótko przed wyprawą do Egiptu - Bonaparte wraz z Hannibalem i Cezarem to być może największy żołnierz Śródziemnomorza, posępny Korsykanin którego upodobał sobie Zeus stał naprzeciwko moich chorwackich przodków służących pod Austriakiem, w szyku bojowym przed mostem na drugim brzegu Addy, dwanaście tysięcy żołnierzy, cztery tysiące jeźdźców, działa, ciężkie karabiny z nieskończenie długimi bagnetami, orkiestra wojskowa, Napoleon się nie oszczędza, pomaga celować, był artylerzystą, jest przy swoich ludziach, napełnia ich odwagą i determinacją jak Atena Greków, przeprawią się na drugą stronę wbrew wszelkim oczekiwaniom rzucą się przez most zasypywany gradem kul i pocisków, kolumna sześciu tysięcy grenadierów szarżuje, stąpając po dywanie z ciał kolegów którzy padli przy akompaniamencie austriackich salw, w połowie mostu mają chwilę zawahania, Lannes skromny farbiarz z Gers rusza wrzeszczy i z wyciągniętą szablą na czele swoich ludzi staje na przeciwległym brzegu naprzeciwko ogniomistrzów wroga którzy wpadają w panikę, Francuzi torują sobie drogę szablami a tymczasem kawaleria przeprawia się w bród przed mostem i wyżyna Chorwatów którzy są w rozsypce, dwa tysiące zabitych i rannych, dwa tysiące habsburczyków padłych w ciągu kilku godzin usiało brzeg rzeki ciałami, wieśniacy lombardzcy ogołocą je z cennych przedmiotów, medalików od chrztu, tabakierek srebrnych lub emaliowanych, pośród jęków umierających i rannych w tę noc 21 floreala 1796 roku IV Rewolucji dwa tysiące duchów dwa tysiące cieni, za szybą mojego pociągu tyleż sylwetek topól i kominów fabrycznych, zmierzamy w stronę Padu wieś staje się bardziej ponura, Wielka Armia której jeszcze nikt tak nie nazywa wkracza do Mediolanu w dzień po bitwie na moście w Lodi, właśnie narodził się Mały Kapral mit już rośnie, Bonaparte będzie kontynuował swą przygodę aż do Rosji, po drodze zahaczy o Egipt - za dwa lata wyląduje w Aleksandrii z zamiarem skrojenia dla Francji imperium na wzór Indii Brytyjskich i już nie brzegi Addy będą zasłane trupami tylko obrzeża piramid: piętnaście tysięcy ludzkich ciał i kilka tysięcy koni zgnije na skraju pustyni, wygibasy robaków ustąpią miejsca chmarom czarnych much wyrojonych w kałużach krwi szybko wsiąkającej w piasek, dziś w tym samym miejscu turyści padają ofiarą sprzedawców pocztówek i wszelkiego rodzaju pamiątek, w Egipcie są niezliczone ilości much, rzut kamieniem od żyznej doliny w zadaszonych halach targowych krowie tusze dyndają na hakach, krew zwierząt ofiarnych niespiesznie spływa do cuchnących ścieków, martwe mięso po bitwie zapewne wydzielało podobny zapach, muchy zawsze wygrywają, w półmroku powoli przykładam głowę do szyby, przygięty pędem, zmęczony wspomnieniem gęstego upału w Kairze, zakurzonych mangowców, podwiędłych banianów, zaniedbanych kamienic, jasnych turbanów na głowach portierów i gotowanego bobu który zasmradzał świt równie skutecznie jak zwierzęta rozwieszone na słońcu dwa kroki od ambasady brytyjskiej gdzie w 1940 roku chodziło tylu szpiegów ile dzisiaj karaluchów, w bezimiennym pensjonacie pod dachem budynku w którym szyb windy służył jako zsyp na śmieci i aż do wysokości drugiego piętra wypełniały go rozprute materace i zardzewiałe rowery mój pokój jakimś cudem miał mały balkon więc nocą, korzystając ze względnego spokoju miasta które nigdy nie zasypia, obserwowałem czarny pas Nilu pachnącego rybą, omiatanego światłami z nowej opery w Gezirze, wspaniały okaz suma o długich świetlnych wąsach, czytałem Cités a la dérive* niezbyt rozumiejąc co czytam i nie rozpoznając w szachrajstwach których dopuszczały się fantomy swoich własnych poczynań międzynarodowego szpicla, zupełnie jak dzisiaj, kiedy siedzę nieruchomo przy prędkości stu kilometrów na godzinę mam nad głową walizkę i daję się wieźć przez ciemność, możliwe że w gruncie rzeczy też nie jestem świadomy w jakiej grze uczestniczę kto ciągnie za jakie sznurki bo że ciągnie to równie pewne jak to że jadę teraz do Rzymu, znużenie i bezsenność wywołują w człowieku przyjemny fatalizm, moje oczy błądzą w grudniowy wieczór pośród świetlików szronu które pociąg rozpala od czasu do czasu na bezlistnych drzewach, życie może przypominać tandetny prospekt biura podróży, Paryż Zagrzeb Wenecja Aleksandria Triest Kair Bejrut Barcelona Algier Rzym, albo podręcznik historii wojskowości, konfliktów, wojen, mojej osobistej a także wojny duce i Millána Astraya jednookiego legionisty ale też znacznie wcześniejszej tej z 1914 roku i tak dalej począwszy od wojny o ogień, jak karny żołnierz dziś rano przyjechałem na Dworzec Lyoński punktualnie, a cóż to za pomysł powiedział głos w słuchawce, cóż to za dziwny pomysł przyjeżdżać pociągiem, zakładam że ma pan swoje powody, nie mam, nie, dlaczego, po prostu spóźniłem się na samolot i w pociągu którym przyjechałem do Mediolanu śniła mi się - kiedy to ja ostatni raz podróżowałem pociągiem - hiszpańska wojna domowa i getta w Polsce, zapewne pod wpływem dokumentów z mojej walizki, pewnie spłynął z nich atrament informatyczny i wsączył się w mój sen, chyba że to były palce Marianne, przezroczyste z niebieskimi żyłkami, w tym punkcie nachylenia linii mojego życia dzisiaj, 8 grudnia, śnię na jawie siedząc między dwoma martwymi miastami jak turysta na pokładzie wycieczkowca któremu przesuwa się przed oczami Morze Śródziemne, nieskończone, w otoczeniu skał i gór, tumulusów znaczących zbiorowe mogiły miejsca masakry, nowa mapa nowa sieć śladów dróg torów kolejowych rzek które bez przerwy niosą trupy resztki strzępy krzyki kości zapomniane czczone bezimienne albo zarejestrowane na wielkiej wokandzie historii tandetny pergamin na próżno udaje marmur przypomina popularną gazetę którą sąsiad z pociągu złożył żeby ją było łatwiej czytać, przedawkowanie narkotyków przez włoskiego biznesmena, niespecjalnie skandaliczne skandale wywoływane przez aktorki i kobiety z półświatka, postępki ludzi nieznanych w gruncie rzeczy podobne do tych z mojej walizki, sekrety które odsprzedam ich prawowitym właścicielom, owoce długiego śledztwa prowadzonego przy okazji moich zajęć międzynarodowego szpicla: w 1998 roku krążyłem po mieście między jednym spotkaniem a drugim w czasie zawsze słonecznej kairskiej zimy kiedy jest chyba mniej kurzu niż latem a przede wszystkim upał staje się znośny, Egipcjanie twierdzą wtedy że jest zimno co brzmi dziwnie zważywszy że temperatura nie spada nigdy poniżej dwudziestu stopni, w alei Kasr el-Ajni sąsiadującej z dekadencką Garden City podupadłą wybitnie brytyjską dzielnicą w której mieścił się mój hotel był sklep, prowadzony przez Greków sklep z alkoholem, od czasu do czasu zaopatrywałem się tam w Ricardo prawdziwy pastis z Aleksandrii, w witrynie żeby nie szokować muzułmanów piętrzyły się niebieskie, różowe lub zielone pudełka chusteczek higienicznych ale za to wewnątrz stare drewniane regały uginały się pod butelkami metaxy, ginu Bordon's i whisky J&C made in Arab Republic of Egypt, zapewne wszystkie produkowano z tego samego alkoholu bazowego, który w przeważającej ilości służył do wyrobu chemii gospodarczej do polerowania metalu lub czyszczenia szyb, Egipcjanie nie zapuszczali się do środka, moi wojskowi pijali jedynie alkohole z importu nabyte w duty-free, greccy truciciele raczej nie siedzieli na pieniądzach, żyli głównie ze sprzedaży piwa dla mieszkańców dzielnicy i niewielkich ilości anyżówki dla awanturników którzy kupowali ją z głupoty albo dlatego że podobała im się etykieta, Grecy najpierw pakowali butelkę w płachtę starego numeru ateńskiego "TaNea", a następnie w różową reklamówkę ostrzegając w kwiecistej francuszczyźnie "lepiej nie chwytać za uszy", nigdy z uśmiechem więc natychmiast przypominały mi się Bałkany i stary dowcip który mówił że trzeba wyjąć nóż żeby wywołać uśmiech Serba, Hellenowie niewątpliwie są ludem bałkańskim, choćby ze względu na oszczędne dozowanie uśmiechu - u Greków z Kasr el-Ajni zawsze można było spotkać dość wiekowego mężczyznę który siedział w kącie sklepu na krześle z podobizną Kleopatry, mówił do właścicieli po francusku z dziwnym akcentem w ręku trzymał ćwiartkę metaxy lub koniaku Ami Martin zawiniętą w gazetę i zalewał robaka z dyskretną metodycznością, nie przerywając konwersacji, kiedy usłyszałem go pierwszy raz wyklinał siarczyście na Nasera i arabistów, jak ich nazywał, Naser umarł dawno temu a panarabizm wraz z nim lub wkrótce potem, zaskakujące było słyszeć jak stary pijak o twarzy zniszczonej przez słońce Kairu, chudzielec w ciemnoszarym zbyt obszernym garniturze, w sumie typowy człowiek stamtąd, wyrzeka w ten sposób na ojca narodu, przypominał mi dziadka mojego wojennego druha Vlaha, dziadek był starym dalmatyńskim winiarzem spędzającym czas na oczernianiu innych i wyzywaniu Tuđmana od faszystowskich bigotów, ponieważ sam był partyzantem i walczył pod Neretwą w szeregach Tity, wylewał na nas tony przekleństw, wyzywał od młodych nazistów i innych przyjemniaczków, należał do tych siedmiu czy dziewięciu procent ludności które uważały się za "Jugosłowian" i zapewne był jedynym rolnikiem w ich szeregach, jedynym rolnikiem i jedynym Dalmatą, tak więc w greckim sklepie alkoholowym w Kairze przypomniał mi się tamten starzec, kiedy słuchałem jak dziwny typ bez żenady wyzywa Nasera od złodziei i alfonsów popijając bimber który najwyraźniej nie pozbawił go wzroku, lecz ten typ być może był szalony, pochodził z Holandii, nazywał się Harmen Gerbens, miał siedemdziesiąt sześć lat, w Egipcie mieszkał od 1947 roku, istny fenomen jak to się mówi skoro tak długo wytrzymywał na denaturacie, urodzony w 1921 w Groningen - niewykluczone że przebywa już w zaświatach w tej godzinie kiedy krople topniejącego śniegu osiadają na podmediolańskich wioskach, czy skonał nagle we własnym łóżku czy po długiej agonii, marskość wątroby czy atak serca, a może przejechał go samochód gdy przechodził na drugą stronę Kasr el-Ajni w drodze do swoich greckich znajomków, kto wie może jeszcze żyje w przytułku dla starców albo nawet w swoim olbrzymim ponurym mieszkaniu w Garden City, z czego on mógł się utrzymywać, dostawał skromną egipską emeryturę jako "inżynier" mechanik, określenie zdecydowanie na wyrost w odniesieniu do kogoś kto w 1943 roku został wcielony do 4 brygady Panzergrenadier SS Nederland której niedobitki poddały się Amerykanom w maju 1945 roku na zachód od Berlina po dwóch latach walk na różnych frontach, Gerbens jest gadułą, w ciągu jednego popołudnia opowiada mi swoje życie w ciemnej pustej norze na pierwszym piętrze rozpadającej się kamienicy, głównie zależy mu na tym by mi wyjaśnić dlaczego uważa Nasera za sukinsyna - co sprawiło że na wysokości Lodi zacząłem myśleć o starym zrzędliwym Holendrze, w tamtych czasach nie wiedziałem jeszcze że brygadę Nederland wysłano na kilka miesięcy do Chorwacji gdzie miała zwalczać partyzantkę po kapitulacji Włoch jesienią 1943 roku, możliwe że walczył przeciw dziadkowi Vlaha, możliwe możliwe myślałem o Harmenie gdy przyszła godzina wyboru i z kolei ja miałem wyjechać po lepsze życie tak jak on po roku wyrzeczeń i szykan w kraju zniszczonym i zrujnowanym przez wojnę ruszył szukać szczęścia gdzie indziej korzystając z pomocy kuzyna który od przedwojnia pracował w aleksandryjskim porcie, dzisiaj gdy Egipt jest jednym z symboli ubóstwa wydaje się dziwne że ktoś mógł tam wyemigrować jako majster i podnieść sobie stopę życiową, pytam Harmena czy jego przeszłość w Waffen-SS miała jakiś wpływ na decyzję o wyjeździe, odpowiada że nie, że tak, być może, po przegranej wojnie spędził wiele miesięcy w więzieniu wojskowym, w końcu byłem tylko mechanikiem a nie nazistą mówił, naprawiałem pojazdy gąsienicowe i ciężarówki, za to nie przyznają Ritterkreuz, co nie? już nie pamiętam, wypuścili nas dość szybko, wtedy pierwszy raz trafiłem do więzienia - przez trzy lata harował w porcie w Aleksandrii, naprawiał i konserwował dźwigi wózki i całą maszynerię portową, miał dwoje dzieci, dwie córki z kobietą z Groningen której początkowo podobało się w Egipcie, mówił, początkowo, a mnie przychodzi na myśl moja matka, też obca wyrosła z dala od rodzinnego kraju, prawie go nie zna, mój sąsiad z "Pronto" odłożył gazetę, wstaje i idzie do baru albo do toalety, kto wie skąd pochodzą jego rodzice może jeszcze w młodym wieku wyemigrowali z Neapolu albo z Lecce by popróbować szczęścia na zamożnej Północy, z kolei Harmen Gerbens wyjechał na zamożne Południe - później opuścił Aleksandrię, bo znalazł lepsze miejsce w Helwan koło Kairu w nowiutkiej fabryce broni gdzie produkowano karabiny Hakim ciężkie 8 milimetrów, przerobiony szwedzki model, całe wyposażenie i maszyny przyjechały prosto z Malmö, łącznie z inżynierami: dobrze się z nimi dogadywałem opowiada Harmen, zajmowałem się konserwacją, Hakim to był cudowny karabin, lepszy niż oryginał, prawie bez odrzutu pomimo naboju Mauser, wytrzymywał nawet piasek w mechanizmie wyrzutowym, byłem bardzo dumny, że produkuję coś takiego - po rewolucji Nasera wszystko zaczęło "iść na wspak" mówi Harmen, z cudzoziemców tylko ja jeden zostałem w fabryce, wszyscy wyjeżdżali, Grecy, Włosi, Brytyjczycy, pewnego dnia wybuchła wojna: Anglicy, Francuzi i Izraelczycy interweniowali w Suezie - i aresztowali mnie za szpiegostwo, to było 31 października 1956 roku, nazajutrz po bombardowaniu lotniska, wsadzili mnie do "zagranicznego rewiru" więzienia Kanatir, Harmen nigdy się nie dowiedział dlaczego i za co ani na czyją rzecz miałby zdradzić, Harmen Gerbens był już nieźle wstawiony kiedy opowiadał mi tę historię, trochę się ślinił, krople herbaty czepiały się jego opadających wąsów po czym ściekały kącikami ust, mówił z coraz silniejszym akcentem drżały mu ręce i podbródek a zachód słońca okrywał cieniem puste mieszkanie, puste bo bez żony i dwóch córek które zostały "wydalone" do Holandii wkrótce po jego aresztowaniu, batawski alkoholik Harmen Gerbens spędził w Kanatirze osiem lat zapomniany przez bogów i swój konsulat, później dowiedziałem się z jakiej przyczyny, osiem lat w rewirze zagraniczników obok lochów w których czterdzieści lat później gnili moi islamiści, był przybocznym mechanikiem dyrektora więzienia, Gerbens spluwa na ziemię na samo wspomnienie jego imienia, nalewa sobie wódy do herbaty mamrocząc straszliwe holenderskie przekleństwa a ja się zastanawiam, czy ta historia jest prawdziwa, czy to naprawdę możliwe, że ten człowiek spędził osiem lat w więzieniu z niejasnego powodu, czy to nie jest po prostu pogubiony facet stary wariat zżerany przez samotność i bimber - dlaczego nie wróci pan do Holandii, nie mogę, odpowiada, nie mogę i to nie pańska sprawa, nie protestuję, żegnam się ze starym pijusem, łza mu się w oku kręci odprowadza mnie do drzwi - klatka schodowa jest usłana śmieciami, schodzę na dół, wracam do czerwonej agonii kairskich wieczorów zalatujących mumią

* Dryfujące miasta - trylogia greckiego pisarza Stratisa Tsirkasa.