Żona dla dziedzica - Urszula Gajdowska

-
Proszę czekać

1.

Dwór barona Dąbrowskiego, północno-wschodnie rubieże Królestwa Polskiego, początek adwentu 1821 roku

Śnieg sypał od kilku godzin, cicho i uporczywie, jakby sam czas postanowił przykryć wszystkie ostre krawędzie świata grubą warstwą zapomnienia. Wiatr szarpał gałęziami starych lip na dziedzińcu, a ich cienie sunęły po ścianach salonu, gdy płomień w kominku przygasał i znów nabierał mocy. Na północy zimy zawsze przychodziły wcześniej niż gdzie indziej, a dwór Dąbrowskich zdawał się tonąć w bieli niczym samotna wyspa.

Baron Konstanty Dąbrowski siedział w wysokim, obitym skórą fotelu, z dłońmi splecionymi na rękojeści laski w kształcie końskiego łba. Miał na sobie ciężki, ciemny surdut, choć w pomieszczeniu wcale nie było zimno. Od kilku dni dokuczał mu ból w stawach, ale nie to sprawiało, że wyglądał na zmęczonego. Jego spojrzenie, utkwione w tańczących językach ognia, było spojrzeniem człowieka, który podjął decyzję i nie zamierzał się z niej wycofać. W całej okolicy mówiono, że baron nie zwykł zmieniać zdania, chyba że sam uznał, iż tak będzie lepiej.

- Alea iacta est* - mruknął, bardziej do siebie niż do sekretarza. - Piszże - dodał niskim, zachrypniętym głosem.

Sekretarz, już niemłody mężczyzna o starannie przyczesanych włosach, uniósł pióro nad papierem i pochylił się nad sekretarzykiem.

- "Jaśnie Wielmożny Panie Mikołaju Dąbrowski" - dyktował baron powoli, z wyraźnym namysłem. - "Z racji więzów krwi oraz zobowiązań, które łączą nasze domy od pokoleń, wzywam Pana do stawienia się w mojej posiadłości nieopodal Augustowa..." - Zawahał się na ułamek sekundy, po czym dodał: - "...w celu osobistego poznania oraz dopełnienia spraw, które nie powinny dłużej czekać".

Sekretarz skrzypnął piórem. Baron uniósł wzrok.

- Bez zbędnych wyjaśnień - zaznaczył. - Czasem im mniej słów, tym większa waga zaproszenia. A milczenie bywa najdotkliwszą z nagan.

- Oczywiście, jaśnie panie.

Konstanty skinął głową i odwrócił wzrok ku kominkowi. Przez chwilę zdawało się, że nie powie już nic więcej, lecz w końcu odezwał się ponownie, ciszej.

- Zmieniłem zdanie. W przypadku mojego wnuka krótka sugestia nie wystarczy. Zinterpretuje ją na swoją korzyść, huncwot jeden - powiedział z irytacją, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta dziwnej, niechętnej czułości. - Należy zaznaczyć, że oczekuję go przed świętami Bożego Narodzenia. Nie po Nowym Roku.

- Zaznaczę.

- To nie wystarczy. Musisz mu to wyraźnie napisać, Albercie. Może coś o moim rychłym końcu... Albo lepiej postrasz, że przyglądam się innemu krewnemu i że pierwszeństwo urodzenia nie zawsze idzie w parze z pierwszeństwem łaski. Tylko ubierz to w jakieś cywilizowane słowa - poprosił, głaszcząc wypielęgnowaną siwą brodę.

Sekretarz dopisał odpowiednią frazę.

- Teraz drugi list - ciągnął baron. - Do panny Anieli...

Znów przerwał. Płomień zasyczał, podsycony nagłym podmuchem.

- Do panny Anieli - powtórzył stanowczo. - W niemal identycznym tonie. Z tą różnicą, że... - Zamyślił się. - Że damy do zrozumienia, iż chodzi o wolę rodzinną, której sprzeciwienie się byłoby równoznaczne z wystąpieniem przeciw porządkowi rzeczy. I że nie jest to prośba, lecz zaproszenie, którego nie wypada odrzucić. I dopisz jeszcze: "...w tym samym czasie wzywam również Jaśnie Wielmożnego Pana Mikołaja Dąbrowskiego...", a w poprzednim liście do mojego wnuka wspomnij, że spodziewam się przybycia również panny Anieli.

Sekretarz uniósł na moment wzrok.

- Nie masz miejsca? Nieistotne. - Machnął ręką. - Goniec, któremu powierzymy listy, nie jest człowiekiem w stu procentach dyskretnym. Przewiduję, że i tak się wygada. - Zmarszczył brwi. - No, mówże wreszcie! Widzę przecie, że coś cię frapuje.

- Zastanawiam się, czy panna... zda sobie sprawę z charakteru spotkania?

- Nie sądzę - odparł baron krótko. - Nie musimy jej tego ułatwiać. Każda wiadomość ma swój czas.

- A wie, że ma narzeczonego?

Baron pokiwał z politowaniem głową.

- Jakby nie wiedziała, to pewnie dawno by ją za mąż wypchnięto. Swoje lata ma, dłużej wymigiwać się nie może.

W salonie zapadła cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna. Konstanty sięgnął po leżący na stoliku srebrny medalion. Otworzył go ostrożnie. Palce mu lekko drżały, gdy przesuwał je po gładkiej powierzchni.

Wewnątrz znajdował się miniaturowy portret kobiety o łagodnym spojrzeniu.

- Obiecałem - powiedział, bardziej do niej niż do sekretarza. - Verba volant, scripta manent**... a obietnice, jeśli dane uczciwie, wiążą na zawsze. Nie po to wykupiłem wszystkich wierzycieli jej ojca, by poddać się bez walki.

Zamknął medalion i schował go do kieszeni surduta.

- Listy muszą wyruszyć jeszcze dziś - dodał ożywiony.

- Tak jest.

- Drogi są trudne, a pogoda nie sprzyja - ciągnął baron. - Ale dotrą. Muszą.

Sekretarz złożył zapisane kartki i sięgnął po lak.

- A jeśli... - zaczął niepewnie. - Jeśli pojawią się przeszkody?

Konstanty uśmiechnął się blado.

- Przeszkody pojawiają się zawsze. Zwłaszcza wtedy, gdy komuś bardzo zależy, by do spotkania nie doszło. Zresztą młodzi od lat sami sabotują ten związek. Myślą, że mają w tej sprawie coś do powiedzenia. Co za czasy!

Spojrzał w stronę okna, za którym noc gęstniała z każdą chwilą.

- Yhm - odchrząknął Albert.

- Co znowu?!

- Trochę mają.

- Wiem, dochodzą mnie słuchy, co jedno i drugie robi, byleby się tylko nie spotkać.

- To może nie informujmy ich o przybyciu tego drugiego? - zaproponował z pewną nieśmiałością.

- To byłoby za proste i nie pozwoliłoby mi się wreszcie dowiedzieć, w czym rzecz i czy podjąłem właściwą decyzję.

Ogień w kominku strzelił iskrami, niczym na potwierdzenie wagi słów. Gdzieś w głębi dworu skrzypnęły drzwi, a przeciąg poruszył ciężkie kotary.

Sekretarz wstał, trzymając w dłoniach dwa zapieczętowane listy.

- Wyślę gońca natychmiast.

- Dobrze - odparł baron. - Niech Bóg ma go w swojej opiece.

A kiedy sekretarz opuścił salon, Konstanty pozostał sam, wpatrzony w płomienie, jakby próbował dostrzec w nich przyszłość, która zbliżała się nieuchronnie - wraz z zimą, podróżą i tajemnicą, której nie wszyscy mieli wyjść naprzeciw z czystymi intencjami i czystym sumieniem.

Nie przeczuwał jeszcze, że ta zima przyniesie więcej zamieszania, niż ktokolwiek z nich mógłby przewidzieć.

Za oknem zawył wiatr. Niósł zapowiedź nadchodzących wydarzeń.

* Kości zostały rzucone (łac.)

** Słowa ulatują, pismo pozostaje (łac.)