Rozdział 1
1
Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że mogę być fikcją, podczas
monotonnych dni spędzanych w publicznej instytucji znanej jako liceum
White River na północy Indianapolis, gdzie siły o tyle większe ode mnie,
że nie jestem w stanie nawet spróbować ich zidentyfikować, kazały nam
jeść lunch w określonym okienku czasowym - między 12:37 a 13:14. Gdyby
te same siły wyznaczyły mi inny czas na lunch albo gdyby towarzysze
lunchu, którzy stali się współtwórcami mojego losu, tamtego wrześniowego
dnia wybrali inny temat rozmowy, czekałby mnie całkiem inny koniec, a przynajmniej inny środek. Zaczynałam jednak rozumieć, że życie to nie
tyle twoja opowieść, co opowieść o tobie.
Oczywiście udajesz, że jesteś jej autorem. Musisz. Myślisz: "Teraz pójdę
na lunch", gdy o 12:37 z góry dobiega ten monotonny dzwonek. Ale to on
decyduje. Łudzisz się, że jesteś malarzem, a w rzeczywistości jesteś
płótnem.
W stołówce przekrzykiwały się setki głosów, zmieniając rozmowy w jednostajny szum przypominający łoskot rwącej rzeki przewalającej się
przez kamienie. W obrzydliwie sztucznym świetle jarzeniówek myślałam o tym, że choć każde z nas uważa się za bohatera osobistej epopei, w istocie jesteśmy niemal identycznymi organizmami zasiedlającymi wielką,
pozbawioną okien salę cuchnącą lizolem i smalcem.
Jadłam kanapkę z masłem orzechowym i miodem. Piłam dra peppera. Szczerze
mówiąc, cały proces przeżuwania zwierząt i roślin, a potem przepychania
ich przez przełyk wydaje mi się nieco obrzydliwy, więc starałam się nie
myśleć o tym, że jem, co oczywiście także jest formą myślenia o tym.
Nasz stolik przypominał sztukę nieschodzącą z afisza na Broadwayu:
aktorzy z biegiem czasu się zmieniali, ale role nigdy. Naprzeciwko mnie
Mychal Turner bazgrał coś w notesie z żółtymi kartkami. Mychal był typem
artysty, a Daisy Ramirez, usiłująca prowadzić z nim rozmowę, od czasu
podstawówki wcielała się w rolę mojej Najlepszej i Najbardziej
Nieustraszonej Przyjaciółki. Niestety z powodu hałasu nie słyszałam ani
słowa z ich konwersacji.
Kim byłam w tym przedstawieniu ja? Postacią drugoplanową. Koleżanką
Daisy, córką pani Holmes. Czyimś kimś.
Czułam, jak mój żołądek zaczyna trawić pożywienie, i mimo panującego
wokół hałasu słyszałam, jak pracuje. Bakterie
przeżuwały maź masła orzechowego niczym uczniowie w mojej wewnętrznej
stołówce. Wstrząsnął mną dreszcz.
- Czy ty czasem nie byłaś z nim na obozie? - odezwała się Daisy.
- Z kim? - zdziwiłam się.
- Z Davisem Pickettem.
- Owszem - odparłam. - A co?
- Nie słyszałaś? - zapytała.
Ależ słyszałam. Kakofonię moich narządów. Oczywiście od dawna
wiedziałam, że jestem gospodynią legionu pasożytniczych organizmów, ale
nie lubiłam, gdy mi o tym przypominano. W przeliczeniu na liczbę komórek
ludzie składają się w pięćdziesięciu procentach z mikrobów, co oznacza,
że mniej więcej połowa tworzących cię komórek w ogóle nie jest twoja.
Liczba mikrobów w moim biomie jakieś tysiąc razy przewyższa liczbę ludzi
na całej Ziemi, a ja czasem mam wrażenie, że czuję, jak we mnie żyją,
mnożą się i umierają. Wytarłam o dżinsy spocone dłonie i starałam się
skupić na oddechu. Przyznaję, że mam pewien problem lękowy, ale z drugiej strony, cóż jest nieracjonalnego w przejmowaniu się faktem, że
jest się wielką kolonią bakterii obleczoną w skórę?
- Jego ojciec miał iść do więzienia za łapówki - wyjaśnił Mychal - ale
kiedy po niego przyszli nad ranem, okazało się, że zniknął. Wyznaczyli
nagrodę stu tysięcy dolarów za jego odnalezienie.
- A ty znasz jego syna! - podniecała się Daisy.
- Znałam - poprawiłam ją.
Daisy atakowała widelcem prostokątną stołówkową pizzę z zieloną fasolką,
raz po raz zerkając na mnie wzrokiem mówiącym: "No dalej!". Czułam, że
powinnam ją o coś zapytać, ale nie wiedziałam o co, bo mój żołądek nie
chciał się zamknąć, a głową zawładnął strach, że mogłam się zarazić
pasożytem.
Mychal nawijał o jakimś nowym projekcie, w którym wykorzystuje Photoshop
do wyciągnięcia średniej z setki zdjęć twarzy ludzi o imieniu Mychal, by
w ten sposób stworzyć nowego, sto pierwszego Mychala. Pomysł wydał mi
się ciekawy i chciałam o nim posłuchać, ale w stołówce było za głośno, a poza tym nie mogłam przestać myśleć o tym, że coś niedobrego dzieje się
z mikrobiotyczną równowagą sił w moim organizmie.
Nadmierne burczenie w brzuchu jest rzadko spotykanym, lecz notowanym
objawem zarażenia bakterią Clostridium difficile, które może
doprowadzić do śmierci. Wyjęłam komórkę i wpisałam w wyszukiwarkę "Flora
fizjologiczna człowieka", by jeszcze raz przeczytać w Wikipedii
charakterystykę bilionów zamieszkujących mnie mikroorganizmów. Przeszłam
do artykułu o Clostridium difficile i przewinęłam do fragmentu o tym,
że większość zarażeń następuje w szpitalach. Znalazłam listę objawów, z których nie miałam żadnego oprócz nadmiernego burczenia w brzuchu, choć
wiedziałam z poprzednich wyszukiwań, że w klinice w Cleveland zmarła
przynajmniej jedna pacjentka uskarżająca się wyłącznie na burczenie i gorączkę. Powtarzałam sobie, że przecież nie mam gorączki, a moje "ja"
dodawało: "...jeszcze".
W stołówce, gdzie wciąż przebywał kurczący się skrawek mojej
świadomości, Daisy perorowała, że projekt nie powinien dotyczyć ludzi o imieniu Mychal, lecz więźniów, którzy po fakcie zostali oczyszczeni z zarzutów.
- Zresztą byłoby prościej - mówiła - bo wszystkim robi się w więzieniu
zdjęcia pod tym samym kątem, a poza tym nie chodzi o coś tak prostego
jak imię, tylko o rasę, klasę i masowe aresztowania.
- Jesteś genialna - odparł Mychal, a ona mu na to:
- Nie wiedziałeś?
Ja tymczasem zastanawiałam się, czy skoro połowa komórek we mnie nie
jest moja, całe pojęcie jednostki, zwłaszcza w znaczeniu kogoś, kto
steruje swoim życiem, nie jest przereklamowane. Tak głęboko wpadałam w ten wir rozmyślań, aż kompletnie odpłynęłam ze stołówki liceum White
River w jakieś nieuchwytne miejsce, które odwiedzają jedynie osoby
naprawdę stuknięte.
Od dzieciństwa mam zwyczaj wbijania paznokcia prawego kciuka w opuszek
środkowego palca, co zaowocowało osobliwym zgrubieniem. Po wielu latach
takich praktyk skóra w tym miejscu łatwo pęka, więc przyklejam plaster,
żeby zapobiec infekcjom. Czasem jednak dopada mnie lęk, że infekcja już
się rozwija, więc muszę ją usunąć - a jedyny sposób to otwarcie rany i przyciskanie jej, by upuścić trochę krwi. Kiedy już zaczynam myśleć o upuszczeniu krwi, po prostu nie mogę tego nie zrobić. Wybaczcie podwójne
przeczenie, ale ta sytuacja sama w sobie jest takim przeczeniem -
zaułkiem, z którego można się wydostać jedynie poprzez zanegowanie
negacji. Tak czy owak, poczułam, jak mój paznokieć wbija się w skórę
palca, i wiedziałam, że wszelki opór jest zasadniczo bezcelowy, więc pod
stołem zsunęłam plaster i naciskałam zgrubiałą skórę, póki nie pękła.
- Holmesy - odezwała się Daisy. Podniosłam na nią wzrok. - Lunch się
kończy, a ty ani słowem nie wspomniałaś o moich włosach. - Potrząsnęła
głową i zobaczyłam jaskraworóżowe pasemka.
O. Pofarbowała.
- Odważne - powiedziałam, wynurzając się z głębin.
- Prawda? Jakby mówiły: "Panie i panowie, a także osoby
nieidentyfikujące się jako panie czy panowie, Daisy Ramirez nie łamie
obietnic, ale za to potrafi złamać wam serca".
"Łam serca, nie obietnice" było życiowym mottem Daisy. Odgrażała się, że
wytatuuje to sobie wokół kostki, gdy skończy osiemnaście lat.
Tymczasem przeniosła uwagę na Mychala, a ja wróciłam do swoich myśli.
Burczenie w brzuchu się wzmogło i miałam wrażenie, że zwymiotuję. Jak na
kogoś, kto obsesyjnie nienawidzi płynów ustrojowych, rzygam całkiem
sporo.
- Wszystko OK, Holmesy? - zapytała Daisy. Pokiwałam głową. Czasem się
zastanawiałam, dlaczego mnie lubi, a przynajmniej toleruje. Dlaczego
ktokolwiek mnie znosi, skoro wkurzam nawet samą siebie?
Czułam, jak pot występuje mi na czoło - a kiedy już zaczynam się pocić,
to na całego. Pocę się godzinami, nie tylko na twarzy czy pod pachami.
Pocą mi się łydki, piersi, szyja.
Do licha, może faktycznie mam gorączkę.
Pod stołem wsunęłam do kieszeni stary plaster i bez patrzenia wyjęłam
nowy, rozwinęłam i dopiero wtedy na chwilę spojrzałam w dół, by
przykleić. Przez cały czas wdychałam powietrze nosem i wydychałam
ustami, tak jak zalecała doktor Karen Singh: "Wydmuchuj tak, żeby twój
oddech zachwiał płomykiem świecy, ale jej nie zgasił. Wyobraź sobie tę
świecę, Azo, dmuchaj na nią i patrz, jak płomyk migocze, lecz trwa".
Próbowałam, ale spirala myśli i tak się zacieśniała. Słyszałam, jak
doktor Singh mówi, żebym nie wyjmowała telefonu i nie sprawdzała po raz
kolejny tych samych haseł, ale i tak wyjęłam komórkę i wklepałam w Wikipedii "Flora fizjologiczna człowieka".
Problem ze spiralą myślową jest taki, że kiedy ruszasz nią do wewnątrz,
nigdy się nie kończy - po prostu zacieśnia się w nieskończoność.
Zamknęłam ostatnią ćwiartkę kanapki w hermetycznym woreczku, wstałam i wyrzuciłam ją do przepełnionego kubła na śmieci.
- Jak bardzo powinnam się martwić tym, że nie wypowiedziałaś przez cały
dzień więcej niż dwóch słów z rzędu? - zapytał głos za mną.
- Spirala myślowa - wymamrotałam w odpowiedzi. Daisy znała mnie od
szóstego roku życia. Nie musiałam jej nic tłumaczyć.
- Tak myślałam. Kurczę. Spotkajmy się po lekcjach.
Podeszła do nas niejaka Molly, cała w skowronkach.
- Pewnie cię zainteresuje, że twoje lemoniadowe włosy pobrudziły ci
bluzkę - oświadczyła z satysfakcją, patrząc na Daisy.
Daisy zerknęła przez ramię - i rzeczywiście, na pasiastej koszulce
widniały różowe smugi. Zmarszczyła brwi, ale zaraz wyprostowała się
dumnie.
- To część mojego wizerunku, Molly. Poplamione bluzki są najnowszym
krzykiem mody w Paryżu. - Obróciła się do mnie. - To co? Jedziemy do
ciebie i oglądamy Rebeliantów? - Miała fioła na punkcie Gwiezdnych
wojen. Nie tylko filmów, ale książek, animacji i tego serialu dla
dzieci, w którym wszystkie postacie zrobione są z lego. Pisała nawet
fanfiki o perypetiach miłosnych Chewbakki. - I będziemy poprawiać ci
nastrój, aż zdołasz wypowiedzieć trzy albo i cztery słowa z rzędu,
dobra?
- Brzmi nieźle.
- A potem możesz mnie podrzucić do pracy. Wybacz, ale potrzebuję
podwózki.
- Spoko. - Chciałam powiedzieć więcej, ale myśli wciąż nacierały.
Nieproszone, niechciane. Gdybym była kreatorką swego życia, przestałabym
myśleć o swojej florze fizjologicznej. Powiedziałabym Daisy, jak bardzo
podoba mi się projekt zdjęciowy Mychala oraz że owszem, pamiętam Davisa
Picketta. Pamiętam, jak miałam jedenaście lat i już wtedy dźwigałam na
swoich barkach nieokreślony lęk. Opowiedziałabym, jak pewnego razu na
obozie leżałam obok Davisa na skraju pomostu, zwieszając nogi nad wodą i czując pod plecami nieheblowane deski. Gapiliśmy się na bezchmurne
letnie niebo. Powiedziałabym jej, że nigdy wiele nie rozmawialiśmy ani
nawet nie patrzyliśmy na siebie, ale to nieważne, bo patrzyliśmy razem
na to samo niebo, co może nawet jest rzeczą bardziej intymną niż
patrzenie sobie w oczy. Każdy może na ciebie spojrzeć, lecz spotkanie
kogoś, kto widzi ten sam świat co ty, jest zjawiskiem dość rzadkim.
Rozdział 2
2
Większość strachu udało mi się wypocić, ale wychodząc ze stołówki na
lekcję historii, mimo wszystko wyłowiłam komórkę z kieszeni i raz
jeszcze wyszukałam artykuł "Flora fizjologiczna człowieka", który
powinien się znajdować w kategorii "horrory". Kiedy tak szłam i czytałam, usłyszałam głos mamy wołającej mnie przez otwarte drzwi swojej
sali. Siedziała za metalowym biurkiem, pochylona nad książką. Uczyła
matmy, ale jej wielką pasją było czytanie.
- Nie używamy telefonów na korytarzu, Azo! - zawołała.
Schowałam komórkę i weszłam do sali. Do końca przerwy na lunch zostały
cztery minuty - w sam raz na rodzinną pogawędkę.
Mama zerknęła na mnie i chyba zobaczyła coś w moich oczach.
- Wszystko OK? - zapytała.
- Taa, wporzo - odmruknęłam.
- Nie masz lęków - powiedziała.
Doktor Singh poprosiła ją kiedyś, żeby przestała mnie pytać, czy czuję
lęk, więc teraz zamiast pytać, mama negowała.
- Nic mi nie jest.
- I bierzesz lekarstwa. - Zapamiętała też, żeby nie okazywać mi braku
zaufania.
- Taaa... - odparłam, co zasadniczo nie było kłamstwem. Gdy w pierwszej
klasie przeżyłam coś w rodzaju załamania nerwowego, zapisali mi okrągłe
białe tabletki. Codziennie miałam łykać jedną. Brałam je średnio trzy
razy w tygodniu.
- Chyba się trochę...
Dobrze wiedziałam, że chce powiedzieć "spociłaś".
- Kto decyduje o tym, kiedy dzwoni dzwonek? - zapytałam. - Na przykład w szkole?
- A wiesz, że nie mam pojęcia? Chyba ktoś z kuratorium.
- Kto wymyśla to, że przerwa na lunch trwa trzydzieści siedem minut, a nie pięćdziesiąt? Albo dwadzieścia dwie? Albo ileś?
- Twój mózg wydaje się pracować na bardzo szybkich obrotach - zauważyła
mama.
- Po prostu się zastanawiam. Nie wiem tych wszystkich rzeczy i muszę z tym żyć. To trochę tak, jakbym żyła na podstawie czyjegoś planu i nigdy
nawet nie spotkała tej osoby.
- Cóż, pod tym względem i wieloma innymi amerykańskie licea trochę
przypominają więzienia.
Zrobiłam wielkie oczy.
- Kurczę, mamo, trafiłaś w sedno! Te wykrywacze metalu i ściany z pustaków...
- Jedne i drugie są przepełnione i niedofinansowane - weszła mi w słowo.
- I ludzie poruszają się w nich na dzwonek.
- I nie wolno samemu decydować, kiedy się je lunch - dodałam. - Poza tym
w więzieniach pracują żądni władzy, skorumpowani strażnicy, zupełnie
tacy jak nauczyciele w szkołach.
Zerknęła na mnie z ukosa, ale zaraz wybuchnęła śmiechem.
- Wracasz po lekcjach prosto do domu?
- Tak. Potem muszę zawieźć Daisy do pracy.
Skinęła głową.
- Czasem żałuję, że nie jesteś już dzieckiem, ale potem przed oczami
staje mi Chuck E. Cheese1 i dochodzę do wniosku, że mogłoby być
gorzej.
- Daisy próbuje zarobić na studia.
Mama spuściła wzrok na książkę.
- Gdybyśmy mieszkali w Europie, studiowanie byłoby znacznie tańsze. -
Przygotowałam się na jej tradycyjną gadkę na temat kosztów studiowania.
- W Brazylii studia są darmowe. W większości europejskich krajów też. I w Chinach. A tu za naukę na państwowej uczelni
żądają dwudziestu pięciu tysięcy dolarów rocznie! Parę lat temu
skończyłam spłacać własne kredyty, a za chwilę będziemy musiały wziąć
kolejne na ciebie!
- Dopiero zaczynam jedenastą klasę. Mam mnóstwo czasu na wygranie na
loterii. A jak się nie uda, zacznę handlować amfą.
Uśmiechnęła się posępnie. Naprawdę przejmowała się kosztami moich
przyszłych studiów.
- Na pewno wszystko gra? - zapytała.
Skinęłam głową. Dobiegający z góry dzwonek dawał mi sygnał, że czas udać
się na historię.
Gdy po lekcjach dotarłam do samochodu, Daisy siedziała już w fotelu
pasażera. Zdjęła poplamioną koszulkę i włożyła swoje czerwone polo Chuck
E. Cheese. Trzymała plecak na kolanach, pijąc szkolne mleko z kartonika.
Była jedyną osobą, której ufałam na tyle, by dać jej kluczyki do
Harolda. Nawet moja mama ich nie miała.
- Nie pij nieczystych płynów w moim samochodzie - powiedziałam.
- Mleko jest czyste!
- Bzdura - oświadczyłam. Podjechałam do drzwi szkoły i zaczekałam, aż
Daisy wyrzuci mleko do kubła.
Może byliście kiedyś zakochani. Chodzi mi o prawdziwą miłość, którą moja
babcia opisywała cytatem z pierwszego listu św. Pawła do Koryntian -
taką, co to jest cierpliwa i łaskawa, nie zna zazdrości, nie szuka
poklasku, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma. Nie
lubię szastać słowem na "m", bo to, co się pod nim kryje, jest zbyt
dobre i zbyt rzadkie, by go nadużywać. Można mieć dobre życie, nie
znając w ogóle prawdziwej miłości, tej z listu do Koryntian, ale ja
miałam szczęście. Znalazłam Harolda.
Był szesnastoletnią toyotą corollą w kolorze mystic teal mica, z silnikiem warczącym w jednostajnym rytmie, jakby to było bicie jego
niepokalanego metalowego serca. Kiedyś należał do mojego taty i szczerze
mówiąc, to tata nadał mu imię. Mama nie chciała sprzedać auta, więc
stało w garażu przez osiem lat aż do moich szesnastych urodzin.
Zmuszenie silnika Harolda do współpracy po tak długiej przerwie
pozbawiło mnie całych czterystu dolarów, które zaoszczędziłam do tamtego
momentu - kieszonkowego, reszty chomikowanej od czasu do czasu, gdy mama
wysyłała mnie po zakupy do Circle K, zarobków z pracy sezonowej w Subwayu, prezentów gwiazdkowych od dziadków - więc w pewnym sensie
Harold stanowił zwieńczenie całego mojego życia, przynajmniej w sensie
finansowym. Kochałam go. Często o nim śniłam. Miał wyjątkowo przestronny
bagażnik, zrobioną na zamówienie wielką białą kierownicę i tylne
siedzenie obite jasnobeżową skórą. Przyspieszał z łagodnym spokojem
mistrza zen, który wie, że z niczym nie trzeba się spieszyć, a jego
hamulce pojękiwały jak metaliczna muzyka. Kochałam go.
Niestety Harold nie miał Bluetootha ani nawet odtwarzacza CD, co
oznaczało, że decydując się na jego towarzystwo, miało się trzy wyjścia:
1. Jechać w ciszy; 2. Słuchać radia; 3. Słuchać strony B kasety mojego
taty z doskonałym albumem Missy Elliott So Addictive, którą - ponieważ
kieszeń w magnetofonie nie chciała się otworzyć - przesłuchałam już w życiu setki razy.
Nie wiedziałam jeszcze, że niedoskonały system audio ukochanego
samochodu będzie ostatnią nutą w melodii przypadków, które zmieniły moje
życie.
Skakałyśmy po stacjach radiowych w poszukiwaniu piosenki pewnego
cudownego i niedocenianego boysbandu, gdy zamiast tego natknęłyśmy się
na fragment wiadomości:
"...Pickett Engineering, firma budowlana z siedzibą w Indianapolis,
zatrudniająca ponad dziesięć tysięcy ludzi na świecie, dziś..."
Wyciągnęłam rękę, by przełączyć stację, ale Daisy mnie powstrzymała.
- To jest ta sprawa, o której ci mówiłam!
"...sto tysięcy dolarów nagrody za informacje mogące doprowadzić do
ujawnienia miejsca pobytu dyrektora generalnego przedsiębiorstwa,
Russella Picketta. Pickett, który zaginął w noc poprzedzającą szturm
policji na jego dom w związku ze śledztwem dotyczącym oszustwa i łapówkarstwa, po raz ostatni widziany był ósmego września w swojej
posiadłości nad rzeką. Każdy, kto posiada informacje dotyczące
aktualnego miejsca jego pobytu, proszony jest o kontakt z komendą
policji w Indianapolis".
- Sto tysięcy dolców! - wykrzyknęła Daisy. - A ty znasz jego syna!
- Znałam - poprawiłam ją. Przez dwa lata, po piątej i szóstej klasie,
Davis i ja jeździliśmy razem na obóz Smutas w hrabstwie Brown. Obóz w rzeczywistości nazywał się Spero i był przeznaczony dla dzieci, które
straciły jedno z rodziców.
Oprócz trzymania się razem na obozie od czasu do czasu widywaliśmy się w trakcie roku szkolnego. Davis mieszkał kawałek w dół rzeki ode mnie, ale
na przeciwległym brzegu. Ja z mamą mieszkałam tam, gdzie zdarzały się
powodzie. Pickettowie zamieszkiwali na brzegu z kamiennym murem, który
odbijał podnoszącą się wodę w naszym kierunku.
- Pewnie nawet mnie nie pamięta - dodałam.
- Wszyscy cię pamiętają, Holmesy - powiedziała Daisy.
- Przestań bre...
- Nie oceniam twojej wartości, Holmesy. Nie mówię, że jesteś dobra,
wielkoduszna, życzliwa czy coś. Mówię tylko, że się ciebie pamięta.
- Nie widziałam go od lat - mruknęłam.
Tyle że nie zapomina się zabaw w posiadłości z polem golfowym oraz
basenem z wyspą i pięcioma zjeżdżalniami. Davis był najbliższym
odpowiednikiem celebryty, jakiego spotkałam w życiu.
- Sto tysięcy dolców! - powtórzyła Daisy. Zjechałyśmy na I-465,
obwodnicę Indianapolis. - Ja naprawiam automaty do gry za osiem
czterdzieści na godzinę, a sto kawałków leży i czeka na nas!
- "Czeka" to chyba niewłaściwe określenie. Poza tym muszę dziś poczytać
o skutkach zarażenia rdzennych Amerykanów czarną ospą, więc nie mam
czasu zajmować się Sprawą Zbiegłego Milionera. - Popuściłam pedał gazu.
Nigdy nie przekraczałam dozwolonej prędkości. Zbyt mocno kochałam
Harolda.
- Cóż, znasz go lepiej niż ja, więc, cytując wszechwiedzących chłopców z najlepszego zespołu na świecie, jeśli ktoś coś tu może zrobić, to "Tylko
ty".
Taki tytuł nosiła potwornie kiczowata piosenka, na którą byłam stanowczo
za stara, lecz i tak ją uwielbiałam.
- Chętnie bym się z tobą pokłóciła, ale przyznaję, że piosenka jest
super.
- "Tylko tyyy... Tylko z tobą chcę żyyyć... Z tobą wciąż razem byyyć... Moje
gwiazdy to tyyy... Moje niebo to tyyy... Tobą oddychać chceeę... po kres swych
dniii".
Roześmiałyśmy się. Zmieniłam stację i myślałam, że to koniec, ale Daisy
zaczęła mi czytać z komórki artykuł zamieszczony w "Indianapolis Star".
- "Russella Picketta, kontrowersyjnego dyrektora generalnego i założyciela Pickett Engineering, nie było, gdy w piątek wczesnym rankiem
policja odwiedziła jego dom z nakazem rewizji, i od tej pory nikt go nie
widział. Adwokat Picketta, Simon Morris, utrzymuje, że nie wie, gdzie
może przebywać jego klient, a podczas dzisiejszej konferencji prasowej
detektyw Dwight Allen poinformował, że od wieczoru poprzedzającego
rewizję nie odnotowano żadnej aktywności kart kredytowych ani kont
bankowych Picketta". Coś tam, coś tam, "Allen zapewnia również, że
jedyną kamerą na terenie posiadłości była ta przy głównej bramie. W kopii raportu policyjnego uzyskanej przez naszych reporterów czytamy, że
Picketta ostatni raz widzieli jego dwaj synowie, Davis i Noah, w czwartkowy wieczór". Coś tam, coś tam, "...zawiadomienie policji o wszystkim, co mogłoby...". Czekaj, jak to nie ma kamer? Który miliarder
nie instaluje kamer?
- Ten, który nie chce, żeby się nagrały jego lewe interesy - podsunęłam.
Jechałyśmy dalej, a ja mieliłam tę historię w głowie. Wiedziałam, że coś
mi w niej nie gra, ale nie miałam pojęcia co, póki pamięć nie podsunęła
mi wspomnienia dziwnych zielonych kojotów z białymi oczami.
- Hej, tam była kamera. Ale nie monitoringu. Davis i jego brat mieli w lesie nad rzeką urządzenie rejestrujące ruch. To była taka kamera
noktowizyjna, która robiła zdjęcie, ilekroć ktoś albo coś przechodziło
przed nią. Jelenie, kojoty i tak dalej.
- Holmesik! - ekscytowała się Daisy. - Mamy punkt zaczepienia!
- A skoro kamera przy bramie nic nie zarejestrowała, to nie mógł po
prostu wyjechać - kontynuowałam. - Albo przeszedł przez mur, albo
poszedł przez las w stronę rzeki i ulotnił się tamtędy. Zgadza się?
- Tak.
- Więc mógł uruchomić tamtą kamerę. O ile ona tam jeszcze jest, bo
minęło parę lat.
- Ale może być! - powiedziała Daisy. - Może być! Zjedź tutaj - rzuciła
nagle, a ja wykonałem jej polecenie posłusznie, choć wiedziałam, że to
nie nasza droga.
Potem, już bez zachęty z jej strony, wjechałam na pas prowadzący z powrotem do miasta. Do mojego domu. I do domu Davisa.
Daisy wyjęła telefon i przyłożyła go do ucha.
- Cześć, Eric, tu Daisy. Słuchaj, strasznie przepraszam, ale dopadła
mnie grypa żołądkowa. To może być norowirus.
Przez chwilę słuchała odpowiedzi.
- Jasne, nie ma sprawy. Jeszcze raz przepraszam. - Rozłączyła się i włożyła telefon do torby. - Wystarczy delikatnie zasugerować biegunkę, a już każą ci zostać w domu, tak się boją epidemii. Do roboty więc! Masz
jeszcze ten kajak?
Rozdział 3
3
Przed laty czasem pływałyśmy z mamą po White River - do parku za muzeum
sztuki, mijając po drodze dom Davisa. Wyciągałyśmy kajak na plażę,
spacerowałyśmy trochę, a potem wiosłowałyśmy z powrotem pod leniwy prąd.
Od dawna jednak tego nie robiłam. Nasza rzeka niby jest piękna - można
nad nią spotkać czaple modre, gęsi, jelenie i tak dalej - ale sama woda
śmierdzi jak ścieki. A raczej - śmierdzi ściekami, bo ilekroć pada,
studzienki wybijają i wszystkie nieczystości środkowej Indiany trafiają
prosto do White River.
Wjechałam na nasz podjazd, wysiadłam, podeszłam do drzwi garażu,
przykucnęłam, wsunęłam palce pod bramę i podniosłam ją. Wsiadłam z powrotem i zaparkowałam, słuchając trajkotania Daisy o tym, jakie
będziemy bogate.
Podnoszenie bramy wycisnęło ze mnie trochę potów, więc po wejściu do
domu ruszyłam prosto do swojego pokoju, włączyłam klimatyzator okienny i usiadłam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, żeby ochłodzić sobie plecy. W pokoju panował kompletny bałagan. Wszędzie walały się brudne ciuchy i wszelkiego rodzaju papiery - wypracowania, stare sprawdziany, broszury z college'ów przyniesione przez mamę - na które zabrakło miejsca na
biurku. Daisy stanęła w drzwiach.
- Masz tu jakieś ciuchy, które by na mnie pasowały? - zapytała. - Czuję,
że nie powinno się iść na spotkanie z miliarderem w mundurku Chuck E.
Cheese ani w koszulce pofarbowanej na różowo od włosów, a niczym innym
chwilowo nie dysponuję.
Miała mniej więcej taką figurę jak moja mama, więc postanowiłyśmy zrobić
nalot na maminą szafę. Szukałyśmy jak najmniejszych dżinsów i bluzki, a mojej przyjaciółce nie zamykały się usta.
- Mam teorię na temat mundurków. Myślę, że projektują je po to, żeby
zrobić z człowieka, no, nieczłowieka. Żebym nie była już Daisy Ramirez,
Istotą Ludzką, tylko jakąś rzeczą, która przynosi ludziom pizzę i wymienia kupony na plastikowe dinozaury. Tak jakby rolą mundurka było
ukrycie mnie.
- Coś w tym stylu - przytaknęłam.
- Pieprzony opresyjny system - mruknęła Daisy i wyjęła z szafy koszmarną
fioletową bluzkę. - Twoja matka ubiera się jak matematyczka z dziewiątej
klasy.
- Tak się składa, że jest matematyczką z dziewiątej klasy.
- To jej nie usprawiedliwia.
- Może poszperamy w kieckach? - Wyjęłam sięgającą do połowy łydki czarną
sukienkę z różowymi wzorkami. Ohyda.
- Chyba pozostanę przy mundurku - westchnęła z rezygnacją Daisy.
- Chyba tak. - Usłyszałam, jak podjeżdża samochód mamy, i choć
wiedziałam, że nie miałaby nic przeciwko pożyczeniu nam ciuchów, lekko
się zdenerwowałam.
Daisy to zauważyła i schwyciła mnie za przegub dłoni. Wymknęłyśmy się na
tyły domu, nim mama zdążyła wejść, po czym przedarłyśmy się przez kępę
wiciokrzewu na obrzeżach ogródka.
Okazało się, że wciąż mamy kajak. Leżał przewrócony do góry dnem w gęstwinie pajęczyn. Daisy go obróciła, po czym wyjęła wiosła i dwie
niegdyś pomarańczowe kamizelki ratunkowe spod bluszczu, którym zdążyły
obrosnąć. Omiotła kajak ręką, wrzuciła do środka wiosła i kamizelki, po
czym pociągnęła go w stronę rzeki. Była niska i nie sprawiała wrażenia
wysportowanej, ale miała niesamowitą krzepę.
- White River jest strasznie zanieczyszczona - powiedziałam.
- Zachowujesz się nieracjonalnie, Holmes. Lepiej mi pomóż go przytargać.
Chwyciłam tył kajaka.
- Składa się w pięćdziesięciu procentach z moczu. I to jest to lepsze
pięćdziesiąt procent.
- Tylko ty - przypomniała mi, po czym spuściła kajak na wodę, a sama
zeskoczyła na mały błotnisty cypel, zawiązała sobie wokół szyi stanowczo
za małą kamizelkę ratunkową i wdrapała się do kajaka od przodu.
Poszłam w jej ślady, usiadłam na tylnej ławce i wiosłem odepchnęłam nas
od brzegu. Minęło parę lat, odkąd ostatnio sterowałam kajakiem, ale stan
wody był niski, a rzeka tak szeroka, że nie musiałam się wysilać. Daisy
obróciła się do mnie i uśmiechnęła, nie pokazując zębów. Bliskość rzeki
sprawiła, że znów poczułam się jak mała dziewczynka.
W dzieciństwie obie z Daisy spędzałyśmy nad White River mnóstwo czasu.
Kiedy poziom wody był tak niski jak teraz, bawiłyśmy się w "rzeczne
dzieci": udawałyśmy, że żyjemy samotnie nad jej brzegiem, żywiąc się
odpadkami i uciekając przed dorosłymi, którzy chcą nas umieścić w domu
dziecka. Pamiętałam, że Daisy rzucała we mnie kosarzami, bo wiedziała,
że ich nienawidzę, a ja wrzeszczałam i uciekałam, wymachując rękami, ale
w rzeczywistości wcale się nie bałam, bo w tamtych czasach emocje
wydawały się grą, bardziej eksperymentowaniem z uczuciami niż czymś, co
zostanie ze mną na zawsze. Prawdziwa groza nie polega na tym, że się
boisz, lecz na tym, że nie masz w tej sprawie wyboru.
- Wiesz, że gdyby nie ta rzeka, Indianapolis w ogóle by nie istniało? -
zapytała Daisy, znów obracając się do mnie. - Indiana właśnie została
stanem i ludzie debatowali, gdzie powinno się wybudować nowe miasto,
które zostanie jego stolicą. Najprostszy wydawał się kompromis w postaci
postawienia go pośrodku. Popatrzyli na mapę nowego stanu, zauważyli, że
samym jego środkiem płynie rzeka, i uznali, że to idealne miejsce, bo w 1819 roku, czy jakoś tak, każde miasto musiało leżeć nad wodą, żeby
spławiać towar i tak dalej. Więc ogłosili: "Budujemy nowe miasto! Nad
rzeką! A ponieważ jesteśmy tacy pomysłowi, nazwiemy je Indiana-Polis!".
Dopiero potem zauważyli, że White River ma jakieś, hm, piętnaście
centymetrów głębokości i nie da się po niej płynąć kajakiem, a co
dopiero parowcem. Przez jakiś czas Indianapolis było największym miastem
na świecie bez drogi wodnej.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytałam.
- Mój ojciec ma fioła na punkcie historii. - W tym momencie rozdzwonił
się jej telefon. - Jezu. Przywołałam go telepatycznie. - Uniosła telefon
do ucha. - Cześć, tato. - Ttak, jasne. Nie, na pewno się zgodzi. Super.
Będę o szóstej. - Włożyła komórkę do kieszeni i obróciła się do mnie,
mrużąc oczy przed słońcem. - Pytał, czy może się ze mną zamienić na
dyżur przy Elenie, bo mama ma nadgodziny. Dzięki temu nie musiałam
kłamać, że nie jestem w pracy, a w dodatku tata pomyślał, że troszczę
się o siostrę. Wszystko nam sprzyja, Holmesik. Nasze przeznaczenie
zaczyna się krystalizować. Wkrótce zrealizujemy swój Amerykański Sen,
który, rzecz jasna, polega na odnoszeniu korzyści z cudzych nieszczęść.
Roześmiałam się. Na pustej rzece mój śmiech zabrzmiał dziwnie głośno.
Siedzący na częściowo zanurzonym drzewie w pobliżu brzegu żółwiak
zauważył nas i z pluskiem zsunął się do wody. W tej rzece mieszkał
pewnie legion żółwi.
Za pierwszym zakrętem minęłyśmy niską wysepkę usypaną z milionów białych
kamyków. Stojąca na spłowiałej starej oponie czapla modra na nasz widok
rozpostarła skrzydła i odleciała, majestatycznie poruszając skrzydłami
niczym pterodaktyl. By ominąć wysepkę, wpłynęłyśmy w wąski tunel po
wschodniej stronie rzeki i przepływałyśmy pod platanami, które pochyliły
się w stronę wody, by złapać więcej światła.
Większość była pokryta liśćmi, tu i ówdzie pojawiały się na nich różowe
pasemka, zapowiedź jesieni. Minęłyśmy również martwe drzewo, bezlistne,
ale wciąż stojące. Spojrzałam w górę między gałęziami, które krzyżowały
się i dzieliły bezchmurne błękitne niebo na nieregularne wielokąty.
Wciąż miałam komórkę taty. Trzymałam ją wraz z zasilaczem w bagażniku
Harolda obok zapasowej opony. Było w niej mnóstwo zdjęć nagich gałęzi
szatkujących niebo jak gałęzie tego platana. Zawsze się zastanawiałam,
co tata widział w tym posiekanym niebie.
Tak czy owak, dzień był naprawdę piękny. Złote słońce grzało, ale nie
paliło. Nie przepadam za spędzaniem czasu na dworze, więc nieczęsto
myślę o pogodzie, ale Indianapolis ma osiem do dziesięciu naprawdę
ładnych dni w roku i to był jeden z nich. Rzeka skręciła na zachód.
Prawie nie musiałam wiosłować. Powierzchnia wody marszczyła się w słońcu. Dwie kaczki karolinki zauważyły nas i odleciały, rozpaczliwie
machając skrzydełkami.
W końcu dopłynęłyśmy do kawałka lądu, który w dzieciństwie nazywałyśmy
Wyspą Piratów. Była to prawdziwa wyspa na rzece, a nie taka usypana z kamyków. Porastały ją gęste kępy wiciokrzewu i wysokie drzewa o pniach
powyginanych od corocznych wiosennych powodzi. Ponieważ do rzeki spływa
mnóstwo wody z pól, rosły tam też rośliny uprawne. Gdzie się spojrzało,
widać było małe krzaczki pomidorów i soi, bogato nawożone przez ścieki.
Wmanewrowałam kajak na zaścieloną wodorostami plażę. Wysiadłyśmy i ruszyłyśmy na spacer. Rzeka miała w sobie coś, co zmuszało nas do
milczenia. Prawie zapominając nawzajem o swojej obecności, rozeszłyśmy
się w różnych kierunkach.
W tym miejscu spędziłam jedenaste urodziny. Mama sporządziła mapę z lokalizacją ukrytego skarbu i po zjedzeniu ciasta w domu wsiadłyśmy we
trójkę - mama, Daisy i ja - do kajaka i powiosłowałyśmy na Wyspę
Piratów. Po krótkim kopaniu u podnóża drzewa wykopałyśmy pudełko pełne
czekoladowych monet opakowanych w złotą folię. Spotkałyśmy wtedy Davisa
i jego młodszego brata Noaha. Pamiętam, jak moja łopata uderzyła w plastik, i choć wiedziałam, że to nie jest prawdziwy skarb, pozwalałam
sobie wierzyć, że jednak jest. Bycie dzieckiem wychodziło mi świetnie.
Bycie licealistką - fatalnie.
Obeszłam całą wyspę dookoła. Daisy czekała na mnie na wyrwanym z korzeniami, pozbawionym kory drzewie, które jakiś czas temu przyniosła
tu powódź. Usiadłam obok niej i wpatrywałam się w sadzawkę u naszych
stóp, w której śmigały raki. Wydawała się mniejsza niż w przeszłości -
ostatnie lato było gorętsze i suchsze niż poprzednie.
- Pamiętasz, jak obchodziłyśmy tu twoje urodziny? - Daisy chyba czytała
mi w myślach.
- Pamiętam - odparłam.
Davis zgubił wtedy figurkę Iron Mana, którą zawsze ze sobą nosił. Miał
ją tak długo, że była cała powycierana, został właściwie tylko czerwony
tułów z żółtymi kończynami. Strasznie się przejął zgubą, ale chwilę
później moja mama znalazła figurkę.
- Wszystko OK, Holmesy? - zapytała Daisy.
- Taaa...
- Umiesz powiedzieć coś więcej niż "taaa"?
- Taaa... - powiedziałam i uśmiechnęłam się lekko.
Chwilę posiedziałyśmy, po czym wstałyśmy bez słowa i brodziłyśmy w sięgającej po kolana wodzie, aż dotarłyśmy do brzegu. Dlaczego nie
przeszkadzało mi brodzenie w brudnej wodzie rzeki, skoro kilka godzin
wcześniej nie mogłam znieść burczenia we własnym brzuchu? Sama
chciałabym to wiedzieć.
Wspięłam się na drucianą siatkę zabezpieczającą niewysoki mur oporowy,
po czym podałam Daisy rękę i pomogłam jej wejść. Znalazłyśmy się w lesie
pełnym platanów i klonów. W oddali widziałam wypielęgnowane trawniki
pola golfowego Pickettów, a jeszcze dalej ich posiadłość zbudowaną ze
szkła i stali, dzieło jakiegoś sławnego architekta.
Chwilę kręciłyśmy się tu i tam. Próbowałam się zorientować w terenie,
gdy nagle usłyszałam szept Daisy:
- Holmes!
Przedarłam się do niej. Okazało się, że znalazła kamerę noktowizyjną
zamontowaną na drzewie nieco ponad metr nad ziemią. Był to czarny okrąg
o średnicy dwóch, może trzech centymetrów, którego nigdy by się nie
zauważyło, gdyby się go nie szukało.
Włączyłam komórkę i połączyłam się z kamerą. Nie była zabezpieczona
hasłem. Po kilku sekundach telefon zaczął przeglądać zdjęcia. Skasowałam
dwa pierwsze, które kamera zrobiła nam, i przejrzałam kilkanaście z ostatniego tygodnia. Były na nich jelenie, kojoty, szopy i oposy, jedne
sfotografowane w dzień, inne jako zielone sylwetki z błyszczącymi na
biało oczami.
- Nie chcę cię straszyć, ale w naszą stronę jedzie wózek golfowy -
powiedziała cicho Daisy. Podniosłam głowę. Wózek był jeszcze daleko.
Kontynuowałam przeglądanie zdjęć, aż doszłam do 9 września. I rzeczywiście - w odcieniach zieleni pokazała się krępa męska sylwetka w pasiastej piżamie. Stopka czasu głosiła, że zdjęcie zrobiono o 1:01:03.
Zrzuciłam je na komórkę.
- On nas widzi - ponaglała mnie nerwowo Daisy.
Znów podniosłam wzrok.
- Zaraz kończę. - Chciałam zobaczyć wcześniejsze zdjęcie, które
strasznie długo się ładowało. Słyszałam, jak Daisy ucieka, a sama stałam
i czekałam. Dziwne, że zachowywałam taki spokój, choć ona spanikowała.
Ale jakoś nigdy nie przerażało mnie to samo co innych. Nie bałam się
facetów w wózkach golfowych, horrorów ani kolejek górskich. Trudno mi
było dokładnie określić, co wzbudza mój strach. Wiedziałam tylko, że nie
to. Zdjęcie odsłaniało się powoli, fragment po fragmencie. Kojot.
Podniosłam wzrok, zauważyłam, że facet w wózku patrzy na mnie, i dałam
nogę.
Przedarłam się z powrotem do rzeki, przeszłam przez murek i ujrzałam
Daisy stojącą na przewróconym kajaku i trzymającą nad głową ostro
zakończony kamień.
- Co ty wyprawiasz?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki