4
Nie była to najweselsza niedziela dla Klenotoczy. Pod cerkwią gromadzili się mieszkańcy wsi, a także ludzie z sąsiedniej miejscowości; tam świątynię już dawno zamieniono na magazyn materiałów budowlanych i kołchozowych płodów. Przychodzili tutaj, choć musieli pokonać aż siedem wiorst.
Prawosławna cerkiew stała w tym miejscu od wieków. Powiadano, że poprzednią, drewnianą, wybudowano jeszcze przed najazdami Tatarów; przetrwała je, bo oni choć troszkę szanowali cudzą wiarę. Spłonęła w XVII wieku, podczas napaści innych przybyszy - tym razem z przeciwnej strony świata, a do tego chrześcijan. W hetmańskich czasach ówcześni klenotoczanie wznieśli świątynię murowaną.
Lśniła bielą jak niedzielny chleb. Ozdoby, kolumny, gzymsy i rzędy okien uwypuklała jasność tego poranka.
I oto nadeszła wiadomość: dziś, tak jak w sąsiedniej wsi, i tutaj "zamkną" cerkiew. Od razu po mszy należy przekazać komisji klucze, a także cerkiewne kosztowności.
Batiuszka był siwy, miał wątły głos i niedowidział. Wiernych zgromadziła się cała cerkiew. Na wieść, że będzie to ostatnia msza w Klenotoczy, ściągnęli z najodleglejszych chutorów. Kazanie dotyczyło męczennictwa: od czasów rzymskich aż do naszych, o tym, że napaści nie ustawały, ale nigdy nie zgasiły płomienia cerkiewnych świec, i teraz również nie dadzą rady, choćby budynek został zbezczeszczony.
- Zaiste, zdolni są świątynię naszych ciał wniwecz obrócić - ostrzegł duchowny - ale nie nasze dusze, bo one są wieczne.
Babcia Charytyna Jasenciowa słuchała tych słów i zdawało się jej, że niby zasypia, a duch uwalnia się od ziemskich ciężarów i ulatuje gdzieś daleko, poza wieś. Jak wszyscy w Klenotoczy wiedziała, czym jest dusza nieśmiertelna. Blisko było staruszce na drugą stronę. Wyprasowane ubranie równymi fałdami opadało na wysuszone ciało. Na głowie nosiła białą chustę, wysuniętą tak daleko na czoło, że cień skrywał oczy - szare jak u syna, tylko pozbawione błękitnego odblasku. Kiedyś tam lśnił, za młodu, ale wyblakł.
- Zakarbujcie sobie na zawsze: miłość boska jest nieskończona! - ogłosił batiuszka.
Starowinka wiedziała, ani przez chwilę nie zwątpiła, że to prawda. Wzruszyła się, łzy zasnuły jej oczy. Gorzki nasz los, ale nigdy nie będziemy sami.
- Błagajmy o przebaczenie, a Bóg nam przebaczy.
Wiedziała i to, czuła w sercu. Ogarnęła ją radość, a łzy płynęły po twarzy coraz szerszym strumieniem. Jesteśmy grzeszni, ale nie potępieni. Jest dla nas ratunek. Patrzyła przed siebie - wzrok miała słaby, ale jej dusza, wsłuchana w kazanie, chłonęła słowa jak zbielała od suszy, spragniona skiba ziemi przyjmuje pierwsze krople deszczu. Dostrzegała dobre, stare prawdy. Wzdrygała się przy kolejnych zdaniach, traktowały już nie o miłosierdziu, ale o ludzkich grzechach. Ich opis dotykał ją do głębi, ale i cieszył. Jakby przypomniała sobie o ranie, która zaczynała się goić. Jak ślepiec idący przez bezdroże, który napotyka pomoc. Słuchała i się bała, że czegoś nie dosłyszy.
- Pismo głosi: Chrystus jest miłością. Uczniami jego są ci, którzy przestrzegają boskich przykazań. A ci, którzy ich nie pamiętają, nie należą do Cerkwi, choćby dnie i noce wystawali w świątyni. Wejrzyjmy w swoje serca! Zamęt. Dyszymy ogniem, ogarnia nas znieczulica. Zazdrościmy, wyśmiewamy, rugamy bliźniego i mu szkodzimy. Wężowa nasza natura! Nie chcemy się pokajać, nie widzimy potrzeby. Jakby nasz upór mógł przechytrzyć Boga. Msza się skończy i co potem? Znów jak poganie w nienawiści żyć będziemy. A miłość święta pochodzi od Boga! Czy nią żyjemy? Nie! Plemię hebrajskie przez czterdzieści lat błąkało się po pustyni, znękane i strudzone. Grzeszyli, ale pamiętali o pokucie. I namiot swój nieśli jak świątynię największą. A my, czy niesiemy w sercach arkę, którą dał nam Chrystus, jego przykazania? Porzuciliśmy je! Przepełnia nas złość. Zapomnieliśmy modlitw, popadliśmy w pychę, ale mieliśmy urodzajną ziemię. Teraz nie mamy, została nam odebrana. Popadliśmy w pychę, bo mieliśmy ziarna wiele. I to zabrali. Skupiliśmy się na ziemskich uciechach, zapomnieliśmy o darach nieba. Opamiętajmy się! Siekiera stoi przy drzewie i ogień płonie, pozostaje złożyć ofiarę, gdy duchowych płodów zbrakło.
Zlękła się babcia, pomyślała, że w ich wsi jest dokładnie tak, jak głosi ojczulek. Szerzą się pijaństwo i wszeteczeństwa różne. Fałszywi jesteśmy, pyszałkowaci i złośliwi. Każde świństwo o bliźnim powtórzymy, opowiadamy plotki i kalumnie. Żyjemy bez bojaźni Bożej. Biją się, szarpią na ulicy w dzień święty! Jak psy! Chyba tylko kara Boska otrzeźwiłaby ludzi.
Ksiądz mówił dalej.
- Pytamy: po co szanować sąsiada, który nam szkodzi? A to właśnie jest prawdziwa miłość. Większa niż ta odwzajemniona, za którą odpłacamy komuś niby pieniędzmi. Wspomnijcie łotrów ukrzyżowanych obok Chrystusa. Jeden drwił ze słów prawdy. Drugi błagał o miłosierdzie i przed nim drzwi raju zostały otwarte, choć krzywdził innych. Może jego ofiary mu nie darują. "Panie, czemu on jest tutaj? Nienawidzimy go!" Czy będą godni życia w Królestwie Niebieskim ci, którzy wybaczyć nie potrafią i noszą w sercu gorycz i żal? Nie! Nigdy i nigdzie! W niebie jest miejsce wyłącznie na pokój i zgodę, miłość i przebaczenie, radość zbawionych dusz. Ani krzty wyrzekań, zemsty. Pan Bóg Miłosierny wybaczył skruszonemu łotrowi. Sądy Boże nie podlegają niczyjej ocenie! Niech każdy jednym się zajmie: czy jego grzechy są wybaczone? Bo każdy z nas kiedyś zbłądził.
Charytyna zatopiła się w myślach. "I ja błądzę! Na cudze występki się pieklę, a o swoich, jeszcze gorszych, nie pamiętam. Ciągle myślę o grządkach, o kurach, tygodniami zajęta, nawet w niebo nie spojrzę".
Ponownie ogarnął ją niepokój, z którym weszła do cerkwi. Wspomniała syna, zabrali go do rady. Oj, będzie z tego bieda.
Ksiądz zakończył kazanie dobrym słowem.
- Zapomnijmy, po czyjej stronie była wina. Oczyśćmy swoje dusze ze złości i stańmy, jak jedna rodzina, pod opieką Zbawiciela, który przyniósł nam odkupienie własną krwią i śmiercią. Zwróćmy ku niemu oczy w dzień sądu, bo ten nadchodzi. Bądźmy mężni jak pierwsi męczennicy w obliczu ryczących bestii, gdy biegną nas rozszarpać. Nasze dusze są w rękach Chrystusa. Amen.
Cała cerkiew płakała. Ludzie zdawali sobie sprawę z tego, jak żyją: ograbieni, zagnani do przeklętych kołchozów, żebracy. Kto nie chciał tam iść, tego zadręczono we własnym domu. Do dzisiaj mieli choć tę ostatnią, spokojną przystań. Ale i tu wkraczają, przybłędy z mroku.
Wychodząc z tłumu, Charytyna spojrzała na starodawne malowidła. Były na nich brama ustawiona na skos i księga otoczona ognistym wieńcem, po prawej stronie mnich z białym krzyżem, a za nim słońce, księżyc i gwiazdy. Z lewej strony bramy wzrok przykuwały skrzynia z monetami, złota czasza z winem, carska korona i portret kobiety. Pośrodku błyszczał szkielet śmierci. Niżej z ciemności wyłaniał się cyryliczny napis naniesiony karmazynową farbą: ABYŚCIE NIE POPADLI W POKUSZENIE.
Charytyna oglądała malowidła, stojąc wśród tłoczących się ludzi. Mimochodem podsłuchała rozmowę dwóch kobiet, jeszcze starszych od niej.
- Ot, mija wieków dziewiętnaście od ukrzyżowania Jezusa, a już skrada się Antychryst, by nas dusić - lamentowała ta z trzęsącą się głową.
- A juści! I dobrze wie, od czego zacząć. Od cerkwi. Takaż to dola - z bólem wyszeptała druga.
Wszyscy wyszli, starosta cerkiewny zamknął drzwi i z kluczami w ręce czekał na komisję. Ojczulek odszedł - i dlatego, że był chory, i dlatego, że nie mógł patrzeć na bezbożność. Ludzie skupili się w pewnym oddaleniu, w półokręgu. Czekali. Co dalej będzie z cerkwią? Stanęli przed świątynią jak mur. Rozmowy ucichły. Młodsze kobiety wysunęły się naprzód. Cicho, dźwiękiem kłosów pszenicy chwiejących się przed burzą, zaszemrały bezzębne wargi zgarbionej staruszki, pomiędzy bezrzęsymi powiekami błyszczały dwie samotne iskierki. Puszczono ją do pierwszego szeregu, żeby wszystko zobaczyła.
Po chwili podjechała komisja w towarzystwie komsomolców. Wszyscy we wsi znali ich z twarzy i nazwiska, a od tego dnia będą się kojarzyć z narzędziami rujnacji: nieśli do cerkwi łomy, siekiery, kilofy, liny i piły. Chłopcy, uzbrojeni po zęby jak żołnierze, udawali obojętność, ale widać było, że spojrzenia ludzi ich palą. Starosta stał w drzwiach, otoczony grupką członków bractwa cerkiewnego. Cicho i z wolna odpowiadali na niecierpliwe, napastliwe pytania komisji. Agresorom zaczęło się śpieszyć, popędzali ich, bezwzględnie jak komornicy, całą zgrają rzucili się do drzwi. Nagle coś odwróciło uwagę zgromadzonych: i bractwa cerkiewnego, i rzeszy wiernych, i państwowej komisji. Napięcie wisiało w powietrzu, wystarczyłby drobiazg, żeby zaczęła się burza. Wszyscy odwrócili głowy i zastygli. Pod ścianą cerkiewną zobaczyli ślepego lirnika. Jego śpiew popłynął jak głos wiekowego, nierówno uderzonego dzwonu. Głowę miał starzec oprószoną siwizną. Obok niego stał obszarpany chłopaczek, w jednej dłoni trzymał dziadowski kostur, a w drugiej drewnianą miseczkę na jałmużnę. Lira zaskrzypiała przeciągle, ten dźwięk dołączył do chrypliwego śpiewu, który wznosił się podczas opowieści, naprzemiennie śpiewanej i recytowanej.
Po świętej górze Zbawiciel chodził - alleluja! Zbawiciel chodził, rajski sad sadził - zachowaj, Panie!
Rajski sad sadził, trzy razy skropił - alleluja! Trzy razy skropił, rajski sad rozkwitł - zachowaj, Panie!
Dzieci zuchwałe, kwiaty zerwały - alleluja! Kwiaty zerwane opadły marne - zachowaj, Panie!
Zbawiciel rzecze: nie płaczcie, dzieci - alleluja! W polu tarnina jasno zakwitła - zachowaj, Panie!
Gdy ją zerwiecie, koronę splećcie - alleluja! Koronę splećcie, na mnie ubierzcie - zachowaj, Panie!
W cierń ubierzecie, ukrzyżujecie - alleluja! W nogi i ręce gwoździe wbijecie - zachowaj, Panie!
Bok kopią ostrą mi przebijecie - alleluja! Krew z wodą z serca strugą pociecze - zachowaj, Panie!
I cały naród krew ta obmyje - alleluja! Kogo obmyje, do nieba przyjmę - zachowaj, Panie!
W połowie pieśni przewodniczący komisji podbiegł do starosty, wyrwał mu klucze z rąk i zaczął gmerać nimi w zamku. Chciał wszystkim udowodnić, że jest świadomym obywatelem radzieckim i nie zważa na zabobony. Członkowie komisji ruszyli do drzwi, też niby ignorowali pieśń, ale tak naprawdę wsłuchiwali się w nią z zaciekawieniem. Przewodniczącemu słabo szło z kluczami, próżno szarpał klamką, trochę zdenerwowany, a trochę rozproszony występem. Gdy zamek wreszcie puścił, pieśń akurat dobiegała końca i coś nieziemskiego wkradło się do podniosłego tonu lirnika, dzięki czemu obraz z ostatnich wersów stanął ludziom przed oczami jak żywy. Nikt nie drgnął. Dziad ucichł, tylko lira jeszcze brzmiała, gdy w jego stronę rzucił się jeden z komsomolców.
- A ty co, kontrrewolucjonistyczne treści rozpowszechniasz? - krzyknął ostro.
Dziad się zamyślił. Po chwili pokręcił głową.
- Nikt o tych kontrarewolucyjach jeszcze nie słyszał, kiedy tę pieśń najstarsi lirnicy powtarzali. To psalm o czasach królowania Jeroda, a ułożony za Kozaczyzny. Stare dzieje! A tego, co pan komisjant obwieszcza, to ja nie znam.
Krzykaczowi odjęło mowę. W tym momencie przewodniczący z obstawą wtargnęli do świątyni. Za nimi wbiegli młodsi z grona wiernych, wkroczyli nawet w szeregi przedstawicieli władzy. A potem pociągnął cały zgromadzony tłum. Żywe fale ludzkie pochłonęły komisję. Nim zdążyła pojąć, co się dzieje, ludzie bez słowa wypełnili cerkiew i jak mrówki ruszyli chować jej wyposażenie. Mimo zamieszania nikt nie naruszył świętej sfery carskich wrót, wierni używali bocznych przejść do prezbiterium. Błyskawicznie je zablokowali, żaden z komsomolców nie zdołał tam wtargnąć. Ludziska chwytali wszystko, co dało się zabrać z ołtarza: ewangeliarz, krzyże, darochranitielnicę, antymins[6]. Cerkiewne chorągwie kołysały się w ludzkim wirze, te zdjęte z drzewców znikały za pazuchami, ikony opadały ze ścian i płynęły chwilę nad powierzchnią, po czym tonęły w ludzkim strumieniu. Nad głowami zajaśniało płótno z płaszczenicą[7], ostrożnie niesione do wyjścia, a potem nagle przepadło jak kamień w wodę. Kadzielnice, szaty, tace, świeczniki - wszystko, co można było uratować przed napastnikami, znikało w mgnieniu oka.
I już - wierni rzucają się ku drzwiom, jakby uciekali przed pożarem, czmychają bez słowa. Jak wypełnili świątynię, tak samo się rozbiegli. Po lirniku i chłopcu ślad przepadł. Przewodniczący krzyczał, żeby wstrzymać ruch, lecz chwilę później tylko miotał się po świątyni, jakby zapomniał języka w gębie. Gdy doszedł do siebie, cerkiew była pusta - bez wiernych i bez dóbr. Komisja i komsomolcy zgromadzili się wokół niego.
- I co z tego, zakopią. Byli też obywatele z chutorów, więc rozniosą po stepach, po lasach. Ale to nic, wyśledzimy ich. - Nadrabiał animuszem.
Obciągnął szarawą marynarkę w pepitkę i uniósł pulchną dłoń, jak dowódca armii przed bitwą. Był tęgi, łysawy, jego twarz znaczyły bezbarwne worki pod oczami i pyszne żółtawe wąsy. Zamaszyście opuścił rękę i krzyknął:
- Zdjąć dzwony!
Chłopcy niechętnie, jak leniwe pastuchy goniące za oddalającymi się końmi, ruszyli w stronę dzwonnicy. Mamrotali coś pod nosem, ale za pomocą lin i drągów spuścili dzwon. Na moment odbił światło, zabłysnął. Z okolicznych domów wyjrzeli ludzie, by zobaczyć, jaką to nową niegodziwość szykuje komisja.
Dzwon spadał niczym błyskawica, oblany promieniami słońca. Z gromowym hukiem uderzył w fundament pod dzwonnicą. Leżał wyszczerbiony, obrócony do góry i nieco w bok.
Jego ostatni krzyk nie był głośny, ale okrutnym echem zabrzmiał w ludzkich duszach.
Grobowa cisza ogarnęła Klenotocz. Jakby dopiero co przeszedł pożar. Jakby cała wieś straciła głos.