Żółty dom - Sarah M. Broom

-
Proszę czekać
 
 

Trzem kobietom, z wyrazami miłości:

 

Amelii "Lolo"

Amelia Lolo Gant Williams

 

cioci Elaine

Elaine Soule Wesco

 

Ivory Mae

Ivory Mae Soule Broom

 
 
 
MAPA
 
 
 

narysuj mi mapę tego, co widzisz

a potem ja narysuję mapę tego, czego nigdy nie widzisz

i zgadnij, czyja mapa będzie większa

 

Kei Miller, The Cartographer Tries to Map a Way to Zion

 
 
 

Ucząc się czytać jakąkolwiek mapę,

przyswajamy sobie kulturę kartografa.

 

Peter Turchi, Maps of the Imagination: The Writer as Cartographer

 
 
 
 
 
 

Z wysoka, z pułapu czterech i pół tysiąca metrów, na jakim wykonuje się zdjęcia lotnicze, Wilson Avenue 4121, adres, który znam najlepiej, jest maleńkim punkcikiem, zielonym strupkiem. Na zdjęciach satelitarnych, zrobionych z jeszcze większej wysokości, moja dawna ulica wtapia się w czubek luizjańskiego buta. Z tego punktu widzenia wygląda to tak, jakby nasz adres, pomniejszony teraz do rozmiaru drobinki, był usytuowany nad Zatoką Meksykańską. Dystans pozwala nabrać perspektywy, ale bywa też, że przekłamuje, zaciemnia. Z tych wyżyn nie dałoby się dojrzeć mojego brata Carla.

Carl, znany także jako Królik, przesiaduje na Wilson Avenue 4121 dniami i nocami, przynajmniej pięć razy w tygodniu, po powrocie z NASA, gdzie pracuje jako konserwator, albo wtedy, kiedy akurat nie wędkuje lub nie przebywa nad wodą, tak jak lubi. Cztery tysiące i piętnaście dni po przejściu Wody, gdy tematem przestały interesować się wszelkie znane ludziom media, wciąż siedzi tam chudy mężczyzna w krótkich spodenkach i białych skarpetach podciągniętych pod kolana, ze złotą nakładką na przednim zębie.

Bywa, że Carl tkwi samotnie na naszej działce, wsparty o skrzynkę na lód, i lustruje otoczenie, jakby wypatrywał znaku, cudu. Lub siedzi przy stole jadalnym (w kolorze orzechów pekan) o misternie rzeźbionych nogach, w otoczeniu znajomych, w centrum uwagi. Stół, przy którym czasem przesiaduje Carl, stoi w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się nasz salon i gdzie teraz zamiast podłogi próbuje odrosnąć zielona trawa.

Oto Carl, w przeciwsłonecznych okularach nawet w nocy, wykonuje zapraszający gest długą ręką, jeśli ma ochotę. Oto Królik z nogami założonymi jedna na drugą na wysokości kostek, spięty, długonogi mężczyzna.

Widzę go oczami wyobraźni, jak siedzi tam teraz bez słowa i trzyma piwo. Niańczy ruiny. Ale to nie jego słowa i nie jego opinia; nigdy nie wykazałby się takim brakiem lojalności wobec Żółtego Domu.

Podczas swoich wacht na Wilson Avenue Carl często ma towarzystwo. Jego przyjaciele zjeżdżają się i otwierają bagażniki samochodów, w których skrywają się lodówki turystyczne, a w nich zmrożone alkohole. "Częstuj się, kotku", mówią. Jeśli ktoś musi się wysikać, robi to w miejscu, gdzie znajdował się nasz pokój wypoczynkowy. Albo korzysta z jaskrawoniebieskiego toi toia, który mieści się na tyłach ogródka, tam gdzie kiedyś stała szopa. Ta plastikowa męska toaleta jest teraz jedynym budynkiem na naszej działce. Na drzwiach toi toia, wymalowany białymi drukowanymi literami na czarnym tle, widnieje napis: MIASTO NOWY ORLEAN.

 

Zgromadziłam dwanaście lub trzynaście książek o historii Nowego Orleanu. Beautiful Crescent; New Orleans, Yesterday and Today; New Orleans as It Was; New Orleans: The Place and the People; Fabulous New Orleans; New Orleans: A Guide to America's Most Interesting City. I tak dalej, i tym podobne. Przekartkowałam je wszystkie - omijając obszerne fragmenty o Dzielnicy Francuskiej, Garden District i St. Charles Avenue - w poszukiwaniu rejonu miasta, w którym się wychowałam: New Orleans East. Natknęłam się tylko na kilka wzmianek, refleksji. Wycieczki z przewodnikiem nie zapuszczają się w tę część miasta, nie licząc wycieczek autokarowych po strefie katastrofy, które po huraganie Katrina stały się nową gałęzią przemysłu. Ich organizatorzy wożą turystów po New Orleans East, zwracając uwagę na wielkie zniszczenia osiedli, które przed nadejściem Wody pozostawały całkowicie nieznane i w których nikt nigdy nie postawił stopy, wyłączając mieszkających tam ludzi.

Wyobraź sobie, że na ulicach panuje grobowa cisza i że mieszkałaś przy jednej z tych ulic i że straciłaś wszystko, co kiedyś miałaś. Nieliczni ocaleni, którzy tu pozostali, pracując na tych wyniszczonych peryferiach, noszą niebieskie kombinezony jednorazowe i maski ochronne, by uniknąć kontaktu z czarną pleśnią, która rozprzestrzeniła się po ich domach, pnąc się po ścianach, tworząc śliskie, abstrakcyjne wzory pod stopami. Podczas gdy oni pracują, a ty zastanawiasz się, czy zdołasz odnaleźć pozostałości tego, co kochałaś, mijają cię turyści w klimatyzowanych autokarach, uwieczniając na zdjęciach waszą prywatną zagładę. Jest coś krzepiącego - potrafię to dostrzec - w tym, że turyści konfrontują się z horrendalnym aktem zniszczenia, ale i tak można to odebrać jako naruszenie prywatności. A poza tym nie wydaje mi się, żeby autokary wycieczkowe zapuściły się kiedykolwiek na ulicę, przy której się wychowałam.

W jednej z książek, które zgromadziłam i która zawiera opis przedmieść Nowego Orleanu, nie uwzględniono New Orleans East, ale parafię Jefferson, choć leży ona poza granicami miasta, oraz kilka cmentarzy - już tak. Cmentarzy, o ile mi wiadomo, nie da się zaliczyć do osiedli jako takich, chociaż lokalna tradycja opisuje grobowce jako domy zmarłych.

Na szczegółowej mapie miasta, którą wręczono mi kiedyś w wypożyczalni samochodów Avisa, Dzielnica Francuska jest zaznaczona kolorem jasnoturkusowym i powiększona w ramce u dołu strony. New Orleans East zostało wycięte - to punkt poza przedstawionym obszarem, biała przestrzeń na czyjejś mentalnej mapie. Być może chodziło o kwestie praktyczne. New Orleans East jest pięćdziesiąt razy większe niż Dzielnica Francuska - stanowi jedną czwartą zagospodarowanej przestrzeni miejskiej. Gdyby chcieć je należycie odwzorować, pochłonęłoby całą stronę.

Z mapy Avisa nie dowiesz się, że aby przebyć przeszło jedenaście kilometrów, jakie dzielą Dzielnicę Francuską od Żółtego Domu, w którym się wychowałam, powinnaś skierować się na wschód drogą międzystanową numer dziesięć. Gdy w 1968 roku otwierano ten fragment drogi, setki wielkich dębów wzdłuż Claiborne Avenue - w dzielnicy handlowej dla czarnych, dla mojej matki i babki - zostało ściętych, a ich korzenie usunięto. Sto pięćdziesiąt pięć domów wyburzono, by zrobić miejsce.

Jeśli sunąc międzystanówką, zobaczysz znaki wskazujące na VIEUX CARRÉ. OSTATNI ZJAZD, to znaczy, że jesteś na właściwej drodze, ale nie korzystaj z niego. Jedź dalej.

Po przejechaniu sześciu i pół kilometra dotrzesz do mostu, który nazywamy Wieżowcem ze względu na jego efektowny łuk wznoszący się ponad kanałem Industrial. Kanał łączy rzekę Missisipi z jeziorem Pontchartrain, ale i odcina New Orleans East od reszty miasta. U szczytu Wieżowca ma się wrażenie, jakby się było na progu objawienia, ale spadek jest ostry i nagły.

Zjedź od razu w Chef Menteur, czteropasmową drogę poprowadzoną przez starą grań, którą przemierzały niegdyś plemiona rdzennych Amerykanów, a którą teraz suną samochody zmierzające aż do Florydy i Teksasu. Chef Menteur oddziela krótszy, przemysłowy odcinek Wilson Avenue, gdzie się wychowałam, od dłuższego, mieszkalnego odcinka, gdzie stoją domy, przeważnie murowane, i gdzie stała moja szkoła podstawowa, którą pierwotnie nazwano imieniem Jeffersona Davisa, prezydenta Skonfederowanych Stanów Ameryki; jej kolejnym patronem został Ernest Morial, pierwszy czarny burmistrz Nowego Orleanu. Obecnie jest bezimienna - to spłachetek zielonej trawy odgrodzony drucianą siatką.

Nawet kiedy to piszę, dręczy mnie wspomnienie tego, czym dla nas - dla mnie oraz dla jedenaściorga mojego rodzeństwa - była konieczność przechodzenia przez tę drogę. Tak wtedy, jak i teraz Chef Menteur to otchłań prostytucji - samochody zjeżdżały tu na pobocze, czasem zajmując część chodnika i zrównując się z tobą, nawet jeśli byłaś tylko dzieckiem, które robiło sprawunki; za kierownicą siedzieli zwykle mężczyźni, dobijali targu.

Nieświadomy niczego kierowca mógł cię powlec po asfalcie w dół Chef Menteur, tak jak powlókł moją siostrę Karen, kiedy miała osiem lat. Kierowcy pędzili na tej drodze do samozagłady. W ten sposób zginął Alvin, mój przyjaciel z dzieciństwa. Ktoś mógł cię chwycić i porwać, gdy stałaś na neutralnym gruncie, jak nazywamy pas zieleni na Chef Menteur. Albo mógł zobaczyć, jak tam stoisz, choć nie chciałaś, by cię widziano, tak jak ja nie chciałam, wiele lat po wejściu w dorosłość, gdy wolałam nie pokazywać innym, gdzie mieszkam. Kiedy myślę o Chef Menteur i o byciu odciętą - od drugiej strony Wilson Avenue, od centrum miasta, po prostu o byciu odciętą - myślę o tym wszystkim.

Chef Menteur nazwano tak albo na cześć wodza Czoktawów, albo gubernatora, który zbyt często kłamał. Nazwa, tłumaczona z francuskiego, oznacza "kłamliwego wodza". Taka jest poetyka nowoorleańskich nazw. Urząd miasta znajduje się przy ulicy zwanej Zagubioną. Perdido.

Gdy znajdziesz się na Chef Menteur, jedź jeszcze półtora kilometra skrajnie prawym pasem. Po drodze miniesz stację benzynową Chevron, sklep z częściami samochodowymi oraz billboardy, które niczego nie reklamują. Wkrótce znajdziesz się w miejscu opisywanym w artykułach i książkach z lat osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych jako "kraina, z której naprawdę się nie wraca", pełna "zapuszczonych ogródków, nieaktualnych billboardów", gdzie "podniszczona architektura komercyjna z lat sześćdziesiątych sąsiaduje z ogrodzonymi drucianą siatką działkami (...) oraz monotonną zabudową mieszkalną z lat siedemdziesiątych". Gdzie "zapanowała powszechna apatia".

Miniesz usadowione po lewej i prawej stronie zapuszczone bloki mieszkalne - okolice, na które mówiło się Grove, Goose i Gap, gdzie moi bracia, dorastając, zawierali sojusze i robili sobie wrogów, gdzie w trakcie szkolnego tańca kula drasnęła twarz mojego brata Darryla. Miniesz ogołocony budynek, gdzie kiedyś znajdował się bank dla zmotoryzowanych, pod który zajeżdżałyśmy z mamą i w którym kasjer wraz z dowodem wpłaty wydawał nam lizaki. Przejedziesz obok Causey's Country Kitchen, restauracji soulfoodowej, w której po przejściu Wody zakleszczył się luksusowy autokar stojący wcześniej na parkingu.

Zbliżając się do naszej ulicy, zobaczysz supermarket Natala, który tak naprawdę jest tylko osiedlowym sklepikiem, gdzie mama wysyłała mnie, kiedy byłam dzieckiem, po "ser wątrobowy" w cenie dwóch dolarów za kilo. Po latach, kiedy studiowałam na Berkeley, odkryłam, że ser wątrobowy, który kupowaliśmy praktycznie za bezcen, garnirowano i sprzedawano jako pâté w cenie osiemnastu dolarów za kilo.

Skręć w prawo na światłach, gdzie Wilson Avenue krzyżuje się z Chef Menteur, na wysokości fundamentów dawnego zakładu wulkanizacyjnego. Wcześniej znajdowała się tam pralnia, w której moje starsze rodzeństwo schroniło się podczas huraganu Betsy w 1965 roku.

Kiedy już skręcisz w krótszy odcinek Wilson Avenue, spójrz w lewo. Zobaczysz pustą działkę, gdzie kiedyś mieściła się stacja benzynowa i gdzie pan Spanata, który pochodził z Włoch, zbudował rodzinną posiadłość. Nie został po niej ślad. Obok stoi domek, w którym po przeprowadzce ze śródmieścia mieszkała pani Schmidt - zanim zaczęli go wynajmować po sobie moi bracia, Michael i Byron, i moja siostra Karen - i w którym nikt już teraz nie mieszka.

Tuż obok (wszystkie domy przy krótszym odcinku ulicy poza jednym stały po lewej stronie) znajduje się betonowa płyta, ślad po domu, w którym mieszkała rodzina Davisów, dopóki nie zbrzydło im życie przy krótszym odcinku Wilson Avenue i nie przenieśli się gdzie indziej.

Następnie dotrzesz do pomalowanego na kremowy kolor domu pani Octavii, w którym pokoje są usytuowane na przestrzał i który należy teraz do jej wnuczki Rachelle - ostatniej już prawowitej lokatorki zamieszkałej na Wilson Avenue - i wreszcie do miejsca, gdzie kiedyś znajdował się nasz Żółty Dom.

Moja matka, Ivory Mae, kupiła go w 1961 roku, kiedy miała dziewiętnaście lat. To był jej pierwszy i jedyny dom. W jego wnętrzu stworzyła swój świat. Przez jego drzwi przewinęło się dwanaścioro dzieci: potomstwo Ivory Mae Broom i jej pierwszego męża Edwarda Webba, Ivory Mae Broom i Simona Brooma oraz Simona Brooma oraz jego pierwszej żony Carrie Broom. Oto nasze imiona: Simon junior, Deborah, Valeria, Eddie, Michael, Darryl, Carl, Karen, Troy, Byron, Lynette i Sarah. Jesteśmy przedstawicielami różnych pokoleń, rodziliśmy się w kolejnych dekadach, począwszy od lat czterdziestych. Przyszłam na świat dziesięć godzin przed tym, gdy zaczęły się lata osiemdziesiąte.

Będąc najmłodszym dzieckiem w rodzinie, w której istnieje jedenaście starszych punktów widzenia, jedenaście odmiennych od siebie okrzyków bojowych, jedenaście domagających się uwagi głosów - wszystkie warianty wspólnej historii - wykształcenie własnego punktu widzenia, okrzyku bojowego i głosu staje się kwestią przetrwania. W tym scenariuszu nie może być mowy o neutralnym gruncie.

 

A jednak wciąż czuję, jakbym dokonywała aktu transgresji - towarzyszy mi przeświadczenie, że spisując historię ludzi, który przyszli na ten świat przede mną i którzy w pewnym sensie mnie współtworzą, zaburzyłam naturalny porządek rzeczy.

Gdy dzwonię do mojego najstarszego brata, Simona, który mieszka w Karolinie Północnej, by mu wyjaśnić, co i dlaczego chcę wiedzieć, niepokoi się, że spisując to na kartach tej książki, zakłócę, zniweczę i zburzę wszystko to, co rodzinie Broomów udało się zbudować. Chciałby teraz żyć przyszłością i zapomnieć o przeszłości. "Jest całe mnóstwo spraw, o których nie chcemy wiedzieć, podświadomie się co do tego zgodziliśmy", stwierdza. Kiedy pyta mnie o mój projekt, odpowiadam nieprecyzyjnie, patetycznie, mówiąc, że piszę o "architekturze i pochodzeniu, i przestrzeni".

"Lepiej nie mówić za dużo, bo się robi problem", oznajmia. Zapisuję to zdanie w notatniku, w momencie i w kształcie, w którym je wypowiada. Nie dodałam od siebie choćby słowa. Nic też nie ujęłam.

 

W Nowym Orleanie określa się swoje położenie względem rzeki Missisipi, względem wody. Nasz dom był otoczony przez wodę. Missisipi wiła się pięć kilometrów za nim. Kilometr od nas, na zachód i południe, przebiegały kanały Industrial oraz łączący się z nim Intracoastal. Trzy kilometry na północ znajdowało się jezioro Pontchartrain. Dalej na wschód była cieśnina Rigolets, łącząca jezioro Pontchartrain z jeziorem Borgne, słonawą laguną, która przechodziła w Zatokę Meksykańską. Byliśmy otoczeni przez łodzie, barki i pociągi; wloty i wyloty - usytuowani rzut kamieniem od Old Road, jak mówiliśmy na Old Gentilly Road. Mój ojciec, Simon Broom, jeździł nią do pracy w NASA. A potem mój brat Carl jeździł nią do pracy w NASA. Ta sama ulica, ta sama praca konserwatora, różni ludzie. Ale Old Road jest teraz nieprzejezdna, ponieważ drogę blokują nielegalne wysypiska opon i śmieci. Tory poprowadzone wzdłuż Old Road zostały położone w latach siedemdziesiątych XIX wieku na zlecenie przedsiębiorstwa kolejowego Louisville and Nashville Railroad; kiedy byłam dzieckiem, pociągi jeździły nimi niemal co noc. Stukot i huk, które wydawały, dochodziły do mnie z zewnątrz, gdy próbowałam zasnąć. Gdyby Old Road była przejezdna, dałoby się nią dotrzeć do dzielnicy Michoud, gdzie po wojnie w Wietnamie osiedli wietnamscy imigranci; albo do cmentarza Resthaven, gdzie spoczywa mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, Alvin; albo do zakładów produkcyjnych NASA, gdzie budowano silniki rakietowe na potrzeby programu kosmicznego Apollo i gdzie wyczarowuje się teraz hollywoodzkie sny - stojące odłogiem hektary wykorzystywane są często jako plan filmowy.

Sprowadzając cię tutaj, do Żółtego Domu, postąpiłam wbrew temu, czego mnie uczono. Wiesz, że inni ludzie wcale nie czują się w tym domu dobrze, mawiała zawsze moja matka.

Zanim stał się Żółtym Domem, a tylko takim go znałam, dom był zielony, takim znało go moje rodzeństwo. Zasady rządzące światem, który mnie poprzedzał, nadają kształt i kontekst mojemu własnemu życiu. Żółty Dom był świadkiem naszych żyć. Kiedy runął, coś we mnie pękło. Matka zawsze powtarza: Zaczynaj tak, jak chcesz skończyć. Ale mój początek mnie poprzedza. Nieobecności nie zabierają głosu - w tej jednej kwestii mamy nad nimi władzę. Możemy mówić o nich, co chcemy. A jednak podążają za nami i wytykają nas palcami. Nie mamy się gdzie podziać, możemy już tylko zejść głęboko pod ziemię.

 
 
CZĘŚĆ PIERWSZA
 
Świat, który mnie poprzedza
 
 
 
 

Rzeczy, o których zapomnieliśmy, mają swoje lokum.

Nasza dusza jest siedzibą i pamiętając domy i pokoje,

uczymy się przebywać wewnątrz nas samych.

 

Gaston Bachelard, The Poetics of Space

 
 
I
Amelia "Lolo"

W świecie, który mnie poprzedzał, w świecie, na który przyszłam i do którego należę, w roku 1915 lub 1916, urodziła się moja babka Amelia, matka mojej matki. Była dzieckiem Johna Ganta i Rosanny Perry, kobiety cienia, po której pozostały jedynie strzępki informacji. Nie ma pewności nawet co do pisowni jej nazwiska. Rosanna Perry pojawia się przelotnie w spisach ludności parafii Lafourche z roku 1910 i 1920. Można się z nich dowiedzieć, że prababka mieszkała w Raceland w Luizjanie, nie potrafiła czytać ani pisać i była wdową. Przy nazwisku prababki Rosanny nie wskazano jej zawodu. Takie są zachowane w spisie fakty, ale przedstawię jej historię tak, jak przedstawiały ją kolejne pokolenia.

Rosanna Perry miała pięcioro dzieci: Ednę, Josepha, Freddiego, Amelię i Lillie Mae. Lekarze ostrzegali Rosannę, że kolejna ciąża ją zabije; mimo to Lillie Mae urodziła się w sierpniu 1921 roku, kiedy babka Amelia miała pięć lub sześć lat. Mówiło się zawsze, że prababka Rosanna Perry zmarła podczas porodu, mając trzydzieści cztery lata, a ci, którzy mogliby wiedzieć, jak było naprawdę, którzy mogliby to potwierdzić, zaprzeczyć temu albo przedstawić alternatywne teorie, już nie żyją; aktu zgonu prababki nie da się zaś namierzyć. Jakiekolwiek by były fakty, Rosanna zniknęła.

Spośród wszystkich dzieci Rosanny tylko Joseph żył z nią pod jednym dachem. Gdzie trafiła pozostała czwórka i dlaczego, z kim później mieszkali - nie ma co do tego pewności. Tak więc nawet gdyby Rosanna nie umarła podczas narodzin Lilly Mae, moja babka i tak nie miałaby matki.

Babka urodziła się na plantacji Ormond, nazwanej tak na cześć irlandzkiego zamku, którego luizjańska replika, utrzymana w stylu kolonialnym rodem z Indii Zachodnich, wydawała się na tle oryginału zapuszczona i mroczna. Budynek wciąż stoi, wyniosły i niewzruszony, przy River Road, dwupasmowej drodze, która liczy sto dwanaście kilometrów i biegnie przez Luizjanę przytulona ciasno do łuków rzeki Missisipi (jej wody skrywają się za wałami wyglądającymi jak kopce kreta). "Legendarna Great Mississippi River Road" - tak pisze się o niej we współczesnych broszurach. "Okazałe domy, barwne dziedzińce, przystrzyżone ogrody i liczne wioski niewolników, wszystkie czyste i schludne" - tak brzmiał opis jej otoczenia sporządzony w latach świetności River Road, przed wojną secesyjną, kiedy w Luizjanie uprawiano i przetwarzano tony "białego złota", to jest trzciny cukrowej, dzięki której fortunę i władzę zdobywały kolejne pokolenia białych właścicieli plantacji.

Współcześni marketingowcy nie wspominają za to, jak w 1811 roku, w trakcie największego powstania niewolników w historii USA, mniej więcej pięciusetosobowa armia szła przez dwa dni wzdłuż River Road, kierując się strategicznie ku Nowemu Orleanowi, by przejąć kontrolę nad miastem, zatrzymując się tylko po to, by uzupełnić zapasy broni i podpalić kolejne plantacje. Zaszli całkiem daleko - przebyli trzydzieści dwa z sześćdziesięciu sześciu kilometrów - zanim zostali zatrzymani przez lokalne oddziały milicji złożone z białych. Część niewolników uciekła, część zastrzelono na miejscu. Większości nieszczęśników, których postawiono przed sądem, obcięto głowy i wbito je na pale rozmieszczone na wałach przy River Road. Łańcuch głów na sześćdziesiąt sześć kilometrów - makabryczne trofeum przerażonych białych.

W dzisiejszych czasach "urok ozdobionych kolumnami dworków" (jak napisano w wydanej niedawno broszurze), z których słyną plantacje ciągnące się przy River Road, przyćmiewają otaczające je rafinerie petrochemiczne; z ich srebrnych nozdrzy bucha toksyczny dym.

 

Na długo zanim babka zapomniała historię swojego życia, będąc u jego schyłku, twierdziła, że przyszła na świat w lipcu 1916 roku, chociaż jej narodziny zarejestrowano oficjalnie rok lub dwa lata po fakcie. To ważne, by szczegóły opowieści pozostały niezmienne - Amelia o tym wiedziała - nawet jeśli nie można ich udokumentować.

Dostała imię po matce swojego ojca Johna Ganta, Emelii, której nigdy nie poznała. Imienniczka babki była głową dużej rodziny, której członkowie przez całe swoje życie mieszkali w parafii St. Charles - gdzie znajduje się także plantacja Ormond - w miasteczku noszącym obecnie nazwę St. Rose. W tamtych czasach miasteczko nazywało się Elkinsville, na cześć wyzwolonego niewolnika Palmera Elkinsa, który w latach osiemdziesiątych XIX wieku założył, na potrzeby swoje i swojej rodziny, samowystarczalną wspólnotę. Jej członkowie mieszkali przy czterech gruntowych drogach, które otrzymały nazwy odpowiadające ich kolejności: Pierwsza, Druga, Trzecia i Czwarta. Gantowie, wysocy i ponurzy, byli powszechnie znani wśród członków wspólnoty. Samuel Gant, brat ojca Amelii, był pastorem kościoła baptystów Mount Zion, do którego babka uczęszczała pod koniec życia, w którym odprawiono jej pogrzeb i w którym jej syn Joseph wciąż pełni funkcję diakona.

Jeszcze kiedy była dzieckiem, choć nikt nie wie, kiedy dokładnie, postanowiono, że Amelia opuści St. Rose, gdzie się urodziła, i przeniesie się do Nowego Orleanu, oddalonego o trzydzieści pięć minut jazdy samochodem, by zamieszkać ze swoją najstarszą siostrą. Edna wyszła za Henry'ego Cartera, na którego wszyscy mówili wujek Goody. Edna należała do świadków Jehowy; podczas długich wypraw, których celem było zbawianie dusz i które kończyły się zwykle niepowodzeniem, młoda Amelia pomagała jej targać po mieście egzemplarze biuletynu "Strażnica". Amelia nigdy się jednak nie nawróciła; miała odporny umysł.

Edna i wujek Goody mieszkali w śródmieściu, przy Philip Street, w kobiecej wspólnocie, w której, jak się zdawało, wszyscy zwracali się do siebie za pomocą imion innych niż te nadane i w której bliskie relacje opierały się często nie na więzach krwi, lecz na potrzebach. Decydując, jak chcesz być nazywana, zdawały się mówić te kobiety, decydujesz też o genealogii.

Zaginiona Rosanna Perry miała dwie siostry, które należały do tej wspólnoty. Na jej starszą siostrę mówiono Mama. Mama pozwalała także, by ludzie wołali na nią ciotka Shugah; słowo to było podobno kreolskim odpowiednikiem słowa sugar, które różniło się od angielskiego oryginału jedynie pisownią i akcentem. Ciotka Shugah naprawdę nazywała się Bertha Riens. Była również siostrą Tontie Swede (to zdrobnienie od Sweetie). Ciotka Shugah była biologiczną matką kobiety, która nie mówiła o sobie inaczej niż TeTe i którą połączyły z Amelią więzy siostrzeństwa, choć były kuzynkami.

Te kobiety, które mieszkały blisko siebie, stworzyły dom. To one tak naprawdę były miejscem - bardziej realnym niż Nowy Orlean - w którym rezydowała Amelia. To właśnie tam, w tamtym świecie, Amelia przeistoczyła się w Lolo; nikt nie potrafi powiedzieć, czemu przybrała imię tak różne od tego, jakie jej nadano. Wszyscy mówili na nią Lolo, nikt nigdy nie wymówił już jej prawdziwego imienia, włącznie z jej urodzonymi wiele lat później dziećmi, co z jednej strony wzmagało poczucie dystansu pomiędzy dzieckiem i rodzicem, a z drugiej - nienaturalnej bliskości i świadomości.

 

Życie Lolo pełne jest bezgłośnych interwałów, brakuje namacalnych dowodów, do których można by się odwołać. Historia ukazuje się we fragmentach: babka była małą dziewczynką i mieszkała ze swoją siostrą Edną, po czym nagle miała czternaście lat i mieszkała w Nowym Orleanie, w pensjonacie przy Tchoupitoulas Street, w dzielnicy Irish Channel.

Wraz z nastoletnią Lolo w pensjonacie mieszkał także John Vaughan i jego żona Sarah McCutcheon, kobieta, którą Lolo zaczęła z czasem nazywać Nanan i traktować jak swoją matkę i którą dzieci Lolo - Joseph, Elaine i Ivory - traktowały jak babkę. Według aktu urodzenia nazywała się Sarah Randolph, a według aktu małżeństwa - Sarah McCutcheon; nie była biologiczną matką Lolo, ale żyła tak, jakby przysługiwały jej właściwe tej funkcji prawa i obowiązki. Czasem, kiedy była zdenerwowana, Sarah McCutcheon mawiała: "Jestem córką ciotki Caroliny", choć nikt nie wiedział, kim jest ciotka Carolina. I nikt nie odważył się spytać. To było jak arcytrudny rebus.

Krążą dwie historie o Sarze McCutcheon: o tym jak wychowała Lolo i o tym jak kiedyś była właścicielką restauracji, którą zamknęła, gdy ukochany mężczyzna ukradł jej pieniądze i uciekł. Ale zanim to nastąpiło, Sarah Randolph wyszła za mąż za Emile'a McCutcheona i przez chwilę mieszkali w parafii St. Charles. Właśnie wtedy Sarah McCutcheon musiała poznać ojca Lolo, Johna Ganta; wtedy musiała też poznać matkę Lolo, Rosannę Perry.

To Sarah McCutcheon nauczyła Lolo, jak dostrzegać świętość w tym, co powszednie. To ona nauczyła babkę, jak należy się ubierać i przyozdabiać dom, tak jak się przyozdabia siebie. I uświadomiła jej, że gotowanie jest jak chroniony rytuał, jak seans spirytystyczny. Babcia McCutcheon gotowała na takim dużym pękatym piecyku, czarnym, żeliwnym. Nie jadłam w życiu nic lepszego, koniec kropka. Pulpeciki w sosie pomidorowym, duszony kurczak, gulasz z ziemniakami. Piekła własne ciasteczka, robiła je od zera. Robiła piwo imbirowe i przelewała je do butelek. Jak dodała te swoje pomidory, to żeśmy nawet nie czuli sałaty. Kroiła je w cieniuteńkie plasterki, wkładała do półmiska, dodawała octu i cukru. Aż się chciało spijać sok. To relacja mojej matki, Ivory Mae.

Gotować należało w odpowiedni sposób, ponieważ żywność miała w sobie wszelkiego rodzaju zło i wszelkiego rodzaju dobro, jedno i drugie tylko czekało, by się nim posłużyć. Dlatego właśnie na przykład przed zjedzeniem ogórka brało się go i pocierało za oba końce, by wyciągnąć z niego gorączkę. A dlaczego przed podaniem okry wygotowywało się zawsze cały śluz? Dlaczego? Nie zadawało się takich pytań, bo dzieciom i młodzieży nie wolno było nagabywać osób starszych. Nie nawiązywało się także kontaktu wzrokowego z dorosłymi. Jeśli było się dzieckiem, rozmawiało się z innymi dziećmi. A wszystko to z przezorności.

Ale nawet gdyby można było o to zapytać, Sarah McCutcheon odparłaby najpewniej: "Bo oni tak kazali". "Oni" byli wszystkowiedzący i wszechobecni; wszelkie wyjaśnienia były zbędne.

Każdy posiłek był aktem stworzenia, od podstaw, a zapach i smak nierozdzielne. Sarah McCutcheon z mozołem uczyła tego Lolo, a Lolo troje swoich dzieci. Jakichkolwiek przypraw by dodawali, moja matka oraz jej brat i siostra musieli posiekać je tak drobno, by później nie dało się ich dostrzec w skończonym daniu. Jeśli sos był grudkowaty, znaczyło to, że nie jest gotowy, że czegoś nie dopilnowano, że gotowano w pośpiechu. Jeśli danie nie wyglądało apetycznie - Sarah McCutcheon tłumaczyła Lolo, a potem Lolo swoim dzieciom - to znaczy, że nie nadawało się do jedzenia. Zasiana w ten sposób myśl, jakoby wygląd decydował o smaku, wykiełkowała szczególnie silnie w umyśle mojej matki, Ivory Mae, która po dziś dzień nie zje niczego, co nie wygląda właściwie.

 

Mając czternaście lat, babka nie chodziła do szkoły od przeszło dwunastu miesięcy, jak wynikało ze spisu z roku 1930. Odeszła po ukończeniu piątej klasy, ale potrafiła czytać i pisać. I, przede wszystkim, umiała pracować, a to zawsze punkt wyjścia do formowania własnej osobowości.

Lolo pracowała, by zdobyć to, czego pragnęła, ale jej cele ciągle się zmieniały. Była praktyczna, znana z tego, że potrafiła powiedzieć "Nie dla psa kiełbasa" osobie ambitnej, ale niespełnionej. Pewna dama, głowa jednej z rodzin, u których sprzątała Lolo, dawała jej zawsze do wyczyszczenia starą porcelanę i misterne, ciężkie zasłony. Z tymi pięknymi, czasem delikatnymi przedmiotami należało się obchodzić w określony sposób. Spowalniały pracę, ale za to czyniły człowieka nieco mniej grubiańskim. Rodzina, która była w ich posiadaniu, wzmocniła miłość, jaką Lolo darzyła piękne rzeczy, ale jej nie rozbudziła. Zrobiła to na długo przedtem Sarah McCutcheon.

Młoda Amelia Gant, Magnolia Studio.

 

Lolo zaliczała mężczyzn do kategorii pięknych rzeczy. Lionel Soule był jedną z nich. Był głęboko wierzący i żonaty z kobietą, która nie mogła mieć dzieci. Spłodził trójkę dzieci Lolo - Josepha, Elaine i Ivory - ale ojcem pozostawał tylko nominalnie, obdarzając Elaine i Ivory nazwiskiem Soule, które właściwemu towarzystwu coś o nich mówiło. Lionel Soule wywodził się z wolnych ludzi mieszanego pochodzenia; wśród jego przodków był francuski właściciel niewolników, Valentin Saulet, który służył w stopniu porucznika we francuskich władzach kolonialnych u zarania dziejów miasta. Posiadanie francuskiego lub hiszpańskiego przodka potwierdzało rodzime pochodzenie w mieście, które przez czterdzieści pięć lat było francuską kolonią, którym przez kolejnych czterdzieści lat rządzili Hiszpanie i które na dwadzieścia dni wróciło do Francuzów, zanim sprzedali je Ameryce w 1803 roku. W mieście tym już w 1722 roku istniała klasa buforowa, do której nie zaliczali się ani afrykańscy niewolnicy, ani wolni biali, lecz osoby o innym niż biały kolorze skóry, będący często w posiadaniu nieruchomości - a więc domów, tak, ale niekiedy i niewolników, w czasach gdy w Ameryce kombinacja słów "wolna" oraz "osoba o kolorze skóry innym niż biały" była koncepcją niezwykle rzadką. Członkowie tej grupy - identyfikujący się często jako Kreolczycy, powołujący się na francuskie, hiszpańskie i rdzennie amerykańskie pochodzenie, próbujący uchodzić za białych, jeśli to było możliwe i jeśli tego chcieli - otrzymali dostęp do zawodów, które wykonywać mogli tylko ludzie biali: były to zawody związane ze sztuką (malarstwo, opera, rzeźba), metalurgią, stolarstwem, medycyną i prawem.

Częściowo z tego powodu mój wujek Joe, choć był synem Lionela, poczuł się zdezorientowany i rozczarowany, gdy okazało się, że nosi panieńskie nazwisko swojej matki: Gant. Sądził, jak dziś utrzymuje, że nazywa się Joseph Soule, dopóki, już jako dorosły mężczyzna, nie trafił do marynarki - gdy sierżant wywołał Josepha Ganta, odczytując imię i nazwisko, które widniało na jego akcie urodzenia, wujek zaczął się rozglądać, "robiąc z siebie cholernego głupca". Kiedy spytał matkę, czemu chciała, by nosił nazwisko swojego dziadka, odparła: "Ciesz się, żeś w ogóle miał nazwisko".

 

Lolo była ładna, miała ciemny odcień skóry i masywne nogi, za które uwielbiali ją łapać mężczyźni. Zachowało się jedno zdjęcie młodej Lolo - włosy ma ulizane do tyłu, loki opadają jej grzywką przez szerokość czoła - wykonane w Magnolia Studio, jedynym zakładzie fotograficznym w mieście, którego właściciele byli czarni. Poczekalnia zakładu była wspaniale przystrojona. By się zareklamować, właściciele wywiesili na wewnętrznych i zewnętrznych ścianach zdjęcia, na których byli "ludziska mali i wielcy". Jeśli się chciało wiedzieć, czy poznana na ulicy osoba jest kimś, sprawdzało się, czy jej zdjęcie wisi na ścianach Magnolia Studio.

Na zdjęciu Lolo ma na sobie okulary w rogowych oprawkach typu kocie oczy i jasnoniebieską suknię z białymi akcentami na kołnierzyku i kieszeniach. Jej buty są olśniewająco czerwone - tak ukoloryzował je fotograf - a jej łydki na wysokości cholewki - masywne. Stoi dumnie, z jedną ręką na kolumnie, która służy za dekorację, z na wpół otwartą dłonią; drugą rękę trzyma na biodrze. Ma, jak to określa moja matka, roztańczone oczy; lub roześmiane oczy, jak sama to określam. Mogłaby się uśmiechnąć, ale wie, że nie musi.

Lionel Soule widział dwoje swoich najstarszych dzieci, Josepha i Elaine, tylko przelotnie, tylko kilka razy, podczas pospiesznych transakcji, kiedy moja babka pojawiała się w dokach, gdzie pracował, by odebrać zmięte banknoty, które trzymał w dłoni. Ciotka Elaine pamięta taki szczegół: "Przy każdym słowie jego sztuczne zęby robiły: klik, klik, klik". Kiedy była dzieckiem, moja matka w ten sposób myślała o swoim ojcu: Nie wiedziałam, że mam tatusia. Myślałam, że urodziłam się o tak o. Przysięgam. Myślałam, że nie żyje. No bo skoro go nie ma, to pewno nie żyje. Co tłumaczy, dlaczego moja matka ten jeden raz, kiedy jej ojciec Lionel przyszedł w odwiedziny, uciekła i schowała się za drzwiami. Zamiast na nią zaczekać albo namówić ją, żeby wyszła z ukrycia, Lionel Soule wyszedł i nigdy nie wrócił. No czy to nie jest najżałośniejsza rzecz, jaką żeś słyszała?

 
 
II
Joseph, Elaine i Ivory

Babka dała matce na imię Ivory na cześć koloru kości słoniowej. Ci spośród krewnych, którzy wciąż żyją, opowiadają, jak słonie podbiły serce babki - która miała dwadzieścia pięć lat, kiedy Ivory Mae przyszła na świat - podczas jej częstych wizyt w zoo Audubon. Chodziła tam w trakcie przerw na lunch, bo zoo mieściło się w pobliżu rezydencji na St. Charles Avenue, w której swego czasu pracowała.

Wujek Goody zwracał się do dziewczynki słowami nawiązującymi nie do jej karnacji, lecz do roku, w którym się urodziła i w którym skończył się Wielki Kryzys (skutki kryzysu wciąż kładły się cieniem na jego życiu). Na przezwisku, jakie nadał Ivory - Czterdziestkajedynka - ciążyła historia; wujek wciąż nie potrafił otrząsnąć się z tego ciężaru, co, jak sądziła Ivory Mae, przydawało jej istotności, przynajmniej w oczach wujka Goody'ego. "Gdzie zaś jest Czterdziestkajedynka?", wołał zawsze wujek. Czterdziestkajedynka! Rok moich urodzin, tak na mnie wołał. Patrzcie, idzie Czterdziestkajedynka. Wtedy to lubiłam. Wtedy bywałam taka szczęśliwa.

Opłacało się być jego ulubienicą. Wujek Goody pracował dla przedsiębiorstwa kolejowego Louisville i Nashville Railroad, mył wagony i wykładał je od wewnątrz drewnem. Czasem smarował hamulce w lokomotywach. W domu pokazywał się z innej strony - robił słodycze z melasy, która ciągnęła się jak guma owocowa. Jeśli Ivory Mae była w pobliżu, zawsze próbowała ich jako pierwsza. Pierwszy raz widziałam, żeby mężczyzna wiedział, jak robić słodycze.

Joseph, Elaine i Ivory: kiedy ludzie wypowiadali jedno z tych imion, niemal zawsze wypowiadali też dwa pozostałe. Joseph był o trzy lata starszy od Elaine, a Elaine była o dwa lata starsza od Ivory. Trio tworzyło mały, hermetyczny i zamknięty na nowych członków zespół.

Joseph Gant podczas ceremonii ukończenia liceum, Magnolia Studio.

Elaine Soule, królowa szkoły McDonogh 36, wraz z koleżanką z klasy, rok 1946.

Czternastoletnia Ivory Mae Soule w 1956 roku, podczas ceremonii ukończenia ósmej klasy, Magnolia Studio.

 

Wszyscy wiedzieli, że Joseph, Elaine i Ivory byli dziećmi Lolo, nie ze względu na kolor skóry, który mógłby zmylić osoby niezorientowane (karnację odziedziczyły po ojcu), ale po sposobie bycia i ubiorze. Spośród ich trojga Elaine miała najciemniejszy odcień skóry, w kolorze pralinek pekanowych, mlecznej opalenizny. Były wymuskanymi dziećmi, żyjącymi pod jej stałym nadzorem - w ten sposób Lolo próbowała stworzyć im dzieciństwo, którego sama nie miała. Dlatego właśnie w każdym kolejnym mieszkaniu, które wynajmowała, zaczynała od przemalowania ścian, jakby tym samym mogła nadać im trwałość - bo to jej właśnie pragnęła. Kupowała fabrycznie nowe drewniane meble, które wyglądały tak, jakby przekazywano je sobie z pokolenia na pokolenie - Joseph, Elaine i Ivory polerowali je codziennie, by nadać im zabytkowego charakteru. Kupowała w najlepszych sklepach, gromadziła piękne rzeczy i odkładała je na później. Ale jej nieskonsumowane namiętności, stosy pudełek, którejś nocy pochłonął ogień - rodzina stała na chodniku i patrzyła, jak jeden z domów, które odnowiła Lolo i który stał przy Philip Street, w dzielnicy Irish Channel, pali się do cna.

Jeśli chodzi o jej historię, wyglądało na to, że Lolo zna jedynie imiona matki i ojca oraz imiona ludzi, którzy ją wychowali. Żyła chwilą, wiedziała, że wspominanie przeszłości może wywołać rozpacz. Przez długi czas, jak twierdzi moja matka, babka opowiadała im tę samą historię o tym, jak to modliła się nieprzerwanie, by móc ujrzeć swoją matkę, Rosannę Perry, we śnie. Na urzeczywistnienie wizji trzeba było czekać wieczność, a kiedy w końcu się to stało, kobieta, która ukazała jej się w nocy, okazała się jej matką, ale umarłą, otoczoną przez kuzynów zombi. Babka, przerażona widokiem zwłok, była zmuszona wypędzić złego ducha, każąc mu zostawić ją w spokoju i nigdy nie wracać. Groza sytuacji wzmogła się jeszcze, bo babka nie była w stanie wskazać we śnie właściwej duszy, nigdy nie widziała przecież swojej matki - ani w życiu, ani na zdjęciu.

Przeszłość pogrywa z człowiekiem, uznała Lolo. Za to teraźniejszość dała się kształtować.

Może właśnie dlatego, około roku 1942, postanowiła spróbować życia w Chicago, zostawiając sześcioletniego Josepha, trzyletnią Elaine i dwuletnią Ivory pod opieką ciotki Shugah i jej córki TeTe.

Następcą Lionela Soule'a był mężczyzna, na którego mówili Son i który pracował jako taksówkarz w firmie V-8, jedynej korporacji taksówkarskiej, z której usług mogli korzystać czarni mieszkańcy Nowego Orleanu. Son wyjechał do Chicago w pośpiechu. Ponoć babka poleciała go tam odwiedzić, a tygodniowa wizyta zamieniła się w roczny pobyt. Lolo podjęła pracę w piekarni, w której pracował Son. Zamierzała odłożyć pieniądze, urządzić się przyzwoicie w odnowionym mieszkaniu w Chicago i posłać po dzieci; ale fakt, że wyjechała, musiał obudzić w niej uczucia, które pamiętała z czasów, gdy porzuciła ją własna matka - jej dzieci były teraz w rękach tych samych kobiet, które wcześniej wychowały i ją.

Najstarsze dziecko Lolo, Joseph, nadużywało ich cierpliwości. "Dostawałem lanie, ale jak tylko przestawało boleć, zaś się zabierałem do robienia rzeczy, których one mi nie pozwalały robić", opowiada. "Taki już miałem charakter". Elaine płakała, ilekroć nie była zajęta przeżuwaniem. "Chcę do Lolo", jęczała bez końca. "Dajcie mi Lolo".

Gdy babka była w Chicago, doszły ją słuchy, że Joseph, Elaine i Ivory źle się odżywiają. Ze wszystkich rzeczy, jakie mogły pójść źle, tej jednej nie była w stanie znieść. "Obiecałem sobie, że jak już będę duży, nigdy w życiu nie zjem parówki ani spaghetti", powiedział mi wujek Joe. "To było jedyne, cośmy wtedy jedli, dzień w dzień. Bo jak chodzi o TeTe, to żadna z niej była kucharka".

I tym sposobem Lolo wróciła.

Temat jej wyjazdu jest zbyt drażliwy, by ktokolwiek miał się nad nim ochotę rozwodzić. Można by rzec, że niemal udało jej się uciec przed tą konkretną historią. Wyobrażam ją sobie w Chicago, w wielkim płaszczu podszytym futrem, jak walczy z przeraźliwym zimnem, jak mrowią ją palce i uszy i jak traci w nich czucie. Chicago dawało jej możliwość odcięcia się od fragmentarycznej przeszłości, dawało jej szansę, by stworzyć całkiem nową historię, od początku do końca, ale opuszczając dzieci, odtworzyła poniekąd dawny schemat.

Po powrocie do Nowego Orleanu za dnia pracowała jako sprzątaczka, by móc opłacić wieczorne zajęcia w szkole pielęgniarskiej, w Coinson's School of Practical Nurses, gdzie zapamiętano ją przede wszystkim ze względu na jej uniformy: śnieżnobiałe, wybielane suknie i pielęgniarskie czepki w tym samym kolorze, a do tego świeżo wypastowane buty i rajstopy - jaskrawy całun na tle jej ciemnej skóry. Był to ten rodzaj bieli, którego strach dotykać. Zawzięła się, żeby zdobyć dyplom, i go zdobyła; pracowała potem jako pielęgniarka w szpitalu Charity w centrum oraz w prywatnych domach rozsianych po mieście; czasem były to miejsca, w których wcześniej sprzątała.

Jakiś czas po powrocie z Chicago babka zaczęła mruczeć pod nosem, że choćby brakowało jej na chleb, nigdy już nie zostawi swoich dzieci. Moja matka słyszała, jak Lolo to mówi. Babka zaczęła także zwierzać się powierniczkom ze swej wspólnoty, że tak naprawdę miała sześcioro dzieci, że dwoje bliźniąt i jeszcze jedno dziecko zmarło, zanim urodził się Joseph. Opowieści Lolo, zasłyszane, "pochwycone" przez jej dzieci niczym wstęga dymu, były przez nie skrywane z myślą o tym, by opowiedzieć je po wielu latach.

Zanim Ivory Mae skończyła siedem lat, babka zakorzeniła się na dobre w domu dwurodzinnym, który stał przy South Roman Street, w centrum miasta, pomiędzy Drugą i Trzecią Ulicą. Wyszła za mąż za starszego od niej o trzynaście lat robotnika portowego, na którego dzieci mówiły pan Elvin i którego większość osób pamięta mniej więcej tak jak mama: Gadał do telewizora. Wyluzowany typ. Taki tam prostaczek. Niczego nie chciał od życia. Lubił sobie popić.

Na jednym krańcu South Roman Street 2500, przecznicy, przy której mieszkali, stały dwa bary, a na drugim mały sklep spożywczy; miało się wrażenie, jakby te trzy budynki utrzymywały ją w miejscu niczym przyciski do papieru. Biali prowadzili sklepy spożywcze, a czarni bary, chyba że chodziło o "naprawdę eleganckie knajpki", jak twierdzi wujek Joe. Ale to był Nowy Orlean. Czarni i biedni mieszkali w zasięgu wzroku bogatych i białych albo wyglądających na białych. Mieszkania socjalne na przykład stały parę przecznic od rezydencji ciągnących się wzdłuż St. Charles Avenue; inna rzeczywistość społeczna była zawsze tuż za rogiem. Za rogiem - w stosunku do domu Lolo - był też Rex Den, stojący przy Claiborne Avenue wielki magazyn, gdzie montowano ruchome platformy na Mardi Gras. Kilka przecznic dalej, na Jackson Avenue, mieszkała córka ciotki Shugah, TeTe, do której zgodnie z tradycją przychodziło się oglądać ekipy Zulu i Rex - klubów towarzyskich, z ich fałszywymi królami i królowymi oraz prawdziwymi hierarchiami społecznymi - paradujące przed jej gankiem w trakcie karnawałowego poranka.

W 1947 roku Elaine i Ivory Mae zapozowały w Magnolia Studio do ostatniego już zdjęcia, które zachowało się z ich dzieciństwa. Były ubrane jak bliźniaczki: miały na sobie identyczne białe suknie z bufiastymi rękawami, do piersi przypięto im prawdziwe kwiaty. Obie założyły czarne buty Mary Jane z lakierowanej skóry i białe skarpetki z falbanką. Włosy Elaine były zaplecione w długie warkoczyki, które sięgały jej do połowy pleców, a z wyrazu jej twarzy można wywnioskować, że miała już wtedy niewyparzony język. Ivory stoi niezgrabnie obok, odchylając się od Elaine, ciężar jej ciała spoczywa na zewnętrznej stopie. Ale ciocia obejmuje siostrzyczkę mocno w talii, używając swego wzrostu jako przeciwwagi. To był ostatni raz w ich życiu, kiedy Elaine, która jako osoba dorosła miała sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, była wyższa niż jej siostrzyczka, która ostatecznie przerosła ją o dwanaście centymetrów. Na zdjęciu jeden z warkoczyków mamy sterczy do góry nad czołem, jej buzia jest rozwarta, a twarz zastygła w wyrazie zdumienia. Ciągnie za rąbek sukienki, być może próbując w ten sposób zakryć widoczny fragment skóry, który lśni tuż ponad jej kolanem.

W tym okresie swojego życia Joseph, Elaine i Ivory zasuwali jak pokojóweczki - od razu po przebudzeniu ścielili łóżka, zamiatali i odkurzali, bo dom musiał lśnić. Wychowano nas w czystości. Każde z dzieci Lolo umiało sprzątać, włącznie z chłopcem.

- No jak myślisz, które z nas przepuszczało ciuchy przez wyżymaczkę? Twój stary wujo - powiedział mi wujek Joe.

Kobiety podczas parady.

 

Kiedy dwie przyjaciółki Lolo, na które dzieci mówiły ciotka Ruth i ciotka Agnes, przyjechały na Roman Street, by wziąć udział w Mardi Gras i corocznym balu klubu pielęgniarek, Joseph, Elaine i Ivory wyprasowali ich suknie i wyłożyli je na łóżko, by kobiety mogły się w nie wcisnąć po kąpieli. Kiedy wróciły z imprezy, w pokojach czekały na nie zapalone lampki nocne, obok pościelonych łóżek klapki, a na łóżkach - koszule nocne.

Po szkole, kiedy Lolo uczęszczała na zajęcia dla pielęgniarek, Joseph, Elaine i Ivory robili zakupy, korzystając z listy, którą przygotowywała dla nich matka, taszcząc wyładowane torby w dół ulicy. Elaine zawsze wykonywała swoje obowiązki przed czasem, podczas gdy Ivory się ociągała, patrząc to na siostrę, to na zegar, aż wreszcie czas się kończył i kiedy było już blisko do powrotu matki, rzucała się pędem do roboty. Trzeba mnie było do wszystkiego zmuszać.

Nawet w gimnazjum im. Johna W. Hoffmana Ivory Mae buntowała się przed pracą w ogrodzie, bo wymagano tego tylko od dziewcząt. Zdaje się, że zawsze prosiłam się o bęcki. Ivory Mae była pyskata. "Odszczeknie się, choćby ją mieli za to ukatrupić", mawiała babka. Elaine była chłopczycą, grała w kulki, wspinała się na drzewa, złamała sobie obojczyk i nogę. "Byłam ostra". Biła się z chłopakami, broniąc siostrzyczki, która, jak uważała, "pozwalała sobą pomiatać". Jeśli Elaine akurat z nikim się nie biła, była nieśmiała.

- Elaine była spokojniejsza niż Ivory - stwierdził wujek Joe. - Ale jak tylko który jej ten spokój zakłócił, rozpętywało się piekło. Ivory i ja kłapaliśmy jadaczkami i w ogóle. Jedni nas za to lubili, inni nienawidzili, zależało, co kto lubił. Elaine była cicha, nie odzywała się, ale jakbyś się tyle biła, też byś nie musiała już nic mówić.

Mimo to Elaine i Ivory były zawsze wybierane do głównych ról w wiosennych przedstawieniach w gimnazjum Hoffmana, niezależnie od tego, czy umiały śpiewać i tańczyć, czy nie. Miały jasny odcień skóry, "ładną karnację", jak mawiali nauczyciele. Elaine została królową szkoły McDonogh 36, kiedy chodziła do drugiej klasy. Elaine miała w cholerę włosów, których nigdy nie dało się porządnie ułożyć, i jak je uczesali, to zaczęły jej sterczeć na wszystkie strony. Miała małą tiarę, wyglądała jak zła. Elaine bywała też wyniosła w taki sposób, że się przy niej znikało. Miało się wrażenie, kiedy się z nią rozmawiało, że mimo fizycznej obecności jest odgrodzona od świata, zamknięta w sobie.

 

Kobiety od samego początku rozpieszczały Josepha. Jego babka, Sarah McCutcheon, jako pierwsza kupiła mu dwukołowy rower. Wolał spędzać czas w jej domu w Irish Channel, bo tamtejsze życie z punktu widzenia chłopca obfitowało w więcej przygód. Sarah McCutcheon mieszkała u wylotu miasteczka St. James, między ulicami Tchoupitoulas i Religious, tuż obok łuszczarni ryżu, rzut beretem od torów ciągnących się wzdłuż rzeki Missisipi. Joseph był odpowiedzialny za szukanie drewna do piecyka i kominka i z tego powodu chadzał w rejon torów, gdzie zbierał porzucone drewno, używane niegdyś do wykańczania wnętrz wagonów towarowych, którymi transportowano towary przez cały kraj. Czasem, jeśli zjawiał się na przystani w trakcie rozładunku statków, zdarzało się, że któryś z dokerów rozerwał worek z cukrem albo ryżem, albo kawą, albo bananami, i wtedy wujek Joe nabierał je do koszuli i niósł Sarze McCutcheon na St. James Street.

W liceum im. Bookera T. Washingtona, w gimnazjum im. Johna W. Hoffmana oraz w podstawówkach im. Cartera G. Woodsona i McDonogh 36 - gdzie uczęszczali Joseph, Elaine i Ivory - segregacja rasowa obowiązywała przez cały okres ich nauki szkolnej i jeszcze wiele lat po tym, gdy w 1954 roku ogłoszono wyrok w sprawie Brown kontra kuratorium oświaty. Skutki wyroku nie miały przełożenia na Nowy Orlean aż do listopada 1960 roku, kiedy to trzy sześcioletnie dziewczynki, Tessie Provost, Leona Tate i Gaile Etienne, ubrane w mundurki i lakierowane skórzane buty, z wielkimi białymi kokardami zawiązanymi na włosach, zjawiły się w McDonogh 19, szkole dla białych, gdzie miały spędzić cały ten rok jako jedyne uczennice, w klasach z oknami zaklejonymi brązowym papierem, którymi odgrodzono je od słońca i wrzasków białych rodziców, dających upust wściekłości przed budynkiem szkoły. Tego samego listopadowego dnia pierwszoklasistka Ruby Bridges, czarna dziewczynka otoczona przez trzech szeryfów federalnych, zniosła segregację w szkole podstawowej im. Williama Frantza, spędzając połowę roku szkolnego jako jej jedyna uczennica. Dekadę później, w przededniu lat siedemdziesiątych, wciąż wybuchały zamieszki z powodu integracji rasowej w nowoorleańskich szkołach. Cztery dekady później stwierdzenie, że nowoorleańskie szkoły są w pełni zintegrowane, jest niezgodne z faktami.

Lolo mówiła zawsze, że możemy być, kim tylko chcemy. Za dzieciaka nie myśleliśmy o białych, że są od nas lepsi. Myśleliśmy zawsze, że jesteśmy im równi albo że to oni są gorsi.

Ale wystarczyło, że Joseph, Elaine i Ivory wyszli na chodnik przed domem na Roman Street, stawał im przed oczami Taylor Park oraz szyld: CZARNUCHOM, CHIŃCZYKOM I PSOM WSTĘP WZBRONIONY. To był dziwny widok: przeważnie pusty, odgrodzony park w czarnej dzielnicy. Jeśli okoliczne dzieci chciały pobiegać po parku albo popluskać się w basenie, musiały jechać do Shakespeare Park przy Freret Street, który był oddalony o kilka kilometrów. "Wyglądało na to, że większość czarnych w Nowym Orleanie musiała tam jeździć", stwierdził wujek Joe. Żeby dojechać do Shakespeare Park, trzeba było skorzystać z autobusu, na pokładzie którego obowiązywała segregacja rasowa.

Ale w Nowym Orleanie, mieście obsesyjnie zafiksowanym na gradacji odcieni skóry, była jeszcze dodatkowa komplikacja. Ivory Mae od dziecka zdawała sobie sprawę z wartości swojej jasnej skóry i piegów, i faktury falistych włosów, o których mawiała, że są dobre. To, że jest faworyzowana, przejawiało się w ten sam sposób, w jaki przejawiają się wszystkie uprzedzenia - w podwójnych standardach. Ludzie rozpromieniali się na widok Ivory, ale już niekoniecznie na widok Elaine, która nie rozumiała, czemu jej skóra jest o kilka odcieni ciemniejsza niż u Josepha i Ivory, a jej włosy, o których mawiała, że są koszmarne w rozczesywaniu - grubsze.

Jako dziecko moja matka internalizowała te uprzedzenia na tle koloru skóry, które przejawiały się niekiedy w szokujący sposób.

Któregoś dnia Ivory, Elaine i siostra babki, Lillie Mae, siedziały wspólnie na ławeczce przy Roman Street i przyglądały się ludziom. Mama miała osiem lat. Kolega, którego mama nazywała Czarnym Andrew, akurat przechodził obok. Szedł do sklepu spożywczego u Johnny'ego. Nie było w tym nic niezwykłego. Andrew niekiedy mijał ich dom dwa, trzy i cztery razy w ciągu dnia, ilekroć udawało mu się uzbierać miedziaka albo kilka pensów na słodycze. Kiedy ich mijał, wgapiał się w Ivory Mae, czasem mrugając do niej, a ona obrzucała go w odpowiedzi wściekłym wzrokiem. Zawsze go przezywała: Ej, Czarny Andrew! No co tam, czarnulku? Okoliczne dzieciaki podjudzały ją jeszcze ze swoich ganków, ale nie musiały tego robić. Pamięta, jak im mówiła: Powiedzcie temu czarnulkowi, że nie jest moim chłopakiem.

Zawsze wyglądał, jakby był brudny. No wiesz, naprawdę był czarnulkiem, miał poskręcane włosy i w ogóle. Chodziło jej o to, że miał ciemny odcień skóry, taki jak jej własna matka, jak siostra jej matki, Lillie Mae, która siedziała tuż obok niej.

- Że też masz czelność nazywać tego chłopca czarnulkiem - rzuciła Lillie Mae. - Spójrz no na swoją mamę. Jakiego koloru ma skórę?

Moja mama nie jest czarna, odparła mała Ivory Mae.

Dla mnie nie była czarna. Była moją mamą, a moja mama nie była czarna. Dla mnie to wyglądało tak, jakby mi chcieli wmówić, że moja mama jest z tych czarnych, co ich nie lubiłam.

- Patrzyliśmy na nich chyba trochę tak, jak patrzą biali - twierdzi wujek Joe, próbując wytłumaczyć zachowanie swojej siostrzyczki. - Jakby byli od nas gorsi.

 

Joseph się włóczył, ale jego siostry bawiły się pod okiem dorosłych, wyjąwszy weekendy, kiedy to otrzymywały ćwierć dolara, za które można było zaszaleć na Claiborne Avenue, w sklepach typu "wszystko za dziesięć centów". Kupowałyśmy spinki do włosów. Zawsze wybierałam ładne kolory. Byliśmy wychuchanymi dzieciakami. Wyglądaliśmy, jakbyśmy byli czyściejsi niż te inne dzieciaki, z którymi żeśmy się trzymali, jakbyśmy byli z bogatego domu. Jak byliśmy całkiem mali, mieliśmy pięć albo siedem lat, to żeśmy nie chodzili w innych bucikach niż Stride Rite. Lolo uważała, że jak chodzić, to w dobrych butach.

"Chodźcie z podniesionym czołem", mawiała zawsze babka. Jeśli byli bez grosza przy duszy, nikt nie musiał o tym wiedzieć. "Cała rzecz w tym, jakie robicie wrażenie", mówiła. Mieli zachować jakąś część siebie w rezerwie, nigdy się całkiem nie odsłaniać, cenić siebie nawzajem bardziej niż kogokolwiek innego i trzymać się z dala od domów innych ludzi, gdzie mogło im się przytrafić wszystko. Żyliśmy pod kloszem. Nie wolno nam było wchodzić do obcych domów. Nigdy nie miałam za wielu przyjaciół. Każdy trzymał się swoich ludzi. Byliśmy tylko my, Elaine, Ivory i Joseph, i kilka osób, które do nas przychodziło.

Dzieci ubierały się na biało na specjalne okazje: gdy robiono im zdjęcia, podczas niedzielnych kazań w kościele Divine Mission of God i co rok w maju, z okazji Dnia Johna McDonogha.

John McDonogh był bogatym właścicielem niewolników, który w 1850 roku przekazał w spadku połowę swojego majątku na rzecz nowoorleańskich szkół publicznych, nalegając, by jego pieniądze wykorzystano "do budowy i wsparcia wolnych szkół, do których winni mieć dostęp biedni, i to wyłącznie, przedstawiciele obu płci i wszelkich klas, i wszelkich ras".

"Patron nowoorleańskich szkół publicznych", jak czasem nazywali go urzędnicy miejscy, miał także inne wymagania - chciał, by Biblia pełniła funkcję głównego podręcznika, a poza tym miał "jedno małe życzenie (...), jedną drobną prośbę, ostatnią (...), aby pozwolono, raz do roku, dzieciom uczącym się w szkołach położonych najbliżej mojego miejsca pochówku zasadzić i podlać kilka kwiatów wokół mego grobu".

Uczniowie, którzy uczęszczali do szkół nazwanych jego imieniem, odwiedzali jego grób co roku; niektórzy przeprawiali się promem na drugą stronę rzeki, do plantacji McDonoghville, gdzie pochowano jego i jego niewolników. Nawet po tym, gdy w roku 1860 na życzenie rodziny McDonogha ekshumowano i przeniesiono jego zwłoki do rodzinnego Baltimore, uczniowie nadal zbierali się przy opustoszałym grobie McDonogha, by oddać mu cześć. Czynili tak aż do roku 1898, kiedy na placu Lafayette w Nowym Orleanie, naprzeciwko Gallier Hall, gdzie mieścił się wówczas urząd miasta, wzniesiono jego pomnik. McDonogh, którego głowę odlano z brązu, patrzył przed siebie, podczas gdy wyrzeźbiony chłopiec wspinał się na postument, wyciągając rękę, by złożyć wieniec u podstawy popiersia w geście wiecznej wdzięczności. Wyrzeźbiona dziewczynka z włosami, które falami opadały jej na plecy, stała u podstawy pomnika, trzymając chłopca za drugą rękę i patrząc w górę.

W Dniu McDonogha wszyscy uczniowie przeszło trzydziestu szkół nazwanych jego imieniem brali udział, ubrani na biało, odświętnie, w wydarzeniu, podczas którego obowiązywała segregacja rasowa. Czarne i białe dzieci przyjeżdżały na miejsce w osobnych autokarach. Czarne dzieci czekały na słońcu, aż białe dzieci zakończą procesję na cześć Johna McDonogha. Staliśmy tam całymi godzinami, spływając potem w tych naszych ślicznych sukieneczkach.

Szkolna orkiestra przygrywała, podczas gdy białe dzieci gromadziły się wokół pomnika McDonogha i śpiewały piosenkę na jego cześć:

 

Roztrąbcie je na wszystkie strony

Niech echo niesie imię: Johnny

McDonogh. Zadmijcie w trąby

Niech wieniec mu czoło zdobi

Chwalcie go głosami swemi

Chwała mu, na wieki chwała!

 

Burmistrz deLesseps Story "Chep" Morrison wręczał klucze do miasta wybranym szóstoklasistom, po jednym z każdej białej szkoły; potem przychodziła kolej na czarnych uczniów. Zanim wybrzmiała połowa pieśni na cześć McDonogha, kilkoro czarnych dzieci zdążyło zazwyczaj zemdleć w południowym skwarze, brudząc biel swych ubrań. Ci, którzy wciąż stali, śpiewali dalej, trzymając zwiędłe kwiaty, które mieli złożyć pod pomnikiem Johna McDonogha. Tych, którzy zemdleli, omijała ceremonia wręczenia kluczy do miasta wybranym szóstoklasistom, po jednym z każdej czarnej szkoły.

Nie dziwi zatem fakt, że w 1954 roku czarni uczniowie, dyrektorzy szkół i nauczyciele zaprotestowali przeciw, jak to określili miejscowi przywódcy ruchów praw obywatelskich, "niezliczonym złośliwościom, upokorzeniom i krzywdom", jakie od lat wiązały się z Dniem Johna McDonogha. Jedynie trzydzieścioro czworo spośród trzydziestu dwóch tysięcy czarnych uczniów z Nowego Orleanu zjawiło się tego roku pod pomnikiem. Ani Ivory Mae, która miała wtedy trzynaście lat, ani jej rodzeństwa nie było wśród nich.

Od tamtej pory Joseph, Elaine i Ivory ubierali się na biało jedynie do kościoła. Sarah McCutcheon wprowadziła Lolo i jej dzieci do zgromadzenia Divine Mission of God. Jego siedziba znajdowała się w dwurodzinnym budynku w śródmieściu, przy Soniat Street, który od jednej strony był domem z pokojami na przestrzał, a od drugiej kościołem. Wystarczyło przejść przez próg, żeby się poczuć jak w jakimś zakątku nieba. Wchodziło się na mały ganek, a potem od razu do kościoła. I wszystko inne przestawało istnieć. Nabożeństwa odprawiano w dzień; wychodziło się z nich po zmroku.

Zgromadzenie liczyło nie więcej niż dwadzieścioro pięcioro członków, z których każdy był przekonany, że ich przywódca, dr Joseph Martin, jest prorokiem, z gatunku tych, którzy potrafią przemówić do deszczu, powstrzymać go słowem. Niektórzy twierdzili, że uczynił to kilkakrotnie, odpędzając burze z piorunami, by członkowie zgromadzenia nie zmokli w drodze do samochodu. Mówiło się, że zawracał straszliwe huragany i uspokajał wichury. Jego proroctwa wykraczały poza obszar meteorologii. Przewidywał, że hordy ludków przepłyną ocean i dotrą do kraju, a potem utrzymywał, że chodziło mu o wietnamskich uchodźców, którzy zaczęli przybywać do USA w 1975 roku.

Członkowie zgromadzenia uważali się za katolików. Wspólnota czerpała z katolickich obrządków, ale nie była oficjalnie zaliczana do Kościoła katolickiego, a wiernych nie odwiedził nigdy arcybiskup. Katolicy restrykcyjnie przestrzegający zasad wiary, tacy jak Harold, przyjaciel Joego Ganta, uważali, że członkowie zgromadzenia ośmieszali tradycje katolickie i odprawiali czary. "To była indywidualna sprawa", powiedział Joe Gant.

We wnętrzu kościoła, cztery dni w tygodniu, zwykli skądinąd ludzie się zmieniali. Kobiety trzymały swe białe peleryny w drewnianej kościelnej szafie; mężczyźni mieli na sobie długie białe togi z szerokimi rękawami i królewskie korony z filcu. Niektórzy zakładali przepaski ozdobione złotymi gwiazdami. Dzieci członków wspólnoty maszerowały pomiędzy rzędami niczym przyszli prorocy, trzymając nad głowami ciemnoniebieskie proporce.

Zgromadzenie stawało się chórem. Kiedy do śpiewu włączali się wszyscy, brzmieli jak trąby anielskie. A potem każdy wstawał i żeśmy maszerowali wokół kościoła.

 

O, Panie, Daniel był dobry człek

Trzy razy dziennie modlił się

Anioły zleciały się pod okno,

posłuchać, co Daniel chciał im rzec

      Och, Panie, dzięki ci, żeś

pod opiekę przyjął mnie

 

W momencie uniesienia, gdy śpiewała tę czy inną pieśń, mama po raz pierwszy dostąpiła zbawienia. W jednej chwili śpiewała o płonącym w niej ogniu, a w następnej dziko podskakiwała. Elaine podeszła do niej i przytrzymała ją na wysokości tułowia, jakby Ivory Mae była drzewem. "Nie trzymaj jej, puść ją", krzyczeli ludzie. Elaine zrobiła, jak kazali, po chwili, a Ivory Mae zajęła się swoim zbawieniem. Od tego momentu moja matka zaczęła nabierać przekonania, że jest dzieckiem Boga. Tak o sobie mówiła, w zaborczy sposób, jakby była Jego jedynaczką. Irytowało to Elaine. W trakcie zwyczajowych modlitw Ivory Mae zwracała się odtąd do Boga bezpośrednio. Zaczynała je, mówiąc Boże, Ojcze, a Bóg stał się dla niej (i miał nim pozostać do końca) rodzonym ojcem, którego nigdy nie miała.

Dwunastego kwietnia, w rocznicę założenia zgromadzenia, wszyscy członkowie mówili o swych "postanowieniach" - co zamierzali zrobić dla Boga i kim zamierzali się stać w nadciągającym roku. Ich przemowy miały po trzy, cztery strony, co sprawiało, że nabożeństwa przeciągały się do późnej nocy. Śpiewałam "mój promyczek nie zgaśnie, nim diabeł nie zaśnie". Opowiadałam, jak to chcę zostać pielęgniarką. Mówiłam tak, bo Lolo była pielęgniarką, a ja chciałam być taka jak ona.

Joseph też był wpatrzony w swoją matkę, imponowała mu zwłaszcza nienaganną prezencją, którą starał się kopiować z pominięciem i ze szkodą dla pozostałych przydatnych cech. Był jedynym ósmoklasistą w gimnazjum Hoffmana, który podczas uroczystości wręczenia dyplomów miał na sobie szyty na miarę garnitur. Garnitur był szary, a kołnierzyk i butonierka przyszywane ręcznie nicią o nieco ciemniejszym odcieniu, co sprawiało, że "robił piękne wrażenie", jak twierdzi wujek Joe. Wszyscy musieli mieć na sobie garnitur, ale większość z nich kupiła je w sklepie. Ci, którzy nie mogli sobie na to pozwolić, otrzymywali dyplom, ale nie było im dane maszerować z resztą klasy. Garnitur Josepha, kupiony w sklepie Harry'ego Hymana przy Rampart Street, tak się wyróżniał, że nawet nauczyciele prawili wujkowi komplementy. "To jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia", stwierdza, przeżywszy siedemdziesiąt sześć lat. Miał 193 centymetry wzrostu i był szczupły (i wciąż jest, nosi ten sam rozmiar co wtedy). Włosy kręciły mu się, gdy były mokre, co podobało się dziewczynom.

Garnitur z uroczystości rozdania dyplomów i uwaga, jaką na sobie skupiał, wyznaczają początek trwającej przez całe życie miłości Joego Ganta do ciuchów. Ubierał się lepiej niż dziewczęta. Obsesja, z jaką chronił przed zagnieceniem prasowane godzinami kanty, sprawiała, że czasem dziwnie się zachowywał. "Jak się wystroiłem na wyjście, to potem za nic nie chciałem usiąść". Kiedy osiągnął wiek uprawniający go do jazdy samochodem, siadał za kierownicą z wahaniem, tak by nogi niemal nie dotykały siedzenia, przez co musiał prowadzić z wyprostowanymi plecami, jak człowiek stale wyglądający zagrożenia. "Są ludzie, co uważają, że szaty zdobią człowieka. Ja uważałem, że to człowiek zdobi szaty", wyjaśnił mi. "Inaczej mówiąc, byłem pyszałkowaty".

Joseph wydał to, co zarobił, pracując w wakacje, na skompletowanie licealnej garderoby, wśród której znalazły się szyte na miarę spodnie i nylonowa bielizna sprowadzana z Paryża, nabyta w sklepie braci Rubenstein przy Canal Street. Czarnym nie wolno było wtedy przymierzać ubrań. Joseph wszedł do sklepu, znając swój rozmiar: 52 L albo XL, w zależności od fasonu, 36 w rękawie, 16,5 centymetra w kołnierzyku. Kupił także krawaty, bo musieli je nosić wszyscy chłopcy z liceum Washingtona. Jeśli ktoś zapomniał krawatu, nosił jeden z używanych; zbierano je w każdej klasie z myślą o uczniach, których nie było na nie stać. "Nie chciałem nosić tego szajsu. Miałem własny krawat. Było w nim coś takiego, że jak go nosiłem, to mężniałem i w ogóle", stwierdził. "Czułem się ważny i jakby bardzo wyjątkowy".

Joseph chodził w garniturach od krawca, a Elaine i Ivory same szyły swoje ubrania. Szycie było stwarzaniem siebie i to właśnie Ivory Mae kochała najbardziej. Nawet będąc w szkole średniej, w trakcie lekcji szycia potrafiła ocenić, w jaki sposób tkanina układa się na ciele, i zdecydować się na właściwe wykończenie, improwizując z krojami o zaskakujących elementach, dzięki którym zawsze wyróżniała się na tle innych.

Młode kobiety uczyły się mody od siebie nawzajem, głównie podpatrując się na ulicach, ale także na targach Ebony Fashion Fairs, które odbywały się corocznie w Municipal Auditorium. Ich uczestniczki stroiły się tak zawzięcie, że przyćmiewały i przestawały obserwować modelki paradujące po wybiegu w ubraniach, na które same nie mogły sobie pozwolić. Ivory Mae nie przepadała zresztą za cudacznymi strojami. Jej styl był zwodniczo prosty, jej ciuchy podkreślały właściwe krągłości. Sukienki, które można by nosić na specjalne okazje, ona nosiła na co dzień. W tym sensie ona i Joseph byli do siebie podobni. Ubierali się tak, by ich dostrzeżono, co sprawiło, że zapracowali sobie na reputację parkietowych trefnisiów, jak to określa wujek Joe. "No, wiedzieliśmy, że dobrze wyglądamy", mówi. Tańczyli, gdziekolwiek był parkiet - w barze, na balu. Ale czasem i na chodniku. "Szliśmy do klubów i zaczynaliśmy tańczyć od wejścia. Jak na biedaka to stroiłem się jak dziki. Dlatego właśnie miałem takie powodzenie wśród pań i dlatego potem było z nimi tyle kłopotu".

Joe wraz z siostrzyczką Ivory pląsali, robili wymachy, salta i obroty, wygłupiali się. Z Ivory zawsze fajnie się tańczyło, ruszała się leciutko. Pozwalała się prowadzić, była w tym szczególnie dobra, mężczyźni to w niej uwielbiali. Czasem Ivory wchodziła do klubu, gdzie tańczył już Joseph, po czym oboje dostrajali się do siebie, podkręcając dramaturgię, co czasem wywoływało niemałe poruszenie. "Jak tylko stykaliśmy się w tańcu", opowiada wujek Joe, "zaczynało się szaleństwo. Ci, co tańczyli, schodzili z parkietu, żeby zrobić nam miejsce, bo wiedzieli, że będziemy błaznować. Ci, co nas nie znali, myśleli, że jesteśmy sławni czy coś, bo robiliśmy od cholery dziwnych zwrotów i takich tam. Jeden ruch dłoni i się obracała. Czasem, jak się do niej ustawiłem plecami, łapałem ją za rękę i obracałem dwa czy trzy razy czy coś, a potem się rozdzielaliśmy, no wiesz, tego rodzaju rzeczy".

Uwielbiali improwizować, czuć się doskonale wolni i dlatego właśnie babka nigdy nie chciała tańczyć ze swoim synem Josephem. "Chłopcze, tańcz jak człowiek", mawiała zawsze. "Za dużo błaznujesz".

Największym błaznem był jednak chłopiec z sąsiedztwa, który zawsze kradł im show. Na imię miał Edward, ale ci, którzy go znali, mówili do niego tylko po nazwisku: Webb.

 

[...]

Tytuł oryginału: The Yellow House

 

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjecia na okładce: ? Adam Shemper (Sarah M. Broom), ? Mario Tama/Getty Images (dom)

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? 2019 by Sarah M. Broom

 

Copyright ? Agora SA, 2020

Copyright ? for the Polish translation by Łukasz Błaszczyk, 2020

 

Prawa do zdjęć wykorzystanych w książce należą do Sarah M. Broom oraz do rodziny Broomów, chyba że wskazano inaczej.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2020

 

ISBN: 978-83-268-3375-5

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej