1.
Cienka igła przebijała naprężony żółty jedwab. Nitka w tym samym kolorze pojawiała się i nikła, tworząc skomplikowany wzór kwiatu. Babcia Róża oddawała się zajęciu z pasją, nie odrywała wzroku od tamborka, nie ustawała ani na chwilę, spieszyła się. Wstawał świt, a ona nadal była pochylona nad haftem. Ostatnimi ruchami igły dokończyła wreszcie robotę. Jej ręce, przed momentem tak ruchliwe, spoczęły na żółtej tkaninie, a potem niemal pieszczotliwie przesunęły się po wypukłości haftu. Długie, pokryte siecią żyłek palce otwierały tamborek.
Na kolanach starszej kobiety leżała dziecinna sukienka. Przedwojenny jedwab, ten w najlepszym gatunku, błyszczał w promieniach wschodzącego słońca. Wzrok hafciarki ślizgał się po misternie wykonanych fragmentach ubranka: zakładkach, plisach i falbankach, zauważał każdy detal.
"Warte było tylu nieprzespanych nocy, a i nie żal pocięcia sukni z mojego pierwszego balu. Toż to arcydzieło!" - pomyślała babcia Róża.
*
Osie wózka skrzypiały przeraźliwie. Codziennie o świcie mleczarz odbywał tę samą drogę, w górę i w dół. Wózek stawał się coraz lżejszy, cichszy, może radośniejszy, jakby odczuwał nastrój swojego pana kończącego poranne zajęcie i wracającego powolnym, lekkim krokiem do domu.
Szósta rano nie była jednak porą na odpoczynek. Mozolnie wspinali się w górę brukowanej ulicy, a stare kamienice po obu stronach patrzyły na nich dumnie. Nie powinny tak się wywyższać, bo chociaż balkony, okna i drzwi miały ozdobne, to ich tynki były szare, obtłuczone, z zaciekami jeszcze sprzed wojny. Wśród nich mleczarz nie czuł się tak źle ze swoją wyświechtaną kurtką i zdeptanymi butami. Przystanął przed tą największą, trzypiętrową, wyjął butelki mleka i zniknął w drzwiach wejściowych.
*
Babcia Krystyna patrzyła na wnuczkę bawiącą się na wyłożonym mozaiką balkonie. Szklane kulki popychane zwinnymi palcami toczyły się w różnych kierunkach i czasami wpadały do kilku pęknięć przy akompaniamencie szczerego dziecięcego śmiechu.
Tuż obok dziewczynki oparta o ścianę balkonu siedziała lalka o porcelanowej, trochę poobtłukiwanej twarzy i rozczochranych włosach.
Jej wypłowiała żółtawa sukienka mimo licznych plam nosiła ślady dawnej świetności.
- Że też Ania tak lubi to brzydactwo. Nie rozstaje się z nią nawet na chwilę, zupełnie jak ja, gdy byłam mała. I tak samo ją nazywa; imię Agnieszka przylgnęło do lalki na tyle lat! Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, gdy ojciec wrócił z długiej podróży i mi ją wręczył.
- Cieszysz się, że jedziesz? - zapytała Anię.
Jasna głowa podniosła się ku niej, zielonkawe oczy nagle spoważniały. Dwie małe ręce zacisnęły się na jej kolanach.
- Ma ch?re Anulka - szepnęła Krystyna. Lubiła przemawiać do wnuczki w języku tak dla niej drogim, a teraz zupełnie bezużytecznym.
Babcia Róża obserwowała je obie z ukrycia. Była zazdrosna o ich wzajemną miłość. Sama nie potrafiła okazać Ani uczucia, chociaż to małe, radosne stworzenie chwytało ją wprost za serce. Wynagradzało wszystkie rozczarowania własną córką. Że też Bernadetta mogła urodzić istotę tak odmienną od siebie!
- Podobna do babci jak dwie krople wody - słyszała nieraz od przechodniów, gdy przechadzała się z Anią po parku. Zalewała ją wtedy fala dumy i czułości, ściskała mocniej małą rączkę, ale nie potrafiła inaczej, spontanicznie wyrazić tego tkliwego wypełniającego ją ciepła, którego nie czuła przez długie lata.
"Nie potrafiłam kochać córki, za to kocham wnuczkę".
Tym bardziej zazdrościła babci Krystynie łatwości obcowania z małą. Otworzyła drzwi i chowając jedną rękę za siebie, podeszła do Ani.
Umorusana buzia uniosła się ku niej. Potargane włosy zasłoniły czoło i oczy, szara sukienka ukazała całą swoją brzydotę.
"Jak można tak zaniedbywać dziecko?" - pomyślała. - "Gdybym ja miała taką śliczną córeczkę...". Przypomniała sobie zawsze zasępioną, nadętą twarz małej Bernadetty i aż się otrząsnęła. Położyła rękę na puszystych, jasnych włosach. Była pewna, że za chwilę małe ręce zawisną na jej szyi i mimowolnie sprawdziła, czy naszyjnik jest dobrze zapięty.
- Co tam babciu schowałaś? - zabrzmiał radosny, cienki głosik.
- Mogłabyś się uczesać, już duża panna z ciebie. - Babcia Róża surowym tonem próbowała pokryć wzruszenie. Wysunęła schowaną za plecami niespodziankę. Żółta jedwabna materia zalśniła w promieniach słońca.
Dziewczynka porzuciła zabawę, poderwała się na nogi i stanęła oniemiała.
- Nie cieszysz się? To ja dla ciebie uszy...
Nie zdążyła dokończyć, a już poczuła uwieszony ciężar na swojej szyi. Przytuliła wnuczkę na moment, mocno i czule.
- Naprawdę dla mnie? Jaka piękna! Taka sama jak mojej lalki!
Ania siadła na podłodze. Szklane kulki leżały opuszczone, tworząc migocące punkciki. Żółta błyszcząca plama sukienki dominowała w całym obrazie i właśnie na nią Bernadetta skierowała swoje spojrzenie.
- Co to? - spytała trochę ochrypłym, niskim głosem.
Babcia Róża oderwała wzrok od wnuczki i przeniosła go na córkę. Bernadetta stała w otwartych drzwiach balkonowych. Jej surowe rysy, jeszcze wyostrzone ściągniętymi do tyłu włosami, wyrażały dezaprobatę pomieszaną ze złością.
- Nie gniewaj się, Decia, sama ją uszyłam. To taki prezent od babci na pożegnanie. Dziecko nie miało ani jednej ładnej sukienki - babcia Róża jąkała się trochę przy tych słowach; bała się córki, nawet wtedy, gdy Bernadetta była jeszcze małą dziewczynką.
- Po co tak stroić dzieciaka? Przewróci się jej w głowie - wyrzekła matka Ani.
- Jest taka jasna, będzie się łatwo brudzić - dodała już zupełnie bez gniewu, patrząc z rozbawieniem na Anię obejmującą sukienkę.
- Nie przewróci! Nie pobrudzi! Sama, sama będę prała!
Rozpaczliwy okrzyk dziewczynki rozszedł się tak głośnym echem po wybrukowanej ulicy, że zdziwiony mleczarz aż zadarł głowę, by sprawdzić, kto hałasuje o tak wczesnej porze.