Zadzwonił telefon. Kapitan Janusz Naciejewski podniósł słuchawkę.
- Do pana kapitana jakiś Kolanek. - Dyżur dziś miała znów ta telefonistka z interesującym altem. Sama dużo brzydsza niż jej głos. Gdyby nie to, zapewne zostałaby śpiewaczką, a nie urzędniczką w komendzie miejskiej MO.
- Kolanek? - oficer milicji szukał w pamięci.
- Takie podał mi nazwisko.
- Aha, już wiem. No trudno, niech pani łączy - Naciejewski wcale nie był zachwycony tym, że dzwoni do niego złodziej i włamywacz, Zygmunt Paluchowski, znany bardziej w kołach podziemnego światka Warszawy pod dźwięcznym pseudonimem "Kolanek". Przezwisko to Paluchowski zdobył przed wielu laty, w zaraniu swojej kariery kasiarza. Tak niefortunnie uciekał z pewnego mieszkania, że spadł z drugiego piętra; oberwał się przy tym drut od piorunochronu i pechowy złodziejaszek złamał przy upadku nogę, właśnie w kolanie. Do dziś dnia lekko nią powłóczył.
Telefonistka przełączyła.
- Czy to pan kapitan Naciejewski? - oficer rozpoznał "sznaps-baryton" Paluchowskiego.
- Tak, to ja. Czego chcecie?
- Moje uszanowanie panu kapitanowi. Kolanek pięknie się kłania - włamywacz postanowił prowadzić rozmowę według przepisów nowoczesnego savoir-vivre'u.
- Dobrze, dobrze, o co chodzi?!
- Panie kapitanie, mam kłopot. Wpadłem, jak nie przymierzając śliwka, ale nie w kompot. Zrobili mnie w ślepego bawoła!
- Mówcie wreszcie, co się stało - Naciejewski zaczynał się naprawdę złościć. Nie miał ani czasu, ani ochoty na prowadzenie towarzyskich rozmówek z człowiekiem, z którym aż za często musiał stykać się w swojej zawodowej pracy. Ostatnio wprawdzie Kolanek uroczyście deklarował, że zrywa z przestępczością i nawet prosił oficera milicji o znalezienie mu jakiejś pracy, ale Naciejewski doskonale wiedział, że prędzej czy później stary recydywista wróci do swojego zakazanego fachu. Nie na próżno ludowe porzekadło twierdzi, że "natura ciągnie wilka do lasu".
- Panie kapitanie, pan znowu będzie się na mnie gniewał, ale...- tu głos rozmówcy z drugiej strony drutu na chwilę się urwał - ... to ja "zrobiłem" tę kasę na Podleskiej.
- Jaką kasę? - kapitan od razu się zainteresował.
- Żadna kasa. Zwykła blaszanka. Aż wstyd, że nasz państwowy przemysł produkuje takie świństwa. Co to za przyjemność otwierać coś takiego. Nawet nie trzeba pruć. Już nie mówiąc o paleniu. Na ołów ją otworzyłem w dziesięć minut. Albo i krócej. To mają być kasy? Ani porównać choćby z tym, co przed wojną robił na Targówku pan Jardel. Szkoda gadać...
- Kiedy ostatni raz wyszliście z więzienia, przyrzekaliście mi, że już nigdy nie weźmiecie się za te sprawki. Komenda nawet wam pracę załatwiła, żebyście nie mówili później, że to z braku zajęcia musicie kraść.
- Wszystko się zgadza, panie kapitanie. Do tej pracy to ja nawet czasem chodzę. Tak raz, dwa razy w tygodniu. Ale nudna. Ciągle to samo i to samo. Może bym i wytrwał, ale znalazł się taki jeden...
- A skąd wy, Kolanek, mówicie?
- Panie kapitanie, ze mną takie żarty? - stary złodziej był naprawdę dotknięty do żywego. - Ja do pana jak do rodzonego ojca, a pan chce mnie zdjąć z miejsca?
Kapitan nacisnął guzik dzwonka. W drzwiach stanął dyżurny milicjant.
- Sprawdzić - oficer milicji zasłonił otwór słuchawki dłonią - z jakim aparatem jestem połączony. Niech najbliższy radiowóz natychmiast pojedzie i przywiezie tu do mnie Kolanka. Jego nazwisko: Zygmunt Paluchowski.
- No, mówcie, o co chodzi? Kto was napuścił na tę kasę?
- Taki jeden. Poznałem go niedawno. W "Cybernetyku". Poczuł do mnie miętę. Fundował i fundował. Chyba przez dwa tygodnie. A potem mówi: "Wiesz, Kolanek, gdybym ja miał twój fach, ładną forsę mógłbym załapać. Na Podleskiej stoi kasa, w której zawsze najmarniej jest ze sto patyków. Dostać się tam łatwo, bo barak parterowy. Okno otworzyć żadna sztuka. W gabinecie dyrektora zielona, stalowa kasa. A w niej dwie żółte koperty, pełne brudasów i nalepek". Ja, panie kapitanie, nic nie obiecywałem, tylko słuchałem. A on kusił i kusił. Kiedyś nawet wziął taryfę i zawiózł mnie tam, żebym sam zobaczył. Rzeczywiście, fabryka drutem ogrodzona, ale dziury, że samochodem można wjechać. Na portierce strażnik tak chrapie, że z daleka słychać, a poza tym ani ducha. Sam pan kapitan w takich warunkach nie byłby długo twardziochem. A co dopiero ja? Nic dziwnego, że pękłem.
- I co? Rozpruliście tę kasę?
- Przecież mówiłem, że nie było co pruć. Po prostu pilniczkiem podpiłowało się na ślepaku ołów i zameczek miękko odskoczył. Grzecznie wziąłem te dwie koperty. Szafkę zamknęło się z powrotem na kluczyk, jak Pan Bóg przykazał. Później nogę za okno. Parę razy we framugę lekko uderzyłem, żeby zasuwa się zamknęła i już po krzyku. Ten facet czekał na mnie na ulicy, bo postawiłem go na świecy.
- Oj, Paluchowski, Paluchowski, drogo was będzie to kosztowało. Za taką sprawkę przyłożą wam ze siedem latek. I niewiele pomoże, żeście się sami przyznali. Jedyny ratunek, to jak najprędzej przywieźć te pieniądze do komendy.
- Żebym miał pieniądze, tobym do pana kapitana wcale nie dzwonił. Takim frajerem Kolanek jeszcze nie jest.
- Więc co się z nimi stało? Tamten drugi was okradł?
- Mnie nikt nie okradł i nie okradnie. Taki się jeszcze nie urodził. Tylko mówiłem już panu kapitanowi, że mnie w konia zrobili. Mało w konia...
- Mówcie jaśniej, Paluchowski.
- Kiedy odpłynąłem z Podleskiej, ten mój kumpel powiada: "Dawaj koperty". A ja do niego: "Wolnego, synku, najpierw zobaczymy, co w nich jest i podzielimy się uczciwie". Otwieram jedną, a tu same plany i jakieś papiery. Biorę drugą, a tam nie sto patyków, tylko parę brudasów, trochę czerwońców i bilon. Razem ze trzy tysiące. Złapałem się za głowę, gdzie ta forsa? A on, że niby pomyliłem koperty i ta główna z dużą forsą została w kasie. Chociaż sam mi przedtem tłumaczył, żeby brać tylko te dwie żółte. Na kolorach jeszcze się znam. Ale facet też mógł się pomylić. Nie skapowałem wtedy, o co chodzi i zaproponowałem, żebyśmy obaj wrócili na Podleską. Razem wejdziemy do baraku i znowu przeszuka się szafkę. Jak się raz weszło i klucz podebrany, to reszta frajer.
- No i co? Tak zrobiliście?
- Właśnie że nie. Gość powiada, że dostał mojra i za nic nie wróci. Chciałem iść sam, a on na to, że niebezpiecznie. Naprzeciwko fabryka, a tam jest warsztat odlewniczy i już o czwartej rano przychodzą szykować piec do wytopu. To ja na faceta wsiadłem z góry. "Jak to - powiadam - stary fachman Kolanek za niecałe trzy patyki taką robotę ma odstawić? Jak się wiara o tym dowie, to ze śmiechu będzie się turlać. Taki wstyd na stare lata".
- Pewnie - przytaknął oficer milicji, któremu teraz zależało, żeby ta niezwykła rozmowa telefoniczna trwała jak najdłużej. - Sam się z tego śmieję.
- Dlatego właśnie dzwonię. Bo kiedy to frajerowi wygarnąłem, sięgnął do kieszeni i mówi: "Źle was poinformowałem, Kolanek, moja wina, moja strata. Tu macie dziesięć tysięcy złotych za fatygę i jako odszkodowanie za straty, jakie ponieśliście z mojego powodu". I daje dziesięć nowiutkich nalepek. Prosto spod prasy.
- Fałszywe?
- Coś pan? Za kogo kapitan mnie bierze? Przecież fałszywych nawet bym nie tknął. Forsa jak najlepsza. A ten dokłada jeszcze przeprosiny i żebym trzymał język za zębami. Akurat doszliśmy do skrzyżowania. Tam stał samochód. Motor na gazie. Facet wsiadł do maszyny i tylem go widział. Jego i te dwie koperty.
- To on miał te koperty? Na początku mówiliście, żeście nie chcieli mu ich dać.
- Nie chciałem. Ale kiedy otworzyłem i zobaczyłem, że w jednej nie ma ani dutka, zaś w drugiej tylko trochę, to zgłupiałem i dałem sobie z ręki je wyjąć.
- Co było dalej?
- Nic nie było. Stałem jak ten słup na ulicy, z forsą w ręku. Potem stuknąłem się w czoło. "Kolanek, całe życie byłeś uczciwym kasiarzem, nie daj się teraz na stare lata wciągać w jakieś dziwne kombinacje." No i zadzwoniłem do pana kapitana. Wszystko panu powiedziałem, jak księdzu na spowiedzi. No, ale muszę już kończyć, bo tu jakiś gość, który mnie łaskawie przepuścił do automatu, trochę się niecierpliwi. A pewnie ten radiowóz pana kapitana też już blisko? Prawda?
- Jaki radiowóz?
- Pan kapitan to ze mną jak z dzieckiem. Kolanek nie wie, że już po niego jadą? Że pan dał sygnał, aby sprawdzili, z jakiego automatu gadam? Moje uszanowanie władzy. Niech pan pamięta, że prawdę powiedziałem.
- Słuchajcie, Kolanek, to bardzo ważne, coście mówili. Przyjdźcie zaraz do komendy. Daję słowo, że was nie zatrzymam. Przynajmniej na razie.
- Jeszcze nikt nie widział, a i nie zobaczy Kolanka z dobrawoli wchodzącego do Pałacu Mostowskich. Jakby kto przypadkiem zakikował, zaraz by mnie za szpicla wzięli.
- Możemy umówić się na mieście. Albo przyjdźcie do mnie do domu. Wiecie, gdzie mieszkam?
- No to jutro o jedenastej. W tym barze na rogu Górczewskiej.
- Dobrze. Będę - kapitan przytaknął automatycznie, chociaż już przedtem usłyszał cichy stuk słuchawki kładzionej na widełki.
Stary złodziej nie dał się wziąć na kawał. Oficer milicji był pewien, że radiowóz zjawił się przy automacie w kilka sekund po tym, kiedy Paluchowski opuścił budkę.
Kapitan Naciejewski połączył się więc z oficerem dyżurnym. Tę służbę pełnił dzisiaj porucznik Boruński.
- Słuchaj, Stachu, czy dzisiaj, a może wczoraj, wpłynął do nas meldunek o włamaniu do fabryki na Podleskiej? - zapytał kapitan. - Zdaje się, że mógłbym pomóc prowadzącemu dochodzenie. Kto to dostał?
- Nie pamiętam. Musiałbym sprawdzić w raportach.
- Bardzo cię proszę.
- Tak za darmo? To trzeba oprzeć o bufet - żartował porucznik.- Panu kapitanowi coś się uwidziało, a ci młodsi oficerowie niech grzebią się w aktach.
- No dobrze. Przy okazji oprzemy o bufet.
- Trzeba było od razu tak śpiewać. Melduję panu kapitanowi, że w ciągu pół godziny zgłoszę się z raportem - błaznował znany z wesołego usposobienia porucznik Boruński.
Oficer dyżurny dotrzymał słowa. Za dwadzieścia minut telefon na biurku kapitana odezwał się znowu:
- Co ty ze mnie wariata robisz - mówił porucznik - u nas w raporcie zbiorczym słowa o takim włamaniu. Zadzwoniłem do dzielnicy, o niczym nie słyszeli. Połączyłem się z Komendą Główną, bo myślałem, że może tam trafiło bezpośrednio. Jeszcze mnie obsztorcowali, że im głowę zawracam. A ponadto ci z dzielnicy twierdzą, że przy Podleskiej nie ma żadnej fabryki! Słuchaj, Janusz, może ty za dużo chodzisz ostatnio z gołą głową na tym słońcu? Uważaj bardziej na siebie.
Boruński zadowolony, że udało mu się dociąć przyjacielowi, odłożył słuchawkę.
Dopiero teraz sprawa wydała się kapitanowi poważna. Z miejsca sporządził obszerną notatkę z przebiegu rozmowy z Zygmuntem Paluchowskim i zameldował się u zwierzchnika.
Pułkownik miał wątpliwości.
- Czy na pewno dzwonił do was Kolanek?
- Na pewno - upierał się kapitan. - Doskonale rozpoznałem jego głos w słuchawce telefonicznej.
- A czy nie podejrzewacie, że ktoś inny mógł podać się za Paluchowskiego, aby zrobić kawał zarówno włamywaczowi, jak i milicji? Albo z zemsty na Kolanku?
- Nie sądzę. Stary złodziej cieszy się zbyt wielkim poważaniem w tych kołach. Taki dowcip mógłby drogo kosztować jego autora. Dintojra nie lubi żartownisiów. Nie patyczkuje się też przy wydawaniu wyroków. Tam nie stosuje się kary z zawieszeniem. Facet, który by sypnął Paluchowskiego, obojętnie, prawdziwie czy fałszywie, pewnego dnia mógłby obudzić się z nożem pod żebrem.
- Więc może sam Kolanek w ten sposób zakpił sobie z was, kapitanie?
- Ale w jakim celu? Przecież doskonale się orientuje, że czy przyjdzie, czy też nie, na spotkanie ze mną do tego baru przy Górczewskiej, milicja tak długo będzie go szukała, aż w końcu znajdzie.
- Co mu zrobicie? Wyprze się w żywe oczy, że nigdy z wami nie rozmawiał i niczego nie będzie można mu udowodnić. Najwyżej posiedzi czterdzieści osiem godzin. A to mu nie pierwszyzna.
- To prawda. Ale tego rodzaju przestępcy, złodzieje-recydywiści, nie mają zwyczaju przypominać milicji o swoim istnieniu. Kolanek ma przeszło pięćdziesiątkę, z tego ponad piętnaście lat spędził we wszystkich chyba więzieniach, jakie są w Polsce. Od trzech lat siedział cicho, jak mysz pod miotłą. Przypuszczam, że rzeczywiście uznał, iż na stare lata nie warto ryzykować.
- Z czego żył?
- Jak każdy kasiarz, tak i Kolanek jest doskonałym ślusarzem. Postaraliśmy się mu o robotę u "Kasprzaka". Są z niego zadowoleni, chociaż często opuszcza pracę. Ale prosiłem, żeby patrzyli na to przez palce. Liczyłem, że w końcu przywyknie do dyscypliny i unormowanego trybu życia.
- Recydywista? To wykluczone.
- A jednak Kolanek wytrzymał tym razem tak długo, jak nigdy przedtem. Mieliśmy go zresztą na oku. Poza opuszczaniem pracy niczego nie można było mu zarzucić.
- Jeżeli tyle opuszczał, to niewiele zarabiał. Z czego żył ostatecznie?
- Ustaliliśmy, że dorabia "fuchami".
- Czym?
- Klucze. Nikt tak nie zna się na najrozmaitszych rodzajach zamków, jak Paluchowski. Na Woli, gdzie mieszka, słynie z tego w całej dzielnicy. Kto zgubi klucze, a musi dostać się do mieszkania, zamiast wyłamywać drzwi, biegnie do Kolanka. Ten zawsze dobierze odpowiedni wytrych lub dorobi nowe klucze. To artysta w swoim fachu. Niekiedy nawet milicja z dzielnicy korzystała z jego usług, kiedy chodziło o otworzenie jakiegoś zamkniętego mieszkania. Poza tym dorabiał duplikaty na podstawie przyniesionego mu wzoru. To robota pokrewna jego "fachowi", a przy tym dobrze płatna. Każdy chętnie zapłaci nawet seciaka, żeby tylko nie uszkodzić zamków i nie zdemolować drzwi.
- Pewnie też i różni złodzieje zamawiali pasowanie kluczy u Paluchowskiego.
- Na tym nigdy go nie przyłapano. Jeżeli miał i takich klientów, to nie chwalili się, skąd mają przybory otwierające cudze zamki. Ale to niewykluczone. A gdyby nawet tak było, to Kolanek tym bardziej nie miał żadnego interesu, żeby dzwonić do mnie i opowiadać historyjkę swojego włamania.
- Myśli pan, kapitanie, że ten stary kasiarz powiedział prawdę?
- Jestem więcej niż pewny.
- No cóż, mogło tak się zdarzyć, jak to Kolanek panu opisał. Mało to razy złodzieje wybiorą się na wyprawę i niczego nie znajdą? I kasiarze często wracają bez łupów. Pieniędzy nie trzyma się dzisiaj w kasie, lecz w banku. Ten, kto namówił włamywacza na tę robotę, zapewne jakiś pracownik tej fabryki, przestraszył się, że Paluchowski może go sypnąć lub porachować się z nim w inny sposób. Wolał więc zapłacić za milczenie i nieudany skok. Przyznaję, niecodzienny wypadek... Aż trudno w to uwierzyć...
- Właśnie, panie pułkowniku. Kto z góry zakłada taką ewentualność, że w kasie nie będzie pieniędzy i ma pod ręką dziesięć tysięcy, aby ułagodzić nimi złodzieja? Poza tym na faceta czekał samochód, o którym przy planowaniu akcji nie było mowy.
- Historia jest tak nieprawdopodobna, że wydaje się wyssana z palca tego... Paluchowskiego.
- A jednak zbyt dużo podejrzanych szczegółów, aby nie brać poważnie telefonu Kolanka. Kolanek zabrał z kasy dwie koperty. W jednej było, jak sam twierdzi, około trzech tysięcy złotych w różnych banknotach. W drugiej zaś jakieś plany. Te plany i pieniądze zabrał mężczyzna z samochodem. Ale poza Kolankiem nikt do tej pory nie złożył żadnego doniesienia o kradzieży.
- Prawdopodobnie człowiek z samochodem podrzucił wszystko z powrotem na miejsce. Jeżeli to jeden z urzędników fabryki, mogło mu się to udać tak, że nikt nie spostrzegł kradzieży. Sami mówiliście, że Kolanek otworzył kasę za pomocą przygotowanego przedtem ślepego klucza z ołowiu, na którym, już na miejscu, naciął odpowiednie ząbki. Ale nie wspominał, że kasa była poza tym opieczętowana.
- Ja również jestem pewien, że stało się tak, jak to pan pułkownik przedstawia. Tylko... Pozostaje jeszcze jeden problem... Na Podleskiej nie ma żadnej fabryki!
- Jak to nie ma fabryki? W takim razie Kolanek wszystko wymyślił?
- Nie. Kolanek niezbyt się orientuje. Dla niego teren otoczony siatką, z budynkami wewnątrz, z kominem wyższym od innych, z wartownią przy wejściu, jest fabryką. A to, panie pułkowniku, nie jest fabryka, a Warsztaty Doświadczalne Zakładu Paliw Stałych przy Politechnice Warszawskiej.
Pułkownik aż podskoczył w fotelu.
- Wy mi tu, kapitanie, przez pół godziny zawracacie głowę jakimiś historyjkami - powiedział podenerwowany - a to zostawiacie na koniec. Cała nasza rozmowa byłaby niepotrzebna.
"Stary" podniósł słuchawkę.
- Polecenie do wszystkich dzielnic, radiowozów, patroli mundurowych i wywiadowców! Odszukać i sprowadzić do komendy Zygmunta Paluchowskiego vel Kolanko. Rysopis posiada każda dzielnica. Mają też zdjęcie. Sprawa bardzo ważna i pilna. Pierwszeństwo przed innymi zadaniami.
Pułkownik odłożył słuchawkę, by sięgnąć po inną, jednego z licznych, stojących na małym stoliku telefonów. Nakręcił trzycyfrowy numer.
- Pułkownik Mogajski? Tu Lewandowski z Pałacu Mostowskich. Mamy, pułkowniku, bardzo ważne wiadomości dotyczące Warsztatów Doświadczalnych Zakładu Paliw Stałych Politechniki Warszawskiej.
- ...
- Tak, tych na Podleskiej. Myślę, że to was zainteresuje. Przyślijcie kogoś ze swoich ludzi. Razem się naradzimy. Wydałem już pewne dyspozycje, ale chyba wy przejmiecie całą sprawę... Jak? Major Eugeniusz Tomorowski. Zapisałem. Specjalista od tych spraw? To bardzo dobrze. Może zaraz przyjechać?... To czekamy na niego.
Kapitan Naciejewski zrobił ruch, jak gdyby chciał wstać z krzesła i opuścić pokój.
- Zostańcie, kapitanie - rzekł zwierzchnik - tylko patrzeć, jak ten major tu będzie. Tymczasem sporządźcie dane dotyczące Zygmunta Paluchowskiego. Oni również będą chcieli z nim rozmawiać. Macie tu papier... A może musicie uzupełnić jakimiś szczegółami z kartoteki?
- O Kolanku wiem więcej, niż on sam o sobie.
Kapitan zabrał się do pisania notatki. Tymczasem pułkownik załatwiał bieżące sprawy. Przyjmował oficerów dochodzeniowych, wydawał im polecenia, rozmawiał przez telefon; uprzedził też sekretarkę, by kiedy zgłosi się major Tomorowski, natychmiast go wprowadzono, a wszystkich innych interesantów kierowano do zastępców.
- Nie ma mnie dla nikogo - pułkownik zakończył rozmowę z sekretarką. - Dla nikogo - podkreślił - choćby się waliło i paliło.
Upłynęło nie więcej niż piętnaście minut, kiedy oficer kontrwywiadu, major Eugeniusz Tomorowski, znalazł się w gabinecie pułkownika.
Trzej mężczyźni usiedli przy okrągłym stoliku. Przez przeszło dwie godziny nad drzwiami gabinetu pułkownika paliła się czerwona lampka, znak, że wewnątrz odbywa się ważna narada i nikt nie ma wstępu. Jedynie sekretarka, panna Krysia, znająca zwyczaje swojego szefa, bez żadnego polecenia wniosła do gabinetu filiżanki czarnej kawy.