Żołnierze Wyklęci. Przecież to dziecko bandyty! - Marek. A.Koprowski

-
Proszę czekać

 

 

Wstęp

Żołnierze wyklęci - termin ten od niedawna obecny jest w naszej publicystyce i historiografii. W 1993 r. Liga Republikańska zorganizowała na Uniwersytecie Warszawskim wystawę pt. Żołnierze Wyklęci - antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944. W druku zwartym po raz pierwszy użył go Jerzy Ślaski (1926-2002) w książce wydanej w roku 1996 przez warszawski RYTM. Książka Żołnierze wyklęci nie była naukową monografią (na syntezy nadchodził dopiero odpowiedniejszy czas), miała jednak pięć wydań, co świadczy o dużym zainteresowaniu czytelników. Historia działającego na Lubelszczyźnie oddziału "Orlika", walczącego o wolność i niepodległość już po zakończeniu wojny z Niemcami, zgrupowania starającego się przywrócić samodzielność, niezależność i bezwzględną wolność swojej ojczyźnie, narracja rzucona na szersze tło walki partyzanckiej z koryfeuszami wschodniego, komunistycznego porządku, z dyktatorami sowieckimi oraz polskimi, przypomniała opinii publicznej fakty skrzętnie skrywane w okresie PRL... Autor związany z PAX, twórca wielu ważnych skądinąd publikacji o czasach okupacji niemieckiej, Armii Krajowej czy Polskim Wrześniu 1939, wydawanych w okresie Polski komunistycznej, nie budził jednak powszechnej sympatii w pierwszych latach transformacji ustrojowej. W czasopiśmie Muzeum Niepodległości "Niepodległość i Pamięć" ukazał się artykuł nie tyle polemiczny, co uzupełniający i rozszerzający tło historiograficzne i faktograficzne, autorstwa Wiesława Jana Wysockiego: "Wojny domowej" między "utrwalaczami" a "zaplutymi karłami" ciąg dalszy...: glosa do książki Jerzego Ślaskiego ps. Nieczuja "Żołnierze wyklęci". Potem pojawiły się następne publikacje, widowiska teatralne, filmy...

Oczywiście już wcześniej problematyka polskiego powojennego podziemia niepodległościowego obecna była na łamach prasy. Kiedy jednak ksiądz Józef Tischner na łamach wydawanego przez Związek Podhalan czasopisma "Hale i Dziedziny" (1990-1997) określił terminem "patriota" Józefa Kurasia (pseudonim "Ogień"), dodając pozytywną pointę postawy znanego partyzanta zadającego sobie samobójczą śmierć w obliczu rychłego aresztowania przez funkcjonariuszy UB, na Podtatrzu zawrzało. Redagujący pismo Franciszek Bachleda Księdzularz otrzymywał wiele protestów piętnujących postawę etyczną znanego księdza, teologa i filozofa. Zresztą postać "Ognia" do dnia dzisiejszego oceniana jest z różnych przeciwstawnych pozycji. Termin "żołnierz wyklęty" pozostał jednak dla określenia jego późnej działalności.

W literaturze przedmiotu spotkać też możemy inne terminy adekwatne do zajmującego nas tematu: "żołnierze niezłomni", "partyzanci drugiej konspiracji", "polskie powojenne podziemie niepodległościowe" czy nawet "podziemie antykomunistyczne". Zainteresowanie poszczególnymi postaciami czy akcjami różnych ugrupowań jest ogromne. Uzupełniamy i nadrabiamy wszak lata wymuszonego milczenia, cenzury oraz represji w stosunku do poruszających temat walki z ustrojem komunistycznym. W ostatnich latach pojawiło się wiele różnorodnych publikacji.

Likwidacja cenzury i wolność (bez względu na przymiotnik, jakim ją posiłkują różne ugrupowania) zmieniające polską rzeczywistość po 1989 r. przyniosły też możliwość zaangażowania w problematykę nowych technologii. Powstał film Aliny Czerniakowskiej Zwycięstwo (1995) odważnie przypominający bohaterów walki o pełną niepodległość, choć niewolny od natrętnego dydaktyzmu i jednostronności. Udostępnienie tego dokumentu w Internecie z wykorzystaniem idei domeny publicznej uczyniło wiele dla przypomnienia wyklętych bohaterów. Adam Ferency, czytający tekst komentarza, już na samym początku w sposób niezwykle sugestywny podaje informację o osamotnieniu polskich bohaterów: "Berlin, 8 maja 1945. Wielcy tego świata fetowali zwycięstwo nad Hitlerem. Zapomnieli o Polakach. Zapomnieli". Walkę podjęli wymęczeni wojną żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego. Nie wszyscy się ujawnili, wielu na powrót zmuszonych zostało szukać wolności w lesie. Kraj ogarnięty terrorem nowych "władców" z wielką energią rzucił się na dzieło odbudowy. Jednak wielu młodych ludzi walczyło nadal. Jerzy Stanisław Narbutt (1925-2011), poeta i prozaik, autor słów pieśni Solidarni, nasz jest ten dzień, oficjalnego hymnu związku zawodowego, potomek znanego litewskiego rodu, sformułował taką opinię: "Naród, który nie posiada dostatecznej siły, by wywalczyć sobie wolność i zapewnić suwerenność państwową, musi jednak znaleźć w sobie dość siły, aby przynajmniej przypomnieć światu o swoim prawie do wolności. Taki był sens powstań narodowych i taki był sens walki żołnierzy wyklętych po wojnie". Słowa te dobitnie określają filozoficzny sens walki, nierównej i w opinii wielu - bezsensownej.

Wielkonakładowy dziennik "Super Express" dołożył do wydania z 15 października 2013 r., jako dodatek, płytę DVD z filmem Jędrzeja Lipskiego W przeddzień śmierci, wyprodukowanym przez Fundację Via Veritatis. Był on oparty o wspomnienia Zbigniewa Lazarowicza o swoim ojcu, Adamie (pseudonim "Klamra"), zamordowanym w osławionym warszawskim więzieniu na Mokotowie 1 marca 1951 r. Tym samym upowszechnił w masowym nakładzie ideę upamiętnienia jednego z żołnierzy WiN.

Instytucje kultury, Instytut Pamięci Narodowej oraz władze samorządowe organizują obecnie wiele sympozjów i wystaw poświęconych żołnierzom niezłomnym. W Nowym Sączu odbyła się (2 marca 2012 r.) konferencja Masz synów w lasach, Polsko... Podziemie niepodległościowe i opór społeczny na Sądecczyźnie w latach 1945-1956. Obszerny tom referatów zredagował Dawid Golik, wydając go w Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu w 2014 roku.

W byłej Fabryce Schindlera, oddziale Muzeum Historii Miasta Krakowa, otwarto niedawno głośną wystawę Krakowscy Wyklęci (1 marca-3 sierpnia 2014 r.). Pozwala ona zmierzyć się z niejednoznacznymi ocenami postępowania żołnierzy niekończących walki po wypędzeniu Niemców. Narracja obejmuje różne pokolenia tych, którzy zdecydowali się kontynuować bój o niepodległość: weteranów wojny z 1920 r., żołnierzy Września 1939, twórców Polskiego Państwa Podziemnego i najmłodszych - rwącej się do walki młodzieży, której niedane było (z powodu wieku) brać udziału w antyniemieckiej konspiracji. Wymazywaną przez organizatorów propagandy komunistycznej pamięć o żołnierzach z lat 1945-1960 przywracają prezentowane na wystawie dokumenty, fotografie oraz liczne pamiątki: brewiarz, stuła, a także pistolet vis księdza Władysława Gurgacza, pistolet maszynowy sturmgewehr 44, używany w czasie okupacji i nieoddany w okresie tak zwanego ujawnienia, drzwi z aresztu z napisami więźniów przetrzymywanych w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, klucz z więzienia świętego Michała, zdobyty prawdopodobnie przed akcją odbicia więźniów (18 sierpnia 1946 r.). Wystawę uzupełniają liczne fotografie, ocalałe dokumenty oraz dźwiękowe relacje bohaterów tych czasów. Interesujący katalog tej wystawy zredagował Marcin Baran.

Dopiero po prawie pięćdziesięciu latach można było otwarcie mówić o ofiarach tej walki, często bratobójczej. Encyklopedie podają, że w latach 1945-1960 zginęło około trzystu tysięcy Polaków: w więzieniach Urzędów Bezpieczeństwa, w łagrach Syberii, w kopalniach. Szacuje się, że nierówną walkę podjęło od stu dwudziestu do stu osiemdziesięciu tysięcy żołnierzy (Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956, Warszawa-Lublin 2007). Przyjmuje się, że ostatni partyzant został zabity przez "władzę ludową" 21 października 1963 roku. Był nim Józef Franczak, zastrzelony w obławie pod Piaskami w województwie lubelskim. Od 2011 roku istnieje w kalendarzu, ustanowione przez polski Parlament (marszałkiem Sejmu był wówczas Grzegorz Schetyna), święto państwowe: Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

W sukurs badaniom historycznym powinny iść relacje bohaterów tych wyklętych czasów. Nieubłagany upływ miesięcy i lat może zatrzeć żywe ślady i relacje uczestników owego kolejnego zbrojnego podziemia. Książka Marka Koprowskiego wypełnia lukę w tej materii.

 

dr Tadeusz Skoczek

Dyrektor Muzeum Niepodległości w Warszawie

 

 

Przecież to dziecko bandyty!

Prezes częstochowskiego oddziału Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego urodził się w 1927 r. w Gnaszynie koło Częstochowy (dziś jest to jedna z dzielnic tego miasta).

- Mój ojciec był kolejarzem - wspomina. - W Gnaszynie znajdowała się wówczas stacja kolejowa. Miałem jeszcze trzech braci. Najstarszy z nich był żołnierzem 85 Pułku Strzelców Wileńskich. Poszedł on, oczywiście, na wojnę we wrześniu 1939 r. i dostał się do niewoli niemieckiej, w której siedział aż do końca wojny. Drugiego brata wywieziono na roboty do Niemiec i też wrócił dopiero po wyzwoleniu.

Ja w czasie wojny związałem się z Szarymi Szeregami, organizacją, która na terenie Gnaszyna była dość mocna. Wchodziła ona w skład konspiracyjnego I Hufca Częstochowskiego, rój "Obraz", założonego przez harcmistrza Eugeniusza Stasieckiego "Piotra", postaci legendarnej w Szarych Szeregach. Trafił na bardzo podatny grunt, bo dzięki komendantowi częstochowskiego hufca męskiego, harcmistrzowi Eugeniuszowi Czarnołęskiemu, pozycja harcerstwa w regionie była ugruntowana. Podkreślić trzeba, że przed wojną Związek Harcerstwa Polskiego dzielił się na dwie odrębne organizacje: męską i żeńską, połączone dopiero na szczeblu naczelnictwa, które było wspólne. W Częstochowie hufce żeńskie należały do chorągwi kieleckiej, męskie zaś do chorągwi zagłębiowskiej. Eugeniusz Stasiecki, o którym wspominałem, był przed wojną kierownikiem w Szkole Powszechnej nr 21, na dzisiejszym Stradomiu, a wówczas dzielnicy Częstochowy zwanej Zaciszem. Jako oficer rezerwy został zmobilizowany i wziął udział w obronie Polski w 1939 roku. Udało mu się wrócić z wojny do domu. Od samego początku zaczął on skupiać wokół siebie częstochowskich harcerzy, tworząc struktury organizacji w terenie. Gnaszyn, w którym mieszkałem, był obszarem strategicznym, ponieważ w odległości kilkuset metrów od niego Niemcy przeprowadzili granicę między Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem. Moja placówka Szarych Szeregów miała ją obserwować i nadzorować, budując jednocześnie biegnące przez nią linie przerzutowe.

Dla nas, młodych chłopaków, granica nie stanowiła żadnego problemu. Znaliśmy tu przecież każdą ścieżkę; przechodziliśmy ją bez żadnych problemów. Obok mieliśmy też inne dobrze nam znane wsie, takie jak Dźbów, Kawodrza czy Wielki Bór. Pamiętam, że moim głównym zadaniem było przeprowadzanie ludzi przez granicę. Od 1943 r., gdy zacząłem funkcjonować jako "Daniel", bardzo intensywnie działałem właśnie w ten sposób. Wcześniej zajmowaliśmy się głównie pozyskiwaniem nowych członków, organizowaniem kwater dla ukrywających się ludzi i dostarczaniem zagrożonym osobom dokumentów. To były jedyne zadania możliwe do wykonywania w tamtych realiach; Niemcy strzegli przecież granicy także metodami operacyjnymi i mieli w terenie masę różnych szpicli. By się nie zdradzać, organizowaliśmy na przykład uroczystości w dni świąt narodowych. Przekazywaliśmy też pomoc materialną rodzinom aresztowanych i im samym, a także jeńcom wojennym.

Zajmowaliśmy się także pracą kontrwywiadowczą i wywiadowczą. Oczywiście całą rzecz trzeba widzieć w określonych proporcjach: obserwowaliśmy okolicznych sąsiadów, starając się ustalić, który z nich zajmuje się działalnością szkodliwą dla państwa polskiego. Szczególną uwagę zwracaliśmy na osoby często kontaktujące się z Niemcami, wychodząc z założenia, że mogą z nimi współpracować... Sporządzaliśmy również listy kobiet i dziewczyn zadających się z Niemcami. Dane te przekazywaliśmy odpowiedniej komórce AK, która załatwiała resztę. Uczestniczyliśmy w zwalczaniu bandytyzmu, bo i takimi procederami zajmowali się miejscowi, czemu sprzyjała bliskość granicy: złodzieje napadali na bogatsze gospodarstwo, zabierali z niego konie czy krowy i przeprowadzali na drugą stronę granicy, gdzie sprzedawali z dużym przebiciem.

Najwięcej jednak emocji dostarczało nam przeprowadzanie ludzi, najczęściej osób przemycanych z Rzeszy do Generalnego Gubernatorstwa. Odbieraliśmy ich głównie w jednej z chałup stojącej w Ostrowach, pod lasem, i przeprowadzaliśmy do meliny pod Dźbowem. Wśród nich dominowali żołnierze, którzy uciekli z obozów jenieckich. W drugą stronę też, oczywiście, zdarzało mi się przeprowadzać różnych ludzi. Odbierało się ich w punkcie w Kawodrzy Górnej i eskortowało do Liszki Dolnej. Stamtąd członek organizacji z Ostrów zabierał takiego człowieka do Blachowni, w której wsadzał go na stacji do pociągu zdążającego do Lublińca, w którym dopiero kolejny przewodnik kierował go do pociągu jadącego ze Śląska w głąb Niemiec.

Czasami bywało jednak tak, że kurier asystujący osobie przeprowadzanej musiał zawieźć ją do Lublińca, a po umieszczeniu jej w pociągu zabrać z samego Lublińca jeszcze kogoś jadącego do Częstochowy. Było to naprawdę niebezpieczne i w każdej chwili mogło się skończyć. Co prawda mieliśmy dokumenty i jako młodzi nie zwracaliśmy na siebie uwagi żandarmów, ale każdy z nas miał stracha. Tym bardziej, że ze stacji Blachownia przez Ostrowy taką "specjalną osobę" należało odeskortować aż na dworzec kolejowy w Częstochowie i tam wsadzić w pociąg do Warszawy. Trzeba było z takim przemknąć się przez granicę, a następnie przez Kawodrzę i Zacisze dostać na ulicę świętej Barbary; nią dojść do Jasnej Góry, a stamtąd na częstochowski dworzec. Najgorzej było przeprowadzać Ślązaków, którzy przebywając na przepustce (bo przecież wszystkich powoływano do służby wojskowej w Wehrmachcie), uciekali do Generalnego Gubernatorstwa. Każdy z nich miał przy sobie pistolet i w razie czego był gotowy go użyć. Było to niedopuszczalne; mogło spalić kanały przerzutowe i groziło wpadką. Mieliśmy instrukcję, by każdego takiego zrewidować, ale nie zawsze było to możliwe. Jaki żołnierz dobrowolnie rozstanie się z bronią? Większość miała buty z cholewami i za nie wkładała pistolet. Na szczęście jednak ani ja, ani żaden z moich kolegów nigdy nie mieliśmy wpadki.

Pod koniec lata 1944 r. obserwowaliśmy ruchy wojsk niemieckich przygotowujących się do ewakuacji na Zachód. Niemcy początkowo robili to planowo, ale później, gdy ruszyła sowiecka ofensywa, zaczęli uciekać zupełnie bezładnie. W styczniu 1945 r. w panice zaczęli wiać z Częstochowy. W ślad za nimi uciekali wszyscy, którzy się im wysługiwali: wyjeżdżali volksdeutsche, konfidenci i nadgorliwi "granatowi" policjanci. Uciekali, kto czym mógł, nawet chłopskimi wozami i rowerami. Przez Gnaszyn prowadziła główna droga odwrotu Niemców w kierunku Opola i Wrocławia, więc na własne oczy mogłem zobaczyć uciekających Niemców i ich sługusów. 16 stycznia radzieckie czołówki pancerne wdarły się do miasta, zaskakując Niemców, którzy szybko przez Gnaszyn wycofali się w kierunku Blachowni. Za nimi przez Gnaszyn przewaliły się ścigające je kolumny żołnierzy sowieckich.

W sumie Częstochowa wyszła z walk obronną ręką. Główne obiekty miasta nie ucierpiały. Nowe władze zaczęły szybko się instalować, korzystając ze wsparcia NKWD. Sowieci założyli w mieście swoją komendę, lokując ją w kamienicy na rogu ulic Kilińskiego i Jasnogórskiej, obok teatru. Zaczęła działać Milicja Obywatelska, a także Miejski i Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa; zajęły one budynek po gestapo przy ulicy Kilińskiego 10, a także inne obiekty przy ulicach Parkowej, Śląskiej i Waszyngtona. Kadrę tych instytucji tworzyli przede wszystkim żołnierze Armii Ludowej, choć wstępowali doń też ludzie związani z AK, którzy później oddawali usługi antykomunistycznemu podziemiu. Szefem Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Państwowego w Częstochowie był przecież człowiek "Warszyca". Oficer ten, gdy go aresztowali, palnął sobie w łeb, zapewne bojąc się tortur. Także kierownikiem I Komisariatu Milicji Obywatelskiej w Częstochowie był człowiek "Warszyca" pracujący w wywiadzie Konspiracyjnego Wojska Polskiego; po aresztowaniu został skazany na karę śmierci. W milicji pracował też Alfred Ziemba, biorący udział w wielu akcjach KWP, w tym w słynnym ataku na Radomsko. Jego również aresztowano i skazano na śmierć. Ostatecznie ułaskawiono go, ale wiele lat spędził w najcięższych więzieniach.

Początkowo wydawało się, że pod nową władzą nie będzie się żyło źle. Luty przeszedł w mieście bez aresztowań. Już jednak w marcu UB pod dyktando Sowietów zaczęło polowanie na ludzi. W pierwszym rzędzie aresztowano oficerów i podoficerów, później wszystkich ludzi związanych z Armią Krajową. Jak udało im się aresztować jednego, to dalej szli jak po sznurku. Robili to pod różnymi pozorami. Zarzucano ludziom współpracę z Niemcami czy przestępstwa kryminalne, nielegalne posiadanie broni i tym podobne. Rozbudowywali swoją sieć konfidentów, posługując się często dawnymi agentami gestapo. Ci za darowanie win zgodzili się współpracować z nową władzą. Byli szczególnie groźni, bo doskonale znali realia, mieli swoje kontakty w środowisku... UB szczególnie polowało na żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, oskarżając ich o współpracę z Niemcami, mordowanie komunistów i żołnierzy Gwardii Ludowej i inne tego typu sprawy. Część ludzi związanych z NSZ uciekła na Ziemie Zachodnie, by rozpocząć tam nowe życie pod przybranymi nazwiskami. Ci, którzy tego nie uczynili, szybko znaleźli się w więzieniach. Wśród aresztowanych znalazł się też mój brat i wielu sąsiadów z Gnaszyna. Rodzinę Kopińskich powiatowe UB z ulicy Parkowej zabrało w nocy całą, wraz z matką i dwumiesięcznym dzieckiem. Była ona tam przetrzymywana w strasznych warunkach. Po jakimś czasie dziecko zostało przez UB oddane dalszej rodzinie. Znajdowało się jednak w tak fatalnym stanie, że wkrótce zmarło. Piwnice UB nie nadawały się na miejsce do opieki nad niemowlęciem... Krewnej matki, odbierającej dziecko z UB, która zaczęła na jego widok spazmować, funkcjonariusz powiedział, że nie ma co rozpaczać, bo: Przecież to dziecko bandyty i jak zdechnie, to żadnej szkody nie będzie... Lekarze nie zdołali go uratować.

Wkrótce zaczęły też zapadać wyroki na zatrzymanych w Częstochowie. Sądzono głównie prostych żołnierzy pod zarzutem nielegalnego posiadania broni. Dostawali od trzech do pięciu lat. Oficerów i jakieś większe szyszki wywozili od razu do Łodzi lub prosto do Warszawy. Więzienie na Zawodziu było niesłychanie przepełnione. Zamiast dwustu więźniów, na które było przewidziane, przebywało w nim ośmiuset osadzonych. Szybko po mieście rozeszły się informacje, że w więzieniu na Zawodziu także wykonuje się wyroki śmierci. Później udało nam się dowiedzieć, że egzekutorem był niejaki Radziejowski ze Stradomia, ofiary grzebano zaś na Cmentarzu Kule. Sytuacja ta sprawiała, że wielu akowców wracało samorzutnie na swoje leśne placówki, szukając w nich schronienia przed prześladowaniami zafundowanymi przez komunistów działających pod dyktando Sowietów. Gdyby komuniści nie stosowali represji, podziemie w ogóle by nie powstało.

Sami wepchnęli ludzi do lasu.

Bardzo szybko powstał w okolicy Częstochowy pierwszy oddział, złożony z partyzantów "Ponurego", "Basa", "Losa" i "Łosia". Działał on w kompleksie lasów zaczynających się w Blachowni i ciągnących się pod Lubliniec. Mnie UB się nie czepiało. Brat, którego aresztowano, mnie nie wsypał, podobnie inni koledzy z Szarych Szeregów, których przesłuchiwało UB. Ja byłem młodociany, więc zostawiono mnie w spokoju. Brat, oczywiście, miał z innymi proces; w trakcie śledztwa do niczego się nie przyznawali, a on sam został uniewinniony. Jedyny zarzut, jaki mu postawili, to próba ucieczki podczas zatrzymania. Wtedy jeden z ubowców strzelił mu w nogę, w rezultacie czego padł i zaraz go zatrzymali. Później się usprawiedliwiał, że bardzo się przestraszył, bo myślał, że to bandyci napadli na nasz dom, i uciekał. Na jego korzyść przemawiał fakt, że gdy został postrzelony, natychmiast się zatrzymał, nie miał też przy sobie żadnej broni. W Gnaszynie nie było też żadnych ludzi z AL, którzy dostarczali UB informacji. UB aresztowało tam tylko ludzi, o których miało wiadomości z innych źródeł. W innych miejscowościach, gdzie AL miała swoje komórki, nowa władza wiedziała wszystko o wszystkich. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego: w każdej wsi ludzie znali się na wylot. Doskonale wiedzieli, kto z kim trzyma... Jeżeli ktoś miał na pieńku z sąsiadem, to szedł na UB i donosił.

W tej atmosferze powstało Konspiracyjne Wojsko Polskie. Wstępowali do niego przede wszystkim ci, którzy wcześniej należeli do oddziałów zbrojnych i mieli w lasach zakopaną broń, ale nie tylko. Do lasu szli także młodzi ludzie, zagrożeni aresztowaniem, bo o torturach w UB krążyły straszne opowieści. Z Gnaszyna od razu poszło dwóch chłopaków. Wielu ludzi wierzyło też, że wybory wygra Mikołajczyk, inni prorokowali wybuch III wojny światowej, powtarzali, że zaraz przyjdą Amerykanie i nas wyzwolą, i tak dalej. Pamiętam, że w naszym domu też były dyskusje, co robić dalej. Ojciec nas ostrzegał, żebyśmy do niczego się nie mieszali, bo żadnej III wojny światowej nie będzie, a jak wybuchnie, to ruscy pobiją Amerykanów. Choć niektórzy o Armii Czerwonej wyrażali się pogardliwie, to przemarsz jej oddziałów na Zachód robił wrażenie. Z napisami "na Berlin" przez Gnaszyn przewaliły się setki czołgów, samochodów, dział i rozmaitego sprzętu. Z Zachodu dobiegała tylko kanonada artyleryjska, która szybko cichła. Armia Czerwona jak walec posuwała się do przodu, miażdżąc wszelki opór Niemców, którzy nie byli w stanie go zatrzymać. Za Sowietami zaraz zaczęły jechać pociągi towarowe z zaopatrzeniem, które dudniły przez całą dobę. To robiło wrażenie. Mój brat wstąpił jednak do KWP, uznając, że walkę trzeba kontynuować. Nasz dom zaczął być wtedy obserwowany, i to nie tylko przez konfidentów. Bardzo często stał pod nim samochód. Ubowcy inwigilowali nas niemal demonstracyjnie.

Ja do KWP nie wstąpiłem. Istniało ryzyko, że UB aresztuje w odwecie całą rodzinę, a nie chciałem narażać ojca. Członkiem Częstochowskiego Oddziału Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego zostałem, bo statut tej organizacji pozwala wstąpić do niego członkom rodziny, a obowiązki prezesa objąłem z konieczności. Na wieczną wartę odeszli już prawie wszyscy dawni żołnierze KWP, mieszkający w Częstochowie. Żyje tylko kilku staruszków...

 

Wacław Lamecki

 

 

Konspiracyjno-Młodzieżowa AK

Bili nas strasznie

Jednym z nielicznych aktywnych członków Piotrkowskiego Oddziału Ogólnokrajowego Związku Byłych Żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego jest Wiesław Fijałkowski. Formalnie nie należał on wprawdzie do tej organizacji, tylko do innej, pokrewnej, ale statut ZBŻ KWP zezwala na członkostwo z tego tytułu; gromadzi bowiem pod swymi skrzydłami wszystkich członków podziemia niepodległościowego, którzy walczyli o podobne cele.

- Urodziłem się we wsi Modrzewek koło Golesz, między Piotr­kowem Trybunalskim a Tomaszowem Mazowieckim - wspomina. - Mój ojciec był przed wojną wójtem gminy Golesze, pełnił tę funkcję jeszcze po wyzwoleniu, dopóki nie przeprowadzono wyborów do rad narodowych. Stanowisko wójta objął wówczas przewodniczący prezydium rady. Ojca po wojnie jako "wroga ludu" oczywiście aresztowano. Przedwojenny wójt nie pasował do nowej rzeczywistości. Mama prowadziła dom i zajmowała się wychowaniem dzieci. Miała co robić, bo było nas w domu sześcioro. Posiadaliśmy też siedmiohektarowe gospodarstwo, w którym wszyscy pracowaliśmy.

Po wojnie mieliśmy po kilkanaście lat i chodziliśmy do szkoły. Nowe stosunki nam się nie podobały. Chcieliśmy coś robić, nie bardzo wiedzieliśmy jednak jak. Najpierw mój brat założył w szkole harcerstwo, jednak po jakimś czasie je rozwiązali i wszystkie organizacje zastąpili Związkiem Młodzieży Polskiej, więc postanowiliśmy utworzyć podziemną Konspiracyjno-Młodzieżową Armię Krajową. Wstąpiło do niej dwudziestu dwóch młodych chłopaków z Golesz. Inicjatorem jej utworzenia był kolega ze szkoły, Józef Żelek. Działała od 1948 do 1950 r., a swoim zasięgiem obejmowała oprócz Golesz także Wolborz i Tomaszów Mazowiecki. Zajmowaliśmy się przede wszystkim pracą propagandową: kolportowaliśmy ulotki, afisze, a także wykonywaliśmy napisy na murach, wzywające okoliczną ludność do oporu wobec władzy komunistycznej. Ulotki i inne materiały wykonywaliśmy, oczywiście, ręcznie, w sposób prymitywny, łatwy do rozszyfrowania. UB kręciło się wokół nas, węszyło, miało jakieś podejrzenia...

Początkowo bagatelizowano nasze działania, ale kiedy dokonaliśmy napadu na posterunek MO w celu zdobycia broni, UB wpadło we wściekłość; nasza organizacja stawiała sobie bowiem za cel (oprócz pracy propagandowej) także zdobywanie broni do przyszłej walki o wolność Polski. Już na początku naszego działania mieliśmy kilka sztuk przekazanych nam przez takiego akowca. Jak pamiętam, wśród nich były między innymi sten, colt i prawdopodobnie jakiś karabin. Na posterunku zdobyliśmy "pepeszę", kilka karabinów i chyba jakąś broń automatyczną. UB, chcąc nas dopaść, wytypowało kilku uczniów w szkole, w tym mnie, których poddano obserwacji. Szczególnie zainteresowali się kolegą Bijochem, który wypisywał kolportowane potem przez nas ulotki. Kazano nam wszystkim napisać podanie o stypendium, o które zresztą Bijoch się starał. Nie chodziło im oczywiście o to, żeby pomóc chłopakowi, chcieli tylko mieć próbkę jego pisma. Sprawdzili i najpierw aresztowali Bijocha, a później trzech jego najbliższych kolegów, w tym mnie.

Zawieziono nas do siedziby UB w Piotrkowie Trybunalskim. Mnie od razu po przywiezieniu zaprowadzono przed oblicze naczelnika urzędu, nazywał się Piętek. Jak mnie zobaczył, wstał zza biurka i idąc do mnie, zaczął mówić: A, to ten, co z Polską chciał walczyć? Od razu walnął mnie po twarzy, następnie stanął mi butami na stopach i zaczął bić. Kiedy już się zmęczył, kazał swym podwładnym zamknąć mnie w celi. Wsadźcie go do tego małego pokoiku, powiedział. Jak tam przez noc posiedzi, to od razu zmięknie i zrozumie, że trzeba mówić. "Ten mały pokoik", do którego mnie wsadzono, pełnił funkcję karceru, który więźniowie nazywali "karcem". Było to pomieszczenie szerokie na siedemdziesiąt pięć centymetrów, długie na metr i wysokie na jakieś półtora. Strażnik wlał do niego wiadro wody i zatrzasnął drzwi, a był wówczas grudzień. Ledwie wytrzymałem do rana...

Przesłuchiwali mnie trzy miesiące, a bili nas strasznie! Szybko przekonałem się, że do zadawania bólu nie trzeba szczególnie wyrafinowanych maszyn. Bardzo popularną torturą było zawieszanie na drążku opartym o dwa biurka. Wcześniej delikwent był związywany w tak zwany kij. Musiał usiąść, przełożyć ręce skute kajdankami za kolanami, a pod kolana oprawcy wkładali drążek i opierali go o dwa biurka. Przesłuchiwany zwisał głową w dół, co już samo w sobie było dokuczliwe. Ponadto oprawcy bili wiszącego kablami po tyłku, plecach i piętach. Szczególnie wyrafinowaną torturą było nalewanie ofierze wody do nosa: przesłuchiwany się dusił. Kiedy nie mógł wytrzymać, to musiał się huśtać i krzyczeć. Jeśli nie chciał mówić, gdy już oprawcy przestali się nad nim znęcać, to ci wpadali we wściekłość i dopiero dawali mu wycisk. Sam doświadczyłem tego na własnej skórze. Kiedy pewnego razu zacząłem krzyczeć, że mam dosyć, a zrobiłem to tylko po to, żeby złapać oddech, i nie chciałem dalej mówić, to przesłuchujący mnie ubowiec tak kopnął mnie w nos, że mało nie udusiłem się własną krwią. Nos miałem oczywiście złamany, czego skutki odczuwam do dziś.

Oczywiście nie wszyscy ubowcy bili, ale w Piotrkowie pracowało kilku prymitywów, którzy się w tym specjalizowali. Jednym z nich był taki Franek Małota, przymulony chłopak, przed wojną zajmujący się pasieniem krów w jakiejś wsi pod Piotrkowem. Rękę parobka miał ciężką i wielu zapamiętało ją do dziś. Oprócz niego w Urzędzie Bezpieczeństwa pracowało jeszcze, jak pamiętam, dwóch takich rzezimieszków oderwanych od pługa. Mimo że się nad nami znęcali, nie wydaliśmy kolegów i całej organizacji, która dalej funkcjonowała. Po śledztwie trwającym trzy miesiące odbył się nasz proces. Zostałem skazany na dwa i pół roku więzienia, a trzej pozostali koledzy na dwa.