Żołnierze Wyklęci. I znów za kraty - Marek A. Koprowski

Reflow text when sidebars are open.
"Wolność i Niezawisłość"
I znów za kraty!
Zygmunt Mogiła-Lisowski to postać niezwykła. Ziemianin urodzony w Romanówce na Wołyniu, żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i WiN, poseł na Sejm I kadencji, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, członek Naczelnej Rady Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, członek Zarządu Krajowej Rady Lotnictwa, ekspert Polskiego Lobby Przemysłowego, prezes Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, wiceprezes Krajowego Ruchu Patriotycznego...
Ukończył także Wydział Chemii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
- Moje życie było burzliwe jak wiek dwudziesty, i pełne niezwykłych zdarzeń - wspomina. - Ostatni raz widziałem swój dom rodzinny w październiku 1939 r. Miałem wtedy jedenaście lat. Wtedy też skończyło się moje dzieciństwo. Musiałem szybko dorastać, myśleć i działać jak dorosły. Zanim zdałem maturę, zdążyłem już być partyzantem, żołnierzem i więźniem Urzędu Bezpieczeństwa.
Urodziłem się w Romanówce koło Łucka na Wołyniu w 1928 r. Romanówka stanowiła majątek Rodziewiczów, rodziny mojej matki. Jak wynika z dokumentów, majątek ów pozostawał w rękach rodziny od co najmniej dwustu lat, ale z przekazów rodzinnych wynika, że mógł należeć do niej znacznie dłużej. Świadczyły o tym stare dokumenty pisane ręcznie na zwojach pergaminu. Pokazywała mi je moja matka; traktowała je jak rodzinny skarb. Owe dokumenty wraz z innymi najcenniejszymi przedmiotami matka zakopała na początku II wojny światowej. Do dziś ich nie odnalazłem. Wynikało z nich, że nasz praprzodek był dworzaninem księcia Lubarta w Łucku. Jego potomkowie osiedlili się na Wołyniu i Polesiu, tworząc dwie linie Rodziewiczów: wołyńsko-poleską i litewską. Litewska linia Rodziewiczów rozrodziła się i przerzuciła przez Nowogródczyznę na Wileńszczyznę. To, że herb Polesia i Rodziewiczów jest taki sam (napięty łuk z dwiema strzałami), jest bardzo znamienne.
W latach siedemdziesiątych XIX wieku podzielono cały majątek Rodziewiczów z linii wołyńskiej między dwóch synów: Kazimierza i Romana. Kazimierz został w Niemirze. Był, jak to mówiono, lekkoduchem uwielbiającym rozrywki. Dziś uważam, że dobrze zrobił, bo przynajmniej coś z tego miał. Mój ojciec przed wojną wykupywał jego weksle i przejął część Niemiru. Matka natomiast marzyła o wykupieniu siedziby rodowej, pałacyku liczącego 150 lat. (Sam pałacyk stał jeszcze piętnaście lat temu, ale gdy przyjechałem tam w 2007 roku, już nic z niego nie zostało). Mój dziadek Roman Rodziewicz otrzymał liczący 600 hektarów ziemi folwark. Wybudował tam ładny, dwunastopokojowy, bardzo wygodny dom, przebudowany później przez mojego ojca. Do domu wchodziło się z różnych stron: od frontu, od folwarku, czyli całego gospodarstwa, i przez kuchnię. Od frontu wchodziło się do bardzo dużego przedpokoju o powierzchni ponad dwudziestu metrów kwadratowych, z którego trzy pary drzwi prowadziły do dalszych pomieszczeń. Na lewo znajdował się salon z ogromnym czarnym biurkiem ojca; trzymał w nim pieczątki i dokumenty rodzinne. Ponadto znajdowały się tam dwie otomany, a na parapetach czterech okien stało bardzo dużo kwiatów, bo mama się w nich kochała. W salonie odbywały się wszystkie rodzinne uroczystości. Na wprost wchodziło się do dużej jadalni, z której wejście prowadziło do salonu, werandy i sypialni. Stał w niej przepiękny duży kredens z białego drewna brzozowego, rzeźbionego w ornamenty kwiatowe. Ogromnie go lubiłem. Będąc niedawno w Romanówce pytałem, czy choć fragmenty się u kogoś nie zachowały. Niestety, niczego nie udało się odzyskać.
Pamiętam, że w jadalni stał też duży rozsuwany stół. Na lewo od jadalni znajdowały się mała łazienka i wejście do pokoju cioci. Wodę do łazienki przynosiło się z kuchni i nalewało do dużego baniaka z kranem. Oświetlenie było dzienne, a wieczorami zapalało się lampę naftową. W Romanówce nie było elektryczności; ojciec zamierzał kupić własny generator, ale plany te pokrzyżowała II wojna światowa.
W małych pokojach obok łazienki mieszkała moja nauczycielka, pani Kołowska (jej brat, który zawsze przyjeżdżał do nas na wakacje, został później moim szwagrem), oraz ciotka. Dalej znajdowała się duża sypialnia moich rodziców, z której drugie wejście prowadziło do pokoju kredensowego; mama mogła tamtędy przejść bezpośrednio do kuchni. W sypialni stały dwa metalowe ozdobne łóżka, po lewej mamy, po prawej taty.
Tak jak w każdym kresowym domu, ważną rolę odgrywała w naszym dworze babcia: Bronisława Rodziewicz. Po śmierci dziadka w 1910 r. sama wychowywała czworo dzieci: moją mamę, urodzoną w 1900 roku, o rok od niej starszą Anielę oraz dwóch synów. Jeden zmarł na tyfus w 1917 r., drugi natomiast po wypadku w dzieciństwie był niepełnosprawny umysłowo i zmarł podczas wojny.
W czasie I wojny światowej przez Romanówkę przechodził front. Byli u nas Niemcy, Rosjanie, a w końcu w 1916 r. stanęli Austriacy. W naszym domu znajdował się sztab. Całą ziemię pokryto okopami. Pola na przestrzeni wielu kilometrów były poryte. Co dwieście, trzysta metrów wykopano rowy i ustawiono druciane transzeje. Babcia robiła wszystko, żeby uratować nasz majątek. Z każdym potrafiła rozmawiać, zarówno z szeregowcem, jak i oficerem czy generałem. Gdy nadchodzili bolszewicy, zabrała kilkadziesiąt krów i koni i uciekła aż pod Rzeszów. Wracała potem z tym wszystkim do Romanówki.
Pamiętam, że babcia mówiła zawsze do mnie "synuś, synuś", bo miałem się nazywać Rodziewicz, jako jedyny potomek z tej linii. Przed moimi narodzinami ojciec ponoć zgadzał się na to, ale potem kategorycznie odmówił...
Babcia umarła w 1936 r.; miałem wtedy osiem lat. Bardzo to przeżyłem, bo byłem do niej mocno przywiązany. Wkrótce okazało się, ze nawet po śmierci nadal czuwa nad swoją rodziną. Miałem z nią kontakt jeszcze kilkakrotnie. W 1939 r. pojawiła się w nocy w salonie naszego domu. Spali tam mój późniejszy szwagier Sławek Kozłowski (ożenił się z moją siostrą Marią w 1949 r.) i brat cioteczny Jurek Paszkowski. Podeszła najpierw do Sławka, potem do Jurka, westchnęła, popatrzyła na nich i wyszła. Chłopcy się zerwali i ze strachu aż stamtąd wybiegli. Ojciec później śmiał się z nich... Ale niedługo potem przyszedł telegram z Tarnowa. Okazało się, że podczas prowokacji niemieckiej na stacji kolejowej wybuchła bomba i matka Sławka, która prowadziła tam przechowalnię bagażu, zginęła. Niecały tydzień później przyszedł kolejny telegram. Brat Jurka, Tadek Paszkowski (wychowanek ojca), pilot podchorąży, zginął w Dęblinie, prowadząc ćwiczenia. Leciał w kluczu samolotów pilotowanych przez rezerwistów. Jeden z nich wpadł mu na stery.
Moja mama (Aleksandra z Rodziewiczów Mogiła-Lisowska) po wojnie i ślubie z ojcem przejęła rządy "kobiecą stroną" Romanówki. Miała dobre pensjonarskie wykształcenie. Była bardzo pracowita i zajmowała się gospodarstwem. Wstawała o piątej rano, razem z ojcem. Była typową matroną. Nadawała naszemu mieszkaniu ton dobrego, zasobnego domu (choć nie zawsze był naprawdę zasobny). Świetnie gospodarowała i potrafiła utrzymać doskonałe stosunki ze wszystkimi wokół. Potwierdza to chociażby sytuacja podczas rozruchów spowodowanych przez ukraińskich komunistów. Przyjechała wówczas do nas kawaleria. Ukraińcy z Tychotyna przyszli do matki z prośbą o wstawiennictwo i żadnemu z nich włos z głowy nie spadł. Byli jej bardzo wdzięczni. Zresztą Tychotyn do końca zachowywał się przyzwoicie. Natomiast sąsiedni Niemir, o, to była wieś nacjonalistyczna.
Mój ojciec, Stanisław Mogiła-Lisowski, urodził się w 1894 r. w Radomiu. W 1916 r. ukończył szkołę pilotów w Odessie i był w carskiej armii, gdzie służył podczas I wojny światowej jako pilot bojowy. Został dwukrotnie ranny, a strącony pod Stanisławowem w 1917 r., dostał się do niewoli austriackiej. Od 1918 r. służył w Legionach jako pilot i kurier Piłsudskiego. Po wojnie polsko-rosyjskiej Piłsudski, wiedząc, że ważne stanowiska trzeba obsadzić swoimi ludźmi, mianował go z ramienia rządu inspektorem lasów państwowych na Wołyniu. Był to dowód zaufania. Nasza rodzina była zresztą spokrewniona z Piłsudskimi... Mój pradziad (Lisowski herbu "Jeż") w 1848 r. po powrocie z wojen chciał się ożenić z Billewiczówną. Billewicz, który nie miał synów, oświadczył, że nie odda mu córki za żonę, jeśli mój pradziad nie przyjmie do nazwiska herbu ich rodziny, "Mogiła". Nasza rodzina uczciwie przyjęła herb Billewiczów i od tego czasu zawsze nazywamy się Mogiła-Lisowscy herbu "Jeż". Nigdyśmy tego nie zdradzili. Żoną mego pradziadka była rodzona siostra matki Piłsudskiego. Mój dziad Kazimierz Mogiła-Lisowski doskonale znał późniejszego Marszałka, razem walczyli w 1905 r. przeciwko caratowi.
Ojciec mój był zawsze przystojny i towarzyski. Mieszkając w Łucku, chodził grać w brydża do doktorostwa Żytyńskich, spokrewnionych z Rodziewiczami. Poznał u nich moją matkę, z którą ożenił się w 1921 r. Był bardzo operatywny; rozpoczął odbudowę Romanówki, która była kompletnie zniszczona po I wojnie światowej. Został tylko murowany dom, częściowo zrujnowany, podobnie jak obora. Część zabudowań była spalona, a sad znacznie wyrąbany. Ojciec opowiadał, że największe kłopoty miał z zasypywaniem okopów i usuwaniem drutu. Dzięki temu, że miał dobrą posadę, było za co żyć, bo przez dwa lata w gospodarstwie nie robił nic prócz zasypywania rowów i zwijania drutów, które to następnie sprzedawał. Kiedy już to wszystko usunął, zaczął hodowlę wołów na mięso. Ponieważ ziemia w posiadłości mojego ojca była wspaniała (był to czarnoziem, w niektórych miejscach torfowy), ojciec dokupił koni i sprowadził fornali. Zbudował dla nich pomieszczenia, wyremontował dom i zaczął normalnie gospodarować. Doskonale wykorzystał ówczesny duży popyt na zboże i pszenicę, a następnie założył zarodową hodowlę krów simentali. Równocześnie przed 1930 r. rozpoczął hodowlę owiec. Mieliśmy około tysiąca matek kolczykowanych o specjalnej miękkiej wełnie, która trafiała do tkalni w Leszczkowie.
Ojciec stale kupował konie; w 1939 r. mieliśmy już trzydzieści dwie sztuki. Majątek stawał się coraz bardziej zmechanizowany. Ojciec zamierzał kupić traktory, gdyż nasze tereny zajmowały około 600 hektarów, w tym ziemi ornej było 450 hektarów, a resztę stanowiły łąki i las przy folwarku Bronisławka. W 1939 r. majątek był u szczytu swojej świetności i wydajności.
Wracając zaś do mojej rodziny i domu rodzinnego... Miałem kilkanaście lat starszą siostrę, Marysię, którą nazywano "Docią"; powszechnie uważano, ze wrodziła się w ojca. Ja natomiast byłem "swój": od dziecka mówiłem po ukraińsku, a od kolonistów niemieckich nauczyłem się niemieckiego. Siostra już od czwartej klasy chodziła do szkoły w Łucku i mieszkała tam u wujostwa Żytyńskich. Ja zostałem w domu. Miałem guwernantkę, a w końcu roku szkolnego zdawałem egzaminy w Łucku. Nie chciałem wyjeżdżać, ku zadowoleniu moich rodziców, którzy woleli mieć mnie przy sobie. Byłem bardzo związany emocjonalnie z naszym parterowym domem z werandą, do dziś stale mam ochotę tam jeździć.
Przed domem stały gazon, dwa kasztany, piękna lipa, chyba dwustuletnia, jaśminy, akacje... Dalej były trzy ule i lodownia, w której cały rok można było kręcić lody. Za nimi znajdowała się tak zwana sławojka. Każdego, kto wchodził od strony kuchni, zawsze uderzał charakterystyczny zapach wędlin, bo obok była spiżarnia, gdzie za siatką wisiały połcie słoniny, uwędzone kiełbasy i szynki, które (na przykład na Wielkanoc) obłożone ciastem pieczono w piecu chlebowym. Były wspaniałe! W korytarzu pachniało także ziołami, bo moja matka była zwolenniczką leczenia nimi drobnych schorzeń. Nieco poważniejszymi zajmowały się miejscowe znachorki, których kuracje palonymi włóknami konopi bywały skuteczne, o czym przekonała się moja babcia. Kuchnia była bardzo duża, miała jakieś sześć, siedem metrów długości. Stał w niej olbrzymi stół. Jadali przy nim parobkowie, którzy nie założyli jeszcze własnych rodzin. Bardzo często przychodziłem jeść z nimi śniadanie, bo dostawali zacierki na mleku, takie skubane, które do dziś uwielbiam, i świetny domowy chleb. Potem do pracy brali ze sobą pajdę chleba z masłem lub smalcem ze skwarkami, a czasem ze słoniną, taką, która rok leżała nasolona w beczce. Była równie wspaniała jak wędliny.
W kuchni z lewej strony stała duża kuchnia z żelaznym blatem, a obok równie duży piec chlebowy. Za kuchnią był tak zwany kredens, duży pokój, w którym mieszkały gospodyni, główna kucharka oraz zaufana służąca mojej mamy, która miała wstęp do wszystkich pokoi.
Jedno z wejść do domu znajdowało się od strony gumna, czyli zabudowań folwarcznych. Były tam magazyn zboża i stara obora, którą ojciec przebudował na wytwórnię pustaków. Kupił cement, gdyż uważał, że budowanie z własnych materiałów bardziej się opłaci. Dalej był olbrzymi budynek, którego połowę zajmowała stajnia, a połowę obora, w środku której była przygotowalnia pasz z sieczkarnią.
Zygmunt Mogiła-Lisowski zapamiętał wiele szczegółów ze swego szczęśliwego, wołyńskiego dzieciństwa.
- Któregoś dnia zasnąłem na sianie, na strychu nad oborą - wspomina. - Podłoga była jeszcze prowizoryczna, coś się obsunęło i spadłem wprost na byka. Był jeszcze bardziej przerażony niż ja! Ponieważ uderzyłem się dość mocno, na chwilę straciłem przytomność. Pracownicy ojca, którzy to widzieli, narobili larma. Było to latem i akurat wypoczywało u nas sporo ciotek. Słysząc, co się stało, każda z nich złapała garnuszek z wodą i pobiegła w moim kierunku. Sam szybko odzyskałem przytomność i widząc sznurek ciotek biegnących w moją stronę, każdą z kubkiem wody, zacząłem się okropnie śmiać. Nigdy nie zapomnę ich widoku... Oczywiście mój śmiech ogromnie je rozzłościł, a moja cioteczna siostra do dziś mi ten śmiech wypomina.
W naszym domu, zgodnie z kresową tradycją, mieszkali też tak zwani rezydenci. Jedną z rezydentek była siostra mojej matki, Aniela Maciejewska, z córeczką urodzoną w 1936 r. Ciotka Aniela pomagała mojej matce w gospodarstwie, ale często wyjeżdżała do rodziny w Warszawie oraz uzdrowisk (takich jak Krynica). Romanówkę wciąż traktowała jednak jak gniazdo rodzinne. Nasz dom był zawsze bardzo gościnny; na wakacje zjeżdżała się tam rodzina z różnych stron Polski.
Słuchając opowieści Zygmunta Mogiły-Lisowskiego, nietrudno sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać ziemiańskie obejście.
- Pamiętam, że mieliśmy także studnię z długim, chyba dwudziestometrowym korytem do pojenia koni - wspomina - a w drewnianym budynku owczarnię na tysiąc owiec i piętrową chlewnię. Na dole były świnie, a na górze magazyn zboża. Dalej były kuźnia, stolarnia i rymarzownia. W tej ostatniej pracował Leon Iwanicki, inwalida z czasów I wojny światowej, złota rączka, który wszystko potrafił zrobić. W budynku znajdowały się też dwa pokoje parobków. Obok rozpościerał się sześciohektarowy sad, który ojciec wydzierżawił rodzinie żydowskiej. W budynku starej chlewni stała stara kareta... Za moich czasów przesiadywały w niej kury, ale pamiętała jeszcze czasy dawnej świetności, gdy woziła rodzinę Rodziewiczów. Wiązała się z nią anegdota z czasów powstania styczniowego, dotycząca mojej prababci, która pod krynoliną przewiozła powstańca przez carski kordon. Zdarzenie to stało się potem źródłem wielu żartów na temat tego, w jakim stanie dojechał owy powstaniec...
Mimo ziemiańskiego pochodzenia, Zygmunt Mogiła-Lisowski był bardzo zżyty ze swym środowiskiem.
- Cały dzień biegałem po polach i zabudowaniach, wszędzie mnie było pełno - wspomina. - Bawiłem się z chłopcami w moim wieku, z synami fornali, z końmi i psami, nigdy się nie nudziłem. Kiedy podrosłem, chodziłem na polowania po polach, łąkach i lasach. Ciągle brakowało mi czasu na naukę i ojciec musiał mnie do niej naganiać. Od małego jeździłem konno, najpierw zresztą wchodziłem na konia po jego nodze. Trochę poduczał mnie jeden z dońskich kozaków, który ze swoim oddziałem przeszedł na stronę polską w wojnie bolszewickiej. W rezultacie jeździłem świetnie i kiedy tylko się dało, wprawiając matkę w przerażenie. Przy tej zabawie z rówieśnikami nauczyłem się mówić po ukraińsku i po niemiecku.
Niemiecką rodzinę Gaigerów sprowadził mój pradziad Mikołaj, przydzielając im ziemię. Była to liczna rodzina, związana z majątkami Niemir i Romanówka. Pierwotne zasiedlenie (zwane potocznie gaigerówką) zostało zniszczone w trakcie I wojny światowej, ponieważ znalazło się w strefie działania frontu. Po wojnie dwie rodziny, Alberta Gaigera i Oskara Gaigera, bardzo związały się z Romanówką i naszą rodziną. Albert był ekonomem, Oskar natomiast człowiekiem do wszystkiego: stangretem, rzeźnikiem (robił doskonałe wędliny), opiekunem dzieci, doglądał też inwentarza. Ten człowiek był niezastąpiony...
W 1939 r. ojciec został powołany do wojska i wyruszył bronić ojczyzny, a my w majątku zostaliśmy sami z matką. Przeżyliśmy wtedy wstrząsające zdarzenie. 17 września wycofująca się kompania Wojska Polskiego, prawdopodobnie akademicka, składająca się z młodych chłopców, zatrzymała się w Romanówce na noc. Tego samego dnia Rosjanie przekroczyli naszą granicę. Okazało się, że oprócz wroga z zewnątrz mamy drugiego, wewnętrznego: nacjonalistów i komunistów ukraińskich, wtedy kolaborujących przeciwko Polakom. Nacjonaliści ukraińscy zawarli z Niemcami porozumienie, że gdy wybuchnie wojna polsko-niemiecka, to na Wołyniu i w Galicji zorganizują powstanie przeciwko Polakom. Po wkroczeniu Rosjan nie miało ono sensu. Nacjonaliści ukraińscy mieli wolną rękę w mordowaniu wycofujących się żołnierzy i polskich uciekinierów z zachodniej Polski, którzy zatrzymywali się na noc w stodołach u chłopów. Rabowali wszystko, a następnie mordowali. Jedna z ich grup zażądała, żeby nocujący w Romanówce żołnierze poddali się. Nasi chłopcy kategorycznie odmówili i stwierdzili, że mogą się poddać najwyżej regularnej armii. Moja mama namawiała ich, żeby uciekali; wiedzieliśmy już, co im grozi. Część posłuchała, ale pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu żołnierzy zostało. Najpierw zostali rozbrojeni przez wojsko rosyjskie, jadące traktem do Kisielina. Podczas strzelaniny, która się przy tym wywiązała, ranny został porucznik, dowódca kompanii. Miał przestrzelone płuca. Leżał około piętnastu metrów ode mnie. W pewnym momencie nadjechał na koniu rosyjski oficer. Co ty? Ranny jesteś? No to nie męcz się, powiedział, po czym wyjął nagana i dobił go. Tych, których nie zabito w strzelaninie, a którzy się poddali, Rosjanie przekazali nacjonalistom ukraińskim, mówiąc: Róbcie z nimi, co chcecie. To jest pańskie wojsko. Ukraińscy chłopi rozebrali tych młodych żołnierzy do naga, pokładali na wozy drabiniaste, jak snopki siana, i zakłuli widłami. Potem wywieźli ciała i potopili je w jamach torfowych. Wszystkich wymordowali, a zdarzenie to, ze szczegółami, na zawsze wryło się boleśnie w moją pamięć.
Po latach, już w wolnej Polsce, starałem się zwrócić uwagę polskim władzom na to miejsce mordu polskich żołnierzy. Powinien on zostać upamiętniony! Przecież to był mały Katyń na Wołyniu... Rozmawiałem o tym między innymi z nieżyjącym już świętej pamięci Andrzejem Przewoźnikiem z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ale sprawa do dziś nie została załatwiona. Szkoda, bo za parę lat umrą ostatni ludzie pamiętający tę tragedię. Sam do końca życia nie zapomnę twarzy ukraińskiego chłopa, który ściągał wtedy buty z nóg mordowanych polskich żołnierzy.
Nieopodal Romanówki znajdowały się dwie ukraińskie wsie: Tychotyn i Niemir. Pierwsza z nich zachowała się lojalnie w stosunku do nas i nie bardzo się angażowała w ten mord. Druga wieś natomiast była absolutnie opanowana przez nacjonalistów ukraińskich, którzy nazywali siebie Komunistyczną Partią Ukrainy. Odznaczali się czerwonymi opaskami na przedramieniu. 19 września 1939 r. chłopi z Niemira przyszli do naszego majątku. Wyciągnęli nas na zewnątrz, postawili pod ścianą i zamierzali wszystkich rozstrzelać, tak jak ziemian w innych majątkach. Matkę zaciągnęli do domu, rzekomo szukając broni. Gdy ciotka Aniela spytała, dlaczego nas tam trzymają, jeden z pilnujących nas chłopów odpowiedział: Jak tylko przyprowadzą z powrotem Lisowską, to razem was wszystkich rozstrzelamy.
Nagle coś zawarczało, zahuczało i przez gazon, na którym rosły lipy i kasztany, zajechał przed dom rosyjski czołg. Siedział w nim oficer rosyjski w skórzanej kurtce. Wyszedł, patrzy, a my tak stoimy pod ścianą: moja siostra cioteczna (mała, cztero-, może pięcioletnia dziewczynka), moja starsza siostra i ja. Oficer spytał, dlaczego tu stoimy. To pamieszcziki, my ich zaraz rozstrzelamy, odpowiedział ten Ukrainiec. I te dzieci też?, zapytał oficer. No, to szto, eto pamieszcziki, rzucił krótko chłop. W tym momencie oficer złapał go za kark, wyjął nagan, kopnął w tyłek Ukraińca, który nas pilnował, i powiedział, że jesteśmy wolni. Następnie wezwał do siebie któregoś z tych ukraińskich przywódców i powiedział, że jeśli będą tu ludzi mordowali, to sam ich wszystkich rozstrzela. Wy nie macie prawa bez sudu. Od tego sowiecka ja włast. Trochę się przestraszyli, a myśmy zostali uratowani. W tym samym roku zastrzelili naszego zarządcę: Maksymiliana Kowalskiego z Poznania. Był po studiach rolniczych i przez lata pomagał ojcu w gospodarce. Ci, co go zamordowali, chwalili się potem w okolicy, że na kolanach błagał ich o życie. Opowiadali, jakby to był dobry kawał...
Niedługo potem zachorowałem na szkarlatynę. Felczer, który do mnie przyjechał, powiedział matce: Proszę pani, wy stąd uciekajcie, bo was wykończą. W nocy przyszli nas pilnować Ukraińcy. Nie wiadomo, czy żebyśmy nie uciekli, czy przed mieszkańcami Niemiru, żeby nas nie wymordowali. O, bardzo się oni bali mojego ojca. Wiedzieli, że gdyby nam się coś stało, to by im nie darował. Ktoś ciągle powtarzał plotki, że ludzie wiedzieli Lisowskiego to tu, to tam. W końcu którejś nocy przyjechały wozy zaprzyjaźnionych Ukraińców z Tychotyna. Powiedzieli matce, że już dłużej nas ochraniać nie mogą i wywieźli nas drogą do Łucka, gdzie trafiłem do szpitala. Po powrocie do zdrowia zacząłem uczęszczać do szkoły. Jednak pamięć o zdarzeniach w Romanówce nie dawała mi spokoju. Bardzo się bałem milicji sowieckiej i żołnierzy. Ten lęk pozostawał we mnie przez dłuższy czas.
Zamieszkaliśmy we Lwowie. Początkowo żyło się nam bardzo dobrze. Ojciec miał spory zapas polskich złotówek, które miejscowi handlarze brali na pniu. Jestem zresztą pewien, że w piwnicy domu przy ulicy Krasińskiego we Lwowie nadal można by znaleźć paczkę zakopanych przedwojennych polskich złotych. Na pewno nic im się nie stało, bo w fabryce świec zostały zabezpieczone stearyną...
Po przyjeździe do Lwowa zacząłem nawet chodzić do szkoły, ale Rosjanie nie dali nam spokoju. Najpierw przyszli po ojca. Matka im powiedziała, że pojechał do Mikołowa szukać pracy. Tymczasem on schował się w pobliskich zaroślach na Górze świętego Jacka, które często służyły polskim oficerom do tego celu. Rosjanie powiedzieli: No, dobrze, dobrze, niech szuka. Jednak po paru dniach dowiedzieliśmy się, że wywożą polskie rodziny na Sybir. Mieliśmy się rozdzielić. Ojciec zamieszkał przy ulicy Snopkowskiej we Lwowie, gdzie były cegielnie, i spał tam dosłownie w koziej budce. Ja nocowałem na strychu niewykończonej willi państwa Waszczyszynów, przy Górze świętej Zofii. Do okien dochodziły tam gałęzie dużych drzew, na które w razie czego miałem wejść i tamtędy uciekać. Mama zamieszkała w Zamarstynowie u znajomych. Siostrę przechowywali jako swoją córkę państwo Weissowie. Ojciec podał się za tak zwanego sapożnika (szewca), dostał jakieś zaświadczenie i dowód osobisty. Był na tyle operatywny, ze cały czas uciekał i nie dał się złapać na rosyjskie podstępy. Nie kupił od podstawionych przez NKWD pośredników fałszywego paszportu. Mądrze zrobił. Jego koledzy, Witold Przybojewski i Stanisław Pawłowski, którzy kupili, choć im to odradzał, zostali aresztowani i wywiezieni do Katynia; obaj zginęli.
W końcu, gdy NKWD za bardzo się już ojcem interesowało, musiał opuścić Lwów. Pojechał do Kałusza, niedaleko granicy rumuńskiej. Ponieważ był dobrym mechanikiem, dostał tam pracę w fabryce sadzy, a ja do niego przyjechałem na wakacje. Ojciec jeździł ciężarówką i zbierał zamówienia dla budującej się fabryki sadzy. Domyślaliśmy się, że dojdzie do wojny niemiecko-rosyjskiej, w związku z czym ojciec chciał pojechać po mamę i siostrę do Lwowa, żeby nie zostały tam same. Liczył, że w Kałuszu będzie bezpieczniej i ciągle miał nadzieję, że uda się uciec na Węgry. Zostałem sam pod opieką panów inżynierów Bezdeka i Podstawskiego, ludzi bardzo porządnych.
Byłem samodzielnym i odważnym chłopakiem, we wszystko się angażowałem, jednak bardzo przeżywałem zaistniałą sytuację. Niedługo po wyjeździe ojca do Lwowa nastąpiło uderzenie Niemców na Rosję. Kto mógł, uciekał, a wycofujący się Rosjanie wszystko niszczyli i podpalali. Wysadzili w powietrze znajdujące się w pobliżu Kałusza magazyny ropy, która spłynęła do pobliskiej rzeki. Do końca życia nie zapomnę tego widoku. Na przestrzeni wielu kilometrów ropa paliła się, płynąc rzeką Siwką, podpalając okoliczne wsie. Wieś Ugierształ, w której mieszkałem, również zajęła się ogniem. Za punkt honoru uznałem więc ratowanie ludzi z płonących zabudowań; i rzeczywiście udało mi się wyprowadzić z żarzącej się chałupy małą dziewczynkę. Schroniła się ze strachu na przypiecku i musiałem tam wejść. Wpadłem w ten piec i gdy się wydostałem, już wszystko płonęło. Na szczęście udało nam się uratować. Pan Bezdek dał mi nawet niezłego klapsa za to, że tak ryzykowałem.
Chałupę, w której sami mieszkaliśmy, wybudował Polak pracujący w Kałuszu. Była pokryta nie strzechą, ale dachówką, i przetrwała, bośmy ją od góry polewali wodą. Tak więc mieliśmy dach nad głową, ale nie było co jeść.