Rozdział 1
rozdział 1
No dalej, małpiszony! Chcecie żyć wiecznie?
Nieznany sierżant, 1918
Przed zrzutem zawsze dostaję telepki. Oczywiście mam za sobą zastrzyki i przygotowanie hipnotyczne, a logika pokazuje, że tak naprawdę się nie
boję. Psychiatra okrętowy sprawdził moje fale mózgowe i kiedy spałem,
zadał serię głupawych pytań. Twierdzi, że to nie strach, lecz nic
ważnego - coś jak drżenie pełnego zapału konia wyścigowego tuż przed
startem.
Sam się na tym nie znam, nigdy nie byłem koniem wyścigowym, ale fakt
pozostaje faktem - za każdym razem śmiertelnie się boję.
O D-30, już po zbiórce w ładowni "Rodgera Younga", dowódca plutonu
przeprowadził inspekcję. Nie był to nasz zwykły dowódca plutonu, bo
porucznik Rasczak kopnął w kalendarz podczas ostatniego zrzutu, tylko
starszy sierżant Jelal. Jelly był Finoturkiem z Iskandru w okolicach
Proximy - śniadym mikrusem. Wyglądał jak urzędniczyna, ale widziałem,
jak powala dwóch oszalałych szeregowych tak wielkich, że musiał wspiąć
się na palce i wyciągnąć ręce, by ich złapać, zderzyć głowami niczym
dwoma kokosami i odskoczyć, gdy padali na ziemię.
Poza służbą nie był nawet taki zły jak na sierżanta, mogliśmy zwracać
się do niego "Jelly". Jasne, że nie rekruci, ale każdy, kto miał za sobą
co najmniej jeden zrzut bojowy.
Teraz jednak był na służbie. Oczywiście sami już wcześniej sprawdziliśmy
swój sprzęt (w końcu chodzi o nasze głowy, co nie?). Następnie po
zbiórce nowy tymczasowy sierżant przejrzał wszystko dokładnie, a teraz
Jelly znów to zrobił. Minę miał wredną, jego oczy dostrzegały wszystko.
Zatrzymał się przed facetem stojącym przede mną i nacisnął guzik na
pasie podający odczyty fizyczne.
- Wystąp.
- Ale, sierżancie, to tylko przeziębienie, doktor mówił...
Jelly mu przerwał.
- Ale, sierżancie! - warknął. - Doktor nie bierze udziału w zrzucie - i ty też nie przy półtora stopnia gorączki. Myślisz, że mam czas na
pogawędki tuż przed zrzutem? Wystąp!
Jenkins odszedł z ponurą, wkurzoną miną - i ja też się wkurzyłem.
Ponieważ Porucznik kopnął w kalendarz, podczas tego zrzutu pełniłem
obowiązki zastępcy dowódcy drugiej drużyny, a teraz w moim oddziale
powstała dziura, której w żaden sposób nie mogłem załatać. Niedobrze; to
oznacza, że ktoś może nadziać się na coś nieprzyjemnego, wezwać pomocy i nikt nie zareaguje.
Jelly nie wyłączył nikogo więcej. Po chwili stanął przed nami, powiódł
po nas wzrokiem i ze smutną miną pokręcił głową.
- Co za banda małpiszonów! - warknął. - Może jeśli podczas tego zrzutu
wszyscy przykopiecie, zaczną od nowa i stworzą oddział, którego
Porucznik po nas oczekiwał. Ale najpewniej nie, biorąc pod uwagę, jakich
rekrutów dostajemy ostatnio. - Nagle wyprostował się i krzyknął: - Chcę
tylko wam przypomnieć, małpiszony, że każdy z was, co do jednego, jeśli
policzymy broń, pancerz, amunicję, oprzyrządowanie i szkolenie, a także
to, jak się nażeracie, każdy z was kosztował rząd ponad pół miliona!
Dodajcie do tego trzydzieści centów, czyli waszą prawdziwą wartość, i otrzymacie sporą sumkę. - Przygwoździł nas gniewnym spojrzeniem. - Więc
teraz ją spłaćcie! Was możemy stracić, ale nie te bajeranckie pancerze,
które nosicie. Nie życzę sobie żadnych bohaterów w tym oddziale;
Porucznikowi by się to nie spodobało. Macie do wykonania zadanie:
schodzicie, załatwiacie co trzeba, cały czas nasłuchujecie wezwania, jak
najszybciej zjawiacie się w punkcie zbiorczym i robicie wszystko jak
trzeba. Jasne? - Znów spojrzał gniewnie. - Powinniście znać plan, ale
część z was nie ma dość mózgu, by go zahipnotyzować, więc szybko wam
przypomnę. Zostaniecie zrzuceni na dwie linie utarczek w wyliczonych
odstępach dwóch tysięcy metrów. Gdy tylko wylądujecie, prześlijcie swoją
pozycję, sprawdźcie odległość i położenie najbliższych kolegów po obu
stronach i poszukajcie osłony. Już zmarnowaliście dziesięć sekund, więc
zacznijcie rozwalać i niszczyć wszystko, co się nawinie, dopóki nie
wylądują skrzydłowi. (Mówił o mnie - jako zastępca dowódcy drużyny
miałem być lewym skrzydłowym, ostatnim w linii. Znów zaczęło mną
trząść). Kiedy do was dołączą, wyprostujcie linię, wyrównajcie odstępy,
rzućcie wszystko, co robicie, i załatwcie to! Dwanaście sekund, a potem
ruszajcie naprzód, na przemian nieparzyści i parzyści. Zastępcy dowódców
będą pilnować porządku i kierować ruchem. - Spojrzał na mnie. - Jeśli
zrobicie to jak należy - w co wątpię - skrzydła spotkają się w chwili
ogłoszenia odwrotu... a wtedy wracacie do domu. Jakieś pytania? - Nie było
żadnych, nigdy nikt o nic nie pytał. Jelly ciągnął dalej. - I jeszcze
jedno. To nie jest nalot ani bitwa, to demonstracja naszej siły i potęgi. Nasza misja to pokazać nieprzyjacielowi, że moglibyśmy zniszczyć
ich miasta, ale tego nie zrobiliśmy - nie oznacza to jednak, że są
bezpieczni, choć nie posunęliśmy się do nalotów dywanowych. Nie bierzcie
jeńców - zabijajcie tylko wtedy, kiedy absolutnie trzeba, ale cały
obszar macie rozwalić w drobny pył. Nie życzę sobie, by którykolwiek z was pacanów wrócił tu z niezużytymi bombami, jasne? - Zerknął na
wyświetlacz. - Rębacze Rasczaka cieszą się pewną reputacją. Porucznik,
nim przykopał, kazał wam powiedzieć, że zawsze będzie miał na was oko, w każdej chwili... i że spodziewa się, że wszyscy zabłyśniecie! - Jelly
obejrzał się na sierżanta Migliacciego, dowódcę pierwszej drużyny. -
Pięć minut dla ojczulka - oznajmił.
Część chłopaków wyszło z szeregu i uklękło przed Migliaccim.
Niekoniecznie byli to jego współwyznawcy - jeśli ktokolwiek chciał
zamienić słowo przed zrzutem, czy to muzułmanin, chrześcijanin, gnostyk
czy Żyd, on go wysłuchał. Podobno kiedyś istniały oddziały wojskowe, w których kapelani nie walczyli u boku pozostałych, ale nie potrafiłem
sobie wyobrazić, jak to możliwe. Jak kapelan mógłby pobłogosławić coś, w czym sam nie chciałby uczestniczyć? Tak czy siak, w piechocie
zmechanizowanej wszyscy skaczą i wszyscy walczą: kapelani, kucharze,
urzędnicy Starego. Kiedy ruszymy do wyrzutni, na pokładzie nie
pozostanie żaden Rębacz - oczywiście oprócz Jenkinsa, i to nie z jego
winy.
Ja nie poszedłem. Zawsze się bałem, że jeśli pójdę, ktoś zauważy, jak
się trzęsę, a poza tym ojczulek mógł równie dobrze pobłogosławić mnie ze
swojego miejsca. Kiedy jednak ostatni spóźnialscy wstali, podszedł do
mnie i przycisnął hełm do mojego, by pomówić na osobności.
- Johnnie - rzekł cicho. - To twój pierwszy zrzut w roli podoficera.
- No tak.
Tak naprawdę nie byłem podoficerem, tak samo jak Jelly nie był oficerem.
- Chcę tylko powiedzieć jedno, Johnnie. Nie przykop w kalendarz. Znasz
swoją robotę, po prostu ją wykonaj. Zrób to. Nie próbuj zdobyć medalu.
- Uch, dzięki, ojczulku. Nie będę.
Dodał coś cicho w języku, którego nie znałem, poklepał mnie po ramieniu
i pośpieszył do swojej drużyny. Usłyszałem głos Jelly'ego.
- Baacz-ność!
Wszyscy się wyprężyliśmy.
- Pluu-ton!
- Druu-żyna! - odpowiedzieli chórem Migliaccio i Johnson.
- Drużynami na ster- i bakburtę! Szykujcie się do skoku.
- Druu-żyna! Do kapsuł! Już!
- See-kcja!
Musiałem odczekać, aż sekcje czwarta i piąta wejdą do kapsuł i zostaną
wystrzelone, nim moja własna zjawiła się od bakburty i mogłem do niej
wsiąść. Zastanawiałem się, czy starożytnymi też trzęsło, kiedy
wdrapywali się do konia trojańskiego. A może tylko mną? Jelly osobiście
sprawdził każdą kapsułę, zamknął też moją. Nim to zrobił, pochylił się
ku mnie.
- Tylko bez wygłupów, Johnnie. Rób wszystko jak na ćwiczeniach.
Góra opadła i zostałem sam.
Jak na ćwiczeniach, akurat! Zacząłem niepowstrzymanie dygotać.
I wtedy w słuchawkach usłyszałem głos Jelly'ego dobiegający ze środkowej
wyrzutni.
- Mostek! Rębacze Rasczaka gotowi do zrzutu!
- Siedemnaście sekund, poruczniku! - odpowiedział pogodny kontralt
kapitan statku i zjeżyłem się, słysząc, że nazywa Jelly'ego
"porucznikiem". Jasne, nasz Porucznik nie żył i może Jelly dostanie jego
przydział, ale na razie wciąż byliśmy "Rębaczami Rasczaka".
- Powodzenia, chłopcy - dodała.
- Dzięki, kapitanie.
- Szykujcie się. Pięć sekund.
Byłem przypięty w pasie, na czole i łydkach, nadal jednak trząsłem się
gorzej niż kiedykolwiek.
Kiedy zaczyna się zrzut, jest lepiej. Do tego czasu siedzisz w nieprzeniknionej ciemności, owinięty jak mumia dla ochrony przed
przeciążeniem. Ledwie możesz oddychać - i wiesz, że nawet gdybyś zdołał
otworzyć hełm, a nie zdołasz, kapsułę wypełnia czysty azot, a ją samą
otacza wyrzutnia, i jeśli statek oberwie, nim cię wystrzelą, nie masz
szans, po prostu tam zginiesz, nie mogąc się ruszyć, bezradny. To
właśnie to niekończące się czekanie w mroku powoduje telepkę. Zaczynasz
myśleć, że o tobie zapomnieli, że statek oberwał i wisi na orbicie
martwy, a wkrótce i ty umrzesz, dusząc się, uwięziony. Albo to orbita
kolizyjna i zginiesz po zderzeniu, jeśli wcześniej nie spłoniesz w atmosferze.
A potem włączył się program hamowania i przestałem dygotać. Oceniałem,
że walnęło nas 8g, może nawet dziesięć. Kiedy pilotka steruje statkiem,
nie ma w tym nic subtelnego: we wszystkich miejscach, w których cię
przypięli, zostają sińce. Tak, wiem, są w tym lepsze niż mężczyźni, mają
szybszy czas reakcji i znoszą większe przeciążenia. Mogą nadlecieć
szybciej, wycofać się szybciej i tym samym zwiększyć szanse wszystkich,
nie tylko własne, ale i nasze. Nadal jednak nie znaczy to, że
przywalenie w kręgosłup dziesięciokrotnością zwykłego ciężaru ciała jest
przyjemne.
Muszę jednak przyznać, że kapitan Deladrier zna się na swojej pracy.
Kiedy "Rodger Young" skończył hamować, nie zwlekała ani chwili,
natychmiast usłyszałem jej głos.
- Środkowa wyrzutnia... ognia! - i poczułem dwa szarpnięcia, gdy Jerry i jego p.o. sierżanta zostali wystrzeleni w przestrzeń, a potem
natychmiast: - Wyrzutnie przy ster- i bakburcie, serie automatyczne - i reszta z nas rozpoczęła zrzut.
Szarp! i kapsuła przeskakuje o jedno miejsce naprzód - szarp! i znów
naprzód, precyzyjnie jak pociski wsuwane do komory staroświeckiego
karabinu automatycznego. Bo w sumie tym właśnie byliśmy, tyle że za lufy
służyły bliźniacze wyrzutnie połączone z kosmicznym transportowcem, a każdy pocisk to kapsuła, dość duża (ledwie), by pomieścić żołnierza
piechoty w pełnym osprzętowaniu polowym.
Szarp! Od początku przywykłem do miejsca numer trzy, a teraz byłem
ogonem, ostatnim z trzech sekcji. Takie czekanie jest bardzo męczące,
choć co sekundę z wyrzutni wypada kolejna kapsuła. Starałem się liczyć
szarpnięcia - szarp! (dwanaście), szarp! (trzynaście), szarp!
(czternaście), dziwny dźwięk pustego przeskoku, bo tu powinna być
kapsuła Jenkinsa. Szarp!... i brzdęk! Moja kolej. Kapsuła wskakuje do
komory, a potem łups! wybuch uderza z siłą, przy której manewr hamowania
kapitan jest niczym miłosne muśnięcie.
A potem nagle nic.
Zupełnie nic. Żadnych dźwięków, napięcia, ciężaru. Szybuję w ciemności...
Upadek swobodny z około pięćdziesięciu kilometrów, ponad granicą
atmosfery, gdy spadam nieważki w stronę powierzchni planety, której
nigdy nie widziałem. Ale już się nie trzęsę. Najbardziej męczy mnie
czekanie, po zrzucie nie ma się czego bać, bo jeśli cokolwiek pójdzie
nie tak, stanie się tak szybko, że przykopiesz i nawet nie zauważysz, że
już nie żyjesz.
Niemal natychmiast kapsuła przekręciła się i zakołysała, a potem
ustabilizowała, tak że ciężar rozłożył mi się na plecach i rósł szybko,
aż w końcu poczułem go w pełni (0,87g, tak nam powiedziano) dla tej
planety, bo właśnie osiągnąłem prędkość graniczną w górnych,
rozrzedzonych warstwach atmosfery. Pilotka, będąca prawdziwą artystką
(tak jak kapitan), umiała podejść i wyhamować tak, że prędkość
wystrzału, gdy wypadałeś z wyrzutni, umieszczała cię prosto w przestrzeni, uwzględniając prędkość obrotu planety na tej szerokości
geograficznej. Pełne kapsuły są ciężkie; przebijają się przez wyższe
warstwy atmosferyczne, utrzymując pozycje względem siebie. Mimo wszystko
jednak wiatry zawsze częściowo nas rozrzucają i pluton przy lądowaniu
traci idealną formację. Niezgrabny pilot może pogorszyć sytuację,
rozrzucając grupę uderzeniową na tak dużym terenie, że nie zdąży się
spotkać w punkcie zbornym, a co dopiero wypełnić misję. Żołnierz
piechoty może walczyć tylko wtedy, gdy ktoś inny dostarczy go na
miejsce, z tej przyczyny piloci są chyba równie istotni jak my.
Po tym, jak łagodnie kapsuła weszła w atmosferę, mogłem poznać, że
kapitan wystrzeliła nas z niemal zerowym przesunięciem. Ucieszyło mnie
to - nie tylko dlatego, że pozwalało zachować formację po lądowaniu i nie tracić czasu, ale też dlatego, że pilotka, która umie właściwie
dokonać zrzutu, to pilotka mądra i precyzyjna podczas odwrotu.
Powłoka zewnętrzna spaliła się i odpadła - nierówno, bo zacząłem
wirować. Potem reszta się oderwała i mogłem się wyprostować. Hamulce
turbulencyjne drugiej powłoki zadziałały i jazda zrobiła się ostra... a potem ostrzejsza, kiedy powłoka wypalała się kolejno i zaczęła się
rozpadać. Jedną z rzeczy pomagających żołnierzowi w kopule przeżyć dość
długo, by odebrać emeryturę, jest to, że kolejne warstwy nie tylko
spowalniają lot, ale też wypełniają niebo nad obszarem lądowania tyloma
śmieciami, że radar odbiera odbicia dziesiątek martwych celów dla
każdego członka oddziału. Dowolny z nich może być człowiekiem, bombą
bądź czymś nieistotnym. To wystarczy, żeby komputer balistyczny dostał
histerii - i faktycznie tak się dzieje.
Nasz statek dołącza do zabawy, zrzucając serię jaj pozorujących parę
sekund po prawdziwym zrzucie i makiety te spadają szybciej, bo nie
hamują. Wyprzedzają cię, eksplodują, wystrzeliwują na bok okno, a nawet
działają jak transpondery, kołyszą się na boki, robią jeszcze inne
rzeczy, byle tylko powiększyć zamęt dla czekającego na powierzchni
komitetu powitalnego.
Tymczasem statek bezustannie namierza sygnał kierunkowy dowódcy plutonu,
nie zwracając uwagi na radarowy hałas, który sam stworzył, i podąża za
wami, wyliczając miejsce lądowania do dalszego użytku.
Po odpadnięciu drugiej powłoki trzecia automatycznie otworzyła pierwszy
spadochron. Nie przetrwał długo, ale też nie miał przetrwać: jedno
porządne, mocne szarpnięcie przy kilkunastu g, po czym poszedł w swoją
stronę, a ja w swoją. Drugi spadochron wytrzymał nieco dłużej, a trzeci
całkiem sporo - w kapsule zaczynało się robić mocno ciepło, a ja
myślałem już o lądowaniu.
Trzecia osłona oderwała się po utracie ostatniego spadochronu; teraz
otaczał mnie już tylko pancerz i plastikowe jajo. Wciąż byłem przypięty
wewnątrz i nie mogłem się ruszyć. Czas podjąć decyzję, jak i gdzie
wyląduję. Nie ruszając rękami (bo nie mogłem), kciukiem włączyłem
czujnik i odczytałem go, gdy błysnął na wyświetlaczu mojego hełmu na
wysokości czoła.
Dwa i osiem dziesiątych kilometra. Trochę bliżej, niż bym chciał,
zwłaszcza bez towarzystwa. Jajo wewnętrzne osiągnęło miarową prędkość,
dalsze pozostawanie w środku nic już nie dawało, a temperatura
powierzchni świadczyła o tym, że jakiś czas jeszcze nie otworzy się
automatycznie - pstryknąłem zatem drugim kciukiem i się go pozbyłem.
Pierwszy ładunek przeciął wszystkie pasy, po drugim plastikowe jajo
eksplodowało na zewnątrz, rozpadając się na osiem kawałków - i oto byłem
wolny w powietrzu i widziałem! Co jeszcze lepsze, osiem odrzuconych
części powleczono metalem - prócz niewielkiego fragmentu, przez który
patrzyłem na wyświetlacz - dzięki czemu dawały takie same odbicia jak
człowiek w pancerzu. Ktokolwiek obsługuje radar, istota żywa czy
automat, nie zdoła rozpoznać mnie pośród śmieci, nie wspominając nawet o tysiącach innych odłamków opadających na obszarze wielu mil po obu
stronach i w dole. Częścią szkolenia żołnierzy piechoty zmechanizowanej
jest pokazanie im z ziemi, zarówno gołym okiem, jak i na radarze, jak
wielkie wrażenie zamętu czyni zrzut na oddziałach naziemnych - bo w górze czujemy się okropnie odsłonięci. Łatwo wpaść w panikę i albo zbyt
szybko otworzyć spadochron, stając się idealnym celem wystawionym jak
kaczka (czy ktokolwiek naprawdę wystawia kaczki? A jeśli tak, to po
co?), albo też w ogóle go nie otworzyć i połamać sobie nogi, kręgosłup
bądź czaszkę.
Przeciągnąłem się zatem, by rozruszać mięśnie, i rozejrzałem dookoła, a potem znów się zgiąłem i wyprostowałem, przez chwilę lecąc twarzą w dół,
by dobrze się przyjrzeć. Na planecie panowała noc, zgodnie z planem,
lecz kamery na podczerwień pozwalają całkiem nieźle ogarnąć teren, kiedy
już do nich przywykniesz. Rzeka przecinająca miasto znajdowała się
niemal dokładnie pode mną i zbliżała się bardzo szybko, połyskując
wyraźnie wyższą temperaturą niż otaczający ją grunt. Nie zależało mi na
tym, by wylądować na którymś konkretnym brzegu, ale nie chciałem wpaść
do wody, bo to by mnie spowolniło.
Zauważyłem szybki ruch po prawej, na mniej więcej mojej wysokości; wrogo
nastawiony tubylec w dole najpewniej spalił kawałek mojej osłony.
Natychmiast odpaliłem pierwszy spadochron, zamierzając, jeśli się uda,
zniknąć z jego ekranu, gdy będzie podążał wzrokiem za coraz bliższymi
celami. Zebrałem się w sobie, nastawiając na wstrząs, wykorzystałem go,
a potem szybowałem w dół około dwudziestu sekund, nim wypiąłem
spadochron - nie chciałem zwracać na siebie uwagi w inny sposób,
spadając wolniej niż otaczające mnie odłamki. Musiało zadziałać, bo nie
dostałem.
Na wysokości jakichś dwustu metrów odpaliłem drugi spadochron. Bardzo
szybko dostrzegłem, że nie znosi mnie nad rzekę. Widziałem, że przelecę
około trzydziestu metrów nad magazynem o płaskim dachu czy podobnym
budynkiem na brzegu, więc zwolniłem spadochron i z pomocą silniczków
kombinezonu wylądowałem na dachu, celnie, lecz w mocnych podskokach.
Lądując, szukałem wzrokiem sygnału sierżanta Jelala.
I odkryłem, że znalazłem się po złej stronie rzeki: gwiazdka Jelly'ego
zaświeciła się na pierścieniu kompasowym wewnątrz hełmu daleko na
południe od miejsca, w którym powinna się znaleźć - wylądowałem za
daleko na północ. Pobiegłem truchtem po dachu w stronę rzeki i namierzając dowódcę sekcji obok, przekonałem się, że jest ponad półtora
kilometra od właściwej pozycji.
- Ace! Wróć do szyku! - zawołałem i ciskając za siebie bombę,
zeskoczyłem z budynku na drugi brzeg rzeki.
Mogłem się spodziewać, jak Ace odpowie - powinien był stać teraz na moim
miejscu, ale nie chciał porzucić swojej sekcji. Mimo to nie zachwycał go
fakt, że mu rozkazuję.
Magazyn za mną eksplodował, fala uderzeniowa rąbnęła mnie, gdy wciąż
przelatywałem nad rzeką, zamiast skryć się za osłoną budynków po drugiej
stronie. O mało nie oderwało mi żyroskopów i sam ledwie uniknąłem
upadku. Nastawiłem bombę na piętnaście sekund - a może nie? Nagle
uświadomiłem sobie, że dałem się ponieść emocjom, a to najgorsza rzecz,
jaką można zrobić podczas akcji. "Zupełnie jak na ćwiczeniach", oto
właściwe podejście. Jelly ostrzegał mnie przed tym. Nie śpiesz się, rób
wszystko jak trzeba, nawet jeśli potrwa to jeszcze dodatkowe pół
sekundy.
Lądując, ponownie sprawdziłem pozycję Ace'a i powtórzyłem, żeby wyrównał
swój oddział. Nie odpowiedział, ale i tak już to robił. Na razie mu
odpuściłem - dopóki Ace działał zgodnie z planem, mogłem przełknąć jego
dąsy - ale po powrocie na statek (jeśli Jelly pozwoli mi zachować
stanowisko zastępcy dowódcy drużyny) w końcu będziemy musieli wybrać
jakiś cichy kąt i przekonać się, kto jest szefem. Był zawodowym
kapralem, a ja tylko starszym szeregowcem pełniącym obowiązki kaprala,
ale służył pode mną i w takich okolicznościach nie można sobie pozwolić
na znoszenie pyskowania. Nie na dłuższą metę.
Ale na razie nie miałem czasu, by nad tym rozmyślać. Przeskakując przez
rzekę, zauważyłem smakowity cel i chciałem go dopaść, nim ktoś inny mnie
wyprzedzi - urocze duże skupisko budynków użyteczności publicznej na
wzgórzu. Może jakieś świątynie... albo pałace. Stały parę mil poza
terenem, który oczyszczaliśmy, ale jedna z zasad błyskawicznego ataku
brzmi: zużyjcie co najmniej połowę amunicji poza wyznaczonym obszarem, w ten sposób wrogowi trudniej będzie określić, gdzie naprawdę jesteście.
Poza tym trzeba pozostawać w ciągłym ruchu i robić wszystko szybko.
Tamci zawsze mają miażdżącą przewagę liczebną, tyłki ratuje nam tylko
zaskoczenie i szybkość.
Ładowałem już wyrzutnię rakietową, sprawdzając Ace'a i powtarzając po
raz drugi, żeby wyprostował linię. Z drugiego obwodu dobiegł mnie głos
Jelly'ego.
- Pluton! Na przemian! Naprzód!
Mój szef, sierżant Johnson, powtórzył niczym echo:
- Na przemian! Liczby nieparzyste! Naprzód!
Przez dwadzieścia sekund nie musiałem się niczym martwić, toteż
skoczyłem na najbliższy budynek, oparłem wyrzutnię o ramię, znalazłem
cel i nacisnąłem pierwszy spust, by rakieta go namierzyła, potem drugi.
Posłałem jej pocałunek na pożegnanie, po czym zeskoczyłem z powrotem na
ziemię.
- Druga drużyna, liczby parzyste! - zawołałem, czekając na odliczanie w głowie. - Naprzód! - poleciłem.
I sam także posłuchałem, przeskakując następny rząd budynków. Jeszcze w powietrzu omiotłem pierwszy szereg nad rzeką ręcznym miotaczem płomieni.
Budynki wzniesiono chyba z drewna i uznałem, że to dobry moment, by
rozpalić ognisko - jeśli dopisze mi szczęście, w którymś z magazynów
będą produkty ropopochodne czy wręcz materiały wybuchowe. Gdy
wylądowałem, z wyrzutni na ramieniu wystrzeliłem dwie niewielkie bomby
H.E. do celów paręset metrów po obu stronach, prawej i lewej. Nie
widziałem, co się stało dalej, bo wtedy pierwsza rakieta trafiła i oślepił mnie ów charakterystyczny (jeśli kiedykolwiek go widzieliście)
błysk wybuchu atomowego. Oczywiście to był tylko drobiazg, niecałe dwie
kilotony ładunku nominalnego, wyposażonego w mechanizm tłumiący i naciskowy wywołujący wybuch masy podkrytycznej - ale też kto ma ochotę
pójść do łóżka z katastrofą o skali kosmicznej? Wystarczyło, żeby
oczyścić wzgórze i zmusić wszystkich mieszkańców miasta, aby ukryli się
przed opadem. Co jeszcze lepsze, miejscowi wieśniacy, którzy akurat byli
na dworze i patrzyli w tę stronę, przez następnych parę godzin nie
zobaczą niczego - w tym mnie. Mnie wybuch nie oślepił, tak jak żadnego z nas: nasze hełmy są wyłożone ołowiem, na poziomie oczu mamy gogle - i nauczono nas uskakiwać i kryć się za zbroją, jeśli akurat patrzymy w złą
stronę.
Zatem jedynie zamrugałem kilka razy - a potem otworzyłem oczy i spojrzałem wprost na miejscowego obywatela, wychodzącego z drzwi budynku
naprzeciwko. On patrzył na mnie, ja na niego. Zaczął coś podnosić -
pewnie broń - w chwili gdy Jelly zawołał:
- Nieparzyści! Naprzód!
Nie miałem czasu się z nim cackać - stałem dobre pięćset metrów od
miejsca, w którym powinienem się znajdować. W lewej dłoni wciąż
trzymałem miotacz ognia, więc usmażyłem go i przeskakując nad budynkiem,
zacząłem liczyć. Miotacz ognia głównie służy do podpalania sprzętów i budynków, ale w bliskim zwarciu stanowi świetną broń obronną, bo nie
wymaga starannego celowania.
Podniecenie i pragnienie dołączenia do reszty sprawiły, że skoczyłem za
wysoko i za daleko. Zawsze czujemy pokusę, żeby w pełni wykorzystać
sprzęt do skoków - ale nie róbcie tego! Wisicie wtedy w powietrzu parę
sekund, stanowiąc piękny cel. Należy przesuwać się naprzód, przemykając
nad budynkami z niewielkim zapasem i na dole w pełni wykorzystując
osłonę - i nigdy nie wolno zostawać w jednym miejscu dłużej niż sekundę,
dwie. Nie można dawać im czasu, by was namierzyli. Musicie być już gdzie
indziej, gdziekolwiek. W ciągłym ruchu.
Tym razem schrzaniłem skok - był za długi na jeden rząd budynków i za
krótki na dwa - i odkryłem, że ląduję na dachu. Ale nie fajnym, płaskim,
na którym mógłbym zostać ze trzy sekundy, by wystrzelić kolejną rakietę
z ładunkiem atomowym; ten dach pokrywała dżungla rur, podpór, słupków i najróżniejszego żelastwa - może to jakaś fabryka, może zakłady
chemiczne. Zero miejsca do lądowania. Co gorsza, było tam z pół tuzina
tubylców. To humanoidzi, mają z dwa i pół metra wzrostu, są znacznie
chudsi niż my i mają wyższą temperaturę ciała - nie noszą ubrań, toteż w goglach na podczerwień błyszczą niczym neony. Jeszcze zabawniej
wyglądają za dnia, oglądani bezpośrednio, ale wolę walczyć z nimi niż z arachnidami - od tych robali robi mi się słabo.
Gdyby ci chłopcy znaleźli się tu pół minuty wcześniej, kiedy wybuchła
moja rakieta, nie zobaczyliby ani mnie, ani niczego. Ale nie miałem
pewności i nie chciałem się w nich wmieszać, to nie był tego typu atak.
Skoczyłem zatem ponownie, jeszcze w powietrzu rozrzucając garść
dziesięciosekundowych ładunków zapalających, żeby czymś ich zająć.
Wylądowałem i natychmiast znowu skoczyłem.
- Druga drużyna! - zawołałem. - Parzyści... naprzód!
I pędziłem dalej, żeby zmniejszyć odstęp, przy każdym kroku próbując
wypatrzyć coś wartego posłania rakiety. Zostały mi jeszcze trzy
niewielkie ładunki jądrowe i nie zamierzałem zabierać ich z powrotem.
Ale wbito mi do głowy, że w przypadku broni atomowej trzeba zawsze
znaleźć coś wartego uwagi - dopiero drugi raz pozwolono mi jej użyć.
W tej chwili próbowałem wypatrzyć ich pompownię - bezpośrednie trafienie
mogłoby sprawić, że całe miasto nie nadawałoby się do zamieszkania,
zmusić tubylców do ewakuacji, nikogo nie zabijając. Dokładnie tak
mieliśmy uprzykrzać im życie. Według mapy, którą wpajali nam pod
hipnozą, stacja pomp powinna leżeć niecałe pięć kilometrów w górę rzeki
ode mnie.
Ale wciąż jej nie widziałem: możliwe, że po prostu skakałem za nisko.
Czułem pokusę, żeby wyskoczyć wyżej, przypomniałem sobie jednak słowa
Migliacciego o tym, żebym nie próbował zdobyć medalu i trzymał się
planu. Przestawiłem wyrzutnię na automat, pozwalając, by przy każdym
lądowaniu wystrzeliwała parę małych bomb. W locie podpalałem przypadkowo
wybrane budynki, starając się znaleźć pompownię czy inny cel godny
uwagi.
No cóż, zobaczyłem coś tam, gdzie się spodziewałem - to coś, nieważne,
stacja pomp czy nie, było wielkie. Skoczyłem zatem na najwyższy budynek
w pobliżu, namierzyłem ową budowlę i wystrzeliłem. Zeskakując,
usłyszałem głos Jelly'ego.
- Johnnie! Rudy! Zaczynajcie przechodzić do środka.
Potwierdziłem, Rudy też to zrobił. Przełączyłem sygnał na mruganie, żeby
na pewno mnie widział, namierzając jego sygnalizator.
- Druga drużyna! - zawołałem. - Przechodzić do środka łukiem! Dowódcy
sekcji, potwierdzić!
Czwarta i piąta sekcja odpowiedziały.
- Zrozumiałem! - rzucił Ace. - Już to robimy, przyśpiesz.
Sygnał Rudego wskazywał, że prawa flanka niemal mnie wyprzedziła i jest
dobrych dwadzieścia pięć kilometrów dalej. Rany! Ace miał rację, będę
musiał dodać gazu, inaczej nigdy nie zamknę na czas luki - a do tego
wciąż miałem parę cetnarów amunicji i różnych paskudnych niespodzianek
dla miejscowych, które musiałem zużyć. Wylądowaliśmy w formacji V, z Jellym na dole, a mną i Rudym na końcach dwóch ramion; teraz musieliśmy
ją zamknąć, tworząc krąg wokół miejsca zbiórki... co oznaczało, że obaj z Rudym mamy do pokonania dłuższy odcinek, wciąż siejąc dookoła
zniszczenie.
Przynajmniej przestaliśmy przeskakiwać na zmianę; mogłem skończyć z odliczaniem i skupić się na szybkości. Nawet teraz, gdy przyśpieszyłem,
wokół robiło się mniej ciekawie. Zaczęliśmy z ogromną przewagą
zaskoczenia, dotarliśmy na ziemię bez ofiar (przynajmniej taką miałem
nadzieję) i szaleliśmy wokół nich, strzelając bez obaw, że trafimy
któregoś kolegę, podczas gdy oni mogli trafić swoich, odpowiadając
ogniem - gdyby w ogóle nas znaleźli (nie jestem specjalistą od teorii
gier, ale wątpię, czy jakikolwiek komputer zdołałby przeanalizować to,
co robimy, dość szybko, by przewidzieć, gdzie znajdziemy się za chwilę).
Mimo to obrona zaczęła walczyć, choć brakowało jej koordynacji. Kilka
razy o włos uniknąłem pocisków wybuchających - były dość blisko, bym
poczuł je w zębach nawet wewnątrz kombinezonu - a raz musnął mnie jakiś
promień, od którego włosy zjeżyły mi się na głowie, a ciało na moment
zastygło jak sparaliżowane - jakbym nagle uderzył się w nerw, tyle że w całym ciele. Gdybym moment wcześniej nie polecił pancerzowi, by
rozpoczął skok, już bym tam został.
W takich chwilach człowiek zaczyna się zastanawiać, czemu w ogóle wziął
się za żołnierkę - tyle że byłem zbyt zajęty, by o czymkolwiek myśleć.
Dwa razy, skacząc na oślep nad budynkami, wylądowałem w samym środku
grup miejscowych - natychmiast odbijałem się dalej, zataczając szaleńczo
krąg miotaczem ognia.
Pędząc w ten sposób, w minimalnym czasie zdążyłem pokonać połowę trasy,
jakieś dziesięć kilometrów, ale nie wyrządzałem po drodze większych
szkód. Wyrzutnię naramienną opróżniłem dwa skoki wcześniej i gdy
znalazłem się sam na czymś w rodzaju dziedzińca, przystanąłem, żeby
załadować zapasowe bomby H.E. Jednocześnie namierzyłem Ace'a i przekonałem się, że jestem dość daleko z przodu flanki, by móc zużyć
ostatnie dwie rakiety jądrowe. Wskoczyłem zatem na najwyższy budynek w okolicy.
Robiło się już na tyle jasno, by dało się widzieć, uniosłem gogle na
czoło i przebiegłem wzrokiem okolicę, szukając czegokolwiek z tyłu, w co
warto by strzelić. Nie miałem czasu na grymasy.
Na horyzoncie od strony ich portu kosmicznego dostrzegłem coś większego
- może administrację i kontrolę, może nawet statek. Niemal na tej samej
linii o połowę dalej wznosiła się olbrzymia budowla, której
przeznaczenia w ogóle nie potrafiłem zgadnąć. Port kosmiczny leżał na
samej granicy zasięgu, ale pozwoliłem, by rakieta go namierzyła.
- Znajdź go, skarbie! - rzuciłem i przekręciłem jej ogon.
Następnie załadowałem ostatnią, posłałem w stronę bliższego celu i skoczyłem.
W chwili gdy startowałem, budynek pode mną trafiła bomba. Albo Chudziak
ocenił (słusznie), że warto poświęcić jedną z budowli, żeby dopaść
któregoś z nas, albo też któryś z moich kolegów zaszalał z fajerwerkami.
Tak czy siak, nie chciałem skakać z tego miejsca, nawet nisko,
postanowiłem zatem przelecieć przez następne budynki zamiast nad nimi.
Zdjąłem z pleców ciężki miotacz i z powrotem opuściłem gogle, po czym
potraktowałem ścianę przede mną skupioną wiązką na pełnej mocy. Fragment
muru runął, a ja wpadłem do środka. I jeszcze szybciej się wycofałem.
Nie miałem pojęcia, co rozwaliłem - kościelną kongregację, hotel
Chudziaków, może nawet kwaterę główną obrony? Wiedziałem tylko, że to
ogromna sala pełna Chudziaków. Nigdy w życiu nie widziałem tylu naraz.
Pewnie jednak nie kościół, bo któryś strzelił do mnie, gdy odskakiwałem.
Pocisk odbił mi się od pancerza, zachwiałem się, słysząc dzwonienie w uszach, ale poza tym nic mi się nie stało. Przypomniało mi się jednak,
że nie powinienem odchodzić bez zostawienia pamiątki po sobie, chwyciłem
zatem pierwszą rzecz wiszącą u pasa i cisnąłem naprzód - po czym
usłyszałem skrzeczenie. Jak powtarzają na podstawowym szkoleniu, szybkie
zrobienie czegoś konstruktywnego jest lepsze niż wymyślenie najlepszego
rozwiązania kilka godzin później.
Czystym przypadkiem zrobiłem co trzeba. To była nietypowa bomba, każdy z nas dostał taką specjalnie na tę misję, z poleceniem, by jej użyć, jeśli
nadarzy się okazja. Skrzeczenie, które słyszałem, rzucając bombę, to był
krzyk w języku Chudziaków (w swobodnym tłumaczeniu):
- Jestem trzydziestosekundową bombą! Jestem trzydziestosekundową bombą!
Dwadzieścia dziewięć! Dwadzieścia osiem! Dwadzieścia siedem...
Miała solidnie zagrać im na nerwach. Może i tak, z pewnością zagrała na
moich - lepiej już kogoś zastrzelić. Nie czekałem na odliczanie;
skoczyłem, zastanawiając się, czy znajdą dość okien i drzwi, by na czas
uciec z pomieszczenia.
W szczytowym punkcie skoku namierzyłem sygnalizator Rudego, a lądując -
Ace'a. Znów zostawałem w tyle - czas się pośpieszyć.
Lecz trzy minuty później zamknęliśmy lukę: miałem Rudego po prawej,
niecały kilometr dalej. Zameldował o tym Jelly'emu. Usłyszeliśmy, jak
Jelly warknął leniwie, zwracając się do całego plutonu:
- Zamknęliśmy krąg, ale wciąż nie ma sygnału. Powoli ruszcie naprzód i pokrążcie trochę, namieszajcie im nieco, ale uważajcie na chłopaków po
obu stronach, żeby im nie zaszkodzić. Jak dotąd dobra robota - nie
zepsujcie jej. Pluton! Drużynami... zbiórka!
Wyglądało na to, że nieźle nam poszło: większa część miasta płonęła.
Choć słońce niemal już wzeszło, trudno było orzec, czy lepiej widzimy
własnymi oczami, czy przez gogle, ze względu na gęsty dym.
- Druga drużyna, odliczanie! - zawołał Johnson, dowódca naszej drużyny.
- Sekcje cztery, pięć i sześć - powtórzyłem. - Odliczać i mel-dować!
Zestaw bezpiecznych obwodów zamontowanych w nowym modelu komunikatora
faktycznie przyśpieszał łączność; Jelly mógł rozmawiać z każdym
żołnierzem bądź z dowódcami drużyn, a dowódca drużyny mógł przemawiać do
całego oddziału bądź bezpośrednich podwładnych, dzięki czemu pluton mógł
się zebrać dwa razy szybciej, a w czasie walki liczy się każda sekunda.
Słuchałem odliczania czwartej sekcji, jednocześnie sprawdzając stan
pozostałych ładunków wybuchowych. Posłałem jedną bombę w stronę
Chudziaka, który wystawił głowę zza rogu. Zniknął, i ja także.
- Krążyć dookoła! - polecił szef.
Czwarta sekcja zaplątała się w odliczaniu, póki dowódca nie przypomniał
sobie, że powinien zgłosić numer Jenkinsa. Piąta odliczyła się jak na
liczydłach i już zaczynałem czuć się nieźle, kiedy w sekcji Ace'a odliczanie urwało się po numerze czwartym.
- Ace! - zawołałem. - Gdzie jest Dizzy?
- Zamknij się - rzucił. - Numer sześć, odlicz.
- Sześć! - odparł Smith.
- Siedem!
- Szósta sekcja, brakuje Floresa - dokończył Ace. - Dowódca sekcji rusza
na poszukiwanie.
- Jednej osoby brak - zameldowałem Johnsonowi. - Floresa, sekcja szósta.
- Zaginął czy zginął?
- Nie wiem. Dowódca sekcji i zastępca dowódcy drużyny idą na
poszukiwania.
- Johnnie, daj Ace'owi to załatwić.
Ale go nie usłyszałem, więc nie odpowiedziałem. Słyszałem za to, jak Ace
składa meldunek Jelly'emu i jak tamten przeklina. To nie tak, że
chciałem zdobyć medal - szukanie zaginionych to zadanie zastępcy dowódcy
drużyny, to on zagania innych, jest najmniej ważny. Dowódcy sekcji mają
inne zadania. Jak zapewne już się połapaliście, zastępca dowódcy drużyny
jest zbędny, dopóki dowódca żyje.
W tym momencie czułem się niezwykle zbędny, niemal zapomniany, bo
słyszałem właśnie najsłodszy dźwięk we wszechświecie: sygnał boi
naprowadzającej naszego statku. Boja to zrobotyzowana rakieta
wystrzeliwana przez prom ewakuacyjny, zaledwie szpikulec, który wbija
się w ziemię i zaczyna nadawać jakże wyczekiwaną muzykę. Prom namierza
ją automatycznie trzy minuty później i lepiej być wtedy na miejscu, bo
podwózka nie czeka, a druga się nie zjawi.
Ale nie można porzucić towarzysza z oddziału, póki istnieje szansa, że
wciąż żyje - nie w Rębaczach Rasczaka. Ani w żadnym innym oddziale
piechoty zmechanizowanej. Zawsze staramy się wszystkich znaleźć.
- Uwaga, chłopcy - usłyszeliśmy głos Jelly'ego. - Podejść do kręgu
ewakuacyjnego i zaczekać, ale już!
Usłyszałem też słodki głos boi:
- ...na wiekuistą chwałę piechoty, niech nam słynie, niech nam słynie
"Rodger Young"!
I tak bardzo zapragnąłem ruszyć w jej stronę, że aż poczułem w ustach
smak tego pragnienia.
Zamiast tego oddalałem się od niej, namierzając Ace'a i zużywając
resztki bomb, ładunków zapalających i całej reszty balastu.
- Ace! Masz go?
- Tak. Wracaj, zawalidrogo!
- Widzę cię. Gdzie on jest?
- Dokładnie przede mną, może pół kilometra. Zmykaj! To mój człowiek.
Nie odpowiedziałem, po prostu skręciłem w lewo po skosie, żeby spotkać
się z Ace'em w miejscu, w którym miał być Dizzy.
Kiedy dotarłem do Ace'a, stał nad Dizzym. Obok leżało paru spalonych
Chudziaków, większa grupka właśnie uciekała. Wylądowałem obok niego.
- Wyciągnijmy go z pancerza - prom odleci lada moment!
- Jest zbyt ciężko ranny.
Przyjrzałem się i przekonałem, że to prawda - w jego kombinezonie ziała
dziura, z której wypływała krew. Przez moment stałem oszołomiony. Żeby
zabrać rannego, trzeba wydostać go z pancerza. Potem po prostu wystarczy
go podnieść - żaden problem w kombinezonie wspomaganym - i odbiec jak
najszybciej. Nagi człowiek waży mniej niż amunicja i ładunki, które
zużyliśmy.
- To co robimy?
- Poniesiemy go - odparł ponuro Ace. - Złap go za lewą stronę pasa. -
Sam chwycił prawą i szarpnięciem dźwignęliśmy Floresa z ziemi. -
Namierzaj! A teraz... równo, gotuj się i skok! Raz, dwa!
Skoczyliśmy. Niezbyt daleko i nie najzgrabniej. Samotny człowiek nie
zdołałby podnieść drugiego z ziemi: kombinezon jest zbyt ciężki. Ale
dwóch dało radę.
Skoczyliśmy - i znowu, i jeszcze raz, i jeszcze. Ace dawał sygnał, obaj
przytrzymywaliśmy i łapaliśmy Dizzy'ego przy każdym lądowaniu. Wyraźnie
nie działały mu żyroskopy.
Usłyszeliśmy, jak boja milknie, gdy wylądował prom - widziałem, jak
ląduje... i był za daleko. Usłyszeliśmy słowa tymczasowego sierżanta.
- Sekcjami szykować się do wejścia na pokład!
- Opóźniam rozkaz! - huknął Jelly.
W końcu wydostaliśmy się na otwartą przestrzeń i zobaczyliśmy prom
stojący na ogonie. Usłyszeliśmy zawodzenie ostrzegające przed startem.
Pluton wciąż był na ziemi, czekając w kręgu, przykucnięty za osłoną,
którą utworzyli.
- Sekcjami na pokład, ruchy! - krzyknął Jelly.
Wciąż byliśmy za daleko!
Widziałem, jak pierwsza sekcja znika w środku, wpadając na pokład. Krąg
zaczął się zacieśniać.
I wtedy samotna postać wyrwała się z niego, pędząc ku nam z szybkością,
jaką umożliwiał wyłącznie kombinezon dowodzenia.
Jelly dogonił nas, gdy wciąż byliśmy w powietrzu. Chwycił Floresa za
uprząż i pomógł nam go dźwignąć.
Trzema skokami dotarliśmy do promu. Wszyscy już byli w środku, ale drzwi
wciąż stały otworem. Wsadziliśmy go i zamknęliśmy je, a tymczasem
pilotka wrzeszczała, że przez nas spóźni się na wyznaczony punkt
spotkania i wszyscy mamy przechlapane. Jelly nie zwracał na nią uwagi:
położyliśmy Floresa i ułożyliśmy się obok niego. W chwili gdy uderzyła w nas fala przyśpieszenia, usłyszałem, jak Jelly mówi do siebie:
- Wszyscy obecni, Poruczniku. Trzej ranni - ale wszyscy obecni!
Muszę przyznać kapitan Deladrier: nie ma lepszych pilotów od niej.
Spotkanie promu ze statkiem na orbicie wymaga starannych obliczeń. Nie
wiem, jak to robią, ale tak jest i nie da się tego zmienić. Nie można.
Tyle że ona to zrobiła. Zobaczyła na ekranie, że prom nie wystartował o czasie, zahamowała, znów nabrała szybkości, wyrównała tor i nas
zgarnęła, sterując ręcznie, bo nie miała czasu na obliczenia. Gdyby
Wszechmogący potrzebował kiedyś pomocnika do utrzymywania gwiazd na ich
kursach, wiem, gdzie powinien poszukać.
Flores zmarł w drodze na statek.
Rozdział 2
rozdział 2
Chwycił mnie strach, więc wio, na koń,
I prosto za rogatki,
Nie przystawałem aż pod dom
I do pokoju matki.
Yankee Doodle, nie łam się,
Yankee Doodle, proszę,
Gdzie muzyka, taniec wre
I dziewcząt całe krocie.
Nigdy nie zamierzałem się zaciągać. A już z pewnością nie do piechoty!
Wolałbym dostać dziesięć razów na publicznym placu i usłyszeć, jak
ojciec mówi mi, że przynoszę hańbę dumnemu nazwisku.
Och, oczywiście wspomniałem ojcu pod koniec ostatniej klasy liceum, że
zastanawiam się nad zgłoszeniem na ochotnika do Służby Federalnej.
Przypuszczam, że robią tak wszystkie dzieciaki przed osiemnastymi
urodzinami - a moje wypadały w ostatnim tygodniu szkoły. Oczywiście
większość ludzi rozważa ten pomysł, zabawia się ideą służby, a potem
zajmuje się czymś innym - idzie na studia, szuka sobie pracy czy coś.
Pewnie tak samo byłoby ze mną, gdyby nie to, że mój najlepszy kumpel
poważnie zamierzał się zaciągnąć.
W liceum Carl i ja robiliśmy wszystko razem - razem gapiliśmy się na
panny, razem umawialiśmy się na randki, razem wstąpiliśmy do klubu
dyskusyjnego, razem dłubaliśmy w elektronach w jego domowej pracowni.
Sam niezbyt dobrze wyznaję się na teorii elektroniki, ale nieźle sobie
radzę z lutownicą: Carl był mózgiem całej operacji, a ja wykonywałem
polecenia. Wszystko, co robiliśmy razem, było świetną zabawą. Rodzice
Carla nie mieli tyle forsy co mój ojciec, ale zupełnie nam to nie
wadziło. Kiedy ojciec kupił mi helikopter rollsa na czternaste urodziny,
należał on do Carla tak samo jak do mnie - i odwrotnie, jego pracownia w piwnicy była też moja.
Kiedy zatem Carl oznajmił, że nie zamierza od razu kontynuować nauki,
ale najpierw odsłuży jedną kadencję, solidnie mnie zażył. Mówił serio,
ewidentnie uważał, że to coś naturalnego, właściwego i oczywistego.
Odparłem zatem, że ja też się zaciągnę.
Spojrzał na mnie dziwnie.
- Stary ci nie pozwoli.
- Co? A niby jak miałby mnie powstrzymać?
I oczywiście nie mógłby, nie legalnie. To pierwszy całkowicie swobodny
wybór, jakiego możemy dokonać (i często ostatni): kiedy chłopak bądź
dziewczyna skończy osiemnaście lat, może się zgłosić na służbę i nikt
inny nie ma tu nic do powiedzenia.
- Sam zobaczysz.
Carl zmienił temat.
Wspomniałem zatem o tym pomyśle ojcu, ostrożnie podchodząc do tematu.
Odłożył gazetę i cygaro i spojrzał na mnie.
- Synu, czyś ty oszalał?
Wymamrotałem, że nie sądzę.
- Bo dla mnie tak to wygląda. - Westchnął. - Choć z drugiej strony...
powinienem był się tego spodziewać. To przewidywalny etap w życiu
dorastającego chłopca. Pamiętam, kiedy nauczyłeś się chodzić i nie byłeś
już maluchem; szczerze mówiąc, przez jakiś czas nieźle dawałeś nam do
wiwatu. Stłukłeś jedną z waz z dynastii Ming z kolekcji matki - nie
wątpię, że celowo - ale byłeś zbyt młody, by wiedzieć, jaka jest cenna,
toteż dostałeś tylko klapsa. Pamiętam dzień, gdy podwędziłeś jedno z moich cygar i jak się od niego pochorowałeś. Razem z matką starannie
udawaliśmy, że nie dostrzegamy, że tego wieczoru nie zdołałeś przełknąć
kolacji, i nigdy o tym nie wspominałem, aż do dzisiaj: chłopcy muszą
próbować takich rzeczy i odkrywać na własną rękę, że grzeszki dorosłych
nie są dla nich. Patrzyliśmy, jak wchodzisz w zakręt dojrzewania i zaczynasz zauważać, że dziewczęta są inne i cudowne. - Znów westchnął. -
Wszystko to normalne etapy rozwoju. A ostatni, na sam koniec
dojrzewania, to gdy chłopiec postanawia wstąpić do wojska i założyć
śliczny mundurek. Albo uznaje, że się zakochał i że to miłość, jakiej
nigdy wcześniej nie przeżył żaden człowiek, toteż musi natychmiast wziąć
ślub. Albo jedno i drugie. - Uśmiechnął się ponuro. - U mnie to było
jedno i drugie. Ale otrząsnąłem się dość szybko, by nie zrobić z siebie
durnia i nie zrujnować sobie życia.
- Ale, ojcze, ja nie zrujnowałbym sobie życia. To tylko jedna kadencja,
nie służba zawodowa.
- Zostawmy to, dobrze? Posłuchaj, a ja powiem ci, co zrobisz, bo sam
będziesz tego chciał. Ta rodzina od ponad stu lat trzyma się z dala od
polityki, uprawiając własny ogródek. I nie widzę powodu, żebyś miał
przerwać tę wspaniałą tradycję. To pewnie przez tamtego jegomościa z liceum, jak się nazywa? Wiesz, o kogo mi chodzi.
Miał na myśli naszego nauczyciela historii i filozofii moralnej -
oczywiście kombatanta.
- Pan Dubois.
- Hm, niemądre nazwisko, pasuje do niego. Bez wątpienia cudzoziemiec.
Wykorzystywanie szkół jako potajemnych biur werbunkowych powinno być
zakazane. Chyba napiszę na ten temat dość stanowczy list. Podatnik też
ma prawa!
- Ale, ojcze, on wcale nie jest taki! On... - Urwałem, nie wiedząc, jak to
opisać. Pan Dubois zachowywał się wyniośle, zadzierał nosa, zupełnie
jakby nikt z nas nie był dość dobry, żeby zgłosić się na służbę. Nie
lubiłem go. - Przeciwnie, on nas zniechęca.
- Hmff! Wiesz, jak pokierować świnią? Zresztą nieważne. Kiedy skończysz
szkołę, rozpoczniesz studia biznesowe na Harvardzie, dobrze o tym wiesz.
Potem pójdziesz na Sorbonę, trochę popodróżujesz, poznasz naszych
dystrybutorów, dowiesz się, jak gdzie indziej prowadzimy interesy. A potem wrócisz do domu i zaczniesz pracę. Z początku na niskim
stanowisku, jako urzędnik czy rachmistrz, dla podtrzymania pozorów, ale
nim się obejrzysz, zostaniesz dyrektorem, bo nie robię się młodszy i im
szybciej przejmiesz pałeczkę, tym lepiej. Gdy tylko się ogarniesz i zechcesz, zostaniesz szefem. I proszę! Jak ci się podoba taki program w porównaniu ze zmarnowaniem dwóch lat życia?
Nie odpowiedziałem, nic z tego nie było dla mnie nowiną: często o tym
myślałem. Ojciec wstał i położył mi rękę na ramieniu.
- Synu, nie myśl, że cię nie rozumiem. Rozumiem. Ale spójrz na faktyczny
obraz rzeczy. Gdybyśmy toczyli wojnę, pierwszy bym ci kibicował - i przerzucił się na produkcję wojenną. Ale wojny nie ma i chwalić Boga już
nigdy nie będzie. Wyrośliśmy z wojen. Ta planeta obecnie żyje
szczęśliwie w pokoju, ciesząc się dobrymi stosunkami z innymi planetami.
Czym zatem jest tak zwana Służba Federalna? To zwykły pasożyt,
bezużyteczny narząd, kompletnie przestarzały, żywiący się naszymi
podatkami. Zdecydowanie kosztowny sposób pozwalający gorszemu sortowi
ludzi, którzy w przeciwnym razie nie mieliby pracy, przez kilka lat żyć
na koszt innych, a potem do końca życia puszyć się i nadymać. Czy tego
właśnie chcesz?
- Carl nie jest gorszym sortem!
- Wybacz. Nie, to świetny chłopak... ale błądzi. - Zmarszczył brwi, a potem się uśmiechnął. - Synu, zamierzałem zrobić ci niespodziankę,
prezent na koniec roku, ale powiem już teraz, żebyś łatwiej zapomniał o tej bzdurze. Nie żebym obawiał się, co zrobisz: mimo młodego wieku
wierzę w twój zdrowy rozsądek. Ale coś cię gryzie, wiem, i w ten sposób
przegnamy troski. Potrafisz zgadnąć, o co chodzi?
- Ee... nie.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Wakacje na Marsie.
Musiałem mieć zdziwioną minę.
- Rany, ojcze, nie miałem pojęcia...
- Chciałem cię zaskoczyć i widzę, że się udało. Wiem, że wy, dzieciaki,
uwielbiacie podróże, choć nie pojmuję, co ludzie w nich widzą po
pierwszym razie. Ale to dobry moment na wyprawę - samodzielną,
wspominałem o tym? Żebyś mógł się wyszaleć. Bo kiedy przejmiesz
obowiązki w pracy, trudno ci będzie się wyrwać nawet na tydzień na Lunę.
- Uniósł gazetę. - Nie dziękuj mi, uciekaj tylko i pozwól poczytać.
Wieczorem zjawi się tu paru dżentelmenów. W interesach.
Zostawiłem go. Pewnie sądził, że załatwił sprawę... i chyba faktycznie.
Mars! I to samotnie! Ale nie powiedziałem o tym Carlowi. Podejrzewałem,
że uznałby to za przekupstwo, może i słusznie. Zamiast tego wyjaśniłem,
że mamy z ojcem różne zdanie w tej kwestii.
- Owszem - odparł. - Ja też. Ale to moje życie.
Rozmyślałem nad tym podczas ostatnich zajęć z historii i filozofii
moralnej. HiFM różniła się od innych przedmiotów tym, że wszyscy musieli
chodzić na zajęcia, ale nikt nie musiał ich zaliczać, i zdawało się, że
panu Dubois nie zależy, czy dotrze do nas, czy nie. Po prostu wskazywał
danego osobnika kikutem lewej ręki (nigdy nie zawracał sobie głowy
nazwiskami) i rzucał pytanie. A potem zaczynała się dyskusja.
Lecz tego ostatniego dnia najwyraźniej postanowił sprawdzić, czego się
nauczyliśmy.
- Moja matka twierdzi, że przemoc nigdy niczego nie rozwiązuje -
oznajmiła otwarcie jedna z dziewczyn.
- Czyżby? - Pan Dubois spojrzał na nią beznamiętnie. - Władze miejskie
Kartaginy z pewnością ucieszyłyby te słowa. Dlaczego twoja matka im tego
nie powie? Albo ty?
Ścierali się już wcześniej - ponieważ nie można oblać egzaminu, nie
czuliśmy potrzeby podlizywania się panu Dubois.
- Żartuje pan sobie ze mnie! - rzuciła ostro. - Wszyscy wiedzą, że
Kartagina została zniszczona.
- Ty najwyraźniej nie byłaś tego świadoma - odparł ponuro. - Bo gdybyś
wiedziała, czy nie pojmowałabyś, że przemoc dość drastycznie rozwiązała
problem ich życia? Jednakże nie żartowałem z ciebie osobiście,
okazywałem wzgardę niewybaczalnie niemądremu pomysłowi, bo zawsze tak
postępuję. Każdemu, kto trzyma się kurczowo historycznie błędnej - i dogłębnie niemoralnej - doktryny, że "przemoc niczego nie rozwiązuje",
radziłbym przywołać duchy Napoleona Bonaparte i księcia Wellingtona i pozwolić im omówić te kwestie. Duch Hitlera mógłby sędziować w debacie,
a wśród przysięgłych mogliby znaleźć się dodo, alka olbrzymia i gołąb
wędrowny. Przemoc, brutalna siła, rozstrzygnęła więcej kwestii w dziejach niż jakikolwiek inny czynnik, a ludzie twierdzący coś innego
bujają w obłokach. Rasy, które zapomniały o tej podstawowej prawdzie,
zawsze płaciły za to własnym życiem i wolnością. - Westchnął. - Kolejny
rok, kolejna klasa i kolejna klęska na moim koncie. Można poprowadzić
dziecko ku wiedzy, ale nie można go zmusić, by zaczęło myśleć. - Nagle
wycelował we mnie kikutem. - Ty. Jaka jest różnica moralna między
żołnierzem a cywilem, jeśli w ogóle jakaś istnieje?
- Różnica - odparłem swobodnie - sprowadza się do cnoty obywatelskiej.
Żołnierz przyjmuje osobistą odpowiedzialność za bezpieczeństwo
społeczności, do której należy, jej obronę, w razie potrzeby płaci
własnym życiem. Cywil nie.
- Słowo w słowo cytat z książki - rzekł wzgardliwie. - Ale czy ty to
rozumiesz? Czy w to wierzysz?
- Uch, nie wiem, proszę pana.
- Oczywiście, że nie wiesz! Wątpię, by ktokolwiek z was rozpoznał "cnotę
obywatelską", gdyby podeszła i ugryzła was w nos! - Zerknął na zegarek.
- I to już wszystko, ostatnie słowa. Może spotkamy się jeszcze w szczęśliwszych okolicznościach. Koniec zajęć.
Tuż po tym skończyliśmy szkołę, trzy dni później miałem urodziny,
niecały tydzień potem Carl - i wciąż mu nie powiedziałem, że się nie
zaciągam. Z pewnością zakładał, że tego nie zrobię, ale nie
rozmawialiśmy o tym głośno, bo się wstydziłem. Po prostu umówiliśmy się
na spotkanie w dzień po jego urodzinach i razem poszliśmy do biura
werbunkowego.
Na schodach budynku federalnego wpadliśmy na Carmencitę Ibanez,
koleżankę z klasy i jeden z milszych aspektów przynależności do rasy
dzielącej się na dwie płcie. Carmen nie była moją dziewczyną - nie była
niczyją dziewczyną, nigdy nie umawiała się dwa razy pod rząd z tym samym
chłopakiem i traktowała nas wszystkich równie słodko i bezosobowo. Ale
znałem ją całkiem nieźle, bo często wpadała do nas, żeby skorzystać z basenu, jako że miał rozmiary olimpijskie - czasem z jednym chłopakiem,
czasem z drugim. Albo sama, a matka zachęcała ją do tego - uważała, że
ma na mnie "dobry wpływ". Choć raz miała rację.
Teraz Carmen zobaczyła nas i zaczekała, prezentując w uśmiechu dołeczki.
- Cześć, chłopaki!
- Cześć, oczi cziornyje - odparłem. - Co cię tu sprowadza?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki