Rozdział pierwszy. Godzina siedemnasta
ROZDZIAŁ PIERWSZY
GODZINA SIEDEMNASTA
1
Czarna Škoda Octavia z przyciemnionymi tylnymi szybami wjechała
ostrożnie na plac usłany żwirem, suchymi liśćmi i potłuczonym szkłem.
Pod kołami zachrzęściły drobne kamyki, które niczym ostre pociski
wystrzeliły spod opon.
Ruina.
Ciekawskim oczom ukazał się niszczejący obiekt, który przyroda zaczynała
coraz śmielej chować w swych ramionach. Te były wyjątkowo kłujące,
obleczone jesiennymi barwnymi liśćmi, opadającymi przy lekkim podmuchu
wiatru i tworzącymi szeleszczący dywan ukrywający ostre odłamki szkła
rozbitych butelek. Jakby czyhały, by przebić skórę śmiałków wchodzących
na teren dawnego Zakładu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów.
Panował tu dziwny spokój i cisza, jak gdyby całe zło, które się tu
wydarzyło, zostało ukryte w najgłębszych i szczelnie zamkniętych
zakamarkach.
Dagmara Nowakowska zatrzymała samochód. Pochyliła się nad kierownicą i wyjrzała przez przednią, nieco brudną szybę. Tam, gdzie nie sięgały
pióra wycieraczek, widać było mnóstwo martwych owadów. Mieli za sobą
długą drogę. Potrafili poświęcić bardzo dużo dla ciekawej eksploracji.
Zwłaszcza takiej, która skrywała mrożące krew w żyłach sekrety.
W skrytości ducha liczyli, że poznają wszystkie straszne legendy o tym
miejscu, krążące w czeluściach internetu.
Najbardziej nawiedzony budynek w Polsce. Ten tytuł robił wrażenie.
Zachęcał śmiałków, którzy zapuszczali się nocami w opustoszałe mury,
byleby tylko poczuć mroczny i specyficzny klimat Zofiówki. A ten, trzeba
przyznać, był ciężki i trudny do opisania.
- Robi wrażenie, co? - zapytała, nie ukrywając podniecenia. Jej głos aż
wibrował.
- Myślałem, że to miejsce będzie trochę mniej zniszczone... - odparł Adam
Kalinowski, drapiąc się po rudej, wypielęgnowanej brodzie. Co chwilę
poprawiał zjeżdżające z nosa okulary. Otworzył drzwi auta. Jęknęły
cicho, jakby zmęczone podróżą odetchnęły z ulgą. Do środka wpadła
mieszanka rześkiego powietrza zmieszana z zapachem suchych liści i wilgotnego betonu. Chłodna i specyficzna, dokładnie taka jak to miejsce.
Na ścianach, z których płatami odpadał brudny tynk, graficiarze
pozostawiali swoje tagi. Niektóre przybierały formę mrocznych i niepokojących napisów. Pentagramy, dziesiątki rozwartych oczu z długimi
rzęsami, krwisto czerwone, surowe napisy PIEKŁO, SZATAN, ONA PATRZY
sprawiały, że widok niszczejącego budynku robił jeszcze mocniejsze
wrażenie. Zewsząd zerkały na nich wielkie okna bez szyb, jak puste
oczodoły w czaszce, z której przed laty robactwo zjadło wszystkie
tkanki.
Cezary Dąbrowski przełknął głośno ślinę. Wysoki blondyn o haczykowatym
nosie i niebieskich oczach jako jedyny z całej czwórki nie cierpiał
miejsc, które wiele osób uznawało za nawiedzone. Nie traktował tego jako
rozrywki z dreszczykiem. Miał ogromny szacunek do bytów i wierzył, że
zabłąkane dusze chodzą po ziemi i nie warto im przeszkadzać, mącąc ich
spokój. Bał się, że przez wszelkie sesje można zajść za skórę czemuś, co
nie jest fizyczne i namacalne, ściągając na siebie zło, które już na
zawsze pozostanie. Wiedział, że duchy istnieją. Sam kiedyś się o tym
przekonał. Mimo że mijające lata zacierały wspomnienia, to jedne wbiły
się w jego pamięć tak głęboko, jakby broniły się przed zapomnieniem.
Miał przyjaciela, którego nikt nie traktował poważnie, podobnie jak nikt
nie traktował poważnie kilkuletniego Czarka. Chłopca, który potrafił
rozmawiać z wyimaginowanym kolegą, przychodzącym do ich niewielkiego
domu bez względu na porę dnia. Kajtek, bo tak nazwał kolegę mały Cezary,
mimo że byli rówieśnikami, wiedział o świecie zdecydowanie więcej od
niego. Czasem opowieści Kajtka przyprawiały Cezarego o ból brzucha i napady torsji. Pełne były krwi, niejednokrotnie zdobiącej ciało i ubranie wyimaginowanego przyjaciela. Każdego trzynastego dnia miesiąca
Kajtuś stawał obok Czarka w zakrwawionej piżamce z pętlą na szyi,
prosząc, by przyjaciel wyciągnął wystający z jego piersi nóż i zdjął
pętlę, bo nie może przez nią zawołać swojej mamusi.
Cezary początkowo ogromnie się tego bał. Gdy pierwszy raz zobaczył
Kajtka w zakrwawionej niebieskiej piżamie, ze strachu zmoczył łóżko.
Dostał wtedy burę od ojca, który tego dnia wrócił do domu w stanie
wskazującym. Płacz mieszał się z krzykiem, gdy ojciec, wyprowadzony z równowagi, uderzał go w pośladki grubym, skórzanym pasem. Cezary nie
lubił tego pasa tak, jak nie lubił taty, od którego czuć było
nieprzyjemną, ostrą woń wódki, duszący smród papierosów i fetor kwaśnego
potu. Miał za złe matce, że nie stanęła wtedy po jego stronie. Jedynie
zerkając spode łba, z irytacją ściągała mokre prześcieradło, klnąc cicho
pod nosem i udając, że nie widzi tego, jak pupa syna robi się czerwona z każdym plaśnięciem pasa o nagą skórę.
Kajtek przestał przychodzić, gdy Czarek z rodzicami wyprowadził się do
miasta. W dziewięcioletnim chłopcu pojawiła się wówczas mieszanka smutku
i ulgi. Z jednej strony cieszył się, że nie będzie musiał oglądać
zakrwawionego przyjaciela, którego nie widział nikt poza nim, z drugiej
zaś było mu żal, bo Kajtuś stał się dla niego tak ważny jak ulubiona
maskotka, którą zgubił podczas przeprowadzki.
- Co Czarek, strach cię obleciał? - zarechotał Bartek Zalewski, niski i krępy brunet, który mimo swojej aparycji był niezwykle silny. Mięśnie,
wyrzeźbione przez wiele godzin na siłowni, zwykł chować pod luźnymi
koszulkami. Od zawsze mówił o sobie, że jest sceptykiem, jeśli chodzi o nawiedzone miejsca. Uważał, że osoby rzekomo odczuwające niepokój w opuszczonych budynkach same nakręcają i potęgują swój strach, wmawiając
innym, że te parcele zamieszkują byty nie z tego świata. Dla niego nie
istniało życie po śmierci, tym bardziej takie, w którym istoty
niematerialne mogłyby krążyć po świecie, nawiedzając innych. Twierdził,
że duchy są jedynie wymysłem koncernów filmowych, by można było czymś
straszyć widzów z wielkich kinowych ekranów. Bartek miał jednak jedną
cechę, która stanowiła ważny element ich zespołu: jego skrupulatność i zaangażowanie w wyprawy były widoczne za każdym razem, gdy szykowali się
do zwiedzania kolejnej opuszczonej miejscówki. Był gotowy na wszystko,
służył pomocą i starał się nie psuć innym zabawy swoimi przekonaniami,
że gdy człowiek umiera, pewien etap się kończy i kolejny już się nie
zaczyna. Tak jak pozostali z ich grupy, uwielbiał urbex. Nakręcał go do
działania i ładował baterie. Kochał wchodzić tam, gdzie inni bali się
postawić stopę. Żył tym.
- Doskonale wiecie, że nie lubię takich miejsc... Nie mogliśmy zwiedzać
Zofiówki w ciągu dnia? Serio trzeba było przyjeżdżać tu na noc? To
chore... - jęknął, nie próbując ukrywać strachu.
- Nie mogliśmy, bo w dzień raczej nikt się z nami nie skontaktuje -
skwitowała Daga, ostrożnie omijając potłuczoną butelkę. - A specjalnie
zabrałam swoje różdżki! I czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam ich
użyć.
Dagmara była szczupłą blondynką. Upór dziewczyny drażnił Czarka, który
był jej zupełnym przeciwieństwem. Na dodatek Daga obalała wszelkie
stereotypy dotyczące głupiutkich blondynek. Wychodziła poza schematy
tego, jak powinna zachowywać się taka drobna dziewczyna. Jej
inteligencja i odwaga biły na głowę niejednego mężczyznę, z którym
próbowała wchodzić w intymne relacje. Wszyscy odpadali w przedbiegach,
gdyż jej przebojowość i styl życia ich przerastały. Swoim wyglądem
przyciągała męskie spojrzenia. Wytatuowane rękawy i kolczyk w nosie
dodawały jej pazura, ale i swoistego uroku; podkreślała go idealnym
makijażem, w którym kreski na powiekach były obowiązkowym elementem. Nie
gryzła się w język, co wielokrotnie wpędzało ją w kłopoty, ale jak
zwinna kocica zawsze spadała na cztery łapy. Jako jedyna kobieta
szturmem weszła do grupy chłopaków z ForsakenPlaces, niejednokrotnie
pokazując im, że odwaga jest jej drugim imieniem. Interesowała się
życiem po życiu, korzystała z różdżek, by móc porozumieć się z duszami
zmarłych. Kochała to i cieszyła się, że dziś również będzie mogła
skorzystać ze swoich umiejętności.
- Bierzcie resztę sprzętu - rzucił Bartek. Wziął do ręki P-SB7 i SB11,
zerkając przy tym na majestatyczne budynki Zofiówki. Po krótkim namyśle
odłożył SB11. Doszedł do wniosku, że wystarczy ulubiony Spirit Box.
Niegdyś zakład uznawany za jeden z najnowocześniejszych szpitali w całej
Europie, teraz sprawiał ponure i przygnębiające wrażenie. Jego mroczna,
wojenna przeszłość zdawała się wypełzać z każdego kawałka cegły i odpadającego tynku. Cezary rozglądał się nerwowo, czując na karku zimny,
wilgotny oddech zamierzchłych czasów, które przepełniała krew niewinnych
ofiar.
- Co tu się właściwie stało? Wiem tylko pobieżnie, ale konkretów nie
znam, bo nie zdążyłam się zorientować. Tak szybko wyciągnęliście mnie z domu... - Daga chwyciła swoje różdżki i kamerę termowizyjną, po czym,
gotowa do działania, stanęła obok Adama.
Adam Kalinowski, oprócz miłości do urbexu, miał jeszcze jedną ogromną
pasję: historię, zwłaszcza tę mroczną, dotykającą setek ludzi. Łysy
dwudziestoośmiolatek z rudą brodą poprawił okulary, które wciąż
zjeżdżały mu z nosa. Każdą wyprawę do opuszczonych miejsc traktował
niezwykle poważnie, chcąc wycisnąć z nich sto procent. Wszystko po to,
by dzielić się tą nietypową miłością z innymi. W tym przypadku byli to
widzowie, którzy tak jak on cenili sobie urbex i rys historyczny
opuszczonych miejsc. Adam stanął w lekkim rozkroku, krzyżując umięśnione
ręce na klatce piersiowej. Zmrużył oczy, jakby chłonął to, co puste
ściany budynku miały mu do powiedzenia. Wszędzie panowała cisza, tak
przenikliwa, że zdawała się drażnić uszy.
- Dobrze, że zdążyłaś się wypindrzyć - zauważył ze śmiechem Bartek.
W odwecie Daga uderzyła go w ramię. Zawsze wytykał jej to, że szykuje
się do wyjścia nieco dłużej niż reszta grupy, ponieważ nie chciała
wychodzić z domu bez idealnie wyrysowanych kresek na powiekach.
- Nie pajacujcie. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale de
facto stąpamy po cmentarzu... - Adam zaczął tajemniczo, ganiąc towarzyszy.
Co jak co, ale nawet w takich sytuacjach zależało mu na oddaniu
nieżyjącym należytego szacunku.
- Co ty pieprzysz, stary... - Cezary złapał się za głowę. Puls wyraźnie mu
przyspieszył. Krew dudniła w żyłach. Czuł jej smak w ustach, a głuche
uderzenia wyczuwał nawet w skroniach. Cmentarze przyprawiały go o ciarki
i mdłości. Ilekroć wchodził na teren nekropolii, czuł się nieswojo.
Odnosił wrażenie, że zewsząd spoglądają na niego dusze zmarłych,
próbując chwycić go martwymi kośćmi, gdzieniegdzie obleczonymi gnijącą
tkanką. Wzdrygnął się mimowolnie i głośno przełknął ślinę. Serce wciąż
waliło mu jak młotem, chociaż nie zaczęli jeszcze eksploracji. Niczego
tak nie pragnął, jak powrotu do domu.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek się tym interesowaliście, ale na terenie
Otwocka było kiedyś getto. Mówi się, że część ludzi, którzy zostali tu
wymordowani podczas wojny, w czasie jego likwidacji, wciąż tutaj leży;
nie zabrano ich zwłok, nie pochowano ich należycie na cmentarzach, które
odwiedzamy chociażby w dzień Wszystkich Świętych. Skoro więc ich ciała
prawdopodobnie nadal tu spoczywają, jest duże prawdopodobieństwo, że
stąpamy niejako po wielkim, starym cmentarzu... A ich pomnikiem, a właściwie zbiorową mogiłą, jest Zofiówka. Tylko jak widać, zamiast palić
tu znicze, ludzie robią coś zupełnie innego - powiedział lekko, jakby
ciężar historii nie robił na nim większego wrażenia. Wszędzie walały się
butelki, papiery, folie spożywcze, a nawet zużyte prezerwatywy. Na te
Adam spoglądał z obrzydzeniem i rosnącym oburzeniem.
- O cholera... Czyli... jeśli oni tu wszyscy spoczywają... to mogą chcieć się
z nami skontaktować? - zapytała Daga, nie kryjąc podniecenia. W jej
niebieskich oczach tańczyły maleńkie, migoczące ogniki. Kontakt z bytami
w takim miejscu jawił się jej jako coś niezwykłego.
- Mogą, ale nie muszą - zaczął Bartek. - Wiecie... wiele nawiedzonych
miejsc jest kreowanych w taki sposób głównie przez nasze strachy, które
zasadniczo siedzą tylko w naszych głowach. Gdzieś strzeli jakaś gałązka,
a my już przypisujemy to nadprzyrodzonym siłom. Bezdomny, chyłkiem
opuszczając pomieszczenie, zawadzi o jakiś przedmiot, robiąc przy tym
rumor, a my od razu czujemy, że to demon. Uważam, że to miejsce wcale
nie jest tak straszne, jak je malują. Gdyby faktycznie coś było na
rzeczy, miejscowi nie urządzaliby tu sobie popijaw i spania... I bzykania
- uznał Bartek, kopiąc leżącą przy aucie puszkę po piwie, która
przeturlała się po pustym opakowaniu po prezerwatywie. Nie rozumiał,
dlaczego ludzie pozostawiali po sobie taki chlew. Tyle mówiło się
przecież o ekologii i czystości.
- No dobra, ale powiedzmy, że to miejsce jednak jest nawiedzone. Jaką ma
przeszłość? Ale taką dokładną. Muszę wiedzieć, jakie zadawać pytania
podczas mojej sesji - dopytała Daga, chcąc zaspokoić ciekawość.
Ukradkiem zacierała ręce na tę eksplorację.
- Cóż, historia tego miejsca jest bardzo ciekawa, ale zarazem mroczna -
zaczął Adam tonem mędrca. - W tysiąc dziewięćset siódmym roku z inicjatywy Towarzystwa Opieki nad Umysłowo i Nerwowo Chorymi Żydami
rozpoczęto tu budowę szpitala. Jego główną sponsorką była Zofia
Endelmanowa. To ona, sprzedając swoją biżuterię, kupiła blisko
siedemnaście hektarów ziemi, na których stanął Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów. W Zofiówce, bo to właśnie na cześć
Endelmanowej nadano placówce taką nazwę, leczono psychicznie chorych
pacjentów należących do biedniejszych warstw społecznych. Leczenie było
darmowe, finansowane głównie przez rodziny lub gminy czy prowincje, z których pochodzili pacjenci. Początkowo Zofiówka miała około stu łóżek,
z czasem jednak kompleks rozrósł się i w tysiąc dziewięćset trzydziestym
piątym roku mógł pomieścić już dwustu siedemdziesięciu pięciu pacjentów.
Co warto podkreślić, nie stosowano wówczas drastycznych metod leczenia,
stawiano na spokój i pracę. W tym samym roku zakład stał się również
największym sanatorium na terenie Otwocka. Swoją drogą, to nie jedyne
nieczynne dziś sanatorium w tej okolicy. Tuż obok jest jeszcze tak zwany
Olin, który powstał po tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku i był
sanatorium dziecięcym. Nomen omen, obecnie też popada w ruinę, być może
jeszcze większą niż Zofiówka.
Dagmara zmarszczyła brwi.
- Coś mi tu nie gra. Przecież w leczeniu pracą i spokojem nie ma nic, co
mogłoby powodować taką dziwaczną aurę tego miejsca. A umówmy się...
wyraźnie czuć, że coś tu jest nie tak. Sama praca ich raczej nie zabiła,
od niej się przecież nie umiera - uznała, patrząc oczekująco na Adama.
- Bo dramat rozegrał się tak naprawdę w tysiąc dziewięćset czterdziestym
roku. - Uśmiechnął się, znów poprawiając okulary. - To wtedy wszystko
się zaczęło i myślę, że właśnie przez te wydarzenia miejsce to dziś
uchodzi za nawiedzone.
- Możecie już skończyć? - jęknął Cezary. Na czole chłopaka pojawiły się
lśniące kropelki potu. Pod pachami zaczynały rozlewać się plamy, których
kwaśny odór mieszał się z wonią suchych liści zalegających wokół
budynku.
- Nie możemy. Czarek, po jaką cholerę tu przyjeżdżałeś, co? Skoro
jeszcze nie weszliśmy, a ty już srasz w gacie... Przecież na bank
wiedziałeś, dokąd jedziemy! - zdenerwowała się Dagmara.
- Wiedziałem, ale tak jak ty nie zdążyłem przeczytać nic konkretnego o tym miejscu. I teraz tego żałuję...
- To zostań w samochodzie. My zerkniemy na to i owo, a ty grzecznie
poczekasz. - Do rozmowy dołączył Bartek.
- Mowy nie ma! Nie zostanę tutaj sam! Po moim trupie! - zarzekał się
Czarek, a plamy potu coraz szerzej wykwitały pod jego pachami.
- Słusznie, też bym nie zostawał, mając takie obawy jak ty. Znając
historię tego miejsca i legendy, które opowiadają inni śmiałkowie,
zostający tu na noc... - zaśmiał się Adam, kontynuując opowieść. Nie
zważał na to, że jego kolega robi się coraz bledszy. - Wracając... W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku Niemcy utworzyli na okupowanych
terenach Otwocka getto, które swoim zasięgiem objęło również Zofiówkę.
Nazistowski lekarz Jost Walbum przejął kontrolę nad szpitalem. To
właśnie wtedy warunki uległy drastycznemu pogorszeniu, placówkę zaczęto
traktować jak barak w obozie koncentracyjnym. Zapanowały tu głód, brud,
chłód... Krótko mówiąc, warunki były nieludzkie. W sierpniu czterdziestego
drugiego roku rozegrał się prawdziwy dramat. Niemcy nie chcieli już
dłużej zajmować się chorymi pacjentami i personelem szpitala. W czasie
likwidacji otwockiego getta zamordowali około stu czterdziestu osób.
Część rozstrzelano na miejscu, resztę, która nie zdołała uciec,
wywieziono do Treblinki. Po wojnie budynek Zofiówki znowu odżył. Leczono
tam pacjentów chorych na gruźlicę. Otwock słynął ze swoich "zielonych
płuc" i mahoniowego powietrza, które miało pomóc w powrocie do zdrowia.
Szpital w tamtym czasie zmienił nazwę, lecz w tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym piątym roku powrócono do wcześniejszego nazewnictwa i znów zaczęto leczyć w Zofiówce schorzenia neuropsychiatryczne. Głównymi
pacjentami były wtedy dzieci i młodzież.
- O cholera... Faktycznie stąpamy po cmentarzu... - szepnęła Daga,
przypatrując się niszczejącemu budynkowi.
- Wokół tego szpitala powstało wiele legend. Mówi się o zakonnicy, która
popełniła tu samobójstwo... Podobno po powrocie z misji w Afryce popadła w schizofrenię. Choroba wygrała, a kobieta postanowiła odebrać sobie
życie. Ludzie mówią, że jej duch wraca do tego miejsca, jakby nie mógł
pogodzić się ze śmiercią. Ponoć w czasach, gdy Zofiówka tętniła życiem,
zjawa siostry zakonnej straszyła na korytarzu, zrzucając ze ścian
obrazy, które kiedyś sama namalowała. Było to tak uciążliwe, że w szpitalu odprawiono egzorcyzmy... Oprócz tego w okolicy budynku, a także w jego wnętrzu słychać krzyki, śmiech i płacz dzieci, a samochody po
północy nie odpalają, nie pozwalając odjechać żądnym wrażeń śmiałkom.
Chociaż, jeśli mam być szczery, wydaje mi się, że z tymi autami to
raczej bujdy na resorach. Chłopakom z Urbex History samochód odpalił,
ale z drugiej strony, na nagraniu widać, że sam z siebie mrugnął w nocy
światłami.
- To tym bardziej nie zostałbym przy aucie... - jęknął Cezary, ocierając
pot z czoła. Chwycił EMF, który po włączeniu nie wykazywał żadnej
aktywności. Chłopak odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że dioda urządzenia
nie zmieni koloru z zielonego na czerwony. Gdyby tak się stało, mogłoby
to oznaczać, że coś znajduje się z nimi w jednym pomieszczeniu, a ta
myśl skutecznie jeżyła mu włosy na karku.
- W takim razie musisz iść z nami. - Dagmara wzruszyła ramionami.
- Dobra. - Bartek klasnął w dłonie i potarł je kilkukrotnie. - My tu
gadu-gadu, a trzeba zrobić pierwsze nagrywki, póki jeszcze coś widać.
Puścimy drona, zdobędziemy kilka fajnych ujęć, sprawdzimy, gdzie
najlepiej rozstawić sprzęt, ustalimy plan działania i ruszamy z eksploracją! Może nawet zrobimy krótką transmisję na TikToku, żeby nieco
zanęcić obserwujące nas w necie rybki?
- Tak jest, panie kierowniku - zażartował Adam. Nie mógł się doczekać
wejścia w tajemnicze mury opuszczonego szpitala. Dużo o nim czytał i przygotowywał się do tej wyprawy wiele miesięcy, zbierając informacje o obiekcie i tym, co mogą w nim znaleźć.
Niestety na jedno nie mógł się przygotować. A właśnie to coś czekało w ukryciu, aż zapadnie mrok, gotowe zaatakować, gdy nikt nie będzie się
tego spodziewał.
2
Zofiówka zdawała się robić wszystko, by przepędzić natrętnych intruzów.
Wchodząc we współpracę z aurą, chciała zaznać spokoju. Mury widziały
zbyt wiele, tyle samo wycierpiały, chłonąc krew, płacz i krzyk
niewinnych ludzi. Wiatr hulał pomiędzy drzewami i ścianami, a puste
miejsca po oknach potęgowały wrażenie przygnębienia. Poruszane gałęzie
pojękiwały raz za razem, wprawiając Cezarego w coraz to większy
niepokój, odbierając mu resztki poczucia bezpieczeństwa, zanim jego
stopy stanęły na usłanym liśćmi placu. Grube krople deszczu zaczęły
uderzać o ziemię. Kawałki potłuczonego szkła mokre od wody skrzyły się
niczym rozsypane diamenty. Najgorszy był jednak chłód. Przejmujący,
wdzierający się przez warstwy ubrań, nieprzyjemny. Złowieszczy.
Dagmara wróciła do samochodu po kurtkę, czapkę i chustę, która służyła
jej za szalik. Cieszyła się, że postanowiła ją ze sobą zabrać. O ile na
nocną eksplorację okrycie zabrał każdy z nich, o tyle tylko ona
pomyślała o czapce i czymś, co chroniło szyję przed zimnem. I choć przez
kilka pierwszych kilometrów trasy wysłuchiwała głupich dowcipów kolegów,
że szykuje się na Sybir, a nie na urbex, to w duchu powtarzała, że ci
idioci jeszcze będą jej zazdrościć rozsądnego podejścia do zmiennej,
jesiennej aury. Mówi się, że w marcu jest jak w garncu, ale rzadziej
wspomina się o jesieni. Bywa równie kapryśna. Raz słońce, raz deszcz, a czasem nawet spadające płatki śniegu, których często brakowało w grudniu. Dagmara była wielkim zmarzluchem. Nawet latem, gdy inni szukali
cienia, by móc ukryć się przed spiekotą, ona wystawiała swoje ciało na
ciepłe promienie. Nie znosiła jesieni. O ile zimę jeszcze tolerowała, o tyle jesień co roku stawała się dla niej koszmarem. Na samą myśl o chłodnych, wilgotnych wieczorach, deszczu lejącym się z nieba,
przenikliwym wietrze i mglistych, szaro-burych porankach robiło jej się
niedobrze. Z niedowierzaniem kręciła głową, gdy dziewczyny zwane
"jesieniarami" cieszyły się z kubkiem herbaty w ręku, otulały się
kocykiem i patrzyły na deszcz dudniący o parapet. Z czego tak właściwie
te dziewuchy się tak cieszą? Z zimna, przemoczonych ubrań, poskręcanych
od wilgoci włosów i braku ogrzewania, bo spółdzielnie mieszkaniowe
czekały na większe chłody? A może z tego, że rano było zimno i należało
ubierać się cieplej, a gdy po południu pogoda się zmieniała, do domu
wracała spocona, jakby zamiast spaceru zahaczyła o siłownię? Zimę jakoś
akceptowała, pod warunkiem, że obfitowała w śnieg. Na zewnątrz było
jaśniej, czyściej dzięki pokrywie śnieżnej, a mróz nie skręcał jej
niesfornych włosów. Wiedziała, że zimą trzeba ubrać się cieplej, a pogoda raczej nie zaskoczy ją nagłą zmianą. Co najważniejsze, od zimy
było już zdecydowanie bliżej do wiosny niż od wtedy, gdy za oknem w najlepsze trwała jesień. Zimą żyła więc nadzieją, że mroźne dni ustąpią
miejsca cieplejszym, a ona znów poczuje się w pełni komfortowo.
- Byłem w środku. - Adam szedł w jej stronę, a na jego twarzy malował
się szeroki uśmiech.
- Gratuluję. Czekasz na brawa czy może jakiś medal? - odpowiedziała
sarkastycznie, poklepując go po ramieniu. Nie bardzo wiedziała, dlaczego
uśmiechał się tak szeroko. Nie należał do strachliwych osób, dlatego
trudno było jej zrozumieć, skąd ta radość związana z wejściem do
opustoszałego obiektu.
- Możesz bić, czemu nie, chociaż nie o to mi chodziło - dodał szybko,
wyjmując z samochodu statyw schowany w czarnym pokrowcu.
- To mnie oświeć.
- Wiesz, jaki tam jest niesamowity klimat? Czuć go tak mocno, że nawet
naszemu sceptykowi włoski na karku stanęły dęba. - Zachichotał. - A weszliśmy na razie tylko do budynku recepcji, bo ten główny zostawiamy
chyba na później. I tak sobie pomyślałem, że może tę transmisję
pociągniemy dłużej.
- Ale nigdy tak nie robiliśmy. Zwykle nagrywaliśmy krótką zapowiedź na
stories i na shortsy. Co się zmieniło, że chcesz teraz pokazywać na
żywo część eksploracji?
Dagmara nie podzielała tego entuzjazmu. Czuła lekki niepokój, że zbyt
szybko odsłonią karty przed widzami, przez co nikt nie obejrzy całego
materiału. Niestety nie zarabiali na kanale kokosów, ale każde
wyświetlenie było dla nich na wagę złota. Kasa wpadała, owszem, ale nie
była na tyle duża, by zrezygnować ze stałej pracy i poświęcić się
wyłącznie rozwijaniu kanału. Zdziwiło ją więc podejście Adama, który sam
niejednokrotnie powtarzał, że najmocniejsze materiały powinny trafiać
tam, gdzie można było najwięcej na nich zarobić. Gdzie więc w tym
wszystkim plasował się TikTok? Nie miała pojęcia.
- To będzie taki eksperyment. Zarzucimy wędkę, pokazując początek
eksploracji, a później będziemy łowić te wszystkie rybki, gdy materiał
trafi na kanał.
- Ach, czyli taki jest twój plan... Nie czerpać radości z eksploracji, a wyłącznie wycisnąć z materiałów jak najwięcej kasy?
Nie potrafiła zrozumieć takiego zachowania. ForsakenPlaces było dla
niej czymś więcej niż monetyzacją hobby. To miejsce, w którym chciała
się dzielić swoją nietypową jak na kobiece zainteresowania zajawką.
Kochała urbex, interesowały ją interakcje z tym, co nie było namacalne,
i chciała pokazywać to ludziom o podobnych zainteresowaniach. Zarobek
był jedynie przyjemnym dodatkiem. Miała normalną pracę, która zapewniała
jej stabilne życie. Gdy usłyszała o łowieniu rybek, poczuła, jak coś w niej pęka. Czy zatem to, co początkowo zakładali, miało jeszcze
jakikolwiek sens? Liczyła się wyłącznie kasa? Obawiała się, że właśnie
przez pogoń za pieniędzmi eksploracje opuszczonych miejsc stracą swoją
wartość i przestaną mieć znaczenie.
- Zaczynamy transmisję? - krzyknął Bartek, wychodząc z budynku przez
dziurę po oknie. Trzymał w ręku Spirit Boxa. Wiele osób nie do końca
wierzyło w działanie tego urządzenia i Bartek mógłby z powodzeniem
stanąć na czele tychże niedowiarków. Jako sceptyk uważał, że Spirit Box,
czyli P-SB7, to tylko zepsute radio, które skanuje nader szybko
częstotliwości, a charakterystyczne, niejednokrotnie niezrozumiałe
piknięcia i wyrwane z kontekstu słowa są jedynie wynikiem łapania
przypadkowych fal radiowych.
Zupełnie inną teorię miał Adam. Wierzył, że duchy są rodzajem materii,
która potrafi oddziaływać na niektóre rzeczy, chociażby na fale radiowe.
Uważał, że manipulują urządzeniem i wręcz odciskają swą energię w białych częstotliwościach fal radiowych, dzięki czemu mogą się z nami
komunikować, przesyłając zwięzłe komunikaty. Nieraz słyszał, jak Spirit
Box odpowiadał na ich pytania pojedynczymi słowami. Czasem odpowiedzi
mroziły krew w żyłach, innym razem były nic nieznaczącymi przerywnikami
charakterystycznych dla urządzenia piknięć.
- Widzę, że i ty się w to wkręciłeś? - zapytała Dagmara, nie kryjąc
rozczarowania. Liczyła, że wszystko będzie szło utartym rytmem, do
którego zdążyła się przyzwyczaić. Nie znosiła zmian, zwłaszcza tych
nagłych, do których nie była przygotowana. Nawet tak z pozoru
nieistotnych jak transmisja; nigdy wcześniej nie zaczynali jej podczas
eksploracji.
- Daga, czasem trzeba spróbować czegoś nowego, by nie popaść w twórczą
stagnację - stwierdził Bartek, poprawiając zsuwające się z czoła GoPro.
- Jak uważacie... - westchnęła, po czym wzięła swoje różdżki i ruszyła ku
zimnym murom Zofiówki.
Nim wkroczyła do środka, uniosła głowę, by spojrzeć raz jeszcze na
monumentalny, opuszczony gmach. Dwie potężne kolumny podtrzymywały
piętro budynku recepcji. Nad jej głową znajdował się balkon, na którym
roślinność od dawna zaczęła tworzyć własne życie. Zatrzymała wzrok na
dwóch betonowych wspornikach. Widziała, jak duży ciężar dźwigają. Nie
zdziwiłaby się, gdyby cichutko pojękiwały, żaląc się na swój ciężki los.
Pod balkonem, dokładnie między dwiema kolumnami, setki pacjentów oraz
późniejszych kuracjuszy wchodziło do świetnie prosperującego budynku.
Teraz, gdyby ktoś chciał tędy wyjść, odbiłby się od brudnych cegieł,
które prawdopodobnie w dniu zamurowania wejścia miały kolor biały.
Obecnie były poszarzałe i pobazgrane przez wandali.
Dagmara zwlekała chwilę z podejściem do otworu okiennego stanowiącego
teraz jedno z głównych wejść do pierwszego, niezbyt dużego budynku.
Wzięła głębszy wdech i ruszyła przed siebie, ostrożnie stawiając kroki.
Wszędzie szkliły się resztki potłuczonych butelek. Wsadziła różdżki
między zęby, po czym oparła dłonie o coś, co kiedyś z pewnością musiało
być parapetem. Ostrożnie podciągnęła się i już po chwili znalazła się w środku. Zniszczenia, jakie tu zastała, były ogromne.
Dopiero teraz zrozumiała, co mieli na myśli jej koledzy, mówiąc o niezwykłym klimacie tego miejsca. Puste, pokryte tagami ściany z ziejącymi nicością dziurami zamiast okien zdawały się emanować mrokiem i chłodem tak silnym, że odruchowo poprawiła chustę, próbując ukryć w niej
twarz. Przez moment miała nieprzyjemne wrażenie, że coś zimnego
delikatnie musnęło jej policzek. Wzdrygnęła się. Nigdy wcześniej nie
doświadczyła czegoś tak namacalnego. Mogłaby przysiąc, że poczuła
chłodny dotyk. Tak lodowaty, że delikatna skóra na rumianym policzku
natychmiast ją zaszczypała.
- Co jest, Daga? Cykasz się, jak Czaruś? - zaśmiał się idący za nią
Bartek.
- Nie - powiedziała zbyt szybko i oschle. Odchrząknęła i dodała nieco
przyjemniejszym tonem: - Po prostu czuję, że są tutaj o wiele większe
siły, niż początkowo myślałam. Z tych ścian aż bije strach i zło, nie
czujesz tego?
Chłopak podrapał się po głowie. Wykrzywił nieznacznie usta i uniósł
brew. Rozejrzał się po ruinie.
- No jakoś nie za bardzo. Może dlatego, że nie do końca wierzę w te
opowiastki o duchach? Polecam, naprawdę. Od razu przestaniesz czuć coś,
czego nie ma. Wiesz, jak się z tym lepiej żyje?
Dagmara pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Nie będę się z tobą kłócić, Bartek. Nie mam na to ani czasu, ani
ochoty. A już tym bardziej nie mam na to energii, którą muszę
spożytkować na coś innego.
- Na te twoje pogadanki z duchami? - prychnął, po czym zaśmiał się
ironicznie.
- Skończ, okej? To, że jesteś zamknięty na to, co nas otacza, nie daje
ci prawa do wyśmiewania osób bardziej otwartych na świat niż ty. Jeśli
masz zamiar na każdym kroku dawać mi do zrozumienia, że to, co robię,
jest głupotą, to po prostu zejdź mi z drogi i zajmij się eksploracją z dala ode mnie. To nam obojgu dobrze zrobi.
- Mamy inne pojęcie o robieniu dobrze, więc nie zgadzamy się również na
innych płaszczyznach życiowych - zarechotał. Dagmara przewróciła oczami
i westchnęła znudzona wymianą zdań. Przez moment pomyślała, że Bartek
jest strasznie obleśny. Miała nadzieję, że podczas eksploracji będzie
szedł z dala od niej.
Chciała jak najszybciej oddalić się od niego. Bardzo dbała o to, by nie
wchodzić w polemikę z osobami, które nie rozumiały jej zainteresowań.
Każdą wymianę zdań, w której obie strony bronią swoich racji, uważała za
niepotrzebną stratę energii. Nie odpowiadając na jego niesmaczny
komentarz, udała się do dużego pomieszczenia po prawej stronie. Pod
nogami chrzęściły piach i suche liście, ciśnięte przez porywisty wiatr w otwory okienne. Tylko w kilku miejscach zachowała się resztka posadzki,
po której niegdyś chodzili personel i pacjenci. Białe i zielone kwadraty
musiały wówczas tworzyć niezwykłą, okazałą mozaikę.
Gdy próbowała skupić się na otaczającej ją energii, usłyszała
nawoływanie z niewielkiego przedsionka, z którego schody prowadziły na
piętro.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki