Zodiak - Romina Russell

-
Proszę czekać

1

Dwanaście holograficznych symboli sunęło korytarzami Akademii, przenikając przez wszystkich niczym kolorowe duchy. Znaki odpowiadały poszczególnym Domom systemu gwiezdnego Zodiaku, a ta swoista parada miała symbolizować jedność i zachęcać do współpracy. Ale tego dnia wszyscy byli zbyt zajęci rozmowami o dzisiejszej poczwórnej koniunkcji księżyców, żeby zwracać na nie uwagę.

- Gotowa na dzisiaj? - zapytała mnie Nishiko.

Przyjechała do Akademii z Domu Strzelca w ramach wymiany i w tym czasie była moją przyjaciółką. Machnęła ręką przed swoją szafką i drzwiczki odskoczyły z cichym szczękiem.

- Taa... Ale na test nie jestem gotowa - odparłam, odprowadzając wzrokiem znaki Zodiaku oddalające się korytarzem.

Nikt z akolitów nie został zaproszony na uroczystości, więc urządzaliśmy własną imprezę na terenie kampusu. Po genialnym pomyśle Nishi przekupienia pracowników sali jadalnej, tak aby nasza nowa piosenka znalazła się na liście utworów odtwarzanych w porze lunchu, nasz zespół wygrał głosowanie w Akademii i zagramy podczas oficjalnej zabawy.

Wsunęłam dłoń do kieszeni płaszcza, chcąc się upewnić, że wzięłam swoje pałeczki.

- A powiedzieli ci, dlaczego chcą, żebyś ponownie do niego przystąpiła? - zapytała Nishi, zatrzaskując swoją szafkę.

- Prawdopodobnie z tego samego powodu, co zwykle - powiedziałam, wzruszając ramionami. - Nigdy nie pokazuję swoich prac.

- No nie wiem... - Nishi zmarszczyła brwi w ten typowy dla Domu Strzelca sposób mówiący: "Wszystko mnie ciekawi". - Może chcą się dowiedzieć więcej na temat tego, co ostatnim razem widziałaś w gwiazdach.

Pokręciłam głową.

- Dostrzegłam to tylko dlatego, że nigdy nie używam astralatora. Wszyscy doskonale wiedzą, że intuicji nie da się potwierdzić naukowo.

- Fakt, że używasz innych metod, nie znaczy, że się mylisz - powiedziała Nishi. - Sądzę, że chcą się dowiedzieć więcej o tym, co widziałaś.

Zrobiła pauzę, wyraźnie czekając, aż coś powiem. Ponieważ jednak milczałam jak zaklęta, drążyła dalej.

- Mówiłaś, że to było czarne? I... wiło się?

- Tak jakby - wymamrotałam pod nosem.

Nishi wiedziała, że nie lubię rozmawiać o mojej wizji. Ale poprosić Strzelca o powściągnięcie ciekawości to jak poprosić Raka o porzucenie przyjaciela w potrzebie. To zwyczajnie leżało w sprzeczności z naszą naturą.

- Miałaś tę wizję jeszcze raz po sprawdzianie? - naciskała Nishi.

Milczałam jak zaklęta. Unoszące się w powietrzu symbole skręcały za róg. Zanim całkowicie zniknęły, zdążyłam jeszcze dostrzec symbol Ryb.

- Powinnam już iść - odezwałam się po chwili, posyłając przyjaciółce uśmiech, aby nie pomyślała, że się na nią obraziłam. - Do zobaczenia na scenie.

***

W korytarzach wciąż roiło się od niespokojnych akolitów, więc nikt nie zwrócił na mnie uwagi, gdy wślizgnęłam się do pustej sali lekcyjnej pani Tidus. Nie włączyłam światła i przemierzałam ciemną salę, kierując się instynktem.

Gdy dotarłam do biurka nauczyciela, przesunęłam po nim dłonią, aż natrafiłam na zimną, metalową powierzchnię. Włączyłam efemerydę, chociaż dobrze wiedziałam, że nie powinnam tego robić.

Ciemność sali została rozdarta światłem gwiazd.

Na samym środku pomieszczenia zawisły niezliczone, migające punkty tworzące dwanaście gwiazdozbiorów - Domy Zodiaku. Na tle gwiazd wirowały nieco większe kule korowego światła - nasze planety i księżyce. W samym środku tego wszystkiego płonęła kula jasnego ognia - Helios.

Wyjęłam z kieszeni pałeczkę i zakręciłam nią w powietrzu, aż wśród migoczących gwiazd i planet dostrzegłam kulę kłębiącego się błękitu, najjaśniejszy punkt na tle konstelacji Raka... Tęskniłam za domem.

Błękitna planeta. Rak.

Sięgnęłam ku niej, ale moja dłoń przeniknęła na wskroś przez holograficzny obraz. Obok mojej ojczystej planety widniały cztery mniejsze szare kulki ustawione w równym rzędzie. Poczwórna koniunkcja księżyców - jedyna w naszym tysiącleciu.

Nasza szkoła znajdowała się na największym i najbliższym planety księżycu - Elarze. Wielką bryłę szarej skały dzieliliśmy z prestiżowym Uniwersytetem Zodian, który gościł studentów ze wszystkich Domów.

Zerknęłam nerwowo w kierunku drzwi - uczniom nie wolno było włączać szkolnej efemerydy bez nadzoru nauczyciela. Spojrzałam ostatni raz na planetę będącą moim domem, wirującą kulę różnych odcieni błękitu, i wyobraziłam sobie tatę zajmującego się narmałżami w naszym przytulnym domku na brzegu Oceanu Raka. Poczułam w nozdrzach przejmującą woń słonej wody, a na skórze miłe ciepło promieni Heliosa - zupełnie jakbym naprawdę tam była... Efemeryda zamigotała i nasz najmniejszy, najbardziej oddalony od planety księżyc zniknął.

Zmarszczyłam brwi i wbiłam wzrok w puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą wisiała szara kulka Teby. Wtem pozostałe nasze księżyce zaczęły gasnąć jeden po drugim.

Obróciłam się, aby przyjrzeć się pozostałym Domom, i nagle cała mapa wybuchła oślepiającym rozbłyskiem, po czym zgasła i salę ponownie spowiła nieprzenikniona ciemność. Chwilę potem jednak zaczęły mnie otaczać różne kształty. Pojawiały się na ścianach, suficie, ławkach - na każdej możliwej powierzchni widniały wielokolorowe hologramy. Niektóre z nich rozpoznawałam, pamiętałam je z lekcji. Ale było ich tak wiele - słowa, obrazy, równania, diagramy, wykresy... Więcej niż byłam w stanie ogarnąć wzrokiem.

- Akolitko Rho!

Salę nagle zalało jasne światło lamp. Wszystkie hologramy zniknęły i pomieszczenie znowu stało się zwykłą salą lekcyjną. Efemeryda spoczywała niewinnie na biurku nauczyciela.

Przy biurku stała pani Tidus. Jej wiekowa, pulchna twarz zawsze miała nieodmiennie miły wyraz, więc trudno było stwierdzić, czy jest na mnie zła.

- Miałaś zaczekać na mnie przed salą - upomniała mnie nauczycielka. - Mówiłam ci to wielokrotnie. Akolitom nie wolno używać szkolnej efemerydy bez nadzoru nauczyciela. I doprawdy nie wiem, do czego potrzebna ci na sprawdzianie pałeczka do perkusji.

- Przepraszam, psze pani - odparłam cicho.

Schowałam szybko pałeczkę do kieszeni. Za nauczycielką znajdowało się jedyne odstępstwo od wszechobecnej bieli pokrywającej ściany, sufit i podłogę sali - wysoko na ścianie, wielkimi, błękitnymi literami była wypisana ulubiona przestroga Zodian: "Ufaj tylko temu, czego możesz dotknąć".

Do sali wszedł dyrektor Lyll. Otworzyłam szeroko oczy zdziwiona obecnością na moim sprawdzianie sternika Akademii. Wyznaczenie mnie jako jedynej do ponownego podejścia do testu było wystarczająco stresujące. Miałam wykonać zadanie pod okiem surowego dyrektora? Zaczynałam wątpić, czy sobie poradzę.

- Akolitko - odezwał się szorstkim głosem dyrektor - zajmij swoje miejsce i możemy zaczynać.

Pan Lyll był wysokim i szczupłym, wręcz chudym człowiekiem. W przeciwieństwie do pani Tidus nie było w nim nic przyjemnego. Cóż, to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o teorię Nishi, że chcą tylko usłyszeć więcej szczegółów mojej wizji.

Osunęłam się na krzesło. Żałowałam, że w sali nie było okna. Matka Origena, Strażniczka naszego Domu, wylądowała niespełna godzinę temu razem ze swoimi doradcami i z gwardią Domu Raka. Chciałabym móc chociaż rzucić na nich okiem.

To był mój ostatni rok nauki w Akademii. Dokumenty moje i moich kolegów oraz koleżanek zostały już przekazane władzom Uniwersytetu Zodian. Tylko absolutnie najlepsi akolici mieli szansę na przyjęcie.

Najwybitniejsi absolwenci uczelni mogli zaś wstąpić w szeregi Zakonu Zodian, który odpowiadał za utrzymanie pokoju w Zodiaku. Najlepsi z najlepszych trafiali do gwardii swojego Domu. Był to najwyższy zaszczyt, jakiego mógł dostąpić członek zakonu.

W dzieciństwie często fantazjowałam o zostaniu gwardzistką. Aż pewnego dnia zdałam sobie sprawę z tego, że to jednak nie było moje marzenie.

- Ponieważ dzisiaj na naszym księżycu odbywają się tak ważne uroczystości - powiedział dyrektor - musimy się pośpieszyć.

- Rozumiem, proszę pana - odrzekłam.

Ręce mi się trzęsły i próbowałam się powstrzymywać przed sięgnięciem do kieszeni po pałeczki. Wyszłam na środek sali, a dyrektor włączył efemerydę.

- Poprosimy o ogólny odczyt poczwórnej koniunkcji.

Salę ponownie spowiła ciemność, aby po chwili w powietrzu zajaśniało dwanaście gwiazdozbiorów. Zaczekałam na uformowanie się całego Zodiaku, po czym skoncentrowałam się i spróbowałam odnaleźć swój środek. To był pierwszy krok czytania w gwiazdach.

Efemeryda przedstawiała bieżące odwzorowanie całej przestrzeni. Kiedy jednak odnajdzie się swój środek, można za jej pomocą połączyć się z siecią psi, zbiorową świadomością Zodiaku - wtedy nie jest się już ograniczonym do świata namacalnego. Wówczas można czytać to, co jest zapisane w gwiazdach.

Poszukiwanie środka zaczynało się od rozluźnienia oczu, tak aby zaczęły się zjeżdżać ku sobie, jak przy wpatrywaniu się w stereogram. Potem trzeba było przywołać z umysłu to, co pozwalało osiągnąć największy wewnętrzny spokój. Nie było istotne, czy będzie to wspomnienie, obraz czy historia - musiało sięgać w głąb duszy.

Gdy byłam bardzo mała, mama nauczyła mnie starożytnej techniki, której używali pierwsi Zodianie. Nazywała się Yarrot i wywodziła się z jakiejś prastarej, dawno zapomnianej cywilizacji. Składała się z szeregu postaw, które miały naśladować dwanaście znaków Zodiaku. Wystudiowane ruchy powodowały zgranie ciała i umysłu z gwiazdami. Im dłużej ktoś ćwiczył, tym łatwiej przychodziło odnajdywanie środka... Kiedy jednak mama nas opuściła, zarzuciłam ćwiczenia.

Wpatrywałam się w cztery szare kulki wiszące obok Raka i nie mogłam się zmusić do rozluźnienia wzroku. Za bardzo się martwiłam, że Teba znów zniknie. Mój brat Stanton na niej pracował.

Ludzie z Domu Raka byli znani z silnych więzi rodzinnych. Inne Domy zwykły mówić, że ukochane osoby zawsze stawiamy wyżej od siebie. A jednak jedno po drugim - najpierw mama, potem mój brat, a na koniec ja - opuściliśmy tatę. Opuściliśmy nasz dom.

- Cztery minuty.

Wyciągnęłam z kieszeni pałeczkę i zakręciłam nią w palcach. Po chwili ten znajomy ruch mnie uspokoił. Zaczęłam w myślach grać swój ostatni utwór, z każdym powtórzeniem coraz wyraźniej słysząc rytm. Po jakimś czasie nie słyszałam już nic innego.

Po minucie, może dwóch, co w moim odczuciu trwało jednak całą wieczność, mój umysł wyzwolił się z ciała i unosił się wyżej, coraz wyżej, ku Heliosowi. Światła konstelacji Raka zaczęły się poruszać, korygując swoje ustawienie na niebie. Nasze cztery księżyce - Elara, Orion, Galena i Teba - również się przesunęły, zajmując miejsca, w których znajdą się za kilka godzin, podczas koniunkcji.

Nauczycielka i dyrektor nie widzieli tych ruchów, bo odbywały się wyłącznie w sieci psi - wewnątrz mojego umysłu. To, jak wiele poszczególni Zodianie potrafią dostrzec w tym stanie, zależy od poziomu wrodzonych zdolności i wyuczonych umiejętności. Dlatego też każde z nas inaczej widziało przyszłość.

Gwiazdy wędrujące po holograficznej mapie pozostawiały słabe, świecące ślady, które szybko zanikały. Przy użyciu astralatora możemy dokładnie zmierzyć ich ruchy i ułożyć odpowiednie równania - jeśli jednak zaczęłabym je rozwiązywać, nie doszłabym do niczego sensownego przed koniunkcją. A jak słusznie zauważył dyrektor Lyll, mieliśmy niewiele czasu.

Skoncentrowałam się na gwiazdach tak mocno, jak tylko zdołałam. Wkrótce bardziej wyczułam niż usłyszałam delikatny rytm, słaby dźwięk dobiegający gdzieś z oddali. Brzmiało to tak, jakby ktoś grał na bębnie... Chociaż nie, może bardziej jak czyjś puls. Powolny rytm, który z jakiegoś powodu wydał mi się złowrogi... Tak jakby coś ku nam zmierzało, coś mrocznego.

Wtedy spłynęła na mnie wizja - ta sama, którą widywałam regularnie od tygodnia. Ciemna, kłębiąca się masa, ledwie dostrzegalna na tle absolutnej czerni kosmosu, wdzierająca się do naszego układu zza dwunastego Domu - Domu Ryb. Wpływ tej czarnej chmury zdawał się zniekształcać gwiazdozbiór Raka.

Problem z sięganiem w głąb własnego umysłu bez użycia astralatora polegał na tym, że nie było sposobu na odróżnienie znaków i przestróg pochodzących od gwiazd od tych, które wytwarzała podświadomość.

Wtedy Teba ponownie zniknęła.

- Widzę niekorzystny omen - wyrzuciłam z siebie na głos. - Groźną opozycję gwiazd.

Efemeryda zniknęła i pani Tidus włączyła z powrotem światło w sali. Dyrektor Lyll się żachnął.

- Nonsens - żachnął się. - Pokaż mi swoje obliczenia.

- Ja... - zająknęłam się. - Zapomniałam swojego astralatora.

- Nie wykonałaś nawet jednego działania! - wybuchnął dyrektor i zwrócił się do pani Tidus: - Czy to jakaś kpina?

Pani Tidus odezwała się z drugiego końca sali.

- Rho, sam fakt, że się tu i teraz zebraliśmy, powinien ci uzmysłowić, jak ważny jest ten sprawdzian. Najważniejsze decyzje w ramach planowania długoterminowego zależą od jak najbardziej precyzyjnych odczytów gwiazd. Inwestycje, plany budowlane, dobór plonów... Miałam nadzieję, że dzisiejszy sprawdzian potraktujesz poważniej.

- Przepraszam... - powiedziałam, paląc się ze wstydu.

- Twoje nieortodoksyjne metody cię zawodzą - ciągnęła nauczycielka. - Teraz oczekuję, że dokonasz obliczeń tak, jak robią to wszyscy twoi koledzy.

Miałam wrażenie, że nawet czubki moich palców u stóp są czerwone.

- Czy mogę pójść po mój astralator? - spytałam nieśmiało.

Nie odpowiadając na moje pytanie, dyrektor Lyll otworzył drzwi, wyszedł na korytarz i zawołał:

- Czy ktoś ma astralator, który mógłby pożyczyć nieprzygotowanej akolitce?!

Usłyszałam zbliżające się miarowe kroki. Po chwili dyrektor cofnął się, a do sali wszedł postawny mężczyzna z małym przedmiotem w dłoni. Ledwo powstrzymałam okrzyk zdumienia.

- Gwiazda Przewodnia Mathias Thais! - krzyknął dyrektor Lyll, wyciągając dłonie zaciśnięte w pięści w kierunku przybysza, aby zetknąć je z jego pięściami w tradycyjnym powitaniu. - Niezmiernie się cieszę, że zdołał pan powrócić na nasz księżyc na czas uroczystości.

Mężczyzna kiwnął głową, ale nie odezwał się nawet słowem. Nadal był niesamowicie nieśmiały. Pierwszy raz widziałam go blisko pięć lat temu, kiedy studiował na Uniwersytecie Zodian. Miałam wtedy dwanaście lat i właśnie zaczynałam naukę w Akademii. W pierwszych miesiącach zbyt mocno tęskniłam za dźwięcznym szumem Oceanu Raka, żeby móc zmrużyć oko na dłużej niż kilka godzin każdej nocy, więc dużo czasu spędzałam na spacerach po zamkniętym kompleksie rozmiarów niewielkiego miasta, który dzieliliśmy z Uniwersytetem.

W ten sposób odkryłam solarium.

Znajduje się ono na samym skraju zabudowań, po stronie uniwersyteckiej. Jest to obszerne pomieszczenie ze ścianami i z sufitem złożonymi z okien.

Pamiętam, jak weszłam tam po raz pierwszy i oniemiała przyglądałam się, jak Helios powoli wyłaniał się zza krzywizny księżyca. Zamknęłam oczy i cieszyłam się ciepłem pomarańczowo-czerwonych promieni. Aż nagle usłyszałam za sobą jakiś hałas.

W cieniu wykonanej z miejscowego kamienia rzeźby przedstawiającej naszą Strażniczkę stał chłopak. Oczy miał zamknięte i był pogrążony w medytacji. Od razu rozpoznałam pozycję - ćwiczył Yarrot.

Wróciłam do solarium następnego dnia z książką do poczytania i spotkałam go ponownie. Wkrótce stało się to moim rytuałem. Czasem byliśmy sami, a niekiedy w pomieszczeniu były też inne osoby. Nigdy nie zamieniliśmy choćby słowa, ale sama jego obecność w jakiś sposób pomagała mi radzić sobie z tęsknotą za domem. A może sprawiały to znajome pozycje Yarrota?

- Wspaniały astralator - zauważył dyrektor, przyglądając się przyrządowi w dłoni mężczyzny. - Proszę go dać akolitce Rho.

Przełknęłam z trudem ślinę, kiedy przybysz spojrzał na mnie po raz pierwszy od pojawienia się w sali.

W jego ciemnoniebieskich oczach dostrzegłam zaskoczenie. Rozpoznał mnie! Ciepło zalało mnie przyjemną falą, zupełnie jakby na moją skórę padały promienie Heliosa.

Chłopak, którego pamiętałam, teraz członek Gwiazd Przewodnich, miał ponad dwadzieścia lat. Wyraźnie urósł i zmężniał, a jego lekko kręcone włosy były teraz krótko przystrzyżone, zgodnie z męską modą Zodian.

- Proszę, nie upuść go - odezwał się łagodnym barytonem, na którego dźwięk dostałam gęsiej skórki.

Gdy brałam od niego astralator, nasze dłonie na chwilę się zetknęły. Ten przelotny dotyk sprawił, że wzdłuż mojego ramienia przebiegł przyjemny dreszcz.

- To pamiątka rodzinna - dodał cicho, abym tylko ja mogła go usłyszeć.

- Akolitka zwróci go osobiście po zakończeniu egzaminu w stanie nienaruszonym - powiedział dyrektor Lyll, przeszywając mnie wzrokiem. - Jej ocena będzie zależeć od jego stanu w chwili powrotu do właściciela.

Zanim zdołałam wykrztusić z siebie choćby słowo, Mathias Thais odwrócił się i opuścił salę. Wspaniale - pewnie pomyśli, że jestem niemową.

- Jeszcze raz - nakazał dyrektor z wyraźnym zniecierpliwieniem.

Efemeryda ponownie wypełniła salę. Gdy odnalazłam swój środek i księżyce ustawiły się w równym rzędzie, wyciągnęłam ostrożnie cylindryczny przyrząd przed siebie i skierowałam go w stronę zanikających śladów ruchów gwiazd. Wszyscy w Domu Raka mają doskonałą pamięć, a moja była uważana za świetną nawet jak na nasze standardy. Nie musiałam więc notować pojawiających się liczb. Kiedy wykonałam wszystkie pomiary potrzebne do przygotowania przepowiedni, dyrektor wyłączył efemerydę.

Gdy zadźwięczał brzęczyk zegara odliczającego czas, jeszcze kończyłam obliczenia. W końcu pojawił się ostatni potrzebny wynik. Wtedy dostrzegłam, że dyrektor miał rację - w gwiazdach nie było żadnej opozycji.

- Twoje obliczenia wyglądają na poprawne - oznajmił szorstko pan Lyll. - Widzisz, o ile lepsze uzyskujesz wyniki, gdy wykonujesz prawidłowo polecenia i używasz właściwych przyrządów?

- Tak, proszę pana - odparłam, chociaż cały czas coś nie dawało mi spokoju. - Proszę pana... A co, jeśli używanie astralatora jest krótkowzrocznością? Co, jeśli tym razem nie dostrzegłam omenu, ponieważ zaburzenie jeszcze nie dotarło w pobliże naszych księżyców? Jeśli wciąż jest na skraju Zodiaku, astralator nie uwzględni go w obliczeniach, prawda?

Dyrektor ciężko westchnął.

- Znowu ten nonsens. Cóż, przynajmniej zdałaś.

Cały czas kręcąc głową, podszedł do drzwi i je otworzył.

- Instruktorko Tidus - powiedział, zatrzymując się - oczekuję pani w swoim gabinecie po zakończeniu uroczystości.

Gdy drzwi zamknęły się za dyrektorem, nauczycielka uśmiechnęła się do mnie.

- Rho, ile razy trzeba ci powtarzać? - zapytała z troską w głosie. - W nauce astrologicznej nie ma miejsca na twoje mądre teorie i niestworzone historie.

- Tak, proszę pani.

Pokiwałam głową, mając nadzieję, że to ja się mylę, a nie ona.

- Masz talent, Rho. Nikt temu nie przeczy i nie chce cię zniechęcać - podjęła pani Tidus, podchodząc do mnie. - Pomyśl o swojej grze na perkusji. Najpierw musiałaś opanować podstawy, zanim zaczęłaś tworzyć własne partie. Z astrologią jest tak samo. Jeśli będziesz codziennie ćwiczyć z astralatorem w efemerydzie treningowej, z pewnością szybko poprawisz zarówno sprawność wykonywania obliczeń, jak i swoją technikę.

Na widok szczerego współczucia w jej spojrzeniu zrobiło mi się wstyd, że nie starałam się nauczyć lepiej posługiwać astralatorem. Jednak przede wszystkim chodziło o to, że nalegania pani Tidus na codzienne ćwiczenia przywoływały na myśl mamę, a te wspomnienia chciałam ukryć gdzieś głęboko, poza zasięgiem świadomości.

Niestety rozczarowanie pani Tidus bolało równie mocno, co wspominanie mamy.

***

Pobiegłam do swojego pokoju w dormitorium, żeby przebrać się na występ. Miałam za mało czasu, żeby poszukać Mathiasa Thaisa i oddać mu astralator. Uznałam, że nic się nie stanie, jeśli zrobię to po zakończeniu uroczystości.

Dotknęłam panelu na drzwiach, te odsunęły się na bok z cichym sykiem. Weszłam do środka i gdy tylko drzwi zasunęły się za mną z powrotem, szybko zrzuciłam błękitny kombinezon Akademii i włożyłam nowiutki kombinezon kosmiczny - atramentowoczarny i doskonale przylegający do ciała - który kupiłam sobie jako prezent na nadchodzące urodziny. Nishiko padnie, kiedy mnie zobaczy!

Zanim wyszłam z pokoju, sięgnęłam jeszcze po moją falę - niewielkie złote urządzenie w kształcie muszli małża. W Domu Raka powszechne jest przekonanie, że wiedza jest jak woda - płynna, w nieustannym ruchu. Dlatego też nosimy przy sobie nasze fale, które umożliwiają nam rejestrowanie, przeglądanie i przesyłanie informacji. Gdy tylko otworzyłam klapkę urządzenia, przestrzeń dokoła mnie wypełniła się holograficznymi obrazami: nagłówkami artykułów, wiadomościami od znajomych i przypomnieniami z kalendarza.

Gdy pani Tidus wyłączyła efemerydę, zdążyłam zaledwie rzucić okiem na hologramy w jej pokoju. Zwróciłam wtedy uwagę na jeden z obrazów...

- Skąd pochodzimy? - zapytałam.

Przed moimi oczami pojawił się duży, holograficzny obraz, przesłaniając te wyświetlane dotąd. Przedstawiał exodus z odległej planety, dawno zaginionej w odmętach dziejów. Miała dziwną nazwę - Ziemia.

Archeologowie byli przekonani, że nasi starożytni przodkowie wywodzą się właśnie z tego świata. Obraz, na który teraz patrzyłam, ukazywał ich przybycie do naszej galaktyki przez Heliosa. Nikt chyba jednak nie wierzył, że tak to się odbyło. Przewinęłam w fali artykuły o naszej historii, aż dotarłam do obrazu przedstawiającego dwanaście gwiazdozbiorów. Tyle że na hologramie pani Tidus konstelacji nie było dwanaście.

Była jeszcze trzynasta.

Prolog

Gdy myślę o domu, widzę głównie błękit. Falujący błękit oceanu, nieskończony błękit nieba i głęboki błękit oczu mamy. Czasem zadaję sobie pytanie, czy jej oczy naprawdę były niebieskie? Może to błękit Raka zabarwił je na ten kolor w mojej pamięci... Zapewne nigdy nie poznam prawdy, bo przy okazji przeprowadzki na Elarę - największy księżyc naszej planety - nie zabrałam ze sobą żadnych jej zdjęć. Wzięłam tylko naszyjnik.

W dziesiąte urodziny Stantona, mojego brata, tata zabrał nas swoim śmigaczem na narmałże. W przeciwieństwie do szkunera budowanego z myślą o dalekich podróżach śmigacz był niewielki. Kształtem przypominał połowę muszli małża - z rzędami pływaków po bokach, komorami na złowione narmałże, komputerem nawigacyjnym z holograficznym ekranem i deską do skoków do wody wysuniętą poza dziób jak wystający język. Od spodu kadłub jachtu pokryty był milionami mikroskopijnych rzęsek, które przesuwały łódź tuż nad powierzchnią Oceanu Raka.

Zawsze lubiłam wychylać się za burtę i wpatrywać w maleńkie wiry, które czasem powstawały na powierzchni wody, mieniąc się wieloma odcieniami błękitu. Wyglądało to tak, jakby ocean wypełniony był wymieszanymi farbami, a nie wodą.

Miałam wtedy siedem lat. Nie wolno mi było jeszcze nurkować, więc zostawałam na powierzchni z mamą, podczas gdy tata ze Stantonem przeczesywali dno w poszukiwaniu narmałżów. Tamtego dnia mama wyglądała jak syrena - siedziała prawie na samym końcu deski do skakania, z jedną nogą niedbale zwieszoną, czekając na powrót nurków ze zdobyczą. Jej długie, jasne loki łagodnie opadały na plecy, a promienie słońca rozświetlały jasną skórę i wywoływały figlarne błyski w okrągłych oczach. Odchyliłam się na swoim fotelu, próbując złapać jak najwięcej słonecznego żaru i się odprężyć. W jej obecności nigdy jednak nie potrafiłam całkowicie się rozluźnić - zawsze byłam gotowa na jej polecenie wyrecytować moją wiedzę na temat Zodiaku.

- Rho - powiedziała mama, wstając.

Zeskoczyła zwinnie na rzeźbioną podłogę łodzi i ruszyła w moją stronę. Wyprostowałam się na siedzeniu.

- Mam coś dla ciebie.

Sięgnęła po swoją torebkę i po chwili poszukiwań wyciągnęła z niej sakiewkę. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Mama nie należała do osób kupujących innym prezenty czy pamiętających o różnych okazjach. W naszej rodzinie zajmował się tym tata.

- Ale to nie ja mam dzisiaj urodziny - odezwałam się niepewnie.

Twarz mamy przesłonił znajomy cień i natychmiast pożałowałam swoich słów. W milczeniu podała mi sakiewkę. Gdy ją otworzyłam, moim oczom ukazał się piękny naszyjnik: na srebrny włos konia morskiego nawleczono dwanaście pereł narmałżów - każda innego koloru. Na rozmieszczonych w równych odstępach kulach znajdowały się wyryte delikatnym, kaligraficznym pismem mamy znaki Domów Zodiaku.

- O rany - wyszeptałam, wkładając naszyjnik.

Mama uśmiechnęła się - co było u niej rzadkie - po czym usiadła obok mnie. Poczułam zapach jej perfum - delikatną woń lilii wodnych.

- W zamierzchłych czasach - zaczęła szeptem, wpatrując się w horyzont - pierwsi Strażnicy wspólnie rządzili Zodiakiem.

Jej opowieści zawsze działały na mnie kojąco. Usiadłam wygodnie w fotelu, rozluźniłam mięśnie, zamknęłam oczy i skoncentrowałam się na brzmieniu jej głosu.

- Jednak każdy z Dwunastu - ciągnęła - cenił nade wszystko inną zaletę, uważając ją właśnie za klucz do zapewnienia wszechświatowi bezpieczeństwa. To powodowało ciągłe kłótnie i niesnaski między Strażnikami. Aż pewnego dnia zjawił się obcy i obiecał przywrócić równowagę. Obcy miał na imię Ochus.

Każde dziecko z Raka znało opowieść o Ochusie. Jednak wersja opowiadana przez moją mamę nieco różniła się od wiersza, którego uczyliśmy się na pamięć w szkole. Opowiadała to w taki sposób, że czułam się jak na lekcji historii, a nie jak podczas słuchania starego mitu.

- Ochus ukazał się każdemu Strażnikowi w innym przebraniu, twierdząc, że ma on potężny dar, tajną broń, która mogłaby wynieść dany Dom ponad inne. Filozofom z Wodnika Ochus obiecał starożytny tekst zawierający odpowiedzi na największe zagadki Zodiaku. Wizjonerom z Bliźniąt obiecał magiczną maskę, która pozwoliłaby tworzyć iluzje wykraczające poza najśmielsze marzenia jej właściciela. Domowi Koziorożca, z którego wywodzili się najwięksi mędrcy całego Zodiaku, obiecał skrzynię wypełnioną wiedzą pochodzącą ze światów o wiele starszych od naszego. Światów, do których można się było dostać tylko przez Heliosa.

Otworzyłam oczy i zauważyłam, że jeden z matczynych loków oddzielił się od reszty włosów i przesunął na jej czoło. Poczułam nagłą ochotę odgarnięcia go, ale dobrze wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Nie chodziło o to, że mama była chłodna i niedostępna. Była po prostu... odległa.

- Każdemu ze Strażników Ochus wyznaczył spotkanie w sekretnym miejscu, gdzie miało nastąpić przekazanie obiecanego daru. Gdy Dwunastu przybyło tam, oniemieli z zaskoczenia, widząc wszystkich pozostałych. Ich zdumienie pogłębiło się, gdy każdy z nich opisał Ochusa, który złożył im wizytę: Matka Domu Raka napotkała węża morskiego; Prorokini Domu Ryb ujrzała bezkształtnego ducha; Strażnik Domu Strzelca spotkał zakapturzonego wędrowca i tak dalej. Każdy opisał coś innego, w wyniku czego Strażnicy podchodzili do opowieści pozostałych z dużą nieufnością. Gdy ich kłótnia trwała w najlepsze, Ochus umknął niepostrzeżenie, zabierając ze sobą największą i najpotężniejszą magię całego Zodiaku: zaufanie Domów do siebie nawzajem. Pozostawił po sobie tylko złowrogie słowa ostrzeżenia: "Gdy dnia pewnego tutaj powrócę, wszystkich was w popiół obrócę".

- Zabrał nasze zaufanie i wciąż nie zdołaliśmy go odzyskać - powiedziałam, powtarzając słowo w słowo morał, który wbiła nam do głowy nauczycielka.

Dopiero przed tygodniem zaczęłam szkołę i bardzo chciałam zaimponować mamie świeżo zdobytą wiedzą.

- Ochus był pierwszą sierotą Zodiaku - kontynuowałam. - Nie miał własnego domu i był zazdrosny o te w naszym układzie. Dlatego właśnie my, z Raka, opiekujemy się sobą nawzajem i zawsze dbamy o to, żeby każdy miał dom.

Mama zmarszczyła brwi.

- Masz na myśli powiedzenie: "Wszystkie radosne serca zaczynają się od radosnego domu"? - zapytała. - Rho, powinnaś wiedzieć, że chodzi o coś innego. Podczas naszych lekcji uczyłam cię przecież o wielkich postaciach, które pochodziły z rozbitych domów. Jak choćby Galileo Sprock z Domu Skorpiona; to on wieki temu opracował pierwszy hologram. Albo słynny pacyfista Lord Vaz, ceniony Strażnik Domu Wagi.

Wyglądała na zawiedzioną.

- Jeśli masz zamiar dać sobie wyprać mózg przez nauczycieli, może nie powinnaś jeszcze chodzić do szkoły - dodała.

- Nie! Ja to tylko od kogoś usłyszałam - zapewniłam ją.

Mama ciągle martwiła się, że system szkolnictwa Domu Raka wypierze mi mózg. To dlatego nie wysłała mnie do szkoły, gdy skończyłam pięć lat, chociaż wszyscy moi rówieśnicy zaczęli edukację właśnie wtedy. Mama uznała, że będzie mnie uczyć sama w domu.

Czekałam, aż czoło jej się rozchmurzy, i już nie przerywałam. Wiedziałam, że mama zwyczajnie się o mnie martwi, ale bardzo lubiłam się bawić z rówieśnikami i nie chciałam spędzić kolejnego roku na nauce w domu.

- Chodzi przede wszystkim o to - podjęła mama - że Strażnicy w tamtych czasach zaczęli się kłócić między sobą, bojąc się przyznać, że wszyscy obawiają się tego samego potwora.

Gdy nasze spojrzenia się spotkały, mama nagle spoważniała.

- Moje dziecko - powiedziała - będziesz odczuwała w swoim życiu różne lęki i niektórzy ludzie będą próbowali ci je odebrać. Będą starali się ciebie przekonać, że to, czego się lękasz, nie jest prawdziwe. Że to tkwi tylko w twojej głowie. Ale nie możesz pozwolić im na to, żeby cię przekonali.

Jej błyszczące oczy zdawały się wysysać błękit z otaczającego nas krajobrazu, aż stały się intensywniejsze i jaśniejsze od samego nieba.

- Ufaj swoim lękom, Rho - dorzuciła mama z naciskiem. - Twoja wiara w nie cię ochroni.

Jej spojrzenie było tak intensywne, że musiałam odwrócić wzrok. Za każdym razem, gdy mama tak się irytowała, zastanawiałam się, czy to nie przypadkiem jeden z jej dziwnych okresów - jak choćby wtedy, gdy medytowała na dachu przez dwa dni i nie chciała zejść nawet na chwilę - albo może czy dostrzegła coś niepokojącego w gwiazdach.

Nie chcąc spojrzeć jej ponownie w oczy, wbiłam wzrok w wodę. Nieco z boku dostrzegłam gromadę bąbelków powietrza wypływających na powierzchnię. Wychyliłam się do przodu, wypatrując taty albo Stantona, jednak żaden z nich się nie pojawił.

- Popływajmy trochę - zaproponowała nagle mama już zwyczajnym tonem.

Skoczyła na deskę do nurkowania i jednym płynnym ruchem zanurkowała pod wodę. Tata zawsze powtarzał, że mama tak naprawdę jest syrenką w przebraniu. Włożyłam gogle nawigacyjne, aby śledzić jej ruchy pod powierzchnią, i z przyjemnością przyglądałam się jej podwodnym ewolucjom. Patrzenie na moją mamę w wodzie przypominało oglądanie wodnego baletu.

Wynurzyła się równocześnie z tatą i Stantonem. Tata uniósł sieć wypełnioną narmałżami. Szybko wstałam i podeszłam do burty, aby wciągnąć dzisiejszą zdobycz na pokład. Pozostając jeszcze w wodzie, tata i mój brat ściągnęli swoje maski. Kątem oka ponownie dostrzegłam bąbelki powietrza na powierzchni wody, ale je zignorowałam.

- Ten kombinezon jest za ciasny - oznajmił poirytowany Stanton, rozpinając suwak, aby wyswobodzić ramiona.

Uchyliłam się przed rzuconą niedbale maską, pozwalając jej upaść z plaskiem na pokładzie. Już miałam odłożyć gogle i dołączyć do reszty rodziny w wodzie, kiedy na powierzchni oceanu pojawiło się masywne, czarne cielsko.

Wąż miał jakieś półtora metra długości, lśniące łuski i małe, czerwone oczy. Wiedziałam od mamy, że jego najgroźniejszą bronią jest silna trucizna.

- Za wami jest wąż głębinowy! - krzyknęłam, wskazując zwierzę.

Stanton wrzasnął, gdy wąż wystrzelił w jego stronę i - zanim którekolwiek z rodziców zdążyło zareagować - zatopił zęby w jego ramieniu.

Stanton krzyknął z bólu. Mama zmierzała w jego stronę, płynąc szybciej, niż sądziłam, że potrafi. Chwyciła go pod zdrowe ramię i odciągnęła w stronę taty. Byłam tak sparaliżowana strachem, że mogłam się tylko przyglądać tej scenie.

Dzięki specjalnym soczewkom gogli, które wciąż miałam na twarzy, widziałam, jak wąż krąży wokół naszej łodzi. Przypomniałam sobie z lekcji mamy, że węże morskie zawsze tak się zachowują po ataku. Czekają, aż trucizna sparaliżuje ofiarę. Dopiero wtedy podpływają, aby w spokoju się pożywić. Czerwone oczy węża lśniły wyraźnie pod wodą. Oczy potrafiące przeniknąć atramentowoczarną ciemność głębin Rowu, który zamieszkiwały, wiele sążni pod nami. Nie sądziłam, że wypływają na samą powierzchnię.

Mama przyglądała się tacie wciągającemu Stantona na pokład z zaciśniętymi zębami i wściekłym błyskiem w oku. Nigdy wcześniej jej takiej nie widziałam. Wyglądała na naprawdę wściekłą - wręcz dziko.

I wtedy nagle zniknęła pod powierzchnią wody.

- Mamo! - krzyknęłam osłupiała.

Spojrzałam błagalnie na tatę, ale on był zajęty wysysaniem jadu z rany na ramieniu mojego brata. Poszukałam wzrokiem mamy i po chwili ją dostrzegłam; odciągała węża od łodzi, ale była od niego wolniejsza. Z każdą sekundą zwierzę skracało dzielący ich dystans i szykowało się do ataku.

Nie byłam w stanie się poruszyć ani nawet krzyknąć. Stałam jak zamurowana i mogłam tylko się przyglądać. Zacisnęłam dłonie na burcie łodzi do zbielenia kostek. Serce biło mi w tak opętańczym tempie, że miałam wrażenie, jakby lada chwila miało mi się wyrwać z piersi. Wtem mama zatrzymała się i obróciła twarzą do węża.

W jej ręce zabłyszczało coś srebrzystego. Z tej odległości nie mogłam być pewna, ale to chyba był nóż, którego tata używał do otwierania narmałżów. Zawsze brał go ze sobą, gdy nurkował. Mama musiała go zabrać tacie, gdy on wciągał Stantona na pokład.

Gdy wąż wystrzelił w jej stronę z rozwartymi szczękami, mama zwinnie się wywinęła i płynnym, zamaszystym ruchem przecięła węża na pół.

Nabrałam gwałtownie powietrza do płuc, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że przez cały ten czas wstrzymywałam oddech.

- Rho! - usłyszałam wołanie taty. - Gdzie jest mama?

- Ona... żyje - wydusiłam z siebie. - Już do nas płynie.

Spojrzałam w bok i znowu zamarłam na widok bladego, nieprzytomnego Stantona.

- Czy on...?

- Wyssałem truciznę, ale musimy go zabrać do uzdrowiciela - powiedział tata.

Szybko przeszedł do komputera pokładowego, uruchomił silnik i skierował śmigacz w stronę mamy. Po paru chwilach zrównaliśmy się z nią i tata pomógł jej wdrapać się na pokład. Gdy tylko upewnił się, że nic jej nie jest, wrócił do steru i maksymalnie zwiększył prędkość.

Mama usiadła obok Stantona i położyła dłoń na jego czole. Sądziłam, że powie tacie o tym, jak przecięła węża na pół, ale ona tylko siedziała w ciszy. Dopiero do mnie docierało, jaką wykazała się odwagą. Prawdopodobnie uratowała nam życie.

- Co, na Heliosa, wąż głębinowy robił na samej powierzchni? - wymruczał tata pod nosem.

Wpatrywał się nieruchomo w horyzont przed nami, ale widać było po nim zdenerwowanie. Nie odezwał się już ani słowem aż do przystani, co było zresztą do niego podobne. Był z natury małomówny. Pomogłam mamie przebrać narmałże i rozłożyć je do komór. Gdy skończyłyśmy, obie usiadłyśmy przy Stantonie.

- Mamo, przepraszam - wymamrotałam, a po mojej twarzy popłynęły łzy. - Nie wiedziałam, co mam robić...

- Wszystko w porządku, Rho.

Ku mojemu zaskoczeniu wyciągnęła w moją stronę rękę i poprawiła perłowy naszyjnik, tak aby figurka kraba znajdowała się równo między moimi obojczykami.

- Jesteś jeszcze bardzo mała. To normalne, że świat wciąż cię przeraża.

Po tych słowach spojrzała na mnie... Nie, spojrzała we mnie. Nagle wszystko poza jej świdrującym wzrokiem rozmyło się i zatraciło barwy.

- Trzymaj się swoich lęków, moje dziecko - wyszeptała. - One są rzeczywiste.