Zodiak Dziedzictwo (Tom 1). Narodziny mocy - Stan Lee

-
Proszę czekać
?

PRZEWODNICZKA WYCIECZKI sprawiała dziwne wrażenie. Była wysoką dziewczyną z długimi włosami i najwyraźniej wiedziała sporo o historii Chin, co zresztą nie powinno dziwić, bo pracowała w muzeum. Słuchając jej, Steven Lee nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że nie jest tym, kim się wydaje.

- Nowe Muzeum Chińskiego Dziedzictwa zostało otwarte pięć lat temu - opowiadała. - Zaprojektowano je tak, by wyglądem przypominało tradycyjne kwadratowe chińskie domostwo z kilkoma budynkami dookoła centralnego dziedzińca.

Steven podniósł rękę. Ich nauczyciel, pan Singh, skinął mu głową.

- Czy to od początku miało być muzeum? - spytał chłopak.

- Tak - odparła przewodniczka z roztargnieniem i rozejrzała się szybko dookoła. - To znaczy nie. Niewykluczone. Może to miał być hotel?

Hotel? Steven zmarszczył brwi. Dziwnie to zabrzmiało, a dziewczyna najwyraźniej nie była pewna swoich słów. Reszta klasy jedynie kiwała głowami. Steven rozejrzał się po sali. Wysokie ściany były udekorowane skomplikowanymi drewnianymi płaskorzeźbami, witrażami oraz obrazami przedstawiającymi chłopów sprzed wieków prowadzących woły. W centrum pomieszczenia wznosiło się kilka posążków Buddy.

- Najstarsze znane nam książki powstały w Chinach - kontynuowała przewodniczka, wskazując szklaną gablotę. - Przed wynalezieniem papieru litery były nanoszone na różne materiały, jak kość, drewno i... eee...

Niespodziewanie straciła wątek. Koleżanka Stevena, dziewczyna o imieniu Harani, zrobiła krok do przodu.

- I co jeszcze? - spytała.

- Eee... - Przewodniczka wyciągnęła z kieszeni telefon i wbiła wzrok w ekranik. - No, plastik.

Pan Singh przechylił głowę.

- Przepraszam najmocniej... Czy... czy pani powiedziała "plastik"?

- Ja? - Przewodniczka uśmiechnęła się z roztargnieniem. - Pomyliłam się. Miałam na myśli... eee... folię aluminiową.

"To na pewno nieporozumienie" - pomyślał Steven.

- Tej lasce coś się pomieszało - szepnęła Harani, odsuwając ciemne kosmyki włosów z twarzy i pochylając się ku chłopakowi. Nosiła jasny, pomarańczowy sweter.

- Widzę - odparł Steven. - A zobacz, co ona teraz wyrabia!

Przewodniczka kręciła głową i wybierała jakieś opcje z ekranu telefonu.

- Może czeka na lepszą propozycję pracy? - Harani uśmiechnęła się.

Steven przyjrzał się plakietce przewodniczki i odczytał jej imię: Jumanne. Zmarszczył brwi - dziewczyna mówiła jak Chinka, ale jej imię zupełnie na to nie wskazywało. Z drugiej strony, Steven wyglądał na Chińczyka, ale nosił amerykańskie imię, co podczas trwającej właśnie wycieczki do Hongkongu zaskoczyło wielu miejscowych.

Ich rudowłosy kolega Ryan wepchnął się między Stevena i Harani.

- Hej, Lee! - Wskazywał gablotę, w której stała bardzo stara, drukowana książka. - Popatrz na to!

Na stronie widać było kilka chińskich znaków, ale jej większą część zajmowała rycina przedstawiająca mężczyznę w szacie, który strzela błyskawicą z dłoni. Steven zamrugał oczami.

- Już to przerabialiśmy, Ryan! Nie mam pojęcia, co tam jest napisane.

- Wiem, stary, ale nie o to chodzi. Spójrz na tego gościa na rysunku! Wygląda jak jakiś stuknięty superbohater!

- Jak ten tutaj - rzekła Harani i wskazała T-shirt Stevena.

Ten spojrzał w dół i przypomniał sobie, że tego dnia założył koszulkę z ciemnoskórym mężczyzną w metalicznie lśniącej zbroi. Wokół jego dłoni migotała energia. Chłopak spojrzał na Harani z niedowierzaniem.

- Masz na myśli Stalowego Mangustę? - spytał.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Nigdy nie słyszałaś o Stalowym Manguście? - ciągnął Steven. - O afrykańskim badaczu Bobie Mugabim, który został ciężko ranny i zbudował sobie egzoszkielet, dający mu moce pewnego milutkiego, lecz śmiertelnie groźnego zwierzęcia?

- Eee... Są o nim komiksy? - spytała Harani.

- Nie. Może. Nie wiem. Widziałem tylko Stalowego Mangustę 3, największy hicior ubiegłego roku. Puszczano go w samolocie!

- Ja tam wolę wiersze - powiedziała dziewczyna, a potem zerknęła nad ramieniem Stevena i skrzywiła się lekko. Chłopak odwrócił się i ujrzał, że pan Singh wpatruje się w nich z gniewnym grymasem na twarzy.

- Lepiej się uspokójmy - szepnęła Harani.

- Ty i ci twoi bohaterowie, Lee! - Ryan parsknął śmiechem. - Przecież oni nie istnieją naprawdę, wiesz?

Harani i Ryan ruszyli naprzód, ale Steven stał jeszcze przez moment i wpatrywał się w książkę w gablocie. Miał wrażenie, że narysowany tam człowiek z błyskawicami wokół dłoni odpowiada mu spojrzeniem, zupełnie jakby chciał porozumieć się z nim przez wieki.

- Hej, Lee! - zawołał Ryan. - Spójrz tylko na to!

Steven podszedł do ściany. Jego kolega stał przy wielkiej pustej gablocie, opatrzonej napisami w językach chińskim i angielskim: "Eksponat oddany do naprawy".

- Kicha, co nie? - rzekł Ryan. - To coś mogło mieć prawie pięć metrów!

Steven zajrzał do środka. Ujrzał niewielką kartkę z rysunkiem brakującego eksponatu. Był to wielki płaski dysk, na którym wyryto serię okręgów i linii. Linie układały się w setki niewielkich kwadracików, a w każdym z nich znajdował się przynajmniej jeden starożytny chiński znak. Wzdłuż krawędzi ciągnęły się nacięcia ozdobione liczbami od 0 do 360. Eksponat podpisano: "Shipan - kompas astrologiczny z 200 roku n.e.".

- Mój dziadek miał taki! - rzekł Steven. - Chociaż o wiele mniejszy, przyznaję. Chyba kupił go w Chinach. Spójrzcie! - wskazał. - Te znaczki to nazwy gwiazd.

- Twój dziadek jest super - powiedział Ryan. - Przyrządza takie fajne solone groszki. Chodźmy dalej.

Ryan ruszył w ślad za Harani i resztą klasy, która zgromadziła się wokół wielkiego posągu Buddy. Steven zawahał się. Popatrzył na dywany i stare, zniszczone mapy na ścianach. Zerknął na szklane gabloty kryjące prastare kości i wyroby z gliny. Przyjrzał się makiecie przedstawiającej kantońską operę i ludzi w barwnych, jaskrawych kostiumach. Długa historia i niezwykła kultura Chin zostały zebrane w jednym miejscu.

Steven nie miał ochoty na wycieczkę do Hongkongu. Lubił swój dom na przedmieściach Filadelfii, swój wielki telewizor, xboxa oraz kolekcję filmów z superbohaterami na Blu-ray. Rodzice jednak nalegali na tę podróż.

- Powinieneś zobaczyć Chiny - rzekł ojciec. - Trzeba odwiedzić dane miejsce, by je poznać. Musisz wiedzieć, skąd pochodzisz.

Steven zrozumiał, że to ważna kwestia, ponieważ jego ojciec rzadko wygłaszał tak długie przemowy. W rzeczy samej rodzice chłopca rzadko gościli w jego życiu - odkąd pamiętał, przez siedem dni w tygodniu zajmowali się firmą. Zawsze mógł jednak liczyć na dziadka, jego wspaniałe jedzenie, ciepły uśmiech i długie opowieści o Chinach.

"Powinienem słuchać ich częściej" - pomyślał Steven.

Spojrzał na swoich kolegów i koleżanki. Harani zadała przewodniczce kolejne pytanie. Steven nie usłyszał odpowiedzi, ale kilku uczniów parsknęło śmiechem. Pan Singh zmarszczył brwi i pochylił się, by łagodnymi słowami przywołać ich do porządku.

Steven, który stał na uboczu, nagle poczuł się bardzo samotny.

"Wycieczka ma potrwać zaledwie dwa tygodnie - pomyślał. - Ale ja już tęsknię za domem".

Ponownie spojrzał na swoją koszulkę. Wpatrywał się w muskularną postać Stalowego Mangusty, która promieniowała siłą i zdecydowaniem. Jego zaciśnięte pięści jaśniały mocą czynienia dobra.

- Panie Lee! - Singh wpatrywał się w niego z gniewem.

Reszta klasy wchodziła już do sąsiedniej sali. Steven popędził za nimi, ale nagle zatrzymał się jak wryty. Skądś dobiegł cichy krzyk, tak słaby, że chłopak ledwie go usłyszał. Nie miał jednak wątpliwości, że dźwięk był głęboki i donośny. Wdarł się prosto do jego czaszki. Wyglądało na to, że ktoś - mężczyzna lub kobieta, Steven nie miał co do tego pewności - wyje z bólu.

Odwrócił się błyskawicznie, próbując zlokalizować źródło dźwięku. Odniósł wrażenie, że dochodzi z przeciwnej ściany, na której wisiały dwa wielkie zdobione dywany. Między nimi znajdowały się nieduże drzwi.

Niespodziewanie odgłos ucichł.

Steven zmarszczył brwi.

"Czy ja naprawdę coś słyszałem?" - zastanawiał się.

Pokręcił głową i ruszył w ślad za klasą, gdy usłyszał to znów. Koledzy i koleżanki znajdowali się już w sąsiednim pomieszczeniu, a przewodniczka, dziwna dziewczyna o imieniu Jumanne, była teraz sama. Wpatrywała się w swój telefon, a potem zerknęła na drzwi - te między dywanami. Te, zza których dochodził wrzask.

Steven instynktownie skrył się za posągiem Buddy. Wyjrzał zza niego i śledził wzrokiem Jumanne, która zerkała to na drzwi, to na telefon. Wyglądała, jakby próbowała podjąć decyzję.

Niespodziewanie schowała telefon i ruszyła ku drzwiom. Jej zachowanie uległo zmianie. Nie wydawała się już roztargniona ani niezgrabna. Poruszała się cicho, zdecydowanie, a w jej oczach pojawił się błysk zawziętości.

Steven wymknął się zza posągu i schronił za kolejnym, by znaleźć się bliżej przewodniczki. Ta go nie zauważyła.

Nagle Jumanne wyciągnęła rękę i pchnęła drzwi, które stanęły otworem. Zerknęła za siebie i znikła w ciemnościach, a drzwi zamknęły się za nią.

Steven rozejrzał się. Był sam. Wyszli nawet ochroniarze, którzy udali się w ślad za uczniami do kolejnego pomieszczenia.

Chłopak podbiegł do drzwi, za którymi znikła Jumanne. Widniał na nich czerwony napis: "Wstęp wzbroniony". Złapał za klamkę, ale zawahał się i spojrzał na wejście do sąsiedniej sali.

"Chyba powinienem wracać do reszty - pomyślał. - To obcy kraj. Mogę popaść w nie lada tarapaty".

Wtedy usłyszał ów wrzask raz jeszcze, tym razem był głośniejszy i bardziej przeraźliwy. Chłopak uświadomił sobie, że ktoś bardzo cierpi.

Spojrzał raz jeszcze na Stalowego Mangustę na swej koszulce i pomyślał o przewodniczce. Czy po drugiej stronie drzwi spotkało ją coś złego? A może postanowiła pomóc komuś, kto popadł w tarapaty?

"Może powinienem po prostu sprawdzić, czy ktoś potrzebuje mojej pomocy" - pomyślał.

Gdy popychał drzwi, uświadomił sobie, że się uśmiecha.

?

STEVEN ZROBIŁ krok w ciemności. Zamrugał oczami, czekając, aż wzrok się do niej przyzwyczai, a potem stanął jak wryty. Podłoga kończyła się tuż przed nim, dalej widział schody prowadzące daleko w dół. Wzdłuż drewnianych stopni ciągnęła się stara, poskrzypująca poręcz. Ściany wzniesiono z metalu, na którym widać było upływ czasu.

Steven nabrał tchu. Powietrze było stęchłe, a w korytarzu panowała cisza. Nie miał pojęcia, gdzie się znalazł, ale był pewien, że to miejsce jest starsze niż muzeum.

Znów się zawahał. Wychylił się do przodu, ale widział jedynie kilka pierwszych stopni wiodących w dół. Nie miał pojęcia, dokąd prowadzą schody, nie wiedział nawet, jak daleko sięgają.

Niespodziewanie znów rozległ się wrzask.

Steven wyciągnął telefon i przyświecając nim sobie, ruszył w dół. Stopnie uginały się pod jego ciężarem, a poręcz groziła pęknięciem pod naporem dłoni. Światło z ekraniku telefonu sięgało zaledwie na kilka kroków do przodu.

Gdy się odwrócił, nie widział już drzwi.

"Wchodzę w jakieś podziemia - pomyślał. - Ale droga skręca. Chyba... chyba oddala się od muzeum!".

Przeraźliwy wrzask nabrał mocy i znów ucichł.

Steven próbował oszacować, jak daleką drogę przebył, ale na próżno. Powinien był zacząć liczyć stopnie od samego początku, gdyż teraz nie miał już szans na ustalenie przebytego dystansu.

- Och! - krzyknął.

Schody skończyły się niespodziewanie, chłopak potknął się i zatoczył. U jego stóp leżała jakaś bezkształtna bryła i przez krótką, przerażającą chwilę sądził, że to ludzkie ciało. Bojąc się spojrzeć, pochylił się i ostrożnie dotknął. Ku jego uldze okazało się, że to tylko stos ubrań, uniform noszony przez przewodników w muzeum. Coś ukłuło go w palec i po chwili wymacał niewielki twardy przedmiot przypięty do munduru. Była to plakietka z imieniem.

Jumanne.

Przez jego umysł przemknęły miliony myśli. Czyżby przewodniczka z jakiegoś powodu przebrała się tu i w pośpiechu rzuciła mundur na podłogę? Może została napadnięta?

W tunelu nadal panowały ciemności, ale oczy Stevena przyzwyczajały się już do mroku. Po chwili dostrzegł metalowe drzwi na końcu korytarza. Zostawił ubranie i podszedł do nich, macając, aż jego dłoń natrafiła na klamkę.

Przez moment miał ochotę odwrócić się i uciec w górę po schodach, a potem raz jeszcze zerknął na porzucony mundur kłębiący się na podłodze. Jego serce na moment przestało bić.

"Jeśli ktoś znalazł się w tarapatach...".

Pchnął drzwi i zrobił krok na przód, a potem zaparło mu dech ze zdumienia.

Znajdował się na wąskim pomoście, który otaczał wielkie, idealnie okrągłe pomieszczenie. Panowały tu ciemności, rozpraszane jedynie przez delikatny blask dochodzący z podłogi poniżej. Przestraszony Steven zauważył, że pomost nie jest zabezpieczony balustradą. Ostrożnie zrobił krok do przodu i spojrzał w dół. Kilka metrów niżej ujrzał dwanaście okręgów rozmieszczonych wzdłuż krawędzi komnaty. Każdy z nich był rozmiarów dziecięcego brodzika. Gdy wytężył wzrok, uświadomił sobie, że są to baseny wypełnione jakimś dziwnym, migotliwym płynem, wydzielającym niewyraźne, zielonkawe światło.

W pomieszczeniu panowała cisza. Jeśli rzeczywiście ktoś tu wrzeszczał, to przestał, nim Steven wszedł.

Chłopak spojrzał do góry. Komnata ciągnęła się wysoko na kilka pięter. Wykonane z metalu ściany zwężały się ku górze niczym gigantyczny, odwrócony rożek lodów. Pomimo ogromnych rozmiarów pomieszczenia Steven nagle poczuł przypływ klaustrofobii.

Wzdłuż ścian widać było okrągłe dziury i stare podpory, zupełnie jakby tam również istniały pomosty, które później zlikwidowano. Na samej górze, gdzie ściany prawie zbiegały się ze sobą, w suficie, zamontowano wielki płaski dysk. Przedmiot wydawał się bardzo stary, a na jego spodniej stronie znajdował się znajomy ciąg cyfr i symboli.

"To przecież... Zaraz, jak to się nazywało? Shipan! - uświadomił sobie Steven. - Ten eksponat z góry, który podobno oddano do naprawy. Ten, który przypomina kompas dziadka!".

Chłopak nabrał tchu. Co tu się właściwie działo? Czym był ten pokój? Czemu służyły owe tajemnicze świecące baseny? Dlaczego cenny eksponat z muzeum zainstalowano w tak dziwnym miejscu? I co w tej całej historii robiła owa Jumanne?

Na środku pomieszczenia zamigotała grupa świateł. Steven zamrugał i ujrzał niewielką platformę z trójką ludzi: dwoma mężczyznami i kobietą. Stały tam komputery, monitory oraz inny sprzęt, a wszystko łączyła plątanina dziko poskręcanych kabli.

Ludzie mieli na sobie obszerne kombinezony, a każdy z nich trzymał tablet bądź podkładkę do pisania. Jeden z nich, poważnie wyglądający inżynier w okularach, uniósł głowę, ale spoglądał w innym kierunku niż Steven.

- Przepraszamy, panie Maxwell! - zawołał. - Krótka przerwa w dopływie mocy!

Chłopak zerknął w tym samym kierunku i dojrzał unoszącą się w powietrzu potężną postać. Opromieniał ją blask bijący od jednego z niewielkich basenów, który nie pozwalał przyjrzeć się twarzy, ale Steven zauważył, że ciało mężczyzny jest skulone, a pięści zaciśnięte. Jeziorko znajdujące się pod nim wydawało się jaśnieć mocniej od pozostałych, obrzucając postać długimi, groźnymi cieniami.

Człowiek nazwany Maxwellem odezwał się po chwili donośnym, władczym głosem:

- Naprawione już?

- Tak, proszę pana! - odparł inżynier.

Maxwell wyciągnął rękę i wskazał inny zbiornik. Teraz Steven dostrzegł kolejne szczegóły - mężczyzna siedział okrakiem na jakiejś unoszącej się w powietrzu maszynie, która przypominała szaloną, bardziej zaawansowaną technicznie wersję segwaya. Wokół jego wyciągniętych ramion - a właściwie wokół całego ciała - widniało zielonkawe promieniowanie, identyczne z tym bijącym od jeziorek, choć nieco słabsze.

- Kontynuujemy - rzekł Maxwell. - Aha, Carlos!

Inżynier podniósł głowę. Wydawał się poruszony, być może nawet przestraszony.

- Liczę na ciebie - dokończył mężczyzna.

Carlos pokiwał głową. Jego nerwowe spojrzenie omiotło całe pomieszczenie, od kompasu pod sufitem aż po najniższy pomost, o włos mijając Stevena. Chłopak przez moment obawiał się, że Carlos go dostrzegł, ale ten odwrócił się i wydał serię poleceń pozostałym technikom. Cała trójka nachyliła się nad monitorami, przebiegając wzrokiem od jednego do drugiego.

- Górne łodygi wyglądają nieźle - rzekł Carlos. - Niższe gałęzie... Niewielka blokada w gałęzi numer dwa.

- Już się za to biorę - odezwała się kobieta. - Uruchamiam proces spłukiwania. Poziomy Qi wracają do normalności.

Steven oparł się plecami o ścianę i kręcił głową. O czym oni rozmawiają?

- Wszystkie systemy osiągnęły wartość nominalną. - Carlos odwrócił się ku wiszącej w powietrzu postaci. - Jesteśmy gotowi na pozycję trzecią.

- Nie - odpowiedział Maxwell. Jego grzmiący głos odbił się echem od ścian pomieszczenia. - Pozycja szósta.

Carlos skrzywił się.

- Mówiłem ci! - ciągnął mężczyzna. - Chcę w pierwszej kolejności wypróbować najsilniejsze moce!

Inżynier zawahał się, a wtedy Maxwell obrócił ku niemu swój unoszący się wehikuł. W jego promieniejących zielenią oczach błysnęła złość. Robił wrażenie, jakby przeszył go spazm bólu.

- Carlos - odezwał się. - Dotarliśmy tak daleko tylko dzięki twojej znajomości Konwergencji. Jestem ci wdzięczny, ale chciałbym, byś doprowadził procedurę do końca.

Jego głos nagle ochłódł.

- Jeśli to będzie konieczne, mogę sprowadzić kogoś innego.

Carlos pokręcił pospiesznie głową i wrócił do pracy. Maxwell zaś odwrócił się bez słowa i poszybował w kierunku środka pomieszczenia. Zatrzymał się nad kolejnym jeziorkiem, nieco bliżej Stevena.

- Są małe problemy z ogniem - rzekł drugi z techników.

- Widzę - odpowiedział Carlos. - Maria, prześlij nieco energii drzewa do piątej gałęzi.

- Co? - zdziwiła się kobieta. - Przecież to przeciąży całą gałąź.

- Racja. Mój błąd - poprawił się Carlos. - Miałem na myśli gałąź czwartą. Poziomy Qi wyrównane. Aktywuję Shipan.

W pomieszczeniu rozległo się ciche brzęczenie. Steven spojrzał na źródło dźwięku - starożytny dysk astrologiczny zamontowany pod wąskim sufitem. Jedna z dwunastu lamp rozmieszczonych wzdłuż krawędzi Shipanu ożyła i struga jaskrawego światła wystrzeliła w dół. Pozostałe jedenaście lamp nadal nie działało.

- Wprowadzam odpowiednie ustawienie - powiedziała Maria.

Shipan zaczął się powoli obracać z głośnym zgrzytem, a snop światła wędrował razem z nim po podłodze.

Steven zauważył nagle, że to wcale nie jest podłoga, a zwykła gleba. Oznaczało to, że owe baseny nie zostały tu przyniesione po wybudowaniu muzeum, ale znajdowały się w tym miejscu o wiele wcześniej, ukryte w owej dziwnej komnacie pod powierzchnią ziemi. To muzeum zostało wzniesione nad nimi.

Steven znów nabrał głęboko tchu. Co to za miejsce?

Zgrzytający Shipan znieruchomiał dokładnie nad postacią Maxwella. Strumień światła opadał prosto na niego i dosięgał jeziorka leżącego tuż pod nim. Mężczyzna unosił się teraz pomiędzy dyskiem a basenem, pochwycony przez dwa źródła nienaturalnego promieniowania.

Wtedy Steven zauważył jeszcze coś dziwnego. W ciemnościach gdzieś na skraju pomieszczenia coś pełzło po ziemi. Coś? A może ktoś? Szczupła, gibka postać przemykała od jeziorka do jeziorka, coraz bliżej Maxwella. Steven nie widział żadnych szczegółów - tajemnicza istota kryła się w cieniach, ale coś w sposobie jej poruszania się przypominało mu przewodniczkę Jumanne w chwilach, gdy zbliżała się do drzwi na górze w muzeum.

"To ona - pomyślał. - Jestem tego pewien".

Maxwell zerknął na Shipan, a potem w dół, na migotliwe jeziorko. Rozwarł pięści i zacisnął je na rączkach pojazdu. Wyglądało, jakby na coś czekał.

- Wznowić Konwergencję - rzekł. - Pozycja szósta.

Carlos dał znak palcem koleżance, która wprowadziła jakąś komendę na ekranie.

Reflektor zamontowany na spodzie Shipanu zajaśniał jeszcze mocniej. Na powierzchni dysku jarzyła się energia, pulsująca i nabierająca mocy. W tej samej chwili tuż pod Maxwellem z jeziorka buchnął słup opalizującej cieczy. Gdy obie strugi spotkały się, mężczyzna wrzasnął.

Był to przejmujący, głośny krzyk. Steven rozpoznał go natychmiast, gdyż słyszał go zarówno w sali pełnej eksponatów, jak i później, na schodach.

"Brzmi zupełnie, jakby wyrywano mu coś z ciała" - pomyślał.

"Nie - poprawił się po chwili. - Raczej jakby coś w niego wtłaczano. Coś obcego. Nienaturalnego".

Strumienie energii zapłonęły, tworząc pionową kolumnę. Ciało Maxwella stało się niewyraźnym, rozedrganym konturem, wciąż przylegającym do supernowoczesnego powietrznego skutera. Niespodziewanie pojawiło się coś jeszcze - druga postać, stająca dęba i wierzgająca w polu energii nad Maxwellem. Była to rozszalała bestia, zrodzona z czystej mocy, dzika i nieposkromiona.

Na oczach Stevena bestia przeobraziła się w ogromnego dzikiego ogiera. Zwierzę rozwarło pysk, zarzuciło grzywą i rozpoczęło oszałamiający pokaz bezdźwięcznej dzikości.

Steven zerknął na plaftormę, na której mieściło się centrum techniczne. Carlos i dwoje pozostałych techników stali i przyglądali się Maxwellowi z naukowym, klinicznym dystansem. Carlos wzdrygnął się lekko jedynie raz, gdy wrzask Maxwella osiągnął ogłuszający pułap.

Steven zerknął ponownie na kąty pomieszczenia, ale "przewodniczka" znikła. Jeśli nadal tu przebywała, musiała się skryć wśród cieni.

Energia rozjarzyła się znowu, a potem jeszcze raz. Maxwell uniósł głowę ku niewidocznemu niebu i zawył głośniej, z jeszcze większą dzikością niż wcześniej. Wtedy znienacka cała moc znikła. Shipan pociemniał, a ciecz z pluskiem wpadła z powrotem do jeziorka. Poświata otaczająca Maxwella zamigotała i zgasła, a wraz z nią eteryczny ogier.

Technicy uwijali się po platformie, uruchamiając rozmaite opcje na ekranach dotykowych. Kobieta zaczęła coś mówić, ale Carlos gestem dał jej do zrozumienia, by zamilkła. Cała trójka spojrzała na swego zwierzchnika. Maxwell nadal unosił się w powietrzu, chwiejąc się lekko na boki. Jaśniał bardziej niż przed chwilą, niczym węgielek wyciągnięty z ognia. Z jego oczu, ust i palców spływała zielona energia, a płyn z basenu ściekał z ubrania i natychmiast wysychał.

Powoli uniósł głowę i wbił wzrok w coś znajdującego się za Stevenem. Obrócił głowę ku platformie, a potem uśmiechnął się z trudem i wypowiedział jedno słowo:

- Koń.

?

STEVEN stał przez dłuższą chwilę jak sparaliżowany. Usiłował pozbierać myśli i wyciągnąć jakieś wnioski z tego, co przed momentem zobaczył.

"Mógłbym uciec - pomyślał. - Drzwi są tuż za mną. Mógłbym popędzić po schodach, dołączyć do klasy i wcisnąć jakiś kit o tym, że się zgubiłem. Mógłbym udać, że to tutaj nie miało miejsca. Jestem pewien, że po jakimś czasie sam bym uznał, że wszystko wymyśliłem".

Ale gdzieś kryła się owa Jumanne, kimkolwiek była. Co więcej, Steven czuł, że jest o krok od tajemnicy, od czegoś ważnego, co mogłoby wpłynąć na przyszłość całego świata.

Od czegoś, co powinien zbadać bohater.

Maxwell obrócił głowę powoli, jakby ważyła sto kilogramów.

- Carlos - odezwał się. - Pozycja piąta.

- Sir! - zawołała Maria. - Jest pan pewien?

Mężczyzna wbił w nią spojrzenie pełne niezadowolenia, a gdy obnażył zęby, trysnęło spomiędzy nich nieco zielonej energii. Przestraszona kobieta cofnęła się.

- Panie Maxwell - odezwał się Carlos. - Moc Zodiaku nie jest przeznaczona dla jednej osoby, zwłaszcza takiej, która nie urodziła się pod odpowiednim znakiem.

- Pan nie jest Koniem! - wykrzyknęła kobieta.

"To dopiero dziwnie zabrzmiało!" - pomyślał Steven.

Carlos machnął ręką w kierunku jeziorek.

- Wchłonął pan już trzy z dwunastu znaków Zodiaku - powiedział. - Reszta może pana zabić!

- Zabiłyby zwykłego człowieka, takiego jak ty. Mnie uczynią najpotężniejszym człowiekiem na świecie!

Przez chwilę trwała cisza. Carlos zerknął gdzieś na ziemię, za platformę.

- Pozycja piąta - powtórzył Maxwell.

Carlos skinął i wrócił do pracy. Cichym głosem wydał pozostałym serię poleceń, a Shipan nad jego głową znów obrócił się ze zgrzytem. Z drugiego reflektora wystrzelił promień światła wycelowany w znajdujące się poniżej jeziorko.

Maxwell wciągnął powietrze. Przesunął się w ruchu przeciwnym do wskazówek zegara i znalazł się nad oświetlonym zbiornikiem, skąpany w strudze blasku. Tym samym jeszcze bardziej przybliżył się do Stevena, ukrytego na ciemnym pomoście.

Chłopak znów dostrzegł jakiś ruch na skraju pomieszczenia. Wychylił się ostrożnie, świadom wysokości, która dzieliła go od ziemi. Tak, to była owa dziewczyna, Jumanne, nadal kryjąca się w cieniu. Przemieszczała się szybko, z wdziękiem, jej upięte w kucyk włosy śmigały z każdym ruchem.

Podkradała się do Maxwella. Oboje zbliżali się teraz do Stevena, choć żadne z nich go nie zauważyło.

"Powinienem stąd wiać!" - raz jeszcze uświadomił sobie chłopak, ale nie mógł się ruszyć. Coś nie pozwalało mu opuścić tego miejsca.

"Nie wiem, co tu się dzieje, ale muszę obejrzeć to do końca".

Maxwell zajął pozycję nad oświetlonym przed momentem jeziorkiem, zupełnie jak chwilę wcześniej.

- Zaczynajcie - polecił.

Shipan ponownie zajaśniał, a ciecz wystrzeliła ku górze i zderzyła się z oślepiającym światłem. Buchnęła moc, a Maxwell znów wrzasnął.

Steven zerknął na kąt pomieszczenia. Widział, jak Jumanne przykuca przy jednym jeziorku, a potem przy drugim. Zdał sobie sprawę, że wykorzystywała je, by ukryć się przed Maxwellem. Teraz wyciągała coś z torby, obrzucając pulsującą kolumnę nerwowymi spojrzeniami. Wiszący w powietrzu Maxwell obracał głowę to w jednym kierunku, to w drugim, rozbryzgując dookoła osobliwy zielony płyn. Tym razem jego wycie z agonii przypominało bardziej syk. Nad nim pojawił się kształt zwiniętego w kłębek węża, który kręcił pokrytym łuskami łbem w tym samym rytmie, w jakim poruszał się Maxwell.

Steven nie mógł oderwać oczu od widowiska. Ruchy węża były usypiające niczym działanie hipnotyzera. Łeb odwracał się ku niemu, a czerwone oczy gada wgryzały się w umysł chłopaka.

Potem energia zaczęła ponownie słabnąć. Steven potrząsnął głową, nadal nie uwolniwszy się od hipnotycznego czaru węża. Wtedy z narastającym przerażeniem uświadomił sobie, że Maxwell wpatruje się w niego.

Mężczyna powoli obrócił rączki swego pojazdu i bez pośpiechu popłynął w stronę Stevena, nie spuszczając z niego oczu. Zarówno z jego ubrania, jak i ciała wydobywała się zielona poświata. Zatrzymał się w powietrzu tuż przed pomostem, na którym krył się Steven, dokładnie na wysokości jego oczu. Wtedy się uśmiechnął.

- Spójrzcie, co nam się tu zabłąkało - rzekł. - Mały Tygrys!

Jego słowa zabrzmiały, jakby właśnie miał upolować coś na obiad.

Nagle Steven coś sobie przypomniał.

"Przecież tak do mnie mówił dziadek! Nazywał mnie swoim małym Tygrysem! Czy to ma związek z astrologią? Z rokiem mojego urodzenia?".

Nagle wszystko zrozumiał.

Koń i wąż. Jeziorka, dwanaście jeziorek. Dwanaście znaków, zupełnie jak na kompasie dziadka. Zerknął na dysk pokryty setkami znaków, a potem, nie mogąc się oprzeć, spojrzał prosto w oczy Maxwella, które przeszywały go na wylot.

- Zodiak! - oznajmił chłopiec. - To znaki chińskiego Zodiaku!

Maxwell pokiwał głową, nie przestając się uśmiechać.

Na platformie poniżej trwała gorączkowa krzątanina. Carlos pokazał ich palcem, a jego dwoje podwładnych zeszło na dół i ruszyło w kierunku Stevena i mężczyzny.

- Spryciarz z ciebie - rzekł Maxwell. - Jak się tu dostałeś?

Steven nie był w stanie choćby drgnąć.

- Przez drzwi - wykrztusił, usiłując robić wrażenie opanowanego.

Maxwell odwrócił się w stronę platformy.

- Zażyczyłem sobie, by komnata Konwergencji została szczelnie zamknięta!

- I tak się stało! - odpowiedział Carlos, ale jego głos zadrżał. Pozostała dwójka zbliżała się do pomostu, omijając jeziorka.

- Już mam kandydata na Tygrysa. - Maxwell odwrócił się w stronę chłopca. - Chyba że stanowisz lepszy wybór?

Steven wzruszył ramionami. Miał wrażenie, że ogląda film w jakimś nieznanym języku.

Niespodziewanie Maxwell zachwiał się w powietrzu i opadł ostro w dół.

- Maria, Fedor! - oznajmił, przywołując gestem dwójkę techników. - Usuńcie go stąd. Nie możemy pozwolić, by zakłócał konwergencję.

Niespodziewanie zatrzymał się kilka kroków od podestu i przechylił głowę ku Stevenowi.

- Ale zamknijcie go gdzieś. Chciałbym kiedyś kontynuować naszą miłą rozmowę.

Technicy pięli się teraz po wąskiej drabinie, która kończyła się w odległości zaledwie kilku kroków od Stevena. Wiedział, że za chwilę go dopadną.

Rozejrzał się dookoła gorączkowo. Maxwell wisiał nad główną platformą i pochylał się ku Carlosowi, spierając się z nim o coś. Obaj mówili cicho i Steven nie słyszał ani słowa, ale widział, że Carlos nie wygląda na szczęśliwego.

Shipan jarzył się lekko nad nimi.

Pierwszy z techników, mężczyzna o imieniu Fedor, wspiął się na pomost. Wyglądał, jakby nie do końca wiedział, co powinien zrobić.

"Zapewne nigdy wcześniej nie musiał nikogo łapać ani pilnować" - pomyślał Steven.

Tak czy owak, nie wydawało mu się, by mógł stawić czoło obojgu. Z drugiej strony, nie miał najmniejszej ochoty na dokończenie "pogawędki" z Maxwellem.

Kolejny ruch na dole przykuł jego uwagę. Dziewczyna z muzeum, Jumanne! Nie widział jej wyraźnie, ale był pewien, że to ona. Zerknął na techników, którzy zbliżali się ku niemu na pomoście, a potem...

A potem zeskoczył w dół. Leciał w ciemność i nagle uderzył w ziemię. Upadł na kolana i przewrócił się na plecy.

Gdy podniósł głowę, dziewczyna z muzeum znajdowała się zaledwie kilka kroków od niego, ledwie widoczna w słabym świetle bijącym od jeziorek. Wpatrywała się w parę okrągłych, metalowych przedmiotów w dłoni. Każdy z nich był wielkości piłki bejsbolowej i miał migoczące czerwone światełko.

- No dalej! - szepnęła, najwidoczniej kierując słowa do metalowych kul. - Dalej-dalej-dalej-dalej!

Steven zerknął w górę. Technicy pochylali się nad krawędzią i wpatrywali w ciemność. Z pewnością nie widzieli go, ale Maria wskazała migoczące czerwone światełka w dłoni Jumanne.

Steven zrobił krok w kierunku tajemniczej dziewczyny.

- Eee... Cześć - odezwał się. - Czy ty...

Jumanne bez wahania położyła mu wolną dłoń na ustach.

- Bądź cicho, a może zdołam cię stąd wyprowadzić - szepnęła. - Rób to, co mówię, i nie myśl przy tym za dużo.

Potrząsnęła jednym z kulistych przedmiotów, jakby był to zepsuty pilot do telewizora.

- No DALEJ!

- Co... - Steven spojrzał na jarzącą się postać i przełknął ślinę. - O co tu chodzi?

Wtedy spadło na nich oślepiające światło. Przez moment Steven był pewien, że to kolejna struga pełnego mocy blasku z Shipanu na suficie, ale gdy zmrużył oczy, ujrzał wiszącego w powietrzu Maxwella, który uruchomił reflektor w swoim pojeździe. Spojrzał na Stevena z rozbawieniem, ale gdy dostrzegł Jumanne, jego twarz pociemniała.

- Jasmine!

Chłopak odwrócił się ku niemu. Dwoje techników schodziło pospiesznie po drabinie, pokazując sobie Stevena i Jumanne.

"Może i Jasmine - pomyślał. - Ech, mniejsza o to!".

Jasmine spojrzała na mężczyznę, osłaniając oczy przed jego blaskiem.

- Poczułam się urażona, Maxwell - powiedziała. Jej usta oszpecił brzydki grymas. - Czyżbym została skreślona z twojej listy gości?

- To prywatne przyjęcie, Jasmine - odparł Maxwell.

- Rozumiem. Zbyt wysokie progi. Potrzymaj to, chłopcze, dobrze?

Nie patrząc, rzuciła jedną z metalowych kul w Stevena, a ten złapał ją, nie bez trudu. Gdy uniósł wzrok i spojrzał na Jasmine, ta już działała. Jej własna kula, wyrzucona w powietrze, zataczała leniwy łuk, a dziewczyna skoczyła naprzód i wymierzyła kopnięcie w Fedora. Trafiony w żołądek technik przewrócił się. Maria wyciągnęła paralizator, którego zwieńczenie zaskwierczało prądem, ale Jasmine kopnęła ją w nadgarstek. Techniczka krzyknęła z bólu, a taser wylądował na ziemi, strzelając iskrami.

Jasmine przypadła do kobiety i wymierzyła jej brutalne uderzenie łokciem w tył głowy. Maria stęknęła i przewróciła się. Fedor próbował wstać, ale dziewczyna wymierzyła mu dwa potężne ciosy w splot słoneczny.

Potem wyciągnęła rękę - w porę, by pochwycić wyrzuconą zawczasu spadającą kulę. Steven zauważył, że nadal migocze na niej czerwone światełko, jak na tej, którą trzymał w ręku.

- Hej, młody! - zawołała Jasmine, podchodząc ku niemu. Kręciła przy tym głową. - Mógłbyś się bardziej przydać.

"Nawet się nie zdyszała! - uświadomił sobie chłopak. - Kim ona jest?".

Nim dziewczyna podbiegła do Stevena, znów opromienił ją blask padający od Maxwella.

- Bardzo imponujące, Jasmine.

Jego zawieszone w powietrzu ciało ponownie zajaśniało zieloną energią.

- Ale czas nam się kończy, a ja nie mogę pozwolić na to, byś tu została. Carlos, czy mógłbyś...

Przerwał mu głośny zgrzyt. Steven podniósł głowę, wiedząc, co zaraz zobaczy. Shipan, dysk zamocowany pod sufitem, jaśniał. Ożyło trzecie światło, a wtedy dysk rozpoczął kolejny głośny, powolny obrót.

Maxwell obrócił się błyskawicznie w powietrzu.

- Carlos?! - zawołał. - Co ty wyprawiasz?

- Jaz! - wrzasnął inżynier, wychylając się poza krawędź platformy. - Teraz!

Jasmine spojrzała w dół. W tej samej chwili światełko na trzymanej przez nią metalowej kuli zmieniło kolor na zielony. Uśmiechnęła się i wyrzuciła ją w powietrze.

- Zaczynamy zabawę! - zawołała.

Maxwell zachwiał się i uniknął pocisku, ale to nie on był celem. Kula przemknęła obok niego i uderzyła prawie w sam środek Shipanu. Z trafionego kręgu wystrzelił impuls elektryczny, rozsyłając tańczące iskry po całej jego powierzchni. Shipan zazgrzytał jeszcze głośniej, a potem jego światło przygasło. Maxwell odwrócił się ku Carlosowi.

- No proszę - oznajmił. - Szpieg w samym sercu mojego...

Jasmine skoczyła zaskakująco wysoko i z wprawą uderzyła w mężczyznę lewym bokiem. Jego pojazd zawył gwałtownie i przechylił się niebezpiecznie na jedną stronę. Sam Maxwell zdołał odzyskać równowagę i odwrócił się, by natrzeć na dziewczynę, ale ta wykonała unik i nie cofnęła się.

Wtedy, ku zdumieniu chłopca, mężczyzna wybuchnął śmiechem.

- Imponujące - rzekł. - A mimo to takie rozczarowujące.

W oczach Jasmine błysnął gniew.

- Tak mówiła moja... moja matka! - zawołała, próbując złapać Maxwella za rekę. - Pamiętasz ją?

- Oczywiście!

Shipan nad ich głową zazgrzytał po raz ostatni i znieruchomiał. Jego lampa oświetlała inne jeziorko, które wydawało się błyszczeć w odpowiedzi. Jasmine, wykorzystując chwilę nieuwagi Maxwella, dostała się na jego wehikuł i założyła mężczyźnie chwyt zapaśniczy. Pojazd ruszył przed siebie. Steven miał wrażenie, że dziewczyna kontroluje Maxwella i zmusza go, by skierował swój powietrzny skuter w konkretnym kierunku.

- Czemu to robisz, Jasmine? - spytał mężczyzna. - Jesteś przecież taka jak ja! Jesteś Smokiem! Jesteśmy silniejsi od całej reszty!

Steven zrozumiał, że dziewczyna kieruje pojazd w stronę jaśniejącego jeziorka, skąpanego w strugach światła z Shipanu.

- Nie słuchamy nikogo! - dodał Maxwell.

- Ja słucham własnego sumienia! - odparła Jasmine. - Słyszałeś kiedyś o czymś takim?

Dziewczyna wspięła się wyżej, na plecy Maxwella, i oparła stopę o jego bark, jakby szykowała się do skoku.

"Wskoczy do jeziorka! - uświadomił sobie Steven. - Lub do światła!".

Mężczyzna przytrzymał jednak jej nogę w żelaznym uścisku.

- O nie! - rzekł ze śmiertelnie groźną miną. - Nigdy, moja mała. Nigdy!

Wtedy zatrzymał się i spojrzał w górę. Odwrócił się, zaniepokojony, i zerknął najpierw na Stevena, a potem tam, gdzie stał Carlos.

W tej samej chwili z Shipanu wystrzeliła najjaśniejsza, najszersza struga światła, pochłaniając zarówno Jasmine, jak i Maxwella. Z dołu poleciała ku niej struga cieczy. Z wehikułu poszły iskry, a potem runął na ziemię, uderzając o nią z trzaskiem.

Jasmine i Maxwell, choć pozbawieni pojazdu, nadal wisieli w powietrzu. Oboje krzyczeli i wznosili się coraz wyżej, spowici w kokon migoczącej energii.

Steven osłonił oczy, próbując dostrzec cokolwiek. Sylwetki Maxwella i Jasmine były już ledwie widoczne - chłopiec widział tylko, że kołysały się wte i wewte niczym kukiełki, wisząc w połowie drogi między jeziorkiem a źródłem światła. Nad ich ciałami zaczęła się pojawiać zwierzęca postać, podobnie jak wcześniej, podczas eksperymentów samego Maxwella.

Tym razem efekt był inny. Oczom chłopca ukazał się zamazany, podwójny kształt, jakby dwie formy walczyły o prawo do zajęcia tego miejsca. Jedna z nich była szczupła i muskularna, podobna do węża, ale z ostrymi szponami i dziwaczną, przypominającą wąs naroślą nad rozwartymi szczękami. Druga również wyglądała jak gad, ale miała ostro zakończone, szeroko rozwarte nietoperzowe skrzydła.

Kształt migotał i przeobrażał się, raz prezentując jedną formę, a raz drugą. Otworzył paszczę, z której wydobył się przeraźliwy wrzask. Steven nigdy nie słyszał czegoś tak głośnego.

Słup energii nadal utrzymywał ciała Jasmine i Maxwella, napełniając je nieznaną, mistyczną mocą. Niespodziewanie moc znikła. Mężczyzna jaśniał, a przeobrażający się kształt przybrał skrzydlatą formę. Wtedy Maxwell uniósł ramiona, a potwór rozpostarł skrzydła.

Jasmine spadła z wysoka i uderzyła w ziemię u stóp Stevena. Stęknęła cicho. Mężczyzna wciąż się unosił, ale gdy się odezwał, jego głos odbił się echem od metalowych ścian. Nie było w nim nic ludzkiego.

- Młody Tygrysie - powtórzył.

Moc biła z jego oczu i ust. Steven, któremu zaschło w gardle, wpatrywał się w niego ze strachem. Skrzydlaty potwór otulił swego pana, który lśnił teraz jak naładowana bateria i uśmiechał się, jakby zdobył największy skarb na świecie.

- Poznaj Smoka - rzekł Maxwell.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki